Tajemnica grobowca -

Tajemnica grobowca -

Autorzy: Steve Berry

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 25.20 zł

Były agent Departamentu Sprawiedliwości Cotton Malone od dziecka wiedział, że jego ojciec zaginął gdzieś na północnym Atlantyku, wraz z okrętem podwodnym, którym dowodził. Teraz jednak chce poznać szczegóły jego śmierci, prosi więc byłą przełożoną, Stephenie Nelle, by umożliwiła mu wgląd do pewnych dokumentów wojskowych. Ze zdumieniem odkrywa, iż jego ojciec odbywał tajną misję pod lodami Antarktydy w okręcie podwodnym o napędzie nuklearnym, którego istnienie trzymano w ścisłej tajemnicy.

Okazuje się jednak, że nie tylko Malone interesuje się tą sprawą. Bliźniaczki Dorothea Lindauer i Christl Falk walczą o fortunę matki przeznaczoną dla tej z nich, która odkryje, co stało się z ich ojcem, który również zaginął w okręcie dowodzonym przez komandora porucznika Forresta Malone’a.

Siostry wiedzą coś, czego nie wie Malone. Inspirowani dziwnymi wskazówkami odnalezionymi w grobowcu Karola Wielkiego naziści badali teren Antarktydy, jeszcze zanim pojawili się tam Amerykanie – już w 1938 roku. Okazuje się, że zaszyfrowane dzienniki pisane w „języku niebios”, skomplikowane zagadki przygotowane przez dawnego uczonego i ta feralna wyprawa jego ojca wiążą się z odkryciami, które mogą mieć daleko idące  konsekwencje dla całej ludzkości.

Tytuł oryginału:

THE CHARLEMAGNE PURSUIT

Copyright © 2008 by Steve Berry

This translation published by arrangement with Ballantine Books,

an imprint of Random House Ballantine Publishing Group, a division of Random House, Inc.

Copyright © 2010 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2010 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Mapka na wyklejce: © David Lindroth

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Magdalena Bargłowska, Jolanta Olejniczak-Kulan

ISBN: 978-83-7508-657-7

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. (32) 782 64 77, fax (32) 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

Publikację elektroniczną przygotował

Dedykuję Pam Ahearn i Markowi Tavaniemu,

dzięki którym spełniają się marzenia

PODZIĘKOWANIA

Pisząc każdą książkę, poznaję kolejnych wspaniałych ludzi w Random House. I tym razem było podobnie. Tak więc Ginie Centrello, Libby McGuire, Cindy Murray, Kim Hovey, Christine Cabello, Beck Stvan, Carole Lowenstein oraz wszystkim w Dziale Promocji i Sprzedaży składam szczere i z serca płynące podziękowania. Kłaniam się nisko Laurze Jorstad, która adiustuje wszystkie moje powieści. Żaden pisarz nie mógłby życzyć sobie bardziej profesjonalnego zespołu współpracowników. Wszyscy bez wyjątku jesteście po prostu najlepsi.

Podziękowania specjalne należą się przemiłym ludziom z Akwizgranu, którzy z niesłychaną wprost cierpliwością odpowiadali na moje niezliczone pytania. Wdzięczność jestem też winien Ronowi Chamblinowi, właścicielowi Chamblin Bookmine w Jacksonville na Florydzie, gdzie od lat prowadzę większość swoich badań. To niesamowite miejsce. Ron, dziękuję, że je stworzyłeś. Dziękuję również za wgląd — jak to się mówi w dalekiej Australii — naszej australijskiej mamie Kate Taperell.

Książkę dedykuję mojej agentce Pam Ahearn i mojemu redaktorowi Markowi Tavaniemu. Pam wzięła mnie pod swoje skrzydła w 1995 r. i w ciągu siedmiu kolejnych lat aż osiemdziesiąt pięć razy usłyszała od wydawców odmowę opublikowania mojej książki. W końcu jednak znalazła tego właściwego. Godna podziwu cierpliwość. No i Mark. Mam szczęście, że zgodził się zająć zwariowanym prawnikiem, któremu zachciało się pisać książki.

Ale ostatecznie wszyscy przetrwaliśmy.

Pam i Markowi zawdzięczam tyle, że i najdłuższego życia nie wystarczyłoby, żeby się im odwdzięczyć.

Dziękuję.

Za wszystko.

Opowiedz mi swoją przeszłość, a ja powiem ci,

jaka będzie twoja przyszłość.

KONFUCJUSZ

Starożytni mistrzowie byli subtelni

i elastyczni, tajemniczy i wszechstronni.

Ich umysły były zbyt głębokie, by je pojąć.

Ponieważ byli niezgłębieni,

Można ich opisać tylko w przybliżeniu.

Niezdecydowani jak człowiek brodzący zimą w strumieniu,

Niepewni jak ktoś, kto obawia się swoich sąsiadów,

Ostrożni i powściągliwi jak gość,

Ulegli jak lód w chwili topnienia,

Prości jak nieobrobiony blok.[1]

LAO-CY (604 r. p.n.e.)

Kto dom swój niepokoi — wiatr odziedziczy.

KSIĘGA PRZYSŁÓW 11,29[2]

TAJEMNICA GROBOWCA

PROLOG

LISTOPAD 1971

Rozległ się dźwięk syreny alarmowej i Forrest Malone natychmiast wzmógł czujność.

— Głębokość? — zawołał.

— Sześćset stóp.

— Co jest pod nami?

— Jeszcze dwa tysiące stóp lodowatej wody.

Omiótł wzrokiem konsolę kontrolną, wskaźniki i termometry. W niewielkim pomieszczeniu centrali dowodzenia po prawej siedział sternik, a z lewej wciśnięty w kąt — operator sterów głębokościowych. Obydwaj mężczyźni nie odrywali dłoni od drążków. Lampka kontrolna sygnalizowała problemy z zasilaniem.

— Zwolnij do dwóch węzłów.

Okrętem lekko szarpnęło.

Alarm nie przestawał wyć. Zapadła ciemność.

— Panie kapitanie, raport z komory reaktora. Poszedł bezpiecznik na jednym z prętów.

Wiedział, co się stało. Mechanizmy wbudowane w to wybuchowe ustrojstwo spowodowały, że reszta prętów wpadła do rdzenia — reaktor został awaryjnie wyłączony. W tej sytuacji mieli tylko jedno wyjście.

— Przełączyć na akumulatory.

Zabłysło przyćmione oświetlenie awaryjne. Wszedł jego mechanik, Flanders, dokładny i rzetelny specjalista, na którym mógł polegać.

— Mów, Tom.

— Nie mam pojęcia, jak źle to wygląda ani ile potrwa naprawa, ale musimy zmniejszyć pobór mocy.

Takie sytuacje zdarzały się już wcześniej, i to kilka razy, więc wiedział, że akumulatory mogą zastąpić reaktor nawet przez dwie doby pod warunkiem, że będą oszczędni. Przeprowadzali z załogą rygorystyczne ćwiczenia symulujące takie zdarzenie. Problem w tym, że po awaryjnym wyłączeniu reaktora, jak mówi instrukcja, w ciągu godziny należy go ponownie uruchomić, a jeśli się nie uda, okręt powinien jak najszybciej zawinąć do najbliższego portu. Od którego dzieliło ich tysiąc pięćset mil.

— Wyłącz wszystko, co się da.

— Panie kapitanie, trudno będzie utrzymać stateczność — zauważył sternik.

Malone znał prawo Archimedesa. Jeśli siła wyporu równoważy siłę ciężkości, to zanurzony przedmiot ani nie wypłynie na powierzchnię, ani nie zatonie. Dzięki pływalności zerowej pozostaje na jednym poziomie. Na tej zasadzie funkcjonuje każdy okręt podwodny, utrzymywany pod wodą przez pracujące silniki. Bez zasilania nie ruszą silniki ani stery głębokościowe, co oznacza brak pędu. Wszystkie te problemy rozwiązałoby wynurzenie, ale nie mieli nad sobą otwartego oceanu. Drogę odcinał im lodowy sufit.

— Panie kapitanie, maszynownia melduje niewielki wyciek z instalacji hydraulicznej.

— Niewielki wyciek? — powtórzył. — Akurat teraz?

— Zauważyli go wcześniej, ale ze względu na brak energii proszą o pozwolenie na zamknięcie zaworu i wymianę przewodu.

Logiczne.

— W porządku, wykonać. I mam nadzieję, że to koniec złych wieści.

Odwrócił się do operatora sonaru.

— Jak tam z przodu?

Okręty podwodne działały na bazie doświadczeń swoich poprzedników, a ci, którzy wcześniej pływali po zamarzniętych morzach, dali dwie rady. Nigdy nie uderzać w nic zamarzniętego, jeśli tylko da się tego uniknąć. W przeciwnym wypadku ustawić się dziobem do lodu, podejść delikatnie i modlić się.

— Czysto — odparł operator.

— Zaczynamy dryfować — poinformował sternik.

— Kompensuj. Ale ostrożnie z energią.

Nagle dziób niespodziewanie zanurkował.

— Co, do cholery? — wymamrotał Malone.

— Stery rufowe na pełnym zanurzeniu — zawołał operator i poderwał się, by pociągnąć drążek w odwrotnym kierunku. — Nie reagują.

— Blount, pomóż mu — krzyknął Malone.

Blount zostawił sonar i ruszył na ratunek. Kąt nachylenia się zwiększał. Malone chwycił się planszetu; wszystko, co nie było przymocowane, z hukiem spadało na podłogę.

— Sterowanie awaryjne — wrzasnął.

Kąt wciąż się zwiększał.

— Ponad czterdzieści pięć stopni — raportował sternik. — Zanurzamy się. Stery nie reagują.

Aby nie stracić równowagi, Malone mocniej się złapał planszetu.

— Dziewięćset stóp, wciąż opadamy.

Cyfry na wskaźniku głębokości zmieniały się tak szybko, że trudno już było je odróżnić. Konstrukcja okrętu pozwalała im zejść na trzy tysiące stóp. Dno zbliżało się w zastraszającym tempie, a ciśnienie wody wciąż rosło — jeśli zbyt szybko osiągnie wysoki poziom, kadłub imploduje. Z drugiej strony perspektywa uderzenia w dno też nie była zbyt miła.

Pozostała jedna możliwość.

— Awaryjny ciąg wsteczny. Szasować wszystkie zbiorniki.

Kiedy komenda została wykonana, okręt się zatrząsł. Śruby napędowe zmieniły kierunek obrotów, wtłaczając do zbiorników sprężone powietrze i tym samym wypompowując z nich wodę. Sternik mocno trzymał drążki. Operator sonaru przygotował się na to, co miało nastąpić.

Odzyskali pływalność dodatnią.

Okręt opadał coraz wolniej.

Dziób na chwilę się podniósł, a potem wyrównał.

— Utrzymuj poziom — rozkazał. — Nie mam zamiaru się wynurzyć.

Operator sterów wypełnił rozkaz.

— Ile mamy do dna?

Blount wrócił na swoje stanowisko.

— Dwieście stóp.

Malone spojrzał na głębokościomierz. Dwa tysiące czterysta. Kadłub trzeszczał z powodu naprężeń, ale jakoś się trzymał. Przyrządy wskazywały, że wszystkie włazy są zamknięte i szczelne. W końcu jakaś dobra wiadomość.

— Posadź nas.

Okręt podwodny, którym płynęli, miał tę przewagę nad innymi, że można go było położyć na dnie. Tę zdolność uzyskał dzięki specjalnie opracowanej konstrukcji; wynikiem nowatorskiego podejścia był też irytujący napęd i układ sterowania — przed chwilą mieli okazję się przekonać, jak pracują.

Okręt osiadł na dnie.

W centrali wszyscy spoglądali po sobie niepewnie. Nikt się nie odzywał. Nie musiał. Malone wiedział, co w tej chwili myśleli. O mały włos.

— Wiemy, co się stało? — zapytał.

— Z maszynowni meldują, że po zamknięciu zaworu w celu usunięcia usterki zarówno właściwe i awaryjne układy sterowania, jak i system zanurzania przestały działać. Nigdy wcześniej nam się to nie przytrafiło.

— Niech powiedzą coś, czego nie wiem.

— Zawór jest już otwarty.

Uśmiechnął się — w ten sposób jego mechanik chciał mu zakomunikować: Gdybym coś wiedział, na pewno, dowiedziałbyś się pierwszy.

— No dobra, niech to naprawią. A co z reaktorem?

Na wyjście z tej opresji akumulatory oddały sporo energii.

— Nie działa — raportował jego zastępca.

Ta godzina, którą mieli na ponowne uruchomienie, trochę za szybko mijała.

— Panie kapitanie — ze swojego stanowiska odezwał się Blount — sonar wykrył coś na zewnątrz. Ciała stałe. Duża ilość. Chyba wylądowaliśmy wśród głazów.

Postanowił zaryzykować zużycie jeszcze odrobiny energii.

— Dajcie kamery i reflektory. Ale na chwilę, żeby się zorientować, o co chodzi.

Włączyły się monitory, na których zobaczyli czystą morską wodę i zawieszone w niej świetliste drobinki życia. Okręt otaczały głazy leżące na dnie pod różnymi kątami.

— Dziwne — powiedział ktoś.

Malone też to zauważył.

— To nie są zwykłe głazy. Raczej kamienne bloki. I to duże. Prostokątne i kwadratowe. Pokaż jeden z bliska.

Blount naprowadził obiektyw na boczną powierzchnię jednego z bloków.

— O cholera — odezwał się jego zastępca.

Na kamieniu rysowały się jakieś znaki. Nie pismo, no, w każdym razie nie potrafił go rozpoznać. Odręczne, zaokrąglone i równe. Pojedyncze litery zdawały się łączyć w wyrazy, ale nie był w stanie nic odczytać.

— Jest też na innych blokach — zauważył Blount i Malone przyjrzał się obrazom z pozostałych kamer.

Otaczały ich ruiny, których fragmenty majaczyły na dnie niczym duchy.

— Wyłącz kamery — zarządził.

W tej chwili jego głównym zmartwieniem było zasilanie, nie ciekawostki archeologiczne.

— Jesteśmy tu bezpieczni?

— Dopóki leżymy, nic nam nie grozi — odparł Blount.

Włączyła się syrena alarmowa. Zlokalizował źródło. Akumulatory.

— Panie kapitanie, jest pan potrzebny — wrzeszczał jego zastępca, przekrzykując syrenę.

Wypadł z centrali i rzucił się do drabiny prowadzącej do kiosku. Mechanik już tam stał.

Alarm ucichł.

Poczuł ciepło. Jego wzrok spoczął na podłodze. Pochylił się i dotknął lekko metalu. Gorący jak cholera. Niedobrze. Pod spodem w aluminiowej komorze leżało sto pięćdziesiąt akumulatorów srebrowo-cynkowych. Gorzkie doświadczenie nauczyło go, że ich konstrukcja była bardziej artystyczna niż techniczna. Wciąż się psuły.

Pomocnik mechanika odkręcił jedną po drugiej cztery śruby mocujące pokrywę. Odsunęli ją i zaraz buchnął na nich kłąb gorącego dymu. Malone natychmiast odgadł, co się stało — wyciek wodorotlenku potasu, który znajdował się w akumulatorach.

Znowu.

Zasunęli pokrywę. Da im to tylko kilka minut. Wkrótce instalacja wentylacyjna rozprowadzi gryzące spaliny po całym okręcie, a ponieważ nie znajdą one ujścia, trujące powietrze ich zabije.

Biegiem wrócił do centrali.

Nie chciał umierać, ale ich możliwości szybko się kończyły. Służył już na okrętach dwadzieścia sześć lat — dieslach i atomowych. Tylko jeden na pięciu rekrutów dostawał się do szkoły marynarki wojennej kształcącej kadry okrętów podwodnych — egzaminy sprawnościowe, rozmowy z psychologami i pomiary czasu reakcji testowały granice możliwości kandydatów i odsiewały tych, którzy się nie nadawali. Odznakę oficera okrętów podwodnych przypiął mu jego pierwszy dowódca — od tego czasu on sam wiele razy miał zaszczyt przypinać ją innym.

Znał więc wynik.

Gra skończona.

Dziwne, ale kiedy wszedł do centrali, gotowy, by przynajmniej udawać, że wierzy, iż mają jeszcze szansę, głowę wypełniała mu tylko jedna myśl. O synku. Skończył dziesięć lat. I wychowa się bez ojca.

Kocham cię, Cotton.

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

GARMISCH, NIEMCY

WTOREK, 11 GRUDNIA, CZASY OBECNE

GODZ. 13.40

Cotton Malone nie cierpiał zamkniętych pomieszczeń.

Teraz jego niepokój wzmagał dodatkowo tłok w wagoniku kolejki linowej. Większość pasażerów była na wakacjach, odziani w kolorowe stroje dzierżyli swoje kijki i narty. Wyczuwał obecność kilku narodowości — jacyś Włosi, paru Szwajcarów i garstka Francuzów, ale przede wszystkim Niemcy. Wszedł do gondoli jako jeden z pierwszych i żeby lepiej znieść podróż, stanął tuż przy oszronionej szybie. Na tle szaroniebieskiego nieba wyraźnie rysowała się sięgająca trzech tysięcy metrów sylwetka Zugspitze. Olśniewający ciemny szczyt odziany w późnojesienny śnieg z każdą chwilą był bliżej.

Nie powinien zgadzać się na to miejsce.

Wagonik, kołysząc się, wjeżdżał coraz wyżej; mijał właśnie jeden z wielu stalowych słupów wyrastających ze skalistej grani.

Denerwował się, i to nie tylko z powodu zatłoczonej gondoli. Na najwyższym szczycie Niemiec czekały duchy. Unikał tego spotkania prawie czterdzieści lat. Ludzie tacy jak on, którzy z determinacją pogrzebali przeszłość, nie powinni tak łatwo wypuszczać jej z grobu.

A jednak był tutaj i to właśnie robił.

Przestało kołysać, gdy wjechali na szczyt i zatrzymali się w górnej stacji.

Narciarze wysypali się z wagonika, by ruszyć w kierunku kolejnego wyciągu, który zabierze ich do wysoko położonego kotła lodowcowego, gdzie czekały na nich stoki i schronisko. Malone nie jeździł na nartach — ani teraz, ani wcześniej — nigdy go to nie pociągało.

Przeszedł przez budynek, który jak głosiła żółta tablica informacyjna, nosił nazwę Munchener Haus. Mniej więcej połowę przestrzeni wewnątrz zajmowała restauracja, resztę przeznaczono na salę teatralną, niewielką knajpkę, obserwatorium, sklepy z pamiątkami i stację meteorologiczną.

Pchnął grube szklane drzwi i wyszedł na ogromny taras otoczony balustradą. Rześkie górskie powietrze szczypało go w usta. Stephanie Nelle mówiła, że spotkanie odbędzie się na tarasie widokowym. Jedno było pewne. Trzy tysiące metrów nad poziomem morza i alpejski krajobraz zapewniały wysoki stopień prywatności.

Zugspitze wznosi się na granicy: od południa rząd ośnieżonych grani prowadzi do Austrii, a na północy rozciąga się owalna dolina otoczona skalistymi szczytami. Białe obłoki mgły przesłaniały niemieckie miasteczko Garmisch oraz sąsiednie Partenkirchen. To dwie mekki fanów sportów zimowych, które goszczą nie tylko narciarzy, ale zapewniają również świetne warunki bobsleistom, łyżwiarzom i curlingowcom.

Kolejne dyscypliny, których unikał.

Taras był pusty, jeśli nie liczyć starszej pary i kilku narciarzy — ewidentnie zatrzymali się, by podziwiać widoki. Malone przyjechał tu, by załatwić sprawę, która nękała go od bardzo dawna, od tego dnia, gdy mężczyźni w mundurach przyszli oznajmić matce, że jej mąż nie żyje.

Upłynęło czterdzieści osiem godzin, odkąd straciliśmy kontakt z okrętem. Wysłaliśmy na północny Atlantyk załogi ratunkowe i poszukiwawcze, które przeczesały teren w rejonie ich ostatniej znanej pozycji. Sześć godzin temu odnaleziono wrak. Nie zawiadamialiśmy rodzin, dopóki nie mieliśmy całkowitej pewności, że nikt nie przeżył.

Matka nigdy nie płakała. To nie w jej stylu. Co nie znaczy, że nie była zdruzgotana. Pytania zaczął zadawać dopiero jako nastolatek. Ze strony rządu mogli liczyć wyłącznie na informacje oficjalne. Kiedy wstąpił do marynarki, próbował zdobyć raport komisji śledczej badającej sprawę zatonięcia, ale powiedzieli mu tylko, że jest tajny. Ponowił próbę, kiedy został agentem Departamentu Sprawiedliwości i miał dostęp do większej ilości dokumentów. Kolejna porażka. Potem Gary, jego piętnastoletni syn, przyjechał do niego na wakacje i pojawiły się nowe pytania. Gary nigdy nie poznał swojego dziadka, ale chciał się dowiedzieć o nim czegoś więcej, szczególnie, jak zginął. W listopadzie 1971 roku prasa szeroko rozpisywała się o zatonięciu okrętu USS „Blazek”, więc sporo starych artykułów znaleźli w Internecie. Te rozmowy obudziły w nim dawne wątpliwości — na tyle skutecznie, że w końcu postanowił coś z tym zrobić.

Włożył do kieszeni zaciśnięte dłonie i przechadzał się po tarasie.

Wzdłuż balustrady stały w rzędzie lunety. Przy jednej z nich zobaczył kobietę — jasny kombinezon, ciemne włosy spięte w kok, niezbyt twarzowy. Obserwowała dolinę. Kijki i narty oparła o poręcz.

Podszedł do niej spokojnie. Jedna z zasad, której nauczył się dawno temu. Nie spieszyć się. To przynosiło tylko kłopoty.

— Niezły widok — zagadnął ją.

Odwróciła się.

— Nie da się ukryć.

Jej twarz miała kolor cynamonu, który wraz z egipskim rysami, jakie rozpoznawał w okolicy oczu, nosa i ust, sygnalizował bliskowschodnie pochodzenie.

— Jestem Cotton Malone.

— Skąd pan wiedział, że to właśnie ja?

Wskazał brązową kopertę leżącą na tarasie tuż przy podstawie lunety.

— To chyba nie ściśle tajna i niebezpieczna misja? — uśmiechnął się.

— Raczej zwykła sprawa do załatwienia?

— Coś w tym rodzaju. Wybierałam się na narty. W końcu tydzień urlopu. A zawsze chciałam tu przyjechać. Stephanie spytała, czy mogłabym wziąć — teraz ona wskazała na kopertę — to ze sobą.

Znów spojrzała w obiektyw.

— Nie ma pan nic przeciwko? Kosztowało euro, więc chciałabym to wykorzystać. — Obróciła lunetę w stronę niemieckiej doliny rozpościerającej się na obszarze wielu kilometrów.

— Ma pani jakieś imię? — zapytał.

— Jessica — odparła, wciąż z okiem przy teleskopie.

Sięgnął po kopertę.

Zablokowała mu drogę butem.

— Nie tak szybko. Mam się upewnić, że rachunki między Stephanie i panem zostały wyrównane.

W zeszłym roku we Francji pomógł swojej dawnej szefowej. Powiedziała wtedy, że jest mu winna przysługę i żeby ją mądrze wykorzystał.

I tak właśnie zrobił.

— Jak najbardziej. Dług spłacony.

Skończyła obserwację krajobrazu i odwróciła się do niego z zaczerwienionymi od wiatru policzkami.

— Słyszałam o panu w wydziale Magellan. Właściwie jest pan legendą. Jednym z pierwszych dwunastu agentów.

— Nie miałem pojęcia o tej popularności.

— Stephanie wspominała też, że jest pan skromny.

Nie był w nastroju na słuchanie komplementów. Przeszłość czekała.

— Mógłbym już dostać tę teczkę?

Oczy jej błysnęły.

— Oczywiście.

Podniósł kopertę. Pierwsza myśl, jaka przyszła mu do głowy, to: jak coś tak cienkiego może odpowiedzieć na tyle pytań.

— Musi być naprawdę ważna — zauważyła Jessica.

Kolejna lekcja. Jeśli nie chcesz odpowiedzieć na pytanie, udaj, że nie słyszałeś.

— Długo jest pani w wydziale?

— Kilka lat.

Zeszła z platformy lunety.

— Ale niezbyt mi się podoba. Chyba odejdę. Słyszałam, że i pan nie zagrzał tam długo miejsca.

Biorąc pod uwagę jej nieostrożne zachowanie, rezygnacja wydawała się jak najbardziej wskazana. W ciągu dwunastu lat służby tylko trzy razy wziął urlop, ale i tak przez cały czas pozostawał czujny. Paranoja to jedna z chorób zawodowych agenta i dwa lata emerytury nie zdążyły jej jeszcze wyleczyć.

— Udanego urlopu — powiedział na odchodne.

Jutro wraca do Kopenhagi. Dziś miał zamiar odwiedzić w okolicy kilka antykwariatów z rzadkimi książkami — choroba zawodowa księgarza. Jego nowy zawód. Jessica rzuciła mu ostre spojrzenie, zabierając swoje kijki i narty.

— Dziękuję.

Weszli do środka i przeszli przez opustoszałe schronisko. Jessica ruszyła do wyciągu, którym miała dotrzeć do kotła. Malone skierował się do kolejki, aby zjechać trzy tysiące metrów w dół.

Z kopertą w ręku wsiadł do pustego wagonika. Ucieszył się, że będzie sam. Jednak tuż przed zamknięciem drzwi wskoczyły jeszcze dwie osoby: kobieta i mężczyzna. Operator zatrzasnął drzwi od zewnątrz i gondola ruszyła.

Patrzył przez okno.

Zamknięte pomieszczenia to jedna rzecz, a zatłoczone zamknięte pomieszczenia to coś zupełnie innego. Nie miał klaustrofobii, chodziło bardziej o poczucie braku kontroli nad sytuacją. Nie mógł wyjść, kiedy chce. Jakoś sobie z tym radził — w przeszłości niejeden raz znalazł się pod ziemią — ale między innymi z tego powodu dawno temu, u progu swojej kariery w marynarce, nie wybrał, w przeciwieństwie do ojca, okrętów podwodnych.

— Panie Malone.

Odwrócił się.

Kobieta stała przy nim z pistoletem w dłoni.

— Proszę oddać mi tę kopertę.

ROZDZIAŁ DRUGI

BALTIMORE, MARYLAND

GODZ. 9.10

Admirał Langford C. Ramsey uwielbiał przemawiać do tłumów. Po raz pierwszy uświadomił to sobie już w Akademii Marynarki Wojennej, i podczas całej swojej kariery, przez czterdzieści kilka lat, zawsze szukał ku temu okazji. Dziś miał przemówić do amerykańskich członków Kiwanis International — dość nietypowo dla szefa wywiadu marynarki wojennej. Należał przecież do tajnego świata faktów, pogłosek i spekulacji, a jego publiczne wystąpienia ograniczały się do Kongresu. Jednak ostatnimi czasy, z błogosławieństwem zwierzchników, stał się bardziej dostępny. Nie żądał honorariów ani pokrycia kosztów, nie wprowadzał żadnych restrykcji wobec prasy. Im większa widownia, tym lepiej.

Chętnych było wielu.

Tego dnia przemawiał po raz ósmy w tym miesiącu.

— Jestem tu dzisiaj, by opowiedzieć wam coś, o czym z pewnością jeszcze nie słyszeliście. Przez długi czas była to bowiem ściśle strzeżona tajemnica. Chodzi o najmniejszy amerykański atomowy okręt podwodny.

Spojrzał na zasłuchany tłum.

— Wiem, co sobie teraz myślicie: „Facet zwariował. Szef wywiadu marynarki opowie nam o supertajnym okręcie?”.

Pokiwał głową.

— Właśnie to zamierzam zrobić.

— Panie kapitanie, mamy problem — zameldował sternik.

Ramsey to wpadał w drzemkę, to się budził na swoim stanowisku operatora sterów głębokości. Kapitan okrętu, który siedział tuż obok, natychmiast skupił wzrok na monitorach.

Wszystkie kamery pokazywały miny.

— Jezu Chryste — wymamrotał kapitan. — Silniki stop. Zatrzymać się i ma nie drgnąć nawet o centymetr.

Pilot wykonał komendę i zmienił ustawienie całej serii przełączników. Ramsey był zaledwie kapitanem, ale wiedział, że materiały wybuchowe stają się szczególnie niebezpieczne, gdy przez dłuższy czas przebywają w słonej wodzie. Przemierzali dno Morza Śródziemnego przy wybrzeżu Francji, pełne śmiercionośnych pozostałości po drugiej wojnie światowej. Wystarczyłoby muśnięcie kadłuba o jeden z metalowych kolców miny, a tajny okręt przestałby istnieć.

NR-1 był jedną ze specjalistycznych jednostek pomysłu admirała Hymana Rickovera. Zbudowano go w tajemnicy za niewyobrażalnie wysoką kwotę stu milionów dolarów. Miał zaledwie 44 metry długości, 4 metry szerokości i jedenastoosobową załogą na pokładzie. Ale jego konstrukcja pozwalała mu na zanurzenie na głębokość trzech tysięcy stóp. Okręt wyposażono w jedyny w swoim rodzaju reaktor atomowy. Trzy stanowiska umożliwiały obserwację otoczenia. Kamery wspomagało oświetlenie zewnętrzne. Mechaniczny uchwyt pozwalał na zabieranie z morza znalezionych przedmiotów. Ramię wyposażono w narzędzia do cięcia i przytrzymywania. Od nosicieli pocisków balistycznych czy myśliwskich okrętów podwodnych NR-1 odróżniał jasnopomarańczowy kiosk, płaski pomost na kadłubie, niezgrabna stępka tunelowa oraz wiele ciekawych dodatków, włącznie z wysuwanymi oponami ciężarowymi firmy Goodyear, wypełnionymi alkoholem, dzięki którym okręt mógł jeździć po dnie.

— Stery głębokości w poziomie — zarządził kapitan.

Ramsey od razu zrozumiał, o co chodzi. Żeby utrzymać kadłub na dnie. Bardzo dobrze. Na monitorach widać zbyt wiele min.

— Przygotować się do szasowania głównego balastu — powiedział kapitan. — Chcę się podnieść prosto w górę, bez kołysania.

W centrali dowodzenia panowała grobowa cisza, przez co szum turbin, świst powietrza, przelewanie się płynu hydraulicznego i brzęczyki urządzeń elektronicznych wydawały się jeszcze głośniejsze. A zaledwie chwilę wcześniej działały na niego jak środek usypiający.

— Powoli i ostrożnie — mówił kapitan. — Utrzymaj pozycję.

Pilot zacisnął dłonie na dźwigniach.

Okrętu nie wyposażono w koło sterowe. Zamiast niego miał cztery dźwignie, na wzór myśliwca. Typowe dla NR-1. Choć był to okręt bardzo zaawansowany pod względem konstrukcji i napędu, większość osprzętu pochodziła raczej z epoki kamienia łupanego niż ery lotów kosmicznych. Posiłki przygotowywali w kiepskiej imitacji piekarnika używanego w samolotach pasażerskich. Zewnętrzny wysięgnik został im po innym projekcie marynarki. System nawigacyjny, zaadaptowany z liniowców transatlantyckich, pod wodą stawał się praktycznie bezużyteczny. Miniaturowe kabiny dla załogi, wiecznie zapchana toaleta i gotowe obiadki zakupione w supermarkecie przed opuszczeniem portu.

— Sonar ich nie wykrył, zanim pojawiły się na ekranach? — zapytał kapitan.

— Nie — odparł ktoś z załogi. — Wyłoniły się nagle z ciemności.

Sprężone powietrze wpłynęło do głównych zbiorników balastowych i okręt się uniósł. Pilot trzymał obie dłonie na drążkach, gotów w każdej chwili manewrować sterami w celu utrzymania pożądanej pozycji.

Pozostało im wznieść się na jakieś sto stóp i niebezpieczeństwo minie.

— Jak widzicie, udało nam się wydostać z pola minowego — powiedział Ramsey do swoich słuchaczy. — Było to wiosną 1971 roku.

Pokiwał głową.

— Tak, tak, dawno temu. Miałem szczęście służyć na NR-1.

Na twarzach obecnych widział zdziwienie i podziw.

— Niewiele osób wie o tym okręcie. Został zbudowany w najgłębszej tajemnicy, nawet przed niektórymi z ówczesnych admirałów. Wspaniale go wyposażono i mógł schodzić na głębokość trzy razy większą niż jakikolwiek inny okręt. Nie miał nazwy, żadnej broni, ani jednej torpedy, a nawet oficjalnej załogi. Jego misje były ściśle tajne — większość z nich pozostaje utajniona do dzisiaj. A co ciekawsze, okręt wciąż pływa, będąc drugą najstarszą jednostką tego typu, wykorzystywaną od 1969. Obecnie działa jawnie, wykonując zadania wojskowe i cywilne. Zawsze gdy głęboko pod powierzchnią oceanu potrzebne są ludzkie oczy i uszy — do akcji rusza NR-1. Pamiętacie może opowieści o tym, jak Ameryka podpięła się do przewodów telefonicznych poprowadzonych na dnie Atlantyku i podsłuchiwała Sowietów? To właśnie NR-1. Z kolei w 1976 do oceanu spadł F-14 z pociskiem Phoenix na pokładzie. NR-1 go wydobył, nie dając żadnej szansy Rosjanom. Po katastrofie Challegera to również NR-1 odnalazł rakietę z wadliwą uszczelką.

Nic bardziej nie pomagało utrzymać uwagi słuchaczy jak opowieść, a Ramsey znał ich mnóstwo, wszystkie z czasów, gdy służył na tym jedynym w swoim rodzaju okręcie. NR-1 ciągle się psuł i pływał jedynie dzięki pomysłowości załogi. Instrukcja obsługi była bezużyteczna, musieli postawić na innowacyjność. Prawie każdy z nich wysoko awansował, nie wyłączając jego samego. Był zadowolony, że może wreszcie o tym opowiadać — w ramach nowego planu rekrutacji. Marynarka uznała, że dzięki takiej swoistej propagandzie sukcesu zdobędzie nowych żołnierzy. Weterani tacy jak on mieli snuć swoje opowieści, by ludzie, którzy słuchają go teraz, na przykład przy śniadaniu, powtórzyli je swoim znajomym. Prasa, która jak go poinformowano, będzie w pogotowiu, zapewni jeszcze lepszy obieg informacji. „Admirał Langford Ramsey, szef biura wywiadu marynarki wojennej, w swoim przemówieniu na zgromadzeniu krajowym Kiwanian International, opowiedział obecnym...”

Jego pojęcie sukcesu było bardzo proste.

To przeciwieństwo porażki.

Dwa lata temu powinien przejść w stan spoczynku, ale był najwyższym rangą kolorowym w Armii Stanów Zjednoczonych i pierwszym zatwardziałym starym kawalerem, jaki kiedykolwiek zaszedł tak wysoko. Długo to planował. I był niezwykle ostrożny. Zawsze spokojna twarz, pogodne czoło, opanowany głos i łagodne, szczere spojrzenie. Planował swoją karierę w marynarce z precyzją podwodnego nawigatora. Nic mu nie przeszkodzi, szczególnie teraz, gdy cel był tak blisko.

Dlatego niepokoił go pewien szczegół.

Potencjalny wybój na drodze.

Garmisch.

Koniec wersji demonstracyjnej

Przypisy

[1] Lao Tzu, Tao Te Ching, tłum. Michał Lipa, Gliwice 2010.

[2] Biblia Tysiąclecia, Poznań 1997.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zaginiony rozkaz Zagadka aleksandryjska Wariacka intryga Trzecia tajemnica Przepowiednia dla Romanowów Bursztynowa komnata 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer