Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu

Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu

Autorzy: ks. Jacek Wiosna Stryczek

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kategorie: Poradniki Religia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 232

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 18.91 zł

Zostań milionerem i zachowaj pion!

Pieniądze gorący temat. Ludzie ich pożądają, zazdroszczą, skąpią i pławią się w nich. By je zdobyć, poświęcają znaczną część swojego życia. Ks. Jacek Stryczek filantrop, prezes Stowarzyszenia WIOSNA i promotor biznesu odpowiedzialnego społecznie na nowo opowiada o znaczeniu pieniędzy. Rozprawia się ze stereotypami na ich temat, tłumaczy, czym różni się ubóstwo od biedy i radzi, jak się dorobić. Stawia tezę, że chrześcijanin powinien się bogacić i opisuje, jak tego dokonać. Wszystko praktycznie i w świetle Ewangelii. Oto rewolucyjny  przewodnik po tak ważnej sferze życia, jaką są pieniądze.

Dlaczego czujemy potrzebę, żeby usprawiedliwiać się przed innymi z tego, że dobrze zarabiamy? Dlaczego jeśli ktoś kupi sobie nowiutki samochód, z którego jest dumny, to koniecznie musi zacząć od opowieści o przybrudzonej tapicerce?

Pieniądze. W świetle Ewangelii to absolutnie nowatorski przewodnik po życiu i poradnik biznesowy:

- jest analizą polskich stereotypów dotyczących pieniędzy;

- pokazuje PRL-owski klincz dwóch sposobów myślenia: Jezus kazał kochać biednych, a Marks nienawidzić bogatych;

- diagnozuje źródła polskiej biedy oraz wskazuje różnicę miedzy biedą a ubóstwem;

- analizuje znaczenie pieniędzy w świetle Ewangelii i pokazuje, jak wielkie znaczenie miały one dla Jezusa;

- porządkuje fundamentalne zasady zdobywania pracy i bogacenia się;

- wskazuje również praktyczne kroki w drodze do stania się milionerem.

Spis treści

Karta redakcyjna

WPROWADZENIE

Jak to się stało, że napisałem tę książkę...

Duchowość na wolnym rynku

Najwyższa forma pomagania

Mam wizję

Strefa podwyższonego sensu

ROZDZIAŁ 1. EWANGELIA PONAD WSZYSTKO

Poznacie po owocach

Niegodziwa mamona

Ewangeliczny trening

Jezus karci swoich uczniów

Jezus i pieniądze

ROZDZIAŁ 2. UBÓSTWO I BIEDA

Marks i Jezus, czyli o mentalności PRL-u

Miedza

Kocham ludzi bogatych

Ewangeliczne ubóstwo

Co to jest bieda

Miałem kiedyś rower...

Ewangeliczny ideał ubóstwa

Asceza

Bieda konsumpcyjna

Prawdziwa bieda

Najwyższa forma ubóstwa

ROZDZIAŁ 3. NAJWYŻSZA FORMA POMAGANIA

Pierwsza polska bieda

Druga polska bieda

Trzecia polska bieda

Czwarta polska bieda

Stereotypy pomagania w Polsce

Jak pomagał Jezus

Rozmnożenie chleba

Paralityk

Dziesięciu trędowatych

Poznacie po owocach

Kto nie chce pracować, niech też nie je!

Najwyższa forma pomagania...

ROZDZIAŁ 4. JAK ZAROBIĆ PIENIĄDZE

Dobroczynny kryzys

Chcę mieć kasę!

Dwóch piekarzy

Nieuczciwość

Znajomości

Słynne CV

Pracować czy nie pracować

Jak znaleźć pracę, jak założyć biznes

ROZDZIAŁ 5. JAK STAĆ SIĘ MILIONEREM

Sprzątaczka

Dwaj sklepikarze

Czas

Jeszcze raz asceza

Mały deal i duży deal

Zasada Pareto

ZAMIAST PUENTY

WSKAZÓWKI DLA PRZYSZŁYCH MILIONERÓW

Przypisy

Opieka redakcyjna: KATARZYNA KRZYŻAN-PEREK

Redakcja: PAULINA ORŁOWSKA-BAŃDO

Korekta: DOROTA TRZCINKA, BARBARA TURNAU, BARBARA ŻEBROWSKA

Opracowanie graficzne: BARBARA KUFTA, WOJCIECH ROKOSZ

Zdjęcia na okładce: © Leszek Ogrodnik / leszekogrodnik.com, © iStock.com / shironosov, © ColinBroug / www.freeimages.com

Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT

Skład i łamanie: Scriptorium „TEXTURA

© Copyright by Jacek WIOSNA Stryczek

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2015

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05756-8

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 131-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

.

Kwestia ubóstwa w naszym katolickim kraju to jeden z najbardziej chorych wymiarów życia społecznego. Bo niby wszyscy o nim wiedzą, ale prawie nikt się nim nie zajmuje. Pretensje mają wszyscy do wszystkich, ale wniosków nie ma żadnych. Bo w naszym katolickim kraju, jeśli ktoś kupi sobie nowy samochód, z którego jest dumny, to koniecznie musi zacząć od opowieści o przybrudzonej tapicerce. Że auto wcale nie jest aż takie dobre, na jakie wygląda. Jeśli ktoś był na wycieczce, to koniecznie taniej. A ciuchy kupuje na wyprzedaży. Gdy Polak to mówi, to sam w to nie wierzy. A gdy tego słucha, to wie, że jest robiony w balona. Zdaje sobie jednak sprawę, że czułby się jeszcze gorzej, gdyby samochód naprawdę był piękny, wycieczka ekskluzywna, a ciuch z najnowszej kolekcji. Nawet jeśli takie myślenie odchodzi już powoli do lamusa, to opinia publiczna i tak wie lepiej i wciąż stara się utrzymać obowiązującą normę podejrzliwości. Jak więc pogodzić te wszystkie sprzeczności? Trzeba zacząć od odkłamania rzeczywistości. I szukać prawdy.

MARKS I JEZUS, CZYLI O MENTALNOŚCI PRL-U

Jezus kochał ubogich, a Marks nienawidził bogatych. W peerelowskiej duszy połączyło się to w jedno. Trzeba kochać ubogich i nienawidzić bogatych. Ten pogląd połączył ambonę z partyjną mównicą. Stworzył mentalność schizofreniczną, w której pożąda się bogactwa, ale nienawidzi bogatych.

Do pożądania nie można się przyznać. Do nienawiści – jak najbardziej. Przecież cała rewolucja komunistyczna jest oparta na nienawiści. Posiadanie jest złem. Wprawdzie nie było tak od początku. Najpierw złem było to, że jedni mają, a inni nie. I nie można tego zmienić. Ci, którzy posiadali – feudałowie, burżuazja, przemysłowcy – stworzyli dla reszty społeczeństwa mur nie do przebicia. Arbitralnie podzielili świat na biednych i bogatych. Potrzebne były bunt, rewolucja, by zmienić porządek rzeczy. W głowach ludzi była wizja sprawiedliwego świata, do rozpalonych głów dolano jednak obcej filozofii. Rewolucja to nienawiść. Wrogiem jest posiadacz. Czy bunt przeciwko niesprawiedliwości musi się przekształcać w nienawiść? Czy człowiek musi mieć wrogów? W każdym razie takim myśleniem udało się skazić ludzkie umysły. Dodajmy: nie bez przemocy. Bo gdy rewolucja już wygrała, dalej trwała nienawiść. Gdy wrogów wybito, szukano nowych. I my to wszystko mamy w głowie. My, również my, katolicy z kraju, który bronił się przed komunizmem. Kraj udało się obronić, wyzwolić. Bez nienawiści, bez wrogów. Nie obroniliśmy jednak naszych umysłów. Dlatego w naszym kraju Jezus kocha ubogich i wciąż nienawidzi bogatych. Już zapomnieliśmy o rewolucji, o Marksie. A ta nauka trwa.

To właśnie z tego powodu postanowiłem napisać tę książkę.

Wychowałem się w Polsce, dlatego przez wiele lat myślałem, że Jezus kocha ubogich i nienawidzi bogatych.

To by wyjaśniało, dlaczego czytałem Ewangelię, jakbym miał bielmo na oczach. Czytałem, a myślałem swoje. Nie do końca to było moje. Pamiętam, jak kiedyś, jeszcze jako mały chłopak – miałem może z osiem lat – szedłem z kolegami do szkoły i po drodze rozmawialiśmy o tym, że w socjalizmie założenia są dobre, ale ich wykonanie niewłaściwe. Nie wiem, dlaczego my, dzieci, dyskutowaliśmy właśnie o tym. Nigdy wcześniej ani później nie odbyłem takiej rozmowy. Nie słuchałem komuny, słuchałem Kościoła. A jednak wyrosłem w kraju stereotypów. Myślałem tym stereotypem, jakby był moim własnym przekonaniem. I długo musiałem się z niego leczyć.

Z takiej perspektywy można zrozumieć wiele polskich nawyków, także myślowych. Na przykład kwestię nienawiści. Do dzisiaj, gdy komuś coś się nie podoba, pokazuje swój gniew. Bo w Polsce gniew jest słuszny. Jest uprawnioną formą niezgody na niesprawiedliwość społeczną. Ma w sobie więcej niż sprzeciw. Ma siłę burzenia barykad – jest w końcu gniewem, skumulowaną energią. Oczywiście, jak w każdej rewolucji – w dobrej sprawie – trzeba niszczyć, by móc budować. To dlatego w Polsce jest tylu hejterów. I dlatego ludzie gustują w prasie i programach telewizyjnych, w których prowadzący czy goście się nienawidzą. A polski polityk nie potrafi powiedzieć „nie” słusznie zagniewanemu ludowi, więc ustępuje w obliczu gniewu. Z tego samego źródła wywodzi się niechęć do bogatych – do przedsiębiorców. A przecież to dzięki tym ludziom inni mają pracę. To jednak nie ma już znaczenia.

Tak przy okazji – wierzę w ewolucję i zasadę dostosowywania się do zmieniającej się rzeczywistości. W komunistycznym kraju nie wolno było posiadać. Ale przecież tam, gdzie kiedyś były „reakcyjne świnie”, teraz przyszła nowa fala lepszej, socjalistycznej władzy. Władzy, która miała władzę, ale wiedziała, że nie może posiadać. Co w takiej sytuacji może zrobić prawomyślny uczeń Marksa? Nie może mieć, ale może używać. Eureka! (Nie mogę nie podziękować tu księdzu Józefowi Tischnerowi, który rozpracowywał te i inne „peerelowskie osiągnięcia”. Był jedną z osób, które uwalniały mnie od schizofrenii katomarksizmu[4]). Można mieć samochód, ale trochę popsuty. Nie po to, by mieć, ale koniecznie po to, by używać. Nie można się chwalić, nie można wychodzić przed szereg. Trzeba być tłumem. I oczywiście – każdy powinien mieć wroga.

To wszystko nosimy w sobie. Posiadamy i chcemy posiadać, ale wiemy, że posiadanie jest złem, bo należy być ubogim. Należy kochać ludzi, ale nie można kochać złych ludzi, bo oni są wrogami. Jezus wprawdzie kochał nieprzyjaciół, ale jakich on tam miał nieprzyjaciół... Tych, których my nienawidzimy, nie mógłby pokochać. Przecież to wrogowie wiary!

MIEDZA

W naszej polskiej duszy jest jeszcze jeden zapis pamięci narodowej. Chodzi o miedzę. Miedza to bardzo ważna rzecz. Miedza jest granicą między tym, co moje, a tym, co twoje. Albo coś jest moje, albo twoje. W jaki sposób mogę mieć więcej? Muszę przesunąć miedzę. Nie mam wyboru. Niewiele da się zrobić.

Takie myślenie jest odzwierciedleniem kultury agrarnej. Jeśli podstawą posiadania, majątku jest ziemia, to o ziemię trzeba się bić. Albo jej bronić, albo ją zdobywać. Świat stoi na ziemi, bo ziemia jest bogactwem. Naturalną konsekwencją takiego myślenia jest pewnego rodzaju napięcie: jeśli ty masz więcej, ja mam mniej. Jak z miedzą: albo ja, albo ty. W naszej mentalności jest dużo „myślenia miedzą”. Jeśli ktoś posiada więcej, to według mnie jest zły. Do dzisiaj w Polsce wypada mówić źle o ludziach, którzy mają więcej. Tak jest przyjęte. Jeśli w towarzystwie ktoś publicznie nienawidzi ludzi bogatych, nie wypada mu zaprzeczać. Wręcz się nie powinno, bo wtedy można zostać zaliczonym do „przebrzydłej klasy bogatych” i niejako z zasady zostać znienawidzonym.

Pamiętam swój pobyt w Londynie w latach dziewięćdziesiątych. Nie miałem pieniędzy i czułem się bardzo ubogim człowiekiem, którego nie było stać nawet na pizzę. Każdego poranka przechodziłem przez Trafalgar Square, serce centralnego Londynu. Mijałem tam kobietę, która zamiatała ulice. Dla mnie było oczywiste, że ona ma więcej ode mnie. To znaczy zapewne w Londynie żyła biedniej niż ja w Krakowie, ale przez to, że wokoło niej mieszkało i pracowało wielu bogatych ludzi, ona na tym korzystała. Nie przez przypadek miliony Polaków wyjechały do pracy właśnie na Wyspy Brytyjskie. Jakby na przekór mentalności agrarnej. Chcą być tam, gdzie są bogaci, żeby samemu się wzbogacić. W takich warunkach szanse na lepsze życie na pewno wzrastają.

Mentalność miedzy istnieje jeszcze w niektórych miejscach na świecie, ale już dawno odkryto, że korzystniej jest kolegować się z bogatymi i to ich mieć za sąsiadów. Weźmy przykład jednego z najbogatszych stanów USA, Kalifornii – jest w niej drogo, ale warto zapłacić wysoką cenę za mieszkanie w takim towarzystwie. Tam robi się naprawdę duże biznesy, którym towarzyszą ogromne pieniądze. Ludzie sporo zarabiają. Sporo też wydają, więc można na nich zarobić. Po prostu – jak jest dużo pieniędzy, to pula do podziału jest większa. Ale w Polsce jeszcze tego nie rozumiemy. W naszej katolickiej głowie również nastąpiło przemieszanie. Jezus ostrzega, że trudno jest bogatemu wejść do Królestwa Niebieskiego, wielu katolików uważa więc, że należy tych bogatych nienawidzić. Ta nienawiść pochodzi od Marksa. Ale w naszych głowach wszystko się wymieszało.

KOCHAM LUDZI BOGATYCH

Gdy w jednym ze spotów reklamowych przyznałem się, że kocham bogatych, wielu ludzi patrzyło na mnie z drwiną. Po pierwsze: jak to kocham bogatych? Przecież to samo zło. Po drugie: pewnie kocham, bo chcę na nich skorzystać. Cóż za cudowna definicja miłości! Dziewięćdziesiąt dziewięć procent osób, z którymi o tym rozmawiałem, było przekonanych, że chodzi mi o salony, lunche, przepych – po prostu o kasę. Nawet księża po przyjacielsku przyjęli, że żyję dla milionerów i z nich.

Przyznam więc tu i teraz, że nie wiem, czy bogaci są dobrzy, czy źli. Nie wiem, tak jak nie wie tego Jezus. Pieniądze poddają człowieka próbie. I takiego wystawionego na próbę człowieka chcę kochać, tak jak nakazuje mi Ewangelia.

Jednak moje wyznanie miłości do bogatych, dla wielu kontrowersyjne, było wpisane w cały proces myślowy, który przedstawiłem wcześniej.

To jest z mojej strony próba odkłamania rzeczywistości, pokazania prawdy.

To jest mój głos w sprawie szacunku dla bogatych i zachęta do dorabiania się. Do szukania dobrego sąsiedztwa. Do cieszenia się z sukcesów innych. To jest zachęta do pracy.

Strefa podwyższonego sensu pozwoliła mi wyjść z utartych kolein myślowych. Uwolnić się od marksizmu w katolickiej wersji, od rewolucyjnej nienawiści, od chłopskiej walki o miedzę. Gdy patrzę wstecz, to widzę, że była to bardzo długa i wyboista droga. Rozumiem, że jeśli już się tego wszystkiego pozbyłem, to mógłbym zostać bezideowcem. Wiele razy widziałem, jak się czują zagubieni ludzie, którzy wyskoczyli z kolein. Nie mając własnych poglądów, często przyjmują jakiekolwiek inne lub udają, że nie ma sensu o tym myśleć. Ja jednak konsekwentnie wracam do ważnego i pierwszego dla mnie źródła.

EWANGELICZNE UBÓSTWO

Staram się i staram doszukać w nauczaniu Jezusa pochwały biedy i nie potrafię jej znaleźć. Tylko jeden jedyny raz Jezus nakazał bogatemu młodzieńcowi sprzedać wszystko, co posiada. Nigdy więcej tego nie zrobił, choć przecież miał kilku bogatych znajomych: Nikodema, Józefa z Arymatei... Wygląda na to, że również jego najbliżsi przyjaciele, Łazarz, którego wskrzesił, Maria i Marta również byli zamożni. Nie wiemy też dokładnie, jak często zdarzało się Jezusowi pomagać biedakom. Wiemy, że uzdrawiał. Niewidomi, chromi, trędowaci – sam fakt choroby skazywał tych ludzi na biedę i życie na marginesie społeczeństwa. Uzdrowienie było szansą na lepsze życie. Rzeczywiście, dwa razy Jezus rozmnożył chleb... tylko dwa razy. Już go chcieli obwołać królem, ale nie skorzystał.

Trzeba jasno stwierdzić, że stan konta nie jest żadnym ewangelicznym wyróżnikiem. Ci, którzy mają mniej, nie są lepsi od tych, którzy mają więcej. Właściwie dlaczego biedni mieliby być z założenia lepsi od bogatych? A jeśli biedny jest biedny, bo nie chce mu się pracować?

Dla Jezusa nie jest ważne to, ile kto posiada, ale jak do swojego majątku podchodzi.

Mt 5,3

Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

To błogosławieństwo należy połączyć z wcześniejszymi wskazaniami drogi do Królestwa Bożego. Kluczem do zrozumienia tych słów jest brak przywiązania do mamony. Wierność w rzeczach niewielu. Ubóstwo w duchu. Priorytety – bo nie można służyć jednocześnie Bogu i mamonie. I ta niesamowita wolność, dzięki której można płacić podatki i pozyskiwać przyjaciół „niegodziwą mamoną”. Przypomnę jeszcze raz: w boskim ujęciu pieniądze nie mają wielkiej wartości. Dwieście denarów, trzysta, pięć talentów... Pieniądze nie mają znaczenia – znaczenie ma to, co one robią z człowiekiem. Dla Boga ważny jest człowiek. Ubóstwo w duchu to przerwanie tej tajemniczej, acz niesłychanie silnej zależności między tym, co mam, a tym, kim jestem. Posiadanie jest związane z człowiekiem, ale nie ono człowieka definiuje. To nie majątek rządzi człowiekiem, ale człowiek swoim majątkiem. Do tego, żeby być, nie jest potrzebne „mieć”. Powiedziałbym raczej, że się miewa. Jesteśmy przecież zanurzeni w świecie materialnym, który nas determinuje: żywi, ubiera, umiejscawia, pomnaża i nam zagraża. Jest naszym kontekstem – nie umiemy sobie wyobrazić siebie poza nim. A jednak to nie kontekst mówi o tym, kim jesteśmy. My możemy w kontekście otaczającego nas świata czy tworzącej nas rzeczywistości (choćby naszego ciała) zdefiniować siebie. Ubogi w duchu zdobywa przewagę nad zmaterializowanym kontekstem (to nie byt określa świadomość) i ma w sobie siłę, żeby nadać samemu sobie znaczenie, żeby podejmować decyzje pozakontekstowe, to znaczy niewymuszone przez otaczający świat. Dla Boga ważny jest człowiek. I to, co robią z nim pieniądze.

Bo to jest próba, wyzwanie, w którym człowiek nie tylko się sprawdza, ale i kształtuje. Dopiero wtedy, gdy przejdzie tę próbę, wiadomo, kim jest.

Może wreszcie należałoby odkryć, że Bóg jest ubogi w duchu – ma wszystko, a jakby tego nie miał. Wszystkim rządzi, a jakby nie miał władzy. Bo Bóg – nasz Bóg, Bóg Jezusa Chrystusa – nie zajmuje się rzeczami. Nasz Bóg zajmuje się miłością, budowaniem relacji. I Bogu chodzi o to, aby pieniądze nie przeszkadzały w tworzeniu tej relacji. Tylko tyle i aż tyle.

CO TO JEST BIEDA

Według Ewangelii biedni wcale nie mają lepiej. Lepiej od kogo? Lepiej mają ubodzy. Bo niczego nie potrzebują. Biedni potrzebują, więc są zdani na innych. Dlatego mają przynajmniej dwa problemy: potrzebują i nie mają oraz potrzebują tych, którzy im dadzą.

Moim zdaniem na początku XXI wieku należy na nowo zdefiniować, czym jest bieda. Bo w dzisiejszym świecie nie zawsze jest to oczywiste. Dopiero znając definicję, będziemy mogli ją ocenić i zrozumieć. Najpierw popatrzę na świat z własnej perspektywy. Otóż mnie do przetrwania potrzebne jest około półtora tysiąca kalorii dziennie, suche i ciepłe miejsce do spania i jakieś ubranie. Chciałbym się też umyć, potrzebuję kosmetyków. I ważna jest dla mnie świadomość, że ktoś mnie lubi. Wszystko, co mam ponad to, wynika z nawyków, okoliczności, kaprysów i jakichś tam konieczności. Akurat w moim wypadku nawet jeśli coś mam, to nie znajduję czasu, aby z tego korzystać. Należę do szerokiego grona ludzi zapracowanych czy też zaaferowanych swoimi zajęciami. Przestałem na przykład kupować płyty, bo i tak nie mam kiedy ich słuchać.

[4] Dobrze jest urodzić się we właściwym czasie i miejscu. A miałem okazję studiować, a potem współpracować z księdzem Józefem Tischnerem. Związki Krakowa z determinacją do „rozpracowania” marksizmu są dość duże. W tym względzie fundamentalną pracę wykonał ks. prof. Kazimierz Kłósak (1911–1982). Podjął się zadania przeczytania i przeanalizowania wszystkiego, jeśli chodzi o Marksa. Wydał Materializm dialektyczny. Studia krytyczne (Kraków 1948). Jego praca stała się nie tylko przyczynkiem do myślenia o marksizmie w środowisku kościelnym, ale była ważną publikacją również dla polskich marksistów. Jego analizy wpłynęły na postawę, działanie i myślenie zarówno ks. Karola Wojtyły, jak i ks. Józefa Tischnera. Encyklika Jana Pawła II Laborem exercens wydana w 1981 roku jest dobrym tego przykładem. Ksiądz Tischner opublikował w 1979 roku Filozofię chrześcijańską w dialogu z marksizmem, a w 1981 Etykę Solidarności i stał się głównym filozofem przemian społecznych lat osiemdziesiątych w naszym kraju. Mogę więc jedynie stwierdzić: oto źródła mojego myślenia. I okazać tym ludziom wdzięczność.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sztuka kochania Wybieraj wystarczająco dobrze Porąb i spal Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu