Razem będzie lepiej

Razem będzie lepiej

Autorzy: Jojo Moyes

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 464

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 17.94 zł

Na miejscu Jess każdy miałby dosyć. Pracy na dwa etaty, chodzenia przez cały rok w jednej parze dżinsów, kupowania najtańszych jogurtów na promocji w supermarkecie i wybaczania byłemu mężowi, że nie płaci alimentów. Jednak Jess nie należy do kobiet, które łatwo się poddają. „Damy sobie radę” mogłaby mieć wydrukowane na koszulce. Kiedy okazuje się, że jej córka ma szansę na zdobycie stypendium w wymarzonej szkole, gotowa jest ruszyć na drugi koniec kraju, zabierając ze sobą: 1. jednego problematycznego nastolatka, 2. jedną wybitnie uzdolnioną dziewczynkę z chorobą lokomocyjną, 3. jednego kudłatego psa o wielkim sercu. Oraz... 4. przypadkowo spotkanego mężczyznę na życiowym zakręcie, który w krytycznym momencie wyciąga do nich pomocną rękę. Czy wspólna podróż pokaże im, że… razem będzie lepiej?
Charlesowi, jak zawsze

PROLOG

ED

Ed Nicholls siedział z Ronanem w pokoju działu kreacji i pił kawę, kiedy wszedł Sidney. Za nim stał człowiek, którego Ed mgliście kojarzył, jakiś inny Garniak.

– Szukaliśmy cię – powiedział Sidney.

– No to znaleźliście – odparł Ed.

– Tylko ciebie, nie Ronana.

Ed przyglądał im się przez dłuższą chwilę, po czym rzucił w sufit czerwoną piłeczką z pianki i ją złapał. Kątem oka zerknął na Ronana. Investacorp kupiło połowę udziałów w ich firmie półtora roku temu, ale Ed i Ronan nadal myśleli o tamtych jako o Garniakach. Było to jedno z milszych przezwisk, jakimi określali ich między sobą.

– Znasz niejaką Deannę Lewis?

– A co?

– Czy przekazywałeś jej informacje o tym, że wprowadzamy na rynek nowe oprogramowanie?

– Co?

– To proste pytanie.

Ed przeniósł wzrok z jednego Garniaka na drugiego. Atmosfera była dziwnie napięta. Żołądek Eda, jak zatłoczona winda, zaczął powoli zjeżdżać w kierunku jego stóp.

– Możliwe, że gawędziliśmy sobie o pracy. Nic konkretnego, o ile pamiętam.

– Deanna Lewis? – wtrącił Ronan.

– Ed, musimy mieć w tej kwestii jasność. Czy przekazywałeś jej jakieś informacje dotyczące wprowadzenia SFAX-u na rynek?

– Nie. Może. O co chodzi?

– Na dole policja razem z dwoma zbirami z Urzędu do spraw Regulacji Rynków Finansowych przeszukuje twój gabinet. Brat tej kobiety został aresztowany za bezprawne wykorzystanie informacji poufnych. Czyli tych, których im dostarczyłeś na temat wprowadzenia na rynek naszego oprogramowania.

– Deanna Lewis? Nasza Deanna Lewis? – Ronan zaczął czyścić sobie okulary. Robił to, kiedy czuł się zaniepokojony.

– Fundusz hedgingowy jej brata zarobił dwa koma sześć miliona dolarów pierwszego dnia. Na jej osobiste konto wpłynęło sto dziewięćdziesiąt tysięcy.

– Fundusz hedgingowy jej brata?

– Nie rozumiem – stwierdził Ronan.

– Dobrze, powiem tak, żeby wszyscy zrozumieli. Dysponujemy nagraniami Deanny Lewis, która rozmawia z bratem na temat wprowadzenia na rynek SFAX-u. Mówi, że Ed poinformował ją, że to będzie coś wielkiego. I jak myślicie, co było dalej? Dwa dni później fundusz jej brata znajduje się wśród największych nabywców akcji. Co jej dokładnie powiedziałeś?

Ronan wbił w niego wzrok. Ed rozpaczliwie usiłował zebrać myśli. Kiedy przełknął ślinę, usłyszeli to wszyscy zgromadzeni. Po drugiej stronie biura programiści zerkali na nich znad swoich boksów.

– Nic jej nie mówiłem – zamrugał oczami. – Nie wiem. Może i coś tam powiedziałem. Przecież to nie była żadna tajemnica państwowa.

– Ed, to była tajemnica państwowa, do cholery – oznajmił Sidney. – Coś takiego nazywa się insider trading, wykorzystanie informacji poufnych. Ta kobieta twierdzi, że podałeś jej daty i godziny. Powiedziałeś, że nasza firma zbije na tym majątek.

– No to dziewczyna kłamie! Gada, co jej ślina na język przyniesie. My tylko… spotykaliśmy się przez chwilę.

– Czyli chciałeś ją przelecieć, więc wypaplałeś wszystko, żeby się przed nią popisać?

– To nie było tak.

– Spałeś z Deanną Lewis? – Ed czuł, jak pali go spojrzenie krótkowzrocznych oczu Ronana.

Sidney uniósł ręce w górę.

– Musisz zadzwonić do swojego prawnika.

– Jak cokolwiek może mi za to grozić? – zapytał Ed. – Przecież nic na tym nie zyskałem. Nie wiedziałem nawet, że jej brat ma fundusz hedgingowy.

Spojrzenie Sidneya przeniosło się za jego plecy. Programiści nagle dostrzegli na swoich biurkach coś bardzo zajmującego. Sidney zniżył głos.

– Musisz teraz iść. Chcą cię przesłuchać na komisariacie.

– Co? To jakiś obłęd. Za dwadzieścia minut mam spotkanie w sprawie oprogramowania. Nie idę na żaden komisariat.

– I oczywiście jesteś zawieszony w pełnieniu obowiązków do momentu wyjaśnienia sprawy.

Ed zaśmiał się z niedowierzaniem.

– Żartujesz sobie? Nie możecie mnie zawiesić. To moja firma – rzucił piłeczkę w powietrze i złapał ją, odwracając się od nich. Nikt się nie poruszył. – Nigdzie nie idę. To moja firma. Powiedz im, Ronan.

Spojrzał na Ronana, ale ten uporczywie wpatrywał się w coś na podłodze. Popatrzył na Sidneya, który potrząsnął głową. A potem podniósł wzrok na dwóch umundurowanych mężczyzn, którzy ukazali się za nim, na swoją sekretarkę zakrywającą usta dłonią, na ścieżkę na dywanie, która już otwierała się pomiędzy nim a drzwiami, i piłeczka upadła bezgłośnie u jego stóp.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

JESS

Jess Thomas i Nathalie Benson opadły ciężko na siedzenia swojej furgonetki, zaparkowanej na tyle daleko od domu Nathalie, żeby nikt nie mógł jej stamtąd zobaczyć. Nathalie paliła papierosa. Sześć tygodni temu rzuciła palenie po raz czwarty.

– Osiemdziesiąt funtów tygodniowo, jak w zegarku. I płatne wakacje – wykrzyknęła Nathalie. – Do ciężkiej cholery. Naprawdę mam ochotę znaleźć zdzirę, która zostawiła ten kolczyk, i spuścić jej łomot. Przez nią straciłyśmy naszą najlepszą fuchę.

– Może nie wiedziała, że on ma żonę.

– O, dobrze wiedziała. – Zanim poznała Deana, Nathalie spędziła dwa lata z mężczyzną, który, jak się okazało, miał nie jedną, ale dwie rodziny po drugiej stronie Southampton. – Żaden kawaler nie rozkłada na łóżku dopasowanych kolorystycznie ozdobnych poduszek.

– Neil Brewster rozkłada – powiedziała Jess.

– Kolekcja płyt Neila Brewstera to w sześćdziesięciu siedmiu procentach Judy Garland, a w trzydziestu trzech Pet Shop Boys.

Sprzątały razem pięć dni w tygodniu od czterech lat, od czasów, kiedy Beachfront Holiday Park był jeszcze pół rajem, pół placem budowy. Kiedy jeszcze deweloperzy obiecywali miejscowym rodzinom dostęp do basenu i zapewniali wszystkich, że wielkie ekskluzywne osiedle przyniesie małemu nadmorskiemu miasteczku liczne korzyści, a nie wyssie z niego resztki życia. Wyblakły szablon z nazwą firmy, „Serwis Sprzątający Benson & Thomas”, zdobił bok ich białej furgonetki. Nathalie dopisała pod spodem: „Lubisz naświntuszyć? Chętnie pomożemy!”, aż wreszcie Jess zwróciła jej uwagę, że od dwóch miesięcy połowa zgłoszeń telefonicznych nie miała nic wspólnego ze sprzątaniem.

W tej chwili prawie wszystkie ich zlecenia pochodziły z osiedla Beachfront. Mało kto w miasteczku miał pieniądze – albo ochotę – żeby zatrudniać sprzątaczkę. Wyjątkiem byli lekarze, adwokat i pojedynczy klienci w rodzaju pani Humphrey, której artretyzm nie pozwalał zajmować się tym samodzielnie. Z jednej strony praca była dobra. Człowiek był sam sobie szefem, sam organizował sobie czas i mógł zazwyczaj swobodnie wybierać zlecenia. Minusem tego zajęcia nie byli, o dziwo, koszmarni klienci (a zawsze zdarzał się co najmniej jeden taki). Nie chodziło również o fakt, że szorowanie cudzego klozetu wywoływało uczucie, jakby człowiek znajdował się na drabinie społecznej o szczebel niżej, niż sobie zaplanował. Jess nie przeszkadzało wyciąganie kłębów włosów z odpływów w wannach ani to, że większość osób wynajmujących domki na lato zdawała się traktować jako punkt honoru, by przez tydzień żyć jak w chlewie.

Nie podobało jej się to, że w tej pracy człowiek prędzej czy później dowiadywał się o życiu innych zdecydowanie więcej, niż by sobie życzył.

Jess mogłaby wam opowiedzieć o sekretnym nałogu pani Eldridge: o rachunkach za markowe buty wpychanych do kosza na śmieci w łazience, o zalegających w jej garderobie torbach z nienoszonymi ubraniami, które wciąż miały przyczepione metki. O Lenie Thompson, która od czterech lat starała się o dziecko i zużywała dwa testy ciążowe na miesiąc (plotka głosiła, że nie zdejmuje przy tym rajstop). O panu Mitchellu z dużego domu za kościołem, którego miesięczna pensja składała się z sześciu cyfr (zostawiał na stoliku w holu odcinki wypłaty; Nathalie była pewna, że robi to celowo) i którego córka paliła potajemnie w łazience.

Gdyby miała na to ochotę, Jess mogłaby wymienić z nazwiska kobiety, które wychodziły na miasto, wyglądając nieskazitelnie – idealnie ułożone włosy, wymanikiurowane paznokcie, subtelny zapach kosztownych perfum – i którym zupełnie nie przeszkadzało, że zostawiły na środku podłogi brudne majtki. Albo nastolatków, których sztywnych ręczników nie podniosłaby z ziemi bez użycia szczypiec. Były pary spędzające każdą noc w osobnych łóżkach; żony, które prosząc ją o zmienienie pościeli w pokoju gościnnym, podkreślały radośnie, że „miały ostatnio mnóstwo odwiedzających”; toalety, w których przydałaby się maska gazowa i tablica ostrzegająca o skażeniu biologicznym.

Raz na jakiś czas trafiała się też dobra klientka, taka jak Lisa Ritter, do której człowiek wpadał odkurzyć podłogę i wychodził z diamentowym kolczykiem oraz całą masą wiedzy, która naprawdę nie była mu do niczego potrzebna.

– To pewnie mojej córki, został widocznie po jej ostatniej wizycie – powiedziała Lisa Ritter lekko drżącym z wysiłku głosem, trzymając kolczyk w ręce. – Ma parę właśnie takich.

– Oczywiście – potwierdziła Jess. – Ktoś pewnie kopnął go niechcący do pani pokoju. Albo wniósł na bucie. Byłyśmy pewne, że to będzie coś w tym rodzaju. Przepraszam. Gdybym wiedziała, że to nie pani, nie zawracałabym pani głowy – i już w tym momencie, kiedy pani Ritter odwracała się od niej, Jess wiedziała, że to koniec. Ludzie nie są wdzięczni, kiedy przynosi im się złe wieści.

U wylotu ulicy opatulony maluch przewrócił się powoli na ziemię, niczym zwalone drzewo, i po chwili ciszy zaczął wyć. Jego matka, dźwigająca w obu rękach idealnie zrównoważone siatki z zakupami, stanęła i patrzyła na dziecko z niemą konsternacją.

– Słyszałaś przecież, co mówiła w zeszłym tygodniu – Lisa Ritter prędzej zrezygnowałaby ze swojego fryzjera niż z nas.

Nathalie zrobiła minę, z której wynikało, że Jess potrafiłaby znaleźć dobre strony zagłady atomowej.

– Niż z „firmy sprzątającej”. To co innego. Jej jest wszystko jedno, czy to my, Superbłysk czy Mistrzynie Mopa – Nathalie potrząsnęła głową. – Nie. Od tej pory już zawsze będziemy dla niej sprzątaczkami, które znają prawdę o jej niewiernym mężu. Dla takich kobiet jak ona to ma znaczenie. Przecież im chodzi wyłącznie o pozory.

Matka odstawiła torby na chodnik i schyliła się po malucha. Jess położyła bose stopy na desce rozdzielczej i schowała twarz w dłoniach.

– A niech to. Gdzie my teraz dostaniemy taką stawkę, Nat?

– Ten dom był czysty jak łza. Wystarczyło wpaść tam dwa razy w tygodniu i wypolerować to i owo. – Nathalie wpatrywała się za okno.

– I zawsze płaciła nam w terminie.

Jess ciągle miała przed oczami ten diamentowy kolczyk. Dlaczego po prostu go nie zignorowały? Tak naprawdę byłoby lepiej, gdyby któraś z nich zwyczajnie go ukradła.

– Okej, zwolni nas. Zmieńmy temat, Nat. Nie mogę sobie pozwolić na płacz przed pracą w pubie.

– No dobrze, czy Marty dzwonił do ciebie w tym tygodniu?

– Nie chodziło mi o zmianę tematu na taki.

– A dzwonił?

Jess westchnęła.

– Mhm.

– I wyjaśnił, dlaczego nie dzwonił tydzień wcześniej? – Nathalie zepchnęła stopy Jess z deski rozdzielczej.

– Nie – Jess poczuła wbity w siebie wzrok przyjaciółki. – I nie, nie przysłał żadnych pieniędzy.

– Och, Jess. Musisz wreszcie nasłać na niego Fundusz Alimentacyjny. Nie możesz znosić tego w nieskończoność. Powinien dawać pieniądze na własne dzieci.

Spierały się o to nie po raz pierwszy.

– On… nadal nie jest z nim dobrze – powiedziała Jess. – Nie mogę mu dokładać zmartwień. Nie znalazł jeszcze pracy.

– Cóż, teraz te pieniądze będą ci potrzebne. Dopóki nie znajdziemy drugiej takiej fuchy jak u Lisy Ritter. Jak tam Nicky?

– Poszłam do domu Jasona Fishera porozmawiać z jego mamą.

– Żartujesz? Ja się jej boję jak ognia. I co, obiecała, że każe mu zostawić Nicky’ego w spokoju?

– Coś w tym rodzaju.

Nathalie pochyliła głowę, nie przestając wpatrywać się w Jess.

– Powiedziała mi, że jak jeszcze raz zbliżę się do jej domu, to spuści mi taki łomot, że popamiętam. Mnie i moim… jak to było?… mnie i moim „popapranym smarkaczom”. – Jess zerknęła w lusterko na miejscu pasażera i ściągnęła włosy w koński ogon. – A, i powiedziała mi jeszcze, że jej Jason muchy by nie skrzywdził.

– Typowe.

– To nic wielkiego. Miałam z sobą Normana. I ten kochany psiak zrobił wielgachną kupę koło ich toyoty, a ja jakoś zapomniałam, że mam w kieszeni plastikowy woreczek.

Jess z powrotem oparła stopy na desce rozdzielczej.

Nathalie znów je stamtąd zepchnęła i wytarła deskę wilgotną chusteczką.

– Ale serio, Jess. Jak dawno Marty się zwinął? Dwa lata temu? Jesteś młoda. Nie możesz wiecznie czekać, aż on się ogarnie. Musisz z powrotem wskoczyć na konia – doradziła Nathalie ze znaczącą miną.

– Z powrotem wskoczyć na konia. Piękne.

– Liam Stubbs na ciebie leci. To mogłaby być niezła przejażdżka.

– Liam Stubbs jest gotów zabrać na przejażdżkę dowolną osobę wyposażoną w parę chromosomów X. – Jess zamknęła okno. – Lepiej poczytam sobie książkę. Myślę zresztą, że moje dzieci miały już w życiu dość zawirowań. Nie potrzebują jeszcze do tego grać w „Poznaj Nowego Wujaszka”. No dobrze – spojrzała w niebo i zmarszczyła nos. – Muszę odgrzać im obiad, a potem przygotować się do swojej zmiany w pubie. Obdzwonię wcześniej parę osób, zobaczę, czy ktoś z klientów nie ma czasem jakichś dodatkowych zleceń. A poza tym nigdy nic nie wiadomo, może Lisa nas jednak nie zwolni.

Nathalie opuściła swoją szybę i wydmuchnęła długą smugę dymu.

– Jasne, Dorotko. A nasza następna fucha to będzie sprzątanie Szmaragdowego Grodu na końcu Żółtej Ceglanej Drogi.

Domek przy Seacove Avenue 14 rozbrzmiewał odgłosami odległych wybuchów. Tanzie wyliczyła ostatnio, że od czasu ukończenia szesnastego roku życia Nicky spędza osiemdziesiąt osiem procent wolnego czasu w swoim pokoju. Jess nie mogła mieć mu tego za złe.

Zrzuciła skrzynkę ze środkami czystości w przedpokoju, powiesiła kurtkę i ruszyła na górę, z dobrze znanym uczuciem lekkiego niepokoju na widok przetartej wykładziny, po czym uchyliła drzwi do sypialni Nicky’ego. Chłopak miał na uszach słuchawki i strzelał do kogoś; unoszący się w powietrzu zapach trawki był tak silny, że Jess zakręciło się w głowie.

– Nicky – odezwała się, a czyjeś ciało rozerwała seria z pistoletu maszynowego. – Nicky – podeszła do niego i ściągnęła mu słuchawki, a chłopak odwrócił się z wyrazem oszołomienia na twarzy, jak ktoś wyrwany ze snu. – Pilnie się uczysz, co?

– Akurat zrobiłem sobie przerwę.

Wzięła do ręki popielniczkę i podsunęła mu pod nos.

– Chyba już o tym rozmawialiśmy.

– Zostało po nocy. Nie mogłem spać.

– Nie w domu, Nicky. – Nie było sensu zakazywać mu tego w ogóle. Wszyscy w okolicy palili. Jess uważała się za szczęściarę, bo Nicky zaczął dopiero w wieku piętnastu lat.

– Tanzie już wróciła? – schyliła się i podniosła z podłogi kilka bezpańskich skarpetek i kubków.

– Nie. Aha. Koło południa dzwonili od niej ze szkoły.

– Co?

Nicky napisał coś na komputerze, po czym odwrócił się w jej stronę.

– Nie wiem. Coś ze szkołą.

Jess uniosła pukiel jego ufarbowanych na czarno włosów, i proszę: świeże skaleczenie na kości policzkowej. Chłopak się uchylił.

– Wszystko w porządku?

Nicky wzruszył ramionami i odwrócił wzrok.

– Znowu się na ciebie zaczaili?

– Nic mi nie jest.

– Dlaczego do mnie nie zadzwoniłeś?

– Nie miałem kasy na karcie – odchylił się na krześle i rzucił wirtualnym granatem.

Eksplozja przemieniła ekran w morze płomieni. Nicky z powrotem założył słuchawki i odwrócił się w stronę monitora.

Nicky sprowadził się do Jess na stałe osiem lat temu. Był synem Marty’ego i Delli, kobiety, z którą ten spotykał się przez krótki czas jako nastolatek. Kiedy zjawił się w domu Jess, był milczący i nieufny, miał długie wychudzone kończyny i wilczy apetyt. Jego matka znalazła sobie nowe towarzystwo i wreszcie zniknęła gdzieś w Midlands z niejakim Dużym Alem, człowiekiem, który nikomu nie patrzył w oczy, a w gigantycznej pięści wiecznie ściskał puszkę piwa Tennent’s Extra. Pogrążonego we śnie Nicky’ego znaleziono w szkolnej szatni, a kiedy kurator znowu zadzwonił, Jess powiedziała, że może zamieszkać z nimi.

– Oto, czego ci trzeba – skomentowała Nathalie. – Jeszcze jednej gęby do wykarmienia.

– To mój pasierb.

– W ciągu czterech lat widziałaś go dwa razy. A sama nie masz nawet dwudziestu lat.

– Cóż, tak w dzisiejszych czasach wyglądają rodziny.

Później zastanawiała się czasami, czy to nie była kropla, która przepełniła czarę; czynnik, który sprawił, że Marty zrezygnował z wszelkiej odpowiedzialności za swoją rodzinę. Ale Nicky był dobrym chłopcem, pod całymi tymi kruczoczarnymi włosami i eyelinerem. Bardzo miło odnosił się do Tanzie, a kiedy miał dobry dzień, rozmawiał, śmiał się i od czasu do czasu pozwalał Jess na niezgrabny uścisk. Cieszyła się z niego, choć niekiedy miała wrażenie, że właściwie to sprowadziła sobie jeszcze jedną osobę, o którą może się niepokoić.

Wyszła z telefonem do ogródka i odetchnęła głęboko.

– Hm… halo? Mówi Jessica Thomas. Dzwonili państwo do mnie parę godzin temu.

Pauza.

– Czy Tanzie…? Czy… nic się nie stało?

– Wszystko dobrze. Przepraszam. Powinienem się przedstawić. Moje nazwisko Tsvangarai, uczę Tanzie matematyki.

– Ach tak. – Wyobraziła go sobie: wysoki mężczyzna w szarym garniturze. Twarz przedsiębiorcy pogrzebowego.

– Chciałem z panią porozmawiać, bo kilka tygodni temu odbyłem interesującą rozmowę z moim dawnym kolegą, który obecnie pracuje w Świętej Annie.

– Świętej Annie? – Jess zmarszczyła brwi. – W tej prywatnej szkole?

– Tak. Mają tam program stypendialny skierowany do dzieci, które wykazują szczególne zdolności w dziedzinie matematyki. A jak pani wiadomo, Tanzie cieszy się u nas opinią dziecka wybitnie utalentowanego.

– Bo jest dobra z matematyki.

– Więcej niż dobra. W zeszłym tygodniu wzięła udział w teście kwalifikacyjnym. Nie wiem, czy o tym wspominała. Wysłałem list, ale nie byłem pewny, czy go pani czytała.

Jess zerknęła na lecącą po niebie mewę. Kilka ogródków dalej Terry Blackstone zaczął śpiewać razem z radiem. Był znany z tego, że kiedy sądził, iż nikt nie patrzy, przeistaczał się w Roda Stewarta.

– Dziś rano otrzymaliśmy wyniki. Tanzie poszło dobrze. Wyjątkowo dobrze. Pani Thomas, jeżeli wyrazi pani zgodę, przedstawiciele szkoły Świętej Anny chcieliby spotkać się z nią osobiście. Rozważają przyznanie jej stypendium.

Jess bezmyślnie powtórzyła za nim:

– Stypendium?

– W przypadku dzieci wyjątkowo uzdolnionych szkoła jest gotowa zrezygnować ze znaczącej części czesnego. Dla Tanzie oznacza to możliwość kształcenia się na najwyższym poziomie. Pani Thomas, ona ma niespotykane zdolności numeryczne. Jestem przekonany, że byłaby to dla niej wspaniała szansa.

– Święta Anna? Ale… Tanzie musiałaby dojeżdżać autobusem przez całe miasto. Potrzebowałaby mundurka i całej reszty. Nie… nie znałaby tam nikogo.

– Szybko znalazłaby przyjaciół. Ale to tak naprawdę detale. Poczekajmy, co zaproponuje szkoła. Tanzie to utalentowana dziewczynka. – Urwał. Kiedy Jess nic nie odpowiedziała, pan Tsvangarai ściszył głos: – Proszę pani, uczę matematyki od blisko dwudziestu dwóch lat. I nigdy nie spotkałem dziecka, które tak szybko chwytałoby pojęcia matematyczne. Sądzę, że Tanzie zbliża się do momentu, w którym nie będę w stanie więcej jej nauczyć. Algorytmy, rachunek prawdopodobieństwa, liczby pierwsze…

– Mhm. Obawiam się, że przestaję za panem nadążać.

Mężczyzna zachichotał.

– Rozumiem. Bądźmy w kontakcie.

Jess odłożyła telefon i usiadła ciężko na białym krześle ogrodowym, którego plastik porosła lśniąca warstewka szmaragdowego mchu. Zapatrzyła się w przestrzeń, a potem przez okno na zasłonki, które Marty’emu zawsze wydawały się zbyt jaskrawe, na czerwony plastikowy trójkołowy rowerek, którego jakoś do tej pory nie udało się jej pozbyć, na niedopałki papierosów sąsiadów, rozrzucone niczym konfetti po jej ścieżce, na przegniłe deski w płocie, przez który pies uparcie wystawiał łeb. I chociaż Nathalie nazwałaby to nieuzasadnionym optymizmem, Jess poczuła, że do oczu nieoczekiwanie cisną się jej łzy.

Z sytuacją osoby porzuconej przez ojca jej dzieci wiąże się wiele paskudnych rzeczy: problemy z pieniędzmi, tłumiony gniew dzieci i to, że większość twoich „sparowanych” znajomych traktuje cię, jakbyś tylko szykowała się do odbicia im męża. Jednak jeszcze gorszy niż to, gorszy niż te cholerne niekończące się zmagania finansowe, które wysysały z niej energię, był fakt, że wychowując dzieci w pojedynkę, Jess czuła się w tym wszystkim nie tylko zagubiona, ale i nieopisanie samotna.

ROZDZIAŁ DRUGI

TANZIE

Na parkingu przed szkołą Świętej Anny stało dwadzieścia sześć samochodów. Dwa rzędy po trzynaście lśniących aut z napędem na cztery koła, zwróconych przodami do siebie. Płynnie wjeżdżały i wyjeżdżały ze swoich miejsc pod średnim kątem czterdziestu jeden stopni, zwalniając je kolejnemu samochodowi.

Tanzie przyglądała się im, kiedy razem z mamą wysiadały z autobusu i przechodziły na drugą stronę ulicy, a kierowcy wbrew przepisom rozmawiali przez telefon albo robili miny do siedzących z tyłu blond bobasów z wytrzeszczonymi oczkami. Mama zadarła brodę, podzwaniając kluczami od domu, które trzymała w wolnej ręce, jakby to były kluczyki do samochodu, a ona i Tanzie akurat zaparkowały kawałek dalej. Co chwila oglądała się za siebie. Tanzie domyślała się, iż mama się przejmuje, że może wpaść na kogoś, u kogo sprząta, i ten ktoś zapyta, co ona tutaj robi.

Tanzie nigdy nie była w szkole Świętej Anny, chociaż przejeżdżała obok niej autobusem co najmniej dziesięć razy, bo państwowy dentysta przyjmował przy tej samej ulicy. Z zewnątrz było widać tylko ciągnący się w nieskończoność żywopłot, przystrzyżony równiutko pod kątem dziewięćdziesięciu stopni (Tanzie była ciekawa, czy ogrodnik używa kątomierza), i wielkie drzewa, których gałęzie zwieszały się nisko nad dziedzińcem, jakby chciały osłonić bawiące się pod nimi dzieci.

Dzieci w Świętej Annie nie waliły się tornistrami po głowach ani nie przypierały do muru, żeby odebrać jedne drugim pieniądze na obiad. Nie było słychać znużonych głosów nauczycieli zapędzających nastolatki do klas. Dziewczynki nie miały spódnic podkasanych tak, że ledwo zakrywały im pupę. Ani jedna osoba nie paliła. Mama delikatnie ścisnęła ją za rękę. Tanzie wolałaby, żeby nie wyglądała na taką zestresowaną.

– Miło tu, prawda, mamo?

Mama skinęła głową.

– Tak – pisnęła.

– Pan Tsvangarai powiedział, że każdy z ich maturzystów, którzy zdawali matematykę, dostał piątkę albo szóstkę. To bardzo dobrze, prawda?

– Fantastycznie.

Tanzie lekko pociągnęła mamę za rękę, żeby szybciej doszły do gabinetu dyrektora.

– Myślisz, że Norman będzie za mną tęsknił, jak będę tu siedziała do późna?

– Do późna.

– W Świętej Annie kończą dopiero o szóstej. A we wtorki i czwartki jest kółko matematyczne – na to na pewno chciałabym chodzić.

Mama zerknęła na Tanzie. Wyglądała na bardzo zmęczoną. Ostatnio ciągle była zmęczona. Uśmiechnęła się jednym z tych swoich uśmiechów, które wcale nie były wesołe, i obie weszły do środka.

– Witam panią, pani Thomas. Dzień dobry, Constanzo. Bardzo nam miło. Siadajcie, proszę.

Gabinet dyrektora miał wysoki sufit z białymi gipsowymi rozetami co dwadzieścia centymetrów i malutkimi różyczkami dokładnie w połowie odległości pomiędzy nimi. Pełno było tu starych mebli, a przez duże okno wykuszowe było widać człowieka, który powoli jeździł kosiarką po boisku do krykieta. W środku ktoś postawił na małym stoliku tacę z kawą i ciasteczkami. Wyglądały na domowej roboty. Mama robiła takie same, zanim odszedł tata.

Tanzie usiadła na brzeżku sofy i popatrzyła na dwóch panów naprzeciwko. Ten z wąsami uśmiechał się jak pielęgniarka, która zaraz zrobi ci zastrzyk. Mama położyła sobie torebkę na kolanach, a Tanzie zwróciła uwagę, że trzyma rękę na tym rogu, który obgryzł Norman. Jedna noga jej podrygiwała.

– To jest pan Cruikshank. Uczy u nas matematyki. A ja nazywam się Daly. Od dwóch lat jestem dyrektorem w tej szkole.

Tanzie podniosła wzrok znad ciasteczka.

– Przerabiacie tutaj cięciwy?

– Tak – odpowiedział pan Cruikshank.

– A rachunek prawdopodobieństwa?

– To także. – Pan Cruikshank pochylił się do przodu. – Przyglądaliśmy się wynikom twojego testu. I uważamy, Constanzo, że w przyszłym roku powinnaś napisać test końcowy z matematyki, żeby mieć to już za sobą. Bo myślę, że zadania maturalne mogłyby ci się spodobać.

Tanzie spojrzała na niego.

– A ma pan jakieś przykładowe testy?

– Są w pokoju obok. Chcesz je zobaczyć?

Tanzie nie mogła uwierzyć, że on w ogóle o to pyta. Przez chwilę myślała, czyby nie odpowiedzieć „no raczej”, jak zrobiłby to Nicky. Ale tylko skinęła głową.

Pan Daly podał mamie kawę.

– Pani Thomas, nie będę owijać w bawełnę. Zdaje sobie pani sprawę, że pani córka jest niezwykle utalentowana. Do tej pory tylko raz widzieliśmy takie wyniki jak u niej, a uzyskał je uczeń, który został później stypendystą Trinity College.

Gadał tak i gadał, aż Tanzie trochę się wyłączyła.

– … dla starannie wyselekcjonowanej grupy uczniów, którzy wykazują wyjątkowe zdolności, stworzyliśmy nowe stypendium. – Bla, bla, bla. – Oferuje ono dziecku, które w innym wypadku nie miałoby możliwości kształcenia się w tego typu placówce, szansę zrealizowania jego potencjału w… – Bla, bla. – Jesteśmy żywo zainteresowani tym, jak daleko Constanza zajdzie w dziedzinie matematyki, niemniej zadbalibyśmy o to, aby otrzymała wszechstronne wykształcenie. Nasz program nauczania obejmuje także prowadzone na najwyższym poziomie zajęcia sportowe i muzyczne. – Bla, bla, bla. – Zdolności matematyczne często idą w parze z talentem do języków… – bla, bla – … i teatralne – wśród dziewczynek w tym wieku cieszą się dużą popularnością.

– Tak naprawdę to ja lubię tylko matematykę – odezwała się Tanzie. – I psy.

– No cóż, jeśli chodzi o psy, nie możemy zbyt wiele zaoferować, natomiast co do matematyki, to u nas na pewno będziesz miała szansę niejednego się nauczyć. Myślę jednak, że byłabyś zaskoczona tym, ile rzeczy jeszcze może ci się spodobać. Grasz na jakimś instrumencie?

Tanzie pokręciła głową.

– Języki obce?

W pokoju zrobiło się jakoś cicho.

– Inne zainteresowania?

– W piątki chodzimy na basen – powiedziała mama.

– Nie byłyśmy na basenie, od kiedy odszedł tata.

Mama się uśmiechnęła, ale wyszło jej to trochę krzywo.

– Byłyśmy, Tanzie.

– Raz. Trzynastego maja. Ale teraz ty pracujesz w piątki.

Pan Cruikshank wyszedł z pokoju i chwilę później wrócił z testami. Tanzie wepchnęła sobie do buzi ostatnie ciasteczko, a potem wstała i usiadła obok matematyka. Miał cały stos zadań. Niektóre z tych rzeczy pierwszy raz widziała na oczy!

Tanzie zaczęła razem z nim przeglądać testy, pokazując mu, co przerabiała, a czego nie, a gdzieś w tle słyszała szmer głosów mamy i dyrektora.

Brzmiało to tak, jakby wszystko miało być dobrze. Tanzie przeniosła uwagę na to, co widniało na kartce.

– Tak – mówił cicho pan Cruikshank, wskazując coś palcem. – Ale procesy odnowy mają taką ciekawą cechę, że jeżeli odczekamy z góry ustalony czas, po czym zbadamy, jak duży jest zawierający go przedział odnowy, przekonamy się, że zazwyczaj będzie on większy niż przeciętnej wielkości przedział odnowy.

Wiedziała o tym!

– Czyli że małpie napisanie Makbeta zajęłoby więcej czasu?

– Otóż to – pan Cruikshank się uśmiechnął. – Nie wiedziałem, czy przerabiałaś już teorię odnowy.

– Właściwie to nie, ale pan Tsvangarai kiedyś mi o tym mówił, i potem sprawdziłam to sobie w internecie. Podobało mi się to z małpami. – Tanzie zabrała się do przerzucania testów. Liczby były dla niej jak muzyka. Poczuła, jak jej mózg zaczyna jakby szumieć, i zrozumiała, że musi pójść do tej szkoły. – Mamo – odezwała się. Zazwyczaj nie przerywała starszym, ale teraz była tak podniecona, że zapomniała o dobrych manierach. – Myślisz, że mogłabyś mi kupić takie zadania?

Pan Daly spojrzał w jej stronę. Wyglądało na to, że nie przeszkadza mu brak manier.

– Panie Cruikshank, czy mamy jakieś zapasowe kopie?

– Możesz wziąć te.

I wręczył jej testy! Tak po prostu! Na zewnątrz zadzwonił dzwonek i Tanzie usłyszała, jak dzieci przechodzą pod oknem gabinetu, a pod ich butami chrzęści żwir.

– Czyli… co teraz? – zapytała mama.

– No cóż, chcielibyśmy zaproponować Constanzy… Tanzie… stypendium. – Pan Daly wziął do ręki błyszczący folder, który leżał na stoliku. – Oto nasz informator i niezbędne dokumenty. Stypendium pokrywa dziewięćdziesiąt procent czesnego. To najwyższe stypendium w historii szkoły. Nasze maksimum to zazwyczaj pięćdziesiąt procent, ze względu na długość listy osób oczekujących na miejsce w naszych murach. – Podsunął Tanzie talerzyk. Jakimś sposobem udało mu się napełnić go nową porcją ciasteczek. To naprawdę była najfajniejsza szkoła na świecie.

– Dziewięćdziesiąt procent – powiedziała mama. Odłożyła ciastko z powrotem na swój spodeczek.

– Zdaję sobie sprawę, że nadal wiąże się to dla państwa z pewnymi kosztami. Należy wziąć pod uwagę także mundurek i dojazdy oraz ewentualne zajęcia pozalekcyjne, takie jak muzyka czy wycieczki szkolne. Chciałbym jednak podkreślić, że jest to niespotykana szansa – pochylił się do przodu. – Bardzo byśmy się cieszyli, gdybyś do nas dołączyła, Tanzie. Twój pan od matematyki mówi, że praca z tobą to sama radość.

– Lubię szkołę – oznajmiła dziewczynka, sięgając po następne ciasteczko. – Wiem, że dużo moich kolegów uważa, że szkoła to nudy. Ale ja wolę to od domu.

Wszyscy roześmiali się z zakłopotaniem.

– Nie chodzi o ciebie, mamo – dodała Tanzie i poczęstowała się jeszcze jednym ciasteczkiem. – Tylko że mama naprawdę musi ciągle być w pracy.

Zapadła cisza.

– Tak to już jest w dzisiejszych czasach – skwitował pan Cruikshank.

– Cóż – powiedział pan Daly – na pewno musicie panie to sobie przemyśleć. I sądzę, że mogłybyście zapytać nas jeszcze o niejedno. Proponuję jednak, żeby pani dokończyła swoją kawę, a potem poproszę któregoś z uczniów, by pokazał paniom resztę szkoły. Będziecie miały wtedy czas, żeby omówić to między sobą.

Tanzie była w ogrodzie i rzucała Normanowi piłeczkę. Mocno wierzyła, że pewnego dnia uda jej się skłonić psa, by ją zaaportował. Gdzieś przeczytała, że częste powtarzanie czterokrotnie zwiększa prawdopodobieństwo, że zwierzę się czegoś nauczy. Chociaż nie była pewna, czy Norman umie liczyć.

Trafił do nich ze schroniska, po tym jak tata odszedł, a mama przez jedenaście nocy z rzędu nie mogła zasnąć ze strachu, że zostaną zamordowani we własnych łóżkach, kiedy już wszyscy się zorientują, że go nie ma. Kocha dzieci, doskonały stróż – powiedzieli im w schronisku. Mama co chwila powtarzała:

– Kiedy on jest taki wielki.

– Tym skuteczniej odstrasza włamywaczy – odpowiadali jej radośnie. – A wspominaliśmy, że kocha dzieci?

Dwa lata później mama twierdziła, że Norman jest właściwie gigantyczną maszyną do jedzenia i wydalania. Obśliniał poduszki na kanapie, wył przez sen i snuł się po domu, zostawiając za sobą sierść i paskudne zapachy. Mama mówiła, że w schronisku mieli rację: nikt nie włamie się im do domu z obawy, że Norman zagazowałby go na śmierć.

Początkowo próbowała nie wpuszczać go do sypialni córki, ale ostatecznie dała za wygraną. Kiedy Tanzie budziła się rano, Norman zawsze zajmował trzy czwarte jej łóżka, wyciągając kosmate łapy w poprzek pościeli, a ona dygotała z zimna pod skrawkiem kołdry. Mama mruczała coś o sierści i higienie, ale Tanzie to nie przeszkadzało.

Nicky trafił do nich, kiedy Tanzie miała dwa lata. Pewnego wieczoru poszła spać, a kiedy się obudziła, Nicky był w pokoju gościnnym, a mama powiedziała, że z nimi zostanie i że to jej brat. Tanzie zapytała go kiedyś, jak myśli, jakie mają wspólne geny, a on odparł:

– Gen dziwadła i gen ofermy.

Tanzie pomyślała sobie, że może on żartuje, ale za mało wiedziała o genetyce, żeby to sprawdzić.

Myła właśnie ręce pod kranem na zewnątrz domu, kiedy usłyszała, jak tamci z sobą rozmawiają. Okno w pokoju Nicky’ego było otwarte i ich głosy niosły się po ogrodzie.

– Zapłaciłaś rachunek za wodę? – zapytał Nicky.

– Nie. Nie miałam kiedy wstąpić na pocztę.

– Tam jest napisane, że to ostatnie upomnienie.

– Wiem, że to ostatnie upomnienie – odpowiedziała mama z irytacją, jak zawsze, kiedy była mowa o pieniądzach. Rozmowa się urwała. Norman wziął do pyska piłkę i upuścił ją koło stóp Tanzie. Leżała tam, obśliniona i obrzydliwa.

– Przepraszam, Nicky. Po prostu… muszę mieć tę rozmowę z głowy. Zajmę się tym jutro rano. Obiecuję. Chcesz porozmawiać z tatą?

Tanzie z góry wiedziała, jaka będzie odpowiedź. Nicky od jakiegoś czasu nigdy nie chciał rozmawiać z tatą.

– Hej.

Tanzie przemieściła się pod okno i stanęła zupełnie nieruchomo. Usłyszała spięty głos taty na Skypie:

– Wszystko w porządku?

Zaczęła się zastanawiać, czy tata sądził, że stało się coś niedobrego. Może gdyby myślał, że Tanzie ma białaczkę, toby wrócił. Widziała kiedyś w telewizji taki film, w którym rodzice jednej dziewczynki się rozwiedli, a potem wrócili do siebie, bo ona zachorowała na białaczkę. Chociaż sama Tanzie tak naprawdę nie chciała mieć białaczki, bo mdlała na widok strzykawki, a poza tym miała dosyć ładne włosy.

– W porządku – odparła mama. Nie mówiła, że Nicky’ego pobili.

– Co się dzieje?

Pauza.

– Mieliście w domu remont? – zapytała mama.

– Co?

– Nowa tapeta.

– A, to.

W domu babci była nowa tapeta? Tanzie poczuła się dziwnie. Tata i babcia mieszkali w domu, którego ona mogłaby już nie rozpoznać. Od czasu, kiedy ostatnio widziała tatę, minęło trzysta czterdzieści osiem dni. Od czasu, kiedy ostatnio widziała babcię – czterysta trzydzieści trzy.

– Muszę z tobą porozmawiać o nauce Tanzie.

– Dlaczego? Co ona przeskrobała?

– Nic z tych rzeczy, Marty. Zaproponowali jej stypendium w szkole Świętej Anny.

– Świętej Anny?

– Mówią, że jej zdolności matematyczne są ponadprzeciętne.

– Święta Anna – powtórzył tata, jakby nie mógł w to uwierzyć. – To znaczy, wiedziałem, że jest zdolna, ale…

Głos miał bardzo zadowolony. Tanzie przycisnęła plecy do ściany i wspięła się na palce, żeby lepiej słyszeć. Może tata wróci do domu, jeżeli ona pójdzie do Świętej Anny.

– Nasza mała w takiej ekskluzywnej szkole, patrzcie państwo – jego głos brzmiał tak, jakby pękał z dumy. Tanzie mogła sobie wyobrazić, że tata już obmyśla, co powie kumplom w pubie. Chociaż nie, przecież nie mógł teraz chodzić do pubu. Zawsze mówił mamie, że nie ma pieniędzy, żeby się rozerwać. – To w czym problem?

– No… to jest duże stypendium. Ale nie pokrywa wszystkiego.

– To znaczy?

– To znaczy, że i tak musielibyśmy co semestr wziąć skądś pięćset funtów. I jeszcze mundurek. I wpisowe, kolejne pięćset funtów.

Cisza ciągnęła się tak długo, że Tanzie zaczęła się zastanawiać, czy komputer się nie zawiesił.

– Powiedzieli mi, że po roku moglibyśmy wystąpić o zapomogę. Są instytucje, które w uzasadnionych przypadkach coś takiego przyznają. Ale na pierwszy rok musielibyśmy wysupłać prawie dwa tysiące.

I wtedy tata się roześmiał. Zwyczajnie się roześmiał.

– Żartujesz sobie, tak?

– Nie, nie żartuję.

– Skąd niby mam wziąć dwa tysiące, Jess?

– Po prostu pomyślałam, że…

– Ja nawet nie mam jeszcze normalnej pracy. Tutaj nic się nie dzieje. Ja… dopiero staję na nogi. Przykro mi, kotku, ale nic z tego.

– A czy twoja mama nie mogłaby nam pomóc? Może ma jakieś oszczędności. Mogę z nią porozmawiać?

– Nie. Ona… wyszła. A ja sobie nie życzę, żebyś próbowała wyłudzić od niej pieniądze. I bez tego ma dosyć zmartwień.

– Niczego nie chcę od niej wyłudzić, Marty. Pomyślałam, że może chciałaby pomóc swoim jedynym wnukom.

– Nie są już jej jedynymi wnukami. Elena urodziła synka.

Tanzie stała bez ruchu.

– Nie wiedziałam nawet, że Elena jest w ciąży.

– A, no tak, miałem ci powiedzieć.

Tanzie ma małego kuzynka. I nic o tym nie wiedziała. Norman uwalił się u jej stóp. Spojrzał na nią swoimi dużymi brązowymi oczami, a potem powoli przewrócił się na bok, stękając, jakby leżenie na ziemi to była naprawdę ciężka praca.

– No… a gdybyśmy sprzedali rollsa?

– Nie mogę sprzedać rollsa. Zamierzam wrócić do obsługi wesel.

– Ale on rdzewieje u nas w garażu od blisko dwóch lat.

– Wiem. Przyjadę po niego. Po prostu nie mam go tutaj gdzie trzymać.

W ich głosach słychać było teraz rozdrażnienie. Te rozmowy często tak się kończyły. Tanzie usłyszała, jak mama robi głęboki wdech.

– Czy możesz przynajmniej o tym pomyśleć, Marty? Jej naprawdę zależy, żeby tam iść. Bardzo, ale to bardzo. A kiedy ten nauczyciel od matematyki z nią rozmawiał, to cała się rozpromieniła. Nie widziałam jej takiej od czasu…

– Od czasu, jak odszedłem.

– Nie o to mi chodziło.

– Czyli to wszystko moja wina.

– Nie, nie wszystko, Marty. Ale nie zamierzam siedzieć tu i udawać, że twoje odejście to nie było dla nich nic wielkiego. Tanzie nie rozumie, dlaczego jej nie odwiedzasz. Nie rozumie, dlaczego prawie cię już nie widuje.

– Nie stać mnie na przejazdy, Jess. Wiesz o tym dobrze. Nie ma sensu, żebyś ciągle mnie o to męczyła. Jestem chory.

– Wiem, że jesteś chory.

– Może przyjechać się ze mną zobaczyć, kiedy zechce. Już ci mówiłem. Przyślij ich tu oboje na ferie.

– Nie mogę. Są za mali, żeby sami jechać taki kawał. A mnie nie stać na bilety dla nas wszystkich.

– I to pewnie też jest moja wina.

– Och, na litość boską.

Tanzie wbiła sobie paznokcie w dłonie. Norman nie spuszczał z niej wyczekującego wzroku.

– Nie chcę się z tobą kłócić, Marty – powiedziała mama głosem cichym i ostrożnym jak u nauczycielki, która usiłuje wytłumaczyć ci coś, co już dawno powinieneś wiedzieć. – Chcę tylko, żebyś się zastanowił, czy możesz w jakikolwiek sposób się do tego dołożyć. To zmieniłoby życie Tanzie. Oznaczałoby, że nie będzie skazana na taką wieczną szarpaninę… jak my.

– Nie wiadomo.

– Jak to?

– Oglądasz wiadomości, Jess? Wszyscy absolwenci z dyplomami są bez pracy. Wykształcenie nie ma znaczenia. Ona i tak będzie musiała się w życiu szarpać. – Urwał. – Nie. Nie ma sensu, żebyśmy się jeszcze bardziej zadłużali tylko po to. Jasna sprawa, że te szkoły będą ci wmawiać, że to nadzwyczajne, że ona jest nadzwyczajna, że jak do nich pójdzie, to otworzą się przed nią niesamowite możliwości, itepe, itede. Oni tak właśnie robią.

Mama milczała.

– Nie, jeżeli jest taka zdolna, jak mówią, to znajdzie własną drogę. Będzie musiała pójść do McArthura jak wszyscy inni.

– Jak te gnojki, które nie zajmują się niczym poza planowaniem, jak spuścić Nicky’emu łomot. I te dziewczyny z tapetą na twarzy, co nie chodzą na wuef, bo mogłyby sobie złamać paznokieć. Ona się tam nie odnajdzie, Marty. Nie ma mowy.

– Teraz mówisz jak snobka.

– Nie, jak ktoś, kto akceptuje fakt, że jego córka jest trochę inna. I że przydałaby się jej szkoła, która potrafi to docenić i zrobić z tego użytek.

– Nie mogę, Jess. Przykro mi – jego głos był teraz roztargniony, jakby tata usłyszał coś w oddali. – Słuchaj, muszę lecieć. Powiedz jej, żeby odezwała się do mnie na Skypie w niedzielę.

Długa cisza.

Tanzie policzyła do czternastu.

Usłyszała, jak drzwi się otwierają i jak odzywa się Nicky:

– Czyli świetnie poszło.

Tanzie wreszcie nachyliła się i pogłaskała psa po brzuchu. Zamknęła oczy, żeby nie widzieć łzy, która z pluskiem spadła na Normana.

– Graliśmy ostatnio w totka?

– Nie.

Ta cisza trwała dziewięć sekund. A potem w nieruchomym powietrzu rozległ się głos mamy:

– No cóż, to chyba dobrze byłoby zacząć.

ROZDZIAŁ TRZECI

ED

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ CZWARTY

JESS

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ PIĄTY

NICKY

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ SZÓSTY

JESS

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ SIÓDMY

JESS

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ ÓSMY

ED

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

TANZIE

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

JESS

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ JEDENASTY

ED

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DWUNASTY

JESS

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

ED

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

TANZIE

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

NICKY

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ SZESNASTY

TANZIE

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

JESS

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

ED

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

JESS

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

ED

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

NICKY

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

JESS

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI

ED

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY

NICKY

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY

JESS

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY

TANZIE

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY

JESS

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY

NICKY

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY

TANZIE

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY

JESS

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIERWSZY

TANZIE

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY DRUGI

ED

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY TRZECI

JESS

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY CZWARTY

NICKY

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIĄTY

JESS

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY SZÓSTY

NICKY

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY SIÓDMY

JESS

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY ÓSMY

ED

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY DZIEWIĄTY

ED

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY

JESS

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY PIERWSZY

TANZIE

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginał

The One Plus One

Copyright © Jojo’s Mojo Ltd 2014

Copyright © for the translation by Nina Dzierżawska

Projekt okładki

Mariusz Banachowicz

Grafika na okładce

Copyright © Bipsun/Shutterstock.com

Opieka redakcyjna

Alicja Gałandzij

Aleksandra Kamińska

Ewa Polańska

ISBN 978-83-240-2739-2

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

We wspólnym rytmie Dziewczyna, którą kochałeś Kiedy odszedłeś Razem będzie lepiej Zanim się pojawiłeś 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej