Wielki Widzew

Wielki Widzew

Autorzy: Marek Wawrzynowski

Wydawnictwo: Kopalnia

Kategorie: Sport

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 336

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 19.16 zł

Autor ujawnia afery i kontrowersje z udziałem największych polskich piłkarzy, takich jak: Zbigniew Boniek, Józef Młynarczyk, Włodzimierz Smolarek, Dariusz Dziekanowski. Marek Wawrzynowski spędził dużo czasu w archiwach i przeprowadził setki godzin rozmów z bohaterami, by wydobyć na światło dzienne historie, które wielu z nich najchętniej wymazałoby z pamięci...

 

Dzięki zacięciu i uporowi piłkarzy Widzewa możliwe było stworzenie w warunkach niemal polowych fantastycznej drużyny, która potrafiła wyeliminować z europejskich pucharów takich gigantów piłki nożnej, jak Juventus Turyn, Manchester United, Manchester City i Liverpool.

 

Czyta się znakomicie, aż żal, że to już koniec

Paweł Zarzeczny

Pasjonująca opowieść o czasach świetności i upadku Widzewa.

Bez cenzury pokazuje wszystkich bohaterów tamtej drużyny.

Żałujemy, że dziś takich piłkarzy już nie ma.

Robert Błoński, Gazeta Wyborcza

Każdy, komu bliski jest Widzew i kto interesuje się historią polskiego futbolu powinien mieć ją na półce.

Marek Kondraciuk, Dziennik Łódzki

Ta książka może aspirować do miana najlepszej książki sportowej roku. Ba, może i wielu lat.

Radosław Nawrot, Gazeta Wyborcza

Pasjonująca opowieść o spełnianiu marzeń

Przemysław Rudzki, Fakt, Przegląd Sportowy

Wielki Widzew to efekt ciężkiej pracy. Głównie w gromadzeniu wiadomosći, bo układanie myśli w zdania autorowi przychodzi bez trudu.

Michał Kołodziejczyk, Rzeczpospolita

Pozycja obowiązkowa dla fanów polskiej piłki. Super styl.

Tomasz Ćwiąkała, Weszlo.com

...jak na razie w 2013 roku najlepszy piłkarski tytuł na rynku wydawniczym w Polsce. Niezwykle trudno będzie go pobić.

Przemysław Michalak, 2x45.com.pl

To nie tylko gratka dla kibiców „polskiego Manchesteru”, ale przede wszystkim kawał historii polskiej piłki w jej najlepszym wydaniu.

Piotr Dobrowolski, Super Express

To lektura obowiązkowa każdego sympatyka łódzkiego zespołu.

Bogusław Kukuć, Widzewiak.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Wstęp

Rozdział 1. Awans

Rozdział 2. Murzyn

Rozdział 3. Jezierski odchodzi

Rozdział 4. Napoleona życie po Widzewie

Rozdział 5. Europa

Rozdział 6. Próba sił

Rozdział 7. Negatywna osobowość

Rozdział 8. Burza

Rozdział 9. Juventus

Rozdział 10. Okęcie

Rozdział 11. Blef Sobolewskiego

Rozdział 12. Życie po Bońku

Rozdział 13. Liverpool

Rozdział 14. Dziekan

Rozdział 15. Wojsko bierze rewanż na Widzewie

Rozdział 16. Agonia

Rozdział 17. Wiesiek

Zakończenie

Podziękowania

Źródła i bibliografia

O Autorze

Zdjęcia

Autorzy zdjęć

Copyright © Marek Wawrzynowski 2013

Wydanie II

Redakcja: PIOTR ŻELAZNY, ŁUKASZ OLKOWICZ, ROMAN BRZOZOWSKI

Korekta: ANDRZEJ CZAJKA

Projekt okładki: TOMASZ ROSŁON

Skład: TOMASZ ROSŁON, MAGDALENA WAWRZYNOWSKA

Zdjęcie na okładce: PAP/Andrzej Zbraniecki

ISBN 978-83-937251-4-4

Wydawnictwo Kopalnia

ul. Czecha 1b/1

05-402 Otwock

www.wydawnictwokopalnia.pl

www.facebook.com/wydawnictwokopalnia

Konwersja: eLitera s.c.

VIII

BURZA

– Nie wiem, co się stało, mam prąd w nogach – wycedził do nachylającej się nad nim kobiety Ignacy Olczyk. Przerażony 85–latek leżał na trawniku w kałuży krwi. Minęło może kilka minut i było po wszystkim.

***

Zbliżała się godzina 18. Olczyk zawsze o tej porze szedł na mszę do kościoła św. Wojciecha. Również w poniedziałek, 25 lutego 1980 roku. Zamiast przez przejście dla pieszych przy skrzyżowaniu Rzgowskiej i Kosynierów Gdyńskich, poszedł skrótem. Wystarczyło przeciąć dwupasmową jezdnię ulicy Rzgowskiej, kilkadziesiąt metrów za przejściem. Wyczekał, aż droga będzie pusta, i ruszył. Był ledwo widoczny, uszkodzone latarnie tego dnia nie świeciły. Olczyk przeszedł kilka metrów i, jak twierdzili potem oskarżeni, nagle zawrócił. Ostatnią rzeczą, jaką mógł zobaczyć, był oślepiający blask zbliżających się szybko żółtych świateł. Chwilę później idący chodnikiem ludzie usłyszeli tępy dźwięk, po którym nastąpił pisk opon. Potem duży fiat zjechał na pobocze. Stał chwilę, poczym ruszył z dużą prędkością. Kierowca innego fiata, Henryk Bednarczyk, jechał chwilę za sprawcą i długimi światłami dał znak, by ten się zatrzymał. Po kilkudziesięciu metrach jadący przed nim samochód zahamował. Wysiadło z niego dwóch młodych mężczyzn.

– Zostańcie na miejscu, a ja pojadę zawiadomić milicję i pogotowie – rozkazał Bednarczyk.

Kierowca, zakrwawiony i rozdygotany, próbował negocjować.

– Jestem po dwóch piwach, odjadę z tego miejsca bocznymi drogami. Niech pan nikomu nic nie mówi i nie zawiadamia milicji – odpowiedział bełkotliwie.

Bednarczyk nie zamierzał wchodzić w żaden układ. Wyciągnął długopis, żeby spisać numery rejestracyjne. Sprawca wyprzedził jego ruch i podyktował je sam. Nie wdawał się jednak w dalszą dyskusję. Za chwilę razem z pasażerem wsiedli do samochodu i odjechali. Kilkanaście minut później na miejscu zjawiła się milicja. Kierujący fiatem Stanisław Burzyński i jego pasażer Piotr Gajda w tym czasie stali w drzwiach mieszkania Zbigniewa Bońka. Zakrwawiony Burzyński wszedł i od progu powiedział: „Stała się tragedia”. „Murzyn” zaprowadził obu do pokoju. Poprosił żonę o przygotowanie kawy, a sam obmył i opatrzył rękę Burzyńskiego. Potem żonę poprosił o wyjście do koleżanki, bo rozgrywały się tu sceny, których wrażliwa kobieta widzieć nie powinna. Gdy wyszła, Boniek nalał Burzyńskiemu koniaku. Potem uzupełniał kieliszek jeszcze dwukrotnie.

Za chwilę w mieszkaniu Bońka zjawili się Jacek Machciński i Stefan Wroński. Porozmawiali, po czym Machciński z Gajdą pojechali obejrzeć, jak wygląda sytuacja na miejscu wypadku. Gdy wrócili, razem z innymi doszli do wniosku, że znaleźli się w ślepej uliczce. Jedynym wyjściem było powiadomienie milicji i przyznanie się do winy. I tak zwlekali już zbyt długo. Nie mieli pojęcia, że funkcjonariusze po numerach rejestracyjnych i tak doszli już do nazwiska sprawcy. Telefon z komendy odebrała żona bramkarza Bogusława, a kilkanaście minut później obaj zawodnicy, razem z Machcińskim i Wrońskim, byli już na posterunku. Była godzina 21.

Po wstępnym przesłuchaniu o 21.50 pobrano Burzyńskiemu do badania pierwsze próbki krwi. Badanie powtórzono godzinę później. Pracownicy zakładu medycyny sądowej przy Akademii Medycznej w Łodzi określili, że Burzyński miał odpowiednio 0,95 i 0,77 promila alkoholu we krwi. Te wyniki nie pozostawiały wątpliwości co do jego winy.

***

Następnego dnia zawodnicy stawili się na treningu. Kilkanaście dni później, 8 marca, Burzyński wystąpił w meczu pierwszej kolejki rundy wiosennej z GKS Katowice. Należał do najlepszych na boisku. Sprawę wciąż udawało się ukryć przed opinią publiczną. Bramkarz był podenerwowany i Sobolewskiemu powiedział, że wolałby na boisko nie wychodzić. Prezes stwierdził, żeby „niczym się nie martwił, bo wszystko zostanie załatwione”. Prezes nie chciał rozgłosu, wolał uniknąć niewygodnych pytań, które by padły, gdyby Burzyński nie stanął w bramce. Liczył na to, że sprawa wciąż jest znana tylko wąskiej grupie osób, jeśli wiedzą o niej dziennikarze, to ci, którzy będą milczeli. Nawet gdy odebrał telefon z PZPN z ostrzeżeniem i sugestią, że wystawienie zawodnika nie jest najlepszym pomysłem, zignorował to. Wierzył, że jest wszechmocny, że może wszystko załatwić, z każdym się dogadać. Wszyscy w Widzewie karmili się tą halucynacją. Gdzie Sobolewski nie może, pośle Wrońskiego, ale sprawa będzie załatwiona – tak jak było do tej pory. Przecież dawniej piłkarze ścigali się po ulicach Łodzi, robili zakłady, kto przejedzie na czerwonym świetle – pomocnik Widzewa czy bramkarz ŁKS–u i nikt nie protestował. Byli królami miasta. Pijanych piłkarzy do domu rozwozili mundurowi. Sprawa Burzyńskiego miała się dla nich stać brutalną pobudką. Efekt jego występu w meczu był opłakany.

Zdegustowana Kazimiera Najberg, córka zmarłego, napisała list do prokuratora generalnego, dołączając odpis pisma skierowanego do GKKFiS. Zapytała w nim „Czy sportowcy są innymi obywatelami i podlegają innemu prawu?”. Glejt Sobolewskiego nie miał żadnej mocy w Warszawie. Tu zadecydowano, że sprawę od Prokuratury Łódź–Polesie przejmie prokuratora wojewódzka. 18 marca Burzyńskiego aresztowano. 29 kwietnia wraz z Gajdą stanął przed sądem.

***

Zawsze elegancki. Po treningu ten przystojny wysoki blondyn zakładał jeden ze swoich wyprasowanych sportowych ciuchów dobrej jakości, zapalał marlboro. To był światowiec. Lubił taki styl. Żona pracowała niedaleko portu w sklepie sprowadzającym towary z Zachodu. O ile inni pozowali czasem na ludzi z klasą, to Burzyński faktycznie mógł wzbudzać podziw. A Trójmiasto dzięki wpływającym do portu statkom częściej miało kontakt z wielkim światem niż miasta na południu. Tu wszystko było lepsze i on potrafił z tego korzystać. Była to pewnie dla niego jakaś odskocznia od trudnej młodości. Pochodził z Gdańska, z nizin społecznych. Jeden z byłych juniorów Lechii opowiadał mi, że trener ich zespołu Roman Rogocz kazał wszystkim wychodzić z szatni, „bo ma ze Staśkiem do pogadania”.

– „Burza” po prostu wstydził się przebierać przy chłopakach. Całe plecy, od karku do pasa, to był jeden wielki siniak. Ojciec go prał, był brutalny. To był taki stary lechista, chciał, żeby Stasiu zrobił karierę. A Stasiu był oporny, problemowy – opowiadał mi Rogocz.

Burzyński miał wtedy 16 lat. Trzy lata później debiutował w drugoligowej Lechii. Pierwszy bramkarz Mieczysław Sztuka doznał kontuzji i trener seniorów Edward Brzozowski postawił na przerażonego młodego chłopaka, który sam mówił, że „miał nogi jak z galarety”. Szybko opanował nerwy i bronił na tyle pewnie, że do końca sezonu nie oddał już miejsca w bramce. Gdy Lechia w 1969 roku spadła do ligi międzywojewódzkiej, po zawodnika zgłosiła się Arka. Działacze tego klubu mieli początkowo wątpliwości, czy go angażować, bo wiedzieli, że wcześniej miewał kłopoty z prawem, był skazany za pobicie. Z drugiej strony mieli świadomość, że to największy talent na Wybrzeżu, a właśnie w Gdyni budowano zespół, który miał reprezentować region.

– Obawialiśmy się tego transferu, ale przez te trzy lata nie sprawiał żadnych problemów. Inna sprawa, że odbyliśmy sporo rozmów wychowawczych. Pamiętam, że gdy wróciliśmy z obozu w Soczi, jego matka niemal całowała mnie po rękach. Mówiła, że w końcu wyszedł na ludzi – wspomina Grzegorz Polakow. Ówczesny trener zespołu z Gdyni dodaje, że młody, 21–letni bramkarz był nieprawdopodobnie ambitny.

– Miał niezwykłą chęć wygrywania. Na gierkach treningowych zawsze kłócił się ze Zbyszkiem Strzeleckim. Mieli pianę na ustach, Stachu bluzgał, wściekał się. Ja mówiłem, że robimy przerwę dla chłopaków, że teraz będą się bili. Ale po treningu razem szli na piwo – dodaje Polakow.

Dopiero podczas treningu Burzyński był w swoim żywiole. Marian Geszke, ówczesny asystent Polakowa, wsadzał dwa kije w piach, na nich zawieszał drewnianą tyczkę i kazał skakać. Gdy notorycznie strącali tyczkę, Geszke przybijał do niej gwoździe. Teraz przeszkoda była kilka centymetrów wyższa i strącenie powodowało rany. Asystent Polakowa mówił, że „problemy leżą w głowie” i miał rację. Burzyński, jeśli nie chciał widzieć własnej krwi i poczuć bólu wrzynającego się w skórę kawałka żelastwa, musiał skakać wyżej niż kiedykolwiek. Dzięki temu wyrobił sobie niezwykłą skoczność, którą potem czarował kibiców.

Stał się ulubieńcem publiczności. A na Wybrzeżu zawsze mówiono, że jest tu znacznie więcej zawodów, niż figuruje w oficjalnym spisie. Spora grupa bezrobotnych przesiadywała na trybunach, zakładając się o sumy ledwie mieszczące się w wyobraźni przeciętnego człowieka. Lubili znać piłkarzy. Burzyński szybko wpadł w to towarzystwo, zyskał szacunek ludzi z miasta, drobnych kombinatorów, cwaniaczków i hochsztaplerów. Lubił wyglądać jak oni, być człowiekiem z klasą i jednocześnie typem zawadiaki.

Był twardo wychowywany, ale miał też bardzo mocną osobowość. Przynajmniej wtedy tak się wydawało. To właśnie on brał na siebie ciężar negocjacji z zarządem, dowodził zespołem.

Włodzimierz Żemojtel, który wówczas był rezerwowym bramkarzem, opowiada: – Walczył w imieniu piłkarzy i były to ostre starcia, niemalże awantury. Mówił wszystko wprost, nie owijał w bawełnę, w pewnym momencie ludzie z zarządu chcieli go nawet usunąć z drużyny.

Burzyński odszedł jednak sam. Po spadku Arki w 1975 roku porozumiał się już z Górnikiem Zabrze, ale w ostatniej chwili spojrzał przychylniej na Widzew.

Akcję wydobycia Burzyńskiego z objęć Górnika przeprowadził Wiesław Kaczmarek, ówczesny kierownik Widzewa. Bramkarz mieszkał w hotelu przy stadionie w Zabrzu, dostęp do niego miało tylko trzech działaczy tutejszego zespołu. Kaczmarek nie mógł liczyć na rozmowę, więc poprosił o pomoc nieznajomą.

– Siedziałem w kawiarni i nagle doznałem olśnienia. Przy jednym ze stolików siedziała atrakcyjna dziewczyna. Szybko się przysiadłem i wyjaśniłem, o co chodzi, jaki jest cel wizyty, w którym hotelu znajduje się poszukiwany zawodnik i jak zamierzam „Burzę” wyciągnąć – wspominał Kaczmarek w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”.

Dziewczyna ośmielona kilkoma kieliszkami koniaku poszła do hotelu, gdzie przedstawiła się jako narzeczona piłkarza. Po kilkunastu minutach wyszła z nim pod rękę. Wtedy zawodnika przejął Kaczmarek, który szybko przedstawił ofertę klubu z Łodzi. Burzyński wrócił po walizki. Pilnującym działaczom powiedział, że dzwonił prezes klubu z Zabrza i poinformował, że ma wziąć rzeczy i udać się do nowego mieszkania. Zamiast tego wsiadł w taksówkę i pojechał do Gdyni. Kurs kosztował 8 tysięcy złotych, ponad dwukrotność przeciętnej pensji krajowej. Do kosztów kierownik dodał jeszcze bombonierkę dla dziewczyny.

Kilka dni później w mieszkaniu Burzyńskiego stawił się Machciński. Razem pojechali do Łodzi.

Nowy bramkarz idealnie pasował do drużyny Jezierskiego. Był naturalnym przywódcą oraz fantastycznym przykładem dla pozostałych zawodników.

– Zdarzało się, że podczas treningu leżał na ziemi z wycieńczenia i nikt inny na jego miejscu by się nie podniósł, ale on mówił wtedy: „Jedziemy dalej!”. Dzień w dzień harował na pograniczu ludzkich możliwości, uwielbiał trening. Był niesamowity na przedpolu, kochał efektowne parady, był wtedy jednym z najlepszych w kraju, to pewne – mówi Żemojtel.

Z kolei Mirosław Westfal, drugi trener Widzewa, przyznał, że Burzyński to obok Kowenickiego najciężej pracujący zawodnik w zespole. Podobnego zdania był Bronisław Waligóra.

– Uwielbiał pracować. Zostawał po treningach z Tadkiem Gapińskim i eliminował braki. Na pewno był w pierwszej trójce w Polsce – uważa były trener Widzewa.

Zresztą nawet Kazimierz Górski w 1975 roku przyznał, że Burzyński jest trzeci w kraju. Zaraz po Janie Tomaszewskim i Janie Karweckim, a przed Andrzejem Fischerem i Piotrem Mowlikiem.

W Widzewie Burzyński odgrywał ważną rolę. Wielu piłkarzy uważa, że to właśnie on wraz z Wiesławem Chodakowskim byli liderami zespołu, zanim nastał czas Bońka.

Znajdował się u szczytu swojej kariery. W czasach kryzysu klubu był wiodącą postacią. Tygodnik „Piłka Nożna” podkreślał, że tylko dzięki Burzyńskiemu Widzew w grudniu 1978 roku miał niewielką stratę do czołówki, a po za kończeniu sezonu 1978/79 katowicki „Sport” wręczył mu Złote Buty, nagrodę dla najlepszego piłkarza ligi. Redakcja podkreśliła, że było to zwycięstwo bezapelacyjne. Jeszcze w grudniu 1979 roku „Piłka Nożna” uznała go za drugiego bramkarza ligi za Zygmuntem Kuklą ze Stali Mielec.

Marian Geszke, były trener Lechii, uważa, że Burzyński był najlepiej wprowadzającym piłkę do gry bramkarzem w kraju. Miał niemal perfekcyjne dalekie podanie. Do tego był jednym z lepiej wyszkolonych technicznie zawodników na swojej pozycji. Mimo to w kadrze był bez szans, bo pewniakiem był Tomaszewski. Sam Burzyński mówił o swoim rywalu, że „W lidze broni przeciętnie, ale w kadrze nigdy nie zagrał słabego meczu”. Według Andrzeja Czyżniewskiego, przyjaciela Burzyńskiego, ten miał żal, że nie pojechał na mundial do Argentyny, choćby w roli zmiennika. Wiedział, że jest w fantastycznej formie.

Bramkarz Widzewa był próbowany w pierwszej reprezentacji dwukrotnie. W 1976 roku zagrał w meczach z Argentyną (1:2) i Francją (0:2). Musiał zadowolić się grą w drużynie olimpijskiej prowadzonej przez Edmunda Zientarę. Również tam miał ogromny autorytet. Wybrano go nawet na przewodniczącego rady drużyny.

Miał wówczas 31 lat i w perspektywie wyjazd do Anglii na zakończenie kariery. Jego znajomy z Gdańska, Andrzej Nowak, mówi, że od transferu do Ipswich Town Burzyńskiego dzielił jedynie podpis na kontrakcie. Zresztą na poczet transferu bramkarz pożyczył od Machcińskiego sporą sumę pieniędzy.

Żona trenera była temu przeciwna, ale Machciński się uparł. Burzyński przyszedł do banku po pieniądze. Po południu poszedł jeszcze na towarzyskie spotkanie z jednym z masażystów. Wypili po kilka piw i kilka kieliszków wódki. Wieczorem bramkarz Widzewa pojechał z Gajdą do prowadzonego przez znajomego lokalu w podłódzkim Tuszynie. Wyprawa zakończyła się na skrzyżowaniu Rzgowskiej i Kosynierów Gdyńskich.

***

Podczas posiedzenia sądu prokurator Czesław Zalewski zaznaczył, że „postępowanie oskarżonych 25 lutego otaczają nieprzyjemne opary niejasności i sprzeczności. Postępowanie obu piłkarzy przy wydatnej pomocy działaczy sportowych Widzewa, a zwłaszcza piłkarza Zbigniewa Bońka, poważnie utrudniło przebieg śledztwa i w konsekwencji uniemożliwiło bezsporne ustalenie wszystkich okoliczności”.

Prokurator zasygnalizował, że Boniek użył sztuczki. Nalał Burzyńskiemu nieco koniaku „na zdenerwowanie”. Efektem miało być wrażenie, że Burzyński prowadził na trzeźwo, a pił po fakcie. Sam bramkarz w sądzie utrzymywał, że poprzedniej nocy wypił do kolacji pół litra wódki, zaś u Bońka 100 gramów koniaku. I to wszystko. Sąd zorientował się, że kręci, bo wcześniej, podczas przesłuchania wstępnego, utrzymywał, że wypił ćwierć litra wódki z mirindą, a u Bońka około 200 gramów koniaku.

Zapytany o stan Burzyńskiego, Boniek odpowiedział w sądzie: „Mogę stwierdzić, że Burzyński był trzeźwy na podstawie tego, że gramy w jednej drużynie”. Z kolei zapytani bezpośrednio po wypadku, dlaczego uciekli z miejsca tragedii, oskarżeni odpowiedzieli, że nie mogli znieść widoku poszkodowanego, który dostał ataku konwulsji. Po naradzie z adwokatami zmienili wersję. Tym razem Burzyński miał obawiać się linczu. – Miałem zakodowane w pamięci, że zbiorowiska ludzkie reagują dwojako”. Obaj zawodnicy utrzymywali też, że znajdowali się jeszcze w stanie szoku. Dlaczego więc nie zgłosili się na komendę? Odpowiedzieli, że nie wiedzieli, której komendzie Milicji Obywatelskiej podlegają wypadki drogowe.

Na niekorzyść Burzyńskiego miał świadczyć fakt, że podczas pierwszego przesłuchania Gajda przyznał, iż w styczniu obaj już raz jechali z Tuszyna po spożyciu alkoholu i nikomu nic się nie stało. Podczas procesu Gajda zmienił te zeznania i zaznaczył, że owszem, przed Burzyńskim stały kieliszki, ale on nie widział, żeby jego kolega pił.

Dla sądu było oczywiste, że te wszystkie wyjaśnienia i zwroty akcji są mało wiarygodne. Wszystkie zmiany zeznań działały na niekorzyść oskarżonych.

Biegli z wydziału kryminalistyki z Komendy Wojewódzkiej MO w Łodzi stwierdzili, że gdyby jechał on 70 km/h, miałby szansę wyminąć Olczyka, zaś gdyby prędkość wynosiła poniżej 64 km/h, zdołałby się zatrzymać przed staruszkiem. Biegli stwierdzili bowiem, że bramkarz Widzewa powinien dostrzec Olczyka z odległości 40 metrów. Ale to wszystko przy założeniu, że byłby trzeźwy.

Ostatecznie sąd uznał, że Burzyński jechał około 70 km/h, ale też stwierdził, że do wypadku przyczyniła się ofiara. Przyznano rację oskarżonym, że Olczyk w ostatniej chwili zawrócił. Z tą wersją nie mogła pogodzić się rodzina ofiary. Według nich do tragedii doszło na pasach, a potem bramkarz Widzewa wiózł Olczyka na masce. Sąd zaznaczył, że zachowanie ofiary nie powinno mieć jednak wpływu na reakcję kierowcy. Potem przez lata pojawiały się sugestie, że w samochodzie było więcej niż dwóch piłkarzy. Nigdy jednak nie dowiedziono, że sprawcy kogoś kryli.

Burzyński został uznany za winnego spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym oraz ucieczki z miejsca zdarzenia. Gajda – ucieczki i nieudzielenia pomocy rannemu. W uzasadnieniu sąd stwierdził, że „sprawcy musieli zdawać sobie sprawę, że obrażenia ofiary są poważne i mogą zagrażać jego życiu”.

Ostatecznie Burzyński został skazany na 2,5 roku więzienia i zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych na 4 lata. Na Gajdę nałożono grzywnę w wysokości 25 tysięcy złotych. Obaj musieli też ponieść koszta postępowania sądowego.

Dodatkowo GKKFiS zawiesił obu w prawach zawodników.

Piotr Gajda tłumaczył mi się, że uciekł z miejsca zdarzenia, bo nie miał wielkiego wyboru: – Trudno mówić o ucieczce. Ja byłem jedynie pasażerem. Potem Boniek zadzwonił do prezesa, prezes na milicję i sami pojechaliśmy zeznawać, nikt nas nie zmuszał. Niestety Stasiu wyszedł wtedy na mecz z Katowicami i to był błąd. Mogło to zostać tak odebrane, że jesteśmy piłkarzami i wszystko możemy. Powinno być to rozegrane inaczej. Niestety, moja kariera była skończona. Miałem rok przerwy w grze. Prezes Sobolewski na początku chciał, żebym został, ale zakazał mi takich bliskich kontaktów, jakie miałem z Burzyńskim. Tyle że z Młynarczykiem było jeszcze gorzej, dlatego musiałem odejść do Pogoni. Tam też nie mogłem grać z powodu ciągle trwającego zawieszenia, więc wyjechałem do Niemiec. A wyjazd oznaczał rok karencji. Straciłem sporo czasu, uciekła mi kariera. A wszystko wyglądało tak pięknie. „Burza” miał wyjechać do Anglii, ja miałem wskoczyć za niego...

***

Chwilowo skomplikowała się sytuacja Widzewa. W kolejnym po spotkaniu z GKS Katowice meczu, z Lechem Poznań, miał wyjść Piotr Gajda, ale tym razem Sobolewski zachował ostrożność i właściwie w ostatniej chwili kazał posadzić go na ławce rezerwowych. Trzeci bramkarz Jerzy Woźniak nie wytrzymał próby, podobnie zresztą jak cały zespół. Widzew przegrał u siebie z Lechem 0:3 i znalazł się zaledwie 2 punkty nad strefą spadkową.

– Przegraliśmy fatalnie jeden mecz ligowy, ale zawodnicy w porę się otrząsnęli – odetchnął z ulgą Sobolewski. Zapewnił też, że klub nie odwróci się od Burzyńskiego i Gajdy.

***

Burzyński prosto z aresztu trafił do zakładu półotwartego w Choruli. Do południa pracował, zaś potem trenował z Odrą Opole. Przez jakiś czas był wspierany finansowo przez kolegów z zespołu. Otrzymywał normalne premie meczowe za zwycięstwa Widzewa, zaś żona dostała propozycję pracy w Łodzi, ale wybrała życie w rodzinnej Gdyni. Bramkarz mimo to czuł się osamotniony i opuszczony. Z napisanego 9 sierpnia 1980 roku listu Burzyńskiego do Jacka Machcińskiego wyłania się obraz odmienny od tego szeroko rozpowszechnianego w prasie.

„Prośba druga dotyczy spraw poważniejszych. Chodzi mi o obietnice, które zrobił prezes Sobolewski Boguśce. To co zrobił później, nazwałbym po imieniu ale nie muszę, bo sam wiesz jak to się nazywa. Ostatecznie nie musiał nic obiecywać, a argumentować później w ten sposób jak to zrobił to...

Nie spodziewałem się też odpowiedzi typu: „Staszek już nie jest zawodnikiem Widzewa no i niech wszystkie sprawy sobie sam załatwi”.

Pozostaje jeszcze sprawa przekazania moich papierów do Odry i sprawa kosztów sądowych. Myślę, że w/g obietnicy klub pokryje koszta sądowe, bo nie chciałbym żeby Bogusia musiała się użerać z komornikami. Co do Odry, to nic na razie nie wiem, pracuję normalnie w Krapkowicach (potem też pracował w zakładach drobiarskich – przyp. MW) i nikt z klubu ze mną nie rozmawia. Poza tym był u mnie, przejazdem co prawda, Daroszewski i Kuźniak, ale jakoś żaden z nich nic mi nie powiedział o tej kombinacji z Odrą. No cóż, „murzyn zrobił swoje”...

Przekazuje się papiery do innego miasta, umywa rączki i wszystko jest w porządku. Żałuję w tej chwili jednej rzeczy, że nie porozmawiałem o pewnych sprawach wcześniej i że tak bardzo ufałem prezesowi Sobolewskiemu. Wiem, wiem, dużo dla mnie zrobił i Ty też i jeszcze parę osób. Tym bardziej się dziwię, że w sumie w tak „drobnych” sprawach w stosunku do całości sprawy, tak postąpił.

Mniej więcej jestem zorientowany w całej sprawie, części się domyślam ale nie mogę zrozumieć pewnych decyzji i posunięć władz klubu. Może jednak skończę ten temat bo nie jest najprzyjemniejszy, przynajmniej dla mnie.

Minęło już, może raczej dopiero, pięć miesięcy i powoli pogodziłem się z losem. Zrezygnowałem całkowicie z jakichkolwiek ćwiczeń, wystarczą mi te w pracy (pracuję fizycznie w Zakładach Papierniczych w Krapkowicach). Początkowo łudziłem się, może amnestia, może rewizja coś zmienią ale teraz wiem ile mam do odsiedzenia i liczę po prostu miesiące. Tu w Choruli czas płynie szybko i czasami człowiek nie wie kiedy minął tydzień, ale pobytu na Stokowskiej (areszt śledczy w Łodzi znajduje się właściwie na Smutnej, przedłużeniu Stokowskiej – przyp. MW) nie zapomnę do końca życia. Nie wiem co by było, gdybym musiał w takim zakładzie zamkniętym odbębnić cały wyrok, chyba po wyjściu stałbym się prawdziwym kryminalistą”.

Zmienił go ten pobyt w areszcie. O ile w więzieniu bywało znośnie, to areszt wykończył go psychicznie. Andrzej Czyżniewski zapamiętał, że Burzyński opowiadał mu potem, że nie spał po nocach. Miał w celi wielokrotnego mordercę, był przerażony. Można ten list Burzyńskiego uznać zarówno za przejaw ogólnego rozczarowania, ale też chwilowego zwątpienia. A może miał żal, że Widzew wymienił go na Młynarczyka, że w Łodzi już nikt na niego nie czeka. A jednak z kilkudniowych wizyt w Gdyni, gdzie jeździł na przepustki, Burzyński wracał przez Łódź. Dowoziła go żona, a dalej zabierali koledzy, głównie Tadeusz Gapiński i Andrzej Grębosz. Przyjechał też w 1984 roku na mecz gwiazd „Stary Widzew – Nowy Widzew”. Pojawiła się też informacja, że próbował swoich sił w RC Lens, gdzie pojechał na zaproszenie Mirosława Tłokińskiego, ale pomocnik Widzewa mówi, że była to jedynie przyjacielska wizyta, która „raczej zdołowała Stasia, bo widział, co stracił”.

Z więzienia wyszedł pod koniec 1981 roku. Jego szczęście wiązało się z dramatem narodu. Wprowadzono stan wojenny i cele więzienne, jak przypuszczają koledzy Burzyńskiego, czyszczono z drobniejszych przestępców, złodziejaszków czy sprawców wypadków. Mieli je zapełniać opozycjoniści.

Do Burzyńskiego wyciągnął rękę stary znajomy Marian Geszke, który teraz był trenerem Bałtyku. Znali się z Arki i z Łodzi. Geszke pracował w ŁKS, gdy Burzyński przeżywał swoje najlepsze chwile z Widzewem.

***

Na stadion podjechał maluch. Od strony pasażera wysiadł Burzyński. Przyjechał tak, jakby był tu zawsze. Zadbany, elegancki. Gdyby zapytać kogokolwiek znajomego o jedno słowo na określenie Burzyńskiego, to chyba to drugie pasuje najbardziej. Był też dość dobrze przygotowany. Pilnował się. Jako więzień pracował w kilku miejscach, najdłużej w fabryce papieru, a popołudniami trenował z Odrą Opole. Potem przez pewien czas nie mógł trenować. Któryś z dziennikarzy napisał artykuł w gazecie. O tym, że pali dobre papierosy i ma czyste wypielęgnowane ręce. Miało być sympatycznie i pozytywnie, ale naczelnik dostał po uszach, że więźniowie, nie dość, że mają lekko i przyjemnie, to jeszcze popalają marlboro. A wszyscy przyjaciele, którzy jeździli do Burzyńskiego, doskonale wiedzieli, że mają mu przywieźć karton tych konkretnych papierosów. To też dawało mu lepsze notowania w więzieniu.

W Bałtyku szybko stał się wzorem dla młodych, którzy śledzili uważnie każdy jego ruch. Był tu legendą. Geszke był zadowolony. Podczas zimowego zgrupowania Burzyński czasem wyręczał go, robił wykłady z taktyki, mówił o ćwiczeniach. Dla marzących o wielkiej karierze chłopców wciąż był gwiazdą Widzewa, reprezentantem Polski, kimś z lepszego świata.

Bałtyk zatwierdził bramkarza dopiero na trzeci mecz rundy wiosennej sezonu 1981/82 ze Śląskiem Wrocław, ale szybko okazało się, że do dawnej formy mu daleko. Popełnił dwa błędy i Geszke wstawił do bramki Wiesława Zakrzewskiego. Ten do końca sezonu nie dał trenerowi powodu do zmiany zdania. Dopiero gdy odszedł po sezonie do Lecha Poznań, Burzyński wrócił do składu.

Mocno się przygotowywał do powrotu na boisko.

Geszke: – Zaprosił mnie na kawę. Myślałem, że chce odejść. Ale on chciał trenować. Poprosił, żebym rozpisał mu treningi na dwa tygodnie. Biegałem dookoła boiska a on ciężko harował. Wyznaczył cholerne warunki. Do tego zażyczył sobie sauny. Byłem pod wrażeniem. W następnej rundzie był świetny. Pamiętam pierwszy mecz sezonu z Pogonią Szczecin, który nam wybronił. Po spotkaniu Adam Kensy podszedł do niego i nie podał mu ręki od razu, ale przed nim uklęknął, jakby dziękował za łaskę, że mógł zagrać przeciw komuś takiemu. A potem inni piłkarze Pogoni zrobili to samo.

Szczęście trwało tylko do końca sezonu. Potem miały być podpisywane nowe kontrakty. Burzyński wszedł do gabinetu, gdzie siedział zarząd, i zażądał sumy wielokrotnie wyższej niż miał do tej pory.

– Stasiu miał dobre warunki, wciąż był naprawdę nieźle opłacanym piłkarzem ligowym, ale wiedział, że zagrał świetny sezon i poszedł na całość. Prezes mało się nie zadławił. Powiedział, że potrzebuje jednego dnia do namysłu. Po Burzyńskim wszedł drugi bramkarz Andrzej Czyżniewski i poprosił o wielokrotnie mniejsze pieniądze. Kontrakt został spisany niemal od razu – mówi Geszke.

Zdaniem trenera Czyżniewski przewyższał już wtedy starzejącego się Burzyńskiego umiejętnościami.

Był młodszy, wyższy, silniejszy. Oczywiście z „Burzą” sprzed 6–7 lat nie miałby szans rywalizować, ale teraz było inaczej.

Burzyński sam ściągnął Czyżniewskiego do klubu. Spotkali się kilka razy na piwie i w końcu namówił go do gry. Potem przegrał z nim rywalizację.

Czyżniewski: – To był tytan treningu. Padaliśmy wykończeni i wtedy on mówił: „Mam jeszcze kilogram nadwagi, może zrobimy 20 kółek”. Znakomicie potrafił motywować i był człowiekiem z zasadami. Jeśli któryś z chłopaków przyniósł niedopompowaną piłkę, to za chwilę biegał szukać jej na torach.

Te zasady budowały jego legendę, nawet jeśli momentami były oznaką zdziwaczenia. Podczas zgrupowania w Jugosławii jeden z miejscowych piłkarzy przymierzył jego rękawice bez pozwolenia. Burzyński to zobaczył i się wściekł. Piłkarz oddał mu natychmiast rękawice, ale ten rzucił je w niego z krzykiem: „Zabieraj to! Nie chcę ich!”. Nikt nie miał prawa założyć jego rękawic. A zawsze miał najlepsze i nie prosił klubu o ich zakup. Wciąż miał wielu przyjaciół, choćby Józefa Młynarczyka, który podsyłał mu sprzęt najwyższej klasy.

Kilka tygodni później grał w II lidze, w Arce. To był schyłek jego kariery. Kończył w MOSiR–ze.

Przychodził do pracy na Zielonogórskiej w Gdańsku codziennie o 7.30. Meldował się w zbitym z desek baraku, który służył za warsztat. Majster Andrzej Nowak, który kiedyś był zawodnikiem Lechii, właśnie w czasie gdy Burzyński zaczynał karierę, przygarnął go i wszystkiego uczył. To nie była trudna praca. MOSiR budował w całym kraju boiska i korty tenisowe, ale Burzyński pracował na miejscu. Naprawiał sprzęt, popracował na szlifierce, skosił trawę, przykręcił śrubę w kosiarce. Nie miał stałego zajęcia, był człowiekiem od wszystkiego. Zakładał roboczy drelich, gumiaki i wykonywał polecenia. Miał dobre towarzystwo. Na stanowisku obok miał Janusza Makowskiego, który najlepsze lata swojego życia spędził w Lechii.

Nowak mówi, że pilnował, żeby Burza się nie przepracowywał, bo musiał mieć siły na trening. Grał w drużynie Konrada Araucza, kiedyś asystenta Polakowa. Był gwiazdą. MOSiR dzięki niemu wywalczył awans do III ligi, a potem się w niej utrzymał.

Znajomi mówią, że w tym czasie trzymał się dobrze. Czasem skoczył na piwko, ale nie przesadzał. Dopiero pod sam koniec alkohol zeżarł go niczym nowotwór. Zmarniał tak szybko, że nie był już nawet cieniem siebie. Ale to wszystko w środku. Owszem, widywano go pijanego dość regularnie, ale nie został kimś, kogo określa się mianem pijaczka. Na zewnątrz do końca pozostawał szykownym, dobrze ubranym mężczyzną, niemal takim samym jak 20 lat wcześniej, gdy zaczynał karierę, tyle że teraz nawet lepiej zbudowanym. Gdyby ktoś go nie znał, powiedziałby, że to człowiek, który pracował ciężko fizycznie. Za tą fasadą ukrywał się jednak mężczyzna przegrany. Widywano go na Świętojańskiej w jednym z lokali, gdzie miejscowe lumpy mogły podpytać go o czasy Wielkiego Widzewa, o Bońka, Smolarka, Tłokińskiego. O wszystkich tych, którzy wyjechali na Zachód i ułożyli sobie życie. Już od dłuższego czasu nie utrzymywał regularnych kontaktów z kolegami. Nie chciał grać w drużynach oldbojów Arki i Lechii. Jego znajomi podejrzewają, że się wstydził. Pracował w Komunie Paryskiej, jak mówili mieszkańcy Gdyni o swojej stoczni. Zajęcie załatwiła mu teściowa i było to przyzwoite stanowisko brygadzisty. Nie mógł narzekać. Poza tym blisko domu. A jednak wciąż nie była to praca jego marzeń. Nic nie byłoby już pracą jego marzeń. Ta jedna jedyna przepadła przed laty.

Andrzej Nowak: – To nie wypadek czy alkohol zabiły Stasia, ale ten niedoszły transfer do Ipswich. Był tak blisko. Mógł być kimś, a został przegranym. Tak się czuł. Nigdy nie powiedział tego, ale i nie potrafił ukryć, że siedzi w nim poczucie goryczy. On w życiu sobie radził nawet dobrze, normalnie i uczciwie pracował, ale nie potrafił sobie poradzić ze swoją straconą szansą.

Czyżniewski, który ma na koncie próby samobójcze: – Czasami widziałem go, jak siadał przy piwku. Patrzyłem i myślałem sobie, że dla niego czas się zatrzymał, że wciąż jest tam w Widzewie, że wszystko idzie w dobrym kierunku, a on zaraz wyjedzie do Anglii. Wtedy tego nie wiedziałem, ale po latach, mając własne doświadczenia, zorientowałem się, że Stasiu był w głębokiej depresji. Był chory i potrzebował pomocy. Ale gdy chcieliśmy mu pomóc, on to odrzucał. Miał z tym kłopot. Zawsze był na piedestale, to wokół niego wszystko się kręciło. I to przejście na drugą stronę, gdy już nie był tak rozpoznawalny, gdy musiał zacząć inaczej żyć... nie był przygotowany do tego, że trzeba inaczej zarabiać. Nie mógł znaleźć swojego miejsca po zakończeniu kariery. Namawiałem go, żeby zrobił papiery trenera, chociaż instruktora, żeby trenował młodych bramkarzy. Ale nie chciał iść tą drogą, nie wiem dlaczego...

Burzyński stał się symboliczną ofiarą swoich czasów. Jednym z tych, którzy żyli na świetnym poziomie, żeby pod koniec kariery zorientować się, że nikt nigdy nie zapłacił za nich żadnej składki emerytalnej. Musiał zaczynać wszystko od nowa. Mając 40 lat i żadnego wyuczonego zawodu, żadnego doświadczenia.

Czyżniewski: – Na zgrupowaniach mieszkaliśmy razem w pokoju. Rozmawialiśmy i on wtedy pytał: „Dlaczego ten facet się zawrócił, dlaczego?”.

Burzyński wyskoczył przez okno swojego mieszkania, znajdującego się na dziewiątym piętrze wieżowca na gdyńskiej Chyloni, 5 października 1991 roku.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wielki Widzew 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL Nienasycony – Robert Lewandowski Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr Wszystko za Everest Jeszcze jedna mila