Świat marzeń zakupoholiczki

Świat marzeń zakupoholiczki

Autorzy: Sophie Kinsella

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Lifestyle

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 372

Cena książki papierowej: 29.90 zł

cena od: 20.24 zł

Rebeka Bloomwood ‒ właścicielka imponującej szafy pełnej modowych must-have sezonu zawodowo zajmująca się pisaniem porad na temat gospodarnego wydawania pieniędzy. Ulubione zajęcie: zakupy. Ale jak oddawać się swojej pasji, gdy dochody liche, a na koncie nieustanny debet? Zwiększyć zarobki? Trudne. Zmniejszyć wydatki? Niemożliwe. A bank wysyła coraz to więcej monitów…

Czy Becky wydostanie się z tego zaklętego kręgu? Czy znajdzie miłość? I czy odzyska kontrolę nad swoją kartą kredytową? Przezabawna historia o zwariowanej trzydziestolatce.

Tytuł oryginału:

THE SECRET WORLD OF A SHOPAHOLIC

Copyright © Sophie Kinsella 2000

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Krystyna Chmiel

Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Korekta: Joanna Rodkiewicz

ISBN: 978-83-7999-301-7

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

Dedykacja

Podziękowania

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Książkę tę dedykuję mojej agentce,

a przy tym serdecznej przyjaciółce –

Aramincie Whitley

Podziękowania

Składam serdeczne podziękowania Patrickowi Plonkingtonowi-Smythe’owi, Lindzie Evans i całemu zespołowi Transworld; Celii Hayley, Markowi Lucasowi i innym pracownikom LAW; Nicki Kennedy, Jessice Buckmann, Valerie Hoskins, Rebece Watson i Brianowi Siberellowi z CAA.

Szczególnie dziękuję Samancie Wickham, Sarze Manser, Paulowi Wattsowi, Chantal Rutherford-Brown, mojej wspaniałej rodzinie, a zwłaszcza Gemmie, która nauczyła mnie sztuki robienia zakupów.

6.07.1997

Bank Endwich

Stallion Square 1

London Wl 3HW

Sz.P.

Rebeka Bloomwood

Jarvis Road 63 m. 4

Bristol BS1 ODN

Szanowna Pani!

Gratulujemy ukończenia studiów na uniwersytecie w Bristolu ze świetnym wynikiem.

My w Endwich również osiągamy świetne wyniki jako bank, który wychodzi naprzeciw różnorodnym potrzebom klientów. Szczycimy się szczególnie atrakcyjną ofertą dostosowaną do tej grupy odbiorców, do której należy także Pani.

Mamy zaszczyt zaproponować Pani specjalny, odnawialny kredyt dla absolwentów do wysokości 2000 funtów, udzielany przez dwa pierwsze lata po ukończeniu studiów. Gdyby zdecydowała się Pani założyć konto w naszym banku, kredyt mógłby zostać uruchomiony natychmiast. Mamy nadzieję, że zechce Pani skorzystać z naszej oferty i prześle nam odwrotną pocztą wypełniony wniosek.

Z poważaniem –

Nigel Fairs

Kierownik Działu Kredytów dla Absolwentów

Endwich troskliwym bankiem

10.09.1999

Bank Endwich

Oddział Fulham

Fulham Road 3

London SW6 9JH

Sz.P.

Rebeka Bloomwood

Burney Road 4 m. 2

London SW6 8FD

Szanowna Pani!

W nawiązaniu do treści pism 3 maja, 29 lipca i 14 sierpnia br. przypominamy, że ważność kredytu dla absolwentów upływa z dniem 19.09.1999. Zwracamy również uwagę, że przekroczyła Pani znacznie limit 2000 funtów.

Obecny stan Pani zadłużenia wynosi trzy tysiące siedemset dziewięćdziesiąt cztery funty pięćdziesiąt sześc pensów, proszę więc o telefoniczny kontakt z moją asystentką Eriką Parnell celem przenegocjowania warunków spłaty.

Z poważaniem –

Derek Smeath

Prezes Banku

Endwich troskliwym bankiem

22.09.1999

Bank Endwich

Oddział Fulham

Fulham Road 3

London SW6 9JH

Sz.P.

Rebeka Bloomwood

Burney Road 4 m. 2

London SW6 8FD

Szanowna Pani!

Niezmiernie mi przykro, że złamała Pani nogę. Po wyzdrowieniu proszę jednak uprzejmie o skontaktowanie się z moją asystentką Eriką Parnell w celu omówienia Pani sytuacji finansowej.

Z poważaniem –

Derek Smeath

Prezes Banku

Endwich troskliwym bankiem

17.11.1999

Bank Endwich

Oddział Fulham

Fulham Road 3

London SW6 9JH

Sz.P.

Rebeka Bloomwood

Burney Road 4 m. 2

London SW6 8FD

Szanowna Pani!

Niezmiernie mi przykro, że zapadła Pani na mononukleozę. Po wyzdrowieniu proszę jednak uprzejmie o skontaktowanie się z moją asystentką Eriką Parnell w celu omówienia Pani sytuacji finansowej.

Z poważaniem –

Derek Smeath

Prezes Banku

Endwich troskliwym bankiem

1

Dobrze już, dobrze. Nie panikujmy. Przecież to tylko rachunek za zakupy opłacone kartą VISA. Jeden gówniany świstek papieru z kupą cyferek, a ile krwi potrafi napsuć człowiekowi!

Wyjrzałam z okna mojego biura wychodzącego na Oxford Street, którą akurat przejeżdżał autobus. Zmusiłam się do otwarcia białej koperty leżącej na zagraconym biurku, wmawiając sobie kolejny raz, że to przecież tylko jakiś durny świstek papieru. Nie byłam głupia i dobrze wiedziałam, ile może wynosić taki rachunek… No, powiedzmy, z grubsza wiedziałam.

Mogli mnie skasować na jakieś dwieście funtów. Ewentualnie trzysta… tak, pewnie to będzie trzysta. Góra trzysta pięćdziesiąt!

Jakby nigdy nic przymknęłam oczy i zaczęłam w myśli podliczać ostatnie wydatki. A więc ten kostium, który kupiłam w Jigsaw… Obiad z Zuzą u Quaglina… No i ten cudowny dywanik w czerwono-żółty deseń! Prawdę mówiąc, sam tylko dywanik kosztował dwieście funtów, ale był wart tę sumę. Wszyscy się nim zachwycali, a już na pewno Zuza.

No, a ten kostium w Jigsaw kupiłam na wyprzedaży, więc o trzydzieści procent taniej. Czyli właściwie na nim zaoszczędziłam!

Otworzyłam oczy i sięgnęłam po rachunek, ale w tym momencie przypomniałam sobie o nowych soczewkach kontaktowych. Kosztowały dziewięćdziesiąt pięć funtów, kupę szmalu, lecz przecież musiałam je mieć. Mam poruszać się po omacku, czy co?

Do tego jednak potrzebne były płyny, zgrabny futeralik i niealergizujący tusz do powiek. Ile to może być razem… czterysta?

Przy sąsiednim biurku Klara Edwards podniosła wzrok znad papierów. Porozkładała przychodzące listy na oddzielne kupki, jak co rano. Każdy plik ścisnęła gumką i opatrzyła naklejką z napisem: „Odpowiedzieć natychmiast” albo „Nie bardzo pilne, ale trzeba odpowiedzieć”. Niedobrze mi się robiło, kiedy na to patrzyłam!

– Wszystko w porządku, Becky? – zapytała.

– Oczywiście, to list do mnie – zbyłam ją.

Sięgnęłam żwawo do koperty, ale nie wyciągnęłam z niej rachunku, tylko zacisnęłam na nim palce. Jak co miesiąc, prosiłam Boga, aby spełnił moje najskrytsze marzenie.

Pewnie jesteście ciekawi, o czym marzę? Ano o tym, żeby mi się zdarzyło coś podobnego jak w opowiadaniu, które przeczytałam w jakimś czasopiśmie. Tak mi się spodobało, że wycięłam je sobie i przykleiłam na drzwiach szafy. Opisana tam była pomyłka, jaką popełniono w pewnym banku. Wysyłając rachunki do dwóch osób, zamieniono je, i macie pojęcie, że ci ludzie się nie zorientowali? Uregulowali nie swoje rachunki i nawet okiem nie mrugnęli!

Od tamtej pory wielokrotnie wracałam do tego opowiadania, marząc, by i mnie przytrafiło się to samo. Gdyby na przykład mój kilometrowy rachunek otrzymała jakaś ekscentryczna starsza dama z Kornwalii i uregulowała go, nie sprawdzając, jakich dotyczy wydatków? Ja za to chętnie zapłaciłabym za trzy puszki karmy dla kotów po pięćdziesiąt dziewięć pensów. Trzeba w końcu postępować uczciwie, prawda?

Jeszcze kiedy wyglądałam przez okno, uśmiech nie schodził z moich warg, taka byłam pewna, że w tym miesiącu moje marzenie się ziści! Jednak gdy ponaglana wścibskim spojrzeniem Klary zajrzałam w końcu do koperty – mina mi zrzedła. Mało tego, zrobiło mi się gorąco, pewnie ze strachu.

Wydruk był gęsto upstrzony znanymi nazwami firm, które migały mi przed oczyma, jakbym przechodziła przez pasaż handlowy. Przewijały się zbyt szybko, abym mogła dogłębnie analizować ich znaczenie – udawało mi się najwyżej zatrzymywać wzrok przy wyrywkowo wybranych pozycjach.

Na przykład czekoladki Thorntona… Co one tu, do jasnej cholery, robią? Nie mogłam kupować sobie żadnych czekoladek, bo przecież miałam zacząć się odchudzać. W tym rachunku musi być błąd. A może to w ogóle nie chodzi o mnie? Przecież nie mogłam wydać aż takiej sumy!

Przykazałam sama sobie, aby nie wpadać w panikę. Wzięłam głęboki oddech i postanowiłam przeczytać powoli, po kolei, wszystkie pozycje wydruku. Zaczęłam od góry.

WH Smith – zgadza się. Przecież każdy czasem potrzebuje papeterii.

Boots – jak wyżej.

Specsavers – same potrzebne rzeczy.

Oddbins – musiałam kupić tam butelkę wina.

Our Price – zaraz, zaraz… Co to było? Aha, nowy album Szarlatanów. To chyba jasne, że musiałam go mieć!

Bella Pasta – aha, jadłam tam kolację z Caitlin!

Oddbins – następna butelka wina.

Esso – paliwo się nie liczy!

Quaglino – wiem, że u niego jest drogo, ale chyba raz można sobie pozwolić na małe szaleństwo?

Prêt-à-Manger – wtedy po prostu zabrakło mi gotówki.

Oddbins – kolejna butelka wina.

Dywany dla bogaczy… – no tak, to właśnie tam kupiłam ten idiotyczny dywanik!

La Senza – seksowna bielizna, której potrzebowałam na randkę z Jamesem.

Agent Provocateur – jeszcze bardziej seksowna bielizna, jakbym czegoś takiego potrzebowała!

Wszystko dla ciała – aparat do masażu, którego muszę używać.

Next – taka zwyczajna biała bluzka, ale kupiłam ją na wyprzedaży.

Millets…

Nad tą pozycją zatrzymałam się dłużej. Skąd się tu wziął Millets, jeśli nigdy nie kupuję w sklepach tej firmy? Marszcząc czoło, próbowałam się skupić nad wydrukiem, aż mnie olśniło. Przecież to jasne – ktoś musiał posłużyć się moją kartą. Wygląda na to, że ja, Rebeka Bloomwood, padłam ofiarą przestępstwa!

Dopiero teraz wszystko zaczęło trzymać się kupy. Jakiś kryminalista musiał zwinąć mi kartę i podrobić podpis. Ciekawe, gdzie jeszcze się nią posługiwał? To dlatego przysłali mi taki niebotyczny rachunek. Ktoś zaszalał na moje konto i liczył, że mu się to upiecze!

Tylko jak mógł to zrobić, jeśli moja karta VISA leży sobie grzecznie u mnie w portfelu? Gapiąc się na nią, wpadłam na pomysł, że ktoś musiał w takim razie wyjąć ją z mojej torebki, użyć jej i wsadzić z powrotem. A więc był to ktoś znajomy, ale, na miłość boską, kto?

Rozejrzałam się podejrzliwie wokół siebie. Ktokolwiek to zrobił, nie był zbyt inteligentny, bo użył mojej karty u Milletsa. Przecież ja nigdy tam nie kupuję, więc od razu się zdradził.

– Nigdy nie kupowałam u Milletsa! – wymówiłam na głos.

– Jak to nie? – zareagowała od razu Klara. – Oczywiście, że kupowałaś!

– Ależ skąd! – obruszyłam się, wściekła, że ktoś ingeruje w mój tok myślowy.

– Przecież kupiłaś tam prezent pożegnalny dla Michaela, nie pamiętasz?

Uśmiech znikł z mojej twarzy. Kurczę blade, rzeczywiście, tę pieprzoną niebieską kurtkę dla Michaela kupiłam właśnie u Milletsa!

Michael to nasz były zastępca redaktora naczelnego, który zwolnił się z pracy trzy tygodnie temu. Zgłosiłam się na ochotnika, aby kupić mu pożegnalny prezent. Wzięłam ze sobą do sklepu brązową kopertę z banknotami i monetami zebranymi wśród kolegów. Wybrałam sportowy skafander, bo znałam jego upodobania, ale w ostatniej chwili wpadłam na pomysł, że zapłacę kartą kredytową, a gotówkę zatrzymam dla siebie.

Przypomniałam sobie, jak wyłowiłam z koperty cztery banknoty po pięć funtów i wsadziłam je do portfela. Monety jednofuntowe włożyłam do specjalnej przegródki, a resztę drobniaków wrzuciłam na dno torebki. Pamiętałam nawet, jak się cieszyłam, że teraz długo nie będę musiała korzystać z bankomatu. Sądziłam, że sześćdziesiąt funtów wystarczy mi na całe tygodnie…

Jak się więc stało, że nie wystarczyło? Gdzie się podział ten szmal? Nie mogłam przecież wydać sześćdziesięciu funciaków, nie zdając sobie z tego sprawy!

– A dlaczego o to pytasz? – zaciekawiła się Klara, świdrując mnie wzrokiem przenikliwym jak promienie Roentgena. Widziała przecież, że studiuję wyciąg z konta VISA.

– Tak sobie, bez powodu – spławiłam ją, szybko odwracając wydruk na drugą stronę. Byłam już jednak do tego stopnia wytrącona z równowagi, że zamiast swoim zwyczajem skoncentrować się na wysokości Minimalnej Wymaganej Wpłaty – od razu zwróciłam wzrok na łączną sumę, wydrukowaną na samym dole. Stało tam jak byk, czarno na białym – dziewięćset czterdzieści dziewięć funtów i sześćdziesiąt trzy pensy!

Przez jakieś pół minuty bezmyślnie gapiłam się na wydruk, zanim wepchnęłam go z powrotem do koperty. Przez chwilę miałam wrażenie – przysięgam, że naprawdę tak się czułam – jakby ten świstek papieru mnie nie dotyczył. Może gdzieś się podzieje, gdybym, na przykład, zrzuciła go na podłogę za biurkiem? Sprzątaczka go wymiecie, a ja będę mogła udawać, że nigdy go nie dostałam! Przecież chyba nie mogą żądać ode mnie zapłacenia rachunku, którego nie widziałam na oczy!

Zaczęłam już układać sobie w myśli treść listu do kierownika działu obsługi kont VISA. „Szanowny Panie Kierowniku! Zdziwił mnie Pana list, gdyż nie otrzymałam z Pańskiego banku żadnego rachunku. Ostrzegam, że zwrócę się ze skargą do Rzecznika Praw Obywatelskich, Pani Anny Robinson”.

Zresztą w najgorszym razie zawsze zdążę dać nogę za granicę!

– Becky… – Głos Klary oderwał mnie od tych rozważań. Odruchowo wyprostowałam się, czując na sobie jej wzrok. – Napisałaś już ten kawałek o banku Lloyda?

– Prawie – skłamałam gładko, ale ponieważ nadal mnie obserwowała, musiałam potwierdzić swoje dobre chęci na ekranie komputera.

– „Posiadacze kont postąpią słusznie, jeśli otworzą u nas rachunek oszczędnościowo-rozliczeniowy” – wystukałam zdanie żywcem zerżnięte z komunikatu prasowego, który leżał na moim biurku. – „Od depozytów wyższych niż 5000 funtów będą naliczane korzystne, skumulowane odsetki…”

Postawiłam kropkę, łyknęłam kawy i przewróciłam stronę pisma z komunikatem.

Nawiasem mówiąc, właśnie takimi rzeczami się zajmuję. Pracuję w redakcji czasopisma poświęconego problemom finansowym. Płacą mi za to, abym doradzała ludziom, jak mają inwestować swoje pieniądze.

Oczywiście nie o takiej pracy marzyłam, ale dziennikarze piszący o sprawach finansowych zazwyczaj trafiają do tej branży przypadkowo. Zaklinają się, że właśnie to najbardziej lubią robić, ale nie wierzcie im. Prawda jest taka, że po prostu nie mogli się załapać na ciekawsze tematy. Każdy najpierw starał się o posadę w redakcji „Timesa”, „Expressu”, „Marie-Claire” czy „Vogue’a”, ale zewsząd odprawiano ich z kwitkiem.

Próbowali więc szczęścia w pisemkach typu „Miesięcznik Metalowca”, „Gazeta Serowarska” czy „Poradnik Inwestora” i cieszyli się, jeśli zatrudniono ich za psi grosz choćby na gównianej posadce asystenta redaktora. Chcąc nie chcąc, specjalizowali się z czasem w tematyce obróbki metalu, wyrobu serów czy korzystnych lokat kapitału, bo po prostu nie znali się już na niczym innym. Sama zaczynałam karierę w redakcji periodyku o chwytliwym tytule „Nasze Inwestycje”. Nauczyłam się tam przepisywać artykuły z gazet, robić mądrą minę na konferencjach prasowych i tak formułować pytania, aby stwarzać wrażenie, że wiem, o czym mówię. Możecie mi wierzyć albo nie, ale po półtora roku takiej pracy skaperował mnie magazyn „Korzystne Lokaty”.

Nie zmienia to faktu, że niewiele się nauczyłam na temat finansów. Byle pasażer miejskiego autobusu czy dziecko z podstawówki wie w tej materii więcej ode mnie. Po trzech latach pracy nadal obawiam się, że ktoś odkryje moją ignorancję.

Po południu wezwał mnie nagle Filip – nasz redaktor naczelny. Podskoczyłam ze strachu, kiedy usłyszałam z jego ust moje imię.

– Rebeko, pozwól na słówko. – Kiwnął na mnie. Zniżył przy tym głos i uśmiechnął się znacząco, jakby chciał mi przekazać szczególnie dobrą wiadomość.

Byłam pewna, że zamierza mnie awansować. Może wreszcie ruszyło go sumienie, że to nie w porządku, bym zarabiała mniej od Klary? Przypuszczalnie powierzy mi równorzędne stanowisko, może nawet wyższe, tylko chce zakomunikować to dyskretnie, aby nie wzbudzać zazdrości Klary…

Okrasiłam więc twarz odświętnym uśmiechem, wstałam i podeszłam do jego biurka, stojącego jakieś trzy metry dalej. Starałam się nie pokazać po sobie, że już planuję, co kupię za spodziewaną podwyżkę. Może kloszowy płaszczyk od Whistlesa albo czarne kozaczki z Pied a Terre? Pojadę na zagraniczną wycieczkę albo wreszcie spłacę ten pieprzony rachunek za zakupy z karty VISA? Od razu poczułam ulgę. Wiedziałam, że wszystko dobre, co się dobrze kończy…

Tymczasem Filip pchnął w moim kierunku blankiet zaproszenia.

– Słuchaj, Rebeko, nie mam czasu pójść na tę konferencję, a zapowiada się ciekawie. Nie poszłabyś tam za mnie? Odbędzie się w Centrum Prasowym Brandonów.

Od razu prysł mój radosny nastrój. A więc nie dostanę ani podwyżki, ani awansu! Poczułam się oszukana, bo jak mógł się uśmiechać w taki sposób? Musiał przecież wiedzieć, cham jeden, że wzbudził we mnie nadzieję!

– Źle się czujesz? – zatroskał się.

– Nie – bąknęłam, ale nie mogłam zmusić się do uśmiechu. A więc nici z kloszowego płaszcza i kozaczków, a zamiast podwyżki czeka mnie konferencja prasowa na temat… Właśnie, jaki? Zerknęłam w kartę zaproszenia i dowiedziałam się, że chodzi o nowy fundusz powierniczy. I cóż w tym ciekawego?

– Potem opiszesz to w wiadomościach.

– Dobra. – Odeszłam, wzruszając ramionami.

2

Po drodze na konferencję prasową musiałam dokonać jednego ważnego zakupu – potrzebny był mi numer „Financial Timesa”. Ta gazeta ma wiele zalet, a wśród nich najważniejsze to:

1. drukowana jest na papierze w ładnym kolorze;

2. kosztuje tylko 85 pensów;

3. kiedy pokazujesz się w publicznym miejscu z numerem „FT” pod pachą – ludziska od razu zaczynają traktować cię poważniej. Możesz nawet pleść ostatnie głupoty, a i tak nikt nie pomyśli, że masz fiu-bździu w głowie, tylko uznają cię za intelektualistkę o szerokich horyzontach!

Na rozmowę wstępną w redakcji „Korzystnych Lokat” zjawiłam się nie tylko z egzemplarzem „Financial Timesa”, ale i „Poradnika Inwestora”. W rezultacie ani razu nie zapytano mnie o problemy finansowe, a czas upłynął nam na miłej pogawędce o domkach weekendowych i na obgadywaniu innych wydawców.

Zatrzymałam się więc przy kiosku z prasą, kupiłam „FT” i zgrabnie wetknęłam go pod pachę, oceniając swoje odbicie w witrynie sklepu Denny i George.

Doszłam do wniosku, że wyglądam całkiem nieźle. Miałam na sobie czarną spódniczkę z firmy French Connection, do tego białą bawełnianą koszulkę od Knickerboxa i rozpinany sweterek z angory, który wprawdzie kupiłam u Marksa i Spencera, ale równie dobrze mógł pochodzić z magazynu Agnes B. Całości dopełniały czółenka o kwadratowych noskach od Hobbsa. Z dumą obnosiłam też nowy komplet bielizny, chociaż nikt tego nie widział – majteczki i staniczek z wyhaftowanymi żółtymi pączkami róż! To było najlepsze ze wszystkich moich ciuchów, więc prawie życzyłam sobie, żeby potrącił mnie samochód – wtedy przynajmniej wszyscy zobaczyliby, co mam pod spodem!

Nauczyłam się przeprowadzać wyliczankę wszystkiego, co mam na sobie. Zwyczaj ten zapożyczyłam z pisma „Siedemnastolatka”. Reporterzy tego magazynu do każdego wydania zatrzymują na ulicy losowo wybraną dziewczynę, robią jej zdjęcie i szczegółowo opisują każdą część garderoby. Wygląda to mniej więcej tak: „koszulka z Chelsea Girl, dżinsy z Top Shop, buty pożyczone od koleżanki…”. Odkąd zaczęłam czytać „Siedemnastolatkę”, zawsze studiowałam te opisy od deski do deski, i do dziś, jeśli kupię sobie jakiś ciuch w niezbyt szpanerskim sklepie, od razu odcinam metkę. Wtedy, gdyby jakiś reporter zatrzymał mnie na ulicy, zawsze mogę udawać, że nie wiem, skąd mam tę rzecz.

Kiedy otaksowałam wzrokiem swoje odbicie w szybie Denny’ego i George’a – uznałam, że mógłby teraz napatoczyć się tu reporter „Siedemnastolatki” z aparatem. I wtedy w którymś momencie moje oko zatrzymało się na czymś, co sprawiło, że serce na chwilę przestało mi bić. Była to dyskretnie umieszczona, ciemnozielona wywieszka z kremowymi literami napisu „Wyprzedaż”.

Nie wierzyłam własnym oczom. Serce po chwili przerwy zabiło mi szybciej. To nie mogła być prawda! Denny i George nigdy nie urządzali wyprzedaży, nie musieli tego robić – ich chustki i apaszki sprzedawałyby się jak ciepłe bułeczki, nawet gdyby były dwa razy droższe. Każdy, kogo znam, chciałby mieć chustkę od Denny’ego i George’a… no, może z wyjątkiem moich rodziców. Mama uważa, że coś, czego nie może kupić u Bentalla w Kingston, nie jest warte posiadania.

Przełknęłam ślinę, zrobiłam dwa kroki naprzód i pchnęłam drzwi butiku. Zadźwięczał przy nich dzwonek, co zwróciło uwagę pracującej tam młodej blondynki. Nie znałam jej imienia, ale już zdążyłam ją polubić, bo – inaczej niż niektóre wredne małpy w sklepach z konfekcją – nigdy nie kręciła nosem, kiedy na próżno wystawałam przy ladzie, gapiąc się na rzeczy, na które nie mogłam sobie pozwolić. Zwykle wyglądało to tak, że po półgodzinie przyglądania się chustkom u Denny’ego i George’a leciałam szybko do Accessorize i kupowałam sobie jakiś inny łaszek na pocieszenie. Mam całą szufladę takich namiastek!

– Dzień dobry! – przywitałam się, próbując zachować spokój. – Co ja widzę, macie wyprzedaż?

– Rzeczywiście, dotąd się to u nas nie zdarzało! – Blondynka się uśmiechnęła.

Rozejrzałam się po sklepie i od razu namierzyłam rządki schludnie poskładanych w kostkę chustek pod planszami z hasłem: „Obniżka ceny o 50%”. Było ich pełno, jedne z drukowanego aksamitu, inne z jedwabiu naszywanego paciorkami lub z haftowanego kaszmiru, wszystkie z dyskretnymi naszywkami Denny i George. Prawie wpadłam w panikę, bo nie wiedziałam, od czego zacząć.

– Zdaje mi się, że ta się pani podobała. – Miła blondyneczka pomogła mi, wyciągając z najbliższej kupki błyszczącą szaro-niebieską chustkę.

Rzeczywiście, od razu przypomniałam sobie ten jedwabisty aksamit drukowany w bladoniebieski deseń, tu i ówdzie upstrzony drobniutkimi opalizującymi dżetami. Im dłużej się jej przyglądałam, tym silniej odczuwałam jakieś niewidzialne nici przykuwające mnie do tego miejsca. W życiu nie widziałam czegoś równie pięknego i wprost musiałam dotknąć tej wspaniałej rzeczy, a kiedy już dotknęłam – przymierzyć! Panienka zwróciła moją uwagę na metkę:

– Cena obniżona z trzystu czterdziestu funtów na sto dwadzieścia! – zaznaczyła z naciskiem. Udrapowała miękką tkaninę na moich ramionach, abym mogła lepiej przyjrzeć się swojemu odbiciu.

Widok ten rozwiał moje ostatnie wątpliwości. Musiałam mieć tę chustę, bo na jej tle moje oczy wydawały się większe, fryzura elegantsza, sprawiałam po prostu wrażenie kogoś zupełnie innego. Mogłabym nosić ją do wszystkich rzeczy, aż zyskałabym przydomek „Dziewczyna w chustce od Denny’ego i George’a”.

– Na pani miejscu nie wahałabym się – zachęcała ekspedientka. – Została nam już tylko jedna taka chustka.

Moje palce bezwiednie zacisnęły się wokół delikatnej tkaniny.

– Biorę! – wydyszałam.

Panienka zaczęła układać mój zakup na warstwie bibułki, a ja tymczasem wyciągnęłam portfel. Machinalnym ruchem sięgnęłam po kartę VISA, lecz pod palcami wyczułam pustkę. Zaczęłam nerwowo przetrząsać wszystkie przegródki, licząc, że może przez pomyłkę wsadziłam kartę między recepty lub wizytówki… Po chwili przypomniałam sobie, że zostawiłam ją na biurku!

Chryste, ależ ze mnie idiotka! Jak mogłam zostawić na biurku coś tak ważnego? Musiałam chyba myśleć o niebieskich migdałach!

Miła sklepowa najspokojniej w świecie pakowała już moją chustkę do ciemnozielonego pudełeczka z nadrukiem „Denny i George”, a mnie serce waliło jak młotem, bo nie wiedziałam, co mam teraz zrobić.

– Płaci pani gotówką czy kartą? – spytała uprzejmie.

– Dopiero teraz zauważyłam, że zostawiłam kartę w biurze! – wyjąkałam.

– Ach tak? – Ekspedientka przerwała pakowanie.

– Czy mogłaby pani odłożyć mi tę chustkę? – zaryzykowałam.

Panienka spojrzała z powątpiewaniem.

– Na jak długo?

– Do jutra! – wyrąbałam zdesperowana.

Zauważyłam jednak, że dziewczyna zrobiła wiele mówiącą minę. Czyżby mnie źle zrozumiała?

– Przykro mi, ale nie mogę. Nie wolno nam odkładać przecenionych towarów.

– No więc przynajmniej do wieczora! – wpadłam jej w słowo. – O której zamykacie?

– O szóstej.

Poczułam jednocześnie ulgę i zwiększony przypływ adrenaliny do krwi. Postanowiłam, że podejmę to ryzyko. Jeśli zdołam jak najszybciej urwać się z konferencji prasowej, może zdążę złapać taksówkę, wrócić do biura, wziąć kartę, wmówić Filipowi, że zostawiłam na biurku notatnik, i przed zamknięciem sklepu stać się posiadaczką chustki.

– Więc niech mi pani ją przetrzyma przynajmniej do szóstej. Bardzo panią proszę! – wyjęczałam tak błagalnym tonem, że ekspedientka zmiękła.

– No dobrze. Schowam ją pod ladę.

– Dziękuję! – wybąkałam i biegiem wypadłam ze sklepu. Modliłam się, by konferencja nie trwała za długo i żeby nie zadawano zbyt wielu pytań. Dobry Boże, spraw, żebym dostała tę chustkę!

Po przybyciu do Centrum Prasowego Brandonów uspokoiłam się nieco, bo miałam pełne trzy godziny i pewność, że moja chustka czeka na mnie pod ladą i nikt nie zdmuchnie mi jej sprzed nosa.

W holu wisiał komunikat, że konferencja prasowa na temat Egzotycznych Inwestycji ma miejsce w sali Artemis. Umundurowany portier kierował przybyłych wzdłuż długiego korytarza. Oznaczało to, że szykowała się nasiadówka większego kalibru, może nie na skalę międzynarodową, ale dosyć licznie obsadzona, co w naszym ograniczonym, małym światku miało duże znaczenie.

W sali było już gwarno, a kelnerki roznosiły półmiski z kanapkami. Dziennikarze trąbili szampana, jakby nie pili go nigdy przedtem, a rzeczniczki prasowe zadzierały nosa i sączyły wodę. Kiedy kelner zaproponował mi kieliszek szampana – porwałam z tacy dwa. Jeden wychyliłam od razu, a drugi zachowałam, żeby trzymać pod krzesłem na wszelki wypadek, w razie jakichś nudnych wystąpień.

W najdalszym kącie sali dostrzegłam Elly Granger z „Tygodnika Inwestora”. Dopadło ją tam dwóch facetów w oficjalnych garniturach, a ona im przytakiwała, tocząc wokoło szklanym wzrokiem. Elly to naprawdę wystrzałowa dziewczyna! Pracuje w „Tygodniku Inwestora” dopiero od pół roku, a już złożyła chyba ze czterdzieści trzy podania o inną pracę. Chciałaby być redaktorką działu mody w jednym z kobiecych czasopism, a ja wolałabym robić to co Fiona Philips w telewizji. Czasem na imprezie, kiedy już dużo wypijemy, zarzekamy się jedna przez drugą, że rzucimy pracę, jeśli nie zaczniemy robić czegoś naprawdę ciekawego. Jednak wizja braku pieniędzy przeraża nas bardziej niż perspektywa pisania do końca życia tylko o funduszach emerytalnych.

– O, Rebeka! Miło, że nas odwiedziłaś.

Spojrzałam w górę znad kieliszka i o mało nie zakrztusiłam się szampanem, bo przede mną stał Luke Brandon, dyrektor centrum prasowego. Mierzył mnie tak przenikliwym wzrokiem, jakby czytał w moich myślach.

Widziałam go najwyżej kilka razy w życiu, ale zawsze czułam się w jego towarzystwie dość niepewnie. Działał na ludzi onieśmielająco, bo powszechnie uważano go za geniusza. Nawet Filip, mój szef, rozwodził się nad zaletami jego umysłu. Rzeczywiście, zaczynał od zera, a mimo to zdołał zapewnić swemu centrum prasowemu znaczącą pozycję wśród podobnych firm w Londynie. Kilka miesięcy temu w jakimś czasopiśmie opublikowano ranking przedsiębiorców, w którym pan Brandon uplasował się na czele, jako jeden z najinteligentniejszych biznesmenów swojego pokolenia. W artykule tym zwracano uwagę nie tylko na jego piramidalny współczynnik inteligencji, ale i na fotograficzną pamięć. Dla mnie byłaby to raczej wada niż zaleta – nie cierpię ludzi z fotograficzną pamięcią!

Nie to jednak było główną przyczyną mojej rezerwy w stosunku do niego. Bardziej denerwowało mnie, że kiedy ze mną rozmawiał, marszczył czoło, jakby wyczuwał, iż w gruncie rzeczy jestem kompletną dyletantką. I zapewne naprawdę to wyczuwał, co wskazywało, że nie tylko był geniuszem, ale i jasnowidzem. Przypuszczalnie wiedział, że kiedy z inteligentną miną gapię się na jakiś nudny wykres, potakując z udanym zrozumieniem – w rzeczywistości myślę o tym odlotowym czarnym topiku, jaki widziałam u Josepha, i o tym, czy starczy mi szmalu, by dokupić do niego jeszcze spodnie.

– Poznałaś już Alicję, prawda? – zagaił, wskazując na efektowną blondynkę u swego boku.

Wprawdzie nie miałam dotąd zaszczytu jej poznać, ale nie musiałam, bo wszystkie „dziewczyny od Brandona” były bliźniaczo do siebie podobne. Przeważnie żony bankowców, ubierały się elegancko, wysławiały pięknie, ale nie miały za grosz poczucia humoru.

– Ty jesteś Rebeka z „Korzystnych Lokat”, prawda? – zapytała chłodno Alicja, ściskając mi dłoń.

– Zgadza się – odpowiedziałam z takim samym chłodem.

– Miło, że znalazłaś czas, by przyjść do nas – pochwaliła zdawkowo. – Słyszałam, że wy, dziennikarze, jesteście wiecznie zajęci.

– No cóż… – rzuciłam lekko – staramy się brać udział we wszystkich konferencjach prasowych, jeśli to możliwe. Musimy mieć rozeznanie w problematyce przemysłowej.

Uważałam, że ta odpowiedź nadzwyczajnie mi się udała. Mało brakowało, a sama bym się na to nabrała!

Alicja jednak potraktowała moje słowa całkiem poważnie.

– No więc powiedz mi, Rebeko, co sądzisz o najnowszych wiadomościach? – Gestem wskazała na „Financial Timesa” pod moją pachą. – Zaskakujące, prawda?

Chryste, o czym ona mówi?

– To rzeczywiście ciekawe. – Robiłam dobrą minę, aby zyskać na czasie. Rozglądałam się przy tym wokół, aby znaleźć coś, co mogłoby naprowadzić mnie na prawidłową odpowiedź.

Cóż się takiego zdarzyło? Czyżby wzrosły stopy procentowe lub coś w tym rodzaju?

– Uważam, że dla przemysłu to raczej zła wiadomość – dowodziła całkiem poważnie Alicja. – Oczywiście masz prawo do własnych poglądów na ten temat.

Patrzyła na mnie, wyraźnie czekając na odpowiedź, a ja czułam, jak krew napływa mi do policzków. Kurczę, jak mam się wykaraskać z tej sytuacji? W myśli zarzekałam się, że od dziś będę uważnie studiować gazety, by nie dać się tak głupio przyłapać.

– Ależ masz rację, pewnie, że to zła wiadomość – potwierdziłam skwapliwie. Dla kurażu pociągnęłam szampana i modliłam się, aby w tej chwili nastąpiło trzęsienie ziemi lub coś podobnego.

– Spodziewałaś się, że do tego dojdzie? – zaciekawiła się Alicja. – No tak, wy, dziennikarze, zawsze wiecie o wszystkim z wyprzedzeniem.

– Pewnie, że się na to zanosiło – brnęłam dalej w nadziei, że mój głos brzmi przekonująco.

– A co sądzisz o tych plotkach, jakoby Fundusz Emerytalny Scottish Prime miał się połączyć z Flagstaff Life – Ubezpieczenie na Życie? – indagowała uparcie. – Uważasz, że to możliwe?

– Trudno powiedzieć – mruknęłam wymijająco i pociągnęłam następny łyk szampana. O jakie znów plotki jej chodzi? Czy nie mogłaby już iść do diabła?

W tym momencie jednak popełniłam ten błąd, że podniosłam wzrok na Luke’a Brandona. Zauważyłam, że miał dziwny wyraz twarzy. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że on wie, iż nie mam bladego pojęcia, o czym mówi Alicja.

– Popatrz, Alicjo, przyszła Maggie Stevens. Czy mogłabyś… – wtrącił się nagle.

Alicja, niczym cyrkowy koń, natychmiast obrała kierunek ku drzwiom, rzucając w biegu:

– Oczywiście!

– Aha, Alicjo, jeszcze jedno… – Zatrzymał ją, więc jak automat odwróciła głowę ku niemu. – Chciałbym wiedzieć dokładnie, kto tak spieprzył te wykresy.

– Tak jest, szefie, dowiem się – wykrztusiła i ulotniła się czym prędzej, zostawiając mnie sam na sam z Lukiem. Chryste, ależ to straszny człowiek! Chętnie też bym wzięła nogi za pas.

– Przepraszam, ale muszę już lecieć… – zaczęłam. Niestety, teraz Luke zwrócił się do mnie:

– Dziś Bank SBG ogłosił, że przejmuje bank Rutland – poinformował mnie konfidencjonalnie. Rzeczywiście, nagle przypomniałam sobie, że słyszałam o tym w porannych wiadomościach radiowych.

– Wiem, czytałam w „Financial Timesie” – odparłam wyniosłym tonem i zanim zdążył zareagować, szybko się zmyłam, żeby pogadać z Elly.

Zaczynała się właściwa konferencja prasowa, więc Elly i ja zajęłyśmy dwa miejsca w tyle sali. Ostentacyjnie otworzyłam notatnik, zapisałam u góry strony tytuł Centrum Prasowe Brandonów, a pozostałą powierzchnię kartki zapełniałam rysunkami fantastycznych kwiatów. Elly ze swej strony słuchała horoskopów przez komórkę.

Upiłam trochę szampana, rozsiadłam się wygodnie i zamierzałam się zrelaksować. Na takich konferencjach nie było sensu słuchać poszczególnych wypowiedzi, bo i tak otrzymywało się potem gotowy komunikat dla prasy. Zastanawiałam się właśnie, czy ktokolwiek by zauważył, gdybym zaczęła na przykład ćpać lub malować sobie paznokcie, gdy znów nad moim krzesłem nachyliła się ta paskudna Alicja.

– Rebeko! – syknęła scenicznym szeptem.

– Co jest? – odmruknęłam leniwie.

– Telefon do ciebie. Dzwoni twój naczelny.

– Filip? – spytałam niemądrze, jakbym miała przynajmniej dziesięciu naczelnych.

– Tak. – Spojrzała na mnie jak na idiotkę i wskazała ruchem głowy na aparat telefoniczny stojący na stole w tyle sali. Elly rzuciła mi pytające spojrzenie, które odwzajemniłam wzruszeniem ramion. Filip nigdy dotąd nie dzwonił do mnie podczas konferencji prasowej.

Idąc w kierunku stołu, czułam się dowartościowana, a jednocześnie podniecona. Ten telefon mógł przecież oznaczać, że w redakcji wydarzyło się coś ważnego i pilnego zarazem. Może na przykład Filip wpadł na trop niewiarygodnej sensacji i chce wysłać mnie do Nowego Jorku po materiał do reportażu?

– Cześć, co tam takiego? – rzuciłam w słuchawkę i zaraz pożałowałam, że nie poprzestałam tylko na enigmatycznym „Tak?”, co wywarłoby większe wrażenie.

– Przepraszam, że ci zawracam głowę – zaczął Filip – ale czuję, że bierze mnie migrena, więc będę musiał zaraz jechać do domu…

– Ach! – wyraziłam swoje najgłębsze zaskoczenie.

– Czy w związku z tym mógłbym cię prosić o małą przysługę? – Filip kontynuował rozpoczęty temat.

Cóż to mogła być za przysługa? Za kogo on mnie właściwie miał? Jeśli chce, żeby ktoś kupił mu tabletki od bólu głowy, niech poprosi sekretarkę.

– No, nie wiem, bo to może jeszcze potrwać… – próbowałam go zniechęcić.

– Komitet Bezpieczeństwa Socjalnego ma wydać komunikat dopiero o piątej, więc myślę, że zdążysz go stamtąd odebrać. Kiedy tylko skończy się konferencja, skocz prosto do Westminsteru.

Z przerażeniem wpatrywałam się w słuchawkę. No nie, jak ja mogę odbierać skądś jakiś pieprzony komunikat, kiedy muszę przede wszystkim znaleźć kartę kredytową i kupić wymarzoną chustkę! Próbowałam więc się wykręcić.

– A Klara nie mogłaby tego przywieźć? Chciałam jeszcze dziś wrócić do biura i przygotować materiały do artykułu o… – Zaraz, o czym to ja miałam napisać w tym miesiącu? – O… zastawach hipotecznych.

– Klara poszła na bardzo ważne spotkanie w City, a zresztą Westminster masz przecież po drodze do tej dzielnicy snobów w Fulham! – Filip zawsze nabijał się ze mnie, że mieszkam w Fulham, bo sam mieszkał w Harpenden. – Wystarczy, że wyskoczysz z metra, raz-dwa złapiesz komunikat i zdążysz jeszcze wskoczyć do następnego wagonu!

Wszystko wskazywało, że nie zdołam wymigać się od tego zlecenia. Zaczęłam więc błyskawicznie kombinować, jak pogodzić przyjemne z pożytecznym. Zakładając, że konferencja potrwa jeszcze z godzinę, będę musiała szybko skoczyć do redakcji po kartę, stamtąd do Denny’ego i George’a po chustkę, a potem do Westminsteru po komunikat. Powinnam się z tym wszystkim wyrobić.

– Dobra, załatwię to – obiecałam.

Wróciłam na swoje miejsce akurat, gdy gasły światła i na ekranie ukazał się tytuł: „Inwestycje na Dalekim Wschodzie”. Po nim nastąpił barwny film demonstrujący widoki z Hongkongu, Tajlandii i podobnie egzotycznych miejsc, które zwykle nastrajały mnie do marzeń o spędzeniu tam wakacji. Dziś jednak nie umiałam się odprężyć ani kpić z wysiłków dziewczyny z tygodnika „Portfolio”, która usiłowała notować wszystko, co słyszała, a potem na pewno zada pięć pytań, gdyż wydaje się jej, że powinna! W tej chwili moje myśli zaprzątała wyłącznie chustka od Denny’ego i George’a. Co się stanie, jeżeli nie zdążę na czas albo ktoś zaoferuje wyższą cenę? Czy to możliwe, żeby ktoś podkupił mi obiekt moich marzeń?

Tymczasem miejsce krajobrazów z Tajlandii zajęły nudne wykresy, ale akurat w tej chwili wpadłam na świetny pomysł. Przecież mogę zapłacić za chustkę gotówką! Oferty gotówkowej nikt nie przebije. Sto funtów mogę wybrać z bankomatu, więc potrzeba mi jeszcze dwudziestu i chustka moja!

Wyrwałam kartkę z notesu, napisałam na niej: „Czy możesz pożyczyć mi dwie dychy?” i podsunęłam Elly, która wciąż jeszcze odsłuchiwała komunikaty nagrane na komórkę. Ciekawe, czego słuchała, horoskop nie był chyba taki długi! Przeczytała mój liścik, potrząsnęła głową i odpisała: „Ni cholery nie mogę. Pieprzony bankomat połknął mi kartę. W tej chwili sama żyję tylko na talonach obiadowych!”.

O kurczę! Po krótkim namyśle znowu napisałam: „A nie możesz pożyczyć mi karty kredytowej? Słowo honoru, że oddam ci szmal. I czego tak słuchasz?”.

Ledwo zdążyłam podsunąć jej kartkę, gdy na sali rozbłysły światła. Najwyraźniej skończyła się prelekcja, z której nie usłyszałam ani słowa. Słuchacze poprawiali się na krzesłach, a któraś z rzeczniczek prasowych zaczęła rozdawać błyszczące foldery. Elly wyłączyła komórkę i uśmiechnęła się do mnie szeroko.

– To przepowiednia na moje całe życie erotyczne – wyjaśniła. – W sam raz odpowiednia tematyka.

– Akurat, raczej jedno wielkie gówno! – Potrząsnęłam głową z dezaprobatą. – Jak możesz się zajmować takimi głupotami? I ty niby masz być dziennikarką od spraw finansowych?

– Ja nie, a ty? – odpaliła Elly i obie parsknęłyśmy śmiechem, aż jakaś stara prukwa z prasy krajowej odwróciła się i zmierzyła nas karcącym spojrzeniem.

– Panie i panowie! – Ponad gwar wybił się czyjś przenikliwy głos. To Alicja stanęła przed pierwszym rzędem krzeseł, a ja z żalem zobaczyłam, że ma bardzo zgrabne nogi. – Jak państwo zapewne zauważyli, Egzotyczny Fundusz Inwestycyjny reprezentuje zupełnie nowy punkt widzenia…

Rozglądając się po sali, napotkała moje spojrzenie i odpowiedziała chłodnym uśmieszkiem.

– Raczej egzotyczne ceny! – rzuciłam kąśliwą uwagę w stronę Elly, pokazując jej odpowiedni ustęp w folderze. – Widziałaś, jakiej żądają prowizji?

(Zawsze najpierw zwracam uwagę na wysokość prowizji, podobnie jak na metkę z ceną).

Elly tylko znacząco przewróciła oczami i wróciła do serwisu audiotele.

– Egzotyczne Inwestycje pomnażają nasze oszczędności – deklamowała Alicja pompatycznym głosem. – Oferują państwu więcej niż ktokolwiek inny…

– Raczej więcej zdzierają! – palnęłam na głos bez namysłu. Uczestnicy konferencji zareagowali wybuchem śmiechu. Poczułam się zakłopotana, tym bardziej że Luke Brandon znowu utkwił we mnie wzrok. Czym prędzej spuściłam oczy i udałam, że notuję.

Właściwie nie musiałam udawać, bo i tak nigdy nie publikujemy więcej materiału niż to, co jest zawarte w oficjalnym komunikacie prasowym. Co miesiąc zamieszczamy bombastyczną reklamę Egzotycznych Inwestycji na rozkładówce. Oni za to w zeszłym roku zafundowali Filipowi luksusową wycieczkę do Tajlandii, rzekomo w celach naukowych (cha, cha!), toteż zawsze wyrażamy się o nich w samych superlatywach.

Alicja kontynuowała swoje wystąpienie, a ja nachyliłam się do Elly:

– No to jak, pożyczysz mi kartę kredytową? – szepnęłam jej do ucha.

– Niestety, wyczerpałam prawie cały limit – bąknęła Elly usprawiedliwiająco. – Inaczej na co byłyby mi potrzebne talony obiadowe?

– Ale ja koniecznie potrzebuję dwudziestu funtów! – wydyszałam z rozpaczą. Zabrzmiało to głośniej, niż zamierzałam, aż Alicja przerwała przemówienie.

– Może więc powinnaś zainwestować w nasz fundusz, Rebeko? – zwróciła się wprost do mnie, co sala skwitowała następną falą chichotów. Kilku bubków wlepiło we mnie gały, na co spiorunowałam ich wzrokiem nabrzmiałym wściekłością. Przecież to byli także dziennikarze, moi koledzy po fachu, powinni więc stanąć po mojej stronie. Gdzie wasza solidarność zawodowa? (Co nie znaczy, że ja zawsze postępowałam zgodnie z wymogami tej solidarności).

– Na co potrzebujesz dwudziestu funtów? – spytał Luke Brandon z pierwszego rzędu.

– Dla mojej cioci! – odpaliłam z całą bezczelnością. – Leży w szpitalu i chciałam kupić jej jakiś prezent.

Sala umilkła, a ja nie wierzyłam własnym oczom, gdy Luke Brandon sięgnął do kieszeni, wyciągnął banknot dwudziestofuntowy i podał go któremuś z najbliżej siedzących dziennikarzy. Ten przez chwilę się zawahał, ale zaraz podał go komuś z następnego rzędu. Tym sposobem banknot podawano z rączki do rączki, a kiedy w końcu dotarł do mnie – huknęły oklaski. Zarumieniłam się po uszy.

– Dziękuję, zwrócę ci co do grosza – obiecałam niezręcznie.

– Pozdrów ode mnie ciocię.

– Dziękuję! – powtórzyłam, ale nie mogłam sobie darować, żeby nie spojrzeć z satysfakcją na Alicję. Wyglądała jak przekłuty balon.

Zwykle pod koniec czasu poświęconego na pytania i odpowiedzi uczestnicy konferencji powoli zaczynali się wymykać, aby wracać do swoich miejsc pracy. Normalnie ja też korzystałam z okazji, aby wyskoczyć na kawę i pomyszkować po sklepach. Dziś jednak postanowiłam pozostać do końca i wysłuchać najbardziej podchwytliwego pytania o progi podatkowe. Miałam bowiem zamiar po wszystkim wystąpić przed pierwsze rzędy i osobiście podziękować Luke’owi Brandonowi za jego miły, acz krępujący gest. A potem – hurrraaa! – pognam po swoją wymarzoną chustkę.

Tymczasem okazało się, że zaledwie po kilku pytaniach z sali Luke wstał, szepnął coś Alicji i skierował się ku drzwiom.

– Dziękuję! – wyszeptałam, kiedy mnie mijał, ale nie byłam pewna, czy usłyszał. Zresztą, czy to ważne? Grunt, że dostałam dwadzieścia funtów, tylko to się liczyło.

W drodze powrotnej z Westminsteru metro nagle bez widocznej przyczyny utknęło w tunelu. Minęło pięć minut, potem dziesięć, a kolejka nadal nie ruszała z miejsca. Co za pech! Normalnie modliłabym się o jakąś większą katastrofę, co mogłoby usprawiedliwić moje spóźnienie do biura. Dziś jednak zachowywałam się jak zestresowany biznesmen cierpiący na wrzód żołądka. Wzdychałam, bębniłam palcami w szybę i próbowałam wyjrzeć w ciemność za oknem.

Przekonywałam samą siebie, że mam dość czasu, by zdążyć do Denny’ego i George’a przed zamknięciem sklepu, a poza tym, nawet gdybym nie zdążyła, było mało prawdopodobne, by złotowłosa ekspedientka sprzedała odłożoną dla mnie chustkę komu innemu. Istniała jednak taka możliwość, więc dopóki nie miałam swego skarbu w rękach – nie mogłam swobodnie odetchnąć.

Kiedy kolejka ponownie ruszyła, z westchnieniem opadłam na fotel i zerknęłam na bladego, milczącego pana, który siedział po mojej lewej stronie.

– Dzięki Bogu, bo już się zdenerwowałam – zagaiłam rozmowę.

– Tak, to rzeczywiście przykre – zgodził się potulnie.

– Oni tam chyba w ogóle nie myślą, a przecież każdy z nas ma pilną pracę do wykonania. Ja na przykład okropnie się dziś spieszę.

– Ja trochę też – przyznał się mój sąsiad.

– Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby ta kolejka w końcu nie ruszyła. – Potrząsnęłam głową. – Człowiek się czuje wtedy taki… bezradny!

– Doskonale panią rozumiem – przytaknął z emfazą. – Oni nie zdają sobie sprawy, że niektórzy z nas nie podróżują tak sobie, bez celu, tylko w ważnych sprawach.

– Otóż właśnie! A pan dokąd się tak spieszy?

– Do szpitala. Moja żona rodzi. To będzie już czwarte dziecko.

– Ach! – wystękałam zaskoczona. – To znaczy… gratuluję! Mam nadzieję, że…

– Ostatnim razem trwało to tylko półtorej godziny – uspokoił mnie, ocierając spocone czoło. – Na razie jestem w drodze dopiero czterdzieści minut. Dobrze przynajmniej, że znowu jedziemy.

Wzruszył ramionami i posłał mi słaby uśmiech.

– A pani jaką ma pilną sprawę?

O rany, że też nie miał o co zapytać?

– Jadę po… – przerwałam, aby odchrząknąć. Czułam, że się rumienię, bo nie mogłam przecież wyznać temu panu, że taką pilną sprawą jest dla mnie kupno chustki od Denny’ego i George’a. Jeszcze żeby to był płaszcz czy kostium, ale chustka? – Och, to nic ważnego!

– Nie wierzę – odparł pobłażliwym tonem. Teraz już zrobiło mi się zupełnie głupio. Na szczęście dojechaliśmy do mojego przystanku.

– Powodzenia! – rzuciłam mu w biegu. – Mam nadzieję, że pan zdąży na czas.

Idąc w stronę sklepu, czułam narastający wstyd. Może powinnam była oddać te sto dwadzieścia funtów tamtemu panu dla jego nowo narodzonego dziecka zamiast kupować sobie niepraktyczny łaszek? Co w końcu jest ważniejsze – ciuchy czy cud narodzin?

Pochłonięta tymi filozoficznymi rozważaniami o mało nie minęłam przecznicy, w którą miałam skręcić. Na szczęście w porę się zorientowałam i przeżyłam szok, który sprowadził mnie z powrotem na ziemię. Naprzeciw mnie szła dziewczyna z reklamówką Denny’ego i George’a. Na ten widok od razu zapomniałam o skrupułach.

A co, jeśli to ona kupiła moją chustkę? Upatrzyła ją sobie i uprosiła ekspedientkę, która sądziła, że już się nie pojawię?

Serce zabiło mi mocniej i przyspieszyłam kroku. Z zapartym tchem pchnęłam drzwi sklepu, rozmyślając rozpaczliwie, co zrobię, jeśli się dowiem, że chustki już nie ma?

Jednak blondynka zza lady powitała mnie uśmiechem, wołając:

– Jest, jest! Czeka na panią!

– Och, dziękuję! – wysapałam z ulgą, opierając się o ladę. Czułam się jak po ukończeniu biegu z przeszkodami. Właściwie lekarze powinni zaliczyć zakupy do czynności pobudzających akcję serca. Cóż jeszcze mogło bardziej przyspieszyć mi tętno niż szyld z informacją: „Obniżka cen o 50%”?

Odliczyłam potrzebną sumę w banknotach dziesięcio- i dwudziestofuntowych, po czym z drżeniem czekałam, aż ekspedientka zajrzy pod ladę i wyjmie schowane tam zielone pudełko. Kiedy wsunęła je do nowej reklamówki z błyszczącego papieru, o ciemnozielonych sznurkowych uchwytach – przymknęłam oczy z fizycznej wręcz rozkoszy.

Zacisnęłam palce wokół uchwytów nowiutkiej reklamówki z takim uczuciem, jakiego bym doznała, gdyby po kilkudniowej głodówce podano mi apetyczną, ciepłą grzankę z masłem. Podobnej radości doświadczamy, budząc się rano i uświadamiając sobie z ulgą, że to sobota; ewentualnie w szczytowych momentach łóżkowych uniesień. Jest to uczucie czystej, niezmąconej niczym przyjemności, kiedy do naszego mózgu nie docierają żadne inne bodźce.

Nurzając się w tej błogiej atmosferze, wolnym krokiem opuściłam sklep. W myśli powtarzałam sobie: „Mam chustkę od Denny’ego i George’a! Mam…”.

– Rebeko! – Z obłoków ściągnął mnie męski głos. Żołądek podszedł mi do gardła, bo po imieniu wołał mnie Luke Brandon.

Cóż on, u Boga Ojca, robił na tej ulicy i dlaczego gapił się tak bezwstydnie na moją reklamówkę, że aż spłonęłam rumieńcem? A w ogóle dlaczego szedł piechotą, przecież tacy biznesmeni jak on zwykle jeżdżą służbowymi limuzynami z kierowcą! Czy nie powinien był raczej pędzić na jakieś ważne spotkanie?

– Kupiłaś to, co chciałaś? – zagadnął z zainteresowaniem.

– Co takiego?

– No, ten prezent dla twojej cioci.

– Ach tak! – Przełknęłam ślinę. – Owszem, kupiłam go.

– Czy to ten? – Wskazał na reklamówkę, a ja poczułam, jak płoną mi policzki.

– Tak – wydusiłam w końcu. – Sądziłam… że chustka będzie odpowiednim upominkiem.

– Owszem, i to hojnym. Denny i George, ho, ho! – Uniósł brwi z podziwu. – Twoja ciocia musi mieć dobry gust.

– Pewnie – wypaliłam po odchrząknięciu. – Ma szalenie bujną wyobraźnię i niesamowite pomysły.

– Nie wątpiłem w to – oświadczył Luke, a po namyśle dodał: – A czy można wiedzieć, jak ma na imię?

Szkoda, że nie uciekłam od razu, gdy tylko go zobaczyłam! Teraz tak mnie zatkało, że nie mogłam na poczekaniu przypomnieć sobie żadnego żeńskiego imienia. W rezultacie wyjąkałam:

– Ermentruda!

– No więc przekaż cioci Ermentrudzie moje pozdrowienia – pożegnał się uprzejmie Luke i odszedł spacerkiem, a ja odprowadzałam go wzrokiem, zachodząc w głowę: domyślił się prawdy czy nie?

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zakupoholiczka i siostra Spójrz mi w oczy, Audrey Zakupoholiczka wychodzi za mąż Nie powiesz nikomu? Zakupoholiczka za granicą Pani mecenas ucieka 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sekretne życie Chanel No. 5