Dziekan

Dziekan

Autorzy: Dariusz Dziekanowski Arkadiusz Nakoniecznik

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Biografie Sport

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 282

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 20.74 zł

Jeden z najlepszych i zarazem najbardziej kontrowersyjnych piłkarzy w historii polskiego futbolu przerywa milczenie. Kochany i nienawidzony, uwielbiany i wyszydzany, u szczytu kariery z łatwością mógł rywalizować z czołowymi zawodnikami na świecie. Kiedyś najdroższy piłkarz polskiej ligi, do dziś wynoszony na piedestał przez kibiców w Warszawie, Glasgow i Bristolu, za to z niechęcią wspominany w Łodzi.

Szczera, przesycona autoironią, pełna fascynujących i bulwersujących szczegółów opowieść człowieka, który w ukochanej dyscyplinie sportu osiągnął wiele, ale mógł znacznie więcej. Barwnie przedstawione postaci z pierwszych stron nie tylko sportowych gazet, kopalnia wiedzy dla miłośników piłki nożnej, żywa i wciągająca historia dla każdego, kogo interesują losy ludzi nietuzinkowych, wymykających się jednoznacznym ocenom. Autor wiele miejsca poświęca także swojej pracy trenerskiej, m. in. u boku Leo Beenhakkera, oraz współczesnej polskiej piłce nożnej, ujawnia fakty i stawia tezy, które z pewnością nie wszystkim przypadną do gustu.

Napisana żywym, potoczystym językiem książka dostarcza mnóstwa informacji faktograficznych, bawi, irytuje, wzrusza i skłania do refleksji. Pokazuje Dziekanowskiego takim, jakim go znamy i pamiętamy, a równocześnie odsłania jego zupełnie inne, mało znane oblicze.

 

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Steglińska, Renata Kuk

© for the Polish text by Dariusz Dziekanowski,

Arkadiusz Nakoniecznik

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2015

Zdjęcie na okładce © Eugeniusz Warmiński/East News

Jeśli nie podano inaczej, zdjęcia pochodzą z archiwum autora.

ISBN 978-83-7758-952-6

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2015

Wydanie I

FRAGMENT

Wszystkim, którzy kochają piłkę

Spis treści

Początki

Fajny klub bez kibiców

Warszawiak w Łodzi

Nasza duma i sława

W szkocką kratę

Bristol i co by było, gdyby…

Meksykańska „klapa”

732×234

Idole

Złota księga

U boku lwa

Sport to zdrowie

Trenerzy

Życie po życiu (piłkarskim)

Na zakończenie

Podziękowania

Zdjęcia

Początki

Co prawda urodziłem się w Śródmieściu, ale najmłodsze lata spędziłem na Ochocie. Razem z rodzicami mieszkałem u dziadków przy ulicy Białobrzeskiej pod numerem 34, niemal naprzeciwko Szkoły Podstawowej nr 61. Mieszkanie było spore, bo czteropokojowe, ale oprócz naszej trójki, babki i dziadka musieli się w nim pomieścić jeszcze moi trzej samotni wujkowie oraz jeden z żoną i dzieckiem – moją kuzynką, młodszą ode mnie o trzy lata – a na dokładkę jeszcze prababcia. Mieliśmy dla siebie jeden mały pokoik. Było ciasno i gwarno, ale w sumie OK. Na wyasfaltowanym podwórku od rana do wieczora grało się w piłkę. Jeśli z jakiegoś powodu nie mogłem tam być, to lubiłem spędzać czas, siedząc na parapecie w kuchni, skąd miałem doskonały widok na boisko i sąsiadujący z nim parking. Tuż obok boiska znajdował się nieduży skwerek, przy samym wejściu do naszej klatki schodowej zaś był – i wciąż jest – sklep spożywczy, w którym ja i inne dzieciaki z sąsiedztwa od czasu do czasu mogliśmy dostać lizaka „na kreskę”. Co dziwne, przez okno gapiłem się często i chętnie, za to straszliwą traumą było dla mnie zawsze wyjście na balkon. Nie mam pojęcia, skąd się to wzięło, ale jeszcze przez wiele lat, kiedy odwiedzaliśmy dziadków, żadna siła nie mogła mnie zmusić, żebym postawił na nim stopę. To chyba jedyne złe wspomnienie, jakie zostało mi z tamtego miejsca; zaowocowało zresztą lekkim lękiem wysokości, który towarzyszy mi do dzisiaj.

Kiedy miałem sześć lat, rodzice dostali mieszkanie na Marysinie Wawerskim, przy ulicy Korkowej 135c, na trzecim piętrze, dwa pokoje ze ślepą kuchnią. Zabraliśmy tam także prababcię; miała amputowaną nogę, wymagała więc stałej opieki, a sama mogła z kolei opiekować się mną, bo jeszcze nie chodziłem do szkoły. W tamtych czasach chyba nie można było wyprowadzić się w bardziej odległe miejsce… Szkołę miałem blisko, ale kiedy jako dziesięciolatek zacząłem jeździć na treningi na Polonię, musiałem pokonać bardzo długą trasę: najpierw autobusem 137 do pętli na Gocławiu, potem tramwajem linii 6 do Konwiktorskiej. Im starszy byłem, tym więcej różnych wariantów dojazdu ćwiczyłem (pamiętam, że między innymi korzystałem również z autobusu pospiesznego linii J), co jednak nie zmieniało faktu, że było to cholernie daleko.

W chwili przeprowadzki z Ochoty miałem już kompletnego bzika na punkcie piłki nożnej. Grałem, kiedy tylko mogłem – także z moimi wujkami – a kiedy nie mogłem, godzinami tkwiłem przy oknie na kuchennym parapecie i pożerałem wzrokiem chłopaków goniących za piłką na asfaltowym boisku pod naszymi oknami. Na Marysinie do szkoły chodziłem po południu – lekcje zaczynaliśmy o 12.30 albo o 13.30 – w piłkę grałem więc rano. To „rano” oznaczało naprawdę dość wczesne godziny, zwykle bowiem zaczynaliśmy o wpół do ósmej, najpóźniej o ósmej. Rodzice wiedzieli, że zawsze mogą mnie znaleźć w jednym z dwóch miejsc. Zaraz za naszym osiedlem zaczynał się las i właśnie tam, na skraju lasu, w miejscu, w którym drzewa rosły rzadziej, urządziliśmy sobie boisko. To było pierwsze miejsce. Drugie znajdowało się trochę dalej, trzy bloki od nas, i było zwykłym piaszczystym placykiem, na którym uganialiśmy się za piłką. Kilka lat temu zbudowano w tym miejscu boisko piłkarskie z prawdziwego zdarzenia; uroczyście otworzyła je pani prezydent Warszawy, a ja miałem zaszczyt być wśród zaproszonych gości. Przyznam, że wzruszenie tak mocno ścisnęło mnie za gardło, że miałem poważne problemy z wykrztuszeniem choćby kilku słów…

Do dzisiaj uważam, że ta podwórkowa kopanina, najpierw na asfalcie na Ochocie, potem wśród drzew i w piasku na Marysinie, to była najlepsza szkoła futbolu, jaką mogłem sobie wymarzyć. Niejednolita – najdelikatniej rzecz ujmując – nawierzchnia, piłki rozmaitej (zazwyczaj gorszej niż lepszej) jakości, przeciwnicy nadrabiający braki w umiejętnościach brutalnością i agresją, a przede wszystkim niesłychane zaangażowanie graczy, o lata świetlne przerastające to, co pod tym względem są w stanie wykrzesać z siebie zawodowcy – wszystko to stanowiło doskonałe przygotowanie do późniejszej, już bardziej profesjonalnej piłkarskiej edukacji. Choć naturalnie nie mogło być mowy o niczym choćby przypominającym fachowo prowadzone treningi, to rywalizowaliśmy nie tylko podczas meczów, ale również w „konkurencjach technicznych”. Najbardziej popularna była naturalnie żonglerka piłką. Wyśrubowany przeze mnie rekord – podwórka na pewno, przypuszczalnie szkoły i osiedla, a kto wie, czy nie dzielnicy – wynosi sześćset kilkadziesiąt podbić. Do rekordu Guinnessa, czy choćby do osiągnięć Janusza Chomontka z pewnością daleko, ale i tak chyba nie ma się czego wstydzić.

Z nauką nie miałem problemów, lecz skłamałbym, mówiąc, że nadmiernie przykładałem się do szkolnych obowiązków. Nauczyciele mówili o mnie „zdolny, ale leń”, lecz lenistwo, o które mnie podejrzewano, wcale nie było lenistwem (a w każdym razie nie całkiem); ja najzwyczajniej w świecie nie miałem czasu na naukę. Szczerze powiem, że na palcach jednej ręki mógłbym policzyć książki, które przeczytałem przez osiem lat podstawówki. Nie pamiętam już, czy była wśród nich nagroda za wyniki w nauce, którą dostałem na zakończenie drugiej klasy: Jak Wojtek został strażakiem. Potem nagród za osiągnięcia w nauce już nie dostawałem, za to od samego początku, od pierwszej klasy, cieszyłem się statusem piłkarskiej gwiazdy. Nie chodziło tylko o umiejętności techniczne, którymi dość wyraźnie przewyższałem kolegów, lecz również o zaangażowanie w organizowanie klasowych i międzyklasowych meczów, wyznaczanie składów i ustalanie taktyki. To było dla mnie najważniejsze, tym żyłem, o tym bez przerwy myślałem i niczym innym nie chciałem się zajmować. Koledzy doceniali i szanowali zarówno moje umiejętności, jak i zaangażowanie; nauczyciele, mam wrażenie, trochę mniej. Mama zawsze wspominała, że nawet jeśli już siedziałem przy biurku i odrabiałem lekcje, to nogę trzymałem na piłce…

Piłka była dla mnie najważniejsza nie tylko w trakcie roku szkolnego, lecz także podczas wakacji. Często spędzałem je u ciotki w Gdańsku. Kiedy w drodze na Wybrzeże mijaliśmy jakieś wiejskie boisko, byłem gotów wysiąść i zostać tam do początku nowego roku szkolnego. Po co jechać gdzieś daleko, skoro to, co lubię i co mnie interesuje, jest już tutaj? Rodzice jednak nie przejawiali zrozumienia i dowozili mnie do celu, czyli do Brzeźna, gdzie mieszkała moja ciotka. Morze nie bardzo mnie fascynowało; potrafiłem całe wakacje spędzić na pobliskim szkolnym boisku, gdzie dzień w dzień od ósmej rano czekałem, aż ktoś przyjdzie pograć w piłkę.

Moje sportowe zainteresowania nie ograniczały się do piłki nożnej, choć oczywiście gdybym mógł, ganiałbym po boisku od rana do wieczora. Chodziłem na SKS, gdzie nauczyciele wf serwowali nam ogólnorozwojowe gry i zabawy, a zimą, kiedy nawet tacy narwańcy jak ja przegrywali z pogodą, z zapałem jeździłem na łyżwach. Nigdy nie pękałem. I na boisku, i poza nim, nie było dla mnie sytuacji przegranych albo bez wyjścia, nie wahałem się ani chwili, kiedy trzeba było się postawić albo upomnieć o swoje. W razie potrzeby nie stroniłem też od bójki, choć nie wydaje mi się, żebym je prowokował. Spędzając dużo czasu na podwórku nie tylko z rówieśnikami, ale często chłopcami o kilka lat starszymi ode mnie – chętnie pozwalali mi grać ze sobą, bo przekonali się, że choć mniejszy i fizycznie słabszy, to jestem dużym wzmocnieniem dla każdej drużyny – musiałem dość szybko okrzepnąć psychicznie i nauczyć się rozpychać łokciami, dosłownie i w przenośni. Jak się później miało okazać, z jednej strony i tak daleko mi było do największych boiskowych twardzieli i chojraków, na przykład z Widzewa, z drugiej natomiast czasem brakowało mi zdolności dyplomatycznych i umiejętności interpersonalnych, które umożliwiłyby mi funkcjonowanie wewnątrz drużyny, a nie na jej obrzeżu… Ale o tym piszę w innym miejscu tej książki.

Mój tata pracował w FSO na Żeraniu. W roku 1971, o ile mnie pamięć nie myli, powstała szkółka piłkarska MOP, czyli Młodzieżowego Ośrodka Piłkarskiego działającego na Stadionie X-lecia pod egidą przyfabrycznego klubu sportowego. Gdybym miał ją porównywać z czymkolwiek z czasów dzisiejszych, to chyba tylko z funkcjonującą od jakiegoś czasu w Warszawie szkółką Barcelony. Nazwa i korzenie znacznie skromniejsze, ale poziom i prestiż z pewnością zbliżone. Uprosiłem rodziców, żeby zawieźli mnie na testy… i oblałem je z kretesem. Poległem na sprawdzianach z ogólnej sprawności; byłem dość mizernie rozwiniętym fizycznie dziewięciolatkiem i moje wyniki w biegach czy skokach nikogo nie mogły powalić na kolana. Moje cherlactwo wynikało zapewne w znacznej części z faktu, że na co dzień byłem tak zajęty grą w piłkę, iż najzwyczajniej w świecie nie miałem czasu jeść. A przecież w przerwach między meczami trzeba było jeszcze chodzić do szkoły i odrabiać lekcje… W praktyce wyglądało to tak, że kiedy rodzice szli do pracy na pierwszą zmianę (mama pracowała w małym zakładzie cukierniczym przy ulicy Grochowskiej), zostawiali mi na stole starannie pozawijane w celofan kanapki. Ponieważ szkoda mi było czasu na jedzenie, a równocześnie nie chciałem sprawiać rodzicom przykrości, wpychałem te nierozpakowane nawet kanapki pod wannę – obiecując sobie solennie, że zjem je później. Po jakimś czasie w łazience zaczęły się pojawiać najpierw sporadycznie, a potem coraz częściej, ogromne, spasione robale. Nawet nie chcę mówić, co się działo, kiedy przeszukanie ujawniło upchnięte pod wanną zepsute zapasy… Potem nie chowałem już jedzenia po kątach, ale nadal nie przejawiałem większej ochoty do jego spożywania. Moja nieszczęsna zdesperowana mama połamała na mnie niejedną parasolkę, powtarzając przy tym z rozpaczą: „Jeśli masz gdzieś się przewrócić i umrzeć z głodu, to lepiej, żebym sama cię zatłukła!”. Sytuację pogarszał fakt, że przy każdej wizycie u dziadków na Białobrzeskiej dostawałem iście wilczego apetytu i opychałem się wszystkim jak leci, nawet chlebem z masłem i cukrem, żeby tylko przedłużyć pobyt w miejscu, z którym tak bardzo się zżyłem i w którym doskonale się czułem. Nie mam pojęcia, skąd mi się brały takie pomysły, i z tym większym współczuciem myślę o tym, co przeżywali moi rodzice, podtykając mi w domu pod nos kanapki z tak trudną wtedy do zdobycia szynką i widząc, jak robię wszystko, żeby nie wziąć ich do ust.

Wróćmy jednak do mojej nieudanej przygody z MOP--em. W tym samym czasie mój wujek Ryszard Anisiewicz, pseudonim boiskowy „Bolek”, był zawodnikiem warszawskiej Polonii. Któregoś dnia zabrał mnie na Konwiktorską i uprosił trenera Adama Tarkowskiego – wspaniały człowiek, niestety, już nie ma go wśród nas – żebym mógł trenować z trampkarzami tego klubu. Problem polegał na tym, że nie było dla mnie nawet odpowiedniego stroju, ponieważ wszyscy zawodnicy z tej grupy wiekowej byli starsi i sporo więksi ode mnie. Po drugim czy trzecim treningu trener zasugerował, żebym jednak chwilowo dał sobie spokój i zgłosił się ponownie za rok. Nie ukrywał, że jestem lepszy od wielu chłopaków, ale jednak dość trudno grało mi się w spodenkach zsuwających się co chwila do kostek. Tak więc brak stroju w odpowiednim rozmiarze zaważył na tym, że start mojej piłkarskiej kariery musiał przesunąć się o długie dwanaście miesięcy. Chociaż wtedy decyzję trenera odebrałem jako kolejną w krótkim czasie porażkę, to teraz nie ulega dla mnie wątpliwości, że postąpił tak, jak należało.

Rok później, czyli w 1972, rozpocząłem treningi już jako pełnoprawny trampkarz Polonii Warszawa. Z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że trafiłem najlepiej, jak mogłem. W tamtych latach wśród warszawskich klubów Polonia – i może jeszcze Agrykola – przykładały największą wagę do pracy z młodzieżą. W Legii nikt zanadto nie zaprzątał sobie tym głowy; przecież rok w rok można było przebierać w kolejnych rocznikach piłkarzy powoływanych do wojska…

Zajęcia odbywały się trzy razy w tygodniu. Trenowałem z chłopakami starszymi ode mnie nawet o pięć lat; w tym wieku to gigantyczna różnica, przede wszystkim jeśli chodzi o siłę fizyczną, ale nie tylko. Nie było łatwo, ale na boisku radziłem sobie dzięki umiejętnościom, którymi przewyższałem większość nawet znacznie starszych chłopców, poza nim zaś dzięki temu, że… że potrafiłem sobie radzić. Nie było takiego, który by mi podskoczył. Nie znaczy to wcale, że byłem sobą bezgranicznie zachwycony i że wszyscy podzielali ten zachwyt. Zdarzały się chwile, a nawet całe okresy, kiedy było mi naprawdę ciężko; kiedy zacząłem wreszcie rosnąć, na jakiś czas kompletnie zatraciłem koordynację ruchową, biegałem niezgrabnie, sadząc ogromne susy i wysoko podnosząc nogi, przez co zyskałem nawet przydomek Czapla. Sytuacja była chyba poważna, ponieważ na kilka miesięcy trafiłem na pozycję stopera.

Krótko po tym, jak zostałem trampkarzem Polonii, umarła mieszkająca z nami prababcia, zdarzało się więc, że kiedy oboje rodzice pracowali na drugą zmianę, wracałem z treningu sam, do pustego domu. Moim znakiem rozpoznawczym stała się koszulka z dziurą na piersi; dziurę wyszarpały mi klucze, które nosiłem na szyi.

Klub fundował nam bilety komunikacji miejskiej, zapewniał sprzęt, czyli buty piłkarskie, koszulki, spodenki i dresy, po każdym treningu zaś zawodnicy dostawali „posiłek regeneracyjny” w postaci dwóch kanapek i oranżady. Po meczach trener zabierał wszystkich na ciacho. Z dzisiejszego punktu widzenia może nie wydaje się to jakoś szczególnie atrakcyjne czy zachęcające, ale wtedy nikt – zwłaszcza wśród nas, dzieciaków – nie oczekiwał niczego więcej, a nawet takie skromne wspólne przyjemności cementowały zespół i budowały pozytywne relacje między nami, kadrą trenerską i klubem. Mnie podczas meczów trampkarzy dopingowała nie tylko perspektywa słodkiego poczęstunku, lecz także wierni kibice, którzy, niezależnie od pogody i miejsca rozgrywania spotkania, zawsze towarzyszyli mi na trybunach: babcia i dziadek z Białobrzeskiej, a także, kiedy tylko pozwalały mu na to obowiązki, tata. On akurat pełnił dodatkową, bardzo ważną funkcję, ponieważ przez wiele lat zawiązywał mi przed meczem sznurowadła w piłkarskich butach; było to takie istotne przede wszystkim ze względu na to, że grałem w za dużych co najmniej o jeden numer adidasach, które sprezentował mi wujek „Bolek”. Ten drobiazg ani trochę mi nie przeszkadzał – najważniejsze, że były to oryginalne adidasy. Dodam, że moimi pierwszymi butami do gry były tzw. huragany, które po małej korekcie (polegającej na odpruciu dwóch poprzecznych pasków), można było upodobnić do adidasów. Jedyna niedogodność polegała na tym, że niezbyt wygodnie się w nich spało, przynajmniej przez pierwsze noce po ich zdobyciu… Jeśli zaś chodzi o dziadka, to życzliwość i zainteresowanie, jakie okazywał mojej piłkarskiej pasji, dawały mi dodatkowe korzyści latem, kiedy wszyscy jechaliśmy na wieś, by pomagać rodzinie przy pracach polowych. W okresie żniw spaliśmy w stodole, a budzono nas, jak to zwykle w takich okolicznościach bywa, o świcie. Dla mnie dziadek czynił wyjątek; reszta bractwa w pocie czoła harowała w polu, a ja wylegiwałem się jak panisko do ósmej. Dziadek pierwszy wyczuł, że jestem stworzony do innych rzeczy…

Po jakimś czasie – miałem wtedy trzynaście, może czternaście lat – zacząłem być powoływany do reprezentacji Warszawy, gdzie poznałem m.in. Darka Wdowczyka (też rocznik 1962). Trenerem był Ryszard Piętka, spotykaliśmy się raz w miesiącu w hali przy ulicy Rozbrat. Uwielbiałem grać w hali: czteroosobowe drużyny, bezustanny kontakt z przeciwnikiem, konieczność ciągłego dryblingu, zero przestojów. Ponieważ należałem do wyróżniających się zawodników, w 1978 roku trener Piętka wyznaczył mnie do udziału w zgrupowaniu w Mławie, gdzie dokonywano selekcji młodych piłkarzy pod kątem ich ewentualnej przydatności do gry w reprezentacji Polski juniorów. Zawodnicy zjawiali się tam w pięćdziesięcioosobowych grupach i przez tydzień trenowali i grali pod okiem sześciu czy siedmiu trenerów. Z tego naboru pochodziło wielu piłkarzy, którzy potem grali w czołowych klubach, a niektórzy przez wiele lat stanowili trzon pierwszej reprezentacji Polski: Furtok, Matysik, Wdowczyk, Kaczmarek, Prusik, no i Dziekanowski.

Choć tak dużo czasu i zapału poświęcałem piłce nożnej, to jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, że mógłbym zostać zawodowym piłkarzem. Grałem, bo to lubiłem, nie po to, żeby zdobywać i doskonalić fach, który będę wykonywał w dorosłym życiu. Nie miałem takich dalekosiężnych planów; szczerze mówiąc, nie miałem właściwie żadnych, bo kiedy w siódmej klasie podstawówki trzeba było zacząć się zastanawiać nad wyborem szkoły średniej, okazało się, że ja, zdolny, ale leń, nie mam bladego pojęcia, co dalej ze sobą zrobić. Z punktu widzenia rodziców sprawa była prosta: mogłem zostać cukiernikiem albo technikiem samochodowym. Co prawda lubiłem ciastka, zwłaszcza pączki – przyznam, że zostało mi to do dzisiaj – ale kompletnie nie potrafiłem wyobrazić sobie siebie w roli cukiernika. O samochodach z kolei nie miałem najmniejszego pojęcia i co prawda ani trochę mnie nie interesowały, lecz „technik samochodowy” brzmiało w moich uszach odrobinę mniej odstręczająco niż „cukiernik”. Padło więc na technikum samochodowe, konkretnie na Technikum Samochodowe nr 1 przy ulicy Hożej. Była to najlepsza tego typu szkoła w Warszawie, słynąca z wysokich wymagań i wysokiego poziomu nauczania. Zgłaszali się tam naprawdę dobrzy uczniowie, a średnia ocen wymagana do tego, by zostać przyjętym, była wyższa niż w niejednym liceum. Na tyle wysoka, że się nie dostałem. Moje całkiem niezłe, ale z pewnością nie wybitne oceny wystarczyły tylko do tego, żebym został przyjęty do działającego w tym samym budynku liceum zawodowego. Ponieważ jednak bardzo zależało mi na tym, żeby uczyć się w technikum – po pierwszej klasie najlepsi uczniowie liceum zawodowego mogli starać się o przeniesienie – przewalczyłem wrodzone lenistwo, wziąłem się do roboty i znalazłem się na trzecim miejscu w klasie. O tym, kto ostatecznie trafi do drugiej klasy technikum, decydowała rada pedagogiczna; w moim przypadku zapadła pozytywna decyzja, na co być może wpłynął także fakt, że wiosną reprezentacja szkoły, złożona głównie z uczniów klas czwartych i piątych, zwyciężyła w rozgrywanym na Agrykoli turnieju o mistrzostwo Warszawy szkół średnich. Ja, pierwszoklasista, w pierwszym meczu wyszedłem na ostatnie dwadzieścia minut, w drugim grałem już od początku spotkania, a pod koniec turnieju byłem już kapitanem drużyny.

Życie w upragnionym technikum okazało się jednak trudniejsze, niż mógłbym przypuszczać. W szkole wszyscy już wiedzieli o moich piłkarskich wyczynach, ale nie na wszystkich wywierały one takie wrażenie, jakiego mógłbym sobie życzyć. Najlepszym przykładem była nauczycielka historii, pani Głarzewska; w liceum, praktycznie nic nie robiąc, miałem u niej czwórkę, ale już w technikum wzięła mnie na celownik i tak koszmarnie gnębiła, że uczciwie się ucząc, nie zawsze mogłem dochrapać się trójki. Takie traktowanie nie wynikało jednak z jakiejś złośliwości czy awersji do futbolu, lecz chyba z troski o to, by młody piłkarz wyniósł ze szkoły jak największą wiedzę, ponieważ w ostatniej klasie zaproponowała mi, żebym wybrał historię jako jeden z dodatkowych przedmiotów, które będę zdawał na maturze. Byłem przekonany, że pani profesor kpi sobie ze mnie, w końcu przekonała mnie jednak, i nie żałowałem, ponieważ zdałem egzamin maturalny bez najmniejszych problemów. Po tym, co zafundowała mi przez cztery lata nauki, chyba nie mogło być inaczej…

Mój największy kłopot polegał jednak na tym, że zupełnie, ale to zupełnie nie interesowałem się samochodami ani żadnymi innymi aspektami motoryzacji. Na warsztatach – mieliśmy je w poniedziałki – koledzy na wyścigi biegli do rozbebeszonego specjalnie na nasze potrzeby pojazdu, ja natomiast robiłem wszystko, żeby tylko nie mieć z nim nic do czynienia. Jeśli trzeba było coś posprzątać, poustawiać, zanieść albo załatwić, zgłaszałem się natychmiast, bez najmniejszego wahania. Jeszcze gorzej było podczas miesięcznych praktyk w Polmozbytach (to były takie państwowe stacje obsługi pojazdów, czasem połączone z salonami samochodowymi, tyle że takimi, w których można było kupować samochody wyłącznie na talony). Po jakimś czasie nauczeni przykrym doświadczeniem opiekunowie sami pilnowali, żebym niczego nie dotykał, a i tak zdarzyło mi się, że za moją wiedzę – a raczej za jej całkowity brak – wyrzucono mnie z hukiem za bramę. Kiedy już przeniosłem się do Gwardii, problem stał się mniej uciążliwy, ponieważ klub zwalniał mnie przynajmniej z części praktyk, żebym mógł chodzić na treningi.

Szkołę ukończyłem bez fanfar i wyróżnień, i z pewnością nie trafiłem do panteonu jej najlepszych absolwentów. Ba, jednej z nauczycielek musiałem nawet solennie obiecać, że nigdy, pod żadnym pozorem, bez względu na sytuację nie będę próbował majstrować przy żadnym samochodzie. Z dumą i satysfakcją stwierdzam, że obietnicy dotrzymałem.

Choć w Polonii należałem do wyróżniających się młodych zawodników, nie dostałem powołania do drużyny, która pod wodzą Zbigniewa Szymczaka zdobyła mistrzostwo Polski juniorów. W miarę regularnie grałem za to w A-klasie na stadionach rozmaitych ZWAR-ów Międzylesie, Farmacji czy Świtów – nawierzchnie tych boisk, delikatnie mówiąc, nie były w najlepszym stanie, ale dla mnie stanowiło to prostą kontynuację doświadczeń z Marysina. W roku 1978 szkoleniowcem grającej wówczas w drugiej lidze (czyli dzisiejszej pierwszej) Polonii Warszawa został młody obiecujący trener Jerzy Engel. Jesienią tego roku, w wieku niemal równo szesnastu lat, zadebiutowałem w pierwszym zespole w meczu ze Stalą Stalowa Wola. Wystąpiłem w roli prawego napastnika, a mój debiut można chyba uznać za udany, bo w sześćdziesiątej piątej minucie strzeliłem bramkę ładną przewrotką. Trener Engel też chyba był zadowolony z mojej postawy, ponieważ wystawiał mnie także w kolejnych meczach. Najlepiej zapamiętałem trzeci, z Ursusem Warszawa. Ursus przeżywał wtedy chyba najlepszy okres w swojej historii, prowadził w tabeli drugiej ligi z sześcio- czy ośmiopunktową przewagą nad kolejną drużyną i wszystko wskazywało na to, że awansuje do pierwszej ligi. Największą gwiazdą był tam środkowy napastnik, niejaki Komosa; dowiedziałem się od kolegów, że brylował nie tylko na boisku, lecz dzierżył także rekord w opróżnianiu na czas butelki wódki. Już w tunelu zrobiło mi się jakoś dziwnie, bo przeciwnicy wyglądali jak banda nieogolonych, ponurych rozbójników. Występowałem wtedy na prawym skrzydle; na boisku, jeszcze przed pierwszym gwizdkiem, podszedł do mnie ich lewy obrońca i potwornie mnie zwyzywał. Nie przestraszyłem się – wspominałem już, że podwórkowemu wychowaniu zawdzięczam dość grubą skórę – za to ogromnie się zdziwiłem. Nie miałem pojęcia, po co to robi i co chce w ten sposób osiągnąć. Dorosły człowiek, starszy ode mnie o dobre dziesięć lat, wychodzimy pograć przez półtorej godziny w piłkę, a on ni z tego, ni z owego wyjeżdża z takimi bluzgami… Było to dla mnie pierwsze spotkanie z boiskowym chamstwem i prymitywizmem w czystej, niemaskowanej w żaden sposób postaci, i choć później jeszcze wielokrotnie miałem okazję stykać się z takim postępowaniem, to za każdym razem ogarniało mnie takie samo zdumienie połączone z niedowierzaniem. Ostra gra, bezpardonowa walka, mniejsze i większe złośliwości, rozmaite, czasem mało eleganckie sztuczki mające na celu zdeprymowanie rywala i uzyskanie nad nim przewagi psychologicznej – wszystko to byłem w stanie znieść i sam z tego arsenału korzystałem, ale żeby aż tak? Nawet wiele lat później, ilekroć znajdowałem się w podobnej sytuacji, przed oczami stawał mi ten obrzucający mnie najgorszymi inwektywami, nieogolony cham – idealne uosobienie tego wszystkiego, czego w futbolu nie znosiłem i wciąż serdecznie nie znoszę.

Wystąpiłem jeszcze w kilku spotkaniach i choć jako drużyna spisywaliśmy się słabo, bliżej bowiem było nam do spadku do trzeciej ligi niż do awansu do pierwszej, to zapewne poczynałem sobie nie najgorzej, ponieważ zainteresowała się mną warszawska Gwardia. Propozycja przenosin z Konwiktorskiej na Racławicką padła po zakończeniu rundy jesiennej. Długo się nie zastanawiałem; organizacyjnie i finansowo Gwardia przerastała Polonię o kilka pięter, grała w pierwszej lidze, występowało w niej wielu doskonałych zawodników, choćby takich, jak Szymanowski, Sikorski, Kierno czy Kraska. Marzeniami oczywiście wybiegałem ku Legii, ale chwilowo na marzeniach musiało się skończyć. W tamtych czasach Legia interesowała się wyłącznie zawodnikami co najmniej dwudziestoletnimi, najlepiej reprezentantami kraju lub przynajmniej pukającymi do bram reprezentacji. Najważniejszym argumentem przemawiającym za tym, żeby odejść z Konwiktorskiej, był skład personalny zespołu i jego ambicje, a raczej ich brak. Trzon drużyny tworzyli zawodnicy już niemłodzi, doświadczeni boiskowi wyjadacze, którzy doskonale się czuli w drugiej lidze i świetnie zdawali sobie sprawę, że po pierwsze: są za słabi na pierwszą ligę, a po drugie: że nawet gdyby się tam dostali, groziłaby im konieczność znacznie poważniejszego traktowania obowiązków, przez co rozumiem zarówno przykładanie się do treningów, jak i prowadzenie bardziej sportowego trybu życia. Wiedzieli też, że gdyby w razie awansu nie spełnili pokładanych w nich oczekiwań, groziło im odsunięcie od pierwszego zespołu – co oznaczało bolesne straty finansowe – albo nawet pożegnanie z drużyną. Mnie, napalonemu na piłkę chłopakowi, szczerze wierzącemu w to, że talentem i pracą można podbić świat, taka filozofia życiowa, a raczej sportowa, nie mogła się podobać. Nie interesowało mnie trwanie, nie pociągała stagnacja; chciałem iść naprzód, rozwijać się, osiągać sukcesy. Niestety Polonia nie chciała się zgodzić na moje odejście, w związku z czym nałożono na mnie półroczną dyskwalifikację. W tym czasie mogłem trenować i grać w meczach towarzyskich, nie wolno mi było natomiast występować w oficjalnych spotkaniach.

Trenowałem bardzo pilnie pod okiem Henryka Szczepańskiego, słynnego zawodnika Polonii Bydgoszcz, ŁKS i Odry Opole, wielokrotnego reprezentanta Polski, noszącego przezwisko „Burza”: pięć razy w tygodniu, z tego raz z pierwszym zespołem. Nie cierpiałem jakoś szczególnie z powodu zawieszenia, bo najważniejsza była dla mnie możliwość kontaktu z piłką. Mecz czy trening – nie robiło mi to większej różnicy. Grunt, że mogłem dryblować, podawać i strzelać. Jeśli chodzi o dryblowanie, to chyba nawet trochę przesadziłem, bo już na pierwszym treningu postanowiłem olśnić nowych kolegów – niekiedy znacznie ode mnie starszych, z długoletnim pierwszoligowym lub nawet reprezentacyjnym stażem – moimi nadzwyczajnymi umiejętnościami technicznymi. Skłamałbym, twierdząc, że zaskarbiłem tym sobie ich sympatię… Prawdę powiedziawszy, dostałem tęgi ochrzan. W drużynie piłkarskiej jest trochę jak w wojsku: rządzą starzy, a młodzi są od tego, żeby robić wszystko, co tamci im każą, pilnie się uczyć i pokornie czekać na chwilę, kiedy ktoś zacznie się z nimi liczyć. Byłem od tego, żeby odgrywać piłkę, dokładnie podawać i biec za nią jak psiak, jeśli ktoś akurat uznał za stosowne mi ją podać, ale na pewno nie od tego, żeby kiwać się do upadłego z każdym, kto stanie mi na drodze. Problem polegał na tym, że o tym nie wiedziałem.

Oprócz starych wyjadaczy w Gwardii grało sporo młodych obiecujących piłkarzy, o których w następnych latach było głośno w futbolowym świecie: Rutkowski, Banaszkiewicz, Baran, Chełstowski. Grał tam również Andrzej Wiśniewski, którego od początku wziąłem na cel jako tego, którego – tak przynajmniej sądziłem – najłatwiej będzie mi wygryźć z linii ataku, w której występował z Baranem i Banaszkiewiczem. Nie wiem, czemu ubzdurałem sobie, że jest znacznie starszy nie tylko ode mnie, ale także od swoich dotychczasowych kolegów, i jako taki najlepiej będzie się nadawał do tego, żeby ustąpić mi miejsca. Jak się okazało, wcale nie był tak dużo starszy od nas, a rywalizacja z nim była znacznie bardziej zawzięta, niż przypuszczałem.

Nowy klub troszczył się nie tylko o mój rozwój jako piłkarza, ale także pomagał w nauce. Po przenosinach do technikum pojawiły się pewne problemy, zwłaszcza z matematyki. Gwardia fundowała mi korepetycje i monitorowała wyniki w szkole. Wszyscy doceniali zaangażowanie, z jakim podchodziłem do treningów, nikomu jednak nie przyszło do głowy, że w związku z tym należy mi się taryfa ulgowa w szkole. Jedyne ustępstwo polegało na wspomnianych już zwolnieniach z praktyk uczniowskich, choć nie jest wykluczone, iż zrobiono to przede wszystkim z myślą o tym, żebym sobie albo komuś nie wyrządził jakiejś nieodwracalnej krzywdy… Zamiast więc na stację obsługi samochodów, zgłębiać tajniki budowy i naprawy silników, zawieszenia albo skrzyń biegów, jechałem na Racławicką, żeby zajmować się jedyną rzeczą, która naprawdę mnie interesowała: piłką. O tym, z jakimi efektami, opowiadam w następnym rozdziale.

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Marszałkowska 8

00-590 Warszawa

tel. 22 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: 22 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dziekan 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia