I jak tu nie biegać!

I jak tu nie biegać!

Autorzy: Beata Sadowska

Wydawnictwo: Otwarte

Kategorie: Sport Lifestyle Hobby

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 320

Cena książki papierowej: 32.90 zł

cena od: 27.90 zł

Beata Sadowska, znana dziennikarka, która kiedyś nie znosiła biegać, napisała książkę pełną pozytywnej energii i zachęcającą do tej aktywności. Autorka biegła w 12 maratonach: w Europie, Azji, Ameryce; na ulicach wielkich miast, w górach i po egzotycznej plaży.

Relacja Beaty przeplata się z wypowiedziami Kuby Wiśniewskiego, cenionego trenera biegowego. Nie jest to jednak typowy poradnik – to recepta na lenistwo! Ta książka łączy pasję, wiedzę i mądrą miłość do biegania.

I jak tu nie biegać!
„Ze wszystkich książek o bieganiu najbardziej lubię nie te o treningu, ale te o motywacji. Powie ktoś: co jeszcze można napisać ciekawego o tym, że fajnie jest biegać? Otóż można bardzo wiele. Przeczytaj książkę Beaty, a dowiesz się, o co naprawdę chodzi w bieganiu. I co tracisz, jeśli jeszcze nie biegasz”.

Marek Tronina, dyrektor Maratonu Warszawskiego

„Książka Beaty Sadowskiej jest po prostu fajna i trzeba ją przeczytać, a nie tylko przebiec... wzrokiem.

To książka dla tych, którzy jeszcze nie zaczęli biegać, i dla tych, którzy biegają. Są tu rady dotyczące biegania i rady dotyczące diety. Podpowiedzi trenera i – jakże mi bliskie – wyznania o niemożności poradzenia sobie ze specjalnym »biegackim« zegarkiem. Są fajne miejsca, które Beata widziała i w których biegała.

Wszystko mi się w tej książce podoba – oprócz sugestii, że bieganie rano jest lepsze niż bieganie wieczorem. Otóż według mnie jest odwrotnie! Ale istnieje tylko jeden sposób, by się o tym przekonać: zacząć biegać. Oczywiście po przeczytaniu tej książki”.

Tomasz Lis, redaktor naczelny „Newsweeka”, maratończyk

„Dzięki lekturze książki Beaty poczułem się, jakbym przebiegł maraton. Nie, wcale nie zmęczony. Naładowany dobrą energią. I postanowiłem dać bieganiu jeszcze jedną szansę. Może wreszcie je polubię?”

Marcin Prokop, dziennikarz TVN
„Radość biegania – każdy z nas, biegających, odczuwa ją w inny sposób, ale wszyscy wiemy, jak trudno opisać ją słowami. Beacie się udało. Tę książkę można czytać przed bieganiem, w trakcie (czekam na audiobook) lub po treningu. Nie sposób przedawkować. Nic, tylko czytać i biegać!”

Maciej Kurzajewski, dziennikarz TVP Sport, zdobył Koronę Maratonów Ziemi

„Wreszcie się doczekałem – książki o bieganiu napisanej przez kobietę. I to jakiej książki! To, że autorka biega amatorsko, nie przeszkadza jej w mistrzowskim ukazaniu tego baaardzo szerokiego tematu. Fascynujące ujęcie problemów, z którymi stykają się biegacze, i wciągający styl.

Z serca polecam”.

Jerzy Skarżyński, maratończyk, trener, autor poradników dla biegaczy

Dla Ty­sia, bo po­zwo­lił

Dla Kun­ka, bo po­mógł

Dla Ro­dzi­ców, bo są. Za­wsze

NA DWÓCH KÓŁKACH

czy­li jak to się wszyst­ko za­czę­ło

Mój na­rze­czo­ny bie­ga od za­wsze. Od za­wsze, od­kąd pa­mię­tam, i od za­wsze, od­kąd on pa­mię­ta. Na­sze pierw­sze rand­ki wy­glą­da­ły tak, że Pa­weł po­ko­ny­wał ki­lo­me­try na dwóch no­gach, a ja z nim (no, cza­sem za nim) też na dwóch, tyle że kół­kach. Za­czę­łam od ro­we­ru. Bo naj­bez­piecz­niej. By­łam pew­na, że: po pierw­sze dam radę, a po dru­gie – Pa­weł mi nie uciek­nie. W War­sza­wie jest pew­na „dłu­ga pro­sta”, do­sko­na­le zna­na bie­ga­czom i czę­sto w du­chu prze­kli­na­na przez ma­ra­toń­czy­ków. Pro­sta do Wi­la­no­wa. Bez za­krę­tów i fa­scy­nu­ją­cej ar­chi­tek­tu­ry wo­kół. Z jed­nej stro­ny ru­chli­wa uli­ca, z dru­giej – pola ka­pu­sty. Ide­al­na na tre­nin­gi, nud­na jak cho­le­ra, kie­dy trze­ba nią po­ko­nać ład­nych parę ki­lo­me­trów pod­czas Ma­ra­to­nu War­szaw­skie­go (www.pzu­ma­ra­ton­war­szaw­ski.com). Tam się spo­ty­ka­li­śmy po pra­cy, tam zu­peł­nie nie prze­szka­dza­ło nam, że „pro­sta” jest pro­sta. Po kil­ku ty­go­dniach wspól­nych tre­nin­gów od­wa­ży­łam się coś zmie­nić: prze­sia­dłam się na rol­ki. „Je­śli go nie do­go­nię – po­my­śla­łam – za­wsze mam wy­mów­kę, że chod­nik jest dziu­ra­wy, a rol­ki nie lu­bią wer­te­pów”. Ase­ku­ra­cja, jak mi się wte­dy zda­wa­ło, tro­chę na wy­rost, bo nogi w ry­wa­li­za­cji z szy­na­mi kó­łek mu­szą być bez szans. Nie były! Po kil­ku la­tach mia­łam się zresz­tą prze­ko­nać, że bie­gną­ce nogi w po­rów­na­niu z ma­sze­ru­ją­cy­mi no­ga­mi Ro­ber­ta Ko­rze­niow­skie­go też są bez szans!

Bie­ga­nie to cią­głe lek­cje po­ko­ry. Bez­cen­ne. Ale wra­cam do ro­lek. Wie­lo­krot­nie z wy­wie­szo­nym ję­zy­kiem usi­ło­wa­łam do­trzy­mać tem­pa Paw­ło­wi. Je­śli nie ro­bił prze­bie­żek, mia­łam szan­sę. Je­śli nie miał aku­rat w pla­nie bie­gu z na­ra­sta­ją­cą pręd­ko­ścią (po­czą­tek wol­no, po­tem szyb­ciej, na ko­niec – sprint), też cał­kiem nie­źle mi to wy­cho­dzi­ło. Ale je­śli tyl­ko chciał mi utrzeć nosa – mógł bez pro­ble­mu. A prze­cież za­wsze by­łam naj­lep­sza z WF-u! I tak po­wo­li za­czę­ła we mnie kieł­ko­wać fa­scy­na­cja bie­ga­niem. Spryt­nie, pod­stęp­nie, nie­zau­wa­żal­nie, tak że się nie zo­rien­to­wa­łam. Ina­czej bym się zje­ży­ła i jak man­trę po­wta­rza­ła­bym to, co po­wta­rza­łam od lat: NIE­NA­WI­DZĘ BIE­GAĆ!

Na­praw­dę nie­na­wi­dzę? Jako dziec­ko przez pięć lat tre­no­wa­łam lek­ko­atle­ty­kę w klu­bie Le­gia. W pod­sta­wów­ce za­uwa­ży­ła mnie na­uczy­ciel­ka WF-u, któ­ra była też tre­ner­ką. Ko­cha­łam się ru­szać, bie­gać, ska­kać, za­su­wać pod górę, huś­tać na li­nie. Im wy­żej, im szyb­ciej, im bar­dziej in­ten­syw­nie – tym le­piej. Za­czę­łam cho­dzić na SKS (Szkol­ny Klub Spor­to­wy – tak, wte­dy mó­wi­ło się „na”, nie „do”), czy­li na do­dat­ko­we za­ję­cia lek­ko­atle­tycz­ne, po­tem – na tre­nin­gi na Le­gię. Na po­cząt­ku była duma – ktoś mnie wy­brał, za­pro­po­no­wał, zo­ba­czył, że mam po­ten­cjał i szyb­ko bie­gam. Te do­dat­ko­we lek­cje WF-u, bo tak to wte­dy trak­to­wa­łam, nie były dla mnie ani wy­sił­kiem, ani ob­cią­że­niem. Ot, ko­lej­na oka­zja do spor­to­wych wy­głu­pów, któ­re uwiel­bia­łam. Do cza­su, kie­dy coś we mnie pę­kło. Oka­za­ło się, że już nie cho­dzi o ra­do­chę z ak­tyw­no­ści fi­zycz­nej, ale o coś zu­peł­nie in­ne­go: współ­za­wod­nic­two, po­rów­ny­wa­nie, wal­kę. A to od za­wsze – i chy­ba na za­wsze – jest nie dla mnie. Oczy­wi­ście przy­jem­nie było za­słu­żyć so­bie wy­ni­ka­mi na kol­ce po star­szej ko­le­żan­ce albo zno­szo­ny zie­lo­ny dres z li­ter­ką „L” (do dziś pa­mię­tam, z ja­kim na­masz­cze­niem gła­ska­łam te skar­by!), ale po dro­dze gdzieś zgi­nę­ła fraj­da i po­czu­cie szczę­ścia. Za­miast spor­tu dla spor­tu po­ja­wił się sport dla miej­sca na po­dium i me­da­lu. Pew­nie to były inne cza­sy, pew­nie dziś by­ło­by ina­czej. A może po pro­stu w za­wo­do­wym spo­rcie nie ma miej­sca i cza­su na gła­ska­nie po gło­wie i ła­god­ność? Po pię­ciu la­tach, czę­sto mor­der­czych tre­nin­gów i obo­zów spor­to­wych, zro­zu­mia­łam jed­no: tak nie chcę. Nie chcę pę­dzić jak chart na po­lo­wa­niu, żeby tyl­ko do­rwać zwie­rza przed char­tem, któ­ry gna obok. Nie chcę ry­wa­li­zo­wać. Nie chcę cią­głych po­rów­nań. Jako pięt­na­sto­lat­ka po­wie­dzia­łam „dość” i zre­zy­gno­wa­łam z tre­nin­gów.

Po­tem przez lata ro­bi­łam wszyst­ko, żeby nie bie­gać. Gra­łam w te­ni­sa, squ­asha, jeź­dzi­łam kon­no, na nar­tach, ro­we­rze, ćwi­czy­łam jogę, pi­la­tes i Bóg wie, co jesz­cze. Byle da­lej od po­ko­ny­wa­nia ki­lo­me­trów na no­gach. Wy­da­wa­ło mi się, że z bie­ga­niem po­że­gna­łam się na za­wsze. Z całą po­wa­gą i de­ter­mi­na­cją na­sto­lat­ki obie­ca­łam so­bie: NI­G­DY WIĘ­CEJ.

Na szczę­ście oka­za­ło się, że pa­sję nie tak ła­two w so­bie za­bić. Cza­sa­mi musi drze­mać w ukry­ciu przez 15 lat, za­nim ktoś (albo coś) ją obu­dzi. U mnie obu­dził ją Pa­weł, na­wet nie pró­bu­jąc uda­wać księ­cia, któ­ry ca­łu­je ro­pu­chę. Po pro­stu za­bie­rał mnie na swo­je tre­nin­gi. A ja po pro­stu pa­trzy­łam, aż w koń­cu po­my­śla­łam: „A może jed­nak spró­bu­ję?”. Od­wa­ży­łam się na­wet po­wie­dzieć to na głos. Co usły­sza­łam w od­po­wie­dzi?

W go­ni­twie na dwóch kół­kach za Paw­łem

dziel­nie to­wa­rzy­szył mi Momo

– Daj spo­kój – skwi­to­wał Pa­weł. – Zo­stań przy rol­kach, bie­ga­nie jest strasz­nie mę­czą­ce.

Do dziś nie wiem, czy Pa­weł zro­bił to ce­lo­wo. Czy już wte­dy wie­dział, że strasz­na ze mnie upar­ciu­cha, któ­ra dzia­ła na prze­kór, wbrew i po­mi­mo. Nie wie­rzy we mnie? Udo­wod­nię mu, że po­tra­fię! Po­wąt­pie­wa? Jak śmie?! Nie dla mnie?! Ja­kim pra­wem?!

Czy Pa­weł już wte­dy po­dej­rze­wał,

że słyn­ną dłu­gą pro­stą po­ko­nam kie­dyś

pod­czas ma­ra­to­nu? Ja nie!

Run War­saw

| Od 2009 roku bieg nosi na­zwę Bie­gnij War­sza­wo, a dy­stans wy­no­si 10 ki­lo­me­trów |

W tym cza­sie za­dzwo­ni­ła Mo­ni­ka Coś, ko­le­żan­ka zaj­mu­ją­ca się pro­mo­cją bie­ga­nia w fir­mie Nike, i za­py­ta­ła, czy we­zmę udział w pierw­szym miej­skim bie­gu Run War­saw. Dy­stans – 5 ki­lo­me­trów. Za­nim po­my­śla­łam, z roz­pę­du po­wie­dzia­łam „tak”. A po­tem się prze­stra­szy­łam. Prze­cież ja już nie pa­mię­tam, co to zna­czy prze­biec 5 ki­lo­me­trów! Od cze­go za­cząć? Gdzie? Jak? O mat­ko, w co ja się wpa­ko­wa­łam?! I po co? Żeby udo­wod­nić coś Paw­ło­wi? A może so­bie… Mo­ni­ka nie mia­ła wąt­pli­wo­ści, że dam radę. Cza­sa­mi wy­star­czy im­puls albo wia­ra (nie­ko­niecz­nie na­sza), że się uda. Ja mia­łam i im­puls (Pa­weł), i wia­rę (Mo­ni­ka). I tak, po 15 la­tach prze­rwy, po­szłam na swój pierw­szy tre­ning bie­go­wy.

Kuba Wi­śniew­ski

o Ku­bie Wi­śniew­skim

Dla­cze­go sport?

Ro­dzi­ce. Po­zna­li się w klu­bie spor­to­wym i ge­ne­tycz­nie za­ra­zi­li mnie bie­ga­niem. Mama i tata byli w ka­drze Pol­ski ju­nio­rów. Mama bie­ga­ła na krót­sze dy­stan­se, tata prze­ka­zał mi pa­sję do bie­gu prze­szko­do­we­go. Mó­wisz: „na 3000 me­trów z prze­szko­da­mi”, wi­dzisz bież­nię, ba­rie­ry jak na Wiel­kiej Par­du­bic­kiej, rów z wodą i Bro­ni­sła­wa Ma­li­now­skie­go wy­gry­wa­ją­ce­go zło­to na igrzy­skach olim­pij­skich w Mo­skwie.

Dla­cze­go bie­ga­nie?

Po­sze­dłem do szko­ły spor­to­wej, do któ­rej ro­dzi­ce wy­sła­li wcze­śniej moją star­szą sio­strę. Pro­fil kla­sy był lek­ko­atle­tycz­ny. Ja na zdję­ciach kla­so­wych to ten naj­niż­szy chło­pak, któ­ry wy­glą­da jak syn tego naj­wyż­sze­go. Nie­źle ra­dzi­łem so­bie z bie­ga­niem, ale sza­łu nie było. Do­pie­ro na stu­diach za­czą­łem po­rząd­nie tre­no­wać, naj­pierw pod okiem taty, póź­niej świet­ne­go tre­ne­ra Mar­ka Ja­ku­bow­skie­go. Z każ­dym ro­kiem po­pra­wia­łem się odro­bi­nę – może dla­te­go tak dłu­go wy­trwa­łem w spo­rcie wy­czy­no­wym. Suk­ce­sy nie były osza­ła­mia­ją­ce, ale co roku, więc nie znie­chę­ca­łem się i cie­szy­łem sys­te­ma­tycz­ny­mi po­stę­pa­mi.

Co Ci dało bie­ga­nie?

Wiel­ką sa­tys­fak­cję z prze­ła­my­wa­nia sie­bie, wiel­ką po­ko­rę w ob­li­czu prze­gra­nych, sys­te­ma­tycz­ność w re­ali­za­cji za­dań, kon­se­kwen­cję w dą­że­niu do celu. My­ślę też, że wszy­scy bie­ga­cze wy­czy­no­wi umie­ją cięż­ko pra­co­wać, rów­nież w ży­ciu za­wo­do­wym. Bie­ga­nie zmo­bi­li­zo­wa­ło mnie do da­le­kich po­dró­ży, po­zna­nia ty­się­cy lu­dzi, spor­to­wych cha­rak­te­rów i ra­dze­nia so­bie w no­wych sy­tu­acjach.

Sport wy­czy­no­wy to cią­głe ob­co­wa­nie ze swo­im cia­łem, po­zna­wa­nie go i ro­zu­mie­nie sy­gna­łów, ja­kie wy­sy­ła or­ga­nizm. Cza­sem my­ślę, że bie­ga­nie jest jed­ną z nie­licz­nych na­ma­cal­nych i kon­kret­nych rze­czy, któ­re ro­bię w ży­ciu.

Aha, last but not le­ast, bie­ga­nie wy­czy­no­we za­mie­ni­łem w swo­ją pra­cę. Współ­pra­cu­ję z mie­sięcz­ni­kiem „Run­ner’s World”, z fir­mą Nike przy or­ga­ni­za­cji pro­gra­mów i im­prez bie­go­wych, pro­wa­dzę dzia­łal­ność go­spo­dar­czą zwią­za­ną z bie­go­wym PR.

Co za­bra­ło?

Na pew­no na po­zio­mie za­wod­ni­czym bie­ga­nie za­bie­ra czas na inne pa­sje. Tak jest zresz­tą w każ­dym spo­rcie wy­czy­no­wym, któ­ry wy­ma­ga po­świę­ceń. („Wy­ma­ga ofiar. Dla­te­go wszyst­kie ofia­ry gar­ną się do spor­tu” – żar­tu­je je­den ze zna­jo­mych tre­ne­rów).

Pa­mię­tam, jak koń­czy­łem Mię­dzy­wy­dzia­ło­we In­dy­wi­du­al­ne Stu­dia Hu­ma­ni­stycz­ne na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim i w ja­kim tem­pie pi­sa­łem pra­cę ma­gi­ster­ską. Na obo­zach spor­to­wych nie bar­dzo mia­łem po pro­stu siłę, by sku­pić się na sie­dze­niu i lo­gicz­nym my­śle­niu. Tak samo w mło­do­ści… – tu sły­szę licz­ne okrzy­ki: „Kuba, ale ty prze­cież je­steś mło­dy!”. Dzię­ku­ję, to miłe. Za­tem w mło­do­ści mu­sia­łem ogra­ni­czyć że­glar­stwo i na przy­kład nar­ty, bo ten ro­dzaj wy­sił­ku „nie biegł” w pa­rze z bie­ga­niem.

Były mo­men­ty zwąt­pie­nia, py­ta­nia, czy to w ogó­le ma sens?

Ja­sne, co roku są! Od­no­szę zresz­tą wię­cej spek­ta­ku­lar­nych po­ra­żek niż spek­ta­ku­lar­nych suk­ce­sów. Wąt­pli­wo­ści są u mnie jed­nak mia­rą za­an­ga­żo­wa­nia. Gdy­bym nie za­da­wał so­bie re­gu­lar­nie py­tań „po co?“, pew­nie nie umiał­bym wy­zna­czać so­bie no­wych ce­lów.

Mo­ment naj­więk­szej eu­fo­rii?

Może pierw­szy me­dal mi­strzostw Pol­ski w bie­gu prze­szko­do­wym? Wspo­mnie­nia in­nych chwil, któ­re mi się na­su­wa­ją, zwią­za­ne są z obo­za­mi w faj­nych miej­scach świa­ta: roz­bie­ga­nie w re­zer­wa­cie Hell’s Gate w Ke­nii, dłu­gi cross w Wo­liń­skim Par­ku Na­ro­do­wym, tre­ning w do­li­nie pod Piz Ber­ni­ną w Szwaj­ca­rii, pod­bieg na Rysy, na pew­no wie­le in­nych sa­mot­nych tre­nin­gów w gó­rach. Zbyt in­tym­ne, by się tym dzie­lić (tu głos się ła­mie, a roz­mów­ca pa­trzy w dal lek­ko roz­ma­rzo­nym wzro­kiem).

Kie­dy ostat­nio czu­łeś się jak zwy­cięz­ca?

Nie mogę tak po­wie­dzieć. Ni­g­dy nie czu­ję się jak zwy­cięz­ca. Wiecz­nie czu­ję nie­do­syt.

Czy już bie­gasz tyl­ko dla przy­jem­no­ści, czy wciąż dla wy­ni­ku?

Pół na pół. Uczę się wła­ści­wie cały czas bie­gać dla przy­jem­no­ści. To dla mnie do­syć trud­ne po tylu la­tach ści­ga­nia się, ale sta­ram się, by wy­nik na me­cie nie był naj­waż­niej­szy. Z dru­giej stro­ny za­wsze mia­łem w so­bie ra­dość z bie­ga­nia, ni­g­dy nie sze­dłem na tre­ning za karę.

Naj­więk­sza przy­jem­ność w tre­no­wa­niu ama­to­rów?

Chy­ba mam po­dob­nie jak więk­szość bar­dziej do­świad­czo­nych ode mnie tre­ne­rów – nic tak nie cie­szy jak wi­dok pod­opiecz­ne­go, któ­ry robi po­stę­py. U ama­to­rów do­cho­dzi do tego au­ten­tycz­na ra­dość. Lu­bię wi­dzieć, gdy po­pra­wia­ją tech­ni­kę bie­gu, osią­ga­ją ze mną coś, o czym ma­rzy­li, o czym mó­wi­li, że to nie­moż­li­we.

Naj­więk­sze za­sko­cze­nie w tre­no­wa­niu ama­to­rów?

Za­ska­ki­wa­ny je­stem nie­ustan­nie. Że każ­dy ma inną mo­ty­wa­cję. Że lu­bią tre­no­wać dla sa­me­go tre­no­wa­nia, a nie dla wy­ni­ków. Że coś, co dla mnie jest ja­sne jak słoń­ce, może być dla nich klu­czem do suk­ce­su. Że umie­ją po­świę­cić czas, któ­re­go im bra­ku­je, na bie­ga­nie. Że mają w so­bie wiel­ki en­tu­zjazm, któ­ry co praw­da cza­sem oka­zu­je się sło­mia­nym za­pa­łem, ale jest bar­dzo bu­du­ją­cy.

Ile ki­lo­me­trów prze­bie­głeś?

O, to jed­no ze znie­na­wi­dzo­nych prze­ze mnie py­tań, choć ro­zu­miem jego ge­ne­zę. Inne py­ta­nia z tego ka­ta­lo­gu po­win­ny brzmieć: ile po­ko­na­łem ma­ra­to­nów i ile prze­bie­głem w ży­ciu? Nie lu­bię ich, bo mu­szę tłu­ma­czyć, że nie cho­dzi tyl­ko o ile, ale też w ja­kim sty­lu i w ja­kim tem­pie. Ale fak­tycz­nie, po­li­czy­łem ostat­nio, że na tre­nin­gach i za­wo­dach prze­bie­głem już po­nad 60 000 ki­lo­me­trów.

A jed­nak po­li­czy­łeś ☺. Dla­cze­go Ta­try?

Bo cią­gle mnie o to py­ta­cie! A dla­cze­go Ta­try? Przez wie­le lat w tre­nin­gu bie­ga­czy nie do­ce­nia­no roli siły bie­go­wej. Ta­try choć­by dla­te­go są świet­nym miej­scem do tre­nin­gów. Wie­le razy jeź­dzi­łem do Za­ko­pa­ne­go na obo­zy spor­to­we. Jest tam spo­ro wy­ma­ga­ją­cych tras, jest też sta­dion tar­ta­no­wy, na któ­rym z po­wo­dze­niem moż­na re­ali­zo­wać tre­ning tem­po­wy i szyb­ko­ścio­wy.

Ra­zem z Mag­da­le­ną De­re­ziń­ską-Osiec­ką, dr. Ja­ku­bem Cza­ją i Ma­riu­szem Gi­żyń­skim wy­my­śli­li­śmy pro­jekt Ta­tra Run­ning, w ra­mach któ­re­go po­ka­zu­je­my Ta­try od stro­ny bie­ga­cza. Po­ko­nu­je­my tam z ama­to­ra­mi duże prze­wyż­sze­nia, ćwi­czy­my tech­ni­kę bie­gu w trud­nych wa­run­kach, ale też wy­ko­nu­je­my pró­by wy­sił­ko­we i dba­my o pra­wi­dło­wą syl­wet­kę. Pod­czas kil­ku­dnio­wych zgru­po­wań tre­nin­gi w te­re­nie wzbo­ga­co­ne są o za­ję­cia core sta­bi­li­ty, se­sje roz­cią­ga­ją­ce na sali, jak rów­nież wy­kła­dy do­ty­czą­ce ży­wie­nia czy teo­rii tre­nin­gu. Do dys­po­zy­cji uczest­ni­ków obo­zu jest die­te­tyk spor­to­wy i fi­zjo­te­ra­peu­ta. Chce­my, by bie­ga­nie w Za­ko­pa­nem dało bo­dziec tre­nin­go­wy i za­strzyk wie­dzy każ­de­mu ama­to­ro­wi. Od­kry­wa­my góry i wbie­ga­my w nie z po­ko­rą, ale rów­nież z prze­świad­cze­niem, że każ­dy jest w sta­nie o wła­snych si­łach wbiec na szczyt.

Py­ta­łaś, co jest naj­przy­jem­niej­sze w tre­nin­gu ama­to­rów. Wła­śnie taki mo­ment, kie­dy gru­pa pod na­szą opie­ką wbie­ga na szczyt Kopy Kon­drac­kiej i śmie­je się do gór.

Two­ja żona musi bie­gać?

Kur­czę, niby nie musi, ale oba­wiam się, że nie wy­trzy­ma­ła­by ze mną, gdy­by sama nie po­sma­ko­wa­ła bie­ga­nia. Ola była przed kil­ku laty mi­strzy­nią Pol­ski w bie­gach gór­skich, tre­no­wa­ła po­tem we Wro­cła­wiu bie­gi śred­nie i mia­ła pierw­szą kla­sę spor­to­wą na 1500 me­trów. Wie, co to zna­czy tre­no­wać co­dzien­nie lub czę­ściej i sku­piać się na star­tach.

Te­raz żona bie­ga dla przy­jem­no­ści, ale ro­zu­mie moją pa­sję i moc­no mnie wspie­ra. Jeź­dzi­my czę­sto ra­zem na obo­zy spor­to­we, pod­czas któ­rych tre­nu­je­my i jed­no­cze­śnie re­ali­zu­je­my na­szą pa­sję, czy­li dzien­ni­kar­stwo spor­to­we.

Cho­dzi­cie ra­zem na tre­nin­gi?

Tak, do­syć czę­sto. Są to dla mnie spo­koj­niej­sze se­sje tre­nin­go­we, ale bar­dzo je lu­bię.

Ola po­ma­ga mi też pod­czas wy­bra­nych tre­nin­gów ma­ra­toń­skich, cza­sem za­mie­nia się w ma­sa­żyst­kę, na pe­łen etat pra­cu­je w domu jako die­te­tyk ☺.

Kie­dy tre­nu­je­cie ra­zem, wte­dy bie­gniesz wol­niej?

Tak, tro­chę zwal­niam, ale bez prze­sa­dy. Dla Oli roz­bie­ga­nie w tem­pie 5 mi­nut na ki­lo­metr nie jest pro­ble­mem, naj­wy­żej wcze­śniej koń­czy tre­ning, a ja „do­krę­cam” bra­ku­ją­ce ki­lo­me­try lub przy­spie­szam w dru­giej czę­ści tre­nin­gu.

Kie­dy bie­ga­nie jest naj­pięk­niej­sze?

Kie­dy wbie­gam na szczyt: Ta­try, bi­cie ser­ca, któ­re sły­szę w uszach, i mo­ment, gdy z czy­stym ser­cem mogę się od­wró­cić i spoj­rzeć na dro­gę, któ­rą po­ko­na­łem o wła­snych si­łach.

Ciąg dal­szy do­stęp­ny w wer­sji peł­nej

do ku­pie­nia na wo­blink.com

TYLKO NIE JAK BRIDGET JONES

czy­li jak za­cząć, żeby nie skoń­czyć

po pierw­szym tre­nin­gu

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

O PSIE ZAPRASZANYM DO APTEKI

I ŚLEDZONYM W PARKU

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

O BUDZĄCYM SIĘ DNIU

I ŁAPANIU MYŚLI ZA OGON

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

O GAŁĄZKACH POD STOPAMI,

PORACH ROKU I SPADAJĄCYCH LIŚCIACH

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

O BIEGANIU SERCEM I ZEGARKU,

KTÓREGO NIE POTRAFIĘ OBSŁUGIWAĆ

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

O TYM, ŻE NIENAWIDZĘ BIEGAĆ

czy­li jak dłu­gi jest ma­ra­ton

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

O RYTUALNYM OPRAWIANIU

MIĘSA W NEPALU, SMOGU W DELHI

I WYDMACH NA PUSTYNI ATAKAMA

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

O CISZY I KULKACH RYŻU W TOKIO,

DOPINGU W NOWYM JORKU

I PAGÓRKACH SAN FRANCISCO

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

O NEOFITACH, BIEGOWYCH TEORETYKACH

I ZNAKU: STOP, NIE ZANUDZAJ!

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

KOLOR MNIE NIESIE

czy­li o mo­dzie bie­go­wej

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

O WOLNYCH PTAKACH I APTEKARKACH

czy­li o me­to­dach i pla­nach tre­nin­go­wych

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

O TORCIE BEZOWYM Z ŻURAWINĄ,

PA­STA PAR­TY NA PODŁODZE

I RADOŚCI ŚWIĘTOWANIA

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

O BIEGACZACH WEGANACH,

ŚLEDZIU PRZED MARATONEM

I MAKARONIE NA ŚNIADANIE

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

ROZDZIAŁ, KTÓREGO MIAŁO NIE BYĆ

czy­li jak teo­ria mija się z prak­ty­ką

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

O KALESONACH NIE ZE ZŁOTA

I BIEGANIU NIE DLA WYNIKU

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

O LENIU ZA KOŁNIERZEM

I KUSZĄCEJ KANAPIE

czy­li zbie­ra­niu się na bieg, kie­dy strasz­nie się nie chce

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

O MICIE WYJĄTKOWOŚCI,

EKSKLUZYWNOŚCI

I KLUBU DLA WYBRAŃCÓW

czy­li o tym, że każ­dy może, je­śli tyl­ko chce

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

Z LUDŹMI CZY OD LUDZI

czy­li o ma­so­wych bie­gach albo sa­mot­nych

wy­pra­wach bie­go­wych

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

JAK NIE BIEGAM – KIBICUJĘ

czy­li o fraj­dzie z wrzesz­cze­nia i po­da­wa­nia żel­ków

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

O CZYM MYŚLĘ,

KIEDY NIE MYŚLĘ O BIEGANIU

czy­li co ro­bię, kie­dy nie bie­gam

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

O TYM, JAK CIEMNO POTRAFI BYĆ

NA PUSTYNI, JAK PIĘKNIE W PATAGONII

I ILE KOLOROWEGO PYŁU WYSYPUJĄ

NA MARATOŃCZYKÓW W DUBLINIE

czy­li o naj­bar­dziej wy­jąt­ko­wych bie­gach na świe­cie

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

O NIESŁABEJ PŁCI I NIE PUCHU MARNYM

czy­li o ko­bie­cym bie­ga­niu

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

O TYM, ŻE WIDZIAŁAM ORŁA CIEŃ, I O TYM,

ILE JEST WART POLAR PEWNEJ SŁOWACZKI

czy­li naj­pięk­niej­sze przy­go­dy bie­go­we

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

O WYRODNEJ MATCE

I NAJDŁUŻSZYM KILOMETRZE ŚWIATA

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej.

Co­py­ri­ght © by Be­ata Sa­dow­ska

Wska­zów­ki tre­ner­skie: co­py­ri­ght © by Kuba Wi­śniew­ski

Opie­ka re­dak­cyj­na: Mag­da­le­na Ocza­chow­ska

Opra­co­wa­nie re­dak­cyj­ne: He­le­na No­wo­wiej­ska

Opra­co­wa­nie ty­po­gra­ficz­ne książ­ki: Aga­ta Grusz­czyń­ska / Pra­cow­nia Re­gi­ster, Ka­ta­rzy­na Za­lew­ska / Pra­cow­nia Re­gi­ster

Ko­rek­ta: Ze­spół – Stu­dio NOTA BENE

Pro­jekt okład­ki: Eli­za Luty, Mag­da­le­na Ocza­chow­ska

Fo­to­gra­fie na okład­ce: bie­gną­ca Be­ata – © Iza­be­la Urba­niak; Be­ata z wóz­kiem – © Pa­weł Ku­na­cho­wicz; por­tret Be­aty, pies – © Be­ata Sa­dow­ska

Ry­sun­ki w książ­ce i na okład­ce: Ka­ta­rzy­na Za­lew­ska / Pra­cow­nia Re­gi­ster

Fo­to­gra­fie w książ­ce: © Mi­chał Mu­tor / Agen­cja Ga­ze­ta; © Jo­an­na Go­rze­liń­ska; © Alek­san­dra Szmi­giel-Wi­śniew­ska; © Be­ata Sa­dow­ska; © AP / EAST NEWS; © Ja­cek He­liasz / Run­ner’s Word; ar­chi­wum MCI Ma­ra­ton Ma­zu­ry; © Luc Al­phand; © agniesz­ka sa­wicz; ar­chi­wum Agniesz­ki Sa­wicz; © Pa­weł Ku­na­cho­wicz; © Al­do­na Karcz­mar­czyk / Van Dor­sen Ta­lents; © Pa­weł Mi­siu­re­wicz; ar­chi­wum au­tor­ki; ar­chi­wum Run Nike Wo­men Se­ries; © SCIEN­CE PHO­TO LI­BRA­RY / EAST NEWS; © Piotr Welc; © Stu­dio 69; © Do­mi­nik Thier; © Eli­za Oczkow­ska; © Mag­da­le­na Ra­kow­ska; © Ma­rio No­eren­berg; ar­chi­wum Ro­ber­ta Na­łę­cza; ar­chi­wum Mo­ni­ki Coś; © Mo­ni­ka Coś; © Iza­be­la Urba­niak; ar­chi­wum Woj­cie­cha Sta­szew­skie­go; © Woj­ciech Sta­szew­ski; dzię­ki uprzej­mo­ści or­ga­ni­za­to­ra ak­cji T-Mo­bi­le Po­moc Mie­rzo­na Ki­lo­me­tra­mi

Po­zo­sta­łe ilu­stra­cje: map­ka – źró­dło: www.ma­ra­ton­war­szaw­ski.pl, 31.01.2014; https://www.fa­ce­bo­ok.com/be­ata.sa­dow­ska.52?fref=ts, 31.01.2014; Na­te­mat.pl, 31.01.2014; © Kuba Wi­śniew­ski; https://www.fa­ce­bo­ok.com/ofi cjal­na­stro­na­be­aty­sa­dow­skiej?ref=hl, 31.01.2014; © pics­fi ve / Fo­to­lia.com

Fo­to­edy­cja: Mi­chał Dem­biń­ski

Pro­mo­cja książ­ki: Ka­ro­li­na Ołow­nia

ISBN 978-83-751-5841-0

www.otwar­te.eu

Za­mó­wie­nia: Dział Han­dlo­wy, ul. Ko­ściusz­ki 37, 30-105 Kra­ków, tel. (12) 61 99 569

Za­pra­sza­my do księ­gar­ni in­ter­ne­to­wej Wy­daw­nic­twa Znak, w któ­rej moż­na ku­pić książ­ki Wy­daw­nic­twa Otwar­te­go: www.znak.com.pl

Plik opra­co­wa­ny na pod­sta­wie I jak tu nie bie­gać!, wy­da­nie I, Kra­ków 2014

Plik opra­co­wał i przy­go­to­wał Wo­blink

wo­blink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

I jak tu nie podróżować (z dzieckiem) I jak tu nie jeść! I jak tu nie biegać! 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL Nienasycony – Robert Lewandowski Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr Wszystko za Everest Jeszcze jedna mila