Los Angeles Lakers

Los Angeles Lakers

Autorzy: Marcin Harasimowicz

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Sport Hobby

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 336

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 29.19 zł

Głęboko fascynująca książka, która spodoba się nie tylko fanom Lakers, ale każdemu, kto kocha sport. Marcin Harasimowicz dobrze zna się na rzeczy i dostarcza wielu ciekawych historii o fantastycznym zespole z Los Angeles.
Roland Lazenby, autor książki Michael Jordan. Życie

Historia NBA pisana purpurowo-złotymi zgłoskami.

Legendarni zawodnicy: Kobe Bryant, Shaquille O’Neal, Magic Johnson, Kareem Abdul-Jabbar, Wilt Chamberlain, Jerry West, George Mikan. Wspaniali trenerzy: Pat Riley i Phil Jackson. 16 tytułów mistrzowskich i rekordowe 31 występów w wielkim finale. A wszystko to dzięki pieniądzom biznesmena z Ostrowca Świętokrzyskiego…

Świat koszykówki nie byłby tak fascynujący bez blisko 70-letniej historii Los Angeles Lakers. Marcin Harasimowicz towarzyszył drużynie przez kilka ostatnich sezonów. Stworzył pełną anegdot opowieść o dziejach zespołu, jego gwiazdach i największych rywalach.

Dlaczego do George’a Mikana strzelano podczas meczu? Jak to możliwe, że jeden z zawodników Boston Celtics brał narkotyki, nawet siedząc na ławce rezerwowych? Który z Jeziorowców dorabiał, pracując w kancelarii prawniczej, a który miał stanąć do walki w ringu z samym Muhammadem Alim?

Ekscytująca podróż za kulisy wielkiego świata NBA. Ekskluzywne wywiady z legendami Lakers i czołowymi dziennikarzami sportowymi ze Stanów Zjednoczonych. I liczne, często zaskakujące, polskie wątki. Pozycja obowiązkowa dla każdego fana koszykówki!

Dedykuję Pawłowi Zarzecznemu i Darkowi Tuzimkowi, w podziękowaniu za to, że zrobili ze mnie dziennikarza, oraz Michałowi Tomasikowi – za wieloletnią przyjaźń i koszykarską pasję.

OD AUTORA

Do napisania tej pozycji szykowałem się od siedmiu lat. W tym czasie napisałem biografię LeBrona Jamesa, ale gdzieś tam w środku przygotowywałem się do książki, na której zależało mi najbardziej. Research, rozpoczęty gdzieś w 2007 roku, obejmował lekturę kilkudziesięciu książek, a także tysięcy artykułów oraz przekopanie się przez archiwa „Los Angeles Timesa” i „Sports Illustrated”. Poza tym zobaczyłem z bliska ponad 300 spotkań NBA, głównie w Staples Center, ale także w innych halach; byłem świadkiem zdobycia trzech tytułów mistrzowskich (2000, 2009, 2010); przeprowadziłem wiele wywiadów z koszykarzami, trenerami i działaczami, nie wspominając o wielogodzinnych rozmowach z lokalnymi dziennikarzami i komentatorami telewizyjnymi. Starałem się sprawdzić wiarygodność różnych utartych mitów i powtarzanych przez lata plotek. Wielokrotnie, siedząc w pokoju dla mediów (nazwanym na cześć legendarnego Chicka Hearna) i rozmawiając z nestorami zawodu pamiętającymi mecze Jerry’ego Westa czy Elgina Baylora, rozmyślałem nad ostatecznym kształtem tej książki.

Chcecie wejść na chwilę za kulisy NBA i dowiedzieć się, jak wygląda praca akredytowanego dziennikarza w Staples Center? Bardzo proszę. Mecze najczęściej rozpoczynają się o 19.30. Od 17.00 bufet serwuje posiłki, więc dziennikarze, a także goście specjalni (byli koszykarze, działacze i tak dalej) siadają przy kilku stołach, jedzą i gadają na tysiące różnych tematów. O 18.00 oba zespoły otwierają szatnie – na dokładnie trzy kwadranse – a trenerzy przebywają na korytarzu i pozostają do dyspozycji dziennikarzy. Niektórzy przedstawiciele mediów idą więc przeprowadzić rozmowę, inni zostają przy stole. Ci, którzy poszli, prędzej czy później wracają. Potem, podczas przerwy i po meczu, podaje się lody i popcorn. Generalnie jednak mnóstwo się gada, rozmawia, konwersuje, plotkuje… Można się sporo dowiedzieć, poznać kulisy ważnych wydarzeń i rozmaite anegdoty. Od 2007 roku mam za sobą tysiące, a może nawet setki tysięcy takich rozmów. Wiele spośród nich dało zalążek niektórym akapitom tej książki.

Oczywiście nie dało się napisać o wszystkim. Na pewno znajdą się tacy, którzy zaczną pytać, czemu nie było więcej o tym albo o tamtym. Niestety, książka ma określoną objętość, musiałem dokonać wyboru. Chciałem nadać jej bardziej wszechstronny charakter. Opisać nie tylko poszczególne zespoły, ale też oddać klimat czasów. Czy mi się to udało – werdykt należy do Was. Jest to książka nieoficjalna, momentami politycznie niepoprawna, brutalnie szczera i za nic mająca konwenanse. Wypowiedzi zawodników i trenerów umieściłem w tekście, a ekskluzywne wywiady zarezerwowałem dla najwybitniejszych amerykańskich dziennikarzy, mających lepszą perspektywę upływu czasu oraz lepszą możliwość porównań i analiz wydarzeń z różnych epok. Tym bardziej, że byli świadkami przynajmniej kilku etapów rozwoju klubu.

Szczególne podziękowania należą się trzem osobom, a konkretnie – trzem nestorom koszykarskiego dziennikarstwa w Kalifornii. Roland Lazenby, którego wspaniała książka o Michaelu Jordanie została niedawno wydana w Polsce, stał się nie tyle mentorem, co wręcz inspiracją do uporczywej, żmudnej analizy najpopularniejszego klubu z Los Angeles. Nie tylko poświęcił mi sporo czasu, godząc się na luźne rozmowy, ale także udzielił wywiadu, który wykorzystałem w swojej publikacji. Lazenby to prawdziwa skarbnica wiedzy o Lakers, a jego książki polecam gorąco wszystkim kibicom tej drużyny. Drugą osobą jest Mitch Chortkoff – żaden inny dziennikarz w L.A. nie pracował jako reporter przy koszykarskiej drużynie dłużej niż on. Podróżował na mecze z Westem, Magikiem oraz zawodnikami młodszego pokolenia. Jego opowieści odegrały olbrzymią rolę w procesie powstawania tej pozycji. Żaden publicysta nie był świadkiem większej liczby niewiarygodnych, śmiesznych czy nawet mrożących krew w żyłach historii, mających jeden wspólny mianownik – Los Angeles Lakers. Z kolei Jim Hill to chyba najbardziej rozpoznawalna twarz łącząca w domyśle hasła „telewizja” i „koszykówka” w południowej Kalifornii. Znają go wszyscy, ma nawet swoją gwiazdę na słynnej Hollywood Walk of Fame, a to przywilej zarezerwowany głównie dla zdobywców Oscarów czy Grammy. Hill od lat przyjaźni się z wieloma postaciami opisanymi w tej książce, ma też wyjątkowe, indywidualne spojrzenie na poruszane przeze mnie tematy, które zgodził się mi przedstawić. Jestem mu za to wdzięczny, podobnie jak za rady i mądre życiowe prawdy, którymi dzieli się ze mną na bieżąco. To wspaniały dziennikarz i człowiek.

Chciałem, aby była to wyjątkowa opowieść o najsłynniejszym zespole koszykarskim świata, jego burzliwych dziejach i specyfice. Znajdziecie w niej fakty i anegdoty, które już znacie, ale o wielu dowiecie się po raz pierwszy. Wreszcie, miała to być historia Lakers, ale z pokazaniem zmian kulturowo-społecznych, do jakich dochodziło w NBA, ale także w Ameryce. Obecny świat bardzo różni się od tego, w którym żyli wynalazca koszykówki James Naismith i legendarny George Mikan czy w którym – w latach 60. – dochodziło do ważnych zmian społecznych. Historia koszykówki, tak jak historia Ameryki, obfituje w wydarzenia piękne, wzniosłe i budzące podziw, ale i takie, które stanowią świadectwo ludzkiej nietolerancji, braku wyobraźni i głupoty. Będzie więc śmiesznie, ale i strasznie, będą żarty, ale i tematy śmiertelnie poważne. Historie zwycięstw i klęsk, opowieści nawiązujące do różnych epok i czasów. Nie mogło też zabraknąć wzmianek o świecie Hollywood, dzięki któremu lokalny zespół stał się sławny na całym świecie.

Ku mojemu zdumieniu zdałem sobie sprawę, że dwa najważniejsze zespoły w początkowej fazie rozwoju profesjonalnej koszykówki – Minneapolis Lakers i Harlem Globetrotters – zostały założone i były finansowane przez polskich imigrantów. To budujące i wzruszające zarazem. Obecnie, gdy polski basket chyli się ku upadkowi, przegrywając w rankingach popularności z siatkówką, kolarstwem czy skokami narciarskimi, możemy tylko wspominać czasy, gdy nasi rodacy rządzili amerykańską koszykówką. A jak!

Zapraszam Was gorąco w podróż wehikułem czasu – długą i, mam nadzieję, przyjemną i pełną wrażeń. Gorąco liczę, że się Wam spodoba i przez chwilę zanurzycie się w magicznym świecie Los Angeles Lakers. A zatem zapnijcie pasy, wybieramy się daleko, daleko w przeszłość. Zegar w wehikule Marty’ego McFly’a został nastawiony na ostatnią dekadę XIX wieku. Trzy… dwa… jeden… Poszło!

Wstęp

9 czerwca 1985 roku. W szóstym meczu finałów NBA najlepsi w Konferencji Zachodniej Los Angeles Lakers pokonują najlepszych na Wschodzie Boston Celtics w słynnej hali Boston Garden 111:100 i sięgają po mistrzostwo NBA. Razem z MVP Finałów, Kareemem Abdul-Jabbarem, uśmiechniętym od ucha do ucha rozgrywającym Magikiem Johnsonem oraz właścicielem Lakers Jerrym Bussem ze szczęścia szaleje 24-letni drugoroczniak, najskuteczniejszy w NBA w rzutach za trzy punkty Byron Scott. Buss powiedział wtedy w udzielonym tuż po zakończeniu meczu wywiadzie, nawiązując do ośmiu wcześniejszych finałowych porażek Lakers z Celtics: „Już nikt nie będzie mógł powiedzieć, że Lakers nigdy nie wygrali w finale z Celtics”.

17 czerwca 2010 roku. W siódmym meczu finałów NBA najlepsi na Zachodzie Lakers pokonują u siebie Celtics 91:86 i zdobywają mistrzostwo NBA. Po wybrzmieniu kończącej mecz syreny najszczęśliwszym człowiekiem na świecie jest zdobywca 23 punktów i MVP Finałów (po raz drugi z rzędu) Kobe Bryant. To już jego piąty tytuł mistrzowski, ale jak sam twierdzi – to właśnie ten smakuje najlepiej, i to mimo że w decydującym meczu spudłował 18 z 24 rzutów. Liczy się to, że w decydującej czwartej kwarcie zdobył 10 punktów, że poprowadził spektakularny comeback swojej drużyny, no i że w finale udało mu się zrewanżować i pokonać odwiecznych rywali Lakers, bostońskich Celtów.

22 lutego 2015 roku. W 55. meczu sezonu zasadniczego druga najgorsza drużyna Konferencji Zachodniej, Los Angeles Lakers, gra z czwartą najgorszą drużyną Konferencji Wschodniej, Boston Celtics. Przez większość meczu prowadzą Lakers, w czwartej kwarcie różnicą dziesięciu punktów, wydaje się, że ich zwycięstwo będzie formalnością. Ale Celtowie gonią, na osiem sekund przed końcem meczu przegrywają już tylko dwoma punktami. Rezerwowy Nick Young stoi na linii rzutów wolnych i wystarczy, że trafi oba osobiste. Trafia tylko raz, zagubieni Lakers zapominają, że mogą w ostatniej akcji sfaulować któregoś z rywali, uniemożliwiając mu rzut za trzy punkty. Avery Bradley trafia równo z końcową syreną i dochodzi do dogrywki. Ale młodzi Lakers mobilizują się, zwierają szyki i wygrywają dogrywkę 12:5, a cały mecz 118:111. Zawodnicy – Nick Young, Jordan Hill oraz Carlos Boozer – szaleją ze szczęścia, przerywają telewizyjny wywiad kolegi z drużyny, Jeremy’ego Lina, wrzeszczą, robią głupkowate miny, wydurniają się przed kamerami niczym grupka cyrkowych klaunów.

Nie potrafią się pohamować, są pijani ze szczęścia. Trochę tak jak 30 lat wcześniej ich obecny trener, wówczas zawodnik Lakers, trzykrotny mistrz NBA Byron Scott. I trochę tak jak pięć lat wcześniej ich kontuzjowany dziś kolega z drużyny, weteran, pięciokrotny mistrz NBA Kobe Bryant.

Tyle że choć Scott i Bryant też szaleli ze szczęścia po pokonaniu Celtów, to jednak miało to miejsce po wygraniu najważniejszego meczu sezonu i po zdobyciu tytułu mistrzowskiego. Young, Hill i Boozer szaleją po wygraniu 14. meczu w sezonie (przy 41 porażkach). Świętują, bo właśnie udało im się w dramatycznych okolicznościach przerwać serię siedmiu kolejnych porażek. Triumfują, bo każdy rozegrał niezły mecz – Young właśnie zdobył 19 punktów, Boozer 12, a Hill 10.

Dzień później kontuzjowany Kobe jest gościem w telewizyjnym programie Jimmy Kimmel Live. Na wejściu gospodarz pokazuje mu nagranie z wygłupami Younga, Hilla i Boozera i prosi o komentarz. Kobe przygląda się tej scence z kamienną twarzą. Jest tak zszokowany i zażenowany, że nawet nie ma ochoty tego komentować. Publiczność pęka ze śmiechu.

Zachowanie swoich podopiecznych komentuje za to trener Lakers, Byron Scott. Mówi, że poczuł się dokładnie tak jak Kobe. Mówi o braku profesjonalizmu i dobrego smaku: „Kręciłem głową, nie mogłem w to uwierzyć. Byłem zły. (…) Jestem dumny z logotypu Lakers, który nosimy na swoich koszulkach, jestem dumny z tego, że możemy się ubierać w purpurowo-złote barwy. Nazwa widniejąca z tyłu naszych koszulek jest najważniejsza. Musimy ją szanować. Nie chcemy, żeby było o nas głośno przez tego typu zachowania, bo po prostu tacy nie jesteśmy. Jako trenerowi tej drużyny było mi po prostu wstyd. Nie zachowujemy się tak, niezależnie od tego, czy wygrywamy, czy przegrywamy. To nie są Los Angeles Lakers”.

Reakcje Scotta i Bryanta na zachowanie młodych i nieopierzonych kolegów będzie można lepiej zrozumieć po przeczytaniu książki Marcina Harasimowicza. Bo kontynuatorom tradycji Showtime, 16-krotnym mistrzom NBA, reprezentantom jednej z najdroższych drużyn w lidze („Forbes” wycenia ich wartość na miliard dolarów), spadkobiercom Mikana i Chamberlaina, Baylora i Westa, Magica i Jabbara, Worthy’ego i Scotta, Shaqa i Kobego – pewnych rzeczy robić po prostu nie wypada.

Lektura książki pozwoli też lepiej zrozumieć nietypową, biorąc pod uwagę okoliczności, reakcję młodych ludzi. Bo przecież mecz Lakers z Celtics zawsze jest wyjątkowy i wyzwala dodatkową adrenalinę. Nawet jeśli jest to tylko jeden z 82 meczów sezonu zasadniczego. Nawet jeśli rozgrywają go dwie przeciętne drużyny znajdujące się w głębokim kryzysie. Nawet jeśli i jedni, i drudzy przegrywają mecze seriami i oddają za bezcen najlepszych zawodników (Celtics – Rajona Rondo; Lakers – Pau Gasola), żeby przegrywać jeszcze częściej i zapewnić sobie dzięki temu wysoki numer w najbliższym drafcie. Nawet jeśli i jedni, i drudzy czekają tylko z utęsknieniem na rozpoczęcie nowej ery, tak jak miało to miejsce w 1979 roku, kiedy do Lakers dołączył Magic Johnson, a do Celtics Larry Bird. Sam Byron Scott przyznaje, że buczenie i gwizdy kibiców Lakers podczas przedmeczowej prezentacji Celtics były głośniejsze niż kiedykolwiek w tym sezonie.

Marcin Harasimowicz, mieszkający w USA polski dziennikarz, być może największy polski kibic Lakers, który w sezonie 2008/09 obejrzał na żywo w hali Staples Center prawie wszystkie (z wyjątkiem jednego meczu playoffów) mecze Lakers, spędził na gromadzeniu materiałów i pracy nad książką wiele lat. Obejrzał setki spotkań, przeczytał dziesiątki książek i tysiące wywiadów, sam odbył setki rozmów. Szczegółowo opisał całą bogatą historię drużyny: lata 50., dominację centra George’a Mikana i pięć pierwszych tytułów mistrzowskich; lata 60. i 70. – wielką rywalizację z Boston Celtics i jedyny tytuł mistrzowski w 1972 roku; lata 80. – Showtime, erę Magica Johnsona i pięć kolejnych tytułów; lata 90. – szok związany z wykryciem u Magica wirusa HIV i mozolną drogę z powrotem na szczyt; wreszcie pierwsze dziesięciolecie XXI wieku, czasy Shaqa i Kobego, a potem samego Kobego i pięć kolejnych tytułów mistrzowskich zdobytych pod wodzą wielkiego Phila Jacksona. Harasimowiczowi udało się dokopać w historii Lakers nawet do polskich wątków.

Książka ukazuje się w trudnych dla Lakers czasach. Zdziesiątkowani plagą kontuzji grają fatalnie, przegrywają prawie wszystko, co się da, na Zachodzie gorsi od nich są jedynie Minnesota Timberwolves. Młodzież niespecjalnie dogaduje się z legendami klubu, starszym kolegą Bryantem i trenerem Scottem. Wszyscy chcieliby, żeby ten koszmarny sezon jak najszybciej dobiegł końca.

Ale po przeczytaniu książki Harasimowicza jednego można być pewnym: Lakers prędzej czy później odrodzą się niczym Feniks z popiołów, a ich złote czasy powrócą. Zwłaszcza że w odwiecznej rywalizacji z Celtics minimalnie górą są wciąż ci drudzy. Zdobyli już 17 tytułów mistrzowskich – podczas gdy Lakers „tylko” 16.

Michał Rutkowski

ROZDZIAŁ 1 (1891–1949)

ZA POLSKIE PIENIĄDZE

Gdy pod koniec 1891 roku Kanadyjczyk James Naismith określił i ustalił reguły koszykówki, nie mógł się spodziewać, że 100 lat później jego wynalazek stanie się wartym miliardy dolarów biznesem, rozbudzającym wyobraźnię setek milionów kibiców na całym świecie. Początkowo wymyślony jako sport rekreacyjny w ośrodkach YMCA[1], szybko zdobywał sympatyków. Już pięć lat później powstały pierwsze drużyny, a koszykarze przenieśli się z hal YMCA, których władze nie zgadzały się na zorganizowane rozgrywki, do hotelowych sal tanecznych. Pojawiły się pierwsze ślady zawodowstwa. W 1898 roku jeden z szefów YMCA napisał: „Jeśli mężczyźni pobierają pieniądze za uprawianie sportu, powoduje to postępującą degradację i przyciąga ludzi z marginesu społecznego, o niskim morale”. Koszykówka jednak uzależniała coraz bardziej, a jej popularność rosła. Powstawało coraz więcej drużyn, które, przed rosnącą widownią, grały między sobą mecze towarzyskie. Z upływem czasu oczywiście pojawiły się pieniądze.

Pierwszy zawodowy klub, w Trenton w stanie New Jersey, uformowano w 1896 roku. Oburzony dziennikarz lokalnej gazety „Daily True American” pisał wówczas, że „zawodnicy biegają po boisku niczym małpy i powinni zostać wsadzeni do klatek”. Za wygrane mecze gracze otrzymywali równowartość pięciu dolarów. Wkrótce powstały kolejne kluby – w New England, Nowym Jorku, New Jersey i Pensylwanii. W latach 20. założono pierwsze ligi półamatorskie, a w kolejnej dekadzie w Chicago zaczęto organizować doroczny turniej, w którym wyłaniano nieformalnego mistrza Stanów Zjednoczonych. Drużyny takie jak Washington Bears czy też złożeni wyłącznie z czarnoskórych graczy Harlem Globetrotters, uważani bardziej za grupę cyrkowców, zdobywały rosnącą popularność.

Pierwsza zawodowa liga NBL (National Basketball League) powstała w 1937 roku, a założyli ją szefowie trzech firm – General Electric, Firestone i Goodyear. Początkowo składała się z kilku zespołów głównie ze wschodniej części Ameryki: Nowego Jorku, Bostonu i Chicago. W 1946 roku dwaj młodzi biznesmeni, Ned Irish w Nowym Jorku (który zaczynał jako reporter koszykarski w „New York World-Telegram” z pensją 48,60 dolara tygodniowo i do tego stopnia złapał bakcyla, że później został znakomitym promotorem futbolu i meczów koszykówki uniwersyteckiej) oraz Walter Brown, byli właścicielami budynków, w których rozgrywano mecze zawodowej ligi hokeja. Zarabiali na tym pieniądze, ale hale zbyt często stały puste. Tymczasem setki tysięcy żołnierzy wróciły do domów z frontów II wojny światowej, ekonomia kwitła, a zapotrzebowanie na rozrywkę systematycznie rosło. Rozgrywki koszykówki uniwersyteckiej generowały duże zainteresowanie, więc Irish i Brown wspólnie doszli do wniosku, że czas powołać ligę zawodową. Dołączył do nich Max Kase, szef działu sportowego w „New York Journal-American”, pełniący w trakcie wojny funkcję nieformalnego promotora meczów koszykarskich.

Do kluczowego spotkania doszło 8 czerwca 1946 roku w hotelu Commodore w Nowym Jorku, gdzie powołano do życia Basketball Association of America (BAA). Komisarzem został Maurice Podoloff, rosyjski emigrant (utrzymywał, że urodził się w odległości 75 mil od Kijowa, ale gdy miał zaledwie trzy miesiące, przeniósł się z rodziną do „kraju, gdzie ulice były wybrukowane złotem”), który dotychczas pełnił funkcję szefa American Hockey League. Po latach wspominał, że „jego wiedza o koszykówce była niemal zerowa”. Nie chciał także przyjąć stanowiska komisarza, bo nazwa ta kojarzyła mu się z ustrojem komunistycznym, więc nazywano go prezesem ligi. Licencja dla klubów kosztowała 10 tysięcy dolarów, wprowadzono także tak zwany salary cap (limit wynagrodzenia) w wysokości 40 tysięcy dolarów. W Konferencji Wschodniej znalazły się zespoły z Bostonu, Buffalo, Nowego Jorku, Filadelfii, Providence i Waszyngtonu. Konferencję Zachodnią stanowiły drużyny z Chicago, Cleveland, Detroit, Indianapolis, Pittsburgha i St. Louis. Następnie dołączono Toronto.

NBA powstała trzy lata później z połączenia BAA i NBL, a w jej skład wchodziło 17 zespołów, nawet z tak małych miejscowości jak Waterloo w stanie Iowa, Sheboygan w Winsconsin, Davenport, Tri-Cities czy Rock Island. Pierwszy mecz, który odbył się 1 listopada 1946 roku w Toronto pomiędzy miejscowymi Huskies i New York Knickerbockers, omal nie doszedł do skutku. Dzień wcześniej zespół gości przekraczał granicę kanadyjską pociągiem w rejonie Niagara Falls. Gdy oficer zobaczył grupę potężnych mężczyzn, zaintrygowany zapytał: „Kim jesteście?”. Trener drużyny Neil Cohalan odparł: „Jesteśmy New York Knicks”. „Hmm… Słyszałem o New York Rangers[2]. Czy jesteście podobnym zespołem?” „Oni grają w hokeja, a my w koszykówkę”, tłumaczył spokojnie Cohalan. „Cóż, powodzenia. Nie sądzę jednak, abyście znaleźli w Kanadzie wiele osób zainteresowanych waszym sportem”, rzekł oficer, po czym przepuścił ekipę przez granicę.

W Maple Leafs Garden ostatecznie zjawiło się 7090 osób, w tym Irish i Podoloff. Pierwsze punkty zdobył rozgrywający Knicks Ossie Schectman – po wejściu pod kosz i rzucie o tablicę. W latach 90. wspominał: „Umiałem kozłować praktycznie wyłącznie prawą ręką. Obecne pokolenia zawodników znacznie przewyższają nas umiejętnościami”. Za każdy mecz dostawał 60 dolarów. Wtedy spotkania rozgrywano ciężką, skórzaną piłką, której, jak mówił Schectman, „nie dało się chwycić jedną ręką”, a także „odbijała się krzywo od parkietu, jeśli trafiłeś w miejsce szwu”. Dodał również, że „najczęściej pompowano ją na stacjach benzynowych przy użyciu zwykłej pompki”. Ciężka piłka i słaba technika rzutu spowodowały, że w pierwszych latach ligi za wybitnych snajperów uważano tych, którzy mieli skuteczność z gry na poziomie minimum 30 procent!

Początki były bardzo trudne. Spotkania rozgrywano w niskich temperaturach, bo organizatorzy obawiali się, że pozostawiony pod drewnianym parkietem lód stopnieje. Dlatego rezerwowi koszykarze siedzieli na ławkach w kombinezonach i rękawiczkach, a spod parkietu czasem wyciekała woda. Nad parkietem z kolei często wisiała mgła, częściowo powstała z powodu parującej wody, a częściowo z powodu dymu, bo kibice mogli palić, nie ruszając się z miejsc. Na mecze przychodziło średnio około 3000 widzów. Działacze większości klubów zakazywali zawodnikom wsadów do kosza, tłumacząc, że w razie czego nie stać ich na wymianę tablic. Zawodnik, który zaliczył pierwszy, historyczny slam dunk podczas rozgrzewki – Chuck Connors z Boston Celtics – rozbił szklaną tablicę layupem. Generalnie we wczesnych latach wsady były uważane za przejaw arogancji oraz braku szacunku dla przeciwnika i z tego względu były mocno tępione przez trenerów. Zmieniło to dopiero pojawienie się kilkanaście lat później olbrzyma Wilta Chamberlaina. Connors ostatecznie zmienił dyscyplinę na baseball i grał nawet w MLB w barwach Brooklyn Dodgers (dziś L.A. Dodgers). Kilka lat później zerwał ze sportem, poleciał do Kalifornii i został wielką gwiazdą Hollywood; specjalizował się w westernach. Zagrał główną rolę w słynnym serialu telewizji ABC The Rifleman. Napisał także wiersz na cześć prezydenta Theodore’a Roosevelta po jego śmierci. Został on opublikowany na łamach „Stars and Stripes”, a wdowa po prezydencie, Eleanor, płakała za wzruszenia, gdy go przeczytała. Connors był niewątpliwie oryginałem – jego stałym motywem podrywu była recytacja poezji klasycznej Francois Villona. Koszykarz wyliczał: „Gdybym był królem, dałbym ci takie i takie dary, ale… nie mam teraz pieniędzy, więc lepiej chodźmy do ciebie”. Potrafił także podejść na stacji kolejowej do nieznanego liliputa, mierzącego 150 centymetrów w kapeluszu, i krzyknąć ku radości gawiedzi: „Tato, gdzie byłeś całe moje życie?!”. Miał także dość osobliwe podejście do tak zwanego trash-talkingu. Przed pojedynkiem z najlepszym strzelcem ligi, Joem Fulksem, w spotkaniu pomiędzy zespołami Bostonu i Filadelfii, podszedł do rywala i zagaił: „Słuchaj, ty jesteś świetnym koszykarzem, a ja kiepskim. Czegokolwiek nie zrobisz, i tak nie spowodujesz, że będę miał gorszą reputację niż obecnie. Tak więc nie czuj się zbyt pewnie na parkiecie!”. Po latach Connors mówił: „Zdawałem sobie sprawę, że żaden ze mnie koszykarz. Grałem w basket głównie dla frajdy oraz utrzymania dobrej formy fizycznej. Osobiście wolałem baseball”. Warto dodać, że było to typowe dla przeciętnego zawodnika BAA w fazie rozwoju. Wielu z nich nie ukrywało niezadowolenia, gdy zespół awansował do playoffów. „Zwłaszcza dla żonatych graczy była to prawdziwa udręka. Musieli zostać dłużej poza domem, wydawać więcej pieniędzy na czynsz i posiłki. Za udział w pierwszej rundzie każdy dostawał po 350 dolarów, co oznaczało około 50 dolarów w plecy. Im dalej, tym gorzej. Niektórzy na sam koniec byli zupełnie spłukani”, oceniał George Senesky z Philadelphia Warriors.

Latem 1947 roku Maury Winston, właściciel Detroit Gems, miał już dość i postanowił wystawić swój klub na sprzedaż. Było to zaledwie rok po tym, jak go kupił za półtora tysiąca dolarów (plus pięć tysięcy za przynależność do NBL i 40 tysięcy na łączne płace dla zawodników). Drużyna miała za sobą koszmarny sezon i stała się pośmiewiskiem ligi, notując zawstydzający bilans 4:40. Na mecze przychodziło czasem nawet mniej niż 100 widzów. Raz zjawiło się ich zaledwie sześciu, którym zasmucony Winston wypłacił zwrot kosztów z własnego portfela. W tym czasie młody dziennikarz sportowy Sid Hartman wpadł na iście szalony pomysł, aby sprowadzić zawodową koszykówkę do Minneapolis. Zadzwonił do Winstona, przedstawiając się jako reprezentant grupy biznesowej, która chce odkupić od niego klub i miejsce w NBL. „Szukałem odpowiedniego partnera. W tamtych czasach za 15 tysięcy dolarów mogłeś kupić wszystko, nawet profesjonalny klub koszykarski”, wspominał Hartman. Wychowywany w trudnych warunkach – jego ojciec zapił się na śmierć – pracował od małego. Już jako dziewięciolatek roznosił gazety, a w szkole średniej zaczął współpracować z „Minneapolis Times”. W wieku 17 lat rzucił naukę i skupił się wyłącznie na dziennikarstwie. Za swoją pracę co dwa tygodnie dostawał czek na sumę 23 dolarów. Nocami chodził na zajęcia i w końcu zaocznie zrobił maturę. Wtedy był głównie zafascynowany sportami akademickimi, zwłaszcza związanymi z miejscowym Uniwersytetem w Minnesocie. Szybko stał się najbardziej agresywnym reporterem w regionie. Ci, którzy pamiętali go z tamtych czasów, oceniali, że „miał styl plotkarski, wręcz tabloidowy”, a jego artykuły „przyciągały uwagę”. W środowisku uchodził za egocentryka, ale z głową na karku. W sumie dało się go lubić. Hartman łatwo nawiązywał znajomości, poznawał kolejnych trenerów i zawodników, a wszystkie adresy i numery telefonów wpisywał do swojego słynnego czarnego notesu. „Pamiętam, że wtedy wysyłałem na święta 1600 kartek pocztowych”, wspominał. Szkoleniowcy lubili agresywnego młodziaka – zapraszali go na zajęcia treningowe. Hartman kolekcjonował znajomości, a w jego głowie coraz mocniej tliła się myśl o sprowadzeniu do Minneapolis zawodowej koszykówki. Teoretycznie była to koncepcja mocno karkołomna – miasto leżało na peryferiach zawodowego sportu, a poza tym właśnie miało za sobą trzy wyjątkowo srogie zimy.

Na jednej z imprez poznał Morrisa Chalfena, lokalnego speca od promocji zawodów w jeździe figurowej na lodzie, który z kolei przedstawił go Benowi Bergerowi. Ten lokalny biznesmen, człowiek niskiego wzrostu, z nieodłącznym cygarem, urodził się i wychował w Ostrowcu Świętokrzyskim, a w wieku 16 lat – było to w roku 1913 – wyemigrował do Minneapolis. Zaczynał od zera, ale dorobił się fortuny i z czasem ściągnął z Polski do Ameryki czterech swoich braci. W momencie, gdy poznał Hartmana, był już właścicielem sieci kin w Minnesocie i Dakocie Północnej oraz modnej restauracji w Minneapolis. Działał także prospołecznie – należał do rady miejscowego więzienia i wspierał resocjalizację. Systematycznie powiększał swój majątek. Chciał jednak zrobić coś więcej dla miasta, któremu był wdzięczny za otrzymaną szansę (po latach wydał autobiografię pod tytułem Thank You, America). Gdy więc Hartman zgłosił się do niego z konkretną propozycją – wysłuchał go z zainteresowaniem. Najpierw w miejscowej hali rozegrano na próbę mecz sparingowy pomiędzy Oshkosh All Stars a Sheboygan Redskins. Na imprezę przyszło ponad pięć tysięcy osób, co było oszałamiającym sukcesem. Widząc to, Bergen wręczył Hartmanowi książeczkę czekową i oznajmił: „Rób, co uważasz za stosowne”. Ten najpierw odkupił klub, a następnie ruszył w poszukiwaniu zawodników. Wtedy sięgnął do czarnego notesu. W tamtych czasach scouting w koszykówce w ogóle nie istniał. Hartman znał się jednak dobrze z trenerami uniwersyteckimi, a ci po prostu mówili mu w tajemnicy, którzy zawodnicy są dobrzy i warto ich ściągnąć. Tak rozpoczęła się historia Lakers – najsłynniejszego zespołu w historii światowej koszykówki. W stanie „dziesięciu tysięcy jezior”, skąd wzięła się nazwa. Dzięki pomysłowi amerykańskiego dziennikarza sportowego i za pieniądze należące do Polaka…

Pierwszym wyborem był Jim Pollard, atletyczny skrzydłowy, którego później krytycy określali mianem „protoplasty Scottiego Pippena”. Nazywano go Dziecko Kangura, ponieważ skakał wyżej od innych. W 1942 roku poprowadził Stanford do akademickiego mistrzostwa USA, był powszechnie szanowany i otrzymywał oferty z takich klubów jak Baltimore Bullets i Rochester Royals. Hartman miał jednak dar przekonywania, a poza tym przelicytował rywali, proponując mu 12 tysięcy dolarów za rok plus dodatkowe trzy tysiące za podpisanie umowy – wtedy były to naprawdę dobre warunki.

Następnie rozpoczęły się poszukiwania trenera. Ostatecznie wybór padł na Johna Kundlę, zaledwie 31-letniego szkoleniowca uniwersyteckiej drużyny St. Thomas. Warto dodać, że wówczas uznani trenerzy woleli spokojną pracę w college’ach niż niepewność zawodowej ligi, gdzie kluby co chwilę bankrutowały albo zmieniały miejsce funkcjonowania. „Nikt nie chciał wziąć tej roboty. Sam odmówiłem im trzy razy, ale w końcu się zgodziłem”, wspominał Kundla. Jednocześnie Hartman ogłosił, że generalnym menedżerem zostanie Max Winter – właściciel salonu fryzjerskiego i menedżer knajpy „serwującej królewskiego indyka” (jak głosił slogan reklamowy), mający jednak wykształcenie w dziedzinie marketingu sportowego. Sam wolał kierować klubem z tylnego siedzenia, pobierając wynagrodzenie w wysokości 75 dolarów tygodniowo i jednocześnie nadal pracując etatowo w „Minneapolis Times”.

Berger początkowo nie chciał się na to zgodzić, ale w końcu odpuścił. Hartman nigdy nie pisał o Lakers, więc uważał, że nie ma konfliktu interesów. Zresztą wtedy trudno było wyżyć z dziennikarskiej pensji i nawet jego koledzy z redakcji dorabiali sobie na dodatkowym etacie związanym z public relations. On sam szukał sponsorów i pozyskiwał kolejnych reklamodawców dla klubu, który szybko i systematycznie rósł w siłę. „Hartman i Winter doskonale się uzupełniali. Sid miał gorący temperament i po nieudanym meczu krzyczał: »Musimy się jutro pozbyć tego zawodnika!«. Max zawsze odpowiadał: »Idź do domu, ochłoń, a potem wspólnie pomyślimy«”, wspominał Pollard.

Skąd się wzięła nazwa Lakers? Winston miał skandynawskie korzenie, więc upierał się, aby zespół nazwać Minneapolis Vikings. Nawet sporządził logo, które później stało się rarytasem wśród kolekcjonerów. Nikt nie był jednak do końca przekonany, więc lokalna stacja radiowa urządziła oficjalny konkurs. Nagrodą była bezpłatna pożyczka bankowa w wysokości 100 dolarów. Lokalny biznesmen o nazwisku Ben Frank zadzwonił ze swoim pomysłem. Minnesota słusznie była uważana za „krainę dziesięciu tysięcy jezior”, po których pływały niezliczone barki towarowe, nazywane potocznie Lakers. „To najlepsza nazwa!”, krzyknął do słuchawki Frank. I wygrał.

Najpierw mecze rozgrywano w Minneapolis Auditorium, które mogło pomieścić 9000 widzów, choć średnio zjawiało się około 2500. Lakers jako pierwsi spośród drużyn koszykarskich zatrudnili cheerleaderki – grupę uczennic ze szkoły średniej, które przyjęły nazwę Lakerettes. W zespole nie było masażysty, a zawodnicy sami musieli zabierać ze sobą bandaże i ochraniacze na kostki. Sami również prali swoje koszulki i spodenki. W tym samym czasie Maurice White, kontrowersyjny właściciel Chicago American Gears, który wzbogacił się na kontraktach rządowych podczas II wojny światowej, założył własną ligę, ale po krótkim czasie zbankrutował, tracąc 600 tysięcy dolarów. Fakt, że był alkoholikiem i rzadko widziano go trzeźwego, na pewno nie pomógł mu w zarządzaniu interesem. Bob Rensberger wspomina, jak White „podczas wyjazdowego meczu z Fort Wayne wytoczył się z korytarza, rozpiął rozporek i zaczął publicznie sikać po ścianach”. „Wszystkim nam było wstyd”, dodał zawodnik Gears. Generalnie prezes – gdy był trzeźwy – uchodził w sumie za sympatycznego szefa, a poza tym płacił więcej niż inni. Do czasu. Gdy w drugim sezonie zaproponował George’owi Mikanowi jednostronną obniżkę zarobków, ten zastrajkował i opuścił kilkanaście spotkań. Obie strony wytoczyły pozwy o złamanie kontraktu i spotkały się w sądzie. W końcu się dogadali, ale problemy finansowe doprowadziły White’a do bankructwa. On sam przypłacił to załamaniem nerwowym i na pewien czas trafił do szpitala psychiatrycznego.

Tak właśnie Mikan pojawił się na rynku. Olbrzym ten miał się okazać największą gwiazdą swojej epoki. Hartman znów wyprzedził konkurencję – jako pierwszy zasiadł do stołu z Mikanem, który przyleciał na rozmowy do Minneapolis. Początkowo wydawało się, że nic z tego nie będzie. Mikan miał złe wspomnienia związane z tym miastem – w sylwestrowy wieczór 1945 roku z zespołem DePaul przegrał mecz z drużyną uczelni Minnesota, a poza tym pamiętał, jak szalenie niskie temperatury dały mu w kość. „Czułem się jak na Syberii”, wspominał po latach. Nic więc dziwnego, że po negocjacjach spieszył się na ostatni samolot do Chicago, ale wtedy sprytny dziennikarz zadeklarował, że go odwiezie. Najpierw jednak zgubił drogę na lotnisko, a potem często hamował – wszystko po to, aby zawodnik spóźnił się na samolot i został na noc w mieście. „Jeździłem w kółko i robiłem wszystko, aby nie poleciał. Cały plan konsultowaliśmy w języku hebrajskim, więc George niczego się nie domyślał”, śmiał się po latach Hartman. Następnego dnia z samego rana namówił go do podpisania rocznego kontraktu na sumę 15 tysięcy dolarów. W ten sposób narodził się zespół, który zdobył sześć tytułów mistrzowskich w ciągu następnych siedmiu sezonów.

Wychowany w rodzinie chorwackich emigrantów w Chicago Mikan wyglądał jak postać rodem z baśni – był wielki, miał długie nogi oraz nosił gigantyczne okulary. Kiedyś przyznał, że bez nich jego „widoczność jest identyczna jak w przypadku kierowcy prowadzącego samochód w zamieci śnieżnej bez wycieraczek”. Słaby wzrok „zawdzięcza” bratu – w dzieciństwie obaj bawili się w parku, gdy nagle Joe przy próbie wyciągnięcia noża wbitego w drzewo dźgnął George’a w oko, powodując przecięcie nerwów. W kolejnych latach Lakers najczęściej brali czas tylko po to, aby Mikan mógł wytrzeć zaparowane szkła. Kundla trzymał zresztą przy sobie zapasową parę okularów. Strasznie denerwowało to przeciwników. Złożono nawet oficjalny protest do władz ligi, ale komisarz wydał werdykt, że „czyszczenie zaparowanych szkieł nie jest niezgodne z przepisami”. Wada wzroku uratowała zresztą Mikana przed wysłaniem na front podczas II wojny światowej. W 1942 roku został przesunięty do rezerwy i mógł rozpocząć studia na Uniwersytecie DePaul, gdzie szybko objawił swój koszykarski talent. Najpierw jednak przeżył rozczarowanie, gdy nie otrzymał stypendium na bardziej prestiżowej uczelni Notre Dame.

Mikan początkowo trenował w tajemnicy przed rodzicami, którzy wysłali go na studia prawnicze, nie wiedząc nawet, że ten coraz poważniej angażował się w basket. Pewnego dnia ojciec przeglądał „Chicago Tribune” i w pewnym momencie mruknął pod nosem: „Hmm… Interesujące. Nie sądziłem, że mamy krewnych w Chicago. A tu proszę – jest jakiś gość, który się nazywa George Mikan i gra na Uniwersytecie DePaul”. Na szczęście, gdy prawda wyszła na jaw, Mikan senior dał się jakoś udobruchać. DePaul była uczelnią katolicką i miała dobrą reputację.

Pierwszy gwiazdor Lakers nie dominował od samego początku, ale dzięki indywidualnym zajęciom ze swoim akademickim trenerem Rayem Meyerem błyskawicznie robił postępy. Po roku nikt nie był w stanie przepchnąć go pod koszem. Początkowo wykorzystywał głównie wzrost i siłę, ale wtedy zaczął rzucać po 250 haków[3] lewą i prawą ręką na każdym treningu, co uczyniło go zawodnikiem absolutnie nie do zatrzymania, prawdziwą zmorą dla rywali. „Na początku był niezdarnym dzieciakiem z kiepską koordynacją ruchową, ale błyskawicznie robił postępy. Największe, naturalne gwiazdy mają to w sobie – po prostu rosną w oczach”, przyznawał Meyer. Mikan rósł także w pełnym tego słowa znaczeniu, dochodząc do 208 centymetrów. W tamtych czasach znalezienie ubrań dla takich osób było praktycznie niemożliwe, jedynym ratunkiem pozostawało zamówienie ich u krawca. George jeździł na treningi skulony w samochodzie na siedzeniu pasażera, z niemal podwiniętymi nogami. Wszystko odbijał sobie jednak na parkiecie. Wtedy nie obowiązywał jeszcze przepis o piłce opadającej[4], więc Mikan blokował wszystko, co leciało w stronę kosza. Gdy przeciwnicy zaczepiali go, pytając: „Hej, olbrzymie, jak tam pogoda na górze”, odpowiadał: „Pada deszcz”. Po czym spluwał delikwentowi na głowę.

Jego pierwszym przystankiem w profesjonalnej karierze koszykarskiej byli wspomniani Gears. Mikan podpisał pięcioletni kontrakt na sumę 60 tysięcy dolarów – na tamte czasy absolutnie szokującą, najwyższą w historii. Klub dodatkowo zatrudnił jako „specjalnego doradcę” jego mentora Meyera. Zespół z Chicago radził sobie nieźle, a podczas wyjazdu na Zachodnie Wybrzeże doszło do starcia dwóch gwiazd: Mikan kontra… Jackie Robinson, grający wówczas w Los Angeles Red Devils późniejszy słynny, pierwszy czarnoskóry zawodnik w Major League Baseball, który przeszedł do historii amerykańskiego sportu. Gears dotarli do finału, w którym w małej, zatłoczonej hali pokonali Rochester Royals. W ten sposób Mikan przenosił się do Minneapolis jako zwycięzca finału, ale nie mistrz, bo władze ligi postanowiły wynagrodzić zespół, który miał najlepszy bilans rozgrywek zasadniczych, czyli… pokonanych w ostatnich meczach Royals.

Hartman zwerbował także doświadczonego rozgrywającego Herma Schaefera z Indianapolis oraz Dona Smitha, Kena Exela i Warrena Ajaxa. Pollard i Mikan stworzyli zabójczy duet w ofensywie, prowadząc Lakers do najlepszego w lidze bilansu 43:17 w rozgrywkach zasadniczych. Na parkiecie rozumieli się znakomicie, choć czasem dochodziło między nimi do nieporozumień. Obaj chcieli rządzić w zespole. Wtajemniczeni twierdzili, że Pollard zazdrościł koledze większej sławy i rozpoznawalności. Mikan był bowiem pierwszym koszykarskim celebrytą – gdy Lakers rozgrywali mecz na wyjeździe, zdarzało mu się przyjechać dzień wcześniej tylko po to, aby wziąć udział w sesji podpisywania autografów i udzielić wywiadów lokalnym rozgłośniom radiowym. Przed halą Madison Square Garden napis na billboardzie głosił: „Knicks kontra Mikan”. Gdy center wszedł do szatni, zobaczył, że jego koledzy siedzą w środku w normalnych ubraniach. Zapytał więc, czemu jeszcze nie założyli sportowych koszulek. Na to Pollard syknął z ironią w głosie: „Nie widziałeś neonu przed halą? Ponoć dzisiaj sam grasz przeciwko drużynie Knicks. W takim razie przebieraj się i graj, my popatrzymy z boku!”. Kundla potrafił jednak pogodzić dwie wielkie osobowości. Stworzył nawet zagrywkę o nazwie J&G, optymalnie wykorzystującą ich zdolności, która stała się zalążkiem „pick-and-roll”[5] – najpopularniejszej akcji dwójkowej w erze nowożytnej.

NBA prosiła, aby Mikan służył jako jej nieformalny promotor i ambasador. Na szczęście te drobne problemy nie zaszkodziły drużynie, która jak burza przeszła przez playoffy, pokonując kolejno Oshkosh, Tri-Cities oraz Rochester i zdobywając swój pierwszy tytuł. Koszykarze celebrowali sukces w pociągu w drodze powrotnej do Minneapolis. „Kupiliśmy kilka zgrzewek piwa, zlokalizowaliśmy toaletę męską na końcu przedziału, zamknęliśmy się od środka i piliśmy”, wspominał Pollard. Tak wyglądało świętowanie pierwszego tytułu…

Z Chicago wyjechali o ósmej rano, a do Minneapolis dotarli następnego dnia o 2.30 po południu. Na dworcu centralnym witali ich wyłącznie najbliżsi. Zamiast świętować, zmęczeni udali się do łóżek.

Przed sezonem 1948/49 Lakers wraz z zespołami Fort Wayne, Rochester i Indianapolis dołączyli do ligi BAA, co miało dać podwaliny pod powstanie National Basketball Association. Liga założona przez Irisha i Browna – o czym wspominałem na początku rozdziału – zgrupowała kluby w wielkich miastach, takich jak Boston, Nowy Jork, Chicago, Baltimore, Filadelfia czy St. Louis. To oznaczało większe rynki i lepsze perspektywy rozwoju. Hartman miał w sobie żyłkę biznesmena. W Minneapolis Auditorium wynajmował orkiestrę, aby przygrywała widowni przed meczami, zatrudniał zespoły taneczne, a nawet oferował awaryjne uruchamianie silników, gdy te zamarzały kibicom na parkingu przy hali. „Przez dwa, a może nawet trzy lata zarabialiśmy więcej niż Madison Square Garden”, tłumaczył z satysfakcją.

Lakers znakomicie odnaleźli się w nowej rzeczywistości. Z bilansem 44:16 zajęli drugie miejsce w Konferencji Wschodniej (tuż za Rochester Royals). Mikan znajdował się u szczytu kariery. Zdobył 48 i 51 punktów przeciwko Knicks oraz 53 w konfrontacji z Baltimore. „Na parkiecie potrafił być okrutny i bezlitosny. Gdy prowadziliśmy różnicą 20 punktów, podchodził do ławki i pokrzykiwał w stronę naszych zawodników: „A teraz skopmy im tyłki tak mocno, że już nigdy nie będą chcieli z nami grać!”, wspominał Pollard. Lakers w playoffach odprawili z kwitkiem Chicago, Rochester oraz, w wielkim finale, prowadzonych przez Reda Auerbacha Capitals. Przyszły architekt sukcesów Celtics już wtedy słynął z gorącego temperamentu. Po jednym ze spotkań w Minneapolis kazał zmierzyć szerokość obręczy w obu koszach, a następnie – całego parkietu. Sam stał na środku i wygłaszał zgryźliwe komentarze, ale ostatecznie nic nie wskórał.

Mikan notował średnio 30,3 punktu, zdobywając oczywiście tytuł MVP. Niestety w czwartym spotkaniu serii twardo wylądował na parkiecie i złamał prawą rękę. Auerbach zwietrzył szansę. Krzyczał głośno: „Ściągnijcie go z parkietu i gramy dalej!”. Mikan wrócił jednak i zdobył 15 punktów, rzucając wyłącznie hakiem przy użyciu lewej ręki. Lakers przegrali ten mecz, podobnie jak kolejny, ale przypieczętowali tytuł w meczu numer sześć. Niejako w cieniu gratulacje zbierał Kundla, który nie wywyższał się, a jednak – zdaniem historyków – perfekcyjnie pasował do tego zespołu. Z racji młodego wieku ciągle stawał się obiektem żartów swoich podopiecznych. Lubił nosić eleganckie kapelusze, ale gdy zostawiał je w szatni, koszykarze (głównie rezerwowi Tony Jaros i Bud Grant) wcierali w nie ser Limburger. Lubili mu także na odchodne wsadzać do walizki magazyny pornograficzne. Oczywiście licząc, że gdy wróci do domu, znajdzie je jego małżonka…

[1] YMCA (Young Men’s Christian Association – Związek Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej) – międzynarodowa organizacja propagująca program oparty na wartościach chrześcijańskich (wszystkie przypisy pochodzą od autora).

[2] Zespół hokejowej ligi NHL.

[3] Rzut hakiem to klasyczne zagranie charakterystyczne dla wysokich graczy – rzut piłką za pomocą wyciągniętej pionowo do góry ręki, ponad obrońcą.

[4] Według aktualnych przepisów koszykarskich obrońca nie może blokować rzutu, gdy piłka znajduje się w opadającej fazie lotu, po osiągnięciu punktu szczytowego. Wtedy zaliczone są punkty dla zawodnika rzucającego.

[5] Klasyczne zagranie, w którym jeden zawodnik stawia zasłonę, a następnie ścina pod kosz, gdzie otrzymuje piłkę od gracza podającego.

Los Angeles Lakers

Złota historia NBA

Copyright © Marcin Harasimowicz 2015

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2015

Redakcja i korekta – Joanna Mika, Mateusz Celer

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografie na I stronie okładki – Robert Mora / Getty Images,

Andrew D. Bernstein / Getty Images, Icon Sports Media / Corbis

Fotografia na IV stronie okładki – Focus On Sport / Getty Images

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Jest to książka historyczna, napisana w oparciu o teksty źródłowe oraz wywiady i obserwacje poczynione przez jej autora.

Wydanie I, Kraków 2015

ISBN EPUB: 978-83-7924-367-9

ISBN MOBI: 978-83-7924-366-2

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Od autora

Za polskie pieniądze

Kompletna dominacja

Rasizm, stacja końcowa

Sierżant Baylor melduje wykonanie zadania!

Witamy w Hollywood!

Dekada bostońskich koszmarów

Klątwa

Najlepsi w historii

Kapitan wkracza na pokład

Magiczny uśmiech

Eskalacja showtime

Ko-szykówka czy ko-kaina?

Pojedynek wszech czasów

1987

Zmierzch showtime

Kobiety, seks i HIV

Bezkrólewie

Nowe rozdanie

Mistrz zen

Koszykarski poker

Przerwana dynastia

To samo od nowa

Kobe prowadzi do ziemi obiecanej

Z pokolenia na pokolenie

L.A. Lakers wczoraj, dziś i jutro

Bibliografia

Zdjęcia

Strona redakcyjna

Książki koszykarskie

Szukaj w dobrych księgarniach i na

www.labotiga.pl

www.wsqn.pl

Wydawnictwa SQN

Szukaj w dobrych księgarniach i na

www.labotiga.pl

www.wsqn.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Los Angeles Lakers LeBron James. Król jest tylko jeden? 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Czapkins Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL Nienasycony – Robert Lewandowski Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr Wszystko za Everest