Agent

Agent

Autorzy: Autor nieznany

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Literatura faktu Sport

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 272

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 22.43 zł

Połączenie „Futbolu obnażonego” z „Wilkiem z Wall Street”.

Piłkarski świat bez tajemnic!

Oszustwa, szantaże, łapówki, kłamstwa. Tam, gdzie w grę wchodzą milionowe kontrakty, pojawiają się oni – pozbawieni skrupułów agenci piłkarscy. Jeden z nich postanowił wreszcie przerwać milczenie. I zdradził, jak naprawdę wygląda jego praca w Premier League.
Korumpowanie trenerów i prezesów klubów. Manipulowanie mediami. Podchody pod nastoletnich piłkarzy, przekupywanie ich rodziców i wykradanie klientów konkurencji. Wszystko po to, by zdobyć kolejny kontrakt, który przyniesie fortunę…

Brutalna prawda o regułach rządzących futbolowym biznesem. Szokująca opowieść prowadząca przez klubowe szatnie, gabinety prezesów i sypialnie gwiazd futbolu. Książka anonimowego autora, który pewnego dnia postanowił:

„Rozpocznę życie przestępcy”.
I został agentem piłkarskim.

***

Angielska piłka wciąga, bo tam zawsze walczy się do końca. Prawdziwe bitwy – jak się okazuje – mają jednak miejsce dopiero za kulisami. Gra jest ostra i rzadko uczciwa. Metody brutalne i na granicy prawa. Często – nawet poza tą granicą. Kiedy w puli pojawiają się miliony funtów, wyłącza się nie tylko moralność, ale i rozum. U piłkarzy, agentów, dyrektorów klubów. Mocna książka, z pikantnymi szczegółami.
Adam Godlewski
„Piłka Nożna”

Kiedy kurtyna pójdzie w górę, zobaczycie brudne banknoty, obietnice warte tyle, co wczorajsze gazety, ociekające seksem dziewczyny i złamane marzenia. Futbol nie liczy się zupełnie… Kandydat na piłkarza będzie zwierzyną, agent, uzbrojony w drogi zegarek, białe zęby i furę za kilkadziesiąt tysięcy funtów – łowcą. Czas zacząć polowanie.
Przemysław Rudzki
„Przegląd Sportowy”

Możesz być najlepszym piłkarzem, ale to nie oznacza, że będziesz grał w najlepszej lidze i w najlepszym klubie. Agent pokazuje, jak skomplikowane może być życie zawodnika, gdy zaczyna nim rządzić chciwość lub agent owładnięty tą żądzą.
Cezary Kucharski
menedżer Roberta Lewandowskiego

Tajemniczy agent twierdzi, że on i jego koledzy po fachu są jak Millwall, bo nikt ich nie lubi. Po lekturze dotrze do Was, że to i tak
zbyt delikatne porównanie.
Michał Zachodny
Sport.pl

Wstęp do wydania polskiego

Światem rządzą emocje

Cezary Kucharski

Agent to książka o chciwości i strachu, o emocjach i ludzkich żądzach towarzyszących młodym ludziom, piłkarzom, ich agentom, którzy marzą o wielkich karierach, sławie, pieniądzach. To książka odkrywająca tajniki i mechanizmy pracy agenta piłkarskiego, pokazująca zagrożenia i motywacje wpływające na podejmowane decyzje. Nie jest to żaden poradnik, bo droga prowadząca do sukcesu dla każdego jest inna. Nie można po prostu wziąć kalki i kopiować.

Urodziliśmy się i wychowaliśmy przecież w różnych warunkach, kształtowało nas inne otoczenie. Wchodząc w dorosłe życie, młodzi piłkarze muszą często decydować o swoich krokach. Między innymi wybierając agentów i doradców. A ma to ogromny wpływ na ich dalsze życie. Pojawiające się szybko pieniądze mogą być paradoksalnie zagrożeniem, ale z drugiej strony – kto w młodym wieku nie chciał jeździć wypasionym sportowym autem i mieć mnóstwo adoratorek? A piłkarze tego doświadczają.

Może to wydać się trudne do zrozumienia, gdy będziecie czytać Agenta, ale uważam, że pieniądze to słaba motywacja do rozwoju dla piłkarzy i ich agentów. Wynika to pewnie z moich przekonań i z tego, że wychowywałem się w innych czasach, w środowisku, w którym myślało się, jak być najlepszym, sławnym. Gdy osiągnie się taki poziom, pieniądze pojawiają się większe, niż się oczekuje. Ja w to wierzę. Znam wiele takich przykładów. Ci, którzy zbyt dużo myślą o pieniądzach lub ich konsumpcji, sami hamują się w rozwoju, nie wykorzystują maksymalnie swego potencjału. Takich przykładów też znam dużo.

Polecałbym przeczytanie tej książki każdemu, kto interesuje się piłką nożną, życiem piłkarzy, agentów, każdemu, kto chce zobaczyć ten świat od kuchni. Takiej wiedzy nie zdobędzie się, czytając wyłącznie gazety lub newsy w internecie. Doświadczenie zarówno piłkarza, jak i agenta podpowiada mi jednak, że każdy wątek i każda historia opowiedziana w tej książce może być tak samo prawdziwa, jak i wymyślona. Cóż… Taka jest specyfika tej branży. Mam często wrażenie, że w obecnych czasach życie piłkarza i agenta jest jak gra w pokera, blef blefem jest sprawdzany. Umiejętna weryfikacja informacji przybliża nas do sukcesu.

Tego Wam życzę i do zobaczenia na tej drodze. Miłej lektury.

Cezary Kucharski

Wstęp

ZAWSZE WIEDZIAŁEM, że chcę zajmować się w jakiś sposób piłką nożną, podobnie jak wiedziałem, że chcę być bogaty. Problem w tym, że jako dziecko byłem koszmarnym piłkarzem. Kiedy mieszkasz w londyńskiej komunalce, a twoi rodzice ledwo wiążą koniec z końcem, szanse na sukces są niewielkie.

Ponieważ zostanie kolejnym Davidem Beckhamem lub kupienie sobie klubu nie wchodziło w moim przypadku w rachubę, miałem ograniczone pole działania. Świetnie wychodziło mi prowadzenie statystyk. Ale Jeff Stelling zajmował już najlepszą posadę w tej branży, a bez blond włosów i kobiecych kształtów nie miałem przyszłości w Sky Sports[1]. Myślałem o zostaniu trenerem, jednak to długa i żmudna droga. Wiedziałem, że bez gry na najwyższym poziomie, czy na jakimkolwiek innym (nie licząc roli rezerwowego w szkolnej drużynie, co nie było dużym osiągnięciem, zważywszy na to, że zespół liczył dwudziestu chłopaków), jestem przegrany na starcie.

I wtedy obejrzałem program, który zmienił moje życie. A przynajmniej spowodował, że podjąłem przełomową dla siebie decyzję. Był to program w stylu Uwaga!, ujawniano w nim przekręty i korupcję, do których dochodziło w świecie agentów piłkarskich. Wiecie, co mam na myśli: płacenie łapówek menedżerom za umowy, oczernianie konkurencji, aby podkraść jej zawodnika, okłamywanie rodziców w żywe oczy, żeby móc zająć się małym Tommym, i co najgorsze (przynajmniej według twórców programu) – zarabianie wielkich pieniędzy.

Wiem, że wielu by to zniechęciło. Kto chciałby zaliczać się do grupy najbardziej piętnowanych menedżerów na świecie? Miałem nazwać to profesją, lecz w istocie nikt na ekranie nie używał tego słowa (poza agentem zarzekającym się, że jest niewinny, po tym, jak został przyłapany na gorącym uczynku). Ale mając dwadzieścia jeden lat, będąc na ostatnim roku medioznawstwa (cóż, musiałem zdecydować się na studia, w innym wypadku pozostałoby mi iść do pracy prosto po szkole), uznałem, że to moja szansa.

Wszystkich agentów występujących w programie poza chciwością i fałszem łączyła przede wszystkim głupota. Wszyscy posiadali kontakty (dwóch było zawodowcami, więc nie mogło być inaczej), ale nie mieli ani krzty rozumu. Potwierdzał to fakt, że wszyscy zostali przyłapani podczas zakupu kontrolowanego. Wtedy uznałem, że może mi pójść lepiej niż im.

Była to dość dziwna decyzja. Nigdy nie zrobiłem niczego nieuczciwego, a jednak nagle zdecydowałem, że rozpocznę życie przestępcy. Nie miałem być uzbrojonym bandytą czy kimś w rodzaju Berniego Madoffa (choć muszę przyznać, że w głębi duszy czułem dla niego podziw i byłem zawiedziony, kiedy go złapano), przemawiała do mnie jednak szansa na rozpoczęcie, jak by się mogło wydawać, zwykłej kariery ryzykanta. Z pozoru nie różniła się specjalnie od pracy bankierów czy maklerów, a jednak była dużo ciekawsza.

Mój plan miał jednak pewne mankamenty. Nie znałem osobiście żadnego piłkarza, aczkolwiek wiedziałem o nich bardzo dużo dzięki obsesyjnie prowadzonym profilom oraz statystykom wszystkich piłkarzy w Anglii, wliczając w to również zagraniczne gwiazdy. Wszystkich ich rozgryzłem, od Premier League do Football Conference[2], uwzględniając również szkockie rozgrywki. To niesamowite, co możesz stworzyć, używając internetu, czytając gazety, nie wspominając już o starym, dobrym YouTubie, Twitterze czy Facebooku.

Moją pierwszą decyzją było stworzenie dość pomysłowego CV. Nie szukałem przecież dobrze płatnej pracy w dużej firmie księgowej czy prawniczej, dlatego też doszedłem do wniosku, iż nikt nie będzie mnie dokładnie kontrolował. Byłem przekonany, że wzbudzę podziw, jeżeli tylko zostanę zaproszony na rozmowę kwalifikacyjną, co okazało się trudniejsze, niż przypuszczałem.

Każdy agent musi zarejestrować się w Football Association (FA)[3], która udostępnia w internecie listę licencjonowanych agentów. Przebrnięcie przez wszystkie nazwiska zajęło mi cały dzień. O niektórych menedżerach słyszałem w mediach, niektórzy należeli do dużych agencji, inni działali na własną rękę, pracując z domu. Wtedy jeszcze do mnie nie docierało, że aby rozpocząć karierę w tym fachu, będę musiał zdać egzamin; strona podawała informacje na temat następnego organizowanego przez FA egzaminu na agenta, była tam też instrukcja, jak otrzymać sylabus. Zdawanie egzaminów zawsze przychodziło mi z łatwością, ale nie miałem bladego pojęcia o skali trudności, z jakimi spotkam się w tej instytucji. O wielu rzeczach nie miałem wówczas bladego pojęcia, ale w ciągu następnych pięciu lat rozwikłałem wszystkie te zagadki i wiele innych.

Kiedy rozsyłałem aplikacje oraz maile, gdzie tylko mogłem, czułem się nadzwyczaj podekscytowany. Wiedziałem, że mi się uda. Miałem przekonanie, że będę w tym dobry. Ktoś musiał tylko dać mi szansę.

Początki

BYŁO TO TRUDNIEJSZE, niż myślałem. Napisałem do wszystkich wielkich agencji, takich jak WGM, Stellar, SEM, First Artist oraz James Grant. Mimo że na większość maili dostałem miłe odpowiedzi, których nadawcy informowali mnie o braku wolnych miejsc i wyrażali nadzieję, że będę miał więcej szczęścia w przyszłości, to rozmowy kwalifikacyjnej nawet nie powąchałem.

Przełom nastąpił, kiedy osoba, której nazwisko często pojawiało się w czytanej przeze mnie gazecie, odpisała mi na maila i zaproponowała spotkanie przy kawie. Jeżeli pomyślałem wtedy, że zostanę zaproszony do ekskluzywnego londyńskiego klubu dżentelmenów, czekało mnie rozczarowanie, ponieważ lokalem okazał się Starbucks nieopodal Oxford Circus.

Natychmiast go poznałem. Wiedziałem, że jest po pięćdziesiątce, ale równie dobrze mógł być o dziesięć lat młodszy. Ubrany elegancko, ale jak na co dzień, z idealnie zadbanymi włosami i ciemnymi okularami, choć do spotkania doszło w styczniu, i to w zamkniętym pomieszczeniu. To była jedna z pierwszych lekcji, jakie odebrałem. Odpowiedni wygląd ma znaczenie. Jeśli spotykasz się z młodym zawodnikiem po raz pierwszy, nie ma sensu zjawiać się w garniturze i pod krawatem. Jeżeli chłopak ma zdecydować, czy jesteś wystarczająco bystry, aby go reprezentować, musi być w stanie ocenić, ile jest wart twój strój. Zawodników ocenia się po agentach. W szatni mówi się o nich jak o trofeach.

„Mój menedżer reprezentuje…” – po czym zawodnik zaczyna wymieniać listę angielskich kadrowiczów. Lepiej nie przyznawać się do tego, że jesteś jedynym klientem agenta. Nie budzi to szacunku. Ponadto nawet nie myśl o zajechaniu do bazy treningowej w wozie wartym mniej niż czterdzieści tysięcy funtów.

Wyciągnąłem rękę do R (tak go będę nazywał), który w odpowiedzi skinął mi głową i powiedział:

– Piję americano. I dorzuć do tego muffinkę. – Wtedy zrozumiałem, że zaproszenie na kawę nie obejmowało uregulowania rachunku.

Szybko odkryłem, że większość agentów to skąpcy. Są skłonni obsypywać prezentami swoich klientów, ponieważ traktują to jak inwestycję, ale w każdym innym przypadku chowają portfele i wyciągają je tylko po to, by zainkasować należność.

Przyniosłem napoje, czekając, aż zacznie rozmowę. Ponieważ jednak siedział w milczeniu, zrozumiałem, że to ja mam mówić i zrobić na nim wrażenie.

– Dziękuję za spotkanie – powiedziałem. Moje pierwsze słowa sprawiły tylko, że ziewając, spojrzał na wysadzanego diamentami roleksa. Upewnił się, że i ja go zauważę; odruchowo ściągnąłem rękawy, aby ukryć zegarek, który nosiłem od czasu bar micwy.

– Spotykam się z każdym, kto do mnie napisze – rzucił jakby od niechcenia R.

– Miło z twojej strony – odparłem.

R chrząknął, wziął łyk kawy i powiedział:

– Jeżeli myślisz, że zostaniesz agentem, to naprawdę bujasz w obłokach. Jesteś hazardzistą, synu?

– Niekoniecznie – rzuciłem.

– Dobrze. Powiem ci zatem, jakie masz szanse. W lidze[4] są 92 kluby. Powiedzmy, że w każdym jest około 30 zawodowców. To daje 2700 zawodników. Agentów jest mniej więcej 400, nie wliczając w to prawników, rodzin zawodników czy agentów zagranicznych. Są też ci bez licencji, którzy kryją się za prawnikiem czy prawdziwym agentem. Nie mam pojęcia, ilu ich jest, ale zakładam, że mówimy tu o setkach osób. Sześć najlepszych agencji ma po 100 piłkarzy, wliczając tych z górnej półki. Tak więc zostaje 2000 zawodników na 500 lub 600 agentów, dla każdego po trzech, czterech piłkarzy. Nawet jeśli będziesz miał tyle szczęścia, że wyrobisz średnią, trzeba założyć, że ci gracze nie są najlepsi. Powiedzmy, że mogą zarobić 30–50 tysięcy funtów rocznie. Dostajesz z tego pięć procent. Na takim kontrakcie możesz więc zarobić od 1500 do 2500 rocznie. Pomnóż to przez liczbę swoich klientów, zakładając, że nie każdy dostanie co roku nowy kontrakt. Co ci wychodzi? Osiem, dziesięć tysięcy rocznie? Nadal uważasz, że to się opłaca?

– Tak – odpowiedziałem. – Ale nie wydaje mi się, że robisz transakcje na takim szczeblu. Sądząc po tym, ile są warte twój zegarek i okulary, bierzesz więcej niż pięć procent.

Po raz pierwszy wzbudziłem jego zainteresowanie. Odłożył okulary i zobaczyłem jego oczy. Były niezwykle piwne, niemal czarne; poczułem, że przeszywają mnie na wskroś, docierając do moich najskrytszych myśli. Zastanawiałem się, czy komukolwiek udało się wygrać negocjacje, kiedy on siedział po drugiej stronie stołu.

– Dzieciak zatem myśli – powiedział bardziej do siebie niż do mnie. – To dobrze, bo muszę ci powiedzieć, że w tym zawodzie mało kto wykazuje się choć odrobiną pomyślunku. Ludzie są tak zaaferowani zdobyciem kontraktu, że zapominają o zawiązaniu sznurowadeł, co oznacza, że kiedy trzeba biec, upadają. To – wskazał na moje CV – stek bzdur?

Kiwnąłem głową, myśląc, że spotkanie zbliża się do końca, kiedy skąpy uśmiech pojawił się na jego twarzy.

– Wiesz co, przynajmniej masz hucpę[5], to mogę ci przyznać. A w tej grze musisz mieć tego na kontenery. To trochę jak sprzedawanie podwójnych szyb. Zapukasz do stu drzwi, ale potrzebujesz tylko jednej starszej pani, która zaprosi cię do środka, żebyś wiedział, że ten dzień nie poszedł na straty. Zamień babcie na piłkarzy i masz swój zawód. Szukamy piłkarzy, wyławiamy, co nam wpadnie do ręki, i liczymy na najkorzystniejszy obrót spraw. Jeżeli nie są dobrzy, wrzucamy ich z powrotem do morza. Ale ci złapani, ci warci zatrzymania to właśnie nasze pieniądze. Ciężko ich wybrać, złapać na haczyk, ale jeszcze trudniej zatrzymać. Domyślam się, że nie masz licencji?

– Nie, ale wydaje mi się, że nie będę miał problemu ze zdaniem egzaminu.

R zaśmiał się w głos.

– Wszyscy tak mówimy, ale zdawalność nie przekracza dwudziestu procent. Widziałem kolesi z wyższym wykształceniem, którzy oblewali go po kilka razy. Wymagają od ciebie niezrozumiałych rzeczy i jeżeli naprawdę chcesz pracować w tej branży, egzamin jest zupełnie zbędny. Słuchaj, podobasz mi się. Jeśli zaczniesz dla mnie pracować, nie będziesz potrzebował żadnej licencji. Dam ci trzy miesiące na zakontraktowanie sześciu piłkarzy. Nie będę ci płacił, ale jeśli coś na nich zarobię, na pewno nie będziesz na tym stratny. Biorę na siebie twoje wydatki, jeśli je ze mną ustalisz, i niezależnie od tego, czy odniesiesz sukces, czy nie, mogę ci zagwarantować, że przez te trzy miesiące nauczysz się więcej, niż kiedykolwiek udałoby ci się wynieść z książek na uczelni lub gdybyś próbował nafaszerować się bzdurami potrzebnymi na egzamin FA.

– Czy dostanę to na piśmie? – spytałem.

– Posłuchaj, synu, słyszałeś powiedzenie, że ustna umowa nie jest warta papieru, na którym została spisana?

Pokiwałem głową. Przypisywało się je jednemu z potentatów filmowych[6].

– Cóż, w pięknym świecie futbolu ścięcie drzewa na papier, na którym spisuje się kontrakt, to cholerna strata czasu. Wchodzisz w to czy nie? Bo jeśli tak, to możesz mi kupić następną kawę i powiedzieć, jakich piłkarzy masz zamiar namierzyć, a ja dokładnie wyjaśnię ci, co musisz zrobić, aby ich zdobyć.

Zbliżyłem się do niego, wyciągnąłem rękę i jak się poniewczasie dowiedziałem, powinienem policzyć palce, kiedy rozluźnił uścisk.

Lekcja pierwsza:

Poznaj swojego wroga

NIE POTRZEBOWAŁEM dużo czasu, aby zrozumieć, w co się wpakowałem, pracując z R. Gwoli ścisłości, spełnił wszystkie swoje obietnice. Wydrukował mi nawet wizytówki z nazwą i logo jego firmy oraz moim nazwiskiem z napisem „Skaut”.

Za tym określeniem kryje się wiele grzechów. Osoby, które nie chciały rzucać się w oczy, pracują w branży jako skauci lub konsultanci i należą do dwóch różnych kategorii. To kandydaci na agentów, tacy jak ja, pełni energii i optymizmu, chodzący na tyle meczów w ciągu tygodnia, ile się da. I byli profesjonalni piłkarze, którym nie chciało się zdać egzaminu, ale na dobrą sprawę i tak odgrywają rolę agentów piłkarskich.

Już na początku zrozumiałem, że moim wrogiem jest FA, a głównym wyzwaniem, przed którym stoję, ominięcie jej okropnych przepisów (Regulamin w Sprawie Agentów Zawodników), stworzonych kilka lat wcześniej, aby wprowadzić trochę porządku na tym istnym Dzikim Zachodzie. Uczestnicząc w spotkaniach Stowarzyszenia Agentów Piłkarskich, słyszałem wypowiedzi, które koncentrowały się na tym, że powracają czasy Dzikiego Zachodu, tyle że według mnie one się nigdy nie skończyły i dla ludzi, którzy dorobili się wtedy fortun, były to po prostu „stare, dobre czasy”.

System miał działać w sposób, który był marzeniem urzędnika i koszmarem biznesmena. Według niego tylko licencjonowani agenci mogli wykonywać tak zwane działania agenta. Obejmowały one praktycznie wszystko, od pierwszego telefonu do klienta, przez spotkanie z nim i podpisanie umowy, po znalezienie mu klubu i negocjowanie kontraktu. Federacja stworzyła dokument gabarytów Wojny i Pokoju, opisujący każdy krok tego procesu. Jeśli podpiszesz kontrakt z piłkarzem, potrzebne są trzy kopie. Musisz powiedzieć zawodnikowi, aby poradził się kogoś bezstronnego. Wysyłasz kontrakt do FA, gdzie jakiś biurokrata sprawdza, czy wszystkie kropki są na swoim miejscu. Kiedy dojdzie już do rejestracji, tylko agent wymieniony w kontrakcie może kontaktować się z klubem, który z kolei jest teoretycznie zobligowany do kontaktowania się wyłącznie z tym agentem.

W rzeczywistości było zupełnie inaczej. Wyjaśnię to później, kiedy przejdziemy do brudnych interesów, w które byłem zamieszany. Złożenie kontraktu w federacji oznaczało również, że w przypadku uzgodnienia warunków z klubem wszystkie strony uczestniczące w zawieraniu umowy (klub, zawodnik oraz agent) musiały złożyć podpisy na kilku kopiach dokumentów. Kiedy należały ci się pieniądze, klub płacił FA, po czym związek przesyłał ci kasę. I tutaj zaczyna się robić ciekawie.

Zapłatę mógł otrzymać tylko agent uczestniczący w podpisywaniu kontraktu. Musiał on poinformować FA, jeśli płacił komuś innemu. Ta, jasne. Zakładam, że R faktycznie mogło ujść na sucho przyznanie się przed Związkiem Piłkarskim, że płacił premie swoim skautom, ale nie wyobrażam sobie, aby mówił o pieniądzach, które lądowały w kieszeniach menedżerów i rodziców (przeważnie ojców) piłkarzy, a czasem również samych zawodników.

Zależało mi na zrozumieniu, jak takie transakcje miały przebiegać według FA. Kiedy spotkałem się z potencjalnym klientem, rzeczywistość okazała się zgoła inna.

Byłem na kilku meczach drużyn z akademii piłkarskich. Pochlebiałem sobie, że umiem odróżnić dobrego zawodnika od kaleki, ale problem polegał na tym, że wszyscy inni też byli w stanie to zrobić. Nie było łatwo dostać się na teren akademii, ponieważ potrzebowałeś pozwolenia z klubu albo musiałeś tam kogoś znać. Szybko nauczyłem się rozpoznawać rodziców młodych piłkarzy i zrozumiałem, że jeśli uda mi się porozmawiać z nimi poza obiektem treningowym i przeciągnąć rozmowę aż do momentu, gdy znajdziemy się w środku, ochroniarz przy bramie uzna, że jesteśmy spokrewnieni. Było to trudne w przypadku czarnych chłopaków, więc przeważnie przyczepiałem się do rodziców białych zawodników i udawałem starszego brata.

Jeśli chwaliłeś dzieciaka po meczu, rozmowa się kleiła. Oczywiście większość rodziców myślała, że ich synowie odliczają już czas do zostania piłkarzem Manchesteru United czy Barcelony. Jeżeli dzieciak zagrał gorszy mecz, to tylko dlatego, że trener wystawił go na złej pozycji. Wina nigdy nie leżała po stronie chłopaka. Zauważyłem, że jeżeli powiem rodzicom, iż mam koneksje z dużym klubem, są skłonni dać mi swój numer i umówić się na spotkanie.

Był tylko jeden mały szkopuł. Poczciwa FA zabrania kontraktowania zawodników, którzy nie ukończyli szesnastego roku życia; w zasadzie nie można nawet się z nimi kontaktować. Jeśli jednak będziesz czekał, aż zawodnik – o ile jest dobry – osiągnie odpowiedni wiek, niemal na pewno zostanie przechwycony przez inną agencję. Są piłkarze, którzy mają agentów w wieku dziesięciu, jedenastu lat. Uwodzenie dzieci przez internet jest niczym w porównaniu z tym, jak agencje uwodzą młodych graczy i ich rodziców, więc podstęp, dzięki któremu zdobywałem numer telefonu i umawiałem się na spotkanie, był niczym w porównaniu do rzeczy odchodzących gdzie indziej. O czym miałem się dowiedzieć w trakcie pierwszej rozmowy z piętnastoletnim chłopcem i jego rodzicami.

Lekcja druga:

Żądania

W KAŻDYM POKOLENIU są młodzi piłkarze, o których dużo się mówi. Wszyscy znali Joego Cole’a albo Wayne’a Rooneya, kiedy obaj mieli po dziesięć lat, a agenci, którzy zapewnili sobie ich reprezentowanie, gdy ci dwaj byli jeszcze nastolatkami, wiedzieli, co robią. I mówili o nich.

Teraz agentów jest więcej, co oznacza, że konkurencja o cenne podpisy również stała się ostrzejsza. Mamy tu do czynienia z dwoma problemami. Po pierwsze, jak już wspominałem, piłkarze nie mogą niczego podpisać, dopóki nie skończą szesnastu lat, a po drugie, to rodzice, jako opiekunowie, decydują o zawarciu umowy. Tak więc rodzice muszą cię polubić, a dzieciaka trzeba przekonać do tego, jak go będziesz reprezentował.

Namierzyłem cel w trakcie uniwersyteckiego meczu rozgrywanego w Londynie; na trybunach znajdował się ojciec chłopaka. Szybko dowiedziałem się, że rodzic niedawno został zwolniony z pracy, a matka, jedyna żywicielka rodziny, haruje na dwa etaty. Nie trzeba było specjalnej bystrości, żeby zrozumieć, że ojciec uważał syna, mówmy na niego Ryan, za źródło utrzymania do końca życia.

Chłopak miał potencjał. Był wysoki jak na swój wiek i myślał jak piłkarz; przypominał mi młodego Franka Lamparda. Miał to coś. Obserwowałem go przez kilka meczów i kiedy zauważyłem, że inni agenci przymilają się do ojca, uznałem, że to dobry moment na podjęcie odpowiednich kroków. Ku mojemu zadowoleniu udało mi się namówić tatę na spotkanie ze mną i R.

Myślałem, że R będzie zadowolony, ale podszedł do całej sprawy cynicznie.

– Nie ciesz się zbytnio, zanim nie dowiesz się, czego on chce – powiedział. Muszę przyznać, że nie rozumiałem wtedy, o co mu chodziło.

Od tego czasu odwiedziłem kilkanaście takich mieszkań i wszystkie są niemal identyczne. Taras, mały salon z ogromnym telewizorem, zawsze ustawionym na Sky Sports, miła, lecz podenerwowana żona, która nie wychyla nosa z kuchni, oferuje herbatę i ciasteczka z najlepszej zastawy, oraz kilkoro młodszego rodzeństwa próbującego podsłuchać rozmowę.

Musisz znaleźć z nimi wspólny język. Matkę trzeba zapewnić, że jej oczko w głowie będzie pod stałą opieką, że będziesz je traktował jak własne potomstwo. Dzieci należy spytać o zainteresowania. Jeśli to mała dziewczynka, musisz być na czasie z muzyką, a jeśli chłopiec, to zapewne też chce być piłkarzem. Chodzi o zrobienie dobrego wrażenia. Problem w tym, że znajdą się i tacy, co zostawią coś więcej niż miłe wspomnienia.

Tata Ryana usadowił się w ulubionym fotelu. Gapiłem się w telewizor, R również, czekaliśmy, aż mężczyzna go wyłączy lub przyciszy. Nie było takiej możliwości. On też się w niego wpatrywał i nie przestał nawet wtedy, kiedy zaczęliśmy rozmawiać.

– Dobra – powiedział. – Czy możecie zaproponować mi coś, czego nie mogą inni?

R zaczął mówić o reprezentowanych przez siebie piłkarzach, o kontaktach w klubach, o swojej karierze zawodnika oraz o tym, że on też ma dzieci i traktowałby Ryana jak własnego syna.

Widać było, że tata nie jest zachwycony ani nawet zainteresowany.

– Cóż – powiedział. – To wszystko brzmi bardzo dobrze, ale rozmawialiśmy już z kilkoma innymi agentami. Jeden z nich przyjechał po nas rolls royce’em, zabrał Ryana do biura, a kiedy mój chłopak wychodził, zastał na siedzeniu samochodu nowiutkiego xboxa i iPada. Dobry początek. Spotkaliśmy się z (wymienił nazwisko obecnego reprezentanta Anglii), spodobała mu się gra Ryana. Uważa, że będzie wielką gwiazdą.

Muszę przyznać, że R sprostał zadaniu.

– To dobra agencja. Można to wywnioskować z liczby zawodników. Ale ma to również złe strony. Reprezentują zbyt wielu piłkarzy, aby poświęcić Ryanowi odpowiednio dużo uwagi. My nie spuszczalibyśmy go z oczu. – Wskazał na mnie. – Mój asystent będzie dla niego jak brat, proszę mi wierzyć.

Ojciec wyłączył dźwięk i odwrócił wzrok od telewizora. Oceniał mnie.

– Rozumiem – powiedział. – To dobry pomysł. Ale co ze mną?

– Będzie pan potrzebny – powiedział R. – Nic się nie wydarzy, zanim nie porozmawiamy z panem i zanim nie poznamy pańskiego zdania.

– No, ma się rozumieć – odpowiedział tata. – Ale co zrobicie, żeby mi pomóc? Nie pracowałem od miesięcy, to ja wożę Ryana na treningi i mecze. Zapewniam mu wszystko, czego potrzebuje.

Aby robić te rzeczy, facet zapewne zabierał swojej żonie jej ciężko zarobione pieniądze, ale nie wyraziłem tego przypuszczenia na głos.

– Z butami nie będzie problemu. Na pewno też pomożemy panu z benzyną i tego typu kwestiami.

Byłem świadom, że „tego typu kwestie” przekonają w końcu ojca.

– Inny agent też to oferował. Dodał również, że w trakcie oglądania meczów Ryana sam będę mógł zająć się skautingiem.

R się nie poddawał.

– Też może dawać nam pan cynk. Podpiszemy umowę z kimkolwiek, zapłacimy panu coś z tego i będziemy o pana dbać, kiedy ustalimy kontrakt dotyczący pana syna.

– Chodzi o to – ojciec kontynuował, coraz lepiej czując się w swojej roli – że potrzebuję pieniędzy teraz.

Koniec sparingu, zaczęła się prawdziwa walka. Matka zamknęła drzwi do kuchni, jakby się domyślała, że rozmowa dotarła do tego miejsca. Młodsze rodzeństwo znalazło się w swoich pokojach. Przyszedł czas na męską rozmowę.

– Ile panu zaproponowali? – spytał R.

– Dwadzieścia pięć tysięcy w gotówce, a potem kontrakt na skauting na trzydzieści tysięcy za rok.

R długo wpatrywał się w ojca, starając się ocenić, czy mówi prawdę.

– Jeśli damy panu tyle samo, Ryan podpisze umowę? W kontrakcie pole z datą będzie puste i wypełnimy je, kiedy skończy szesnaście lat.

– Lubimy cię, a Ryan polubił twojego kolegę, więc wydaje mi się, że właśnie tak zrobimy. Inny agent był trochę zbyt zadufany w sobie, jeśli wiesz, co mam na myśli.

R pokiwał głową. Tak, R doskonale wiedział. Było to ryzykowne posunięcie. Kariera chłopaka mogła spalić na panewce. Oficjalnie podpisze umowę jako szesnastolatek, a po dwóch latach, kiedy skończy osiemnastkę, może nie dostać żadnej porządnej propozycji, która zrekompensowałaby inwestycję. R miał jednak świadomość, że ryzykowniej byłoby przejść obok takiej okazji. Dobiliśmy więc targu.

Okazało się, że było to dobre posunięcie. Chłopak zaczął grać w pierwszym składzie kilka miesięcy po szesnastych urodzinach i przeniósł się do drużyny z Premiership. Honorarium R wyniosło około trzystu tysięcy za dwie umowy. Niezły dochód, jeśli spojrzymy na osiemdziesiąt pięć tysięcy zapłacone ówcześnie tacie.

Niestety, ta historia nie ma szczęśliwego zakończenia. Kiedy umowa dobiegła końca i trzeba było ją renegocjować, ojciec stał się bardzo cwany i powiedział R, że podpisze kontrakt, tylko jeśli R zapłaci mu połowę wszystkich przyszłych prowizji. Gdyby R się na to nie zgodził, inni nie mieliby z tym problemu, a połowa czegoś jest lepsza niż całe nic. Jeżeli nauczyłem się czegoś od R, to pragmatyzmu.

[1] Brytyjski kanał sportowy (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

[2] Najniższa angielska piłkarska klasa rozgrywkowa.

[3] Angielski Związek Piłki Nożnej.

[4] Football League – najstarsze na świecie rozgrywki piłkarskie, w których uczestniczą zespoły z Anglii oraz Walii. W ich skład wchodzą trzy 24-zespołowe ligi: Football League Championship, Football League One oraz Football League Two. Od 1992 roku FA Premier League (20 zespołów), najwyższa klasa ligowa, to osobne rozgrywki.

[5] Zuchwałość – słowo pochodzące z hebrajskiego.

[6] Samuel Goldwyn – amerykański producent filmowy polskiego pochodzenia, współzałożyciel wytwórni Metro-Goldwyn-Mayer.

The Secret Agent

Inside The World of The Football Agent

Copyright © The Secret Agent 2014

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2015

Copyright © for the Polish translation Tomasz Szymoński 2015

Redakcja – Grzegorz Krzymianowski

Korekta – Mateusz Celer

Opracowanie typograficzne i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografia na okładce – Elnur Amikishiyev/123rf.com;

Henke/pixabay; zim-bb/pixabay

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2015

ISBN EPUB: 978-83-7924-355-6

ISBN MOBI: 978-83-7924-354-9

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Światem rządzą emocje

Wstęp

Początki

Lekcja pierwsza: Poznaj swojego wroga

Lekcja druga: Żądania

Klient ma zawsze rację

Prawda, cała prawda i tylko prawda

Opiekun

Nauka Latania

Samodzielność

Sępy

Łapówka

Polityka zagraniczna

Zasłona dymna

Obietnice

Agent B

Przykrywka

Narzędzia pracy

Ciężka praca

Buty

Agent piłkarz

Osaczony

Gra o media

Wśród rekinów

Spekulacja = kumulacja

Inwestycje

Media społecznościowe

Wyzysk

Pracownik biura podróży

Zagraniczne przygody

Prezes K

Zagraniczna harówka

Zamiany, partnerowanie i przekręty

Rozwój

Bieganie w miejscu

Ludzie honoru

Gwiazdy palestry

Pycha

Zakończenie

Strona redakcyjna

Zainteresowały cię kulisy piłki nożnej?

Przeczytaj też Futbol obnażony

Szukaj w dobrych księgarniach i na

www.labotiga.pl

www.wsqn.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Warkocz Sekretna wojna. Tom 1 NIEzbędnik ateisty Słownik pojęć Whiteheada Zmiana klimatu to nie jest ładny obrazek Listy niezapomniane 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI