Zabójczyni i podziemny świat

Zabójczyni i podziemny świat

Autorzy: Sarah Maas

Wydawnictwo: Uroboros

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 128

Cena książki papierowej: 19.99 zł

cena od: 12.79 zł

Kolejna misja Celaeny Sardothien.

Główna bohaterka staje przed bardzo trudnym zadaniem, jakim jest zabójstwo Donevala, wpływowego i świetnie strzeżonego spiskowca. Zamieszana w rozgrywki polityczne Celaena ma przejąć będące w rękach Donevala niezwykle cenne dokumenty związane z handlem żywym towarem. Celem wyzwania jest nie tylko unicestwienie człowieka, lecz też walka o życie wielu zniewolonych osób. Czy jednak Celaena na pewno zabija odpowiednią osobę? Kto w tej gęstej sieci kłamstw, spisków, zazdrości i zdrady stoi po stronie dobra, a kto zła?

Czytelnicy poszukujący intrygi politycznej niczym w cyklu o Wybrańcach Kristen Cashore lub śmiertelnie niebezpiecznych zadań jak w Igrzyskach śmierci zarówno jedno, jak i drugie znajdą w [...] powieści Sarah J. Mass.

"Publishers Weekly"

 

Sa­rah J. Maas

ZABÓJCZY­NI I POD­ZIEM­NY ŚWIAT

Przekład: Mar­cin Mort­ka

Tytuł ory­gi­nału: The As­sas­sin and the Un­der­world

Co­py­ri­ght © Sa­rah Maas 2011

This trans­la­tion of The As­sas­sin and the De­sert is pu­bli­shed by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o. by ar­ran­ge­ment with Blo­oms­bu­ry Pu­bli­shing Plc.

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Mar­cin Mort­ka, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Spis treści

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Roz­dział pierw­szy

W ogrom­nej, przy­po­mi­nającej ja­ski­nię sali głównej Twier­dzy Zabójców pa­no­wała ci­sza. Ce­la­ena Sar­do­thien bez­sze­lest­nie sunęła po mar­mu­ro­wej po­sadz­ce, ści­skając list w dłoni. Przy ogrom­nych drzwiach z dębo­we­go drew­na po­wi­tał ją je­dy­nie odźwier­ny, który wziął od niej mo­kry od desz­czu płaszcz, a do­strzegłszy krzy­wy uśmiech dziew­czy­ny, po­sta­no­wił, że le­piej nie od­zy­wać się ani słowem.

Drzwi do ga­bi­ne­tu Aro­byn­na Ha­me­la, znaj­dujące się po prze­ciw­nej stro­nie sali, były za­trzaśnięte, ale zabójczy­ni wie­działa, że Aro­bynn prze­by­wa w środ­ku. Na zewnątrz stał bo­wiem na straży jego służący We­sley. W ciem­nych oczach nie było ani śladu emo­cji, gdy pa­trzył na zbliżającą się Ce­la­enę. Nie był zabójcą, ale dziew­czy­na była pew­na, że nie nosił tylu szty­letów dla ozdo­by i w ra­zie po­trze­by po­tra­fił z nich zro­bić użytek z per­fek­cyjną sku­tecz­nością.

Nie miała również wątpli­wości, że Aro­bynn ma swo­ich lu­dzi przy każdej bra­mie mia­sta. Wie­działa, że po­in­for­mo­wa­no go o jej po­wro­cie w chwi­li, gdy zna­lazła się na jego uli­cach. Mo­kre, zabłoco­ne buty zo­sta­wiały ślady, gdy szła w stronę drzwi ga­bi­ne­tu. I We­sleya.

Od pamiętnej nocy, gdy Aro­bynn pobił Ce­la­enę do nie­przy­tom­ności, upłynęły trzy mie­siące. Uka­rał ją w ten sposób za uda­rem­nie­nie jego umo­wy han­dlo­wej z Władcą Pi­ratów, ka­pi­ta­nem Rol­fem, dzięki której Aro­bynn chciał się wzbo­ga­cić na sprze­daży nie­wol­ników. Trzy mie­siące upłynęły również od chwi­li, gdy wysłał ją na Czer­woną Pu­sty­nię, gdzie miała na­uczyć się posłuszeństwa i dys­cy­pli­ny, a także zasłużyć na apro­batę Nie­me­go Mi­strza Milczących Zabójców.

List, który ści­skała w dłoni, był do­wo­dem na to, że jej się po­wiodło. Świa­dec­twem, że Aro­bynn nie zdołał jej owej nocy złamać.

Nie mogła się do­cze­kać miny, którą z pew­nością zro­bi, gdy będzie mu wręczać pi­smo. Cie­ka­we też, jak za­re­agu­je na trzy ku­fry ze złotem, które ze sobą przy­wiozła. W tej chwi­li wno­szo­no je do jej po­ko­ju. W kil­ku słowach mogła mu wyjaśnić, że dług zo­stał już spłaco­ny i mogła opuścić Twierdzę, by wpro­wa­dzić się do ku­pio­ne­go nie­daw­no miesz­ka­nia. Mogła mu po­wie­dzieć, że wresz­cie się od nie­go uwol­niła.

We­sley zastąpił jej drogę. Miał mniej więcej tyle lat co Aro­bynn, a cien­kie bli­zny na twa­rzy i dłoniach zdra­dzały, że życie u boku Króla Zabójców nie było łatwe. Dziew­czy­na przy­pusz­czała, że jego strój za­kry­wał więcej szram, być może po­twor­niej­szych.

– Jest zajęty – po­wie­dział We­sley.

Jego dłonie zwi­sały luźno, go­to­we w każdej se­kun­dzie sięgnąć po broń. Ce­la­ena może i była pro­te­go­waną Aro­byn­na, ale We­sley nig­dy nie taił, że jeśli kie­dy­kol­wiek sta­nie się za­grożeniem dla jego mi­strza, zgładzi ją bez wa­ha­nia. I bez wal­ki z nim Ce­la­ena po­dej­rze­wała, że przy­bocz­ny Króla byłby cie­ka­wym prze­ciw­ni­kiem. Przy­pusz­czała, że właśnie z tego po­wo­du ćwi­czy na osob­ności i trzy­ma swą przeszłość w ta­jem­ni­cy. We­sley miał świa­do­mość, że im mniej Ce­la­ena o nim wie­działa, tym większą miałby prze­wagę pod­czas ich ewen­tu­al­ne­go star­cia. We­sley mądrze to za­pla­no­wał, a jego stra­te­gia po­chle­biała jej.

– Ja też się cieszę, że cię widzę, We­sley – po­wie­działa i uśmiechnęła się pro­mien­nie.

Napiął mięśnie, ale nie za­trzy­my­wał jej, gdy minęła go i otwo­rzyła drzwi do ga­bi­ne­tu Aro­byn­na.

Król Zabójców sie­dział przy pięknie zdo­bio­nym biur­ku i po­chy­lał się nad sto­sa­mi pa­pierów. Ce­la­ena na­wet się nie przy­wi­tała. Po­deszła do biur­ka i cisnęła list na lśniący, drew­nia­ny blat. Otwo­rzyła usta, go­to­wa za­brać głos, ale Aro­bynn je­dy­nie uniósł pa­lec, uśmiechnął się lek­ko i powrócił do stu­dio­wa­nia do­ku­men­tu. We­sley za­trzasnął za nią drzwi.

Zabójczy­ni za­marła. Aro­bynn przewrócił stronę, nadal pochłonięty lek­turą, i wy­ko­nał le­d­wie za­uważalny gest dłonią.

„Sia­daj”.

Nadal sku­pio­ny na czy­ta­nym do­ku­men­cie, Aro­bynn pod­niósł list od Nie­me­go Mi­strza i ułożył go na naj­bliższym sto­si­ku. Dziew­czy­na mrugnęła raz, a po­tem dru­gi. Król na­wet na nią nie spoj­rzał. Wciąż czy­tał. Prze­kaz był ja­sny. Miała cze­kać, aż skończy. Do tego mo­men­tu, na­wet gdy­by zaczęła wrzesz­czeć ze wszyst­kich sił, nie za­re­je­stru­je jej obec­ności.

Tak więc Ce­la­ena usiadła.

Kro­ple desz­czu ude­rzały o okna ga­bi­ne­tu. Mijały se­kun­dy, po­tem mi­nu­ty. Ci­sza pochłonęła jej plan wygłosze­nia dum­ne­go przemówie­nia, tu i ówdzie za­ak­cen­to­wa­ne­go za­ma­szy­sty­mi ge­sta­mi. Aro­bynn naj­pierw za­po­znał się z treścią trzech in­nych do­ku­mentów, za­nim w ogóle ujął list od Nie­me­go Mi­strza.

A gdy go czy­tał, Ce­la­ena nie mogła myśleć o ni­czym in­nym niż o chwi­li, gdy po raz ostat­ni sie­działa na tym krześle.

Spoj­rzała na dro­gi, czer­wo­ny dy­wan pod swo­imi sto­pa­mi. Ktoś wy­ko­nał świetną ro­botę, czyszcząc wszyst­kie pla­my krwi. Ile krwi na dy­wanie należało do niej, a ile spłynęło z ran Sama Cor­tlan­da, jej ry­wa­la, a za­ra­zem współspi­skow­ca w pla­nie zni­we­cze­nia układów Aro­byn­na? Nadal nie miała pojęcia, co Aro­bynn z nim zro­bił tej nocy. Jak dotąd nig­dzie nie wi­działa Sama, ale z dru­giej stro­ny nie spo­tkała też żad­ne­go in­ne­go zabójcy, który miesz­kał w Twier­dzy. A więc może Sam był te­raz czymś zajęty? Miała wielką na­dzieję, że tak. Ozna­czałoby to, że przy­najm­niej żyje.

Aro­bynn w końcu spoj­rzał na nią i odłożył na bok list Nie­me­go Mi­strza, jak­by był to je­dy­nie nie­wie­le znaczący świ­stek. Ce­la­ena sie­działa pro­sto z dum­nie za­dar­tym podbródkiem, wy­trzy­mując ba­daw­cze spoj­rze­nie srebr­nych oczu Króla. Ten tak­so­wał wzro­kiem jej ciało cal po calu, aż za­trzy­mał się na wąskiej, różowej bliźnie z boku szyi, tuż obok szczęki i ucha.

– Cóż – rzekł w końcu. – Myślałem, że się bar­dziej opa­lisz.

Miała ochotę wy­buchnąć śmie­chem, ale pa­no­wała nad emo­cja­mi.

– Nosiłam sza­ty za­kry­wające całe ciało – wyjaśniła.

Jej słowa za­brzmiały ci­szej i słabiej, niż chciała. Były to pierw­sze słowa, które wy­po­wie­działa do nie­go od chwi­li, gdy pobił ją do nie­przy­tom­ności. Nie to chciała mu rzec.

– Aha – od­parł.

Ob­ra­cał złoty pierścień na pal­cu wska­zującym.

Wciągnęła po­wie­trze przez nos, przy­po­mi­nając so­bie wszyst­ko to, co tak bar­dzo pragnęła mu po­wie­dzieć przez ostat­nich kil­ka mie­sięcy i pod­czas podróży po­wrot­nej do Ri­fthold. Wy­star­czyłoby kil­ka zdań. Wy­star­czyłaby krótka mowa i góra złota, by na za­wsze zakończyć okres po­nad ośmiu lat u jego boku.

Go­to­wała się, by zacząć, ale Aro­bynn ją wy­prze­dził.

– Prze­pra­szam – rzekł.

Przy­go­to­wa­na mowa znów ule­ciała w nie­pa­mięć.

Prze­stał bawić się pierście­niem i pa­trzył jej te­raz in­ten­syw­nie w oczy.

– Gdy­bym mógł coś zro­bić, by nig­dy nie doszło do tej pamiętnej nocy, Ce­la­eno, nie za­wa­hałbym się – rzekł i po­chy­lił się nad krawędzią biur­ka.

Za­cisnął dłonie w pięści. Gdy dziew­czy­na wi­działa je po raz ostat­ni, były zbru­ka­ne jej własną krwią.

– Przy­kro mi – powtórzył Aro­bynn.

Był star­szy od niej o ja­kieś dwa­dzieścia lat, ale choć rude włosy tu i ówdzie przyprószyła si­wi­zna, jego twarz nadal była młoda. Szla­chet­ne, ostre rysy, błyszczące sza­re oczy… Być może nie był naj­przy­stoj­niej­szym mężczyzną, ja­kiego kie­dy­kol­wiek po­znała, ale z pew­nością naj­bar­dziej pociągającym.

– Każdego dnia – mówił. – Każdego dnia po two­im wyjeździe uda­wałem się do świątyni Divy, by błagać o wy­ba­cze­nie.

Wy­obrażenie Króla Zabójców, klękającego przed posągiem bo­gi­ni po­ku­ty, było dość za­baw­ne i Ce­la­ena par­sknęłaby szy­der­czo, gdy­by nie su­ro­wość jego słów. Czy to możliwe, że on na­prawdę żałował tego, co zro­bił?

– Nie po­wi­nie­nem był ule­gać emo­cjom. Nie po­wi­nie­nem był cię odesłać.

– To dla­cze­go po mnie nie posłałeś? – wy­pa­liła bez za­sta­no­wie­nia.

Aro­bynn przy­mknął lek­ko po­wie­ki. Przez jego twarz prze­mknął le­d­wie za­uważalny gry­mas. Ce­la­ena przy­pusz­czała, że na większy po­kaz uczuć Król Zabójców nig­dy by so­bie nie po­zwo­lił.

– Przy­pusz­czal­nie wy­ru­szyłabyś w drogę po­wrotną, nim który­kol­wiek z posłańców by cię zna­lazł. Za­brałoby im to spo­ro cza­su.

Za­cisnęła szczęki. Łatwa wymówka.

Aro­bynn od­czy­tał gniew i nie­do­wie­rza­nie w jej oczach.

– Pozwól, że ci to wy­na­grodzę – rzekł.

Pod­niósł się z obi­te­go skórą krzesła i ob­szedł biur­ko. Dzięki długim no­gom i la­tom tre­nin­gu po­ru­szał się z nie­wy­mu­szoną gracją. Złapał pudełko leżące na skra­ju biur­ka i przyklęknął przed nią. Ich twa­rze zna­lazły się na tej sa­mej wy­so­kości. Już za­po­mniała, jaki był wy­so­ki.

Wręczył jej dar. Wyłożona masą perłową szka­tułka była dziełem sztu­ki sama w so­bie, ale Ce­la­ena bez emo­cji pa­trzyła, jak Aro­bynn uno­si wie­ko.

Szma­rag­do­wo-złota bro­sza za­mi­go­tała w sza­rym bla­sku popołudnia. Była prze­piękna i z pew­nością wy­ko­nał ją wspa­niały ar­ty­sta. Ce­la­ena w myślach od­ru­cho­wo do­brała do niej od­po­wied­nie suk­nie i tu­ni­ki. Kupił ją dla niej, bo znał jej gar­de­robę i gust. Wie­dział o niej wszyst­ko. Tyl­ko Aro­bynn znał całą prawdę o niej. On i nikt inny na świe­cie.

– To dla cie­bie – rzekł. – Pierw­szy z wie­lu.

Bacz­nie śle­dziła wszyst­kie jego ru­chy i błyska­wicz­nie przy­go­to­wała się na naj­gor­sze, gdy uniósł dłoń i ostrożnie do­tknął jej twa­rzy. Prze­sunął pa­lec od jej skro­ni aż po wy­pukłość kości po­licz­ko­wej.

– Prze­pra­szam – szepnął raz jesz­cze, a Ce­la­ena spoj­rzała mu w oczy.

Nig­dy ofi­cjal­nie nie określił swej roli w jej życiu. Nig­dy nie na­zwał się jej oj­cem, bra­tem czy ko­chan­kiem. Cóż, na pew­no nie ko­chan­kiem, choć być może doszłoby między nimi do ro­man­su, gdy­by Ce­la­ena miała inną na­turę, a Aro­bynn wy­cho­wał ją w od­mien­ny sposób. Ko­chał ją jak członka ro­dzi­ny, a mimo to sta­wiał ją w bar­dzo nie­bez­piecz­nych sy­tu­acjach. Wy­cho­wy­wał ją i kształcił, ale jed­no­cześnie ode­brał jej nie­win­ność w chwi­li, gdy zle­cił jej pierw­sze zabójstwo. Dał jej wszyst­ko, ale jed­no­cześnie wszyst­ko ode­brał. Łatwiej byłoby jej zli­czyć gwiaz­dy na nie­bie niż określić uczu­cia wo­bec Króla Zabójców.

Ce­la­ena odwróciła twarz, a Aro­bynn wstał. Oparł się o krawędź biur­ka i uśmie­chał do niej bla­do.

– Mam jesz­cze je­den dar, jeśli go ze­chcesz.

Tak długo ma­rzyła o tym, by go opuścić i spłacić wszyst­kie długi… Dla­cze­go nie mogła otwo­rzyć ust i po pro­stu wy­rzu­cić tego z sie­bie?

– Ben­zo Do­ne­val przy­by­wa do Ri­fthold – rzekł Aro­bynn.

Ce­la­ena prze­chy­liła głowę. Słyszała co nie­co o Do­ne­va­lu, który był nie­zwy­kle potężnym i wpływo­wym człowie­kiem in­te­re­su z Me­li­san­de. Ten leżący na południo­wym za­cho­dzie kraj nie­daw­no zo­stał pod­bi­ty przez Adar­lan.

– Dla­cze­go? – spy­tała ci­cho i ostrożnie.

– Je­dzie w wiel­kim kon­wo­ju, który Le­igh­fer Bar­din­ga­le pro­wa­dzi do sto­li­cy. Le­igh­fer to do­bra przy­ja­ciółka byłej królo­wej Me­li­san­de, która ubłagała ją, by po­je­chała do Ri­fthold i po­pro­siła króla o łaskę.

Ce­la­ena przy­po­mniała so­bie, że w Me­li­san­de, w prze­ci­wieństwie do wie­lu in­nych pod­bi­tych królestw, oszczędzo­no ro­dzinę królewską. Władcy tego kra­ju od­da­li swe ko­ro­ny w ręce króla Adar­la­nu i po­przy­sięgli wier­ność je-mu i jego zwy­cięskim ar­miom. Dziew­czy­na nie miała pojęcia, co jest gor­sze – szyb­kie ścięcie czy pod­da­nie się woli króla.

– Wygląda na to – ciągnął Aro­bynn – że za­da­niem owe­go kon­wo­ju będzie za­de­mon­stro­wa­nie, co Me­li­san­de ma do za­ofe­ro­wa­nia, jeśli cho­dzi o kul­turę, do­bra i bo­gac­twa. Chcą w ten sposób prze­ko­nać króla do wyrażenia zgo­dy na wy­bu­do­wa­nie dro­gi i wy­asy­gno­wa­nie od­po­wied­nich ma­te­riałów na ten cel. Zważyw­szy na to, że była królowa Me­li­san­de jest w chwi­li obec­nej je­dy­nie fi­gu­rantką, przy­znam, że po­dzi­wiam jej am­bicję, a także tu­pet.

Ce­la­ena przy­gryzła wargę, wy­obrażając so­bie mapę kon­ty­nen­tu.

– Dro­ga łącząca Me­li­san­de z Fen­har­row i Adar­la­nem?

Przez wie­le lat kon­tak­ty han­dlo­we z Me­li­san­de były utrud­nio­ne ze względu na położenie geo­gra­ficz­ne króle­stwa. Oto­czo­ne nie­malże nie­prze­by­ty­mi górami oraz bez­mia­rem Dębo­wej Pusz­czy państwo było ska­za­ne na ko­rzy­sta­nie z portów mor­skich. Trakt han­dlo­wy mógł to zmie­nić. Trakt mógł spra­wić, że Me­li­san­de wzbo­ga­ci się i na­bie­rze zna­cze­nia.

Aro­bynn po­ki­wał głową.

– Konwój spędzi tu ty­dzień. Za­pla­no­wa­no roz­ma­ite przyjęcia oraz tar­gi, a za trzy dni odbędzie się gala ku czci Je­sien­nej Równo­no­cy. Być może, jeśli oby­wa­te­lom Ri­fthold przy­padną do gu­stu przy­wie­zio­ne to­wa­ry, król po­trak­tu­je de­le­gację poważnie.

– A co ta­kie­go Do­ne­val ma wspólne­go z tą drogą?

Aro­bynn wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Ma omówić układy han­dlo­we w Ri­fthold i przy­pusz­czal­nie pod­ważyć po­zycję swej byłej żony Le­igh­fer. Chce również do­ga­dać jedną kon­kretną umowę. Na jego nieszczęście jest ona również ważna dla Le­igh­fer. Do tego stop­nia, że po­sta­no­wiła się Do­ne­va­la po­zbyć.

Ce­la­ena uniosła brwi. Aro­bynn wymówił słowo: „dar”.

– Do­ne­val prze­wo­zi nie­zwy­kle ważne do­ku­men­ty – po­wie­dział Król Zabójców tak ci­cho, że bębnie­nie desz­czu o szy­by nie­malże zagłuszyło jego słowa. – Two­im za­da­niem będzie nie tyl­ko wy­eli­mi­no­wa­nie Do­ne­vala. Będziesz mu­siała również je przejąć.

– Co to za do­ku­men­ty?

Srebr­ne oczy Aro­byn­na rozbłysły.

– Do­ne­val chce roz­bu­do­wać han­del nie­wol­ni­ka­mi, opie­rając się na ja­kimś pośred­ni­ku w Ri­fthold. Jeśli trakt zo­sta­nie za­apro­bo­wa­ny i zbu­do­wa­ny, pra­gnie wzbo­ga­cić się na im­por­cie i eks­por­cie nie­wol­ników jako pierw­szy w Me­li­san­de. Owe do­ku­men­ty naj­praw­do­po­dob­niej za­wie­rają do­wo­dy na to, że niektórzy wpływo­wi Me­li­sand­czy­cy w Adar­la­nie są temu prze­ciw­ni. Zważyw­szy na wysiłki, ja­kie po­dej­mu­je król Adar­la­nu w celu uka­ra­nia tych, którzy kry­ty­kują jego po­su­nięcia… Cóż, wie­dza o tym, kto nie zga­dza się z jego po­li­tyką w kwe­stii nie­wol­ników, tym bar­dziej że opo­nen­ci przy­pusz­czal­nie pla­nują ich uwol­nie­nie, może być dla króla nie­zwy­kle ważna. Do­ne­val oraz jego nowy part­ner w in­te­re­sach w Ri­fthold za­mie­rzają szan­tażować tych lu­dzi i zmu­sić ich, by zmie­ni­li zda­nie. Chcą, by prze­sta­li mnożyć prze­szko­dy i za­in­we­sto­wa­li w roz­bu­dowę han­dlu nie­wol­ni­ka­mi w Me­li­san­de. Jeśli odmówią, Le­igh­fer jest prze­ko­na­na, że jej były mąż za­nie­sie listę królowi.

Ce­la­ena z tru­dem przełknęła ślinę. Czy Aro­bynn próbował właśnie za­pro­po­no­wać jej ro­zejm? Czy jego słowa ozna­czały, że zmie­nił zda­nie w spra­wie han­dlu nie­wol­ni­ka­mi i wy­ba­czył jej to, co zro­biła w Za­to­ce Cza­szek?

Ale na samą myśl, że miałaby się znów wplątać w tego typu spra­wy, robiło jej się nie­do­brze.

– No i o co cho­dzi z tą Bar­din­ga­le? – spy­tała ostrożnie. – Dla­cze­go zo­sta­liśmy wy­najęci, by zabić Do­ne­va­la?

– Po­nie­waż Le­igh­fer nie wie­rzy w nie­wol­nic­two i chce chro­nić lu­dzi, których na­zwi­ska zna­lazły się na liście, tych sa­mych lu­dzi, którzy przy­go­to­wują się, by podjąć ko­niecz­ne kro­ki w celu ogra­ni­cze­nia nie­wol­nic­twa w Me­li­san­de. Ba, chy­ba są na­wet go­to­wi, by prze­my­cić ich gdzieś, gdzie od­zy­skają wol­ność.

Aro­bynn mówił o Le­igh­fer Bar­din­ga­le tak, jak­by znał ją oso­biście. Jak­by byli czymś więcej niż tyl­ko part­ne­ra­mi w in­te­re­sach.

– A ów wspólnik Do­ne­va­la w Ri­fthold? Któż to taki? – za­py­tała.

Przed wyrażeniem zgo­dy mu­siała po­znać każdy aspekt spra­wy i do­brze się za­sta­no­wić.

– Le­igh­fer nie ma pojęcia. Jej źródła nie były w sta­nie od­na­leźć na­zwi­ska w szy­fro­wa­nej ko­re­spon­den­cji Do­ne­va­la. Usta­liła tyl­ko to, że Do­ne­val prze­każe do­ku­men­ty wspólni­ko­wi za sześć dni w wy­naj­mo­wa­nym przez nie­go domu. Nie wie, ja­kie do­ku­men­ty zo­staną przy­nie­sio­ne przez owe­go wspólni­ka, ale jest go­to­wa się założyć, że to li­sta wy­so­ko sy­tu­owa­nych prze­ciw­ników nie­wol­nic­twa w Ri­fthold. Mówi, że do wy­mia­ny doj­dzie w ja­kimś za­cisz­nym po­ko­ju w domu, przy­pusz­czal­nie w nie­wiel­kim ga­bi­ne­cie na piętrze lub in­nym po­miesz­cze­niu tego typu. Nie ma co do tego wątpli­wości.

Ce­la­ena za­czy­na się domyślać, o co cho­dzi w tym za­mie­sza­niu. Do­ne­val zo­stał prak­tycz­nie po­da­ny jej na tacy. Mu­siała się je­dy­nie do­wie­dzieć, kie­dy ma dojść do spo­tka­nia, przej­rzeć jego ochronę i zna­leźć sposób, by się przez nią prześli­zgnąć.

– A więc nie cho­dzi tyl­ko o to, by zdmuchnąć Do­ne­va­la. Mam również za­cze­kać na ko­niec wy­mia­ny i przejąć zarówno jego listę, jak i wszyst­kie do­ku­men­ty przy­nie­sio­ne przez owe­go wspólni­ka?

Aro­bynn uśmiechnął się lek­ko.

– A co z owym wspólni­kiem? Jego też mam załatwić?

Usta Króla Zabójców stały się cienką kreską.

– Nie wie­my, z kim Do­ne­val pro­wa­dzi in­te­re­sy, a więc jak dotąd nie było mowy o ko­lej­nych zle­ce­niach. Ale dano mi wyraźnie do zro­zu­mie­nia, że Le­igh­fer oraz jej sprzy­mie­rzeńcy życzą so­bie, by ten człowiek również zginął. Nie­wy­klu­czo­ne, że zapłacą ci wówczas więcej.

Dziew­czy­na przyj­rzała się szma­rag­do­wej bro­szy leżącej na ko­la­nie.

– A ile w ogóle do­stanę?

– Nie­zwy­kle dużo – od­parł. Usłyszała roz­ba­wie­nie w jego głosie, ale sku­piła całą uwagę na wspa­niałej, zie­lo­nej ozdo­bie. – A ja nie wezmę działki. Możesz za­trzy­mać wszyst­ko.

Uniosła głowę, słysząc te słowa. W jego oczach błysnęła prośba. Może na­prawdę było mu przy­kro z po­wo­du tego, co zro­bił. Nie­wy­klu­czo­ne, że wziął to zle­ce­nie wyłącznie ze względu na nią – by na swój sposób po­ka­zać jej, że zro­zu­miał, dla­cze­go uwol­niła tych nie­wol­ników w Za­to­ce Cza­szek.

– Trze­ba założyć, że Do­ne­val jest do­brze strzeżony?

– Bar­dzo do­brze. – Aro­bynn wziął jakiś list z biur­ka za sobą. – Cze­ka z za­war­ciem umo­wy do dnia po za­ba­wach w całym mieście, by na­za­jutrz móc po­spiesz­nie wrócić do domu.

Ce­la­ena zerknęła na su­fit, jak­by była w sta­nie prze­niknąć wzro­kiem drew­nia­ne bel­ki i zaj­rzeć do swe­go po­ko­ju na piętrze, gdzie stały te­raz ku­fry ze skar­ba­mi. Nie po­trze­bo­wała właści­wie pie­niędzy, ale wie­działa, że po spłace­niu długów Aro­byn­no­wi nie zosta­nie jej wie­le. Co więcej, to za­da­nie nie miało po­le­gać wyłącznie na za­bi­ja­niu. Pomoże w ten sposób in­nym lu­dziom. Ilu nie­wol­ników stra­ci życie, jeśli Ce­la­ena nie załatwi Do­ne­va­la ra­zem z tym dru­gim i nie od­zy­ska owych cen­nych do­ku­mentów?

Aro­bynn znów do niej pod­szedł. Wstała z krzesła, a wte­dy on od­sunął jej włosy z twa­rzy.

– Tęskniłem za tobą – rzekł.

Rozłożył ra­mio­na, ale nie pod­szedł bliżej, by ją objąć. Nie­my Mistrz po­wie­dział jej, że każdy człowiek in­a­czej ra­dzi so­bie z bólem. Niektórzy usiłują go uto­pić, inni za­czy­nają go ko­chać, a jesz­cze inni po­zwa­lają, by prze­kształcił się w furię. Bez naj­mniej­szych wy­rzutów su­mie­nia uwol­niła dwu­stu nie­wol­ników z Za­to­ki Cza­szek, ale zdra­dziła w ten sposób Aro­byn­na. Być może wyrządze­nie jej krzyw­dy było dla nie­go je­dy­nym spo­so­bem na upo­ra­nie się z bólem.

Jego czy­nu nie można było w żaden sposób uspra­wied-liwić, ale Ce­la­ena wie­działa, że Aro­bynn był dla niej wszyst­kim. Ich wspólną przeszłość, mroczną, za­gma­twaną oraz pełną ta­jem­nic, wykuło coś więcej niż tyl­ko złoto. Gdy­by go opuściła, gdy­by spłaciła swe długi i nig­dy go już nie uj­rzała…

Cofnęła się o krok, a Aro­bynn po pro­stu opuścił ra­mio­na, jak­by jej gest nie zro­bił na nim żad­ne­go wrażenia.

– Prze­myślę so­bie to wszyst­ko – po­wie­działa.

Nie było to kłam­stwo. Za­wsze za­sta­na­wiała się, czy przyjąć zle­ce­nie. Aro­bynn zresztą sam ją do tego zachęcał.

– Prze­pra­szam – powtórzył.

Ce­la­ena ob­rzu­ciła go ko­lej­nym długim spoj­rze­niem, a po­tem wyszła.

Jej zmęcze­nie wzięło górę w chwi­li, gdy roz­poczęła wędrówkę po wy­po­le­ro­wa­nych mar­mu­ro­wych stop­niach wiel­kich schodów. Miała za sobą mie­siąc ciężkiej podróży, a wcześniej czte­ry ty­go­dnie wy­czer­pującego tre­nin­gu i roz­te­rek. Za każdym ra­zem, gdy wi­działa bliznę na szyi, do­ty­kała jej, a na­wet mu­skała o nią ubra­niem, ser­ce Ce­la­eny prze­szy­wał ból wywołany zdradą An­sel. Z początku wie­rzyła, że zna­lazła praw­dziwą, ser­deczną przy­ja­ciółkę na całe życie, ale oka­zało się, że jej żądza ze­msty prze­wyższała wszel­kie inne pra­gnie­nia. Mimo to Ce­la­ena miała na­dzieję, że An­sel mogła wresz­cie zmie­rzyć się z kosz­ma­rem, który prześla­do­wał ją od tak daw­na.

Minął ją jakiś służący, który ukłonił się, od­wra­cając wzrok. Wszy­scy lu­dzie pra­cujący w Twier­dzy wie­dzie­li mniej więcej, kim była, ale za zdra­dze­nie tego se­kre­tu gro­ziła śmieć. Te­raz jed­nak, gdy wszy­scy Milczący Zabójcy bez tru­du mo­gli ją zi­den­ty­fi­ko­wać, nie miało to już większe­go sen­su.

Ce­la­ena z tru­dem na­brała tchu i prze­cze­sała dłonią włosy. Przed wjaz­dem do mia­sta za­trzy­mała się w go­spo­dzie tuż pod Ri­fthold, by się wykąpać, wy­prać brud­ne ubra­nia i nałożyć nie­co ko­sme­tyków. Nie chciała wkro­czyć do Twier­dzy, wyglądając jak szczur z rynsz­to­ka, ale nadal czuła się brud­na.

Minęła sa­lo­ny na piętrze i uniosła brwi, gdy usłyszała do­bie­gającą ze środ­ka mu­zykę pia­ni­na i śmiech lu­dzi. Sko­ro Aro­bynn miał gości, to dla­cze­go prze­sia­dy­wał w swo­im ga­bi­ne­cie i tak ciężko pra­co­wał w chwi­li jej przy­by­cia?

Ce­la­ena moc­no zwarła szczęki. Po co zmu­sił ją do cze­ka­nia, aż skończy pracę? Cóż to za non­sens?

Za­cisnęła pięści. Już miała się odwrócić i zbiec po scho­dach, by oznaj­mić Aro­byn­no­wi, że nie sta­no­wi już jego własności i opusz­cza go na do­bre, gdy ktoś wy­szedł na ko­ry­tarz.

Za­marła, gdy uj­rzała Sama Cor­tlan­da.

Stał jak wry­ty z sze­ro­ko otwar­ty­mi brązo­wy­mi ocza­mi. Z za­uważal­nym wysiłkiem za­mknął drzwi do to­a­le­ty, z której wy­cho­dził, i ru­szył w jej kie­run­ku. Minął ak­sa­mit­ne zasłony, opa­dające od su­fi­tu aż po podłogę, ob­ra­zy na ścia­nach, z każdym kro­kiem był co­raz bliżej. Ce­la­ena zaś stała nie­ru­cho­mo i uważnie tak­so­wała jego ciało, póki nie za­trzy­mał się kil­ka metrów przed nią.

Nie bra­ko­wało mu żad­nej kończy­ny. Nie uty­kał i nic nie wska­zy­wało na to, że co­kol­wiek mu do­le­ga. Jego kasz­ta­no­we włosy były nie­co dłuższe, ale było mu w ta­kiej fry­zu­rze do twa­rzy. Był też wspa­nia­le opa­lo­ny, jak­by spędził całe lato na słońcu. Czyżby Aro­bynn w ogóle go nie uka­rał?

– Wróciłaś – stwier­dził w końcu Sam, jak gdy­by nie wie­rzył, że Ce­la­ena stoi przed nim.

Zabójczy­ni uniosła podbródek i we­pchnęła dłonie w kie­sze­nie.

– Naj­wy­raźniej.

Sam prze­chy­lił nie­co głowę i spy­tał:

– Jak było na pu­sty­ni?

Nig­dzie nie wi­działa ani śladu draśnięcia. Rany na jej twa­rzy też się prze­cież za­goiły, ale…

– Gorąco – od­parła.

Sam za­chi­cho­tał ci­cho.

By­najm­niej nie złościła się o to, że nic mu się nie stało. Wręcz prze­ciw­nie, prze­pełniała ją taka ulga, że go­to­wa była zwrócić za­war­tość żołądka. Po pro­stu nig­dy nie przyszło jej do głowy, że na jego wi­dok zro­bi się jej tak… Tak dziw­nie. Czy po tym, co przeszła z An­sel, mogła szcze­rze przy­znać, że nadal mu ufa?

Zza otwar­tych drzwi, pro­wadzących do sa­lo­nu, do­biegł prze­ni­kli­wy, ko­bie­cy śmiech. Jak to możliwe, że miała aż tyle pytań i tak nie­wie­le do po­wie­dze­nia?

Wzrok Sama ześli­zgnął się w dół na jej szyję. Jego brwi ściągnęły się na chwilę, gdy uj­rzał nową bliznę.

– Co się stało?

– Ktoś trzy­mał mnie na ostrzu mie­cza.

Jego oczy po­ciem­niały, ale Ce­la­ena nie miała ocho­ty przy­ta­czać tej długiej, nieszczęsnej hi­sto­rii. Nie chciała roz­ma­wiać o An­sel, a już na pew­no nie miała ocho­ty mówić o tym, co się wy­da­rzyło tej nocy po ich po­wro­cie znad Za­to­ki Cza­szek.

– Zo­stałaś ran­na? – spy­tał ci­cho Sam i pod­szedł o krok.

Do­pie­ro po chwi­li uświa­do­miła so­bie, że za­pew­ne wy­obra­ził so­bie o wie­le mrocz­niej­sze i bar­dziej nie­bez­piecz­ne oko­licz­ności niż te, w których się zna­lazła.

– Nie – rzekła. – Nie w tym sen­sie.

– A więc o co cho­dzi? – Sam przyglądał się jej o wie­le uważniej.

Wpa­try­wał się w nie­mal nie­wi­doczną białą linię biegnącą przez jej po­li­czek – ko­lejną pamiątkę po An­sel – w jej dłonie, we wszyst­ko. Jego szczupłe, umięśnio­ne ciało wy­da­wało się spięte. Klat­ka pier­sio­wa zabójcy spra­wiała wrażenie szer­szej niż przed wy­jaz­dem Ce­la­eny.

– Pil­nuj swe­go nosa – od­parła.

– Po­wiedz mi, co się stało – wy­ce­dził.

Ob­da­rzyła go jed­nym z tych drob­nych uśmieszków, których tak bar­dzo nie­na­wi­dził. Od wy­da­rzeń nad Za­toką Cza­szek nie układało się między nimi źle, ale po tylu la­tach znęca­nia się nad nim nie bar­dzo wie­działa, jak ma od­szu­kać w so­bie nić po­ro­zu­mie­nia, którą nie­daw­no nawiązali.

– A niby dla­cze­go miałabym ci co­kol­wiek opo­wia­dać?

– Po­nie­waż – syknął, zbliżając się o ko­lej­ny krok – gdy się ostat­ni raz spo­tka­liśmy, Ce­la­eno, leżałaś nie­przy­tom­na na dy­wa­nie Aro­byn­na tak za­krwa­wio­na, że nie wi­działem two­jej cho­ler­nej twa­rzy!

Stał te­raz tak bli­sko, że mogła go do­tknąć. O okna w ko­ry­ta­rzu nadal tłukł deszcz, co mgliście przy­po­mi­nało jej, że na­około nadal ist­niał świat.

– Opo­wiedz – powtórzył.

„Za­biję cię!” – wrzesz­czał Sam do Króla Zabójców, gdy ten ją bił. Wy­wrza­ski­wał to ze wszyst­kich sił. Trud­na do spre­cy­zo­wa­nia więź, która po­wstała między nią i Sa­mem, nie pękła pod­czas tych strasz­li­wych chwil. Sam nie był już lo­jal­ny wo­bec Króla. Wy­brał ją. Chciał stać przy niej i wal­czyć o nią, a to odróżniało go od An­sel. Sam mógł ją zra­nić bądź zdra­dzić w wie­lu sy­tu­acjach, ale nig­dy żad­nej z nich nie wy­ko­rzy­stał.

W kąciku jej ust po­ja­wił się lek­ki uśmiech. Tęskniła za nim. Widząc wy­raz jej twa­rzy, Sam skrzy­wił się, nie­co zdu­mio­ny. Ce­la­ena przełknęła ślinę, czując na­ra­stającą ochotę, by po­wie­dzieć „Tęskniłam za tobą”, gdy na­gle drzwi do sa­lo­nu stanęły otwo­rem.

– Sam! – zawołała jakaś ciem­nowłosa, zie­lo­no­oka ko­bie­ta, wciąż roześmia­na. – O, tu je­steś…

Na­gle do­strzegła Ce­la­enę. Zabójczy­ni roz­po­znała ją i uśmiech znikł jej z twa­rzy.

Na uro­czym ob­li­czu ko­bie­ty po­ja­wił się koci uśmiech, a po­tem wyśli­zgnęła się na ko­ry­tarz i po­deszła do nich. Ce­la­ena bacz­nie się jej przyglądała, re­je­strując wzro­kiem ru­chy jej bio­der, szla­chet­ne ułożenie dłoni i ele­gancką, głęboko wyciętą suk­nię, odsłaniającą buj­ny biust.

– Ce­la­ena – za­gru­chała i za­trzy­mała się tuż obok Sama, zbyt bli­sko jak na zwykłą zna­jo­mość.

Sam przyj­rzał się obu dziew­czy­nom czuj­nie.

– Ly­san­dra – od­parła zabójczy­ni, naśla­dując jej ton.

Po­znały się, gdy miały po dzie­sięć lat, a przez następne sie­dem nie było ani jed­ne­go dnia, w którym Ce­la­ena nie miałaby ocho­ty walnąć jej w twarz cegłą, wy­pchnąć z okna albo za­sto­so­wać którąkol­wiek z wie­lu sztu­czek po­ka­za­nych jej przez Aro­byn­na.

Nie po­mogło jej wca­le to, że sam Aro­bynn fi­nan­so­wo wsparł rozwój Ly­san­dry od zwykłej ulicz­nej sie­ro­ty do jed­nej z najsłyn­niej­szych kur­ty­zan w hi­sto­rii Ri­fthold. Przy­jaźnił się z jej ma­da­me i od lat dbał o jej do­bro. Ly­san­dra oraz jej ma­da­me były je­dy­ny­mi kur­ty­zanami, które wie­działy, że dziew­czy­na, zwa­na przez nie­go „sio­strze­nicą”, była tak na­prawdę jego pro­te­go­waną. Ce­la­ena nig­dy się nie dowie­działa, dla­cze­go Aro­bynn im to wy­ja­wił, ale za każdym ra­zem, gdy skarżyła się Królowi, że Ly­san­dra może zdra­dzić jej tożsamość, wy­da­wał się pe­wien, że ta tego nie uczy­ni. Zabójczy­ni ra­czej w to nie wie­rzyła, ale być może ostrzeżenie Króla Zabójców wy­star­czało, by wy­ga­da­na, py­ska­ta Ly­san­dra wolała trzy­mać język za zębami.

– Myślałam, że się spa­ko­wałaś i wy­je­chałaś na pu­sty­nię – po­wie­działa Ly­san­dra i otak­so­wała wzro­kiem strój Ce­la­eny. Ta po­dziękowała w du­chu Wy­rdo­wi za to, że prze­brała się w ta­wer­nie. – Czy to możliwe, że lato w tym roku minęło tak szyb­ko? Cóż, tak to już bywa, gdy ktoś bawi się tak do­brze…

Ce­la­enę ogarnął śmier­tel­nie nie­bez­piecz­ny spokój. Za­ata­ko­wała kie­dyś Ly­sandrę, gdy obie miały po trzy­naście lat. Kur­ty­za­na wy­rwała zabójczy­ni z ręki piękny, ko­ron­ko­wy wa­chlarz. Ich star­cie zwieńczyło wspólne sto­cze­nie się po scho­dach, a Ce­la­ena w ra­mach kary mu­siała spędzić noc w lo­chach Twier­dzy. W trak­cie wal­ki udało jej się bo­wiem wy­rwać ry­wal­ce wa­chlarz i zro­bić nim kil­ka pręg na jej twa­rzy.

Usiłowała nie zwra­cać uwa­gi na nie­wielką od­ległość dzielącą Ly­sandrę od Sama. Za­wsze za­cho­wy­wał się uprzej­mie wo­bec kur­ty­zan, a te wprost go uwiel­biały. Mat­ka Sama była nie­gdyś jedną z nich i po­pro­siła Aro­byn­na, który również był jej pa­tro­nem, by zajął się syn­kiem. Sam miał za­le­d­wie sześć lat, gdy jego mat­ka zo­stała za­mor­do­wa­na przez za­zdro­sne­go klien­ta. Ce­la­ena skrzyżowała ra­mio­na.

– Czy po­win­no mnie w ogóle ob­cho­dzić to, co tu ro­bisz?

Ly­san­dra ob­da­rzyła ją uśmie­chem dla wta­jem­ni­czo­nych.

– Och, Aro­bynn – mruknęła ta­kim to­nem, jak­by był to je­den z jej naj­bliższych przy­ja­ciół – wydał nie­wiel­kie przyjęcie, by uświet­nić mą nad­chodzącą Au­kcję.

„Ja­sne”.

– Za­pro­sił twych przyszłych klientów tu­taj?

– Skądże zno­wu. – Ly­san­dra za­chi­cho­tała. – To przyjęcie tyl­ko dla mnie i dziewcząt. No i oczy­wiście Cla­ris­se.

Imię jej ma­da­me Ly­san­dra również wy­ko­rzy­sty­wała jako broń. Słowo to kru­szyło zde­cy­do­wa­nie, po­zwa­lało przejąć ini­cja­tywę i szep­tało: „Je­stem o wie­le ważniej­sza od cie­bie. Mam większe zna­cze­nie. Ja je­stem wszyst­kim, a ty ni­czym”.

– Cu­dow­nie – od­parła Ce­la­ena.

Sam nadal nie po­wie­dział ani słowa.

Ly­san­dra uniosła podbródek i z po­gardą zerknęła na nos Ce­la­eny, tu i ówdzie ob­sy­pa­ny de­li­kat­ny­mi pie­ga­mi.

– Au­kcja odbędzie się za sześć dni. Spo­dzie­wają się, że po­biję wszel­kie re­kor­dy.

Ce­la­ena wi­działa już Au­kcje kil­ku młodych kur­ty­zan. Szko­lo­no je do cza­su, gdy kończyły sie­dem­naście lat, a po­tem ich dzie­wic­two tra­fiało do tego, kto za­ofe­ro­wał naj­większą sumę.

– Sam był nie­zwy­kle po­moc­ny w przy­go­to­wa­niach do mo­jej Au­kcji – rzekła Ly­san­dra i ułożyła kształtną dłoń na jego ra­mie­niu.

Ce­la­ena z za­sko­cze­niem skon­sta­to­wała, że chłopak ma ogromną ochotę ode­rwać jej dłoń przy nad­garst­ku. To, że współczuła kur­ty­za­nom i so­li­da­ry­zo­wała się z nimi, nie o-zna­czało, że ma się z nimi przy­jaźnić!

Sam od­kaszlnął i wy­pro­sto­wał się.

– Nie po­mogłem aż tak bar­dzo. Aro­bynn chciał tyl­ko mieć pew­ność, że zamówio­no wszyst­ko to, co należy.

– Ważnych klientów trze­ba roz­piesz­czać – szcze­bio­tała Ly­san­dra. – Bar­dzo chciałabym ci po­wie­dzieć, kogo za­pro­szo­no, ale Cla­ris­se by mnie zabiła. Przyjęcie jest su­per­taj­ne i nie dla byle kogo.

Ce­la­ena miała już dosyć. Czuła, że jeśli usłyszy jesz­cze jed­no słowo z ust kur­ty­za­ny, to rzu­ci się jej do gardła. Prze­chy­liła głowę i za­cisnęła pięści. Sam roz­po­znał jej wy­raz twa­rzy i strząsnął dłoń Ly­san­dry.

– Wra­caj na przyjęcie – po­le­cił.

Ly­san­dra ob­da­rzyła Ce­la­enę ko­lej­nym ze swo­ich uśmiechów, a po­tem, wciąż roz­pro­mie­nio­na, spoj­rzała na Sama.

– A kie­dy ty wra­casz? – spy­tała, wy­dy­mając czer­wo­ne ustecz­ka.

„Dość, dość, dość”.

Ce­la­ena odwróciła się na pięcie.

– Baw się do­brze – rzu­ciła przez ramię. – To­wa­rzy­stwo masz prze­cież na po­zio­mie.

– Ce­la­eno – ode­zwał się Sam.

Zabójczy­ni nie miała jed­nak za­mia­ru się od­wra­cać, na­wet po tym, jak usłyszała chi­chot Ly­san­dry i kil­ka wy­szep­ta­nych przez nią słów, na­wet mimo tego, że pragnęła tyl­ko złapać za szty­let i rzu­cić nim z całej siły w sam śro­dek nie­zwy­kle pięknej twa­rzy Ly­san­dry.

„Od za­wsze jej nie­na­wi­dziłam – powtórzyła w myślach. – Za­wsze. To, że do­ty­kała Sama i mówiła do nie­go w ten sposób, ni­cze­go nie zmie­niało. Ale…”.

Dzie­wic­two Ly­san­dry było nie do pod­ważenia – nie było in­nej opcji – ale ist­nie­je wie­le in­nych rze­czy, które mogła robić. Rze­czy, które mogła robić z Sa­mem…

Było jej nie­do­brze, czuła się wściekła i wzgar­dzo­na. Wpadła do sy­pial­ni i trzasnęła drzwia­mi tak moc­no, że za­la­ne desz­czem szy­by zadrżały.

Przekład: Mar­cin Mort­ka

Re­dak­tor ini­cjujący: Piotr Ku­char­ski

Re­dak­cja: Ka­ta­rzy­na Der­dul­ska

Ko­rek­ta: Ilo­na Si­wak, Ar­tur Ka­niew­ski

Co­ver il­lu­stra­tion © Alex Ta­ini

Skład i łama­nie: Plus 2 Wi­told Kuśmier­czyk

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biu­ro@gwfok­sal.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7881-377-4

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

i Ane­ta Raw­ska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Dwór skrzydeł i zguby Imperium burz. Szklany tron. T. 5. Dwór mgieł i furii Królowa cieni Dwór cierni i róż 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona