Pippi wchodzi na pokład

Pippi wchodzi na pokład

Autorzy: Astrid Lindgren

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Kategorie: Dla dzieci Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 152

Cena książki papierowej: 21.90 zł

cena od: 13.93 zł

Druga książeczka o przygodach Pippi!

Kto jest najsilniejszą, najbogatszą i najbardziej samodzielną dziewczynką na świecie? Oczywiście Pippi Pończoszanka z Willi Śmiesznotki! Zna dużo ciekawszych zajęć niż chodzenie do szkoły, jest niezwykle odważna i żaden łobuz jej niestraszny. W towarzystwie Pippi nie grozi ci nuda!

Astrid Lindgren

Pippi wchodzi na pokład

Fragment

Przełożyła

Teresa Chłapowska

Wersja elektroniczna książki nie zawiera ilustracji

* * *

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Pippi wchodzi na pokład Fragment

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Zajrzyj na strony:

PIPPI WCIĄŻ MIESZKA W WILLI ŚMIESZNOTCE

PIPPI CHODZI PO SKLEPACH

PIPPI PISZE LIST I IDZIE DO SZKOŁY – ALE TYLKO NA KRÓTKO

PIPPI IDZIE NA SZKOLNĄ WYCIECZKĘ

PIPPI IDZIE NA JARMARK

STATEK PIPPI ULEGA ROZBICIU

MIŁE ODWIEDZINY U PIPPI

PIPPI URZĄDZA PRZYJĘCIE POŻEGNALNE

PIPPI WCHODZI NA POKŁAD

Strona redakcyjna

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

PIPPI WCIĄŻ MIESZKA W WILLI ŚMIESZNOTCE

Jest takie jedno małe, malutkie miasteczko, gdzie komuś przejezdnemu, gdyby się zjawił i zapuścił trochę za daleko na przedmieścia, ukazałaby się Willa Śmiesznotka. Choć dom ten, stary i rozlatujący się, otoczony dość zaniedbanym ogrodem, nie jest specjalnie wart oglądania, przybysz prawdopodobnie przystanąłby, zaciekawiony, kto w nim może mieszkać. Wszyscy w tym malutkim miasteczku wiedzieli oczywiście, kto mieszka w Willi Śmiesznotce i dlaczego na werandzie stoi koń, lecz ktoś przejezdny nie mógł tego przecież wiedzieć. Dlatego też z pewnością by się zdziwił.

A już ogarnęłoby go prawdziwe zdumienie, gdyby o późnej porze, prawie nocą, zobaczył, że po ogrodzie chodzi sobie mała dziewczynka, która chyba wcale nie zamierza iść spać. Wtedy gość na pewno by pomyślał: „Ciekawe, dlaczego mama tej dziewczynki nie przypilnuje, żeby poszła się położyć. Przecież o tej godzinie wszystkie dzieci już śpią”.

Skąd bowiem ów przybysz miałby wiedzieć, że ta mała dziewczynka nie ma mamy? Prawdę mówiąc, nie miała też tatusia, w każdym razie nie w domu. Po prostu mieszkała całkiem sama w Willi Śmiesznotce. No, może nie tak całkiem sama. Bo na werandzie mieszkał jej koń. I miała też małpkę, która nazywała się Pan Nilsson. Jednakże o tym wszystkim nie mógłby mieć, rzecz jasna, najmniejszego pojęcia ktoś, kto by się znalazł w miasteczku przejazdem. Gdyby jednak ta mała dziewczynka podeszła do furtki – a zrobiłaby to na pewno, bo lubiła rozmawiać z ludźmi – ten ktoś mógłby się jej dokładnie przyjrzeć. I wtedy z pewnością pomyślałby sobie:

„W życiu nie widziałem tak piegowatego i rudego dziecka!”.

A potem pomyślałby może:

„Właściwie to nawet ładnie być piegowatym i rudym. W każdym razie, jeżeli się wygląda tak radośnie jak ona”.

I może przybysz chciałby się dowiedzieć, kim jest ta mała, ruda dziewczynka, która wałęsa się sama o zmroku. Stojąc tuż przy furtce, wystarczyłoby zapytać:

„Jak się nazywasz?”.

Z pewnością odpowiedziałby mu bardzo wesoły głos:

„Nazywam się Pippilotta Viktualia Firandella Złotmonetta Pończoszanka, jestem córką kapitana Efraima Pończochy, dawnego postrachu mórz, obecnie króla murzyńskiego. Ale wszyscy nazywają mnie po prostu Pippi”.

A więc tak to było. Ta dziewczynka nazywała się Pippi Pończoszanka. I jeśli twierdziła, że tatuś jest królem murzyńskim, to dlatego, że sama w to wierzyła. Kiedyś bowiem, gdy pływała po morzach, fala zniosła jej tatusia z pokładu i ślad po nim zaginął. Ponieważ jednak tatuś był dość gruby, Pippi nie wierzyła, by mógł zatonąć. Przypuszczała raczej, że dopłynął do lądu, do jakiejś wyspy, gdzie było mnóstwo Murzynów, i został ich królem. W to właśnie wierzyła.

Niewykluczone, że ów nieznajomy podróżnik, jeżeli miałby dość czasu i nie musiał zdążyć na pociąg tego samego wieczoru, wdałby się w dłuższą rozmowę z Pippi i dowiedziałby się pomału, że mieszka całkiem sama w Willi Śmiesznotce, mając do towarzystwa tylko konia i małpkę. A jeżeli przybysz miałby dobre serce, pomyślałby z pewnością:

„Z czego właściwie żyje to biedne dziecko?”.

Bynajmniej jednak nie musiał się tym martwić.

„Jestem bogata jak troll” – mawiała Pippi. I rzeczywiście, była bogata. Miała całą walizkę złotych monet, które dał jej kiedyś tatuś. Tak więc nieznajomy podróżny nie powinien sądzić, że Pippi czegoś brakuje. Dawała sobie znakomicie radę bez taty i mamy. Nie było co prawda nikogo, kto by jej mówił, kiedy ma się położyć wieczorem, ale Pippi i tu znalazła rozwiązanie: sama to sobie mówiła! Czasem robiła to dopiero o dziesiątej, bo jej zdaniem dzieci wcale nie muszą koniecznie kłaść się spać o siódmej. Przecież właśnie wtedy jest najzabawniej. Dlatego też przejezdny nieznajomy w ogóle nie powinien się dziwić, widząc Pippi spacerującą po ogrodzie, mimo że słońce już zaszło i zrobiło się trochę chłodno, a Tommy i Annika już od dawna głęboko spali w swoich łóżkach.

Kim byli Tommy i Annika? Ach, tego przecież też nie mógł wiedzieć ów przybysz. Tommy i Annika to oczywiście towarzysze zabaw Pippi. Mieszkali w domu obok Willi Śmiesznotki. Szkoda, że ów podróżny nie przyjechał trochę wcześniej, zobaczyłby wtedy Tommy’ego i Annikę. Zobaczyłby dwoje naprawdę miłych i grzecznych dzieci. Zastałby ich bez najmniejszej wątpliwości u Pippi – gdyby tylko znalazł się tam nieco wcześniej. Bo Tommy i Annika codziennie przybiegali do Pippi i zawsze u niej przesiadywali godzinami, nie było ich tylko wtedy, kiedy spali, jedli albo uczyli się w szkole. Lecz teraz, późnym wieczorem, byli już, rzecz jasna, w łóżkach, ponieważ Tommy i Annika mieli tatę i mamę i oboje, tata i mama, uważali, że wszystkim dzieciom najlepiej służy kładzenie się spać o siódmej.

Gdyby podróżujący nieznajomy miał naprawdę dużo czasu, stałby pewnie jeszcze przez chwilę, mimo że Pippi powiedziałaby mu „dobranoc” i odeszła od furtki. Bo chciałby zobaczyć, co ona będzie robić w samotności i czy NAPRAWDĘ zamierza wejść do domu i niedługo się położyć. Mógłby skryć się za furtką i ostrożnie się przypatrywać. I co by było, gdyby Pippi zrobiła to, co robiła czasem wieczorami, kiedy miała ochotę na konną przejażdżkę? Co by było, gdyby weszła na werandę, podniosła wysoko konia w swych silnych ramionach i poszła z nim do ogrodu? Wówczas nieznajomy podróżny na pewno przetarłby oczy i pomyślał, że chyba śni.

„A cóż to za dzieciak? – powiedziałby może sam do siebie, stojąc za furtką. – Zdaje mi się, że ona potrafi podnieść konia! To najdziwniejsze dziecko, jakie kiedykolwiek widziałem!”.

I tu miałby rację. Pippi była najdziwniejszym dzieckiem ze wszystkich dzieci – w tym miasteczku w każdym razie. Może gdzie indziej były jeszcze dziwniejsze dzieci, ale w tym małym, malutkim miasteczku nie było nikogo, kto dałby się porównać z Pippi Pończoszanką. A już na pewno nigdzie, ani tu, ani na żadnym innym skrawku kuli ziemskiej, nie było nikogo tak silnego jak ona.

PIPPI CHODZI PO SKLEPACH

Pewnego pięknego, wiosennego dnia, gdy słońce świeciło, ptaszki ćwierkały i woda płynęła we wszystkich rowach, Tommy i Annika przybiegli w podskokach do Pippi. Tommy miał kilka kostek cukru dla konia i oboje z Anniką zatrzymali się na chwilę na werandzie, żeby go poklepać. Potem weszli do Pippi. Pippi spała. Trzymała nogi na poduszce, a głowę głęboko pod kołdrą. Zawsze spała w ten sposób. Annika uszczypnęła ją w duży palec u nogi i powiedziała:

– Obudź się!

Mały makak, Pan Nilsson, który już nie spał, wskoczył na lampę wiszącą u sufitu. Pod kołdrą coś powoli zaczęło się ruszać i nagle wyjrzała ruda głowa. Pippi otworzyła jasne oczy i szeroko się uśmiechnęła.

– To wy, u licha, szczypiecie mnie w palce! A mnie się śniło, że to mój tatuś, król murzyński, chce sprawdzić, czy mam nagniotki.

Usiadła na brzegu łóżka i wciągnęła pończochy, jedną brązową, drugą czarną.

– Nie, nie ma się nagniotków, póki się nosi te buty – powiedziała, wkładając nogi do wielkich, czarnych butów, dokładnie dwa razy za dużych.

– Pippi – spytał Tommy – co będziemy robili? Annika i ja nie mamy dziś szkoły!

– No, to warto się nad tym zastanowić – odpowiedziała Pippi. – Nie możemy tańczyć dookoła choinki, bośmy ją wyrzucili trzy miesiące temu. Wtedy można też było biegać po lodzie przez całe przedpołudnie. Dość zabawnie byłoby szukać złota w ziemi, ale tego też nie możemy robić, bo nie wiemy, gdzie ono jest. Zresztą znajduje się je przeważnie na Alasce, a tam jest tylu poszukiwaczy złota, że nie sposób się dopchać. Musimy wymyślić coś innego.

– Coś zabawnego – powiedziała Annika.

Pippi splotła włosy w dwa twarde, sterczące warkoczyki. Zastanawiała się.

– Jak by to było, gdybyśmy wybrali się do miasta i pochodzili po sklepach? – powiedziała w końcu.

– Ale nie mamy pieniędzy – zauważył Tommy.

– Ja mam – odparła Pippi. I żeby to udowodnić, poszła otworzyć walizkę, w której było pełno złotych monet. Wzięła ich dużą garść i włożyła do kieszeni fartuszka, z samego przodu.

– Gdybym tylko miała kapelusz, byłabym gotowa do wyjścia – powiedziała.

Kapelusza jednak nigdzie nie było. Pippi zajrzała najpierw do skrzyni na drewno, lecz tam dziwnym trafem nie znalazła go. Potem zajrzała do pudełka na chleb w spiżarce, ale leżała w nim tylko podwiązka, a prócz niej popsuty budzik i mały sucharek. Wreszcie zajrzała na półkę na kapelusze, ale tam też nie było nic oprócz patelni, śrubokrętu i kawałka sera.

– Wszędzie bałagan, najmniejszej rzeczy nie można znaleźć – stwierdziła niezadowolona. – Choć co prawda od dawna brakowało mi tego kawałka sera. Szczęście, że się znalazł.

– Hej, kapeluszu! – krzyknęła. – Idziesz z nami do sklepów czy nie? Jeżeli się natychmiast nie pokażesz, to będzie za późno!

Ale kapelusz się nie pokazał.

– No tak – dodała Pippi ostro – sam sobie będziesz winien, skoro taki jesteś głupi. Żebym tylko nie słyszała żadnych narzekań, jak wrócę do domu.

Wkrótce potem można ich było zobaczyć podążających do miasta: Tommy’ego z Anniką i Pippi z Panem Nilssonem na ramieniu. Słońce cudownie świeciło, niebo było niebieskie, a dzieci bardzo szczęśliwe. W rowie wzdłuż drogi szemrała woda. To był bardzo głęboki rów.

– Lubię rowy – powiedziała Pippi i bez zastanowienia weszła do niego. Woda sięgała jej nad kolana, a kiedy zaczęła co sił skakać, Tommy i Annika dostali porządny prysznic.

– Udaję, że jestem statkiem – powiedziała Pippi, rozgarniając fale. Lecz wtem potknęła się i zniknęła pod powierzchnią wody. – A raczej łodzią podwodną – dodała niczym niespeszona, gdy tylko udało jej się złapać oddech.

– Ach, Pippi, całkiem się przemoczyłaś! – zawołała Annika.

– A co to szkodzi? – odparła Pippi. – Kto powiedział, że dzieci muszą koniecznie być suche? Słyszałam, że nacieranie zimną wodą jest bardzo zdrowe. Tylko tu u nas ludzie wbili sobie do głowy, że dzieci nie powinny wchodzić do rowów. W Ameryce rowy są tak pełne dzieci, że nie ma miejsca na wodę. Siedzą w nich przez cały rok. W zimie oczywiście całkiem zamarzają i głowy sterczą im nad lodem. Mamusie muszą przynosić im zupę owocową i mielone kotlety, bo nie mogą wrócić do domu na obiad. Ale za to są zdrowe jak rzepy, mówię wam!

W promieniach wiosennego słońca małe miasteczko wyglądało bardzo sympatycznie. Wąskie uliczki wybrukowane kocimi łbami przeciskały się trochę byle jak między rzędami domów. W ogródkach, przy prawie każdym domu, zaczynały rosnąć przebiśniegi i krokusy. Sklepów było w miasteczku sporo. Korzystając z tak pięknego dnia, dużo ludzi wybrało się po zakupy i dzwonki przy drzwiach sklepowych bez przerwy dzwoniły. Panie z koszykami przewieszonymi przez rękę szły po kawę, cukier, mydło i masło, sporo też dzieci wybiegło na miasto, żeby sobie kupić parę irysków albo paczkę gumy do żucia. Lecz najwięcej było takich, co nie miały pieniędzy i mogły tylko stać, biedaki, przed sklepem i PATRZEĆ na smakołyki po drugiej stronie szyby wystawowej.

Kiedy słońce właśnie najpiękniej świeciło, na Storgatan zjawiły się trzy małe postacie. Byli to Tommy i Annika, a z nimi Pippi, za którą ciągnęła się wąska, mokra smuga.

– Jacy my jesteśmy szczęśliwi! – powiedziała Annika. – Tyle tu sklepów, a my mamy kieszeń fartuszka pełną złotych monet!

Tommy na tę myśl też bardzo się ucieszył i wysoko podskoczył z radości.

– No, to może zaczniemy – powiedziała Pippi. – Przede wszystkim chciałabym sobie kupić pianino.

– Ależ, Pippi – zdziwił się Tommy – przecież nie umiesz grać na pianinie!

– Skąd mogę to wiedzieć, skoro nigdy nie próbowałam? – odparła Pippi. – Nigdy nie miałam pianina, żeby na nim pograć. A powiem ci, Tommy, że grać na pianinie bez pianina to wymaga strasznie długich ćwiczeń.

Nie trafili jednak na żaden sklep z pianinami. Doszli natomiast do perfumerii. W oknie wystawowym stało pudełko z maścią przeciw piegom, a napis obok pudełka głosił: „Dokuczają ci piegi?”.

– Co tam jest napisane? – zapytała Pippi.

Czytanie sprawiało jej sporo trudności, bo nie chciała chodzić do szkoły tak jak inne dzieci.

– Napisane jest: „Dokuczają ci piegi?” – odparła Annika.

– Ach tak – powiedziała Pippi po namyśle. – No dobrze, uprzejme pytanie wymaga uprzejmej odpowiedzi. Wejdźmy!

Pchnęła drzwi i weszła do sklepu, a tuż za nią Tommy i Annika. Za ladą stała starsza pani. Pippi podeszła wprost do niej.

– Nie – powiedziała zdecydowanie.

– Czego sobie życzysz? – spytała pani.

– Nie – powtórzyła Pippi.

– Nie rozumiem, o co ci chodzi – odparła pani.

– Nie, NIE dokuczają mi piegi – powiedziała Pippi.

Wtedy sprzedawczyni zrozumiała. Rzuciwszy jednak okiem na Pippi, wykrzyknęła:

– Ależ, dziecko drogie, masz przecież całą twarz w piegach!

– Oczywiście – odparła Pippi. – Ale nie dokuczają mi. Lubię je! Do widzenia!

I wyszła z perfumerii. W drzwiach odwróciła się i zawołała:

– Gdyby pani miała przypadkiem jakieś smarowidło, od którego robiłoby się JESZCZE WIĘCEJ piegów, to proszę mi przysłać do domu z siedem, osiem słoików!

Obok perfumerii był sklep z odzieżą damską.

– Jak dotąd nie załatwiliśmy żadnych zakupów – powiedziała Pippi. – Musimy wziąć się do tego energiczniej.

Weszli więc, Pippi pierwsza, za nią Tommy i Annika. Pierwszą rzeczą, jaka im się rzuciła w oczy, była bardzo elegancka lalka manekin w oknie wystawowym, ubrana w jedwabną suknię. Pippi podeszła i serdecznie potrząsnęła jej dłonią.

– Dzień dobry, dzień dobry – powiedziała. – Pani zapewne jest właścicielką tego sklepu? Niezmiernie mi miło panią poznać – mówiła dalej, potrząsając ręką lalki jeszcze serdeczniej.

Lecz wtedy stało się straszne nieszczęście: ramię manekina odczepiło się i wyśliznęło z jedwabnego rękawa. Pippi stała z długą, białą ręką lalki w dłoni. Tommy zaczerwienił się z przerażenia, Annika była bliska płaczu. Przybiegła sprzedawczyni i zaczęła okropnie krzyczeć na Pippi.

– Uspokój się o parę deka – powiedziała Pippi po chwili milczenia. – Myślałam, że w tym sklepie jest samoobsługa, i chciałam kupić tę rękę.

Wtedy sprzedawczyni jeszcze bardziej się rozzłościła i wrzasnęła, że manekin nie jest na sprzedaż. A już w żadnym razie nie można kupić tylko jednej ręki. I że Pippi musi, oczywiście, zapłacić całą sumę za całego manekina, ponieważ go uszkodziła.

– Niezwykle to dziwne – odparła Pippi. – Na szczęście nie we wszystkich sklepach są tacy zwariowani sprzedawcy. Co by było, gdybym na przykład chciała mieć przecier z rzepy na obiad i poszłabym do rzeźnika, i poprosiła o golonkę, a on wmusiłby we mnie całą maciorę?

Mówiąc to, wyciągnęła eleganckim gestem parę złotych monet z kieszeni fartuszka i rzuciła je na ladę. Sprzedawczyni zaniemówiła ze zdziwienia.

– Czyżby ta baba kosztowała więcej? – zapytała Pippi.

– Ach nie, skądże, nawet tyle nie kosztuje! – zapewniła sprzedawczyni, kłaniając się uprzejmie.

– Niech pani sobie zatrzyma resztę i kupi swoim dzieciom coś dobrego – powiedziała Pippi, kierując się do drzwi.

Sprzedawczyni pobiegła za nią, gnąc się w ukłonach i pytając, dokąd ma odesłać manekina.

– Chcę tylko tę rękę i wezmę ją ze sobą – odparła Pippi. – To, co zostanie, może pani rozdać biednym. Żegnam!

– Ale NA CO ci ta ręka? – spytał Tommy, gdy znaleźli się na ulicy.

– Ta ręka? – odparła Pippi. – Na co mi? Ludzie mają przecież zęby do wyjmowania i peruki do nakładania, czasem nawet nosy do przyklejania. Dlaczego ja nie miałabym mieć małej, odczepianej ręki? Zresztą muszę wam powiedzieć, że to niezwykle praktyczne mieć trzy ręce. Pamiętam, jak kiedyś, żeglując z tatusiem po morzach, przypłynęliśmy do jednego miasta, w którym wszyscy ludzie mieli trzy ręce. Sprytne, co? Wyobraźcie sobie, że jak jedli i trzymali w jednej dłoni widelec, a w drugiej nóż, i nagle musieli koniecznie podłubać w nosie albo podrapać się w ucho, to trzecia ręka w sam raz im się przydawała. Oszczędzali w ten sposób sporo czasu…

Pippi myślała przez chwilę.

– Fe, znowu kłamię – powiedziała. – To dziwne. Nagle wychodzą ze mnie jak bańki całe masy kłamstw i nic na to nie mogę poradzić. Prawdę mówiąc, wcale w tym mieście nie mieli trzech rąk. Tylko dwie.

Znów zamilkła, zastanawiając się nad czymś.

– W dodatku wielu miało tylko jedną rękę – powiedziała. – Dokładnie mówiąc, byli nawet tacy, co w ogóle nie mieli rąk, i żeby jeść z talerza, musieli się przy nim położyć. Nie mogli w żaden sposób podrapać się w ucho, musieli prosić o to swoje mamusie. Tak to było.

Potrząsnęła głową, zmartwiona.

– W każdym razie nigdy nigdzie nie widziałam tak mało rąk jak właśnie w tym mieście. Ale to akurat do mnie podobne: zawsze muszę się robić ważna i zwracać na siebie uwagę, i wymyślać jakieś takie rzeczy, że na przykład ludzie mają więcej rąk niż naprawdę.

I pomaszerowała dalej z ręką manekina śmiało przerzuconą przez ramię. Zatrzymała się przed sklepem z cukierkami. Stała przed nim gromadka dzieci przyglądających się w głębokiej zadumie wszystkim wspaniałościom wystawionym za szybą. Były tam duże słoje, pełne czerwonych, niebieskich i zielonych cukierków, długie rzędy tabliczek czekolady, wysokie stosy gumy do żucia i ogromnie kuszące lizaki, nic więc dziwnego, że wśród dzieci przypatrujących się temu wszystkiemu rozlegały się co jakiś czas ciężkie westchnienia. Nie miały bowiem pieniędzy, nawet marnych pięciu öre1.

– Pippi, może wejdziemy do TEGO sklepu? – powiedział ochoczo Tommy, ciągnąc ją za sukienkę.

– Owszem, do TEGO sklepu wejdziemy – odparła Pippi z naciskiem. – Nawet do samego środka.

Tak też zrobili.

– Poproszę osiemnaście kilo cukierków – powiedziała Pippi, machając złotym pieniążkiem.

Sprzedawczyni otworzyła szeroko usta. Nie zdarzało się, by ktoś kupował tyle cukierków naraz.

– Masz zapewne na myśli osiemnaście cukierków? – powiedziała.

– Mam na myśli osiemnaście KILO cukierków – odparła Pippi i położyła złotą monetę na ladzie.

Wtedy sprzedawczyni zaczęła szybko wsypywać cukierki do dużych toreb. Tommy i Annika stali obok, pokazując, które gatunki są najlepsze. Były tam takie jedne czerwone, szczególnie smaczne. Kiedy się possało przez chwilę taki cukierek, miało się nagle w ustach cudowną maź. Były też inne, zielone i kwaśne, również niczego sobie. Nieźle też smakowały marmoladki malinowe i łódeczki lukrecjowe.

– Weźmiemy po trzy kilo każdych – zaproponowała Annika. Tak też zrobili.

– I proszę jeszcze sześćdziesiąt lizaków i siedemdziesiąt dwie paczki irysków. Poza tym, jak sądzę, sto trzy papierosy czekoladowe powinny wystarczyć – powiedziała Pippi. – Ale w takim razie muszę mieć małe taczki, żeby to wszystko zabrać.

Sprzedawczyni powiedziała, że z pewnością można kupić taczki w sklepie z zabawkami obok.

Przed sklepem z cukierkami zgromadziło się teraz sporo dzieci, zaglądały przez okno półprzytomne z podniecenia na widok Pippi robiącej zakupy. Pippi szybko wskoczyła do sklepu z zabawkami, kupiła taczki i załadowała na nie wszystkie torby. Rozejrzała się i zawołała:

– Jeżeli jest tu jakieś dziecko, które NIE JE cukierków, niech wystąpi!

Nikt się nie ruszył.

– Dziwna rzecz – powiedziała. – Czy w takim razie są jakieś dzieci, które JEDZĄ cukierki?

Wtedy wystąpiło ich dwadzieścia troje. Tommy i Annika też, oczywiście.

– Tommy, otwórz torebki – powiedziała Pippi.

Tommy zrobił, jak kazała. I zaczęło się takie jedzenie cukierków, jakiego nigdy jeszcze nie widziano w tym miasteczku. Dzieci napchały sobie pełno cukierków do ust, i tych czerwonych z dobrą mazią w środku, i zielonych kwaśnych, i łódeczek lukrecjowych, wszystkich naraz. Czekoladowy papieros zawsze można było trzymać w kąciku ust, bo smak czekolady harmonizował z marmoladkami malinowymi. Ze wszystkich stron przybiegały coraz to inne dzieci, a Pippi rozdawała cukierki pełnymi garściami.

– Zdaje mi się, że będę musiała kupić drugie osiemnaście kilo – powiedziała. – Bo inaczej nic nie zostanie do jutra.

I kupiła jeszcze raz osiemnaście kilo, ale mimo to niewiele zostało na drugi dzień.

– Chodźmy teraz do następnego sklepu – powiedziała, wchodząc do sklepu z zabawkami.

Wszystkie dzieci poszły za nią. W sklepie tym było dużo ładnych rzeczy: pociągi na szynach i nakręcane samochody, małe śliczne laleczki w eleganckich sukienkach, serwisy dla lalek i pistolety na kapiszony, ołowiane żołnierzyki, pluszowe psy i słonie, zakładki do książek i pajace na sznurku.

– Czym mogę służyć? – zapytała sprzedawczyni.

– Może pani służyć wszystkim po trochu – odpowiedziała Pippi, rozglądając się badawczo po półkach. – Odczuwamy duży brak na przykład pajaców na sznurku – ciągnęła dalej – a także pistoletów na kapiszony. Ale mam nadzieję, że da się temu w jakiś sposób zaradzić.

Mówiąc to, wyciągnęła całą garść złotych monet. A potem dzieci mogły wybierać to, czego według nich najbardziej było im potrzeba. Annika zdecydowała się na prześliczną lalkę z jasnymi, kręconymi włosami, w różowej, jedwabnej sukience. Lalka mówiła „mama”, jak się ją nacisnęło w brzuch. Tommy chciał mieć wiatrówkę i lokomotywę. Dostał je. Inne dzieci też wybierały to, co chciały mieć, a kiedy Pippi skończyła kupowanie, w sklepie mało co zostało. Jedynie kilka zakładek do książek i trochę klocków. Pippi dla siebie w ogóle nic nie kupiła, ale Pan Nilsson dostał lusterko.

Tuż przed opuszczeniem sklepu kupiła jeszcze każdemu dziecku gwizdek i kiedy znaleźli się wszyscy na ulicy, dzieci zaczęły dmuchać w gwizdki, a Pippi wybijała takt ręką manekina. Jeden mały chłopiec martwił się, że w jego gwizdek nie można dmuchać. Pippi wzięła gwizdek i przyjrzała mu się.

– No tak, nic dziwnego, przecież dziura do dmuchania jest zapchana gumą do żucia! Gdzieś ty znalazł ten skarb? – spytała, wydłubując dużą, białą kulkę. – O ile wiem, ja nie kupowałam wam gumy do żucia.

– Miałem ją od piątku – powiedział chłopiec.

– I nie boisz się, że ci buzia zarośnie? Mnie się zdaje, że tak zwykle kończą wszyscy, co żują gumę.

Oddała chłopcu gwizdek i potem gwizdał już na nim równie wesoło jak inne dzieci. Na Storgatan zrobiło się takie zamieszanie, że po chwili przyszedł policjant, żeby zobaczyć, co się dzieje.

– Co to za hałasy?! – krzyknął.

– To marsz paradny pułku Kronoberg – odpowiedziała Pippi. – Ale nie jestem pewna, czy wszystkie dzieci to wiedzą. Pewnie część z nich myśli, że gramy „Grzmijcie jak burza, bracia”2.

– Macie natychmiast przestać! – wrzasnął policjant, zatykając sobie uszy. Pippi, na pocieszenie, poklepała go po plecach ręką manekina.

– Bądź zadowolony, że nie kupiliśmy puzonów – powiedziała.

Powoli, jedne po drugich, gwizdki ucichły. W końcu tylko z gwizdka Tommy’ego wydobywało się co jakiś czas małe piśnięcie. Policjant oświadczył bardzo stanowczo, że na Storgatan nie może być żadnego zbiegowiska i że wszyscy mają iść do domu. Dzieci chętnie się zgodziły, bo chciały wypróbować swoje nakręcane pociągi, poprowadzić trochę samochody i posłać łóżka nowym lalkom. Wróciły więc do domów wesołe i zadowolone. Tego dnia żadne z nich nie jadło kolacji.

Pippi, Tommy i Annika też poszli do siebie. Pippi ciągnęła taczki, patrząc na wszystkie mijane szyldy i starając się je jak najlepiej odczytać.

– A-p-t-e-k-a. Czy to nie tu kupuje się likarstwa? – zapytała.

– Tak, tu się kupuje LEKARSTWA – odparła Annika.

– Och, w takim razie muszę zaraz wejść – powiedziała Pippi.

– Przecież nie jesteś chora – zdziwił się Tommy.

– Jakim się nie jest, takim można być – odpowiedziała Pippi. – Każdego roku całe mnóstwo ludzi choruje i umiera tylko dlatego, że nie kupują likarstw w porę. Nie dopuszczę, żeby mnie coś takiego spotkało.

W aptece stał aptekarz i ugniatał pigułki. Zamierzał ugnieść jeszcze tylko kilka, bo było późno, i wkrótce miał zamknąć aptekę. Lecz właśnie Pippi z Tommym i Anniką podeszli do lady.

– Poproszę cztery litry likarstwa – powiedziała Pippi.

– Jakiego lekarstwa? – spytał aptekarz niecierpliwie.

– Najlepiej takiego, co jest dobre na chorobę – odparła Pippi.

– Na jaką chorobę? – powiedział aptekarz jeszcze bardziej niecierpliwie.

– No, takiego, żeby pomogło na koklusz i na obtarcie nogi, i na ból brzucha, i na różyczkę, i też jeżeli ktoś wcisnął groch do nosa, i na trochę innych rzeczy. Dobrze by było, gdyby dało się również odświeżyć nim meble. To ma być takie naprawdę wspaniałe likarstwo.

Aptekarz wyjaśnił, że żadne lekarstwo nie jest aż tak wspaniałe. Są różne lekarstwa na różne choroby, stwierdził, a gdy Pippi wymieniła jeszcze z dziesięć innych dolegliwości, które też chciałaby wyleczyć, wystawił na ladę szereg butelek. Na niektórych napisał „Zewnętrznie” i to znaczyło, że tym lekarstwem można się tylko smarować. Pippi zapłaciła, wzięła butelki, podziękowała i wyszła. Tommy i Annika wyszli za nią. Aptekarz spojrzał na zegarek i uznał, że czas kończyć pracę. Zamknął dokładnie drzwi za dziećmi i pomyślał sobie, jak to teraz będzie przyjemnie wrócić do domu i coś zjeść.

Tymczasem Pippi, wyszedłszy z apteki, postawiła butelki na chodniku.

– Ojej, o mało nie zapomniałam najważniejszego – powiedziała.

Drzwi już były zamknięte, więc przyłożyła palec wskazujący do dzwonka. Przyciskała długo i mocno. Tommy i Annika słyszeli, jak w środku apteki rozlega się ostre dzwonienie. Po chwili otworzyło się okienko w drzwiach – to, przez które można było kupić lekarstwo, jeśli ktoś zachorował w nocy. Aptekarz wystawił głowę. Był czerwony.

– Czego jeszcze chcesz? – odezwał się gniewnie.

– Ach, przepraszam, kochany aputekarzu – powiedziała Pippi – ale przypomniała mi się jedna rzecz. Pan aputekarz tak się dobrze zna na chorobach… proszę mi powiedzieć, co jest lepsze na ból brzucha: najeść się gorącej kaszanki czy moczyć cały brzuch w zimnej wodzie?

Twarz aptekarza zrobiła się jeszcze bardziej czerwona.

– Zmykaj stąd – krzyknął – i to natychmiast, bo jak nie, to!…

I zatrzasnął okienko.

– Ale był zły, niech go gęś kopnie – powiedziała Pippi. – Można by pomyśleć, że coś zmajstrowałam.

Zadzwoniła jeszcze raz i nie upłynęło nawet kilka sekund, jak aptekarz znowu ukazał się w okienku. Był straszliwie czerwony.

– Gorąca kaszanka jest może odrobinę ciężkostrawna – powiedziała Pippi, patrząc na niego przyjaźnie.

Aptekarz nie odpowiedział, tylko znów zatrzasnął z hukiem okienko.

– No, dobrze – Pippi wzruszyła ramionami – w takim razie wypróbuję ciepłą kaszankę. Sam siebie będzie musiał winić, jeżeli mi to zaszkodzi.

Usiadła spokojnie na schodkach przed apteką i ustawiła butelki rzędem.

– I pomyśleć, jacy ci dorośli są niepraktyczni – powiedziała. – Dał mi – niech no zobaczę – osiem butelek, a wszystko razem zmieściłoby się doskonale w jednej. Ale ma się, na szczęście, trochę zdrowego, chłopskiego rozumu.

Mówiąc to, wyjęła korki i wlała wszystkie lekarstwa do jednej butelki. Potrząsnęła nią energicznie, podniosła do ust i wypiła kilka sporych łyków. Annika, która wiedziała, że niektóre lekarstwa były do smarowania, a nie do picia, trochę się zaniepokoiła.

– Pippi – powiedziała – skąd wiesz, że to lekarstwo nie jest trujące?

– Zauważę to – odparła Pippi wesoło. – Zauważę najpóźniej jutro rano. Jeżeli dalej będę żyła, to ono nie jest trucizną i wtedy każde, najmniejsze nawet, dziecko będzie mogło je pić.

Tommy i Annika się zadumali. Po chwili Tommy odezwał się z pewnym przygnębieniem i powątpiewaniem:

– No, a co będzie, jeżeli JEST TRUJĄCE?

– Wtedy możecie wziąć resztę i odświeżyć meble w jadalnym – powiedziała Pippi. – Trujące czy nie, w każdym razie likarstwo nie było kupione niepotrzebnie.

Wzięła butelkę i włożyła ją do jednej z taczek. Znajdowały się już w nich: ręka manekina, lokomotywa, wiatrówka Tommy’ego, lalka Anniki i torebka z pięcioma czerwonymi cukierkami. Tyle tylko zostało z tych osiemnastu kilo. Siedział tam też Pan Nilsson. Był zmęczony i chciał już jechać.

– Zresztą powiem wam, że według mnie to jest naprawdę dobre likarstwo. Już się czuję znacznie zdrowsza. Czuję się najbardziej zdrowa i wesoła w ogonie – stwierdziła Pippi, kołysząc swym małym siedzeniem. Po czym pchnęła taczki i nieco chwiejnie ruszyła w stronę domu, do Willi Śmiesznotki. Tommy i Annika szli obok niej. Czuli, że trochę, troszeczkę, ale jednak boli ich brzuch.

Öre – moneta szwedzka, setna część korony. [wróć]

Pieśń socjaldemokratów szwedzkich. [wróć]

PIPPI PISZE LIST I IDZIE DO SZKOŁY – ALE TYLKO NA KRÓTKO

– Dziś – powiedział Tommy – oboje z Anniką napisaliśmy list do naszej babci.

– Ach tak – odparła Pippi, nie przestając mieszać w garnku rączką parasola. – Robię sobie pyszny obiad – powiedziała i wetknęła nos do garnka, żeby powąchać. – „Gotować przez godzinę, dobrze mieszając, podawać natychmiast, bez imbiru”. Co mówisz? Napisałeś do babci?

– Tak – odrzekł Tommy, który siedział na skrzyni na drewno i wymachiwał nogami. – Pewnie niedługo dostaniemy od niej odpowiedź.

– Ja nigdy nie dostaję żadnych listów – powiedziała Pippi z wyrzutem.

– Bo ich nie piszesz – zauważyła Annika. – Nie można dostawać listów, jak się nie pisze.

– A to tylko dlatego, że nie chcesz chodzić do szkoły. Nie nauczysz się liter, nie chodząc do szkoły.

– Umiem przecież pisać – powiedziała Pippi. – Znam całe mnóstwo liter. Fridolf, marynarz na statku mojego tatusia, nauczył mnie naprawdę dużo liter. Jasne, że umiem pisać. Nie wiem tylko o czym. O czym pisze się zwykle w listach?

– No więc ja na przykład – powiedział Tommy – pytam najpierw babcię, jak się miewa, i zawiadamiam, że sam miewam się dobrze. Potem piszę trochę o pogodzie i tak dalej. Dziś napisałem też, że zabiłem dużego szczura w piwnicy.

Pippi się zastanawiała.

– Należy mi się prawdziwe współczucie. Nie dostaję żadnych listów, a wszystkie inne dzieci dostają. Tak dalej nie może być. Skoro nie mam babci, która by do mnie pisała, to równie dobrze mogę pisać sama do siebie. I zrobię to natychmiast, już.

Otworzyła drzwiczki pieca i zajrzała do środka.

– Powinien tu leżeć ołówek, o ile dobrze pamiętam.

Ołówek był. Pippi wzięła go, rozdarła na dwie części dużą, białą, papierową torebkę i usiadła przy stole kuchennym. Na jej czole powstały głębokie bruzdy, a twarz przybrała wyraz wielkiego skupienia.

– Nie przeszkadzajcie mi teraz, muszę myśleć – oświadczyła.

Tommy i Annika postanowili pobawić się trochę przez ten czas z Panem Nilssonem. Zaczęli ubierać go i rozbierać, Annika spróbowała też położyć go do zielonego łóżka dla lalek, gdzie było jego miejsce do spania. Chciała bawić się w pielęgniarkę. Tommy miał być doktorem, a Pan Nilsson chorym dzieckiem. Ale on z uporem wyłaził z łóżka i szybkim susem zawisał na ogonie na lampie pod sufitem. Pippi łypnęła jednym okiem znad stołu.

– Głupi Pan Nilsson – powiedziała. – Chorym dzieciom nie wolno wisieć na ogonie pod lampą. W każdym razie nie tu w kraju. Słyszałam, że zdarza się to w południowej Afryce. Tam, jak tylko dziecko dostanie gorączki, wieszają je na lampie. I musi tak wisieć, dopóki nie wydobrzeje. Ale my teraz nie jesteśmy w południowej Afryce, śmiem zauważyć.

W końcu Tommy i Annika zostawili Pana Nilssona w spokoju i zajęli się czyszczeniem konia. Koń bardzo się ucieszył, gdy przyszli do niego na werandę. Obwąchał im dłonie, chcąc sprawdzić, czy może poczęstują go cukrem. Annika zaraz pobiegła i przyniosła kilka kostek.

Pippi pisała i pisała. Aż wreszcie list został skończony. Nie miała koperty, więc Tommy szybko przyniósł jej jedną od siebie z domu. Dał jej też znaczek. Pippi porządnie napisała na kopercie swoje imię i nazwisko: „Panna Pippilotta Pończoszanka, Willa Śmiesznotka”.

– O czym napisałaś w liście? – zaciekawiła się Annika.

– Skąd mogę wiedzieć – odpowiedziała Pippi. – Przecież go jeszcze nie dostałam.

W tym właśnie momencie koło Willi Śmiesznotki przechodził listonosz.

– Ma się czasem szczęście – powiedziała Pippi – spotyka się listonosza właśnie wtedy, kiedy się go naprawdę potrzebuje.

Wybiegła na drogę.

– Bardzo proszę, niech pan zaraz weźmie ten list do Pippi Pończoszanki – powiedziała. – To pilne.

Listonosz spojrzał najpierw na list, potem na Pippi.

– Czy to nie ty jesteś Pippi Pończoszanka? – zapytał.

– Oczywiście, a pan myślał, że kim jestem? Cesarzową Abisynii?

– Dlaczego w takim razie go oddajesz? – spytał listonosz.

– Dlaczego? To ja miałabym sama zajmować się listami? Nie, tego już za wiele! Czy doszło już do tego, że ludzie sami mają sobie zanosić listy? Po co są w takim razie listonosze? Najlepiej wyrzucić ich wszystkich za jednym zamachem. Nigdy nie słyszałam czegoś tak głupiego! Nie, mój chłopcze, jeżeli w ten sposób wykonujesz swoją pracę, to nigdy nie zostaniesz poczmistrzem, jak babcię kocham!

Listonosz uznał, że nic się nie stanie, jeśli spełni jej życzenie. Podszedł do skrzynki przy Willi Śmiesznotce i wrzucił list. Ledwo list zdążył wpaść do środka, a już Pippi wyciągnęła go z wielkim podnieceniem.

– Ach, jaka jestem ciekawa – powiedziała do Tommy’ego i Anniki. – To pierwszy list, jaki w życiu dostałam.

Wszyscy troje usiedli na schodkach werandy i Pippi otworzyła kopertę. Tommy i Annika czytali jej przez ramię. Było tam napisane tak:

Kohana PiPpi, fcaLE nie

hoRA, mAM NADzieJE.

Ja JEStem ZDRowa.

POgoDA TESZ Nie jest

Zła. fczoRAj ToMY

ZaBił DUŻEGO

szczóra, naPRawde.

PoZDROwieniA

od PiPPi

– Ach – zachwyciła się Pippi. – To samo jest w moim liście, co w twoim do twojej babci, Tommy. Więc to na pewno jest prawdziwy list. Będę go przechowywać do końca życia.

Włożyła go z powrotem do koperty, a kopertę schowała do jednej z małych szufladek w dużym, żaluzjowym biurku stojącym w salonie. Dla Tommy’ego i Anniki jednym z najzabawniejszych zajęć było oglądanie wszystkich pięknych rzeczy w biurku Pippi. Pippi często dawała im jakiś mały upominek, a mimo to szuflady nadal były pełne.

– W każdym razie – powiedział Tommy, kiedy Pippi schowała kopertę – zrobiłaś w tym liście bardzo dużo błędów ortograficznych.

– Powinnaś naprawdę pochodzić do szkoły i nauczyć się trochę lepiej pisać – dodała Annika.

– Dziękuję – odpowiedziała Pippi. – Byłam kiedyś w szkole przez cały jeden dzień i tak nasiąknęłam wiedzą, że jeszcze teraz mózg mi chlupocze.

– Będzie wycieczka niedługo – powiedziała Annika. – Pójdziemy całą klasą.

– O zgrozo! – zawołała Pippi, przygryzając czubek warkoczyka. – To straszne. Ja naturalnie nie będę mogła pójść. Tylko dlatego, że nie chodzę do szkoły. Zupełnie, jakby ludzie myśleli, że mogą robić z kimś, co chcą, tylko dlatego, że ten ktoś nie chodził do szkoły i nie uczył się tabliczki schorzenia.

– Mnożenia – poprawiła ją Annika z naciskiem.

– No właśnie, tak jak mówię – schorzenia.

– Będziemy szli całą milę, aż do lasu. I tam będziemy się bawili – powiedział Tommy.

– O zgrozo! – powtórzyła Pippi.

Następny dzień był tak ciepły i ładny, że uczniom w szkole trudno było wytrzymać spokojnie w ławkach. Pani otworzyła szeroko okna i wpuściła słońce do klasy. Tuż przy ścianie budynku szkolnego rosła brzoza, a na samym jej szczycie siedział mały szpak i gwizdał tak wesoło, że Tommy i Annika, i wszystkie dzieci jego tylko słuchały i nic ich nie obchodziło, że 9 x 9 równa się 81.

Wtem Tommy aż podskoczył ze zdziwienia.

– Proszę pani, niech pani zobaczy – zawołał, pokazując na okno – tam jest przecież Pippi!

Oczy wszystkich dzieci zwróciły się w tę stronę. I rzeczywiście, na gałęzi brzozy siedziała Pippi. Prawie przy samym oknie, bo gałąź sięgała do blaszanego parapetu.

– Hej, pani! – wykrzyknęła. – Hej, dzieci!

– Dzień dobry, Pippi! – powiedziała pani.

Swego czasu Pippi spędziła w szkole jeden dzień, więc pani od razu ją poznała. Umówiły się wtedy, że Pippi być może wróci do szkoły, gdy będzie trochę starsza i rozsądniejsza.

– O co chodzi, Pippi? – spytała pani.

– Chcę prosić, żebyś wyrzuciła przez okno trochę schorzenia – powiedziała Pippi. – Tyle, ile trzeba, żeby pójść na wycieczkę. A jeżeli wymyśliliście jakieś nowe litery, to możesz je, proszę pani, też wyrzucić za jednym zamachem.

– Nie przyszłabyś do nas na chwilę? – zapytała pani.

– Raczej nie – odpowiedziała Pippi szczerze, opierając się wygodnie o gałąź. – Zakręciłoby mi się tylko w głowie. W szkole jest tak gęsto od nauki, że można ją kroić nożem. Ale jak myślisz, pani – mówiła dalej z nadzieją – może trochę tego wszystkiego wyfrunie przez okno i zaczepi się o mnie? Tyle, żebym mogła pójść na wycieczkę?

– To się może zdarzyć – rzekła pani, po czym dalej prowadziła lekcję rachunków.

Dzieci w klasie bardzo się cieszyły, że Pippi siedzi na drzewie za oknem. Tego dnia, kiedy chodziła po sklepach, wszystkie dostały od niej cukierki i zabawki. Teraz Pippi miała ze sobą oczywiście Pana Nilssona, który bardzo śmiesznie przeskakiwał z jednej gałęzi na drugą. Czasem spuszczał się też na okno, a raz wykonał wielki skok i usiadłszy Tommy’emu na głowie, zaczął mu grzebać we włosach. Ale wtedy pani powiedziała Pippi, żeby zawołała Pana Nilssona, bo Tommy ma właśnie obliczyć, ile jest 315 podzielone przez 7, a tego nie można zrobić, jak się ma małpkę na głowie. Ale i tak nic z lekcji nie wychodziło. Wiosenne słońce, szpak, Pippi i Pan Nilsson – to było za dużo dla dzieci.

– Wyście chyba powariowali – powiedziała pani.

– Wiesz, pani, co – odezwała się Pippi z drzewa – prawdę mówiąc, to dzisiejszy dzień nie jest akurat najlepszy do schorzenia.

– Zajmujemy się dzieleniem – powiedziała pani.

– W taki dzień jak dziś lepiej w ogóle nie brać się do żadnego „enia” – rzekła Pippi. – A jeżeli już, to powinno być coś na rozweselenie.

Pani tym razem się poddała.

– No, to może ty, Pippi, zajmiesz się rozweseleniem – powiedziała.

– Wcale nie jestem taka w tym mocna – odparła Pippi, wieszając się za kolana w taki sposób, że jej rude warkocze prawie zamiatały ziemię. – Ale znam szkołę, gdzie nie przerabiają nic innego prócz rozweselenia. Na rozkładzie jest napisane: „Cały dzień: Rozweselenie”.

– Ach tak – powiedziała pani. – A gdzie jest ta szkoła?

– W Australii – odparła Pippi. – W takiej jednej miejscowości w Australii. Na południu.

Usiadła na gałęzi i w oczach jej pojawił się błysk.

– Na czym polega takie rozweselenie? – spytała pani.

– Różnie bywa – powiedziała Pippi – przeważnie zaczynają od wyskakiwania po kolei przez okno. Potem, rycząc wielkim głosem, wracają do klasy i skaczą po ławkach, ile się da.

– A co na to mówi ich nauczycielka? – zdziwiła się pani.

– Skacze razem z nimi – odpowiedziała Pippi. – Nawet jeszcze więcej niż inni. A potem przeważnie dzieci biją się przez jakieś mniej więcej pół godziny. Pani stoi obok i zachęca je okrzykami. Jeżeli pada deszcz, wszyscy rozbierają się, wybiegają na dwór i tam tańczą i skaczą. Pani gra im marsza na organach, żeby nie zgubiły rytmu. Część dzieci ustawia się pod rynną, żeby dostać prawdziwy prysznic.

– Ach, więc tak to wygląda – powiedziała pani.

– Tak, właśnie tak – powtórzyła Pippi. – To strasznie dobra szkoła. Jedna z najlepszych w Australii. Ale ona znajduje się bardzo daleko na południu.

– Wyobrażam sobie – odparła pani. – W naszej szkole w każdym razie nie będziemy urządzali takich zabaw.

– Szkoda – zmartwiła się Pippi. – Gdyby chodziło tylko o to, żeby skakać po ławkach, to odważyłabym się przyjść na chwilę.

– Musisz zaczekać ze skakaniem, aż będzie wycieczka – odparła pani.

– Mogę pójść?! Naprawdę?! – wykrzyknęła Pippi i spuszczając się z drzewa, zrobiła z wielkiej radości koziołka do tyłu. – Na pewno napiszę o tym do Australii i wszystko im opowiem. Potem mogą sobie dalej robić swoje rozweselenie, ile tylko chcą, nie mam nic przeciwko temu. Na pewno wycieczka jest zabawniejsza.

PIPPI IDZIE NA SZKOLNĄ WYCIECZKĘ

Na drodze słychać było tupot wielu nóg, gwar i śmiech. To szli Tommy z plecakiem i Annika w nowiuteńkiej, bawełnianej sukience, i ich pani, i wszyscy koledzy i koleżanki z klasy prócz jednego biedaka, którego rozbolało gardło właśnie w dniu wycieczki. A na przedzie jechała Pippi na swoim koniu. Za nią siedział Pan Nilsson z lusterkiem w łapce. Puszczał nim zajączki i wydawał się szczególnie uradowany, gdy udało mu się trafić w oczy Tommy’ego.

Annika myślała, że tego dnia będzie padało. Była tak pewna, że prawie ją złość ogarniała na zapas. A jednak czasem ma się szczęście – słońce nadal świeciło, jakby z rozpędu, mimo że był to dzień wycieczki, i kiedy Annika szła drogą w nowiutkiej sukience, serce naprawdę skakało w niej z radości. Wszystkie zresztą dzieci były bardzo wesołe i podniecone. Wzdłuż drogi rosło dużo wierzb z baziami, minęli też całe pole pierwiosnków.

– Co za przepiękny, cudowny dzień – westchnęła Annika, patrząc w górę na Pippi, która siedziała na koniu wyprostowana jak generał.

– Owszem, nie bawiłam się tak dobrze od czasu, jak walczyłam z murzyńskim bokserem w San Francisco – odpowiedziała Pippi. – Chcesz się przejechać kawałek?

Annika bardzo chciała, więc Pippi wciągnęła ją na konia i posadziła przed sobą. Gdy inne dzieci to zobaczyły, oczywiście też chciały się przejechać. Pippi pozwoliła im, po kolei i sprawiedliwie. Choć co prawda Tommy i Annika jechali TROCHĘ dłużej niż inni. Jednej dziewczynce, która, jak się okazało, obtarła sobie nogę, Pippi pozwoliła siedzieć za sobą i jechać cały czas. Ale Pan Nilsson dobrał się do jej warkocza i zaczął go ciągnąć.

Celem wycieczki był las, zwany dla swej urody Strasznie Pięknym Lasem. Kiedy już prawie do niego doszli, Pippi zeskoczyła z konia, poklepała go i powiedziała:

– Tak długo nas dźwigałeś, że pewnie jesteś zmęczony. To niesprawiedliwe, żeby ktoś jeden cały czas harował.

Wzięła konia na ręce i zaniosła go aż na małą polankę, gdzie mieli się zatrzymać. Tam rozejrzała się i zawołała:

– Chodźcie do mnie, wszystkie leśne straszydła, zobaczymy, kto jest najsilniejszy!

Lecz pani wytłumaczyła jej, że w lesie nie ma żadnych straszydeł. Pippi była bardzo zawiedziona.

– Strasznie Piękny Las bez straszydeł? Czego też ludzie nie wymyślą! Pewnie niedługo wymyślą pożary bez ognia i słodycze choinkowe bez choinki. Ze zwykłej chciwości. Ale tego dnia, kiedy zaczną robić sklepy z cukierkami bez cukierków, pójdę i powiem im parę słów. No, w takim razie trzeba samemu zacząć straszyć, nie widzę innej rady.

Wydała z siebie tak okropny ryk, że pani zatkała sobie uszy, a kilkoro dzieci wręcz się przeraziło.

– Będziemy się bawili, że Pippi jest straszydłem! – wrzasnął Tommy, klaszcząc z zachwytu.

Wszystkie dzieci zgodziły się, że to dobry pomysł. Straszydło zajęło miejsce w głębokiej szczelinie skalnej, niby w swoim legowisku. Dzieci przebiegały obok, drażniąc je i wykrzykując:

– Głupie, głupie straszydło! Głupie, głupie straszydło!

Wtedy straszydło wypadało z głośnym wrzaskiem i goniło za dziećmi, które rozbiegały się na wszystkie strony, chowając się. Dzieci, które zostały schwytane, straszydło wciągało do szczeliny, mówiąc, że ugotuje je na obiad. Czasem jednak udawało się im uciec, kiedy straszydło wychodziło łapać następne dzieci. Żeby jednak uciec, trzeba było wdrapać się po skalnej ścianie, a to wymagało ogromnego wysiłku. Rosła tam tylko jedna mała sosna, której można się było trzymać, no i nie było na czym oprzeć nóg. Ale towarzyszyły temu wielkie emocje i dzieci uznały, że to najzabawniejsza zabawa, w jaką się kiedykolwiek bawiły. Pani leżała w zielonej trawie i czytała książkę, od czasu do czasu rzucając na nie okiem.

– Nigdy jeszcze nie widziałam równie dzikiego straszydła – powiedziała sama do siebie.

I tak naprawdę było. Straszydło skakało i wyło, przerzucało przez ramię trzech albo czterech chłopców naraz, a potem wciągało ich do swej szczeliny. Czasem wdrapywało się niesłychanie szybko na najwyższe drzewa i skakało z gałęzi na gałąź zupełnie jak małpa. Czasem znów, dosiadłszy błyskawicznie konia, goniło za dziećmi próbującymi uciekać między drzewami. Koń galopował, straszydło pochylało się w siodle, chwytało dzieci w przelocie, wciągało je na konia i pędem wracało do szczeliny, krzycząc:

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł oryginału szwedzkiego

Pippi Långstrump går ombord

Rabén & Sjögren Bokförlag AB, Stockholm, Sweden

© Saltkråkan AB/Astrid Lindgren 1946

All foreign rights shall be handled by Saltkråkan AB,

Sweden, www.saltkrakan.se

For information about Astrid Lindgren’s books,

see www.astridlindgren.com

© Copyright for the Polish edition by

Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 1958

© Copyright for the Polish translation by

Krzysztof Chłapowski and Marcin Chłapowski

Projekt layoutu okładki Agnieszka Kucharz-Gulis

Redakcja Małgorzata Grudnik-Zwolińska

Korekta Magdalena Korobkiewicz

Korekta plików po konwersji Irmina Garlej

ISBN 978-83-10-12915-4

Plik wyprodukowany na podstawie Pippi wchodzi na pokład, Warszawa 2015

www.naszaksiegarnia.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o.

02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c

tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49,

faks 22 643 70 28

e-mail: naszaksiegarnia@nk.com.pl

Konwersję wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ja także żyłam! Korespondencja Dzienniki z lat wojny 1939-1945 Pippi Pończoszanka Pippi na Południowym Pacyfiku Pippi wchodzi na pokład Twoje listy chowam pod materacem. Korespondencja 1971-2002 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia