W Dolinie Królów. Howard Carter i odkrycie grobowca Tutanchamona

W Dolinie Królów. Howard Carter i odkrycie grobowca Tutanchamona

Autorzy: Daniel Meyerson

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 416

Cena książki papierowej: 35.00 zł

cena od: 27.99 zł

Wciągająca opowieść o obsesji, zachłanności, sławie i utraconej fortunie, a przede wszystkim o okrywaniu tajemnic starożytnego Egiptu.

W 1922 roku brytyjski archeolog Howard Carter dokonał jednego z największych odkryć w historii. Nienaruszony grobowiec króla Tutanchamona, skrywał w środku nieprzebrane skarby starożytnej cywilizacji. Nadzwyczajne odkrycie przyniosło Carterowi międzynarodową sławę i miejsce na kartach historii, jednak wywarło destrukcyjny wpływ na jego dalsze życie. 

Carter rozpoczynał pracę w Egipcie jako siedemnastolatek. Był niedoświadczony, niewykształcony i nieznany. Stopniowo pogłębiał wiedzę, doskonalił umiejętności i zdobywał uznanie przedstawicieli świata archeologii, jednak dopiero nawiązanie znajomości z lordem Carnarvonem przyniosło zwrot w jego karierze i poszukiwaniach. Chociaż poszukiwacze bardzo się od siebie różnili, razem potrafili stawić czoło wszelkim przeciwnościom. 

„W Dolinie Królów” to fascynująca opowieść o niezwykłych czasach w dziejach archeologii starożytnego Egiptu – czasach takich postaci, jak opromieniony sławą po odkryciu Troi Heinrich Schliemann i Howard Carter. Snując fascynującą relację, Daniel Meyerson odkrywa przed nami niesamowite życie nadzwyczajnych ludzi i pozwala nam poznać ducha archeologii tamtych czasów. 

Z początku nic nie widziałem, a płomień świecy przygasał w gorącym powietrzu wydobywającym się z komory, po chwili jednak oczy przyzwyczaiły się do światła i szczegóły wnętrza zaczęły się powoli wyłaniać z mgły: dziwne zwierzęta, posągi i złoto – wszędzie blask złota. Przez chwilę, która pozostałym pewnie musiała się wydawać wiecznością, stałem oszołomiony, a kiedy lord Carnarvon, nie mogąc już znieść dłużej tej niepewności, zapytał z obawą w głosie: „Widzi pan coś?”, z moich ust wydobyło się tylko: „Tak, wspaniałe rzeczy”.

Howard Carter, fragment książki

Daniel Meyerson – absolwent Columbia University, gdzie obecnie pracuje. Jest autorem kilku książek historycznych, m.in. „Tajemnica hieroglifów. Champollion, Napoleon i odczytanie Kamienia z Rosetty”.

Tytuł oryginału

IN THE VALLEY OF THE KINGS: Howard Carter

and the Discovery of Tutankhamen’s Tomb

Copyright © 2009 by Daniel Meyerson

All rights reserved

Projekt okładki: Zbigniew Larwa

Zdjęcia na okładce i wkładce:

JoseIgnacioSoto/Thinkstockphotos.com;

Fedor Selivanov/Shutterstock.com;

Kristina0702/Dreamstime.com;

Petkowicz/Shutterstock.com; Biblioteka Kongresu

Redaktor prowadzący: Adrian Markowski

Redakcja: Andrzej Massé

Korekta: Sylwia Kozak-Śmiech

ISBN 978-83-8069-610-5

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

fsdhfjskdfhsd

Spis treści

Część pierwsza. Na pokrycie wydatków i nic więcej (reszta w rękach losu) Rozdział 1.

Książkę dedykuję Phillipe’owi,

nadzwyczajnemu (al)chemikowi

oraz

Mustafie Kamilowi

Widziałem dzień wczorajszy. Wiem, co będzie jutro

– napis w grobowcu faraona Tutanchamona

Część pierwsza

Na pokrycie wydatków i nic więcej (reszta w rękach losu)

Niech się strzeże ten, kto tu wkracza.

Jego serce nie zazna już w życiu spokoju

– egipska klątwa grobowa (Średnie Państwo)

Rozdział 1.

Nowy Rok, 1901. Deir el-Bahari, południowy Egipt

Tamtego dnia na pustynię przybył każdy, kto się choćby odrobinę liczył. Podekscytowany tłum zgromadził się u podnóża nagich ścian skalnych wznoszących się malowniczo ponad dwoma starożytnymi świątyniami. Jedna z budowli powstała na cześć duszy królowej Hatszepsut w 1550 roku przed Chrystusem, a starsza świątynia obok upamiętniała Mentuhotepa II. Obie stały tu już od czterech tysięcy lat, nic sobie nie robiąc z palącego słońca.

Świątynie stały zrujnowane w ciszy, na tle beznamiętnych skał i pośród oślepiająco białych piasków, których bezmiar roztaczał się aż po sam horyzont i dopiero tam stykał z pustym niebem. Starożytni nazywali to miejsce djeser djeseru, najświętszym ze świętych. Zamieszkiwała tu Meretseger, bogini kobra – Rozmiłowana w Ciszy.

Tymczasem to właśnie w tym miejscu zebrał się tamtego dnia hałaśliwy tłum, szeptano i snuto domysły, był to nerwowy gwar tak charakterystyczny dla współczesności. Bogini spoglądająca na nich ze swoich wysokości musiała wzdragać się na myśl o tym poszukiwaniu sensacji, skarbów i piękna.

Miano najczcigodniejszego spośród przybyłych należało się z pewnością brytyjskiemu wicekrólowi, lordowi Cromerowi, którego słowo miało w Egipcie moc prawa. Porzucił on wszystkie swoje sprawy, pozostawiając Kair pogrążony w jednym z wiecznie dręczących kraj kryzysów. Wicekról pokonał osiemset kilometrów drogi na południe na pokładzie prywatnego pociągu, przepłynął łodzią na drugą stronę Nilu, po czym zasiadł w konnym powozie, który miał go zawieźć do pustynnej doliny. Ceny egipskiej bawełny na światowym rynku gwałtownie ostatnio spadły, a plony niszczyła zaraza. Ludności wsi głód zaglądał w oczy. Jakież to jednak miało znaczenie w obliczu odkrycia królewskiego grobowca? Po wielu miesiącach wytężonych prac wykopaliskowych poszukiwacze natrafili w końcu na drzwi do komory grobowej z nienaruszoną pieczęcią. Jego lordowska mość pragnął zostać świadkiem jej zerwania.

Podobne życzenie wyraziła cała rzesza przeróżnych książąt i paszów oraz cała hałastra zaliczana dumnie do międzynarodowej śmietanki towarzyskiej. Wraz z nimi na miejsce przybyli ci, którzy zawsze podążają w ślad za bogaczami, a mianowicie przedstawiciele najstarszego zawodu świata. W Egipcie wszakże to określenie ma nieco inne znaczenie niż gdzie indziej i odnosi się do okradających groby (uprzejmie nazywanych archeologami).

Aby bowiem kopać (elegancko rzecz ujmując: „prowadzić wykopaliska”) i faktycznie się do czegoś dokopać, potrzeba było wiedzy, ale także pieniędzy – i to niemałych.

W związku z powyższym archeolodzy i ich zamożni alfonsi często blisko ze sobą współpracowali. Do historii przeszło kilka takich słynnych „par” – nierozerwalnie ze sobą związanych pomimo znacznych różnic charakteru i odmienności życiowych doświadczeń. Na kartach egiptologii przełomu XIX i XX wieku zapisali się między innymi amerykański milioner Theodore Davis i nieodłącznie mu towarzyszący młody badacz z Cambridge Edward Ayrton.

Temu duetowi zawdzięczamy odkrycie licznych grobowców, między innymi miejsca pochówku faraonów Horemheba czy Siptaha, a także Złotego Grobu (KV56)1. To oni odnaleźli w Dolinie Królów tajemniczy grobowiec oznaczony numerem 55 oraz grobowce zwierząt (nr 50, nr 51 oraz nr 52), a w nich zmumifikowanych i strojnych w klejnoty pupili Amenhotepa II. Ukochani towarzysze władcy zostali pozbawieni swoich ozdób już za sprawą starożytnych rabusiów, którzy pozwolili sobie nawet na swego rodzaju żart – bodaj najstarszy żart znany historykom – a mianowicie ułożyli królewską małpę i psa twarzami do siebie. W pozach, jakby toczyli pojedynek, przyłapali je trzy tysiące lat później Davis i Ayrton.

Milioner i badacz tworzyli dość niecodzienną parę. Davis, uparty i zdeterminowany przedsiębiorca, nawykły zawsze dostawać to, czego tylko zapragnie, stał przed obiektywem aparatu wyprostowany w swoich bufiastych bryczesach i wypolerowanych do połysku butach, dumnie prezentując siwe baki. Miejsce obok zajmował Ayrton – wysportowany i nieśmiały człowiek, w przekrzywionym słomkowym kapeluszu, ma w sobie coś z chłopca, uśmiecha się trzpiotowato i patrzy w dal na pustynię. Trudno w tym przypadku mówić o mariażu doskonałym, współpraca raz bowiem układała im się lepiej, raz gorzej – mimo to duet zapisywał na swoim koncie wspaniałe rezultaty.

Inną taką parę tworzyli Howard Carter i lord Carnarvon. Carter, człowiek wybuchowy, nie wahał się dać upust swojej złości, jeśli miało go to przybliżyć do osiągnięcia celu. W jego oczach dało się dostrzec intensywny i złowrogi błysk świadczący o trawiącej go obsesji. Brak formalnego wykształcenia i zdecydowanie mało imponujący bagaż doświadczeń czyniły go bez wątpienia outsiderem w tym towarzystwie. Ratował go talent artystyczny. Nic by jednak nie osiągnął, gdyby nie earl Carnarvon, pieszczotliwie zwany „Porchym”, znany z dobrego smaku dziedzic majątku o powierzchni trzydziestu sześciu tysięcy akrów, który na wykopaliska przywoził ze sobą najlepszą porcelanę, obrusy i wyborne wino.

Grube ryby życzyłyby sobie co prawda uchodzić za mecenasów sztuki i archeologii, w rzeczywistości jednak kierowały nimi daleko niealtruistyczne pobudki. Płacili za wykopaliska z nadzieją, że przyniosą im one korzyści znacznie większe niż te, które dałoby się uzyskać na torze wyścigowym albo przy stole do ruletki, czyli tam, gdzie tacy ludzie zwykle raczyli się drinkami.

Zgodnie z prawem obowiązującym w Egipcie – które zapewne zasługiwałoby raczej na miano „zasad gry” – wszelkie znaleziska, a więc zarówno posągi, jak i klejnoty czy papirusy, dzielono po połowie: część przekazywano do powstającego dopiero Muzeum Egipskiego w Kairze, reszta zaś trafiała w ręce zamożnych badaczy. To właśnie ta wizja ściągała brytyjskich earlów i amerykańskich milionerów do pustynnych dolin Egiptu kryjących niesamowite skarby, to ona sprowadzała ich do świata starożytnych bogów i klątw.

Od powyższej zasady obowiązywał wszakże jeden wyjątek, taki swego rodzaju karciany dżoker. Rzecz dotyczyła nienaruszonego miejsca królewskiego pochówku, grobowca faraona bądź grobu królowej, którego nikt nigdy w żaden sposób nie uszczuplił. W przypadku dokonania takiego odkrycia zasady gry się zmieniały, a uzgodnienia poczynione podczas licytacji przestawały obowiązywać. Teoretycznie wszystko miało wówczas trafić do Muzeum Egipskiego. Teoretycznie – faktycznego rozwoju wydarzeń nikt bowiem nie potrafił przewidzieć, jako że takiego odkrycia nigdy jeszcze nie udało się dokonać. Perspektywa odnalezienia nienaruszonego grobu wydawała się tak mało realistyczna, że nikt jakoś specjalnie się tym nie przejmował. Wszystkie grobowce odkryte do tej pory zostały przynajmniej częściowo splądrowane jeszcze w czasach starożytnych.

To oczywiście nikogo nie zniechęcało, ponieważ nawet taki splądrowany grób mógł kryć niesamowite znaleziska. Rzeczy zupełnie bezwartościowe dla starożytnych złodziei bywały niekiedy warte fortunę dla ich nowożytnych kolegów po fachu. Dawni rabusie wynosili z grobów przede wszystkim złoto i srebro, ewentualnie słoje z kosztownymi perfumami i mazidłami. Zwierzęce skóry nacierali olejami, aby łatwiej je było wynieść, zupełnie się natomiast nie interesowali wybitnymi dziełami sztuki. Nie znaleźliby nabywców na pięknie rzeźbione posągi. Nie mieliby co zrobić z sarkofagami z wapienia i alabastru, z malowanymi trumnami i bogato ilustrowanymi papirusami. Współczesnych poszukiwaczy kusiły więc przede wszystkim te właśnie cenne artefakty (wyceniane teraz na setki tysięcy brytyjskich funtów, amerykańskich dolarów czy francuskich franków).

Oprócz tego nawet w tych, zdałoby się, splądrowanych grobach udawało się niekiedy dokonać przypadkowych odkryć. Gdzieś pośród bandaży mumii zachował się amulet, starożytnym złodziejom zdarzało się też czasem zgubić w pośpiechu jakieś kosztowności. Teoretycznie bezwartościowa krucha mumia krokodyla kryła w środku setki zwojów papirusu stanowiących arcydzieło sztuki kaligraficznej. Udało się również odkryć zmumifikowane ramię – należące do królowej Meritneit – oderwane od ciała i pozostawione w jakiejś wnęce. Ramię obwieszone subtelnie zdobionymi złotymi bransoletami zostało – wszystko to działo się w czasach rządów pierwszej dynastii (trzy tysiące lat przed Chrystusem) – zabezpieczone gipsem przez nieszczęsnego złodzieja, który najwyraźniej nigdy nie zdołał wrócić po swoją zdobycz. Jego strata stała się zyskiem dla przyszłego kolegi po fachu (a konkretnie poważnego miłośnika spartańskiej dyscypliny W. Flindersa Petriego, który, by tak rzec, drobnym grzebykiem przeczesywał – na dobrą sprawę przeszukane już – stanowisko w Abydos).

Przy grze toczącej się o tak wysoką stawkę liczne plotki i spekulacje dotyczące Egiptu nikogo nie powinny dziwić. Ostro konkurowali tam ze sobą nie tylko prywatni kolekcjonerzy i handlarze antyków (oryginalnych i podrabianych), w rywalizacji uczestniczyły również największe muzea świata. Przedstawiciele Luwru, Muzeum Brytyjskiego oraz nowojorskiego Metropolitan Museum of Art też nie przebierali w środkach. Wszyscy zachowywali się jak łapczywe i kłótliwe dzieci, każdy chciał pozyskać dla siebie jak najwięcej jak najlepszych starożytnych artefaktów. Nikt się przy tym specjalnie nie interesował, skąd one konkretnie pochodzą.

Oczywiście wszyscy uczestnicy tej gry zebrali się na pustyni w tamten ciepły i jasny dzień. Otwarcie nienaruszonego królewskiego grobowca to wydarzenie, którego nie można było przegapić. Uczestniczył w nim również „ojciec” całej tej niegrzecznej gromadki, a mianowicie Gaston Maspero, mudir, czyli dyrektor Najwyższej Rady Starożytności, zaangażowany badacz odpowiedzialny za nadzór nad zachłannymi dziećmi.

Maspero, korpulentny francuski naukowiec w średnim wieku, odrobinę oderwany od rzeczywistości, przybył do Egiptu w 1881 roku i został drugim dyrektorem nowo powołanej Najwyższej Rady Starożytności. Z racji zajmowanego stanowiska musiał szybko zgłębić mroczną rzeczywistość rynku handlu starożytnymi znaleziskami.

Jego pierwsze zadanie miało wybitnie nieakademicki charakter, przyszło mu bowiem tropić źródło skarbów pochodzących z królewskich grobowców, które bez przerwy zalewały rynek. Z pomocą zamożnego amerykańskiego kolekcjonera Charlesa Wilboura oraz agenta pracującego jednocześnie dla Rosji i Belgii, Mustafy Agi Ayata, Maspero po wielu trudach w końcu osiągnął swój cel. Poszukiwania rozpoczęły się od dwóch skórzanych pasów, którymi niegdyś owijano mumię od zewnątrz. To dzięki nim Maspero natrafił na ślad znanej rodziny rabusiów grobów, noszącej nazwisko Abd el-Rasul.

Maspero nakazał bezwzględnie „przesłuchać” jej członków, choć bowiem zwykle przedstawiał się światu jako człowiek łagodny o bardzo ludzkim obliczu, w kwestii ochrony starożytnych zabytków wykazywał się absolutną bezwzględnością. Polecił więc poddać winowajców bastinado, czyli chłoście stóp. Paradoksalnie posługiwał się wobec nich karą surowszą niż ta, którą ponosili rabusie starożytnych grobów, od nich bowiem wydobywano zeznania metodą tradycyjnej chłosty (razy odmierzano w setkach, a powstałe zranienia liczono jako pięć uderzeń). Bastinado nie tylko wywołuje opuchlinę całego ciała, ale wzbudza u ofiary silny niepokój psychiczny. Ahmed el-Rasul, ten z braci, który w końcu się przyznał, został trwale okaleczony (Maspero wykazał się potem wielką zapobiegliwością, zatrudniając go jako inspektora w Radzie).

Na podstawie tych informacji udało się dotrzeć do grobowca położonego na terenie Deir el-Bahari, który pełnił funkcję skrytki. Złożonych zostało tam trzydzieści królewskich mumii, w tym między innymi ciała Amenhotepa I, Totmesów I, II oraz III, Ramzesów II i III oraz członków rodziny królewskiej kapłana i faraona Pinodżema. W okresie zawirowań politycznych w Egipcie (za czasów panowania XX i XXI dynastii) kapłani ukrywali królewskie mumie, aby w ten sposób chronić swoich świętych władców-bogów. Przenosili je z miejsca na miejsce, aż ostatecznie pochowali właśnie tu, w grobie DB320.

Spoczęły w nim na trzy tysiące lat. Być może pozostałyby tam na zawsze, gdyby nie wędrowni Arabowie. Podróżował z nimi jeden z braci el-Rasul. Zwrócił uwagę na głuchy odgłos, który rozległ się pośród ścian, gdy ktoś przypadkiem wrzucił kamyczek w skalną szczelinę. Nie zdradzając nikomu swoich podejrzeń, el-Rasul wystraszył towarzyszy, opowiadając im o duchach i demonach. Potem wrócił w to samo miejsce z braćmi, aby je dokładniej zbadać. W ten oto sposób rodzina weszła w posiadanie skarbów grobowych, które przez dziesięć lat stopniowo wyprzedawała.

Maspero kazał zawieźć królewskie mumie do Kairu. Przez całą podróż towarzyszyło im żałobne zawodzenie „wrzeszczących kobiet, które rwały sobie włosy z głów” – jak napisał asystent Maspero, Emile Brugsch. Wzdłuż brzegów rzeki gromadzili się chłopi, którzy wznosili w niebo rytualne okrzyki. Stylizowane zawodzenie wywodziło się jeszcze z najdawniejszych czasów, kiedy to śmierci faraona przypisywano niemal kosmiczną doniosłość. Symbolizowała ona śmierć boga, zaćmienie słońca i nastanie czasów rozchwiania i grozy. Wiedzeni jakąś nie do końca zrozumiałą potrzebą żałobnicy z egipskich wiosek odtwarzali teraz rytuał sprzed tysiącleci.

Po dotarciu na miejsce mumie zostały poddane drobiazgowym badaniom z wykorzystaniem najbardziej nowoczesnych metod dostępnych w owym czasie naukowcom2.

Zapiski poczynione na trumnach przetłumaczono, odnotowano również historię ich wędrówki. W końcu trafiły na wystawę, gdzie ekspresyjne rysy na twarzach z innego świata oglądać mogli z zachwytem liczni odwiedzający. Tym samym Maspero rozpoczął pracę na stanowisku dyrektora Najwyższej Rady Starożytności od spektakularnego sukcesu.

Z racji pełnionej funkcji Maspero szybko został wciągnięty w wir egipskiej polityki. Do jego licznych obowiązków należało przydzielanie koncesji na prowadzenie prac wykopaliskowych. To on decydował, które stanowiska komu przypadną w udziale. Przed wybuchem I wojny światowej narodowościowe ansy mocno dawały o sobie znać, więc oczekiwania brytyjskich badaczy należało wyważyć z pretensjami Francuzów – a na to wszystko nakładała się rywalizacja ze strony Amerykanów, Włochów i Niemców. Sprawę dodatkowo komplikował fakt, że polityczną kontrolę nad Egiptem sprawowali w tamtym okresie Brytyjczycy, kraj nadal jednak pozostawał pod silnym kulturowym wpływem Francuzów, którzy przybyli tu wraz z Napoleonem sto lat wcześniej.

Maspero miał paszport francuski, wywodził się z Włoch, ale szczególną sympatią darzył Brytyjczyków. Najbliższa jego sercu pozostawała wszakże wiedza. Dążył zatem do wzmocnienia swojej instytucji, licząc, że uda mu się ochronić starożytne stanowiska i powstrzymać niekontrolowaną grabież egipskich skarbów.

Za piękne dzieła sztuki można było uzyskać na rynku antyków niezłe pieniądze. Wartość naukowa konkretnych eksponatów rosła jednak dziesięciokrotnie z chwilą pozyskania szczegółowych informacji na temat ich pochodzenia – umożliwiało to bowiem osadzenie ich w historycznym kontekście.

Maspero, będąc jednocześnie idealistą i realistą, doskonale rozumiał kluczową rolę pieniądza w tym świecie. Pieniądze były potrzebne nie tylko na prowadzenie wykopalisk, ale również na zachowanie w dobrym stanie wszystkiego tego, co już udało się znaleźć: na zapewnienie ochrony świątyniom i grobom, na ich renowację oraz na odczytywanie inskrypcji pokrywających ich ściany. Z uwagi na bardzo ograniczone zasoby publiczne pozyskiwanie dotacji prywatnych miało zasadnicze znaczenie. Tymczasem gotowość do udzielania tego typu wsparcia wyrażali często ludzie, których należało się wystrzegać.

Z myślą o realizacji swoich celów nowy dyrektor nawiązywał więc przeróżnego rodzaju przyjaźnie. Zabiegał o względy każdego, kto mógł się przyczynić do realizacji jego przedsięwzięcia. Utrzymywał kontakty z biednymi wędrownymi badaczami – z kobietami i mężczyznami szwendającymi się pośród ruin z notatnikiem w dłoni, którzy żyli wraz z rodzinami od pensji do pensji. (Do tego grona zaliczał się choćby James Breasted, autor licznych tomów tłumaczeń starożytnych napisów egipskich i nubijskich, które ciągle jeszcze stanowią podstawę kanonu. Jego syn Charles wspominał, jak rodzice skrupulatnie dzielili na trzy skromne posiłki serwowane w poślednich egipskich restauracjach).

Śledził też uważnie poczynania zamożnych arystokratów z różnych krajów, którzy niczym ptaki wędrowne zimowali, i to licznie, w Egipcie. Pływali po Nilu luksusowymi dahabiehami albo korzystali z gościny niebywale eleganckich hoteli, takich jak choćby kairski Shepheard’s czy luksorski Winter Palace. Maspero, człowiek szczery, ale taktowny, a przy tym dowcipny i obyty towarzysko, był tam zawsze mile widziany.

Z powodzeniem pozyskiwał też wsparcie nabożnych przedstawicieli Kościołów, kapłanów zainteresowanych gromadzeniem historycznych dowodów prawdziwości Biblii. Bez wahania zatrudniał jednak również bezbożnych złodziei wszelkiego sortu, zarówno mistrzów w swoim fachu, jak i zupełnie podrzędnych opryszków. Od urzędnika ambasady mógł się dowiedzieć, co się przewozi w bagażu dyplomatycznym – że ktoś ukrył tam rzadkiego skarabeusza, diadem faraona czy rzeźbę (taką jak choćby popiersie Nefretete, które właśnie tą drogą trafiło do Berlina).

Aż dziw, że wiecznie cierpiący na nadmiar pracy i niedobór środków Maspero potrafił znaleźć w sobie dość energii nie tylko na sprawne wykonywanie obowiązków mudira, ale również na własną pracę naukową. Jakimś cudem mu się to jednak udawało. Przyglądał się modnym gościom Shepheard’s Hotel, ale także wpatrywał się w zwoje papirusów. Dużo publikował, a jego wiedza o zabytkach była niesamowita. Spod jego pióra wyszło między innymi wiele przełomowych tekstów poświęconych piramidom. Zaliczał się do czołówki egiptologów swojego pokolenia, a jednocześnie potrafił znaleźć czas na kształcenie swoich następców.

Ze wsparcia Maspero korzystał między innymi Howard Carter, który wszakże nie zaliczał się do żadnej z powyższych typowych kategorii. Nie miał ani formalnego wykształcenia, ani pieniędzy, ani rodzinnych koneksji, ani nawet doświadczenia w dziedzinie egiptologii. Nie mówił ani po arabsku, ani po francusku, zdecydowanie brakowało mu dobrych manier i obycia. Był ponurym i porywczym mrukiem. Brakowało mu również postury typowej dla archeologów przełomu poprzednich dwóch stuleci. Wtedy bowiem poszukiwacze miesiącami odżywiali się konserwami, a noce spędzali w namiotach lub w starożytnych grobowcach wykutych w skalnych ścianach. Jedyny jego atut stanowił upór i żelazna konsekwencja w dążeniu do wyznaczonego sobie celu.

Pochodził z klasy niższej, ze wsi. Jego dziadek pracował jako leśniczy na terenie jednego z majątków w Norfolk, gdzie rodzina mieszkała od pokoleń. Na przeprowadzkę zdecydował się dopiero jego ojciec Samuel, który postanowił wykorzystać swój talent do malowania portretów zwierząt.

Carter tak o nim pisał w późniejszym okresie (w swoim dzienniku czy też autobiograficznym rysie, którego nigdy nie opublikował): „Był jednym z najwybitniejszych rysowników, jakich kiedykolwiek poznałem. Posiadał niezrównaną wiedzę w zakresie anatomii porównawczej i nadzwyczajną pamięć do kształtów [sic!]. Potrafił z łatwością precyzyjnie narysować z pamięci dowolne zwierzę w ruchu, tak w perspektywie, jak i w innym rzucie”.

Powyższą uwagę jednak uzupełnił: „Jeśli wszakże syn ma prawo krytykować ojca, to powiedziałbym, że ten jego talent pod wieloma względami mu zaszkodził. Za jego bowiem sprawą ojciec nie musiał przyglądać się naturze tak bacznie, jak to czynić winien artysta, a w związku z tym jego prace nabrały pewnego swoistego stylu i brakuje im ponadczasowości”.

Jakkolwiek by oceniać twórczość malarską starszego pana Cartera, zyskał on sobie dostateczne uznanie, aby na swoim talencie zarabiać. Pracował w dużych posiadłościach wiejskich, malując na zlecenie arystokratów ich ulubione konie. Zatrudniał go również „The Illustrated Times”, Carter wykonywał więc szkice i rysunki do londyńskiej gazety. W związku z tym musiał się w końcu przeprowadzić do stolicy wraz z liczną rodziną i ze swoimi modelami, zwierzętami, które trzymał za domem.

Howarda Cartera wychowywała jednak niezamężna ciotka w Norfolk. Howard dużo chorował jako dziecko, uznano więc, że wiejskie powietrze dobrze mu zrobi. Takie rozwiązanie odciążało też nieco rodzinę pod względem finansowym – Howard miał bowiem dziesięcioro starszych braci i sióstr.

Formalną edukację zakończył po kilku latach nauki w szkole wiejskiej w Norfolk. Zdobył tam tylko podstawowe umiejętności. Później pisał, że teoretycznie miało to związek z jego słabym zdrowiem, w rzeczywistości jednak stały za tym zapewne względy finansowe. Młody Carter musiał możliwie szybko zacząć zarabiać na swoje utrzymanie. „O moim wykształceniu właściwie nic nie mogę powiedzieć (...). Matka Natura niektórych nas wysyła w świat w stanie nędznej niedoskonałości”, stwierdza gorzko w swoim dzienniku. Braki w edukacji będą mu przeszkadzać przez całe życie, były źródłem rozgoryczenia, a jednocześnie pragnienia sukcesu.

Na szczęście bardzo szybko dało się zauważyć, że Carter odziedziczył talent do kreślarstwa i rysunku. Towarzyszył ojcu, gdy ten realizował zlecenia w wiejskich posiadłościach, odbywając przy okazji swego rodzaju nieformalną praktykę. Wkrótce sam zaczął otrzymywać pomniejsze zlecenia: „Na początku zarabiałem na życie, malując akwarelami bądź kolorową kredą portrety papug, kotów oraz złośliwych i śmierdzących piesków kanapowych”.

Los miał jednak inne plany dla tego malarza piesków kanapowych i papug. Jego ojciec malował między innymi na zlecenie Williama Tyssena-Amhersta, który był – różnie o nim mówiono – wielkim miłośnikiem Egiptu, nałogowym egiptomaniakiem i zapalonym kolekcjonerem. Jego zamiłowanie do kraju faraonów podzielała cała rodzina, a więc żona i pięć córek (Mary Amherst, późniejsza lady Cecil, prowadziła wykopaliska w Asuanie i odkryła między innymi duży zbiór papirusów z okresu późnoptolemejskiego).

Didlington Hall, posiadłość rodziny Amherstów, mieściła pod swoim dachem najważniejszą kolekcję egipskich znalezisk znajdującą się w rękach prywatnych. Gdy zbliżało się do domu od strony południowej, przechodziło się przez ogród w stylu francuskim, w którym pośród kwiatowych rabat i żwirowych ścieżek stało siedem potężnych czarnych posągów. Powstały w XIV wieku przed Chrystusem na zlecenie Amenhotepa III, dziadka Tutanchamona, i pochodziły z zupełnie innej rzeczywistości. Przedstawiały Sechmet, gibką boginię o nagiej piersi i głowie lwa, która z rozkazu Słońca rozszarpywała ludzi na strzępy.

Te posągi stanowiły swego rodzaju wprowadzenie do kolekcji zgromadzonej w głównym holu. Tam bowiem mieściły się trumny malowane jaskrawymi barwami oraz uszebti, czyli magiczne figurki, które miały ożywać po wypowiedzeniu zaklęcia. W domu zgromadzono najwspanialsze rzeźby z niemal każdego okresu historii Egiptu. Niektóre z nich, jak choćby posąg znany jako Senwosret-Senebefny, nadzorca liczenia bydła, pokrywały biograficzne inskrypcje. Dzieło z okresu XII dynastii, czyli mniej więcej z 1800 roku przed Chrystusem, zadziwia kunsztem rzeźbiarskim.

Carter przez dwa lata często tę posiadłość odwiedzał, po raz pierwszy trafił tam jako piętnastolatek. Szybko zyskał sobie sympatię rodziny. Na szkicowanym portrecie z tamtego okresu ojciec przedstawił go jako chłopca: zapinaną wełnianą marynarkę zdobi ogromny i rozłożysty biały kołnierz, raczej długie faliste włosy spoczywają po jednej stronie głowy, a duże oczy spoglądają tęsknie. W chwilach wolnych od standardowej pracy Carter zajmował się rysowaniem bogów i bogiń, mumii i trumien. W jego szkicownikach z tamtego okresu znaleźć można mnóstwo takich rysunków. Wyrabiał sobie wówczas wyczucie dla sztuki egipskiej, a jednocześnie łapał bakcyla: „To właśnie egipska kolekcja Amherstów zgromadzona w Didlington Hall – pisał później – rozbudziła we mnie umiłowanie do tego kraju. To za jej sprawą zapragnąłem zobaczyć Egipt”.

Równie duże znaczenie jak dzieła sztuki miały papirusy zebrane przez Amherstów. Jakżeby mogły nie rozbudzić ciekawości młodego chłopca? Materiały tłumaczone przez najwybitniejszych ówczesnych naukowców zawierały liczne wiersze i pieśni, a także pięknie ilustrowane święte teksty. Znajdowały się wśród nich Księga Umarłych, Księga Bram oraz Amduat, czyli księga o zaświatach. Kolekcja obejmowała również dramatyczny opis sądu nad starożytnymi rabusiami grobów, znany jako papirus Amhersta. Tekst zapisany pismem hieratycznym, stanowiącym uproszczoną wersję hieroglifów, opisuje przebieg rozprawy, która odbyła się za rządów Ramzesa IX (w okresie panowania XX dynastii, w latach 1120–1108 przed Chrystusem).

Kamieniarz Amunpanefer został oskarżony o splądrowanie wiekowego nawet jak na tamte czasy, bo pochodzącego z okresu XIII dynastii, grobowca faraona Sobekemsafa. Najpierw wszystkiemu zaprzeczał. Wielokrotnie zebrał cięgi podwójnym kijem („Kijem go! Kijem!”) i w końcu przyznał się do winy. Czytelnik niemal słyszy jego wykrzyczane wyznanie: „Znaleźliśmy szlachetną mumię króla z mieczem. Jego szyję zdobiły liczne amulety i złote klejnoty (...) leżała na nim złota maska. Szlachetna mumia boga cała była pokryta złotem, trumny również zdobiono złotem i srebrem, tak od wewnątrz, jak i od zewnątrz, a także bardzo kosztownymi kamieniami. Zebraliśmy całe złoto, które udało nam się znaleźć na tej dostojnej boskiej mumii, zdjęliśmy amulety i ozdoby z jego szyi, a przykrycie podpaliliśmy”.

Te dokumenty odegrają później ważną rolę, dostarczając Carterowi cennych wskazówek podczas poszukiwań królewskiej nekropolii (zwanej też miastem umarłych). Na razie jednak służyły mu głównie jako źródło wiedzy o postaciach z dawnych czasów. To z nich dowiedział się o Ramzesach i Setich, a także o Amenhotepach – których losy będzie gorliwie zgłębiać przez kolejnych czterdzieści pięć lat. Carter nie zazna nigdy wielkiej miłości, nie przydarzy mu się nawet przelotny romans. Nie będzie miał żony, kochanki ani dzieci. Główne akcenty jego życia stanowić będą kolejne odkrywane grobowce. Zapisze na swoim koncie liczne sukcesy w tej dziedzinie, a ukoronowaniem jego wysiłków stanie się odnalezienie niemal nienaruszonego – jak słusznie podpowiadał mu głos intuicji – królewskiego grobu wraz z licznymi zapierającymi dech w piersi skarbami.

Dla młodego Cartera Egipt to jednak kraina niemal równie odległa jak Księżyc. Kolekcja Amhersta rozpalała jego wyobraźnię, ale na tym sprawa się kończyła. Inaczej rzecz się miała w przypadku badaczy i profesorów odwiedzających Didlington Hall. Tych traktowano jak równych partnerów w intelektualnej dyskusji o starożytnych znaleziskach. W Anglii hołdującej podziałom klasowym Carter plasował się nieznacznie powyżej służby, a jego rola sprowadzała się do rysowania zwierząt, które członkowie rodziny Amherstów darzyli szczególnymi względami.

Jak na ironię, pierwszy przełom w jego życiu dokonał się jednak właśnie za sprawą braku formalnego wykształcenia – czyli tej „nędznej niedoskonałości”, o której sam wspominał – z tego bowiem powodu mógł pobierać za swoje usługi tylko bardzo niewygórowane stawki. To z kolei bardzo odpowiadało przedstawicielom założonego niedawno Funduszu Badań Egiptu, których nie było stać na zatrudnienie drogich badaczy z klasy wyższej.

Fundusz uczestniczył w bardzo ambitnym projekcie polegającym na odrysowywaniu niezliczonych starożytnych inskrypcji i fryzów, którym groziło zniszczenie przez wandali, powodzie oraz czas. Z uwagi na ograniczenia techniczne na ówczesnych zdjęciach udawało się utrwalić tylko część szczegółów. Do kopiowania malowideł umieszczonych na ścianach długich i krętych korytarzy mrocznych grobowców, do utrwalania na papierze rzędów hieroglifów pokrywających mury świątyń, do wiernego odtwarzania wszystkich kolorów i szczegółów trzeba więc było zatrudniać artystów. Fundusz wyekspediował zespół do skalnych grobowców w Bani Hassan w środkowym Egipcie. Prace postępowały jednak powoli, i zapadła decyzja o pozyskaniu kolejnych rąk do realizacji tego dzieła.

John Newberry, którego brat Percy, egiptolog wykształcony w Cambridge, pracował wtedy w Bani Hassan, otrzymał od jednego z dyrektorów funduszu list następującej treści: „Gdyby spotkał Pan kolorystę (zmysł koloru stanowi niezbędne uzupełnienie umiejętności rysunkowych) skłonnego udać się do Egiptu za wynagrodzeniem, które wystarczy zaledwie na pokrycie wydatków i nic więcej, będę wielce zobowiązany, jeśli zechce Pan poprosić o kontakt (...). Zważywszy na to, jak wielką rolę odgrywają tu koszty, nie będzie miało dla mnie znaczenia, czy rysownik ów szczycić się będzie szlachetnym urodzeniem, czy nie. Pański brat [Percy Newberry] może się zadawać z Fraserem [inny członek wyprawy do Bani Hassan, „szlachetnie urodzony”]. (...) Dżentelmen najprawdopodobniej potrzebowałby na swoje wydatki znacznie większych kwot, chyba że z natury byłby człowiekiem oszczędnym. Gdyby zaś na miejsce przysłany został człowiek mniej szlachetnie urodzony, Percy Newberry wziąłby go pod swoje skrzydła i zapewniłby mu wyżywienie i tym podobne, traktując go jako pracownika. W ten sposób można by oszczędzić od 2 do 3 szylingów dziennie”.

Tak się akurat złożyło, że Percy Newberry przebywał w owym czasie w Anglii i brat przesłał mu ten list. Newberry często odwiedzał Didlington Hall, więc od razu pomyślał o Carterze. Widział jego prace i uznał, iż chłopak się „nadaje” – tym bardziej że go lubił.

Amherst poparł ten pomysł, sprawa została więc postanowiona. Carter miał spędzić lato na szkoleniu w Muzeum Brytyjskim i tam wnikliwie studiować precyzyjne i piękne rysunki wykonane na początku XIX wieku przez Roberta Haya, jednego z pierwszych europejskich badaczy egipskich ruin.

W ciągu tych kilku letnich miesięcy Carter chłonął wiedzę jak gąbka. F.L. Griffith, kierownik sekcji archeologicznej, oraz C.H. Read dokładali wszelkich starań, aby go jak najlepiej przygotować. „Ci czcigodni ludzie – wspominał potem Carter – oraz ten dostojny budynek o wspaniałej akustyce wraz ze wszystkimi przyległościami zrobili na mnie niesamowite wrażenie, ale jednocześnie wzbudzali we mnie wielki respekt, blady strach zdejmował mnie bowiem za każdym razem, gdy buty zapiszczały na posadzce”. Jak można się więc domyślać, Carter nauczył się tu dobrze pastować buty, a przy tym zdobył rozległą wiedzę na temat egipskiej sztuki i hieroglifów, z którymi miał się wkrótce zetknąć.

Siedemnastoletni Carter zakończył w 1892 roku swoje trzymiesięczne przeszkolenie i rozpoczął zupełnie nowe życie.

1 Grobowce w Dolinie Królów zostały ponumerowane od 1 do 62. Ogólnie można przyjąć, że niższe numery przydzielone zostały miejscom pochówku, które bądź to pozostawały otwarte od czasów starożytnych, bądź zostały odkryte wcześniej. Grobowce na terenach przyległych (w Dolinie Królowych i Dolnie Zachodniej, na terenie cmentarzyska dostojników oraz Deir el-Bahari) mają własną numerację. Na przykład DB320 to oznaczenie grobowca numer 320 umiejscowionego na terenie Deir el-Bahari. Do dziś funkcjonujący system numeracji zawdzięczamy Johnowi Gardnerowi Wilkinsonowi, który w latach dwudziestych i trzydziestych XIX wieku mieszkał w Gurnie na skraju Doliny Królów. Badał dostępne wówczas grobowce i opracował numerację, którą ciągle się jeszcze posługujemy.

2 W ciągu kolejnych dziesięcioleci w dziedzinie badań nad mumiami dokona się istotny postęp. Pierwsze zdjęcia rentgenowskie wykonał w 1898 roku William Flinders Petrie. W 1911 roku sir Armand Ruffer, francuski baron i profesor medycyny z Kairu, opracował technikę umożliwiającą badanie mumii pod mikroskopem bez ryzyka, że ich kruche tkanki obrócą się w pył. W tym samym okresie doktor Elliot Smith z kairskiej akademii medycznej opublikował drobiazgowe raporty z sekcji królewskich mumii.

Ciąg dalszy dostępny w pełnej, płatnej wersji

PEŁNY SPIS TREŚCI

Część pierwsza. Na pokrycie wydatków i nic więcej (reszta w rękach losu)

Rozdział 1.

Rozdział 2.

Część druga. Nago pod parasolem

Rozdział 3.

Rozdział 4.

Rozdział 5.

Część trzecia. Świat Neb-cheperu-Re Heka Junu Semai Tutanchamona

Rozdział 6.

Rozdział 7.

Część czwarta. W Dolinie Królów

Rozdział 8.

Rozdział 9.

Część piąta. Pożyteczny człowiek

Rozdział 10.

Rozdział 11.

Część szósta. Ostatni rzut kośćmi

Rozdział 12.

Rozdział 13.

Rozdział 14.

Epilog

Wybrana bibliografia

Ilustracje

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

W Dolinie Królów. Howard Carter i odkrycie grobowca Tutanchamona Tajemnica hieroglifów. Champollion, Napoleon i odczytanie Kamienia z Rosetty 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Romanowowie Królowe przeklęte Turniej cieni Moja piątka z Cambridge Szampańskie dni