Carlo Ancelotti. Nienasycony zwycięzca

Carlo Ancelotti. Nienasycony zwycięzca

Autorzy: Alessandro Alciato Carlo Ancelotii

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Biografie Sport

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 248

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 26.18 zł

Wykwintna autobiografia trenera Realu Madryt, AC Milan, Chelsea i Paris Saint-Germain.

Piłka nożna jest jak lunch – im więcej jesz, tym bardziej jesteś głodny.

Wytrawny taktyk. Koneser dobrego futbolu. Piłkarz i trener, który nieraz musiał przełknąć gorycz porażki, ale jeszcze częściej rozkoszował się słodkim smakiem wygranej. Carlo Ancelotti – po prostu nienasycony zwycięzca.

Przeżył niejedno. Pobierał lekcje botaniki od Arrigo Sacchiego. Nie nadążał za podaniami Ruuda Gullita. Hołubił Zinédine’a Zidane’a. Podziwiał Kakę. Spotykał się potajemnie z Romanem Abramowiczem, nazwał Fabio Capello „starym gburem” i chciał zjeść Jurija Żyrkowa.

To tylko namiastka tego, o czym opowiada w swojej książce. Przystawka przed głównym daniem, którym jest ta autobiografia – wyśmienite dzieło z soczystymi anegdotami, przyprawione nutą autoironii i garścią dobrego włoskiego humoru.

Prawdziwa uczta dla każdego kibica.

***

Pożarłem tę książkę tak jak Carlo Ancelotti pożarłby tortellini. Pożarłem i zrozumiałem, że istnieje trzecia droga między Guardiolą a Mourinho.
Michał Okoński, „Tygodnik Powszechny”, autor bloga „Futbol jest okrutny”

Niespotykanie spokojny człowiek, o nieposkromionym apetycie nie tylko na sukcesy, którego każdy piłkarz chciałby spotkać na swojej drodze i zawisnąć na jego choince. Przed Wami historia wieśniaka, który podbił salony.
Tomasz Lipiński, nc+

Nie sądziłem, że autobiografia Carlo Ancelottiego może okazać się tak barwną i zarazem oryginalną książką. A jednak. Znakomita lektura.
Jakub Radomski, „Przegląd Sportowy”

Dla papy Giuseppe i mammy Cecilii.

I dla Stefano.

– c.a.

Dla Eleonory, która jest całym moim życiem.

I dla JT.

– a.a.

Przedmowa

Paolo Maldini

Będę nazywał go po imieniu, ponieważ zawsze tak do niego mówię. Gdy piłkarz odwiesza buty na kołek, może się wreszcie zaprzyjaźnić ze swoim trenerem. Pojawia się wtedy pewna bliskość, znikają bariery. Miałem szczęście, że w tym przypadku stało się tak po części już wcześniej. W świecie zaistniałem jako członek drużyny Carletto. Można powiedzieć, że od samego początku byliśmy partnerami. Zdaniem wielu osób byłem sztandarem Milanu. Jeśli to prawda, to on był wiatrem, dzięki któremu mogłem powiewać. Gdy wieje wiatr Carletto, jestem na boisku, w koszulce z numerem 3. To numer idealny, także dzięki moim kolegom z drużyny. Carlo wskazuje nam drogę. Podczas odpraw w szatni i zebrań zespołu Carletto okazuje się niezrównanym dowcipnisiem. Pozwala sobie na żarty nawet przed finałem Ligi Mistrzów. Opowiada nam o kolacjach z pieczenią w roli głównej, unosząc przy tym brew, a my wychodzimy potem na boisko po zwycięstwo, ponieważ czujemy się całkiem odprężeni. Ludziom wydaje się często, że w decydujących momentach przemowa trenera powinna wyciskać łzy z oczu. Faktycznie, to się czasem zdarzało, zawsze płakaliśmy jednak ze śmiechu. Bywało i tak, że w szatni rywali panowała kompletna cisza, a u nas Silvio Berlusconi i trener opowiadali dowcipy. Jesteśmy rodziną, a rodzina tak się właśnie zachowuje.

Carletto nigdy nie pozwala sobie na przesadę. Nie licząc może jedzenia. Gdy siada do stołu i bierze do ręki sztućce, jest go w stanie powstrzymać tylko egzorcysta. Odkąd został trenerem, zajmuje przeznaczone specjalnie dla niego miejsce i dostaje przeznaczone specjalnie dla niego menu. Do tego ma chyba wyjątkowy żołądek. Je i pije, a potem jeszcze trochę je i jeszcze trochę pije. Gdy na stole pojawia się coś dobrego, zapomina o swojej słynnej dyscyplinie i metodach, w tym o swojej ukochanej uroczystości choinkowej. Z drugiej strony, nie potrafi raczyć się tą całą obfitością sam, zaczyna nas więc wzywać:

– Paolo, podejdź tu. Musisz tego spróbować.

– Carlo, przecież ja jestem kapitanem, mam dawać dobry przykład pozostałym.

– A ja jestem twoim trenerem i mówię ci, że masz tego spróbować. To naprawdę dobre.

Jest szczodry, nawet jeśli chodzi o jedzenie. Umie cieszyć się życiem, co nam niesamowicie pomaga. W swojej karierze miałem okazję obserwować trenerów z różnym podejściem do zarządzania drużyną w szatni i metody Carletto wywołują zdecydowanie najmniej problemów. Nie daje po sobie poznać, że coś go martwi albo stresuje, dzięki czemu zespół zachowuje spokój, a później wychodzi na boisko i wygrywa… A potem wygrywa po raz kolejny i jeszcze raz. Oczywiście, od czasu do czasu nawet najbardziej cierpliwy człowiek traci nad sobą kontrolę. Kiedyś Carlo nie wytrzymał podczas przedsezonowego sparingu z Lugano, drużyną grającą w drugiej lidze szwajcarskiej. Sprawiał wrażenie, jakby postradał zmysły. Zrugał nas wtedy w najgorszych słowach i obrzucił najbardziej niewybaczalnymi obelgami. Mówił okropne rzeczy, których nie mogę tu powtórzyć. Krzyczał na nas tak długo, że zaczęło mi się zbierać na śmiech. Po prostu puściły mu wszelkie hamulce – nigdy dotąd nie widziałem go w takim stanie. Na twarzy był czerwony jak burak. Tuż obok niego siedział Adriano Galliani w jasnożółtym krawacie. Razem przypominali tęczę. Dwa dni później Carlo przyszedł do nas z przeprosinami. On po prostu nie potrafi być podły. W głębi serca jest łagodny jak baranek. To taki normalny człowiek – i w tym tkwi sekret naszych sukcesów. Aby wygrywać, nie trzeba się kreować na nie wiadomo kogo, jak taki Mourinho. Wystarczy znaleźć w sobie wewnętrzną równowagę i trzymać się z dala od blasku reflektorów – nie odpalać fajerwerków przed kamerami.

Carletto i mnie łączyła przyjazna relacja zawodowa. Zawsze rozmawialiśmy o wszystkim. Gdy zdarzyło mu się rozzłościć, za każdym razem przychodził potem do mnie i pytał:

– Mylę się, Paolo?

Nie chce robić niczego na własną rękę, co świadczy o jego niemałej inteligencji. Właśnie dlatego potrafi wygrywać wszędzie tam, gdzie się akurat znajduje – czy to jest AC Milan, Chelsea, czy Real Madryt. Ma niesamowitą wiedzę na temat futbolu, a także olbrzymie doświadczenie w dosłownie każdym aspekcie gry. Nawet jako piłkarz rewelacyjnie radził sobie z zarządzaniem – zarówno samą grą, jak i swoimi celami. Tak naprawdę to nie da się go krytykować ani na płaszczyźnie zawodowej, ani czysto ludzkiej. Jeśli ktoś to robi, to jest niesprawiedliwy. Od czasów Arrigo Sacchiego mieliśmy w Milanie wielu trenerów i każdy prowadził drużynę na swój własny sposób. Abstrahując od stosowanych metod i uzyskiwanych wyników, gdybym miał powiedzieć, komu zespół zawdzięcza najwięcej, bez wątpienia wskazałbym na Carletto. Przed przyjazdem do Milanello był dość konserwatywny i raczej niechętny nowinkom taktycznym, ale z czasem się zmienił. Wyewoluował. My rozwijaliśmy się wraz z nim, bo człowiek takiego pokroju potrzebuje graczy dysponujących wiedzą, która pozwalałaby im wykorzystywać jego potencjał. Wszystko, co robiliśmy, opierało się na wzajemnym zaufaniu. W ciągu tych wszystkich lat zdarzali się i ludzie próbujący to wykorzystać, szybko podejmowaliśmy jednak niezbędne działania, aby naprowadzić ich na właściwy kurs. Nade wszystko tłumaczyliśmy im, że Carletto należy szanować zawsze, bez względu na okoliczności. Za co? Za tę aurę piłkarskiej magii, którą potrafi stworzyć. Za to, jak rozmawia z zespołem. Za to, jak zachowuje się poza boiskiem. Za słowa, które znajdują się na kartach tej autobiografii. Za to, że opowiedział tu o sobie samym, niczego nie ukrywając.

Opisywano go już na tysiąc różnych sposobów. Dla mnie to po prostu przyjaciel, z którym dobrze się rozmawia. Brakuje mi go.

Paolo Maldini

Rozdział 1

O steku, który nie umiał śpiewać

Jeden jedyny raz w życiu miałem poczucie, że przydałby mi się psychiatra. Patrzyłem na Jurija Żyrkowa, a widziałem tylko stek wołowy. Idealnie zgrillowany, soczysty, parujący, półkrwisty. Spojrzałem Jurijowi prosto w oczy i nagle stwierdziłem, że umieram z głodu. W sumie to nic nowego. Mięso, ryby, coca-cola, salami, mortadela, pecorino romano, kawał gorgonzoli, ryba z frytkami, tort, poobiedni drink, spaghetti, kokardki, pesto, sos boloński, żeberka, gulasz z cielęciny, zakąska, przystawka, danie główne, deser, a nawet – raz jeden, w sanktuarium nouvelle cuisine w północnych Włoszech – espresso z ziaren kawy wyhodowanej na kompoście bazującym, o ile mi wiadomo, na własnym nawozie rolnika. Można powiedzieć, że próbowałem już w życiu wszystkiego, co tylko można sobie wyobrazić, ale jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, żeby głód wywołał u mnie piłkarz. Cóż, jakkolwiek by było, właśnie o tym myślałem w tamtej chwili: poczułem jakieś nowe, dziwne łaknienie. Być może miało to coś wspólnego z widelcem, który leciał mu właśnie prosto w twarz. Trzeba przyznać, że biorąc pod uwagę trajektorię sztućca, było w tym coś niezwykle eleganckiego. Nie wiedziałem, kto nim rzucił, nie ulegało jednak najmniejszej wątpliwości, w kogo miał trafić. Z balistycznego punktu widzenia był to rzut doskonały. Widelec cicho przecinał powietrze, niczym zupełnie zidentyfikowany obiekt latający. Brakowało talerza, noża i łyżki, choć rzecz działa się w restauracji, pośród stołujących się w niej ludzi, czyli nas, członków drużyny Chelsea Football Club. Znajdowałem się tam ja, trener z lekką skłonnością do przybierania w pasie, a także głodni zwycięstwa zawodnicy. Był też i on – rosyjski pomocnik posiadający mnóstwo rozmaitych talentów i jedną wadę: nie umiał śpiewać. Po prostu strasznie się wydzierał.

Teraz jednak musiał coś zaśpiewać. To była dla niego chwila prawdy. Aby dołączyć do zespołu, nie wystarczy po prostu złożyć podpis na kontrakcie. Trzeba pokonać jeszcze jedną, najtrudniejszą przeszkodę. Zero współczucia, zero litości. Gracz musi przetrwać wieczór z karaoke, nasz święty rytuał.

To konkretne spotkanie odbyło się w hotelu w Los Angeles podczas naszego letniego tournée po Stanach Zjednoczonych. Mój pierwszy wyjazd, odkąd odszedłem z Milanu. Mieliśmy rzut beretem do Hollywood, ale na scenie stał Jurij. Nie wiedziałem, czy oglądam występ komika, czy jakiś horror. Raczej to drugie, biorąc pod uwagę dreszcze, które czułem na plecach. Piłkarze przechodzący z zespołu młodzieżowego muszą zatańczyć przed wszystkimi nowymi kolegami z pierwszej drużyny. Gdy ktoś przychodzi do nas z innego klubu, ma sobie po prostu wybrać jakąś piosenkę i ją wykonać – bez akompaniamentu i żadnej innej pomocy. Solowy koszmar.

Ja na przykład rzuciłem się na śpiewaną w dialekcie piosenkę ludową z północnych Włoch, La Società dei Magnaccioni. Wykonywał ją Lando Fiorini i zawsze mi się podobała. To rodzaj przyśpiewki, którą można usłyszeć podczas przyjęcia w małym miasteczku, gdy wszyscy już swoje wypiją. Jeśli ktoś nie zna tego utworu, polecam posłuchać jakiejś piosenki Eltona Johna, a następnie wyobrazić sobie jej dokładne przeciwieństwo. Poszło mi zupełnie nieźle, nikt nie buczał ani nie gwizdał. Niewykluczone jednak, że piłkarze bali się przez cały sezon grzać ławę… Nie, poważnie – gdy skończyłem, zebrałem gromkie brawa. Ktoś zdjął nawet obrus ze stołu i zaczął wymachiwać nim jak flagą. Chłopaki doceniły mój kunszt.

W przypadku Żyrkowa było całkiem inaczej. Jeden z naszych masażystów zapowiedział go następująco:

– Panie i panowie, proszę o ciszę. Dziś wieczorem mam zaszczyt przedstawić państwu wybitnego artystę ze Wschodu, który wystąpi specjalnie dla nas. Nadstawcie, proszę, uszu, a następnie sami go oceńcie.

Gdzieś w głębi sali rozległ się chichot, który nie wróżył za dobrze. Waleczny reprezentant narodu rosyjskiego… Ofiara dopiero szła na rzeź, a ja widziałem w oczach Johna Terry’ego i Franka Lamparda, jak wielki czeka nas dramat. Chłopaki już pękały ze śmiechu, a przecież Żyrkow jeszcze nie zdążył otworzyć ust. Ivanović go dopingował: „Dawaj, Jurij!”, ale był to rodzaj wsparcia, którego udziela się bohaterowi przyszłego żartu. Koledzy z drużyny już od kilku dni nakręcali Żyrkowa. Opowiadali mu, że musi przygotować się na ten moment tak samo jak do finału Ligi Mistrzów. Powtarzali, że od występu zależy jego przyszłość w Chelsea. Mówili, że to nie żart, lecz święty rytuał przejścia. Był nakręcony jak ja, gdy przekraczam próg trattorii, tym bardziej że z natury jest raczej nieśmiały. Stanął na stołku i zaczął śpiewać. Mój Boże! Nigdy nie słyszałem czegoś tak kiepskiego. To była katastrofa. Nie zaśpiewał poprawnie ani jednej nuty! Ani jednej. Już po kilku sekundach w jego stronę poleciały okruchy pieczywa, zaraz za nimi frunęły kawałki owoców. Wkrótce wisiało na nim więcej zupełnie przyzwoitego jedzenia, niż leżało na stole. Właśnie wtedy zacząłem go lubić. Wpatrzony gdzieś w dal przez niemal dwie długie minuty miauczał jak podtapiany kot, kwiczał niczym złapana świnia. Przekręcał tekst i koszmarnie zniekształcał melodię – Silvio Berlusconi, prezes AC Milanu, skomentowałby to krótko: „No jasne, typowy komunista”. Drużyna Chelsea wykazała się nawet większym okrucieństwem – chłopcy kazali mu dokończyć. Nie okazali mu litości, nie przerwali tej kakofonii, po której więdły uszy, nie pozwolili wrócić mu zhańbionemu na miejsce, nie wysłali do łóżka bez kolacji. Dla Żyrkowa najgorsza była ostatnia zwrotka, bo to wtedy ktoś w końcu nie wytrzymał i rzucił w niego ten cholerny widelec.

Śledziłem wzrokiem ów przedmiot, jakby zawisł w powietrzu. Można by wręcz powiedzieć, że był w tym jakiś wdzięk. Podczas lotu widelec obracał się wokół własnej osi, zdawał się przeczyć prawu grawitacji, poruszał się jak precyzyjny pocisk – jak niezwykle inteligentna rakieta bojowa wyposażona w niezawodny słuch muzyczny. Gdy w końcu dotarł do najwyższego punktu swej trajektorii, zwolnił i zmienił kierunek lotu, jak podkręcona piłka, która zmierza w dolny róg bramki. Najwyraźniej też nie mógł tego znieść. Właśnie wtedy w mojej głowie pojawiła się ta wizja. Jeśli chodzi o jedzenie i przybory kuchenne, mój mózg przypomina jednokierunkową ulicę prowadzącą prosto do żołądka. Miałem zatem nagłe i zupełnie naturalne skojarzenie – widelec równa się stek. Uśmiechnąłem się i przez krótką chwilę byłem najszczęśliwszą osobą w tamtej sali. Z pewnością byłem szczęśliwszy niż Jurij, który stał się ofiarą swego nieludzkiego wycia. Čech próbował założyć kask, aby choć trochę osłonić uszy. Najbardziej dziko zachowywał się Malouda, który gwizdał, wył i tupał jak opętany. Zrobił prawdziwy cyrk. Rozglądałem się za czerwonym nosem na gumce, który mógłbym sobie założyć, ale nic takiego nie znalazłem. Trudno, chłopcy, klauna nie będzie. Żyrkow do dziś nie doszedł do siebie po tej traumie. Tymczasem to dzięki ludziom takim jak on, jak ja i wszyscy inni, jak choćby Bruno Demichelis (psycholog i znakomity tenor, który tamtego niezapomnianego wieczoru odśpiewał Nessum Dorma), zapisaliśmy się jako zespół w historii angielskiego futbolu, sięgając po dublet: wygraliśmy rozgrywki ligowe i zdobyliśmy Puchar Anglii. Poza tym na początku sezonu po meczu z Manchesterem United wywalczyliśmy też Tarczę Wspólnoty. Przez długi czas uznawałem to trofeum za moje ulubione, choćby dlatego, że kształtem przypomina talerz. Można na nim zgromadzić najróżniejsze rzeczy – ja wypełniłem go po brzegi pasją i odkryciami związanymi z poznawaniem świata, o którym nic dotąd nie wiedziałem. Londyn, Anglia, Chelsea, Abramowicz, Stamford Bridge, The Blues, królowa. Kolejny krok na mojej drodze życia, kolejny element niesamowitej mozaiki, tej przepięknej przygody. Wszystko zaczęło się od tego koszmarnego śpiewu Jurija, a zakończyło się pięknym wierszem Volare, który wyśpiewałem wraz z moją drużyną przed tysiącami ludzi tłoczących się na Fulham Road. Staliśmy wówczas na górze dwupiętrowego autobusu i fetowaliśmy zdobycie Pucharu Anglii, który wywalczyliśmy na Wembley po meczu z Portsmouth. Kawałek miasta stał się naszym prywatnym kosmosem. Byliśmy nie do ruszenia.

Bardzo dobrze to wszystko wspominam, choć nie ukrywam, że na początku nie było łatwo. Nie najlepiej mówiłem po angielsku, więc władze klubu wysłały mnie na intensywny kurs do Holandii (wszystko odbyło się w tajemnicy; jednocześnie całe najwyższe kierownictwo klubu zostało wysłane na kurs włoskiego – nie wiem, czy miał to być gest świadczący o szacunku dla mnie, czy raczej wyraz braku wiary w to, że zdołam się nauczyć ich języka). W drużynowej szatni odnalazłem się głównie dzięki Rayowi Wilkinsowi, mojej prawej ręce i przyjacielowi. Tłumaczenie słów to jedno, potrafi to wiele osób. Zupełnie czymś innym jest jednak oddawanie emocji. Rzadko zdarza się taki dar. A Ray go posiada. To człowiek szlachetny duchem, zawsze potrafi się odpowiednio znaleźć. W jego żyłach płynie błękitna krew, a serce bije mu w rytm dwóch języków, co bardzo mi pomagało. Bez niego nic byśmy nie osiągnęli. Z pewnością zaś nie rozpoczęlibyśmy tamtego sezonu na najwyższych obrotach. Pierwszy mecz i pierwsza wygrana. Po serii rzutów karnych zwyciężyliśmy Manchester United i zdobyliśmy Tarczę Wspólnoty. Ancelotti – sir Alex 1:0. Nigdy wcześniej nie odwiedziłem Wembley, więc było to dla mnie poruszające doświadczenie. No dobrze, pewnie bardziej mnie to zaciekawiło, niż poruszyło, ale i tak wiedziałem, jak to się wszystko skończy. W szatni powiedziałem chłopakom:

– Jesteśmy drużyną z najwyższej półki, choć jeszcze sami nie zdajemy sobie z tego sprawy. Musimy zaatakować, narzucić im nasz styl gry i zyskać uznanie za to, co robimy na boisku. Mam zamiar sporo się dzisiaj nauczyć.

W ciągu kilku tygodni poprzedzających ten mecz zrozumiałem jedno: John Terry to kapitan nad kapitanami, ten facet chyba urodził się z opaską na ramieniu. Sprawia wrażenie, jakby ją miał, nawet wtedy, gdy jej nie nosi. I tak powinno być. Terry różni się od pozostałych. Chelsea jest jego domem od czasów występów w drużynie młodzieżowej. Wystarczy, że powie słowo, a w szatni zapada cisza. Pierwszy siada do posiłku i pierwszy wstaje od stołu. Przoduje zawsze i w każdym sensie. Bycie częścią klubu to jego cel, taki już się urodził. Bacznie przygląda się najmłodszym chłopcom z drużyn juniorskich, zawsze jest na bieżąco, zna wszystkie wyniki i nigdy nic mu nie umyka (choć często przegrywa w ping-ponga w stołówce – ale gdy do tego dojdzie, lepiej się mieć na baczności). Pracuje dwa razy ciężej niż wszyscy inni i trochę jak właściciel firmy poczuwa się do odpowiedzialności za ludzi, wyznając filozofię zwycięstwa. Drugie miejsca się dla niego nie liczą – liczymy się tylko my.

My – ostatecznie udało nam się sięgnąć po trofeum. Wspinaczkę po schodach z poziomu murawy na sam szczyt trybun widziałem dotąd tylko w telewizji. Zawsze byłem ciekaw, co się czuje w takiej chwili. No to się przekonałem. Muszę schudnąć. Chryste, muszę zrzucić kilka kilogramów. Czułem się tak, jak gdybym wspinał się na Mount Everest. Sapałem i dyszałem, nie mogłem złapać tchu. Kiedy jednak dotarłem na szczyt, zrozumiałem, o co w tym chodzi – to było jak początek drogi do nieba. W przestworza, które mają ten sam kolor co nasze stroje. To nie przypadek. Ująłem trofeum – pewnie powinienem nazwać je talerzem – w dłonie i podniosłem je z poczuciem niesamowitej dumy. Było bezcenne, wyjątkowe i zaskakująco lekkie. Magiczne chwile… A potem ogarnęło mnie nagle niejasne wrażenie dyskomfortu, które dopada mnie zawsze na widok pustego talerza.

Preferisco la Coppa

Copyright © RCS Libri S.p.A., Milan 2009–2013

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2015

Copyright © for the Polish translation Bartosz Sałbut 2015

Redakcja – Grzegorz Krzymianowski

Korekta – Kamil Misiek / Editor.net.pl

Opracowanie typograficzne i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografia na I stronie okładki – Stefania D'Alessandro / Getty Images

Fotografia na IV stronie okładki – Steven Governo/Corbis/Profimedia

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2015

ISBN EPUB: 978-83-7924-376-1

ISBN MOBI: 978-83-7924-375-4

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Przedmowa. Paolo Maldini

Rozdział 1. O steku, który nie umiał śpiewać

Rozdział 2. Liczydło i zwycięstwo

Rozdział 3. Abramowicz wzywa. początki

Rozdział 4. Tureckie rozkosze

Rozdział 5. Świnia jest święta świnia potrafi trenować

Rozdział 6. Pseudozwód

Rozdział 7. Kolano achillesa

Rozdział 8. Pies i mistrzostwo włoch

Rozdział 9. „Witam, Silvio z tej strony. chcę wygrać wszystko, co jest do wygrania”

Rozdział 10. Milan Sacchiego jak Bologna Maifrediego!

Rozdział 11. Oparty na mnie system gry

Rozdział 12. Dwie bramki w ostatnim meczu

Rozdział 13. Marzenia o mistrzostwie świata

Rozdział 14. Chwiejne ławki

Rozdział 15. Ancelotti, więcej wyobraźni!

Rozdział 16. Montero i Avvocato, obaj zwariowani na punkcie zizou

Rozdział 17. Szukasz uczuć? poszukaj ich gdzie indziej

Rozdział 18. Koniec historii, która nigdy się nie zaczęła

Rozdział 19. Jak straciłem głowę i zyskałem AC Milan

Rozdział 20. Król przybywa do Anglii dzięki „choince”

Rozdział 21. Kaká, najlepszy nieznany piłkarz na świecie

Rozdział 22. Wnioski ze Stambułu – trzeba upaść, by znów móc się podnieść

Rozdział 23. niecierpliwy pinokio

Rozdział 24. Pakt maltański nie istnieje

Rozdział 25. Doskonały mecz rozegrany dzień wcześniej

Rozdział 26. Jak podpisałem kontrakt z Realem Madryt

Rozdział 27. Pokonamy drania

Rozdział 28. wezwany przez abramowicza. koniec

Statystyki

Zdjęcia

Strona redakcyjna

Dodatek

„Carlo, pewnego dnia będziesz moim trenerem”

Wspaniały trener i człowiek

Uniesiona brew Ancelottiego

Upadki i wzloty

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Carlo Ancelotti. Nienasycony zwycięzca 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia