Trębacz z Tembisy. Droga do Mandeli

Trębacz z Tembisy. Droga do Mandeli

Autorzy: Wojciech Jagielski

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 304

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 26.90 zł

"Nelsona Mandeli. O pasji i cenie, którą trzeba za nią zapłacićZ jednej strony książka jest opowieścią o życiu Nelsona Mandeli, jednego z największych przywódców XX wieku, który za sukcesy w polityce zapłacił wysoką cenę w życiu osobistym. Z drugiej strony jest to historia Freddiego Maake, twórcy wuwuzeli − trąbek popularnych podczas mistrzostw świata w piłce nożnej w RPA.

Maake to zwyczajny Afrykańczyk. Żyje nie polityką, ale piłką nożną. Politycznych burzy, strajków, zamieszek, debat i wstrząsających państwem rewolucji prawie nie zauważa – w każdym razie niewiele z nich rozumie. W jaki sposób jego los splata się z losem Mandeli?

Dziennikarstwo to także pasja. Za opisywanie historii autor, jeden z najwybitniejszych polskich i europejskich reporterów, również płaci wysoką cenę. A z nim jego bliscy. W dalszym ciągu uważa jednak, że warto iść za głosem wolnego człowieka, za głosem Mandeli."

Kiedy siedziałem w więzieniu, jedna sprawa nie dawała mi spokoju: pod moją nieobecność stworzono mój nieprawdziwy obraz, wizerunek kogoś, kto mógł uchodzić za świętego. A ja nigdy święty nie byłem. Nie byłem święty, nawet jeśli za świętego uznaje się kogoś, kto grzeszy, ale stara się wyzbyć słabości.

Nelson Mandela,Conversations with Myself

PROLOG

Nie spotkałem w Afryce miejsca równie pięknego jak kraina Limpopo. Pojechałem tam, żeby zobaczyć się z czarownicą.

Powoli zbliżała się jesień, ale spóźnione letnie burze wciąż krążyły nad zielonymi wzgórzami i wielką rzeką opływającą zakolem północne zbocza Gór Smoczych.

Odnosiłem wrażenie, że nad Limpopo lato nigdy się nie kończy. Słońce stało na niebie wysoko i długo, nawet w zimowe miesiące dając złudzenie, że dni nie mają tu końca. Nagrzewało powietrze równomiernie i troskliwie, tak by przyjazne ciepło nie przerodziło się w palący skwar, odbierający siły i ochotę do życia.

Ciepłe, ale dające wytchnienie były też noce, a zimy, poza tym, że deszcze padały wtedy rzadziej i mniej obficie, niewiele się różniły od miesięcy letnich.

Brak pór roku odmierzających upływ czasu sprawiał, że wszystko wydawało się niezmienne. To przynosiło ulgę i dawało poczucie bezpieczeństwa. Odpędzało strach przed tym, co nieodwracalne.

Wrażenie to umacniała wiecznie taka sama, soczysta zieleń nadrzecznych wzgórz i wąwozów. Obfitość deszczów, strumieni i wodospadów czyniła z brzegów Limpopo krainę płodności, życia i niczym nie ograniczonych możliwości.

Olbrzymie baobaby, rozłożyste akacje i eukaliptusy łączyły się w bezkresne lasy, tylko gdzieniegdzie ustępujące miejsca zagajnikom bananowców i makadamii, plantacjom drzewek pomarańczowych i awokado. A także papai, o której owocach powiada się, że zapewniają wieczną młodość.

Podążając brzegiem na wschód, w kierunku granicy z Mozambikiem, i znając dobrze drogę, można było odnaleźć las sagowców, roślin, którymi żywiły się jeszcze dinozaury. Rósł w pobliżu wioski Królowej Deszczu, która zamawiała chmury dżdżu i w ten sposób zapewniała całej krainie dostatek i spokój.

Widziane z góry, z otulonego mgłami wzgórza, kilkunastometrowe sagowce przypominały palmy. Ich pióropusze wyłaniające się z białej mgły zdawały się potwierdzać, że w krainie nad Limpopo sprawy mają się zupełnie inaczej niż gdziekolwiek indziej.

O czarownicy przeczytałem w gazecie wyłożonej na stole w kancelarii urzędu prezydenckiego w Pretorii. Czekałem tam od rana na odpowiedź, czy Nelson Mandela udzieli mi audiencji.

Nikt z Polski wcześniej nie przeprowadził wywiadu z Mandelą, owianym legendą więźniem, który z kamieniołomów przeniósł się do prezydenckiego pałacu. Skazany jako buntownik na dożywocie, pozornie pokonany, bezbronny i upokorzony, ostatecznie okazał się zwycięzcą i właśnie jego wybrano na przywódcę.

Zawsze byłem go ciekaw, ale zapragnąłem go spotkać, kiedy pewien poznany w Gruzji fotograf opisał mi chwilę, gdy Mandela wychodził na wolność.

Fotograf miał na imię Robin. Był Australijczykiem osiadłym na stałe w Kapsztadzie i pracującym dla wielkiej agencji fotograficznej z siedzibą w Paryżu. Nigdy więcej go nie spotkałem, choć podróżując do Johannesburga, Chartumu, Kinszasy, Kabulu i Peszawaru, wciąż natykałem się na poznanych wcześniej fotoreporterów i korespondentów.

Wtedy w Gruzji Robin fotografował uliczną rewolucję, która zakończyła się obaleniem prezydenta kraju. Poznałem go w barze hotelu Metechi, najnowszego, najdroższego i jedynego ocalałego w całym Tbilisi. Pozostałe, pamiętające dawne czasy, mieściły się w śródmieściu i zostały spalone w czasie walk. Z dymem poszedł też mój ulubiony hotel Tbilisi przy głównej ulicy miasta, alei Rustawelego, naprzeciwko parlamentu, który oblegali powstańcy, bo schronił się w nim prezydent. Po wojnie hotel nie został odbudowany – sprzedano go cudzoziemcom, którzy przerobili go na Marriott, równie nowobogacki i krzykliwy jak Metechi.

Nie stać mnie było na luksusy Metechi, ale przychodziłem tam wieczorami do baru, by posłuchać wieści i plotek, spotkać starych znajomych i poznać nowych, takich jak Robin.

Kiedy zaszedłem do baru w Metechi, Robin musiał tam siedzieć od jakiegoś czasu. Miał już w czubie i jak wszyscy cudzoziemcy narzekał na ponury mrok i przenikliwe zimno, które panowały w mieście w dni rewolucji. W Afryce Południowej był wtedy środek lata. Takiego właśnie jasnego, ciepłego dnia przed rokiem wypuszczono z więzienia Nelsona Mandelę.

– Ogłoszono, że go wypuszczą, ale nie podano kiedy – wspominał Robin. – Nikt nie chciał tego przegapić.

Opowiadał o Mandeli, choć w Tbilisi właśnie obalano prezydenta, a na ulicach toczyły się walki. Najwyraźniej nie miał serca do gruzińskich spraw, a tutejsza rewolucja go rozczarowała. Nie chciało mu się o niej gadać, za to z tęsknotą wracał do chwili, gdy Mandela wyszedł na wolność.

Przed bramą więzienia wyrosło namiotowe miasteczko. Dziennikarze przez wiele dni koczowali pod gołym niebem, spali w samochodach. Na zmianę, żeby niczego nie przeoczyć i być w pogotowiu, gdy nadejdzie wielka chwila.

Wszyscy mówili o Mandeli, wszyscy o nim słyszeli, ale tak naprawdę nikt nie wiedział, jaki naprawdę jest ani jak wygląda. Trzydzieści lat niewoli i odosobnienia sprawiło, że dla ludzi z drugiej strony więziennego muru zatracił rzeczywiste, ludzkie cechy i przemienił się w mityczną, niemal baśniową postać, która w jednych budziła strach, w drugich zaś podziw i nadzieję na cudowną odmianę losu.

Im dłużej przebywał w więzieniu, nieznany i tajemniczy, z dala od ludzkich oczu, tym bardziej przeistaczał się w obdarzonego nadprzyrodzonymi mocami, szlachetnego i niezłomnego bojownika.

Aż wreszcie nadeszło to letnie popołudnie, gdy otwarła się więzienna brama i wyszedł przez nią Mandela. Wyglądał na nieco oszołomionego, zagubionego, ale pozdrawiał wiwatujące tłumy wzniesioną w górę pięścią na znak walki i zwycięstwa.

– Kiedy go ujrzałem, ziemia poruszyła mi się pod nogami i już wiedziałem, że stało się coś naprawdę doniosłego, niepowtarzalnego. A ja byłem przy tym, widziałem to na własne oczy – opowiadał Robin. – Nagle poczułem, że i ja jestem częścią tej chwili, że jestem wybrańcem, na którego spłynęła łaska. Sam poczułem się wyjątkowy i ważny. Miałem wrażenie, że wstępuje we mnie jakaś moc, że jestem niepokonany i wieczny. Poczułem, że gdybym tylko chciał, potrafiłbym zatrzymać czas.

Wyglądało na to, że wystarczy się znaleźć we właściwym miejscu i czasie – co zwykle jest wynikiem zbiegu okoliczności – by doznać objawienia, zyskać spokój i pewność, że dokonało się właściwych wyborów. A nade wszystko, by nabrać przekonania, że życie nie jest pasmem przypadkowych zdarzeń, przemijających bez śladu dni, lecz ma głębokie znaczenie i wartość.

Gdy słuchałem opowieści Robina, i mnie przestały zajmować gruzińskie rozruchy, los obalonego prezydenta, jego ministrów i generałów. Korespondenci w barze nadal rozprawiali o tym, kto zastąpi prezydenta i wejdzie do nowego rządu, i czy będzie to dobre dla Gruzji, a ja bałem się tylko, że Robin przerwie opowieść o Mandeli i dopiwszy whisky, odejdzie do swojego pokoju wraz ze wspomnieniem wielkiej chwili, której był świadkiem i która go na zawsze odmieniła.

Zamówiłem więc następną kolejkę i postawiłem szklankę przed Robinem. Skinął głową z podziękowaniem i zrozumieniem.

– Byłem tam i nikt mi tego nie odbierze. Z drugiej strony nie mogę się tym podzielić z nikim, kto tego nie doświadczył – powiedział. – To jest łaska, ale i przekleństwo, bo człowiek jest potem sam. Za nic jednak bym się tego nie wyrzekł.

Pasja, która każe wypatrywać wielkich chwil i zdarzeń i łowić je, kierowała Robinem i nadawała jego życiu smak. Pozwalała żyć pełnią życia, pędzić prosto ku słońcu, zamiast odmierzać z rozpaczą pozostały czas. Wypełniała pustkę, uwalniała od goryczy rozczarowań, niespełnionych marzeń i daremnych poszukiwań, przynosiła proste odpowiedzi na pytanie: „Po co to wszystko?”.

– Ilekroć wspominam ten dzień, w którym Mandela wychodził na wolność, wciąż czuję, jak po plecach przebiegają mi dreszcze. – Robin pokiwał głową, kończąc opowieść. – Wtedy wiem, po co to wszystko.

Ja też chciałem mieć swojego Mandelę.

W poczekalni prezydenckiej kancelarii bezwiednie przebiegałem wzrokiem po rozłożonych na stole gazetach. Jedna z nich na pierwszej stronie zamieściła niewielką notatkę zatytułowaną: Jaką tajemnicę kryje wzgórze czarownic?

Zacząłem czytać.

Ludzie z wioski przyszli zabić Albertinę Moloto, ponieważ uznali ją za czarownicę. Byli przekonani, że to za sprawą jej czarów piorun zabił trzech pasterzy spędzających wieczorem bydło. Była już noc, gdy zebrali się przed jej chatą i podłożyli ogień pod strzechę. Zastawili drzwi i okna, żeby nie mogła się wydostać z płonącej chaty. Śpiewali i tańczyli. Albertina Moloto mówiła, że jeszcze dziś słyszy ten śpiew. Bóg przysłał wtedy pomoc w postaci patrolu policjantów, którzy wyważyli drzwi i wyciągnęli Albertinę z pożaru. Leżała nieprzytomna na glinianym klepisku, ściskając w dłoniach Biblię.

Z policyjnych raportów wynikało, że w roku, w którym Mandela objął władzę, w północnym Transwalu zamordowano prawie stu ludzi oskarżonych o czary. Rok później liczba ofiar polowania na czarownice wzrosła do dwustu, a w następnym na stosach spłonęło już prawie pół tysiąca ludzi.

Pochylony nad gazetą nie zauważyłem, że Jessie, jedna z asystentek Mandeli, bezszelestnie uchyliła ogromne drzwi oddzielające poczekalnię od kancelarii prezydenta. Dostrzegłem ją dopiero wtedy, gdy stanęła przede mną.

Od rana nie mogłem się doczekać tej chwili, a jednocześnie się jej bałem i w głębi duszy wcale nie czułem zniecierpliwienia. Wolałem czekać, niż doznać rozczarowania.

Zabiegałem o rozmowę z Mandelą od tak dawna i tak uparcie, że stało się to prawie moją obsesją. Spotkanie z nim zdawało mi się celem jedynym i najważniejszym.

Widywałem go na wiecach urządzanych na piłkarskich stadionach, na państwowych uroczystościach, na partyjnych fetach po zwycięskich wyborach. Słyszałem, jak przemawia, rozmawiałem z ludźmi, którzy go dobrze znali, starymi przyjaciółmi, dawnymi sąsiadami. Widziałem dom, w którym mieszkał na czarnym przedmieściu Soweto przed aresztowaniem. A także ten nowy, w dzielnicy Johannesburga kiedyś zastrzeżonej wyłącznie dla białych, do której się wprowadził, gdy wybrano go na prezydenta kraju.

Nigdy jednak nie rozmawiałem z Mandelą, a każda nieudana próba uzyskania audiencji czy wywiadu umacniała mnie tylko w przekonaniu, że jeżeli z nim nie porozmawiam, stracę jakąś życiową szansę. Że ominie mnie coś niezwykle ważnego, że stracę coś znacznie cenniejszego niż najwspanialszy łup z dziennikarskiej wyprawy, coś, czego nigdy nie potrafię odżałować.

Chciałem się spotkać z Mandelą, bo tylko w ten sposób mogłem się przekonać, na czym polega ta jego niezłomna siła, która pozwoliła mu pokonać przeszkody, przezwyciężyć słabości i pozostać wiernym sobie. Byłem przekonany, że aby poznać tę tajemnicę, wystarczy mi krótkie spotkanie, chwila, kilka słów rozmowy.

Tym razem wszystko miało pójść jak z płatka. Tym razem miałem się spotkać z Mandelą. Obiecał mi to jeden z jego przyjaciół i najbliższych zauszników. Wyznaczył dzień i godzinę audiencji.

Czułem, że Jessie stoi nade mną, ale nie podniosłem głowy znad gazety.

– Niestety, nie przynoszę dobrych wieści – powiedziała. – Pan Mandela jest bardzo zajęty. Ostatnio w ogóle nie spotyka się z dziennikarzami. Z żadnymi. Proszono mnie, żebym to podkreśliła. Jest mi bardzo przykro.

– Jeszcze wczoraj powiedziano mi, żebym przyszedł o dziesiątej, że wszystko jest umówione. Niepotrzebnie tyle czekałem. – Nie potrafiłem ukryć rozczarowania.

– Naprawdę mi przykro. Jestem pewna, że on zgodziłby się na rozmowę, znalazłby czas. On jest inny. Ale pewnie nawet nie wie, że pan przyszedł, pewnie mu nie powiedzieli. Może uda się innym razem.

Nie próbując nawet ukryć zawodu i rozdrażnienia, a nawet ostentacyjnie je okazując Jessie, tak jakby to ona była wszystkiemu winna, niezgrabnie podniosłem się z krzesła i ruszyłem do wyjścia. Gdy wyciągnąłem na pożegnanie rękę, spostrzegłem, że trzymam w niej gazetę z notatką o czarownicach.

– Proszę ją zabrać. – Jessie się uśmiechnęła. – Może się przyda?

Wioska czarownic nazywała się Helen i leżała na brzegu Limpopo. Mieszkali w niej wyłącznie ludzie wygnani ze swoich wiosek za uprawianie czarów albo w ostatniej chwili ocaleni przez policję z płonących stosów.

Opowieść o czarownicach z Helen nadawała się na łowieckie trofeum z polowania na zdarzenia niezwykłe i spektakularne. Dotyczyła spraw raczej osobliwych niż doniosłych, takich, jakie sprawiają, że człowiek zyskuje we własnych oczach – nagle wydaje mu się, że jest kimś ważnym i wyjątkowym. Dawała jednak nadzieję na zdobycz. Wyprawa nad wielką rzekę i znajomość z czarownicą miały osłodzić mi gorycz porażki po nieudanej próbie spotkania z Mandelą.

Wieś składała się trzech tuzinów nowych, pobudowanych z pustaków chat jednakowego kształtu i barwy. Ustawione w równych szeregach wzdłuż rudej wyboistej drogi, przypominały wojskowe koszary na pustkowiu, w zapomnianym przez Boga i ludzi zakątku świata.

Wokół jak okiem sięgnąć rozciągała się pustynia, brunatna w gęstniejących ciemnościach, poprzetykana gdzieniegdzie zakurzonymi kaktusami i kępami bezlistnych, karłowatych drzew.

Nie zdążyłem przed burzą. Gdy wjechałem do wsi, polna droga przemieniała się już w błotnistą kałużę. Stojące przy niej chaty tonęły w strugach deszczu, a grzmoty zdawały się rozrywać powietrze, przeszywające i suche jak karabinowe wystrzały.

Zatrzymałem samochód pośrodku wsi, przed jedną z chałup, która niczym się nie różniła od pozostałych. Wszystkie wyglądały na opuszczone.

Zamierzałem odwiedzić Albertinę Moloto, o której przeczytałem w gazecie w kancelarii Mandeli. Ale w wiosce Helen mieszkały wyłącznie czarownice, nie miało więc większego znaczenia, do drzwi której z chat zapukam, poproszę o rozmowę, a może i nocleg, gdyby nawałnica jeszcze się nie skończyła.

Chałupa, przed którą się zatrzymałem, należała do Ngoepe Makgabo. W jasnym świetle błyskawic jej poorana zmarszczkami, dobra twarz zdawała się przemieniać w maskę demona.

Burza nie budziła w niej grozy, choć przywodziła wspomnienie takiej samej nocy, gdy sąsiedzi z jej dawnej wioski wywlekli ją z chaty i oskarżyli, że to ona ściągnęła piorun, który spalił jeden z domów. Wymachując pochodniami i maczetami, popychali ją przed sobą, prowadząc w kierunku rosnącego na skraju wsi mangowca, na którym chcieli ją powiesić. Tylko nieliczni wołali, by darować jej życie i na zawsze wygnać z wioski. Byli już za wsią, prawie na miejscu, gdzie miała dokonać się kaźń, gdy niebo rozerwały kolejne błyskawice, a ziemia zadrżała od uderzeń piorunów.

Przejęci trwogą, padli na ziemię. Ngoepe Makgabo pierwsza zerwała się na nogi i rzuciła do ucieczki, w ciemność. Zaszyła się w zaroś­lach za wsią. Widziała, jak jej szukają, przyświecając sobie pochodniami. „Moloi! Wiedźma!” – słyszała z oddali ich głosy. Trzymali się jednak skraju wioski, bali się zapuścić dalej w busz i noc.

– Tfu! Podli zawistnicy i tchórze! – splunęła z pogardą na glinianą podłogę. – Z zazdrości mnie pokrzywdzili! Moja sława i to, że miałam pieniądze, kością im w gardle stały!

Nie była wiedźmą, lecz sangomą, dobrą czarodziejką, wróżbitką i znachorką. Nie uczyniła ludziom nic złego. Przeciwnie, starała się im pomagać, lecząc ziołami i radząc się duchów przodków, z którymi potrafiła rozmawiać. To one mówiły jej, jak sporządzać lekarstwa i amulety, które wyleczą wszystkie dolegliwości i utrapienia.

Pociągając z butelki karmelowe piwo, sięgnęła za pazuchę po skórzany woreczek. Zanurzyła w nim dłoń i przebierając palcami, mamrotała pod nosem.

W sakwie trzymała czarodziejskie kości, z których potrafiła czytać. Czasami sama rzucała je na ziemię, żeby się dowiedzieć, co komu dolega i jak zaradzić chorobie. Kiedy jednak przychodził ktoś z prośbą o poradę zawodową lub o pomoc w zdobyciu kobiety, sangoma kazała klientowi rozrzucać kości. Czytała, co mówiły, po czym sporządzała muti.

Składniki kupowała przeważnie w sklepach zielarskich w miasteczku Seshego. Można tam było dostać praktycznie wszystko: tłuszcz jaszczurki, sproszkowaną skórę węża, ususzone pająki i wątrobę ­krokodyla, pazury lwa, jądra pawiana, przeróżne zioła, korzenie, kawałki kory. Po niektóre rośliny musiała jednak iść aż nad samą rzekę Limpopo.

Gdyby zdradziła receptę na muti, rozzłościłaby duchy przodków, które wyjawiły jej tę tajemnicę, ściągnęła na siebie ich klątwę i zemstę. Zaklinała się jednak, że przyrządzając muti, nigdy nie korzystała z części ludzkiego ciała, co czynili niektórzy czarownicy. Wykradali trupy z kostnic i cmentarzy albo najmowali zbirów do rytualnych morderstw.

Umiała wyleczyć wszystkie choroby i wszystkiemu zaradzić. Uzdrawiała z migreny i impotencji, potrafiłaby nawet znaleźć lekarstwo na nieuleczalną zarazę, którą w wielkich miastach nazywali AIDS. Ale potrafiła też pomóc w zwyczajnych życiowych sprawach.

Po poradę i leki przyjeżdżali do niej nawet ważni dostojnicy i wielcy bogacze z Pretorii i Johannesburga. Odnaleźli ją tutaj, na wygnaniu w wiosce Helen.

Jak ten młodzieniec z Johannesburga, który przyjechał do niej, by się poradzić, jak znaleźć pracę, której przez osiem lat szukał bez skutku. Kazała mu rozrzucić ze skórzanego woreczka czarodziejskie kawałki kości, po czym sporządziła wywar z pewnego korzenia i kazała wcierać go w skórę. Chłopak wykonał polecenie, a kilka dni później, kiedy wszedł do kolejnego warsztatu samochodowego w Johannesburgu, jego właściciel, biały Bur, uśmiechnął się i zapytał, czy aby nie szuka pracy.

– Moje muti poradzi na każdy kłopot. – powiedziała. – Da ci wszystko, czego zapragniesz.

W chacie na ścianie, między obrazem Matki Boskiej a portretem papieża, wisiała wycięta z gazety fotografia Nelsona Mandeli.

– Wszystko, co zechcesz – powtórzyła, żegnając się bezwiednie znakiem krzyża na odgłos nowego grzmotu. – Jeśli chcesz, mogę zdobyć dla ciebie wszystko. Każdą kobietę, każdą nagrodę, każde marzenie.

Zapytałem, ile to kosztuje.

Odparła, że każda kuracja i każde muti ma inną cenę i że przyjmuje zapłatę i w gotówce, i w naturze. Zastrzegła się też, że aby dobrze zadziałało, muti czasami trzeba zmieniać. Kuracja rzadko więc kończy się na pojedynczym seansie.

– Jeszcze mi się nie zdarzyło, by ktoś potem narzekał – powiedziała.

– Ale ile musiałbym za to wszystko zapłacić?

– Teraz zapłaciłbyś jak wszyscy. Pół tysiąca randów za wizytę. Ale kiedy zdobędziesz już to, o co poprosisz, wrócisz do mnie i sam mi powiesz, ile to było dla ciebie warte.

CZĘŚĆ 1

Freddie Maake nigdy nie wątpił, że pojawił się na świecie, ponieważ Stwórca miał wobec niego jakiś szczególny zamiar. Umyślił dla niego zadanie do wykonania, coś, czego nikt inny nie mógłby zrobić.

Freddie zresztą wierzył, że żaden człowiek nie rodzi się bez celu, dla każdego Pan Bóg przeznacza jakąś rolę do odegrania, coś wyjątkowego. Stwórca przecież nie trudziłby się zapełnianiem świata ludźmi bez planu, porządku i potrzeby.

Problem w tym, tłumaczył Freddie, że stwarzając tak wiele ludzkich istot i w ogóle będąc tak zajętym sprawami świata, Pan Bóg zaczął zapominać, co komu przeznaczył. Aż w końcu uznał, że jedynym sposobem, aby temu zaradzić, będzie obdarowanie ludzi nie tylko życiem i wolną wolą, lecz także jakimś znakiem, pieczęcią, które sami muszą odkryć i zrozumieć, by spełnić swoje przeznaczenie.

Ci, którym się to udaje, nie tylko znajdują powód do życia, ale do końca swoich dni cieszą się jego pełnią. Tym, którym się nie udało, choć się starali, samo poszukiwanie nierzadko daje radość i spełnienie.

Są też jednak i tacy, którzy nawet nie próbują szukać, niczego nie chcą odkrywać ani poznawać. Tych Freddiemu było zwyczajnie żal. Nie odnajdując w sobie wyjątkowych zdolności, w które zostali wyposażeni, tak naprawdę wcale nie żyją, lecz przemijają, przechodzą przez życie bez śladu.

Najgorzej jednak według Freddiego mają ci, którzy odkrywają Boży zamiar i odnajdują powierzone im talenty, ale świadomie się ich wyrzekają lub je zaniedbują. Ci zasługują jedynie na pogardę, a nawet na potępienie. Spotyka ich zresztą zasłużona kara, bo wraz ze starością spada na nich poczucie, że zmarnowali swoje zdolności i czas, który został im dany.

– To brzmi jak z Biblii – powiedziałem, gdy jechaliśmy do Ga-Sekgopo, jego rodzinnej wioski nad Limpopo.

Zaproponowałem, że go tam zawiozę, bo podróż samochodem uznałem za jedyny sposób, by z nim spokojnie porozmawiać. Zamknięty w rozpędzonym aucie, przytroczony do fotela pasem bezpieczeństwa, nie mógł donikąd odejść ani bez uprzedzenia zająć się innymi, ważniejszymi i nie cierpiącymi zwłoki sprawami.

Był u szczytu sławy i wielu cudzoziemców z całego świata zabiegało, by się z nim spotkać, zamienić choć parę słów, zrobić sobie z nim fotografię. Drzwi w jego domu się nie zamykały, a telefony – miał ich kilka w kieszeniach luźnych, sportowych spodni – nie przestawały dzwonić. Zwykle zresztą ich nie odbierał i gdy rozprawiał o czymś, dla podkreślenia wagi swoich słów przechadzając się po salonie, w wędrówce po pokoju towarzyszyła mu symfonia najwymyślniejszych dzwonków i melodii.

Pewnego razu, gdy odwiedziłem go w jego domu w Tembisie, pół godziny drogi na południe od Pretorii, wylądowałem w środku planu filmu dokumentalnego, który zagraniczni dziennikarze kręcili na jego podwórku. Innym razem urządzono tam boisko, na którym rozgrywano mecz piłki nożnej.

A kiedyś, ledwie przestąpiłem próg, Freddie, nakazując mi milczenie, zaciągnął mnie do salonu i bez słowa wcisnął mi w dłoń słuchawkę telefoniczną.

– Tu Radio 702, jesteś na antenie – usłyszałem. – Czy to prawda, że uważasz, iż w sprawie, o której dyskutujemy, rację na Freddie Maake?

W ten sposób udzieliłem pierwszego w Afryce wywiadu radiowego i jednocześnie zostałem wciągnięty w publiczny spór, którego Freddie był stroną.

– To jak z Biblii – powtórzyłem, gdy w słoneczny zimowy dzień pędziliśmy równą drogą do Polokwane, stolicy prowincji Limpopo. – Jak ta przypowieść o talentach i obowiązku wdzięczności wobec Boga za wszystkie dary, jakie od Niego otrzymujemy.

– Bardzo możliwe – przytaknął Freddie. – Ale ja się nie znam na tych sprawach.

Freddie uważał się za człowieka poczciwego i sprawiedliwego. Wierzył w Boga – jakżeby można inaczej? – i starał się być Mu we wszystkim posłuszny.

Nie modlił się jednak do Boga, lecz rozmawiał z Nim nieustannie i o wszystkim. Bez pośredników. Kapłani nie byli mu do niczego potrzebni. W kontaktach z Bogiem radził sobie bez nich.

Nie chodził też na niedzielne msze. W niedziele i święta bowiem na stadionach rozgrywano piłkarskie mecze. „Może Jezus potrafiłby przebywać w dwóch miejscach naraz. W końcu chodził po wodzie. Mnie się to nie udało, chociaż się starałem – powiedział Freddie. – A zresztą Bóg miał wobec mnie zupełnie inny plan”.

Przy każdej okazji powtarzał to przyjaciołom, przygodnym znajomym, a także gościom, którzy zaglądali do jego domu w Tembisie. Powtarzał wszystkim sąsiadom, a przede wszystkim własnym dzieciom, gdy wieczorami usadzał je w salonie i przechadzając się po niewielkim pokoju, którego połowę zajmował wielki ekran telewizora, opowiadał o swoich przygodach. Dziewięcioro dzieci upchniętych na starej, obitej purpurowym atłasem kanapie, wodząc wzrokiem za ojcem, wsłuchiwało się w jego opowieść.

– Bóg miał wobec mnie specjalny plan. – Wypowiadając te słowa, Freddie zwykle zatrzymywał się przed telewizorem. – Nikt, zaprawdę, powiadam wam, nikt nie wyszedłby żywy z tych wszystkich kłopotów i niebezpieczeństw, jakie mnie spotkały.

Właśnie to, że włos nie spadł mu z głowy, choć znajdował się w tylu sytuacjach bez wyjścia, uczestniczył w tylu bójkach, awanturach, a nawet ulicznych zamieszkach, uznawał Freddie za najlepszy i niezbity dowód na to, że przeznaczony był mu inny los i że miał zadanie do wykonania.

– Co innego Pan Bóg wyznaczył Saddamowi – mówił.

W chwilach, które zdawały mu się ważne i podniosłe, Freddie mówił o sobie w trzeciej osobie. I nazywał siebie Saddamem, imieniem, którego dorobił się w czasie burzliwego życia.

Wolał zresztą to egzotyczne przezwisko niż imię Freddie nadane mu na chrzcie. W wiosce plotkowano, że ma je po białym farmerze z miasteczka Tzaneen, u którego służyła jego matka. Ojciec Freddiego nie przejmował się plotkami, a i on sam, przyglądając się swojej czarnej jak heban skórze, uznał w końcu, że nie mógł go spłodzić biały mężczyzna. Swojego imienia jednak nie polubił. Wydawało mu się zbyt zwyczajne, niegodne życia, jakie go czekało, pełnego niezwykłych zdarzeń i wielkich zamierzeń. Przezwisko pochodzące od imienia arabskiego władcy z Bagdadu było odpowiedniejsze.

– Saddam Husajn był wielkim wodzem i bohaterem – tłumaczył mi podczas jazdy nad Limpopo. – Był walecznym wojownikiem i śmiałkiem, który niczego się nie lękał i był gotów rzucić wyzwanie najpotężniejszym. Z wszystkimi się bił, nie bał się ani wojny, ani śmierci, wzbudzał wśród ludzi trwogę, ale i podziw.

Freddie też lubił, gdy ludzie go podziwiali, a nawet gdy się go bali.

– Niektórzy mówią, że przypominam tamtego Saddama.

– Saddam Husajn wcale nie był najlepszym wodzem ani wojownikiem. Przegrał wojny, które toczył, a jeśli napadał, to na słabszych od siebie – odparłem. – A i człowiekiem też chyba nie był dobrym. Ma na sumieniu śmierć wielu niewinnych ludzi.

– Zabijał, bo musiał. Czasami nie da się inaczej. Nie podobał się wam, białym, bo się was nie bał. Miał swój rozum i się wam sprzeciwiał.

Nie spierałem się dłużej, bo prawdę powiedziawszy, też wolałem nazywać Freddiego Saddamem.

– Ten Saddam z Bagdadu był wielkim wodzem – powtórzył jakby do siebie. – Wszyscy to wiedzą.

Saddam z Tembisy nie był, co prawda, wodzem, ale był synem wodza. Jego ojciec Jonas rządził wioską Ga-Sekgopo leżącą w zielonej dolinie, nieopodal brzegów rzeki Limpopo i wąwozu, w którym mieszkała Królowa Deszczu.

Mieszkańcy wioski, a wśród nich także ród Maake, wywodzili się ze spokojnego ludu Pedi, żyjącego w tych stronach od lat. Utrzymywali się z pracy na roli, a potem także z pieniędzy, które do rodzinnych wiosek przysyłali robotnicy z kopalni diamentów w Kimberley. Nie toczyli wojen, co najwyżej chwytali za oręż, by bronić się przed obcymi najeźdźcami. Dzięki karabinom kupionym za pieniądze górników udało im się odeprzeć nawet najazdy Burów, którym zamarzyły się żyzne ziemie nad brzegami Limpopo.

Pokonali i podbili ich dopiero kolejni biali przybysze, Brytyjczycy. Byli tak liczni i potężni, że Pedi poczuli się wobec nich bezradni i nawet nie stawiali oporu. Niewola nie okazała się zresztą szczególnie uciążliwa. Tak niewielu bowiem białych zdecydowało się osiedlić nad Limpopo, że Pedi nawet nie odczuli ich obecności.

Mimo nowych władców i porządków żyli jak dawniej, zgodnie ze swoimi zwyczajami i upodobaniami. Nie inaczej rzeczy się miały u ich sąsiadów znad Limpopo, ludów Tsonga i Venda, o których mówiono, że przybyły tu przed wiekami z samego serca Afryki.

Nawet wprowadzone przez białych prawo o obowiązkowym rozdzieleniu ludzi o różnym kolorze skóry niewiele zmieniło. Gdzie indziej oznaczało ono dla czarnych prześladowania i upokorzenia. Nad Limpopo zaś, gdzie białych prawie się nie spotykało, bo było ich niewielu i mieszkali niemal wyłącznie w miastach, biali i tubylcy i tak żyli osobno, nie wchodząc sobie w drogę.

W innych zakątkach kraju czarni, zapędzani do wydzielonych dla nich rezerwatów, podnosili bunty, wywoływali rozruchy przeciwko krzywdzącym przepisom. Życie ludów Pedi i Venda, poza tym, że ich ziemie okrojono i nazwano je rezerwatami, nie uległo większej zmianie. Nie znajdowali więc powodu, by się burzyć, a władza i zaprowadzone przez nią porządki wydawały im się odległe i obojętne. Od zajmowania się tymi sprawami mieli swoich wodzów.

Mieszkańcy wioski Ga-Sekgopo wyznaczyli do tego Jonasa Maake, ojca Saddama. Jego okrągła, kryta strzechą chata stała w samym sercu doliny. Otaczały ją domy należące do jego trzech żon i starszych dzieci, spiżarnia oraz kuchnia, w której kobiety przygotowywały posiłki, a także zagrody dla kur, kóz i bydła.

W tamtych czasach wioski nad Limpopo składały się z takich właśnie chat, lepionych z gliny i krytych słomą, poczerniałą od dymu z palenisk. Zwyczaj budowania domów w kształcie pudełek, o płaskich blaszanych dachach, wprowadzili biali, gdy zaczęli zakładać rezerwaty dla tubylców.

Przesiedlając do nich czarnych, urzędnicy i policjanci nie dbali, by obok siebie umieszczać bliższych i dalszych krewnych, krajan, członków tego samego szczepu. Sąsiadami stawali się więc ludzie przypadkowi, przepadało bez śladu dawne poczucie wspólnoty, a obejścia zaczęto grodzić płotami.

Z czasem wznoszone przez białych domy uznano za wygodniejsze, bardziej na czasie. Ludzie wyprowadzali się z okrągłych chat, które opuszczone i niepotrzebne, niszczały z każdą porą deszczową, aż w końcu, rozmyte ulewami, zniknęły zupełnie.

W starej wiosce chata wodza wyróżniała się na tle innych chat wielkością, a także tym, że stała przy wioskowym placu, na którym odbywały się wszystkie zgromadzenia i narady.

Saddamowi wydawało się, że jego ojciec spędzał na nich całe życie. Za dnia w cieniu mangowego drzewa przyjmował ludzi, wysłuchiwał wieści i skarg, udzielał rad, rozsądzał spory, tłumaczył zawiłości przepisów, ale także wspólnie z poddanymi podejmował decyzje dotyczące całej wioski.

Będąc wodzem, trzeba było bowiem nie tylko wydawać rozkazy, ale również rozstrzygać spory, rozwiązywać problemy i nieustannie udowadniać swą wodzowską mądrość, przenikliwość, zaradność oraz wiedzę wielką i wszelką. Poddani musieli mieć niezbitą pewność, że wódz ma te przymioty, i tylko wtedy godzili się, by nimi rządził.

Wieczorami na placu przed chatą wodza płonęły wielkie ogniska, przy których śpiewano stare pieśni, wspominano dawne dzieje, snuto opowieści o dobrych i złych królach, a także o duchach przodków i strzeżonych przez nie świętych górach, lasach i strumieniach.

Tak właśnie Saddam dowiedział się o jeziorze Fundudzi położonym w samym środku lasu w krainie Vendów. Vendowie wierzyli, że w jeziornych głębinach żyje święty wąż, pyton, którego czcili tak bardzo, że obcym nie pozwalali nawet spoglądać na jezioro. Sami ­mogli patrzeć na nie tylko odwróceni tyłem, zgięci wpół, z głową między kolanami.

Saddam całymi godzinami słuchał śpiewów i opowieści. Zasypiał przy ognisku, na gołej ziemi, oszołomiony wszystkim, co usłyszał, znużony długim dniem. Ojciec brał go na ręce i odnosił do chaty, w której Saddam mieszkał z matką, siostrami i braćmi.

Sam wódz zdawał się nie sypiać. Kiedy Saddam zasypiał przy trzas­kającym wesoło ognisku, jego ojciec w najlepsze rozprawiał z sąsiadami. Gdy się budził, wódz, rozparty pod mangowcem, przyjmował już interesantów.

Saddam uważał, że byłby nie gorszym wodzem niż ojciec. Choćby dlatego, że był wodzowskim synem, a jak wiadomo, w rodzinach panujących nieraz się zdarza, że synowie władców dziedziczą ich wielkość. Dorastają z tym, chłoną, przyswajają, aż w końcu w naturalny sposób nabywają to, czego inni muszą się uczyć w pocie czoła.

Saddam, najmłodszy z dwadzieściorga dzieci wodza, już w dzieciństwie wyróżniał się wśród rówieśników: był od nich o głowę wyższy, mówił donośniejszym i nie znoszącym sprzeciwu głosem. Nieustannie czymś zajęty, wciąż dowodził, rozkazywał, wymyślał zabawy i zawody.

Biegał na krótkich i długich dystansach, uprawiał wspinaczkę i grał w piłkę nożną na wszystkich pozycjach. Gdyby mógł, byłby jednocześnie bramkarzem, obrońcą, skrzydłowym i napastnikiem. Najchętniej wspaniałymi, pełnymi poświęcenia robinsonadami broniłby bramki przed własnymi strzałami. Nie był tylko pewien, czym wzbudzałby większy podziw widzów, za co zbierał większe owacje.

Uczestniczył w walkach na kije, a także w zapasach. W wiosce powtarzano, że gdy dorośnie, może z powodzeniem startować i zwyciężać w walkach na gołe pięści, co roku organizowane u Tsongów, sąsiadów zza miedzy, dla uczczenia duchów przodków.

Wszędzie było go pełno. Żal mu było czasu na spoczynek, a gdy w końcu jednak zasypiał, strudzony emocjami i wydarzeniami, śnił tak intensywnie, że po obudzeniu nie wiedział, czy to była jawa, czy sen.

Saddam próbował wszystkiego, bo spieszno mu było odnaleźć znak, odkryć w duszy płomień, który pozwoliłby mu odgadnąć, po co się urodził. Ta ciekawość ukrytego wciąż powołania sprawiała, że budził się raniutko, jakby nie mogąc się doczekać nowego dnia, który przecież zapowiadał rzeczy niezwykłe. Ale nie złościł się ani nie martwił, gdy zapadał zmierzch, a on nadal nie znał odpowiedzi na to najważniejsze pytanie. Wiedział, że prędzej czy później wszystkiego się dowie, w odpowiedniej chwili, która musiała nadejść, choćby dlatego, że nie przestawał jej wypatrywać.

I kto wie, czy Saddam nie zostałby wioskowym wodzem, nie przejął berła od ojca, choć powinien je dziedziczyć najstarszy, a nie najmłodszy z synów. Kto wie, czy tak właśnie by się nie stało, jednak Saddam postanowił poświęcić życie czynom nie tyle może ważnym, ile bohaterskim.

Na początek zamierzał uwolnić Nelsona Mandelę, skazanego na dożywotnie zesłanie na Wyspę Fok.

Jego fotografię pokazał mu któregoś dnia ojciec. „Masz, popatrz. To jest ten twój Mandela – powiedział, podtykając chłopcu pod nos gazetę. – Przypatrz mu się dobrze”.

Saddam ostrożnie wyrwał fotografię z gazety. Nie wiedział, gdzie ją schować. Poza materacami rozłożonymi na glinianej podłodze w chacie nie było żadnych mebli. Niewiele myśląc, starym gwoździem przymocował fotografię do pala pośrodku izby.

Usłyszał o Mandeli którejś nocy przy ognisku. Mówili o nim górnicy z kopalni złota, którzy wrócili do wioski z wielkiego miasta, by spędzić z rodzinami święta Bożego Narodzenia i we własnym domu rozpocząć nowy rok.

Opowiadali, że Mandela skradł białym światło.

Nikt nie widział, jak to robił, górnicy z kopalni złota wiedzieli jednak, że to on. Odgrażał się, że uderzy w odwecie za krzywdy, których czarni doznawali od białych. Pewnej letniej nocy Johannesburgiem wstrząsnął głośny wybuch, potem zgasły światła i zapadły niezwykłe tam ciemności. Biali, nieprzywykli do mroku nawet nocą, wpadli w popłoch.

Już tym wyczynem Mandela wziął bez reszty w posiadanie wyobraźnię i myśli chłopca. A przecież ogłosił jeszcze, że nie lęka się białych, którzy władali całym światem, i że wydaje im wojnę.

Saddam nic przeciwko białym nie miał – nie było ich w jego świecie. Wiedział jednak, że posiedli wszystkie tajemnice, są potężni, niezwyciężeni i przebiegli. W tym większy podziw wprawiła go zuchwałość Mandeli, jego pewność siebie, poczucie siły i niezachwiana wiara w zwycięstwo.

Zamęczał potem ojca pytaniami o Mandelę, wcielał się w niego podczas zabaw z kolegami, a przede wszystkim nadstawiał uszu, gdy dorośli przy ognisku snuli opowieści o świecie dalekim i bliskim.

Dowiedział się z nich, że biali rozesłali za Mandelą listy gończe. Tropili go, przeklinali, grozili mu szubienicą. Ale on wodził ich za nos, wychodził cało z każdej zasadzki. Nieuchwytny, nieulękły. Jak bohaterowie z kolorowych komiksów, które matka przywoziła Saddamowi z białego miasta.

Tak jak oni, Mandela stawał po stronie dobra przeciwko złu, walczył z niegodziwością i niesprawiedliwością, bronił pokrzywdzonych i słabych. Czarny superman.

Sam zresztą o sobie mówił: Czarny Pierwiosnek. Ojciec wytłumaczył Saddamowi, że Mandela wziął przydomek z wyświetlanego w kinach przygodowego filmu, który cieszył się wielką popularnością. Jego bohater, brytyjski szlachcic, wybawiając ludzi z niebezpieczeństw, zostawiał liściki z wyrysowanym szkarłatnym pierwiosnkiem na znak swojej obecności.

Mandela podobnie drażnił się z południowoafrykańskimi policjantami. Mając za nic szpiclów, patrole i listy gończe, jeździł po kraju, by skrzyknąć partyzanckie wojsko i poprowadzić je do wojny przeciwko białemu rządowi prześladującemu czarnych braci.

Ale Saddamowi partyzancki przydomek nie przypadł do gustu. Przyglądając się brodatemu Mandeli na fotografii, uznał, że Pierwiosnek, choćby i czarny, nie nadaje się na imię dla rewolucjonisty czy supermana.

Kiedy Mandela został schwytany i zesłany na wyspę skazańców, Saddam miał dziewięć lat. Nie mógł uwierzyć, że Mandela dał się pojmać i zamknąć w więzieniu. Najwyraźniej ktoś musiał go podle zdradzić, wydać prześladowcom.

Nikomu jeszcze nie udało się zbiec z Wyspy Fok. Żeby tego dokonać, trzeba było nie tylko wydostać się z pilnie strzeżonego więzienia, ale także przepłynąć kilkanaście kilometrów przez lodowate, burzliwe i rojące się od rekinów wody Atlantyku.

Saddam postanowił, że uwolni Mandelę i pomści go. I kiedy był już pewien, że wie, co jest mu w życiu pisane, ku jego zaskoczeniu nadeszła chwila, której tak wyczekiwał, chwila prawdy, gdy przeznaczenie naprawdę zostało mu objawione.

Rok po zesłaniu Mandeli na Wyspę Fok na pokazowy mecz nad Limpopo przyjechała z Soweto piłkarska drużyna Jaskółek z Moroka. Jaskółki zdobyły mistrzostwo Afryki Południowej wśród czarnoskórych piłkarzy. Saddam słuchał relacji z tych meczów w Radiu Bantu. Nigdy wcześniej nie widział na własne oczy zawodowych piłkarzy.

Przyglądając się im na boisku, poczuł dziwną lekkość na duszy. Wiedział już, co mu jest pisane.

– Mówią, że tak właśnie wygląda miłość od pierwszego wejrzenia – powiedział mi w drodze nad Limpopo. – Może i tak, nie wiem, więcej mi się to nie przytrafiło.

Przyglądał się uważnie mijanym po drodze samochodom i autokarom z kolorowymi chorągwiami.

– Słowacja, Nowa Zelandia, Nigeria, Urugwaj. – Rozpoznawał barwy narodowych flag.

W jego kraju trwał właśnie piłkarski turniej o mistrzostwo świata. Po raz pierwszy tak ważne zawody rozgrywano w Afryce.

Saddam uważał się za gospodarza mistrzostw, czuł się za nie osobiście odpowiedzialny. Tak samo boleśnie raniły go błędy i niepowodzenia, jak napawały dumą najdrobniejsze osiągnięcia. Tego dnia był z siebie zadowolony.

W dobry nastrój wprawił go zwłaszcza postój w barze przy stacji benzynowej, gdzie zatrzymaliśmy się na śniadanie. Ledwie wysiadł i przeciągnął się dla rozprostowania kości, obstąpili go pasażerowie ze stojącego na parkingu autobusu.

Saddam, w żółto-czarnym sportowym dresie, wyglądał na najprawdziwszego atletę, mistrza sławnego z wyczynów na boisku, bieżni czy ringu. Górując nad nimi wzrostem, cierpliwie i łaskawie odpowiadał na pytania, rozdawał autografy, pozował do zdjęć.

– Jadą na mecz do Polokwane. – Podszedł do stolika, przy którym siedziałem.

– Kobiety też? Tak w środku tygodnia?

– Dostali wolny dzień i bilety, to jadą. Nasz rząd postąpił bardzo roztropnie. Lepiej, żeby trybuny nie świeciły pustkami. Piłkarzom będzie przyjemnie grać, a i wstydu przed światem nie będzie.

Turniej jeszcze się nie zaczął, kiedy w gazetach napisano, że ceny biletów na piłkarskie mecze są za wysokie, że miejscowych kibiców nie będzie na nie stać. Tym bardziej że biletów nie sprzedawano w kasach, lecz trzeba je było zamawiać przez internet, płacąc kartą kredytową. A widział kto karty kredytowe u czarnej biedoty?

– Chyba że kradzione – zauważył Saddam.

Wieszczono, że zamiast pękać z dumy, kraj naje się wstydu z powodu pustych stadionów. Straszono też, że choć Johannesburg, Pretoria, Kapsztad czy Durban pomieszczą wszystkich przyjezdnych, to w Polokwane, a tym bardziej w miasteczkach takich jak Rustenburg czy Nelspruit, w hotelach zabraknie miejsc.

W końcu zdecydowano, żeby bilety, które nie znalazły internetowych nabywców, sprzedawać zwyczajnie, za gotówkę, w kasach przed stadionami. Wejściówki na mecze słabszych drużyn postanowiono rozdawać za darmo w zakładach pracy. Ustalono też, że do Polokwane, Rustenburga i Nelspruit kibiców będzie się dowozić z Johannesburga i Pretorii autokarami, a po meczach zabierać z powrotem jak z wycieczki do muzeum czy krajoznawczej wyprawy po parku narodowym.

Gdy na parking zajechał następny autobus z kibicami, Saddam przejrzał się w przeszklonej witrynie baru i poprawił dres, a mnie kazał przynieść z bagażnika torbę z płytami nagranymi specjalnie na mistrzostwa. Woził je z sobą i sprzedawał przy każdej nadarzającej się okazji.

Kiedy wróciłem z płytami, otoczony przez pasażerów Saddam dął w długą plastikową trąbę, taką jakie miejscowi kibice zabierali na piłkarskie mecze. Nazywali je wuwuzelami.

Na mój widok oderwał ją od ust.

– Widzisz? Wszyscy już je mają. Ta wygląda prawie tak samo jak pierwsza, którą zrobiłem.

Podniósł do ust wuwuzelę i przeraźliwie zatrąbił, wzbudzając aplauz.

– Czasami sam się zastanawiam, czy to wszystko jest prawda. Kto by pomyślał, że zajdę tak wysoko – powiedział. – Dobrze zrobiłem, że nie zostałem wodzem.

Przyglądając mu się, odniosłem wrażenie, że jest człowiekiem szczęśliwym, spełnionym i pogodzonym z sobą. Żył marzeniem, w dodatku tym z dzieciństwa.

Powiedział mi pewnego razu, że marzenia nie dorośleją, nie poważnieją, nie przyprósza ich siwizna ani nie żłobią zmarszczki. To człowiek się starzeje, kiedy gubi marzenia, gdy o nich zapomina albo się ich wyrzeka. Jeśli się ich nie wstydzi, lecz się o nie troszczy i nimi żyje, pozostanie młody na zawsze.

Uległszy nieodpartemu czarowi piłki nożnej, Saddam nie przestawał jednak myśleć o więzionym na wyspie skazańców czarnym supermanie, Nelsonie Mandeli.

Pogodził się z myślą, że nie uda mu się go wyzwolić z celi i kamieniołomów, wierzył jednak, że tak czy inaczej, prędzej czy później na coś się Mandeli przyda. Na razie zamierzał go naśladować, oddając się bez reszty sprawie, którą Mandela uznał za najważniejszą.

„Jest to sprawa, o którą walczyłem i dla której pragnę żyć, ale ­jeśli będzie trzeba, to jestem również gotów oddać za nią życie”. Ojciec powiedział Saddamowi, że takie właśnie były ostatnie słowa Mandeli w mowie obrończej wygłoszonej na zakończenie procesu, w którym skazano go na dożywocie.

Saddam chciwie zbierał wszystkie wieści, plotki i legendy o Mandeli. W zdumienie wprawiało go zwłaszcza podobieństwo własnego życiorysu do losów Mandeli. Innym mogło się to wydać błahe i niepoważne. Saddam widział w tym głęboką, choć ukrytą treść, dowód słuszności wyboru drogi, którą zamierzał iść przez życie, a także duchowej wspólnoty z Mandelą.

Podobało mu się zwłaszcza to, że Mandela też był synem wodza i najmłodszym z dzieci. Jego ojciec Gadla Henry Mphakanyiswa był jednak nie tylko wodzem – był także najważniejszym doradcą, najbliższym powiernikiem i szambelanem na dworze króla ludu Thembu.

Wioska Mvezo, którą władał ojciec Mandeli i w której Nelson przyszedł na świat, leżała blisko Oceanu Indyjskiego. Thembu przywędrowali tam z Gór Smoczych, by uwolnić się od trudnego sąsiedztwa wojowniczych kuzynów Zulusów. Zostali przyjęci przez miejscowe ludy Khosa zamieszkujące zielone doliny i nadbrzeżne garbate wzgórza, a nawet uznani za jednych z nich.

Mandelowie byli spokrewnieni z rodziną królewską, ale władców wybierano z rodu szlachetniejszego i mającego większe znaczenie. Mandelowie musieli się zadowolić pozycją królewskich doradców i dworzan.

Jednak jako najważniejszy dworzanin i doradca królów, strażnik tradycji i zwyczajów ludu Thembu, a także kapłan przewodniczący ceremonii składania ofiar, ojciec Mandeli rozsądzał spory o następstwo tronu, rozstrzygając w ten sposób, komu przypadnie tron i władza, a kto będzie musiał zadowolić się rolą poddanego.

Kiedy umarł stary, dobry król Jongilizwe, a jego syn Sabata był za młody, by objąć władzę, ojciec Mandeli zdecydował, który z trzech pozostałych królewskich synów zostanie regentem.

Choć stary Mandela był człowiekiem niepiśmiennym, jak wszyscy w wiosce Mvezo, ogromnie cenił wiedzę, znajomość tradycji i historii. Był mężczyzną wysokim, muskularnym i trzymał się prosto, jakby kij połknął. Był też człowiekiem niezwykle surowym i upartym jak osioł.

Mandela odziedziczył te cechy po ojcu, również fizycznie był do niego podobny. Zapatrzony w ojca, od dziecka starał się go we wszystkim naśladować. Wcierał sobie nawet popiół we włosy, by przypominały białą głowę ojca.

Tak zresztą, poprzez podsuwanie wzorów do naśladowania, wychowuje się dzieci w afrykańskich wioskach. Rządzą się one przywiązaniem do tradycji, zwyczaju i pamięci o przodkach. Nikt niczego nie tłumaczy, nie zadaje zbędnych pytań. Synowie żyją jak ich ojcowie, a córki jak ich matki, utrzymując świat w oswojonym, znanym, a więc dobrym porządku rzeczy.

Jako szambelan na królewskim dworze i wioskowy wódz, ojciec Mandeli był człowiekiem zamożnym i cieszącym się powszechnym poważaniem. Brytyjczycy, którzy podbili kraj Khosów i całe południe Afryki, uznawali w nim wodza i co miesiąc wypłacali mu pensję, pozwalali również pobierać opłaty od poddanych.

Starego Mandelę zgubiły jednak chorobliwy upór i chorobliwa duma. Pewnego razu jeden z mieszkańców Mvezo oskarżył go, że ukradł z pastwiska jego wołu. Poszedł na skargę do białego sędziego, któremu według brytyjskich praw podlegali wszyscy wioskowi wodzowie. Ten posłał po ojca Mandeli, by wytłumaczył się ze swego postępku.

Ojciec uniósł się dumą i odmówił. Posłał sędziemu odpowiedź, że nie podlega białym, lecz królowi Thembu, i słucha tylko jego rozkazów. Brytyjski sędzia oskarżył go o nieposłuszeństwo, odebrał wodzostwo wioski Mvezo, wodzowską pensję, ziemię, stada i przywileje.

Z człowieka bogatego ojciec Mandeli stał się biedakiem. Biedakiem tak żałosnym, że nie mógł utrzymać swoich czterech żon i trzynaściorga dzieci i musiał odesłać matkę Nelsona do pobliskiego Qunu, gdzie mogła liczyć na pomoc krewnych.

Mały Nelson miał wtedy dwa lata i nosił tylko jedno imię, Rolihlahla, nadane mu przez ojca. W języku khosa oznaczało ono „tego, z którym będą kłopoty”.

Nelsonem nazwała go nauczycielka angielskiego w szkole, którą chrześcijańscy misjonarze prowadzili po drugiej stronie wzgórza.

Z początku mieszkańcy Qunu nieufnie odnosili się do misjonarzy głoszących nową wiarę i niewielu dało się przekonać, że trzeba przestać służyć starym bogom i zacząć czcić nowego, którego misjonarze nazywali Wszechmogącym. Chrześcijan we wsi łatwo było rozpoznać, bo nosili europejskie ubrania, podczas gdy ubraniem mieszkańców Qunu były grube, przewiązywane w pasie wełniane derki, barwione ochrą na ulubione przez Thembu i Khosów czerwienie, oranże i brązy.

Jako jedna z pierwszych na nową wiarę nawróciła się matka Mandeli Nosekani, która na chrzcie przyjęła imię Fanny. Zaprowadziła do kościoła także swojego syna i ochrzciła go.

Czuła, że tak będzie dla chłopca lepiej. Chrześcijanie nie tylko nosili europejskie ubrania i po europejsku budowali domy, ale byli wykształceni, bogatsi, zaradni. Biali najmowali ich na służbę jako urzędników, policjantów, nauczycieli. Odnosiło się wrażenie, że wystarczy przyjąć nową wiarę, by zapewnić sobie lepsze widoki na przyszłość.

Surowy ojciec, który nie dał się namówić na chrześcijaństwo, nie miał nic przeciwko nawróceniu żony i syna. Łatwo dał się też przekonać, by posłać najmłodszego syna do misyjnej szkoły. „Chłopak jest bystry – przekonywali misjonarze matkę Mandeli. – Szkoda, żeby się zmarnował”.

Tak oto Nelson, jako pierwszy w rodzinie, poszedł do szkoły. Ojciec nie tylko się nie sprzeciwiał, ale uznał, że chłopcu będzie potrzebne nowe, odpowiednie do nowej sytuacji ubranie. Zawołał syna i wyciągnął ze skrzyni swoje własne spodnie. Zmierzył chłopca wzrokiem, a potem nożycami uciął nogawki na wysokości kolan. Spodnie sięgały Nelsonowi do kostek, ale w pasie chłopak mógł się nimi ze dwa razy owinąć. Ojciec przepasał go kawałkiem sznurka i nie kryjąc zadowolenia, wyszedł z chaty, zostawiając w niej siedmioletniego Nelsona w jego pierwszych spodniach.

Dalszy ciąg dostępny w wersji pełnej

CZĘŚĆ 2

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ 3

Dostępne w wersji pełnej

EPILOG

Dostępne w wersji pełnej

KALENDARIUM

Dostępne w wersji pełnej

NOTA AUTORA

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Katarzyna Ewa Legendź

Fotografia na okładce

© Gideon Mendel / Corbis

Opieka redakcyjna

Damian Strączek

Korekta

Barbara Gąsiorowska

Beata Trebel-Bednarz

Mapa

Anna Styrska-Mróz

© Copyright by Wojciech Jagielski

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2013

ISBN 978-83-240-2776-7

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracowany na podstawie Trębacz z Tembisy. Droga do Mandeli, wydanie I, Kraków 2013

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wieże z kamienia Dobre miejsce do umierania Modlitwa o deszcz Wszystkie wojny Lary Trębacz z Tembisy. Droga do Mandeli Dobre miejsce do umierania 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran