Kartagińskie ostrze

Kartagińskie ostrze

Autorzy: Wojciech Dutka

Wydawnictwo: Albatros

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 512

Cena książki papierowej: 35.90 zł

cena od: 24.52 zł

Młody Grek z Megalopolis, Polibiusz, zostaje sprzedany na targu niewolników w Tarencie, greckim mieście na południu Italii, będącym pod rzymską okupacją. Trafia do domu kupca Hiperbolosa, podwójnego szpiega, który spiskuje z wysłannikiem wrogiego państwa – Kartagainy. Celem spisku jest pomoc w ucieczce kartagińskiego generała Hannibala na Bliski Wschód. Tymczasem w Rzymie dwa potężne ugrupowania: konserwatywne skupione wokół Katona i liberalne pod wodzą konsula Scypiona Afrykańskiego, zajadle walczą o władzę i prowadzą tajną grę, w której stawką jest kolejna wyniszczająca wojna z Kartaginą. Rzymianie wysyłają do Kartaginy poselstwo, na czele którego stoi rządny władzy pretor etruskiego pochodzenia, Marek Aquila. Plany Rzymian może pokrzyżować ostatni etruski lukomon, Lars Arnth, przyjaciel Hannibala, który, przeczuwając swój koniec, pragnie odszukać swojego następcę. Może być nim tylko człowiek, który przeżył uderzenie pioruna. Czyżby miałby to być młody gladiator, którego wieszcz widzi w swoich snach?
„Kartagińskie ostrze” to powieść historyczno-przygodowa, która przybliża wspaniały i okrutny świat starożytnych Rzymian, Kartagińczyków i Etrusków widziany oczami młodego Greka, który staje się niewolnikiem, gladiatorem, wyzwoleńcem, zajadłym wrogiem Rzymu, kochankiem pięknej etruskiej dziewczyny i lukomonem, ostatnim wieszczem wybranym przez etruskich bogów.
O książce

POWIEŚĆ HISTORYCZNO-PRZYGODOWA, KTÓRA PRZYBLIŻA WSPANIAŁY I OKRUTNY ŚWIAT STAROŻYTNYCH RZYMIAN, KARTAGIŃCZYKÓW I ETRUSKÓW

Opowieść o życiu młodego Greka, który staje się niewolnikiem, gladiatorem, wyzwoleńcem, zajadłym wrogiem Rzymu, kochankiem pięknej etruskiej dziewczyny i lukomonem, ostatnim wieszczem wybranym przez etruskich bogów. Greka, który bierze udział w spisku mogącym zmienić oblicze świata.

Polski autor napisał książkę o starożytności, jakiej nic powstydziłby się sam Robert Graves, twórca niezapomnianej powieści JA, KLAUDIUSZ.

Walki gladiatorów, władza i miłość w powieści, która oddaje realia epoki równic dobrze jak film GLADIATOR Ridleya Scotta.

WOJCIECH DUTKA

(ur. 1979)

W marcu 2014 r. obronił doktorat na Wydziale Hisorycznym UJ w Krakowie. W 2014 roku był stypendystą Jewish Foundation for Righteous i Departamentu Stanu USA na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. Publikował w najważniejszych polskich czasopismach naukowych: „Kwartalniku Historycznym”, „Przeglądzie Historycznym”; „Przeglądzie Humanistycznym”, „Czasach Nowożytnych”, „Klio”, „Kwartalniku Historii Żydów”, „Roczniku Historii Prasy Polskiej” i wielu innych.

Nakładem Wydawnictwa Albatros ukazało się pięć powieści jego autorstwa: Krew faraonów, Taniec szarańczy, Bractwo Mandylionu, Czerń i purpurę oraz Kartagińskie ostrze. W wolnych chwilach podróżuje. Lubi wino z Nowego Świata. Pisze następne powieści, jest też nauczycielem historii w programie matury międzynarodowej.

Tego autora

KREW FARAONÓW

TANIEC SZARAŃCZY

BRACTWO MANDYLIONU

CZERŃ I PURPURA

KARTAGIŃSKIE OSTRZE

Copyright © Wojciech Dutka 2015

Polish edition copyright

© Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Redakcja: Anna Walenko

Ilustracja na okładce: Fotokvadrat/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

ISBN 978-83-7985-213-0

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em

Pamięci Andrzeja Kuryłowicza

PROLOG

Ś

wiat się zmienił. Rzym przyniósł nam nową postać świata, w którym nie ma ucieczki przed biczem i mieczem. Kartagina jest oblężona przez Rzymian od prawie trzech lat. Myślę, że miasto padnie. Wcześniej podobny los spotkał Macedonię, która tak głęboko upokorzyła nas, Hellenów. Potem upadła też Syria rządzona przez boskich Seleucydów. Nie zdołał powstrzymać Rzymu król Mitrydates z Pontu. Nie zdołają tego uczynić macedońscy faraonowie Egiptu. Nie zdołał się przeciwstawić Rzymowi człowiek, którego poznałem i do którego śmierci się przyczyniłem, Hannibal Barkas.

Rzym ma moc zmieniania historii, gdyż dzieje Hannibala i Kartaginy będzie można poznać tylko z woli Rzymu. Mam się do tego przysłużyć moim piórem. Tak jak przez lata podnosiłem rękę na Rzym, teraz stałem się jego akolitą. Postanowiłem pisać o Rzymie oraz o tych wszystkich latach, kiedy walczyłem przeciw niemu. Tylko w ten sposób uwolnię się od nienawiści, która zżerała mnie przez cały ten czas. Zrozumiałem, że z Rzymem nie można walczyć. Trzeba go pokochać takim, jaki jest. A jest lubieżny i okrutny. Mimo to pozostaje jedynym państwem, które potrafi utrzymać porządek.

Zdradzałem i byłem zdradzany, poznałem smak niewoli i radości bycia wolnym. Los przynosił mi zwycięstwa i straszliwe klęski, a w moim życiu było tyleż szczęścia, ile rozpaczy, tyleż radosnych chwil, ile gorzkich momentów upokorzenia. Spoglądałem w twarz świętym mężom, szukając prawdy, jednak widziałem też w oczach opętanych bachantek złośliwy uśmiech mrocznego boga Dionizosa. Doświadczyłem w życiu wszystkiego i wyznaję to szczerze, wiedząc, że każdy dzień przybliża mnie do tego, co nieuniknione.

Chciałbym zanurzyć się w chłodnym strumieniu śmierci, ponieważ tak jak kropla wpada do morza i znika, ja też odejdę w mrok czasu, a pozostanie tylko Rzym, Wieczne Miasto, po kres świata.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział I

TARG NIEWOLNIKÓW

T

arent był kolonią grecką, założoną jeszcze przez Spartan. Miasto miało bardzo piękny port, gdzie codziennie zawijały liczne statki. Można było tam usłyszeć wszystkie języki, którymi mówiono w basenie Morza Śródziemnego. W domu kupieckim należącym do Hiperbolosa, znanego w mieście Greka, milionera, aferzysty, ale człowieka niepozbawionego osobliwego poczucia humoru, od wczesnego rana panowała żywa krzątanina. Pan postanowił kupić nowego niewolnika. Cała familia1 prześcigała się w domysłach, kogo raczy kupić. Koryntyjczyk często wybierał się na targ niewolników, bo Tarent miał jedną niezaprzeczalną atrakcję, która wynosiła to miasto ponad przeciętność portowych mieścin, pełnych tanich dziwek, szumowin i marynarzy gotowych zaciągnąć się na każdy statek. Ową atrakcją był właśnie targ niewolników. Rzymianie nazywali go anus mari – odbytnica morza. Ta szokująca nazwa wiązała się z faktem, że po dniu targowym leżały w klatkach zwłoki niewolników, których nikt nie chciał kupić. Byli to zazwyczaj starzy ludzie lub matki z niemowlętami, zmarli w wyniku upału i braku wody. Ich umęczone ciała zwożono do bestiarium należącego do szkoły gladiatorskiej. Hodowano tam lwy, które karmiono ludzkim mięsem. Trupy niewolników nic przecież nie kosztowały. Człowiek liczył się mniej niż życie tych bestii.

Słudzy zanieśli kupca do miasta w wygodnej i niezwykle lekkiej lektyce z drzewa lipowego. Trzeba dodać, że w mniemaniu Hiperbolosa, Greka urodzonego w Wielkiej Grecji, a więc dawnych koloniach greckich na wybrzeżu italskim, wszyscy obcy, łącznie z panami tej części świata, Rzymianami, zasługiwali na miano barbarzyńców. Hiperbolos miał duże poczucie wyższości. Był najbogatszym człowiekiem w mieście i czuł się wspaniale za każdym razem, gdy silni scytyjscy niewolnicy nieśli go wśród różnokolorowej gawiedzi, a on, szczęśliwy, rozdawał pozdrowienia na lewo i prawo.

Gdy przed oczyma Hiperbolosa zarysował się w oddali targ niewolników, położony na małym wzgórzu, Grek dał znak ręką, by zatrzymano lektykę. Wyskoczył z niej równie zgrabnie, jak kilkutygodniowy koziołek skacze po zielonym pastwisku.

Znad morza dęła bryza, przez co zapach portu rybnego i ulic pełnych nieczystości niósł się na okalające miasto wzgórza. Ten odór irytował kupca.

– Co za smród – wycedził Hiperbolos. – Rzymianie ponoć są panami Italii, a w całym porcie czuć smród gówna.

– Tak, panie – przyznał sługa, silny, barczysty mężczyzna o wschodnich rysach twarzy.

– Salef – zwrócił się do niego Hiperbolos – idziesz ze mną. Masz przy sobie pieniądze?

– Jak kazałeś, panie. To osiem tysięcy sestercji i trzy tysiące fenickich szekli.

– Dobrze. Idziemy.

Salef, wielki Syryjczyk, uwielbiał przypochlebiać się swemu panu, a czynił to w jedyny znany sobie sposób – rozdając wokół silne uderzenia pięścią. Zwyczaj ten był znany przekupniom na targu, toteż szybko rozległy się powitania. Zarówno gromkie, pełne peanów na cześć wielkiego bogacza, jak i te odrobinę mniej głośne, ale i mniej entuzjastyczne, kryjące zazdrość i niechęć pod powłoką służalczości. Pozdrawiano bogacza w imię Asklepiosa i Serapisa, w imię Hery i innych bogów z całego świata śródziemnomorskiego. Ignorując pochlebców, Hiperbolos zmierzał w stronę targu piękności. Nazywano tak tę część targu niewolników, gdzie piraci sprzedawali swoje najnowsze zdobycze: uprowadzone z wybrzeży Grecji młode, ładne dziewczyny i kilkunastoletnich młodzieńców, którzy stanowili najbardziej luksusowy towar. Gdy tylko Hiperbolos znalazł się na miejscu, natychmiast obskoczyli go handlarze, starając się zareklamować swój towar.

Hiperbolos przystanął. Nie lubił tłoku, ale jak każdy Grek lubił piękno. Na niewolników spoglądał okiem wybrednego znawcy, co nie uszło uwadze handlarzy, którzy do mistrzostwa opanowali sztukę zwodzenia. Wśród niewolników przeważali młodzi mężczyźni w wieku dwudziestu kilku lat, dobrzy dla starych matron lub znudzonych życiem wdów. Jednak Hiperbolos, wiedziony instynktem, spojrzał w stronę młodego chłopca, który siedział w klatce kilka metrów dalej. Stary Koryntyjczyk lubił harmonijne twarze o czarnych oczach, subtelnych ustach i bezbrzeżnym niemal smutku. Jego niewolnicy musieli być piękni. Uznał, że właśnie ten, a nie inny stanie się nowym nabytkiem jego familii. Skinął ręką na fenickiego handlarza, który natychmiast podszedł do Greka, składając mu głęboki ukłon, co świadczyło o rozwadze, ale i chytrości. Handlarze niewolników mają jedną wspólną cechę, niezależnie od miejsca, gdzie uprawiają swój proceder. Ich pokora ma wymiar tragicznej maski, pod którą kryje się podstęp i bezwzględna chęć zarobku.

– Niech prowadzą cię wielkie bóstwa: Izyda, Mitra i Serapis! – rzekł handlarz, zbliżając się do Greka.

– A także Hermes, pan złodziei i kanalii, którzy sprzedają piękno, nic o nim nie wiedząc – odpowiedział Hiperbolos, który lubił zawsze sprawdzać, czy jego rozmówca jest na odpowiednim poziomie.

Handlarz stanął na wysokości zadania, w lot pojmując intencje klienta.

– Panie, gdyby tylko Hermes był w stanie ocenić, kto jest kanalią, a kto lubieżnym rozpustnikiem, pewnie zyskałbym nieco w twojej ocenie – odparł błyskotliwie, kłaniając się jeszcze niżej.

Obydwaj się zaśmiali. „Kupisz u mnie”, pomyślał handlarz. „Jesteś najohydniejszą bestią na tym targu”, pomyślał Hiperbolos.

– Co to za jeden? – zapytał Grek, wskazując na młodego chłopca w szarym chitonie. Siedział osowiały w klatce, nie zważając na otoczenie.

Handlarz zmrużył oczy, patrząc pod słońce. Poznał go. Młody Grek, który podobno umiał pisać. Piękne, gibkie ciało. Co najmniej pięć tysięcy sestercji. Na tyle go ocenił.

– Panie, uwierz, że przyszedłeś do właściwego człowieka, bo jak mi wszyscy bogowie świadkami, nie ma na tym targu piękniejszego chłopca! – zaskrzeczał.

Obaj zbliżyli się do chłopaka, który siedział oparty o kratę. Niewolnik był wyraźnie zmęczony podróżą i warunkami panującymi na targu.

– Wstawać! – wrzasnął handlarz.

Chłopiec nie ruszył się z miejsca. Hiperbolos potrafił znakomicie wyczuć, w jaki sposób najlepiej sprawdzić towar.

– Nie krzycz na niego… – rzekł do handlarza. – Jak ci na imię? – zwrócił się łagodnie do chłopaka w dialekcie attyckim, najbardziej klasycznym pośród wszystkich greckich dialektów.

– Panie, czy to ważne, jak ma na imię? – zawołał handlarz. – Popatrz na jego skórę! Za taką skórę nie mogę wziąć mniej niż pięć tysięcy sestercji i chociaż jest tutaj wielu pięknych chłopców, żaden mu nie dorówna.

Jedyną odpowiedzią Hiperbolosa było spojrzenie pełne niewysłowionej pogardy, które zatrzymał przez chwilę na twarzy handlarza.

– Jak masz na imię? – zapytał ponownie chłopca. – Skąd jesteś?

– Mam na imię Polibiusz, a urodziłem się w Megalopolis – odrzekł nieśmiało niewolnik.

Zrozumiał, że oto nadarza mu się okazja, by wyrwać się z tego przeklętego targu, nawet za cenę oddania własnego ciała dla uciechy starszego mężczyzny. Hiperbolos zaś uradował się, że chłopak, tak jak on, pochodzi z Hellady, choć uważał ludzi z Megalopolis za dumnych, zarozumiałych i zadziornych. To nie wróżyło dobrze zakupowi, ale chłopiec był urodziwy. Byłby kolejnym ładnym mówiącym przedmiotem w ludzkiej kolekcji niewolników Hiperbolosa. Rzymianie nazywali niewolnika instrumentum vocale, czyli… rzeczą, która potrafi mówić.

– Co umiesz? – zapytał Hiperbolos.

– Czytać i pisać – odpowiedział chłopak.

– Ile masz lat?

– Piętnaście.

– To niezwykłe, że potrafisz czytać i pisać. Kto cię tego nauczył?

– Ojciec. Jest… był – poprawił się niewolnik – strategiem Związku Achajskiego.

– Jak arystokrata trafił na taki targ?

– Nie miałem wyboru. Piraci nie pytają o zgodę, gdy kogoś porywają.

– Znasz Iliadę? – spytał Hiperbolos, którego zachwyciło pochodzenie niewolnika: piękny chłopiec z arystokratycznego domu.

Polibiusz spojrzał swemu potencjalnemu właścicielowi w oczy. Pytanie o wielki poemat Homera, jakżeż absurdalne w tym miejscu, sprawiło, że raz jeszcze przypomniał sobie rodzinny dom, rodziców, gimnazjon, do którego chodził. I wolność, którą utracił. Serce wezbrało mu goryczą, ale się opanował. Zdusił ją w sobie. I zaczął recytować:

Gniew, Bogini, opiewaj Achilla, syna Peleusa,

zgubę niosący i klęski nieprzeliczone Achajom,

co do Hadesu tak wiele dusz bohaterów potężnych

strącił, a ciała ich wydał na pastwę sępom drapieżnym

oraz psom głodnym. Tak Dzeusa dokonywała się wola.

Zwłaszcza od dnia, gdy w niezgodzie przeciwko siebie stanęli

władca narodów Atryda i bogom równy Achilles2.

Hiperbolos skrzywił się z udawanym niesmakiem, choć w istocie piękno jońskiego akcentu w ustach tego młodego człowieka chwyciło go za serce. Targ niewolników to jednak teatr okrucieństwa. I Hiperbolos postanowił zagrać swoją rolę do końca. Nie lubił tragedii, ale komediodramat to co innego. Odwrócił się, jakby sugerując, że tak naprawdę wcale nie jest zainteresowany kupnem, co oznaczałoby niechybną chłostę dla chłopca. Ale Hiperbolos wiedział, co robi. Gdy tylko dał znak, aby przyniesiono jego lektykę, handlarz natychmiast wkroczył do akcji, wijąc się jak piskorz złapany w sieć. Krążył wokół lektyki kupca niczym głodny, skamlący pies i tym samym już stało się oczywiste, że przegra pojedynek o cenę niewolnika.

– Panie, nie zważaj na bezczelny język tego smarkacza! Nie znam się na poezji, ale na pewno ten smarkacz źle coś zacytował. Bogowie widzą, że moja oferta jest uczciwa i że nie mam zamiaru cię oszukać, co niechybnie zrobiłby każdy inny handlarz na tym targu!

– Nie interesuje mnie to – odburknął Hiperbolos.

– Panie, zarówno ty, jak i ja jesteśmy ludźmi, którzy nade wszystko cenią sobie rozwagę w interesach! Cztery tysiące pięćset sestercji i biorę wszystkich bogów na świadków, że więcej już nie mogę, jak Zeusa kocham, nie mogę spuścić z ceny!

Ale Hiperbolos był bezwzględny. Znakomicie odgrywał swoją rolę obojętnego znawcy niewolników. Dzięki niej miał wyrwać tego dnia z rąk tej pirackiej bestii niezwykły diament, chłopca recytującego Iliadę z tak wielkim uczuciem i miłością, że stary Koryntyjczyk szczerze się wzruszył, choć niewiele rzeczy w życiu naprawdę go wzruszało.

– Masz rację, cenię sobie rozwagę w interesach, dlatego nie dam ci więcej niż dwa tysiące pięćset sestercji – oznajmił Hiperbolos.

– Panie… to połowa wartości tego szczeniaka! – zaprotestował handlarz. – Jest inteligentny, pisze i czyta. O bogowie, trzy tysiące sześćset!!! Nie mogę taniej! – krzyknął, wznosząc ręce, jak czciciele Izydy i innych bóstw egipskich, na znak, że wzywa bogów na świadków.

– Dwa tysiące czterysta, bo mam dobry humor – wysyczał Hiperbolos.

– Ty skąpy, podły, obrzydliwy Greku, to rozbój w biały dzień! – jęknął handlarz. – Nie sprzedam ci go taniej niż za trzy tysiące, i ani sestercji mniej! Izyda mi świadkiem, że mnie okradasz!

– Po starej znajomości dwa tysiące trzysta! – rzekł stanowczo Hiperbolos. – Nie dość, że kupczysz moim ziomkiem, bo sam pochodzę z Hellady, to sprzedajesz mi wycieńczonego chłopca, który tak naprawdę wytrzyma na tym targu nie dłużej niż dzień lub dwa. Już jutro zejdziesz do ceny tysiąca pięciuset, a pojutrze, gdy chłopak załamie się i będziesz na niego zły, że nie ubiłeś dziś ze mną wspaniałego interesu za dwa tysiące sto sestercji, oddasz tego chłopaka za sto pięćdziesiąt sestercji jako pokarm dla lwów w bestiarium. Więc powiedz mi teraz, która oferta jest bardziej uczciwa, moja czy twoja?

Handlarz spuścił głowę. Wiedział, że przegrał.

– Dobrze, ty przeklęty Greku, dwa tysiące sto sestercji…

Tego dnia Polibiusz znalazł się w domu Hiperbolosa.

Willa w Lacjum, w tym samym czasie

Kobieta tkała. Uwielbiała to zajęcie. Zawsze jednak czuła, kiedy stary grecki niewolnik przystawał obok framugi, przynosząc wiadomość.

– Czego chcesz, Posejdoniosie? – zapytała.

– Przybył twój syn, pani. Dostojny Marek Serwiusz Akwila czeka i prosi o rozmowę – rzekł Posejdonios.

Kobieta przerwała nawijanie wełny i zwróciła się do niewolnika:

– Posejdoniosie, wprowadź go do atrium i przynieś wina.

Zabrzmiało to bardziej jak prośba niż rozkaz, co pozwalałoby greckiemu niewolnikowi zadać jakieś pytanie. On jednak bez słowa skłonił się i wyszedł. „Nie widziałam syna od lat”, pomyślała kobieta. Wstała i poszła do atrium.

– Witaj, Marku, długo nie było cię w mym domu – odezwała się do atrakcyjnego trzydziestoparoletniego mężczyzny o krótko ostrzyżonych czarnych włosach i starannie ogolonej twarzy.

– I tym razem nie zabawię długo – odparł syn.

Zdawkowa odpowiedź nie spodobała się matce.

– Widzę przed sobą obcego człowieka – rzekła z irytacją w głosie.

– Dziwi cię to? – rzucił Marek, obmywając ręce w miednicy z wodą, podanej przez niewolnika. – Odszedłem z domu z własnej woli. Nie miałem zamiaru tutaj trwać i rozpamiętywać minionej świetności Etrusków. Chcę być Rzymianinem.

– Nie różnisz się od tej hołoty z Kapitolu. Czym Scypion cię kupił?

– Matko, proszę, zostaw politykę… Jestem zmęczony i czeka mnie długa podróż.

– Wiem, wiem, kobiety mówiące o polityce na równi z mężczyznami jakoś nie mieszczą się w rzymskim pojmowaniu świata, prawda? – zauważyła z ironią. – Ale ja, mój drogi Marku, nie jestem Rzymianką. – Postanowiła przejść na język etruski. – Czy spożyjesz ze mną posiłek?

– Chętnie – odpowiedział po etrusku.

Patrzyła na swego syna, jak matka patrzy na dziecko, i poczuła, że teraz już nic nie będzie tak samo jak dawniej. Ale Marek zdawał się tego nie widzieć. Pozwolił dwu niewolnikom, by odpięli mu rzymski pancerz, po czym zdjął szkarłatny płaszcz legionowy i obmył twarz z potu i kurzu, tak jak kazał obyczaj, aby zasiąść czysty do wieczerzy. Kobiecie przemknęło przez głowę, że syn być może nie zechce zjeść z nią posiłku. Wprawdzie etruskie kobiety mogły spożywać z mężczyznami posiłki i ucztować z nimi na równych prawach, ale dla pruderyjnych Rzymian było to nie do przyjęcia. „Mój syn chce się skundlić po rzymsku”, pomyślała ze smutkiem.

– Marku, czy możesz mi zdradzić, co tak nagle sprowadziło cię w progi mego domu?

– Wiesz dobrze, że czasami nasze ścieżki skręcają nie tam, gdzie byśmy sobie życzyli. Wyjeżdżam i po prostu chciałem się pożegnać.

Marek nie wspomniał jej o ryzyku, jakie niósł ten wyjazd. Wstydził się przyznać do strachu przed samym sobą, a co dopiero przed matką, która nie miała zamiaru być Rzymianką. Kobieta podniosła puchar do ust i skosztowała wina z własnych winnic, lekko tylko rozcieńczonego wodą. Matka lubiła mocne wino, jak prawdziwa etruska kobieta, równa mężczyźnie.

– Wyjeżdżam do Kartaginy jako poseł – rzekł w końcu. – W zeszłym tygodniu otrzymałem od senatu wszelkie uprawnienia wynikające z mego urzędu. Mam nadzieję, że zdobędę zaufanie moich przełożonych.

– W to akurat nie wątpię. Senat zawsze dotrzymuje słowa i zawsze zapewnia szczęście wszystkim, którzy znajdują się pod jego opieką.

– Doprawdy, matko, czasami nie rozumiem twojej ironii – powiedział Marek.

– Nie udawaj przede mną Rzymianina. To ja Tanakwil, córka Larsa Marthany, jestem twoją matką, a nazwisko, które nosisz, pochodzi od Serwiuszów, którzy byli z królewskiego rodu, spokrewnionego z wielkim etruskim królem Larsem Porsenną. Przypominam ci, że to właśnie Lars Porsenna zdobył Rzym.

– Ubolewam nad tym. To było czterysta lat temu. Do przeszłości nie ma powrotu.

– Zawsze staliśmy wyżej od Rzymian, a ty się przed nimi płaszczysz – odrzekła z naciskiem Tanakwil. – Pamiętaj o tym, kiedy wystąpisz z prośbą o urząd do jakiegoś senatora, który jeszcze niedawno był zwykłym plebejuszem. Nie zapominaj, że masz w sobie krew królów. Jesteś Etruskiem.

– Jestem Rzymianinem! – krzyknął z wściekłością Marek. – Nie zamierzam przed żadnym senatorem czołgać się na kolanach. Jeśli tylko tak widzisz Rzymian, to bardzo się mylisz. Nie znasz ich.

Nie potrafiła go przekonać. Była zmęczona życiem i pogłębiało się to, ilekroć rozmawiała z synem, który odszedł już ze świata jej bogów. Znów popatrzyła na syna – jego brwi były zmarszczone, ściągnięte gniewem, zwiastunem rzymskiego świata, do którego matka nie miała dostępu. Marek przeżuwał jedzenie powoli, jakby od niechcenia.

– Nie smakuje ci? – zapytała, widząc, jak syn bez zapału je krewetki z sosem z oliwy, soku cytrynowego i mięty.

– Przeciwnie, twoi kucharze znają się na rzeczy. Jeszcze dzisiaj wyjeżdżam w stronę Tarentu. Statek do Kartaginy odpływa za sześć dni. Myślę, że to wszystko… matko.

Marek wstał. Wziął swój płaszcz i pancerz. Ubrał się. Znów był Rzymianinem. Tanakwil pomyślała, że straciła go już na zawsze. Ukłonił się nisko i spokojnym, niespiesznym krokiem skierował się w stronę wyjścia. Kobieta przez chwilę siedziała bez ruchu, ale zaraz zerwała się i wybiegła z komnaty. Rydwan Marka i konie jego świty oddalały się, wzbijając kurz w powietrzu. Nie widziała już syna, tylko cień rydwanu przesuwał się między drzewami oliwnymi.

*

W Rzymie panował letni zaduch. „Jakież to miasto jest smrodliwe”, powiedział do siebie starszy człowiek, dostojny Rzymianin odziany w białą togę obramowaną purpurowym pasem. Mężczyzna był senatorem, głową potężnego stronnictwa konserwatywnego, które doprowadziło Republikę do świetności. Wyszedł właśnie z chłodnego wnętrza siedziby senatu. Grube kamienne mury chroniły przed upałem i wyziewami miasta. Wychodząc na zewnątrz, dostojny senator wystawił swe wrażliwe powonienie na zapachową codzienność Rzymu w całej jej krasie. Poczuł odór łajna leżącego na ulicach, nutę damasceńskich róż, rosnących w domach bogaczy na Eskwilinie, a także zapach gotowanego bobu i aromat świeżej oliwy z dzielnic greckich, położonych na lewym brzegu Tybru. Wzdrygnął się z obrzydzenia. Zatęsknił do flakonu z wodą jaśminową, którą przyrządził dla niego znany żydowski perfumiarz. Kazał umyć tą wodą wszystkie sprzęty w domu i skropić pościel.

Zszedł po schodach i rozejrzał się. Wielu ludzi poznawało go i z szacunkiem skłaniało głowy. Inni mijali go obojętnie. Ilekroć patrzył na forum, nachodziły go refleksje natury historiozoficznej. Zadumał się nad Rzymem, nad jego świetnością oraz nad podłościami, jakie Rzymianie musieli popełniać, żeby przetrwać.

Przed szesnastoma laty zaczęła się najokropniejsza wojna, z jaką przyszło się zmierzyć Rzymowi – wojna z Hannibalem, wodzem kartagińskim. Początkowo nic nie zapowiadało dramatu. Rzymianie byli przekonani, że wygrają na morzu, tak jak wygrali pierwszą wojnę z Kartaginą. Nawet w najgorszych koszmarach dostojnym senatorom, ekwitom i zwykłym Rzymianom nie śniło się, że Hannibal może się odważyć na jawne szaleństwo, jakim było przejście Alp w zimie. A jednak ten Punijczyk dokonał tego. Senator doskonale pamiętał te chwile grozy, kiedy Hannibal zgniótł dwie armie konsularne nad rzekami Ticinus i Trebia. Tamtej wiosny zaskoczeni Rzymianie próbowali powstrzymać kartagińskie oddziały już na swojej ziemi. Potem żołnierze Kartagińczyka zabili dwadzieścia pięć tysięcy najlepszych legionistów nad Jeziorem Trazymeńskim. Rzym okrył się żałobą. Wielu zwątpiło. Ale nie on. Jako najdostojniejszy pośród senatorów przekonywał, że trzeba zdobyć się na największy wysiłek, powołać pod broń wszystkich wolnych Rzymian, od szesnastoletnich chłopców po pięćdziesięcioletnich mężów z siwymi włosami.

Starzec zrobił krok w kierunku lektyki. Teraz było to takie zwyczajne. Ale nie szesnaście lat wcześniej. Wówczas senator bał się własnego cienia. Wówczas największa armia, jaką wystawił Rzym pod wodzą konsulów Lucjusza Emiliusza Paulusa oraz Terrencjusza Warrona, została zdziesiątkowana przez Hannibala pod Kannami. Zginęło sześćdziesiąt tysięcy legionistów, w tym konsul Paulus, dwudziestu dziewięciu trybunów i osiemdziesięciu senatorów. Nigdy wcześniej i nigdy później stary senator nie przeżył podobnej grozy i podobnego upokorzenia. Bał się wtedy własnych niewolników. Kiedy kładł się spać, chował sztylet pod poduszkę. Postanowił popełnić samobójstwo, gdyby niewolnicy się zbuntowali, a było to całkiem prawdopodobne, gdyż senator, człowiek odznaczający się surowością – to stara rzymska cnota – traktował ich z okrucieństwem. Hannibal znajdował się wtedy pod bramami miasta ze swoimi trzydziestoma tysiącami afrykańskich, iberyjskich i galijskich zbirów.

To bezmierne upokorzenie doznane pod bramami Wiecznego Miasta pchnęło senatora do jeszcze większej determinacji w prowadzeniu wojny. Pomógł pewnemu człowiekowi pochodzącemu z biednego rodu, Publiuszowi Korneliuszowi Scypionowi, stanąć na czele armii. Wojna trwała dalej. Rzymianie zamknęli Hannibala w południowej Italii. Wybudowali mur i skazali go na życie w nędzy. Tymczasem przyznano obywatelstwo rzymskie licznym ludom w środkowej Italii. I znów legiony zapełniły się żołnierzami. W końcu Kartagina pchnęła do Italii drugą armię, z Hiszpanii, pod wodzą Hazdrubala, brata Hannibala. Czternaście legionów zastąpiło jej drogę w Umbrii nad rzeką Metaurus. Doszło do straszliwej bitwy. Rzymianie zniszczyli tę armię i posłali Hannibalowi odciętą głowę jego brata. To był punkt zwrotny. Po dziesięciu latach Rzymianie najechali na Kartaginę i pokonali Hannibala pod Zamą, już na afrykańskiej ziemi. Zawarto pokój. Ten pokój nadal trwał i szarpał staremu senatorowi nerwy. Nienawidził Kartaginy, a Hannibala widziałby najchętniej jako niewolnika wystawionego na widok publiczny w klatce na forum.

Jednak Rzym stanął przed nowymi trudnościami. Weterani wojny z Hannibalem domagali się ziemi, a sprzymierzeńcy głośno żądali rzymskiego obywatelstwa w nagrodę za wierność, jakiej dotrzymywali Republice przez te lata, kiedy Hannibal ze swoją armią grasował po żyznej Italii. To wszystko mogło uderzyć w konserwatywne stronnictwo. Patrycjusze, stara arystokracja, wciąż mieli w rękach większość uprawnej ziemi. I nie chcieli się nią dzielić z nikim, nawet z żołnierzami, którzy dla nich walczyli.

Przed budynkiem senatu, kamiennym, majestatycznym pomnikiem rzymskiej chwały, czekała na mężczyznę lektyka. Podwinął togę, aby mu nie przeszkadzała, i rozparł się wygodnie na poduszkach. Kiedy siadał, poczuł nieprzyjemny ból w plecach. „No tak, znowu te korzonki”, pomyślał. Starał się jednak nie tracić dobrego humoru. Zawsze zachowywał stoicką postawę wobec trudności życia. Zaczynał właśnie wielką polityczną grę, od której wyniku mógł zależeć los Republiki oraz wszystkich podbitych terytoriów. Senator był pewien, że musi zniszczyć znienawidzoną Kartaginę. Mimo ostatecznej klęski Hannibala jego plan unicestwienia tego miasta i wyeliminowania potężnego rywala w handlu na Morzu Śródziemnym spalił na panewce. Stanął mu na drodze inny Rzymianin, konsul Scypion, nazywany przez uwielbiających go Rzymian „Afrykańskim”. Stary senator czuł się odepchnięty. Sam wyniósł Scypiona do godności konsula i uważał, że Scypion powinien spłacić dług wdzięczności. Cierpiała jego duma. To on przecież od lat powtarzał w senacie: Ceterum censeo Carthaginem esse delendam – co znaczyło: „Poza tym uważam, że Kartaginę należy zniszczyć”.

Stary Marek Porcjusz Katon – w przeciwieństwie do swego rywala, Scypiona Afrykańskiego, człowieka z plebsu, patrycjusza od jednego zaledwie pokolenia – czuł się nie tylko lepszym Rzymianinem i obywatelem, ale przede wszystkim człowiekiem strzegącym starorzymskiej surowej moralności. Był rad, że Rzym po wygranej wojnie z Hannibalem stał się najważniejszym miastem w zachodniej części Morza Śródziemnego. Ale jednocześnie stara Roma stała się miastem tolerancyjnym, wielokulturowym, otwartym na różne nowinki, w którym mówiono wszystkimi językami świata i wielbiono już nie tylko rzymskich bogów. Z tym nie mógł się pogodzić. Obce kulty, na przykład egipscy bogowie z twarzą psa lub kota, napawali go obrzydzeniem. Grecy panoszyli się bezczelnie. Gdyby mógł, poderżnąłby wszystkim Grekom gardła. Grek może być niewolnikiem Rzymianina, ale sprzymierzeńcem już nie.

Uważał, że jego powinnością jest obronić Rzym przed zalewem obcych kultów i zwyczajów. W tym celu musiał dopuścić się kilku małych podłości. Dopuścił się już w życiu niejednej, ale zawsze z poczuciem, że wszystko, co robi, służy chwale Republiki. Teraz musiał sprowokować wojnę. Postawić pod ścianą znienawidzonego rywala, sprawującego obecnie konsulat, Publiusza Scypiona. Kilka dni wcześniej przeforsował uchwałę, która nakładała na konsula obowiązek wysłania do Kartaginy nowego posła, by zażądał on w imieniu senatu i ludu rzymskiego podniesienia corocznej kontrybucji wojennej. Nikt jednak nie podejrzewał, że stary Katon poczynił niezbędne kroki, które miały doprowadzić do wojny. Na posła wybrano pretora Marka Akwilę, zromanizowanego Etruska, który marzył skrycie o fotelu senatora. Katon przez kilka ostatnich tygodni bardzo pracował nad tym młodym człowiekiem. Dostrzegł jego niepohamowane ambicje i uznał, że świetnie będzie nadawał się do roli, jaką wyznaczył mu w swoim przedstawieniu.

– Pamiętaj, że możesz zginąć – powiedział do Akwili. – I na pewno będą ofiary wśród twoich ludzi.

– Jestem gotowy na wszystko. Jeśli wypełnię zadanie, czy dotrzymasz danego mi słowa?

– Katon zawsze dotrzymuje danego słowa – odrzekł dumnie senator. – Ruszaj czym prędzej do Tarentu. Tam spotkasz się z Hiperbolosem, greckim kupcem, który pracuje dla nas. On udzieli ci informacji o tym, kogo będziesz mógł się spodziewać w drodze. – A widząc wahanie na twarzy ambitnego Akwili, dodał: – Oczywiście istnieje ryzyko, że polegniesz na polu chwały, ale twoja w tym głowa, pretorze, żebyś wyszedł z tej walki zwycięsko.

Jego słowa nieco uspokoiły tego dumnego karierowicza, potomka Etrusków. Ich również stary senator nie cierpiał. Może dlatego, że to oni założyli Rzym, a może dlatego, że stworzyli kulturę piękniejszą i wspanialszą niż rzymska. Albo też dlatego, że żyli piękniej niż on, Marek Porcjusz Katon, zbawca Republiki i obrońca rzymskiej moralności. „Jeden stołek dla figuranta to przecież nie nazbyt wielka cena”, pomyślał senator, dziwiąc się zarazem, że Etruskowie upadli tak nisko. Warto było ją zapłacić i uzyskać to, do czego parł: nową wojnę, która zmiecie Kartaginę z powierzchni ziemi.

Tymczasem niewolnicy nieśli go w lektyce z drzewa sandałowego do jego domu, wspaniałej willi na Watykanie. Nawet nie zauważył, jak zapadł w drzemkę. Miarowe kołysanie się lektyki uspokajało go. Silni czarni niewolnicy nieśli swego pana pośród ciżby Rzymian sprawnie i szybko, aby nieprzyjemne miejskie wyziewy, zapach wszędobylskiego czosnku, gotowanego bobu i przypalonej oliwy, sprawiły dostojnemu Katonowi jak najmniej przykrości.

Tymczasem Katon śnił swój ulubiony sen, że Scypion dopuścił się oszustw podatkowych i został puszczony z torbami.

*

W tym samym czasie, kiedy dostojny Marek Porcjusz Katon marzył o pognębieniu swego rywala, do Tarentu zbliżał się wóz bogatego handlarza pachnidłami. Ów handlarz przedstawiał się jako Żyd Jaakow. Spędził w Italii rok, przyjemny, choć niepozbawiony kłopotów. Handel szedł średnio. Trudno było o nowych klientów. Jaakow już kilka razy przyjeżdżał do Italii, w równych odstępach czasu. Zapewne z przyrodzonej ludziom skłonności do pomijania rzeczy oczywistych i ignorowania znaków świadczących o wadze różnych wydarzeń, nikt z Rzymian nie zauważył, że Jaakow gościł w Italii i w samym Rzymie tuż przed uderzeniem Hannibala. Lecz kiedy pojawił się u w Rzymie swych dawnych klientów, wśród których byli i senatorzy, mówiło się, że stary poczciwy handlarz Jaakow znów pracuje na chwałę swojego ludu i swego tajemniczego Boga, który podobno nie miał żadnego wizerunku. W Rzymie interesy mu się powiodły. W domu wielkiego Katona sprzedał cały zestaw jaśminowy, w tym wodę i olejek o takim zapachu, oraz ręcznie tkane chusty przepełnione aromatem tego wonnego krzewu. Bardzo tylko żałował, że nie mógł kupić względów jakiegoś niewolnika, który stałby się jego uszami i oczami w domu jednego z najważniejszych ludzi w Rzymie. Mimo udanych targów tym razem wracał strapiony. Wyczuwał, że coś złego wisi w powietrzu, choć nie znalazł potwierdzenia swoich obaw, poza mało znaczącą wiadomością o tym, że senat pragnie wysłać do Kartaginy posła. Kilka dni temu przyjęto w tej sprawie odpowiednią uchwałę.

Jaakow się spieszył. Zależało mu bardzo, by złapać statek do Kartaginy, zanim rzymski poseł dotrze do tego miasta. Musiał tylko znaleźć w porcie pewnych ludzi, z którymi był umówiony. Mieli na niego czekać. Rada sufetów Kartaginy dobrze opłacała swoich kuzynów z miast fenickich położonych na palestyńskim wybrzeżu, aby ci pośredniczyli w handlu wiadomościami. Na statku Jaakow miał się zaszyć i przeobrazić. Jego feniccy kuzyni powiedzieli mu przed wieloma laty, że każdy Fenicjanin, obojętnie, czy urodzony w Tyrze, w Sydonie, czy w Kartaginie, może uchodzić za Żyda. Lud to przecież powszechnie znany, czasami lubiany, czasami nie, bardzo oryginalny i tajemniczy. Rzecz polegała na tym, że Rzymianie za żadne skarby świata nie potrafili po karnacji odróżnić Żyda od Fenicjanina, choć te dwie nacje dzieliło poza tym wszystko. I dlatego Jaakow, który wcale nie był żydowskim Jaakowem, mógł takiego odgrywać wobec Rzymian. Oczywiście istniało ryzyko, że spotka swych domniemanych braci Żydów z diaspory w Italii, ale w tym czasie było ich w Rzymie niewielu.

Wóz turkotał po drodze zbudowanej rękoma Rzymian. Jaakow bardzo się spieszył na statek, na który nie mógł się spóźnić.

Rozdział II

NIEWOLNICZY FART

M

arek Akwila po wizycie w domu matki prawie nie zatrzymywał się po drodze. Czuł się sfrustrowany, ponieważ Rzymianie nazywali go pogardliwie homo novus, co oznaczało, że nie jest Rzymianinem z krwi i kości. Odbywał podróż na wozie dostarczonym przez senat. Wnętrze było ciasne. Marek próbował je choć trochę ulepszyć, wyścielając kupionymi w Rzymie miękkimi poduszkami z piór gęsi z Lacjum, ale niewiele to pomogło. Wóz trząsł się i podskakiwał przy każdym zakręcie. Marek obawiał się, że nie uniknie siniaków. Na domiar złego usłyszał nadciągającą burzę.

Poza Katonem i Scypionem Marek nie lękał się ludzi. Uważał się za zdolnego i nadzwyczaj operatywnego człowieka. Ilu Etrusków sprzedano jako niewolników po wojnie z Hannibalem? Zbyt wielu z nich opowiedziało się za kartagińskim wodzem, widząc w nim wybawcę, który przywróci świetność związkowi dwunastu etruskich miast. Srodze zawiedli się ci, którzy liczyli na kartagińskie ostrze, choć po bitwie pod Kannami, kiedy na polu gniły ciała sześćdziesięciu tysięcy Rzymian, mało kto postawiłby na Romę. A jednak to Rzymianie, dzięki żelaznej konsekwencji i bezwzględności, okazali się zwycięzcami. Marek Akwila podziwiał ich za to. Sam też potrafił być bezwzględny.

„I dzięki temu jestem tu, gdzie teraz jestem”, pomyślał.

Był bardzo dumny, że taki człowiek jak on, Etrusk z pochodzenia, a Rzymianin z wyboru, mówił po łacinie z nienagannym akcentem z Awentynu, jakiego nauczył się, kiedy tam mieszkał. Wielu Rzymian interesowało się kulturą Etrusków. Dwie nacje zaczęły się przenikać. Oczywiście po obu stronach zdarzały się nieprzejednane jednostki. Na przykład jego głupia matka, którą kochał po swojemu, nie mogąc się pogodzić z tym, że nie rozumiała Rzymu i że nie chciała go zrozumieć.

Innym nieprzejednanym Etruskiem był ponoć ostatni, żyjący gdzieś w ukryciu etruski król wieszcz, lukomon, który podobno potrafił rozmawiać z bogami. Święcie wierzyła w to jego matka, dumna Tanakwil. On nie wierzył w nic poza siłą swego miecza i swojej sakiewki. Jak powiadano, lukomoni umieli odczytywać z burzy wolę bogów. Marek nigdy z czymś takim się nie spotkał. Ale jego matka tak. I mówiła mu, że lukomon widzi wszystko, przenika ciało, kamień i duszę. Widzi to, co przeszłe, i to, co dopiero ma nadejść. Z niezrozumiałych dla siebie powodów Marek obawiał się burzy. Być może przejmowała go strachem ta nieokiełznana zuchwałość wściekłego żywiołu, który zasłaniał ziemię przed oczyma bogów, chłoszcząc ją wichrem, deszczem, gradem i zsyłając języki ognia, pioruny. Może Marek Akwila pamiętał z dzieciństwa jedną z takich burz, kiedy jego matka wychodziła do ogrodu, rozkładała ręce i wystawiała się na działanie wichru i deszczu, jakby przyzywając straszliwe błyskawice? A może w głębi serca ta straszliwa siła burzy była znakiem innych, tajemnych sił rządzących światem duchów, w które wierzyła jego matka? Tanakwil była szczerą wyznawczynią etruskiej religii. Dla niej pioruny stanowiły jakiś mistyczny kontakt z dziwnymi, tajemniczymi bóstwami etruskimi, które objawiały się w burzy. Marek poczuł mrowienie na całym ciele. W oddali huknął grzmot.

*

Jaakow nie oszczędzał czterech osłów, w które zaprzężony był jego wóz z pachnidłami. Poganiał je bez litości. A osły, czując nad sobą bat swego pana, żwawo parły do przodu. Mimo rannej pory Jaakow czuł już straszliwy upał. Jego wełniana, barwiona na purpurowo szata lepiła się od potu. Gdzieś na horyzoncie zagrzmiało. Natychmiast skierował wzrok w tamtą stronę. Sina od deszczu chmura zawisła między nieboskłonem a suchymi wzgórzami. Lato było w pełni.

– Mam pecha – mruknął. – Zmoknę.

Dwie drogi krzyżowały się pod Tarentem. Jedna prowadziła bezpośrednio z Rzymu, druga z Lacjum. Ta druga przechodziła przez ziemie Samnitów i zahaczała o Kampanię. Była dłuższa, ale mniej uczęszczana, i właśnie z tego powodu Jaakow ją wybrał. Mimo pośpiechu wszystko miał obliczone: ile dni będzie jechał, ile owsa potrzebuje dla osłów, ile wody. Już nieraz pokonywał tę drogę, dzieło rzymskiego geniuszu. Wybrał ją także dlatego, aby przez przypadek nie zostać zdemaskowany. Nie ma bowiem nic bardziej pechowego w życiu szpiega niż przypadek zesłany przez nieprzychylnych bogów, na przykład rzymskich. W ich istnienie święcie wierzył, choć nie oddawał im czci, zwłaszcza wtedy, gdy udawał bogobojnego Żyda, kupca Jaakowa. I nie miał pojęcia, że takim przypadkiem, nieprzychylnym i kapryśnym zakrętem czasu i przestrzeni, była nadciągająca burza.

Spojrzał w jej kierunku. Sina, ciężka chmura, z wierzchu szara, postrzępiona, biaława, jakby rozdęta, a w głębi straszliwa, czarna.

– To nawałnica – powiedział do siebie Jaakow i popędził osły.

Kierował się w jej środek.

*

– Pretorze – odezwał się centurion Druzus Fabiusz Ahenobarbus, szczupły szpakowaty Rzymianin o pociągłej twarzy i szramie na lewym policzku – nadciąga burza. Musimy się gdzieś schować.

Marek ocknął się z zadumy. „Niech to szlag”, pomyślał. Wstał i wygramolił się z wozu. Jego dwudziestu żołnierzy wcale nie było zadowolonych. Perspektywa zmoknięcia wydawała im się mało przyjemna. Marek popatrzył dookoła. Znajdowali się na gościńcu, a po obu stronach rozciągały się łagodne wzgórza porośnięte dojrzewającym zbożem. Nigdzie żadnej osady, sioła, nic. Tylko bezkresne, falujące na wietrze łany zboża, prosa, żyta i orkiszu. Gościniec łączył się z inną drogą, wiodącą prawdopodobnie z kraju Samnitów.

– Ruszajmy na skrzyżowanie. Tam złożymy Jowiszowi ofiarę przebłagalną.

*

Jaakow obserwował nadciągającą burzę z nabożną czcią. Starożytne ludy semickie były bardzo religijne i wszystkie zjawiska przyrodnicze, pozostające poza kontrolą człowieka, uważano za dzieła bogów. Wprawdzie Jaakow w Italii podawał się za żydowskiego kupca, ale widząc burzowe chmury, zaczął szeptać modlitwy w języku fenickim. Wiedział dobrze, że piorun jest atrybutem najpotężniejszego z fenickich bogów, Baala Hammona, Pana Grzmotu, któremu w jego mieście oddawano cześć.

Jaakow miał naprawdę mało czasu. Jego misja w Italii zbliżała się do końca i pragnął czym prędzej dotrzeć do człowieka, u którego od wielu już lat zdobywał informacje. Człowiek ten był najbogatszym w Tarencie kupcem, z pochodzenia Grekiem, i przekazywał mu najnowsze wieści dotyczące rozlokowania rzymskich legionów w południowej Italii. Kupiec miał koneksje w Rzymie i za odpowiednią cenę dzielił się swymi informacjami. Naturalnie wiedział, że Jaakow nie jest tym, za kogo się podaje. Jaakow postanowił narazić się bogom i nie zważając na burzę, jechać do Greka. Od jego domu dzieliły go już tylko dwie godziny drogi.

Tego samego dnia przemoczony do szpiku kości Jaakow zawitał do willi Hiperbolosa, położonej na zboczu góry. Była to rezydencja o okazałej bramie pomalowanej na czarno i czerwono, z płaskorzeźbą przedstawiającą walkę Heraklesa z lwem tebańskim. Jaakow przyjrzał się greckim freskom ściennym na elewacji domu Hiperbolosa.

– Co za brak gustu – mruknął z niesmakiem.

Bardzo długo kołatał do bramy. W końcu otworzył mu jakiś młody niewolnik.

– Powiedz czcigodnemu Hiperbolosowi, że muszę się z nim zobaczyć – rzekł kupiec. – Mam na imię Jaakow i jestem znany twemu panu.

– Nie widzę powodu, aby niepokoić mego pana – odparł twardo Polibiusz. – Zwłaszcza kiedy ucina sobie popołudniową drzemkę.

– Jesteś niewolnikiem, a niewolnikiem się bywa u różnych panów, więc bacz, do kogo mówisz – rzucił Jaakow z wyraźnym wzburzeniem w głosie.

Dopiero teraz Polibiusz spojrzał na przybysza uważniej. Wydawał się bardzo zdeterminowany. Jego ciemna karnacja i szaty zdradzały kogoś z Bliskiego Wschodu. Mówił w koine – ponaddialektalnej odmianie greki – powszechnie używanym w całym basenie Morza Śródziemnego. Niewolnik szybko doszedł do wniosku, że nie jest to jakiś zwykły interesant. Wyglądał na człowieka bezwzględnego.

– Poczekaj przy bramie, zawiadomię ekonoma.

Polibiusz zostawił przybysza i poszedł do rządcy domu. Gdy skręcał obok fontanny w atrium, natknął się jednak na samego pana domu, dostojnego Hiperbolosa, który wcale nie położył się spać, jak mówił, i sprawiał wrażenie kogoś, kto właśnie oczekuje bardzo pilnej wizyty, i to takiej, przy której nie życzy sobie świadków.

– Panie – odezwał się chłopak, klękając przed kupcem – u bramy stoi ktoś bardzo dziwny.

– Co znaczy „bardzo dziwny”?

– Mówi po grecku, ale głowę dam, że nie jest Grekiem. Wygląda na Fenicjanina.

– Fenicjanina? Co słyszę! – odrzekł Hiperbolos. – Gdzie on jest?

– Nie wpuściłem go, czeka przed bramą – odpowiedział chłopiec.

Przez twarz Hiperbolosa przebiegł dziwny grymas. Oczy mu się zwęziły i w tym momencie Polibiusz zrozumiał, że ten błąd będzie go drogo kosztował.

– Udasz się do ekonoma, aby odmierzył ci pięćdziesiąt batów – wysyczał stary Koryntyjczyk.

– Panie mój… – zaczął chłopak.

– Milcz i wynoś się – uciął krótko Hiperbolos.

Sam poszedł natychmiast w stronę bramy, gdzie czekał nieznajomy. Im bardziej Hiperbolos się oddalał, tym silniej w Polibiuszu wzbierała złość. Wprawdzie był teraz niewolnikiem, a być niewolnikiem w rzymskiej Italii znaczyło być nikim, ale miał poczucie własnej godności. Teraz przepełniała go wściekłość, że będzie musiał pójść do Meletosa, ekonoma w domu Hiperbolosa, i dostać swoje baty.

Wcale nie miał na to ochoty. Ściągnął sandały i poszedł, najciszej jak tylko mógł, w stronę karłowatego drzewa sandałowego, które Hiperbolos kazał zasadzić pośrodku przestronnego atrium. Drzewo całkowicie zasłaniało tego, kto stał za jego pniem, o czym Polibiusz doskonale wiedział. Gdy podczołgał się bliżej, zobaczył nieznajomego przybysza i Hiperbolosa, który witał się z gościem bardzo nerwowo i niepewnie, co wzbudziło w chłopcu niepokój. Hiperbolos nigdy nie witał się z nikim w taki sposób, uniżenie i z pokorą. W istocie sprytny stary Grek działał na dwa fronty. Wiedział doskonale, że pojawiający się co kilka lat w Italii żydowski kupiec Jaakow jest tak naprawdę ważnym kartagińskim oficerem i zwie się Dagon.

Hiperbolos świadomie podjął ryzyko podwójnej gry. Brał niezłe pieniądze od Rzymian, co nie przeszkadzało mu przyjmować srebrne szekle od Kartagińczyków. Zdawał sobie sprawę, że bardzo ryzykuje, ale nie potrafił z tym zerwać. Hiperbolos już od lat kontaktował się z Kartagińczykami i wiedział, że nawet jeśli domyślają się, iż pracuje na dwa fronty, nie zrezygnują z jego usług. Był chyba ich jedynym kontaktem w Italii, który pozwalał im weryfikować informacje zdobywane przez kartagińskich szpiegów. Informacja była towarem, ale zyskiwała wartość tylko wtedy, gdy ktoś niezbicie i ostatecznie ją potwierdził. A Hiperbolos miał dojścia do wiarygodnych źródeł. Obydwie strony ceniły sobie jego usługi. Zawsze dotrzymywał swych zobowiązań. A jego pozycja umocniła się w czasie wojny. Gdy Hannibal z Rzymianami brali się za łby, Hiperbolos, za cichym przyzwoleniem senatorów, spełniał rolę pośrednika między rzymskim senatem a radą sufetów Kartaginy. Rzymianie dobrze wiedzieli, że Hannibal w swojej ojczyźnie ma wielu wrogów. A przecież stare porzekadło mówi, że wrogowie mojego wroga są moimi przyjaciółmi. I nawet prowadząc tak długą i zaciekłą wojnę, jak druga wojna punicka, należało mieć jakiś kanał, przez który będzie można rozmawiać z przeciwną stroną, gdy już ucichną fanfary. Hannibal przegrał, bo zdradzili go swoi. Senat nie poskąpił pieniędzy, przetapiając na monety nawet złote posągi bogów.

*

– Hiperbolosie, na Molocha i Asztarte, jakich ty masz niewolników?! Twój szczeniak mnie obraził. Sprzedaj mi go.

– Dagonie, to tylko głupi szczeniak, dostanie baty…

Hiperbolos popatrzył na Dagona. W jego oczach ujrzał zawziętość i bezwzględność. Znał dobrze Kartagińczyków i wiedział, że sprzedając Polibiusza, skaże go na śmierć ofiarną. Hiperbolos zwykle nie litował się nad nikim poza samym sobą, ale na myśl o śmierci greckiego chłopca na fenickim kamieniu ofiarnym pojawiły się w nim odraza i strach.

Te dwa uczucia rozpoczęły krótką, lecz morderczą walkę. Zwyciężył strach.

– Dobrze. Stanie się, jak chcesz. Jutro wyślę go na statek, który wskażesz w porcie. Co przynosisz?

– Polecenia. Chcemy wiedzieć wszystko. Ile legionów znajduje się na południu Italii, ile jest okrętów z pełnymi załogami i wreszcie jak układają się relacje między konsulami a senatem.

– Wiesz dobrze, Dagonie, że najbardziej zaciętym przeciwnikiem twego miasta jest Marek Katon, do którego nie mam dostępu – skłamał Hiperbolos i zaraz skierował rozmowę na inne tory. – Musisz opłacić Fenicjan tutaj, w Tarencie. Nie zdołacie uciec przez rzymską blokadą na morzu. Najlepiej, jeśli Hannibal wsiądzie na fenicki statek incognito.

– To oczywiste.

– Dagonie, o interesach porozmawiamy później. Teraz najważniejsze jest to, żeby zapewnić bezpieczną drogę statkowi. Ty także nim popłyniesz?

Ignorując pytanie Hiperbolosa, Dagon odezwał się z niepokojem:

– Pamiętaj, że to musi pozostać między nami. On będzie na tym statku.

– Dokąd się skierujecie?

– Jeszcze nie wiem. Ale czas nagli. Rada miasta nie może opierać się dłużej Rzymianom, którzy chcą, żebyśmy go wydali…

– I co zrobicie?

– Nie obrażaj nas. Możemy sprzedać wszystko i wszystkich, ale on nie jest na sprzedaż. On musi żyć.

Hiperbolos popatrzył na Kartagińczyka i w jednej chwili zdał sobie sprawę, że musi być bardzo ostrożny. Jedno potknięcie, jedno nieopatrzne słowo powiedziane do tego człowieka, który w sercu chował miliony zdrad, i całe jego wygodne życia legnie w gruzach. A kupiec nade wszystko kochał swoje przyjemne życie. Grek zrozumiał, że Kartagińczycy prędzej umrą, niż poddadzą się Rzymowi, choć przegrali już dwie wielkie wojny. Co prawda w tej drugiej Rzym doznał straszliwych klęsk, z jakich żadne inne mocarstwo nigdy by się już nie podniosło. Wszyscy pamiętali rzeź nad Jeziorem Trazymeńskim i masakrę pod Kannami, gdzie poległo pięćdziesiąt tysięcy Rzymian. Jednak rzymska hydra odrodziła się silniejsza niż kiedykolwiek i dumna Kartagina musiała uznać się za pokonaną.

Tarent, na co dzień żyjący spokojnym życiem odmierzanym miarą przypływów i odpływów morza, znał dobrze widok wzgórza zwanego przez Greków Stauros – wzgórza krzyży, na którym w męczarniach śmierci krzyżowej ginęli ci, co źle postawili nogę, gdy przejeżdżał rzymski patrol. Hiperbolos miał tego wszystkiego świadomość, ale dlaczego pracował i dla Rzymian, i dla Kartaginy, nie potrafiłby wyjaśnić nawet wielki Arystoteles. Chodziło o ów osobliwy smak niebezpieczeństwa, nęcący tego hazardzistę, który ryzykując śmierć na krzyżu, decydował się na męską grę dla czystej przyjemności.

*

Spiskowcy musieli jednak przerwać swoje rozmowy. Niedługo po przybyciu Dagona zastukało do bramy willi Hiperbolosa dwu rzymskich podoficerów. Oznajmili służbie, że do tego domu jedzie pretor Akwila i że będzie tu wieczerzał, nim zapadnie zmrok. Hiperbolos bardzo się zdenerwował. Nawet w najgorszych snach nie wyobrażał sobie tak niekorzystnego zbiegu okoliczności. Przyjmował kartagińskiego szpiega w tym samym czasie, kiedy do jego domostwa mieli zawitać Rzymianie. Cóż za nieostrożność! Gdyby to się wydało, wszystkich czekałaby śmierć. Na samą myśl o ukrzyżowaniu przeszedł Hiperbolosa dreszcz grozy. Wiedząc, że od zachowania w tajemnicy obecności Dagona zależy życie ich obu, pospieszył czym prędzej do Fenicjanina.

– Na wszystkich bogów, Dagonie, nie mogłeś sobie wybrać lepszej pory na odwiedziny! – syknął z wściekłością.

– Obiecałeś mi tego szczeniaka – rzekł spokojnie Dagon, nie wiedząc o rychłym przyjeździe Rzymian.

– Dostaniesz go, jak powiedziałem – warknął Hiperbolos. – Ale teraz, na bogów, szybko idź do loszku z winami!

– Gdzie?

– Do lochu!

– Tyś rozum stracił, Greku! – odparł z oburzeniem Dagon.

Hiperbolos musiał mu to jakoś wyjaśnić.

– Zaraz przybędzie rzymski poborca podatkowy – skłamał – który na pewno nie powinien cię tutaj widzieć.

To przekonało Fenicjanina. Tymczasem Rzymianie już pukali do bramy. Na twarzy Hiperbolosa pojawił się nerwowy tik. Dagon chciał jeszcze coś powiedzieć i zapewne uczyniłby to, gdyby nie silna postać Salefa, który wskazał mu ręką drogę do loszku, jedynego miejsca ratunku. Gdy Dagon zniknął w piwnicy z winami, Hiperbolos nakazał otworzyć bramę. Zgrzytnęły zamki i wielka cedrowa brama stanęła otworem. Na dziedziniec otoczony krzewami natychmiast wpadło kilku legionistów, którzy utworzyli szpaler. Dopiero wtedy wjechała kolaska z pretorem w środku. Wokół Hiperbolosa zgromadzili się jego niewolnicy, chcąc zaprezentować gościowi familię.

Tymczasem Marek Akwila wysiadł z wozu i wolnym krokiem ruszył w stronę gospodarza. Hiperbolos musiał przysłonić dłonią oczy, bo patrzył pod słońce. Z rozmysłem lekko tylko ukłonił się swemu gościowi, co oczywiście nie uszło uwadze Akwili.

– Hiperbolosie, przybywam nie jako mały chłopiec, który kiedyś bawił się w twym domu, ale jako wysłannik senatu. Proszę, abyś na tę noc udzielił mi gościny pod swoim dachem.

– Witaj, Marku Akwilo. Przez wzgląd na dawne lata, kiedy przyjeżdżałeś do mego domu z rodzicami, przyjmuję cię z radością. I oddaję cześć majestatowi senatu, który reprezentujesz.

– Ależ Hiperbolosie – odrzekł udobruchany pretor – bez przesady. Jesteś sprzymierzeńcem Rzymu.

Przeszli do atrium, gdzie szum wody spadającej z fontanny do basenu wypełniał wnętrze jakimś naturalnym, przyjaznym tchnieniem zacisznej domowej rzeczywistości.

– Usiądź, Marku, odpocznij przed kąpielą – powiedział Hiperbolos. – Widać bogowie chcieli, abyś przybył do mojego domu już jako rzymski pretor.

Marek popatrzył na kupca przenikliwie, ale tak, by za bardzo nie zdradzić się przed domyślnym Grekiem.

– Wyglądasz, jakbyś właśnie ukrywał w swej willi jakiegoś złoczyńcę – zażartował, nie wiedząc, że trafił w sedno.

– Wybacz, ale sprawy mają się inaczej, Marku. Jak wiesz, jestem kupcem, a taki to już zawód, że troski czasem wypływają z pustej sakiewki i przelewają się na wyraz twarzy.

– Pierwsze słyszę, że twoja sakiewka jest pusta, ale na wszystkich bogów, powiedz, od kiedy?

– Od końca wojny…

Marek znów przenikliwie spojrzał na kupca. Szukał w jego twarzy jakiejś zmarszczki, która wskazywałaby na troskę o stan finansów, lecz niczego takiego nie znalazł. W gruncie rzeczy Marek poznawał świat i patrzył na ludzi tak jak jego etruscy ziomkowie. Potrafił czytać z twarzy. Ale na twarzy Hiperbolosa zobaczył to samo co zawsze: znudzenie, lubieżność i bezgraniczny cynizm.

– Hiperbolosie, mimo młodego wieku nie jestem aż tak naiwny, aby sądzić, że nie masz pieniędzy. Dlatego szanuj moją i swoją inteligencję i powiedz, co się dzieje, bo jak mi Junona świadkiem, chcę dowiedzieć się prawdy. Co przeskrobałeś?

– Marku, wybacz mi, proszę… – Hiperbolos był zły na siebie, że nie może opanować zdenerwowania, ale jego myśli krążyły wokół kartagińskiego szpiega kryjącego się w piwnicy z winami. – Mam problem z jednym z niewolników, którego skazałem na chłostę, czego teraz nieco żałuję, bo nie dość, że chłopiec jest młody, wybitnie uzdolniony i piękny, to w dodatku jest moim rodakiem, gdyż pochodzi z Arkadii. Sam więc rozumiesz, że będąc człowiekiem o wrażliwym sercu, wzdragam się przed uczynkiem, który byłby niegodziwością zarówno wobec bogów, jak i wobec mej własnej kieszeni.

– Hiperbolosie, znam cię lepiej, niż myślisz – odrzekł młody Rzymianin, siadając na lekkim krzesełku – i widzę, że w swojej mowie zmierzasz ku jednemu: chcesz sprzedać mi tego niewolnika. Czy mam rację?

– Jesteś dzisiaj nie tylko znacznie ode mnie potężniejszy, ale również mądrzejszy – odpowiedział Hiperbolos, wciąż myśląc o Dagonie ukrytym w piwnicy z winami. – Tak, przyznaję, że pragnę na tobie zarobić, co jest oczywiście niecne i podstępne, ale błagam cię, zrzuć to na karby mojej szpetnej korynckiej natury…

Marek zaśmiał się głośno. Po raz pierwszy od przybycia tutaj pretor uśmiechnął się szczerze i bez ironii.

– Hiperbolosie, nie zapomnę ci tego niecnego podstępu!

– Jeżeli jest to jedyna kara, przyjmę ją z pokorą. A teraz pozwól, że pójdę przygotować tabliczkę, na której zawrzemy kontrakt. Każę również przyszykować wieczerzę i kąpiel, abyś odpoczął po podróży.

Marek skinął ręką na znak, że się zgadza. Zaraz też wbiegli niewolnicy muzykanci i chociaż pretor nie był człowiekiem zbyt muzykalnym, to jednak łagodne tony greckiej harfy uprzyjemniły mu czas oczekiwania na kąpiel. Tymczasem Hiperbolos odwrócił się i poszedł w stronę loszku, myśląc o tym, w jakie kłopoty wpadł i jak dzięki giętkości własnego umysłu zdołał się z nich wyplątać. Idąc do miejsca, gdzie ukrywał się Kartagińczyk, recytował w duchu modlitwy do Hermesa, pana nieszkodliwego oszustwa, które pomaga ludziom skazanym na życie w kłamstwie. Nie zdawał sobie sprawy, że modli się po raz pierwszy od lat. Legioniści leżeli pokotem, zmęczeni, ale i czujni. Hiperbolos minął kilku leżących żołnierzy, otworzył drzwiczki prowadzące do loszku z winami i wszedł do środka. Z początku niczego nie widział, bo oczy musiały przyzwyczaić się do ciemności. Ale gdy powoli schodził po schodach, usłyszał szept.

– Hiperbolosie? – zapytał cicho Dagon.

– Tak to ja.

– Ty psie – syknął Dagon – chciałeś mnie wydać Rzymianom…

Hiperbolos wiedział, że Kartagińczycy mieli obsesję zdrady i spisków, ale zbytnio się tym nie przejmował.

– Posłuchaj mnie, Dagonie – odezwał się spokojnie. – Razem załatwiamy interesy, ale nie będę wysłuchiwał takich bredni. To twoja wina, że o mało nie wpadliśmy. Twoja nienawiść jest ślepa.

– Moja nienawiść do Rzymian pozwala mi żyć – rzekł Dagon. – Jak długo będę musiał tu siedzieć?

– Tyle, ile będzie trzeba – odparł Hiperbolos. – A teraz mógłbyś do czegoś się przydać. Podaj mi amforę z winem.

– Którą?

– Tę, która jest za tobą.

*

Przez cały ten czas Polibiusz siedział ukryty za krzewami. Gdy tylko zobaczył, że pretor został sam, postanowił wykorzystać okazję. Słyszał rozmowę pretora z Hiperbolosem i zrozumiał, że to jego szansa na ocalenie własnego życia. A jeśli się nie uda? To pytanie jednak ledwie przemknęło mu przez głowę. Świadomość losu, jaki chciał mu zgotować urażony Fenicjanin, sprawiała, że choć Polibiusz dygotał ze strachu, z determinacją ruszył ku swemu przeznaczeniu.

– Panie, jesteś potężny, twoim sercem jest serce Rzymu. Proszę, weź mnie w opiekę, a będę ci wiernie służył. – Polibiusz wyrzucił to z siebie z największą siłą, na jaką było go stać.

Marek odwrócił głowę. Ujrzał młodego chłopca, noszącego niewolniczą bransoletę. Niewolnik coś mówił, ale Marek nie znał zbyt dobrze greki, a chłopak używał jakiegoś dialektu.

– Chłopcze, podejdź tu i usługuj mi – odpowiedział po grecku, tak jak potrafił.

Polibiusz oblał się potem. Chciał wykrzyczeć wszystko od razu, szczególnie to, na czym zależało mu najbardziej, ale pojmował, że zbytnia natarczywość nic mu nie pomoże, a co więcej, mógłby utracić życzliwość tego rzymskiego urzędnika. Podszedł bliżej. Rzymianin popatrzył łagodnie, lekko znudzony.

– Jak masz na imię?

– Polibiusz…

– Hiperbolos wspomniał coś o młodym niewolniku, który zalazł mu za skórę i którego chciałby sprzedać. Zapewne chodziło o ciebie…

– Panie, ty możesz wszystko, ponieważ Rzym może wszystko.

– Jesteś bystry – odrzekł z zadowoleniem Marek Akwila, którego nową rzymską mentalność mile łechtały te naiwne peany na cześć Rzymu. – Nawet bardzo bystry jak na Greka, który lubi Rzymian…

Polibiusz podniósł głowę i spojrzał pretorowi prosto w oczy, co wśród niektórych Rzymian uchodziło za oznakę niezwykłej bezczelności. Marek tak właśnie pomyślał, ale on lubił ludzi bezczelnych, bo sam był taki. Nowy pan i nowy niewolnik przypadli sobie do gustu.

Rozległy się kroki z przeciwnej strony atrium. Hiperbolos wszedł i aż przystanął na chwilę, nie wierząc własnym oczom. Polibiusz swobodnie rozmawiał sobie z jego rzymskim gościem. Takiej zuchwałości nie spodziewał się po swym nowym niewolniku. Już miał coś powiedzieć, ale Marek Akwila go ubiegł.

– Hiperbolosie, czy spisałeś kontrakt?

– Owszem, pretorze.

– Ile?

– Pięć tysięcy sestercji – odrzekł Hiperbolos.

Marek upił łyk wina, po czym skinął ręką na znak, że przyjmuje warunki Hiperbolosa. Nie wiedział, że stary Grek zarobił na czysto prawie trzy tysiące sestercji.

– Nie zamierzam zostawać tu dłużej niż do jutra – oznajmił, lekko oszołomiony winem. – Rano płynę do Kartaginy.

– Niech więc prowadzą cię bogowie morza – odpowiedział Grek i natychmiast wyszedł.

Marek popatrzył na Polibiusza. Po raz pierwszy czuł, jak wielką przyjemność daje władza, choćby oparta tylko na strachu, ale władza realna, która zgina kolana i grzbiety, nawet tak zarozumiałych i dumnych ludzi, jak Hiperbolos. Podchmielony pretor zwrócił się do swego nowego niewolnika:

– Polibiuszu, przygotuj się więc, bo jutro płyniemy do Kartaginy. Teraz jednak zostaw mnie samego i idź usłużyć moim ludziom, aby niczego im nie zabrakło.

Polibiusz skłonił głowę. Była to jednak nie tylko oznaka szacunku wobec nowego pana, ale też wyraz czci dla Hermesa, boga złodziei i tych, którzy używają podstępu. Ów bóg zesłał Polibiuszowi niezwykle pomyślne zrządzenie losu.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Czarna pszczoła Lunatyk Kartagińskie ostrze Czerń i purpura 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Romanowowie Królowe przeklęte Turniej cieni Moja piątka z Cambridge Szampańskie dni