Korona w mroku. Szklany tron. Część 2

Korona w mroku. Szklany tron. Część 2

Autorzy: Sarah Maas

Wydawnictwo: Uroboros

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 535

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 22.32 zł

Drugi tom cyklu "Szklany tron", opowiadającego o zabójczyni Celaenie Sardothien.

Po roku ciężkiej pracy w kopalni soli osiemnastoletnia Celaena Sardothien zdobywa pozycję królewskiej zabójczyni. Nie jest jednak lojalna względem tronu, choć ukrywa ten sekret nawet przed najbliższymi przyjaciółmi.

Nie jest jej łatwo utrzymać tę tajemnicę, zwłaszcza gdy król zleca jej zadanie, które może zniweczyć jej plany. Na domiar złego na horyzoncie majaczą groźne siły, które mogą zniszczyć cały świat i zmuszają Celaenę do dokonania wyboru. Względem kogo okaże się lojalna i dla kogo zechce walczyć?

Sa­rah J. Maas

KO­RO­NA W MRO­KU

przełożył Mar­cin Mort­ka

Tytuł ory­gi­nału: Crown of Mid­ni­ght

Text co­py­ri­ght © Sa­rah J. Maas 2013

Map co­py­ri­ght © Kel­ly de Gro­ot 2012

Co­ver il­lu­stra­tion © Alex Ta­ini

Back­gro­und ima­ge © Shut­ter­stock

Co­py­ri­ght © by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, War­sza­wa MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

SPIS RZECZY

Dedykacja

Część pierwsza. Królewska Obrończyni 1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

Część druga. Strzała królowej 30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

Podziękowania

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Su­san,

Będziesz moją naj­bliższą przy­ja­ciółką, aż obrócimy się w proch (a po­tem jesz­cze trochę)

Część pierw­sza

Królew­ska Obrończy­ni

1

Tylko otwar­te okien­ni­ce, kołyszące się na sztor­mo­wym wie­trze, świad­czyły o tym, że wkradła się do środ­ka. Nikt jej nie za­uważył, gdy wspi­nała się po mu­rze oka­lającym ogród ciem­nej re­zy­den­cji, a grzmo­ty oraz huczący wiatr znad mo­rza spra­wiły, że nikt nie usłyszał, jak pnie się po ryn­nie, wska­ku­je na pa­ra­pet i wśli­zgu­je na ko­ry­tarz na dru­gim piętrze.

Słysząc czy­jeś ciężkie kro­ki, Królew­ska Obrończy­ni wsunęła się do al­ko­wy. Jej twarz zasłaniały ciem­na ma­ska oraz kap­tur, dzięki cze­mu bez tru­du prze­ista­czała się w plamę pośród cie­ni. Minęła ją człapiąca służąca, która po­deszła do otwar­te­go okna i za­trzasnęła je, ma­rudząc pod no­sem. Kil­ka se­kund później ko­bie­ta zeszła po scho­dach po dru­giej stro­nie ko­ry­ta­rza. Nie za­uważyła mo­krych śladów na de­skach podłogo­wych.

Błyska­wi­ca oświe­tliła ko­ry­tarz. Dziew­czy­na na­brała tchu i przy­po­mniała so­bie rozkład po­miesz­czeń, który mo­zol­nie za­pa­miętywała w trak­cie trzy­dnio­wej ob­ser­wa­cji re­zy­den­cji na obrzeżach Bel­l­ha­ven. Pięcio­ro drzwi na każdej ścia­nie. Do sy­pial­ni lor­da Ni­ral­la pro­wa­dziły trze­cie po le­wej.

W każdej chwi­li mogła się po­ja­wić ko­lej­na służąca. Zabójczy­ni nasłuchi­wała przez mo­ment, ale we wnętrzu domu pa­no­wała ci­sza. Po­mknęła ko­ry­ta­rzem, płyn­nie i bez­sze­lest­nie ni­czym upiór. Drzwi do sy­pial­ni lor­da otwo­rzyły się z ci­chym skrzyp­nięciem. Dziew­czy­na za­cze­kała na ko­lej­ny grzmot i szyb­ko za­mknęła drzwi za sobą. Znów zajaśniała błyska­wi­ca, opro­mie­niając dwie po­sta­cie śpiące w łożu z bal­da­chi­mem. Lord Ni­rall miał naj­wyżej trzy­dzieści pięć lat, a jego ciem­nowłosa, piękna żona spała moc­no wtu­lo­na w jego ra­mio­na. Cóż oni zro­bi­li królowi, że za­pragnął ich śmier­ci?

Zabójczy­ni pod­kradła się do łóżka. Za­da­wa­nie pytań nie należało do jej obo­wiązków. Miała wypełniać po­le­ce­nia, gdyż od tego zależała jej przyszłość. Z każdym kro­kiem przy­po­mi­nała so­bie ułożony wcześniej plan.

Miecz wy­sunął się z po­chwy z le­d­wie słyszal­nym świ­stem. Dziew­czy­na za­czerpnęła po­wie­trza, szy­kując się na to, co miało nastąpić.

Lord Ni­rall otwo­rzył oczy w chwi­li, gdy Królew­ska Obrończy­ni uniosła miecz nad jego głowę.

2

Cela­ena Sar­do­thien szła ko­ry­ta­rza­mi szkla­ne­go zam­ku w Ri­fthold. Ciężki wo­rek, który ści­skała w dłoni, kołysał się z każdym kro­kiem i obi­jał się o jej ko­la­na. Choć miała na so­bie czar­ny płaszcz z kap­tu­rem, który zasłaniał znaczną część jej twa­rzy, strażnicy przed kom­natą na­rad króla Adar­la­nu nie za­trzy­ma­li jej. Wie­dzie­li do­sko­na­le, kim była i ja­kie usługi świad­czyła królowi. Jako Królew­ska Obrończy­ni stała wyżej od nich w hie­rar­chii. W rze­czy­wi­stości nie­wie­le osób w zam­ku cie­szyło się wyższą po­zycją, a bali się jej pra­wie wszy­scy.

Po­deszła do otwar­tych, szkla­nych drzwi. Płaszcz ciągnął się za nią po podłodze. Skinęła strażni­kom, którzy stanęli na bacz­ność, a po­tem wkro­czyła do kom­na­ty na­rad. Miała na so­bie czar­ne buty, ale nie­malże bez­sze­lest­nie kro­czyła po podłodze z czer­wo­ne­go mar­mu­ru.

Na szkla­nym tro­nie w sa­mym środ­ku sali za­sia­dał król Adar­la­nu, który wpa­try­wał się mrocz­nym wzro­kiem w kołyszący się wo­rek. Tak jak trzy razy do tej pory, Ce­la­ena przyklękła na jed­no ko­la­no i po­chy­liła głowę.

Do­rian Ha­vil­liard stał obok tro­nu ojca. Zabójczy­ni czuła na so­bie spoj­rze­nie jego sza­fi­ro­wych oczu. U stóp pod­wyższe­nia czu­wał Cha­ol West­fall, ka­pi­tan Gwar­dii, który jak zwy­kle chro­nił własną pier­sią królewską ro­dzinę. Zerknęła na nie­go spod kap­tu­ra. Obojętny wy­raz twa­rzy Cha­ola su­ge­ro­wał, że równie do­brze mogła być kimś ob­cym, ale spo­dzie­wała się tego. Był to ele­ment gry, w której przez ostat­nie kil­ka mie­sięcy osiągnęli mi­strzo­stwo. Cha­ol może i był jej przy­ja­cie­lem oraz człowie­kiem, któremu na­uczyła się ufać, ale wciąż po­zo­sta­wał ka­pi­tanem Gwar­dii i po­no­sił od­po­wie­dzial­ność za życie członków ro­dziny królew­skiej obec­nych w tej kom­na­cie.

– Po­wstań – po­le­cił jej król.

Ce­la­ena wstała i ściągnęła kap­tur. Za­darła wy­so­ko podbródek. Władca skinął na nią, a ob­sy­dia­no­wy pierścień na jego pal­cu błysnął w bla­sku popołudnio­we­go słońca.

– Załatwio­ne?

Zabójczy­ni wsunęła dłoń przy­odzianą w ręka­wiczkę do wor­ka i rzu­ciła pod nogi króla odrąbaną głowę. Nikt nie ode­zwał się ani słowem na wi­dok gnijącej czasz­ki, która z głuchym stu­ko­tem po­to­czyła się po czer­wo­nym mar­mu­rze. Za­trzy­mała się u stóp pod­wyższe­nia. Za­mglo­ne, pu­ste oczy wpa­try­wały się w ozdob­ny żyran­dol na su­fi­cie.

Do­rian wy­pro­sto­wał się i odwrócił wzrok. Cha­ol wpa­try­wał się w Ce­la­enę.

– Sta­wiał opór – wyjaśniła dziew­czy­na.

Król po­chy­lił się i przyj­rzał uważnie oka­le­czo­nej twa­rzy oraz po­szar­pa­nym cięciom na szyi.

– Trud­no go roz­po­znać.

Ce­la­ena uśmiechnęła się krzy­wo, choć po­czuła ucisk w gar­dle.

– Oba­wiam się, że odrąbane głowy ra­czej kiep­sko znoszą podróż – po­wie­działa i wyciągnęła z wor­ka odciętą dłoń. – Tu jest jego sy­gnet.

Próbowała nie pa­trzeć na gnijące mięso, którego smród na­ra­stał z dnia na dzień. Podała dłoń Cha­olo­wi, którego brązowe oczy wyrażały obojętność. Ten prze­ka­zał ją królowi, który skrzy­wił się, ale ściągnął sy­gnet ze sztyw­ne­go pal­ca. Rzu­cił dłoń na podłogę i zaczął oglądać pierścień.

Do­rian, stojący obok ojca, po­ru­szył się nie­spo­koj­nie. Gdy Ce­la­ena uczest­ni­czyła w tur­nie­ju o tytuł Królew­skie­go Obrońcy, nie prze­szka­dzała mu jej przeszłość. Cze­go więc się spo­dzie­wał po jej zwy­cięstwie? Z dru­giej stro­ny na wi­dok odciętych części ciała pra­wie każdemu robiło się nie­do­brze, na­wet po dzie­sięciu la­tach rządów Adar­la­nu. Do­rian nig­dy nie uczest­ni­czył w bi­twie i nie wi­dział sku­tych łańcu­cha­mi sze­regów jeńców, którzy powłócząc no­ga­mi, zmie­rza­li ku ka­tow­skim pieńkom. Może dziew­czy­na po­win­na być pod wrażeniem, że jesz­cze nie zwy­mio­to­wał.

– A co z jego żoną? – za­py­tał król, ob­ra­cając sy­gnet w pal­cach.

– Na dnie mo­rza, związana z reszt­ka­mi ciała męża – od­parła Ce­la­ena ze złośli­wym uśmie­chem i wyciągnęła z wor­ka smukłą, jasną dłoń. Na jed­nym z palców znaj­do­wał się złoty pierścio­nek, na którym wy­gra­we­ro­wa­no datę ślubu. Podała zdo­bycz królowi, lecz ten pokręcił głową. Wkładając dłoń z po­wro­tem do wor­ka, Ce­la­ena nie odważyła się zerknąć ani na Do­ria­na, ani na Cha­ola.

– Do­brze więc – mruknął król. Zabójczy­ni stała nie­ru­cho­mo, a władca spoglądał to na nią, to na wo­rek, to na głowę. Minęła bar­dzo długa chwi­la, za­nim znów się ode­zwał: – Po­ja­wiły się do­nie­sie­nia o rosnącej w siłę gru­pie bun­tow­ników tu­taj, w Ri­fthold. Ci lu­dzie są go­to­wi zro­bić wszyst­ko, aby po­zba­wić mnie tro­nu, próbują też po­krzyżować moje pla­ny. Two­im ko­lej­nym za­da­niem będzie wy­eli­mi­no­wa­nie ich wszyst­kich, za­nim staną się praw­dzi­wym za­grożeniem dla mego im­pe­rium.

Ce­la­ena za­cisnęła dłoń na wor­ku z taką siłą, że za­bo­lały ją pal­ce. Cha­ol i Do­rian za­sko­cze­ni wpa­try­wa­li się w króla, jak­by wcześniej o tym nie słysze­li.

Plot­ki o bun­tow­ni­kach do­tarły do zabójczy­ni jesz­cze przed jej zesłaniem do En­do­vier. Ba, w ko­pal­niach soli na­wet spo­tkała tych, którzy ośmie­li­li się chwy­cić za broń. Nie zda­wała so­bie jed­nak spra­wy, że ruch opo­ru rósł w siłę w sa­mej sto­li­cy! Miała ich te­raz wy­eli­mi­no­wać jed­ne­go po dru­gim? A co do planów króla… O ja­kie pla­ny cho­dzi? Co bun­tow­ni­cy mo­gli wie­dzieć o za­mysłach władcy? Dziew­czy­na ode­pchnęła te py­ta­nia jak naj­da­lej od sie­bie, tak by nikt nie spo­strzegł wa­ha­nia na jej twa­rzy.

Król bębnił pal­ca­mi po poręczy tro­nu. W dru­giej ręce ob­ra­cał sy­gnet lor­da Ni­ral­la.

– Dys­po­nuję listą lu­dzi, których po­dej­rze­wam o zdradę. Będę ci jed­nak po­da­wał po jed­nym na­zwi­sku. W zam­ku roi się od szpiegów.

Cha­ol ze­sztyw­niał, słysząc te słowa, ale władca machnął dłonią. Ka­pi­tan pod­szedł do zabójczy­ni i z obojętną twarzą podał jej kartkę pa­pie­ru.

Dziew­czy­nie udało się stłumić po­kusę, by zerknąć na Cha­ola, choć jego dłoń w ręka­wicz­ce musnęła jej pal­ce. Nie oka­zując żad­nych emo­cji, zerknęła na kartkę. Znaj­do­wało się na niej jed­no na­zwi­sko: Ar­cher Finn.

Z naj­większym tru­dem ukryła szok, jaki wywołało w niej to na­zwi­sko. Znała Ar­che­ra. Po­zna­li się, gdy miała trzy­naście lat, a on przy­był do Twier­dzy Zabójców na naukę. Był kil­ka lat star­szy od niej, ale już cie­szył się re­pu­tacją wziętego ka­wa­le­ra do to­wa­rzy­stwa. Chciał się na­uczyć sztu­ki obro­ny przed swy­mi dość za­zdro­sny­mi klient­ka­mi oraz ich mężami. Nie miał nic prze­ciw­ko temu, że Ce­la­ena zapałała do nie­go idio­tyczną, na­sto­let­nią miłością. W rze­czy sa­mej po­zwa­lał jej na flir­to­wa­nie, co za­zwy­czaj kończyło się kom­pletną porażką i mnóstwem chi­chotów. Nie wi­działa go od paru lat – ostat­ni raz spo­tka­li się przed jej zesłaniem do En­do­vier – ale powątpie­wała, by był zdol­ny do współpra­cy z ru­chem opo­ru. Miała go za przy­stoj­ne­go, do­bro­dusz­ne­go, uprzej­me­go mężczyznę, a nie zdrajcę nie­bez­piecz­ne­go na tyle, aby król do­ma­gał się jego śmier­ci.

Co za bzdu­ra. Tyl­ko skończo­ny idio­ta mógł prze­ka­zać władcy taką in­for­mację.

– Tyl­ko jego czy może również całą jego klien­telę? – wy­pa­liła Ce­la­ena.

Na twa­rzy króla po­wo­li roz­kwitł uśmiech.

– Znasz Ar­che­ra? Nie dzi­wię się.

Drwił, a więc rzu­cał jej wy­zwa­nie.

Dziew­czy­na spoj­rzała przed sie­bie i na­rzu­ciła so­bie wewnętrzny spokój.

– Kie­dyś go znałam. To nad­zwy­czaj do­brze strzeżony człowiek. Będę po­trze­bo­wać cza­su, by prze­niknąć przez jego ochronę – po­wie­działa.

Do­brze prze­myślała to zda­nie, gdyż tak na­prawdę cho­dziło jej o coś in­ne­go. Chciała się do­wie­dzieć, ja­kim spo­so­bem Ar­cher uwikłał się w ta­kie kłopo­ty i czy król mówi prawdę. A jeśli Finn w isto­cie był zdrajcą i bun­tow­ni­kiem… Cóż, tym zaj­mie się później.

– A więc masz mie­siąc – oznaj­mił król. – Jeśli po upływie tego cza­su Ar­cher Finn nie znaj­dzie się w gro­bie, le­piej, żebyś prze­myślała swoją sy­tu­ację.

Zabójczy­ni skinęła głową uniżenie i z sza­cun­kiem.

– Dziękuję, Wa­sza Wy­so­kość.

– Po po­zby­ciu się Ar­che­ra otrzy­masz ko­lej­ne na­zwi­sko z mo­jej li­sty.

Ce­la­ena od tylu lat uni­kała angażowa­nia się w po­li­tyczną sy­tu­ację króle­stwa – zwłasz­cza w pro­ble­my z bun­tow­ni­ka­mi – a tu nie­spo­dzie­wa­nie zna­lazła się w sa­mym jej cen­trum. Cu­dow­nie.

– Działaj szyb­ko – ostrzegł ją król. – Za­cho­waj dys­krecję. Zapłata za Ni­ral­la znaj­du­je się w two­ich kom­na­tach.

Ce­la­ena po­now­nie skinęła głową i wsunęła kartkę do kie­sze­ni.

Król wpa­try­wał się w nią. Dziew­czy­na odwróciła wzrok, ale zmrużyła oczy i uniosła kącik ust, jak­by cie­szyła się na ocze­kujące ją po­lo­wa­nie. W końcu władca spoj­rzał w su­fit.

– Za­bierz tę głowę i wyjdź – rzekł i wsunął sy­gnet do kie­sze­ni.

Ce­la­ena po­ko­nała obrzy­dze­nie.

Jej tro­feum.

Złapała głowę za ciem­ne włosy i pod­niosła odciętą dłoń, a po­tem wpa­ko­wała je do wor­ka. Ob­rzu­ciła po­je­dyn­czym spoj­rze­niem Do­ria­na, który był bla­dy jak ścia­na, odwróciła się na pięcie i wyszła.

***

Do­rian Ha­vil­liard stał w bez­ru­chu, milcząc. Służący usta­wia­li na środ­ku kom­na­ty wiel­ki stół z drew­na dębo­we­go oraz bo­ga­te w zdo­bie­nia krzesła. Za trzy mi­nu­ty za­czy­nało się spo­tka­nie rady królew­skiej. Książę usłyszał, jak Cha­ol mówi, że chciałby wy­py­tać Ce­la­enę o szczegóły mi­sji. Król zgo­dził się bur­kli­wie i ka­pi­tan opuścił salę.

Ce­la­ena za­mor­do­wała mężczyznę i jego żonę, a zabójstwo to zo­stało zle­co­ne przez jego ojca. Do­rian nie mógł pa­trzeć na żadne z nich. Po święcie Yule­mas i wy­mor­do­wa­niu bun­tow­ników w Eyl­l­we sądził, że jest w sta­nie prze­ko­nać króla do odejścia od bru­tal­nej po­li­ty­ki, ale wyglądało na to, że jego sta­ra­nia spełzły na ni­czym. A Ce­la­ena…

Gdy służący roz­sta­wi­li ostat­nie krzesła, Do­rian jak zwy­kle zajął miej­sce po pra­wi­cy ojca. Do sali zaczęli napływać do­rad­cy. Po­ja­wił się też książę Per­ring­ton, który pod­szedł pro­sto do króla i zaczął szep­tać do nie­go, zbyt ci­cho, by Do­rian mógł co­kol­wiek usłyszeć. Sam nie miał ocho­ty za­bie­rać głosu. Sie­dział nie­ru­cho­mo i wpa­try­wał się w stojący przed nim szkla­ny dzba­nek z wodą. Ce­la­ena nie przy­po­mi­nała już tej dziew­czy­ny, którą znał.

Za­cho­wy­wała się w ten sposób od dwóch mie­sięcy, odkąd zo­stała ofi­cjal­nie mia­no­wa­na Królewską Obrończy­nią. Nie nosiła już wspa­niałych, zdob­nych suk­ni. Ich miej­sce zajęły budzące mrocz­ne sko­ja­rze­nia ob­cisłe, czar­ne tu­ni­ki i spodnie. Włosy spla­tała w długi war­kocz niknący w fałdach owe­go ciem­ne­go płasz­cza, z którym nig­dy się nie roz­sta­wała. Przy­po­mi­nała piękne­go de­mo­na, a gdy spoglądała na nie­go, Do­rian od­no­sił wrażenie, iż nie wie, kim ona na­prawdę jest. Zerknął na otwar­te drzwi, za którymi znikła przed chwilą.

Sko­ro po­tra­fiła za­bi­jać w ten sposób, bez większe­go tru­du mogła również prze­ko­nać go, że da­rzy go uczu­ciem. Zro­biła z nie­go so­jusz­ni­ka, roz­ko­chała go w so­bie i spra­wiła, że wsta­wił się za nią przed oj­cem i do­pil­no­wał, by zo­stała Obrończy­nią…

Do­rian nie chciał już o tym roz­myślać. Po­sta­no­wił, że złoży jej wi­zytę, być może już ju­tro. Chciał się prze­ko­nać, czy ist­nie­je choć cień szan­sy, że się myli. Wciąż jed­nak za­da­wał so­bie py­ta­nie, czy kie­dy­kol­wiek coś dla niej zna­czył.

***

Ce­la­ena szyb­ko, lecz bez­sze­lest­nie po­ko­ny­wała ko­lej­ne ko­ry­ta­rze i scho­dy. Zmie­rzała do­brze so­bie znaną drogą do kanału biegnącego pod zam­kiem. Była to ta sama stru­ga, która przepływała przez jej se­kret­ny tu­nel, choć smród był o wie­le gor­szy. Służba nie­malże co go­dzi­na wy­le­wała tu nie­czy­stości. Po chwi­li w długim, pod­ziem­nym ko­ry­ta­rzu roz­brzmiało również echo kroków Cha­ola. Dziew­czy­na nie ode­zwała się jed­nak ani słowem, dopóki nie za­trzy­mała się na skra­ju kanału i nie spoj­rzała na kil­ka skle­pio­nych przejść na dru­gim brze­gu. Ni­ko­go tam nie było.

– Cóż – rzekła, nie oglądając się za sie­bie. – Przy­wi­tasz się czy po pro­stu będziesz wszędzie za mną cho­dził?

Odwróciła się. Wo­rek wciąż kołysał się w jej dłoni.

– A ty nadal je­steś Królewską Obrończy­nią czy może powróciłaś do roli Ce­la­eny? – spy­tał Cha­ol. Jego brązowe oczy błysz­czały w świe­tle po­chod­ni.

A więc za­uważył różnicę. Cóż, nic dziw­ne­go. On wi­dział wszyst­ko.

Nie wie­działa, czy ma być za­do­wo­lo­na z tego, co powie­dział, czy też nie, tym bar­dziej że w jego to­nie po­ja­wiła się nuta go­ry­czy.

Mil­czała, więc spy­tał:

– Jak było w Bel­l­ha­ven?

– Tak jak za­wsze.

Dokład­nie wie­działa, o co mu cho­dziło. Chciał się do­wie­dzieć, jak prze­biegło wy­ko­na­nie za­da­nia.

– Sta­wiał opór? – spy­tał, ru­chem podbródka wska­zując wo­rek w ręku dziew­czy­ny.

Wzru­szyła ra­mio­na­mi i zwróciła się w stronę ciem­ne­go nur­tu.

– Bułka z masłem – od­rzekła i wrzu­ciła wo­rek do ście­ku. Pa­trzy­li, jak się uno­si, płynąc z nur­tem, a po­tem po­wo­li to­nie.

Cha­ol od­kaszlnął. Wie­działa, że tego nie­na­wi­dzi. Gdy miała wy­ru­szyć z pierwszą misją do po­siadłości na wy­brzeżu Meah, kręcił się i mio­tał jak nig­dy wcześniej i dziew­czy­na zaczęła myśleć, że za­raz po­pro­si ją, by zre­zy­gno­wała. Gdy wróciła z odrąbaną głową, a wraz z nią po­ja­wiły się plot­ki o zabójstwie sir Car­li­na, przez ty­dzień nie mógł na­wet spoj­rzeć jej w oczy. Ale cze­go on się spo­dzie­wał?

– Kie­dy roz­pocz­niesz ko­lej­ne zle­ce­nie? – spy­tał.

– Ju­tro. Albo po­ju­trze. Muszę od­począć – dodała szyb­ko, gdy zmarsz­czył brwi. – Poza tym roz­pra­co­wa­nie ochro­ny Ar­che­ra i za­pla­no­wa­nie ata­ku za­bie­rze mi naj­wyżej dwa dni. Mam na­dzieję, że nie będę po­trze­bo­wała całego mie­siąca.

Miała też na­dzieję, że Ar­cher zdoła jej wyjaśnić, jak zna­lazł się na liście i o ja­kich pla­nach wspo­mi­nał król. Po­tem zde­cy­du­je, co z nim począć.

Cha­ol stanął obok niej, nie od­ry­wając wzro­ku od brud­nej wody. Wo­rek z pew­nością zo­stał po­chwy­co­ny przez prąd i zmie­rzał te­raz ku rze­ce Ave­ry i mo­rzu.

– Chciałbym do­wie­dzieć się więcej o prze­bie­gu za­da­nia.

Ce­la­ena uniosła brew.

– A może mógłbyś naj­pierw za­pro­sić mnie na obiad?

Ka­pi­tan zmrużył oczy, na co zabójczy­ni wydęła usta.

– Nie żar­tuję. Chcę się do­wie­dzieć dokład­nie, co stało się z Ni­ral­lem.

Skrzy­wiła się i ode­pchnęła go, a po­tem wy­tarła ręka­wicz­ki w spodnie i ru­szyła w górę schodów. Cha­ol złapał ją za rękę.

– Sko­ro Ni­rall sta­wił ci opór, być może ktoś usłyszał…

– Nie było nic słychać! – warknęła Ce­la­ena, po czym strząsnęła jego rękę i popędziła po scho­dach. Po dwóch ty­go­dniach spędzo­nych w podróży ma­rzyła tyl­ko i wyłącznie o śnie. Na­wet dro­ga do jej kom­nat wy­da­wała się te­raz wy­zwa­niem. – Nie mu­sisz mnie przesłuchi­wać, Cha­ol!

Za­trzy­mał ją po­now­nie na za­la­nym cie­nia­mi półpiętrze. Jego dłoń za­cisnęła się moc­no na jej ra­mie­niu. Blask od­ległej la­tar­ni opro­mie­niał jego twarz.

– Gdy wyjeżdżasz – po­wie­dział – nie mam bla­de­go pojęcia, co się z tobą dzie­je. Może zo­stałaś ran­na, może gni­jesz już gdzieś w rynsz­to­ku. Wczo­raj słyszałem plotkę, ja­ko­by po­chwy­co­no mor­dercę odpo­wie­dzialnego za śmierć Ni­ral­la. – Przy­bliżył twarz do jej ob­li­cza. Jego głos był ochrypły. – Do wczo­raj, a więc do dnia two­je­go po­wro­tu, byłem pe­wien, że cho­dziło o cie­bie. Byłem gotów sam wy­ru­szyć w drogę, aby cię od­na­leźć.

Cóż, to wyjaśniało, dla­cze­go koń Cha­ola stał wczo­raj osiodłany w staj­ni. Ce­la­ena wypuściła po­wie­trze z płuc. Jej po­licz­ki na­gle stały się gorące.

– Mu­sisz bar­dziej we mnie wie­rzyć. W końcu je­stem Królewską Obrończy­nią.

Nie zdążyła na­wet za­re­ago­wać, gdy ka­pi­tan przy­ciągnął ją do sie­bie i oto­czył ra­mio­na­mi. Bez wa­ha­nia za­rzu­ciła mu ręce na szyję i ode­tchnęła jego za­pa­chem. Ostat­ni raz przy­tu­lił ją po zwy­cięstwie w tur­nie­ju, ale często wspo­mi­nała tamtą chwilę, a te­raz, gdy na powrót zna­lazła się w jego ra­mio­nach, prze­szyło ją prze­możne pra­gnie­nie, by trzy­mał ją tak po wsze cza­sy. Nos Cha­ola musnął jej kark.

– Na bogów, ależ ty śmier­dzisz – mruknął.

Syknęła i ode­pchnęła go. Jej twarz zapłonęła gnie­wem.

– No­sze­nie kawałków tru­pa przez całe ty­go­dnie ra­czej nie wpływa po­zy­tyw­nie na za­pach, wiesz? Może gdy­byście dali mi czas na kąpiel, a nie ka­za­li na­tych­miast zgłosić się do króla, mogłabym… – Prze­rwała, widząc jego uśmiech, i trąciła go w bark. – Je­steś błaznem – rzekła, ujęła go pod ramię i pociągnęła w górę schodów. – Chodźmy do mo­ich kom­nat, żebyś mnie mógł przesłuchać jak praw­dzi­wy dżen­tel­men.

Cha­ol par­sknął i szturchnął ją łokciem, ale nie uwol­nił ra­mie­nia.

***

Gdy roz­pro­mie­nio­na Strzała uspo­koiła się już i prze­stała lizać swą panią na tyle, by ta mogła coś po­wie­dzieć, Cha­ol wy­cisnął z niej każdy szczegół wy­pra­wy, a po­tem wy­szedł, obie­caw­szy, że wróci za kil­ka go­dzin na obiad. Ce­la­ena wzięła kąpiel w asyście Phi­lip­py, po­zwa­lając jej na kry­tykę i uty­ski­wa­nie nad sta­nem włosów oraz pa­znok­ci dziew­czy­ny. Gdy wyszła z po­ko­ju łazieb­ne­go, od razu padła na łóżko. Strzała wsko­czyła na kołdrę i zwinęła się w kłębek tuż przy jej boku. Zabójczy­ni wbiła wzrok w su­fit, głaszcząc je­dwa­bistą, złotą sierść psa. Wy­czer­pa­nie po­wo­li ucho­dziło z jej obo­lałych mięśni.

Król jej uwie­rzył.

Cha­ol zaś nie za­kwe­stio­no­wał ani jed­ne­go szczegółu jej spra­woz­da­nia. Nie wie­działa, czy po­win­na być z sie­bie za­do­wo­lo­na, roz­cza­ro­wa­na, czy po pro­stu czuć się win­na, ale kłam­stwa przy­cho­dziły jej bez naj­mniej­sze­go tru­du. Powie­działa, że Ni­rall obu­dził się przed śmier­tel­nym cio­sem i mu­siała po­derżnąć gardło jego żonie, aby nie zaczęła wrzesz­czeć, przez co za­da­nie oka­zało się nie­co trud­niej­sze, niż zakładała. Dodała też serię au­ten­tycz­nych szczegółów – okna na dru­gim piętrze, bu­rza, służąca ze świecą. Naj­lep­sze kłam­stwa za­wsze należało prze­mie­szać z ele­men­ta­mi praw­dy.

Ścisnęła amu­let wiszący na jej pier­si – Oko Ele­ny. Nie wi­działa Ele­ny od cza­su ich ostat­nie­go spo­tka­nia w gro­bow­cu. Miała na­dzieję, że te­raz, gdy zo­stała Królewską Obrończy­nią, duch królo­wej z przeszłości prze­sta­nie ją na­wie­dzać. Mimo to od­kryła, że po­da­ro­wa­ny przez nią amu­let do­da­wał jej otu­chy. Me­tal był za­wsze ciepły, jak­by ob­da­rzo­ny własnym życiem. Za­cisnęła dłoń moc­niej. Gdy­by król wie­dział o tym, co zro­biła… Gdy­by miał pojęcie o tym, czym zaj­mo­wała się przez ostat­nie dwa mie­siące… Przy pierw­szym za­da­niu wy­ru­szyła z po­sta­no­wie­niem, że szyb­ko wy­eli­mi­nu­je cel. Przy­go­to­wała się do zabójstwa, wmówiła so­bie, że sir Car­lin jest je­dy­nie ob­cym człowie­kiem, a jego życie nie ma dla niej żad­ne­go zna­cze­nia. Wszyst­ko się zmie­niło, gdy do­stała się do jego po­siadłości i uj­rzała nie­zwykłą uprzej­mość, z jaką trak­to­wał swą służbę, gdy zo­ba­czyła, jak gra na li­rze z wędrow­nym min­stre­lem, któremu udzie­lił schro­nie­nia, i przy­po­mniała so­bie, czy­je za­da­nie wypełnia. Nie była w sta­nie zabić Car­lina. Usiłowała wy­obra­zić so­bie kon­se­kwen­cje, które pociągnie za sobą jej nie­sub­or­dy­na­cja, usiłowała oszu­kać, a na­wet prze­ku­pić samą sie­bie, ale mimo to nadal nie po­tra­fiła go zabić. Mu­siała jed­nak do­ko­nać za­ma­chu i zdo­być de­na­ta.

Lor­do­wi Ni­ral­lo­wi po­zwo­liła do­ko­nać tego sa­me­go wy­bo­ru co sir Car­li­no­wi – mógł umrzeć bądź sfin­go­wać własną śmierć, uciec i nig­dy więcej nie używać swo­je­go imie­nia. Dotąd wszyst­kie czte­ry cele, których do­ty­czyły zle­ce­nia, wy­brały ucieczkę. Nie­doszłe ofia­ry bez tru­du roz­stały się z sy­gne­ta­mi i in­ny­mi przed­mio­ta­mi po­twier­dzającymi ich tożsamość. Jesz­cze chętniej od­da­wa­no Ce­la­enie ko­szu­le noc­ne, by mogła je od­po­wied­nio pociąć. Zależało jej bo­wiem na tym, aby dziu­ry w odzieży od­po­wia­dały ra­nom, o których mówiła w spra­woz­da­niach. Ciała były łatwe do zdo­by­cia. Szpi­ta­le bez prze­rwy po­zby­wały się świeżych trupów i zna­le­zie­nie ta­kie­go, który przy­po­mi­nał nie­doszłą ofiarę, nig­dy nie nastręczało szczególnych trud­ności, tym bar­dziej że zabójstwa za­zwy­czaj zle­ca­no w od­ległych miej­scach i głowy za­czy­nały gnić w dro­dze po­wrot­nej. Zabójczy­ni nie miała pojęcia, do kogo należała głowa lor­da Ni­ral­la. Wy­brała ją dla­te­go, że miała po­dob­ne włosy. Ozdo­biła ją kil­ko­ma cięcia­mi i po­zwo­liła, by nie­co nad­gniła, dzięki cze­mu nada­wała się ide­al­nie. Dłoń po­cho­dziła z tego sa­me­go tru­pa, a tę, która rze­ko­mo należała do żony Ni­ral­la, odcięto z ciała młodej dziew­czy­ny, zmarłej niedługo po pierw­szym krwa­wie­niu na cho­robę, z którą przed dzie­sięciu laty każdy uzdro­wi­ciel dałby so­bie bez tru­du radę. Ma­gia jed­nakże znikła, mądrzy uzdro­wi­ciele zo­sta­li po­wie­sze­ni bądź spa­le­ni, a lu­dzie umie­ra­li set­ka­mi na głupie cho­roby, które kie­dyś były ule­czal­ne. Ce­la­ena prze­tur­lała się po łóżku, aby ukryć twarz w sierści Strzały.

Ar­cher. W jaki sposób sfin­go­wać jego śmierć? Prze­cież był tak zna­ny i roz­po­zna­wal­ny. Wciąż nie mogła so­bie wy­obra­zić, aby mógł mieć związek z ja­kim­kol­wiek pod­ziem­nym ugru­po­wa­niem, ale sko­ro zna­lazł się na liście króla, być może od chwi­li ich ostat­nie­go spo­tka­nia wy­ko­rzy­sty­wał swe ta­len­ty, by stać się kimś o wie­le znacz­niej­szym. Ale czy ów ruch opo­ru mógł do­wie­dzieć się tyle o królew­skich pla­nach, aby stać się praw­dzi­wym za­grożeniem? Prze­cież król znie­wo­lił już cały kon­ty­nent! Cze­go jesz­cze mógłby za­pragnąć?

Oczy­wiście ist­niały inne kon­ty­nen­ty, a na nich zamożne króle­stwa, jak leżące da­le­ko za mo­rzem Wen­dlyn. Wcześniej od­pie­rało mor­skie ata­ki króla Adar­la­nu, ale Ce­la­ena od cza­su zesłania do En­do­vier nie miała żad­nych no­wych in­for­ma­cji na te­mat prze­bie­gu woj­ny. A zresztą dla­cze­go ruch opo­ru miałby się przej­mo­wać króle­stwem leżącym na in­nym kon­ty­nen­cie, sko­ro po­win­ni się mar­twić o własny? Nie, pla­ny króla na pew­no były związane z tymi zie­mia­mi i tym kon­ty­nen­tem.

Nie chciała wie­dzieć, o co cho­dzi. Nie chciała znać za­miarów króla ani być świa­do­ma, jaki los za­pla­no­wał dla im­pe­rium. Po­sta­no­wiła, że przez ten mie­siąc wymyśli, co począć z Ar­che­rem, a w tym cza­sie będzie uda­wać, że nig­dy nie usłyszała tego strasz­li­we­go słowa: „pla­ny”.

Stłumiła dreszcz. Grała w bar­dzo nie­bez­pieczną grę, a jej no­wym ce­lem sta­li się lu­dzie w Ri­fthold. Pierw­szy był Ar­cher. Mu­siała obmyślić sposób na lep­sze ro­ze­gra­nie następnej części mi­sji. Gdy­by król po­znał prawdę i do­wie­dział się, co robi, znisz­czyłby ją bez wa­ha­nia.

3

Cela­ena pędziła przez pogrążony w ciem­nościach se­kret­ny tu­nel, od­dy­chając z tru­dem. Spoj­rzała przez ramię i zo­ba­czyła Ca­ina, który uśmie­chał się do niej sze­ro­ko. Jego oczy płonęły jak rozżarzo­ne węgle.

Choć biegła ze wszyst­kich sił, jej prześla­dow­ca nadążał za nią bez tru­du, a za nim wzno­siły się mie­niące, zie­lo­ne Zna­ki Wy­rda. Pra­sta­re kamie­nie w ścia­nach oświe­tla­ne były przez oso­bli­we kształty i sym­bo­le. Za ple­ca­mi Ca­ina pędził rid­de­rak, dra­piąc długi­mi pa­zu­ra­mi o po­sadzkę.

Ce­la­ena po­tknęła się, ale utrzy­mała równo­wagę. Miała wrażenie, że brnie przez błoto. Czuła, że nie uciek­nie. Wie­działa, że Cain w końcu ją złapie, a gdy do­pad­nie ją rid­de­rak… Bała się spoj­rzeć na nad­mier­nie roz­rośnięte kły, sterczące z pasz­czy po­two­ra, oraz bez­den­ne oczy, w których błysz­czała żądza pożar­cia jej kęs po kęsie.

Cain zaśmiał się, a jego głos odbił się echem od ka­mien­nych ścian. Był już bli­sko, tak bli­sko, że lada chwi­la mógł złapać ją dłonią za kark.

Wy­szep­tał jej imię – jej praw­dzi­we imię – a ona wrzasnęła, gdy…

***

Ce­la­ena obu­dziła się ze stłumio­nym okrzy­kiem, ści­skając Oko Ele­ny. Ro­zej­rzała się po kom­na­cie w po­szu­ki­wa­niu ciem­niej­szych plam wśród cie­ni, płonących Znaków Wy­rda czy ja­kich­kol­wiek in­nych śladów tego, że ta­jem­ne drzwi za skry­wającą je tka­niną zo­stały otwar­te. Usłyszała jed­nak tyl­ko ci­che trza­ski do­pa­lającego się ognia.

Znów opadła na po­dusz­ki. A więc to był tyl­ko sen. Cain oraz rid­de­rak zniknęli bez­pow­rot­nie, a Ele­na nie będzie już jej dręczyć. Strzała, śpiąca pod kil­ko­ma ko­ca­mi, ułożyła głowę na brzu­chu swo­jej pani, a Ce­la­ena umościła się le­piej, oto­czyła suczkę ra­mio­na­mi i za­mknęła oczy.

Już po wszyst­kim.

***

Było wcześnie rano i w po­wie­trzu wi­siały chłodne mgły. Ce­la­ena cisnęła pa­tyk przed sie­bie. Strzała popędziła przez po­lanę ni­czym złota błyska­wi­ca z taką szyb­kością, że dziew­czy­na aż gwizdnęła z po­dzi­wem. Stojąca obok niej Ne­he­mia cmoknęła, również nie spusz­czając oczu z pędzącego psa. Przy­bysz­ka z Eyl­l­we była na ogół nie­zwy­kle zajęta po­zy­ski­wa­niem względów królo­wej Geo­r­gi­ny i zdo­by­wa­niem in­for­ma­cji o tym, co król pla­nu­je w spra­wie jej oj­czy­zny, przez co mogły się spo­ty­kać je­dy­nie o świ­cie. Czy władca wie­dział, że księżnicz­ka była jed­nym ze wspo­mnia­nych przez nie­go szpiegów? Z pew­nością nie miał o tym pojęcia, gdyż nie po­zwo­liłby wówczas Ce­la­enie zo­stać Królewską Obrończy­nią. Przy­jaźń między dziewczętami była bo­wiem po­wszech­nie zna­na.

– Dla­cze­go Ar­cher Finn? – Ne­he­mia za­sta­na­wiała się w języku Eyl­l­we, nie pod­nosząc głosu. Ce­la­ena zdążyła jej pokrótce opo­wie­dzieć o swo­im no­wym zle­ce­niu.

Strzała złapała pa­tyk w zęby i przy­niosła go swej pani, mer­dając długim ogo­nem. Nie osiągnęła jesz­cze roz­miarów do­rosłego zwierzęcia, ale była już całkiem spo­ra. Do­rian nig­dy nie po­dzie­lił się z zabójczy­nią swo­imi po­dej­rze­nia­mi co do rasy ojca Strzały, ale zważyw­szy na jej roz­miary, mógł to być wil­czur. A może na­wet wilk?

W od­po­wie­dzi na py­ta­nie Ne­he­mii Ce­la­ena wzru­szyła ra­mio­na­mi i wsunęła dłonie do ob­szy­tych fu­trem kie­sze­ni płasz­cza.

– Król myśli… uważa, że Ar­cher należy do ja­kiejś ta­jem­nej or­ga­ni­za­cji działającej tu w Ri­fthold, której ce­lem jest po­zba­wie­nie go tro­nu.

– Wątpię, czy ktoś zdo­byłby się na taką od­wagę. Bun­tow­ni­cy cho­wają się w górach i la­sach bądź tam, gdzie miej­sco­wi mogą ich ukryć lub wes­przeć. Na pew­no nie tu­taj. Ri­fthold to śmier­tel­na pułapka.

Ce­la­ena znów wzru­szyła ra­mio­na­mi. Strzała wróciła, pro­mie­niejąc ochotą, by przy­nieść pa­tyk raz jesz­cze.

– Chy­ba jed­nak nie. Król zaś naj­wy­raźniej ma listę lu­dzi, którzy jego zda­niem od­gry­wają w tej or­ga­ni­za­cji klu­czo­we role.

– A ty… A ty masz ich wszyst­kim po­za­bi­jać? – Ja­snobrązowa twarz Ne­he­mii po­bladła lek­ko.

– Jed­ne­go po dru­gim – rzekła Ce­la­ena i rzu­ciła pa­tyk naj­da­lej, jak umiała. Upadł gdzieś wśród mgieł na po­la­nie, a Strzała popędziła w ślad za nim. Jej ogrom­ne łapy miażdżyły zeschłą trawę i po­zo­stałości po ostat­niej bu­rzy śnieżnej.

– Będzie mi zdra­dzał tyl­ko po jed­nym na­zwi­sku. Moim zda­niem to nie­co te­atral­ne za­cho­wa­nie, ale wygląda na to, że ci bun­tow­ni­cy w jakiś sposób chcą po­krzyżować mu pla­ny.

– Ja­kie pla­ny? – spy­tała ostro Ne­he­mia.

– Miałam na­dzieję, że ty coś wiesz. – Ce­la­ena zmarsz­czyła brwi.

– Nie.

Za­padła pełna napięcia ci­sza.

– Ale jeśli się cze­goś do­wiesz… – zaczęła Ne­he­mia.

– Zo­baczę, co się da zro­bić – skłamała Ce­la­ena. Nie była prze­ko­na­na, czy na­prawdę pra­gnie po­znać za­mia­ry króla, a już na pew­no nie chciała dzie­lić się z ni­kim tymi in­for­ma­cja­mi. Było to być może sa­mo­lub­ne i głupie za­cho­wa­nie, ale pamiętała ostrzeżenie władcy, które usłyszała w dniu, gdy usta­no­wił ją swoją Obrończy­nią. Uprze­dził ją, że jeśli kie­dy­kol­wiek postąpi wbrew jego woli i zdra­dzi go, w od­we­cie za­bi­je Cha­ola, a po nim Ne­he­mię i jej ro­dzinę. Wszyst­kie do­tych­cza­so­we działania zabójczy­ni, wszyst­kie sfin­go­wa­ne mor­der­stwa i opo­wie­dzia­ne kłam­stwa narażały ich na nie­bez­pie­czeństwo.

Ne­he­mia pokręciła głową, ale nic nie po­wie­działa. Ce­la­ena nie zno­siła, gdy księżnicz­ka, Cha­ol, a na­wet Do­rian pa­trzy­li na nią w ten sposób, lecz oni również mu­sie­li uwie­rzyć w jej kłam­stwa. Dla własne­go bez­pie­czeństwa.

Ne­he­mia zaczęła wykręcać dłonie, a jej oczy zaszły mgłą, jak­by wpa­try­wała się w jakiś od­legły punkt. Ce­la­ena ostat­nio często wi­dy­wała u niej ten wy­raz twa­rzy.

– Jeśli mar­twisz się o mnie…

– Nie – od­parła księżnicz­ka. – Ty po­tra­fisz o sie­bie za­dbać.

– A więc o co ci cho­dzi? – spy­tała Ce­la­ena ze ściśniętym żołądkiem. Miała na­dzieję, że Ne­he­mia nie będzie chciała mówić o bun­tow­ni­kach, gdyż nie wie­działa, jak długo będzie w sta­nie to znieść. Tak, chciała się uwol­nić od króla, zarówno jako Obrończy­ni, jak i dziec­ko pod­bi­te­go na­ro­du, ale nie chciała się mie­szać w ja­kie­kol­wiek in­try­gi układa­ne te­raz w Ri­fthold i nie miała za­mia­ru po­dzie­lać roz­pacz­li­wych na­dziei bun­tow­ników. Prze­ciw­sta­wia­nie się królowi było ak­tem głupo­ty i gro­ziło śmier­cią.

Nie­mniej Ne­he­mia po­wie­działa:

– W obo­zie pra­cy Ca­la­cul­la co dzień przy­by­wa lu­dzi. Tra­fia tam co­raz więcej bun­tow­ników z Eyl­l­we. Większość z nich uzna­je za cud to, że nadal żyją. Po tym, jak królew­scy żołnie­rze wy­mor­do­wa­li tych pięciu­set po­wstańców… Moi ro­da­cy żyją w stra­chu.

Strzała powróciła. Tym ra­zem Ne­he­mia wyjęła pa­tyk z psie­go py­ska i wy­rzu­ciła go da­le­ko w sza­ry świt.

– Ale wa­run­ki w Ca­la­cul­li…

Znów za­milkła, przy­pusz­czal­nie na wspo­mnie­nie trzech blizn biegnących po ple­cach Ce­la­eny – pamiątki po okru­cieństwie strażników ko­pal­ni soli w En­do­vier. Bli­zny te przy­po­mi­nały zabójczy­ni o tym, że choć od­zy­skała wol­ność, to tysiące in­nych więźniów nadal ha­ro­wało tam i umie­rało. W Ca­la­cul­li, która była sio­strza­nym obo­zem En­do­vier, wa­run­ki były ponoć jesz­cze gor­sze.

– Król nie chce się ze mną spo­tkać. – Ne­he­mia bawiła się te­raz jed­nym ze swo­ich cie­niut­kich war­ko­czyków. – Trzy­krot­nie pro­siłam go, aby ze­chciał po­roz­ma­wiać ze mną o wa­run­kach w Ca­la­cul­li, ale za każdym ra­zem utrzy­my­wał, że jest zajęty. Naj­wy­raźniej ma mnóstwo pra­cy z wy­szu­ki­wa­niem dla cie­bie ko­lej­nych ofiar.

Ce­la­ena za­ru­mie­niła się, słysząc su­rową nutę w głosie Ne­he­mii. Wróciła Strzała i księżnicz­ka znów wzięła od niej pa­tyk, ale tym ra­zem za­trzy­mała go w rękach.

– Muszę coś zro­bić, Elen­tiya – po­wie­działa, używając imie­nia, które nadała przy­ja­ciółce owej nocy, gdy Ce­la­ena przy­znała, że jest zabójczy­nią. – Muszę zna­leźć jakiś sposób, żeby pomóc moim ro­da­kom. W którym mo­men­cie zbie­ra­nie in­for­ma­cji prze­sta­je gdzie­kol­wiek pro­wa­dzić? Kie­dy należy przystąpić do czy­nu?

Ce­la­ena przełknęła z tru­dem ślinę. Słowo „czyn” na­pa­wało ją większym stra­chem, niż chciała to przed sobą przy­znać. Bała się go jesz­cze bar­dziej niż słowa „pla­ny”. Strzała usiadła u jej stóp i ma­chała ogo­nem, ocze­kując na rzut pa­ty­kiem. Zabójczy­ni nic nie od­po­wie­działa i ni­cze­go nie obie­cała, jak za­wsze, gdy Ne­he­mia po­ru­szała ten te­mat. Księżnicz­ka upuściła więc pa­tyk na zie­mię i po ci­chu odeszła do zam­ku.

Ce­la­ena za­cze­kała, aż jej kro­ki ucichną, i wypuściła długi od­dech. Za kil­ka mi­nut miała się spo­tkać z Cha­olem na po­ran­ne bie­ga­nie, a później… Później chciała się udać do Ri­fthold. Ar­cher mógł po­cze­kać do popołudnia.

W końcu król dał jej cały mie­siąc i choć sama chciała zadać Fin­no­wi mnóstwo pytań, w pierw­szej ko­lej­ności wolała na jakiś czas opuścić za­mek. Miała do wy­da­nia mnóstwo pie­niędzy, które za­ro­biła roz­le­wem krwi.

4

Chaol West­fall pędził przez park, a Ce­la­ena utrzy­my­wała jego tem­po. Zim­ne po­ran­ne po­wie­trze kłuło go w płuca ni­czym okrusz­ki lodu, a wokół jego ust wy­kwi­tały obłoczki pary. Obo­je mu­sie­li włożyć ciepłe ubra­nia, które jed­no­cześnie za­pew­niały swo­bodę ru­chu. Mie­li więc na so­bie kil­ka warstw odzieży oraz ręka­wicz­ki, lecz Cha­ol czuł, że mar­z­nie, mimo że po cie­le spływał mu pot.

Wie­dział, że Ce­la­enie również jest zim­no. Miała zaróżowio­ny ko­niu­szek nosa oraz ru­mieńce na po­licz­kach, a jej uszy były krwi­sto­czer­wo­ne. Dziew­czy­na za­uważyła spoj­rze­nie ka­pi­ta­na i uśmiechnęła się sze­ro­ko. Jej prze­piękne tur­ku­so­we oczy skrzyły życiem.

– Zmęczo­ny? – za­drwiła. – Wie­działam, że nie chciało ci się ćwi­czyć pod­czas mo­jej nie­obec­ności.

Za­chi­cho­tał, nie­co zdy­sza­ny.

– Ty zaś z pew­nością nie ćwi­czyłaś pod­czas swej mi­sji. Już po raz dru­gi dzi­siaj mu­siałem zwol­nić, żebyś mogła za mną nadążyć.

Było to rażące kłam­stwo. Dziew­czy­na bez tru­du utrzy­my­wała jego tem­po i biegła ni­czym jeleń sadzący su­sa­mi przez las. Chwi­la­mi ka­pi­tan nie mógł ode­rwać od niej wzro­ku. Po­dzi­wiał sposób, w jaki się po­ru­sza.

– Wma­wiaj so­bie to da­lej – mruknęła i przy­spie­szyła.

Cha­ol również zwiększył prędkość, nie chcąc po­zo­stać w tyle. Służba usunęła już śnieg, który po­krył grubą warstwą park, ale zie­mia nadal była zmar­z­nięta i śli­ska. Ostat­nio ka­pi­tan zaczął so­bie co­raz bar­dziej uświa­da­miać, że nie zno­sił, gdy Ce­la­ena zo­sta­wiała go w tyle. Z całego ser­ca nie­na­wi­dził chwil, gdy roz­po­czy­nała te swo­je przeklęte mi­sje i nie kon­tak­to­wała się z nim przez całe dnie i ty­go­dnie. Nie miał pojęcia, jak i kie­dy do tego doszło, ale zaczął mar­twić się tym, czy uda jej się wrócić pomyślnie. A po tym wszyst­kim, przez co już wspólnie prze­szli…

Zabił prze­cież Ca­ina pod­czas po­je­dyn­ku. Zabił go, aby ją oca­lić. Nie żałował tego czy­nu i zro­biłby to raz jesz­cze bez za­sta­no­wie­nia, a mimo to nadal bu­dził się w środ­ku nocy zla­ny po­tem, który przy­po­mi­nał krew jego ofia­ry.

Ce­la­ena spoj­rzała na nie­go.

– Co się dzie­je? – spy­tała.

Cha­ol stłumił na­ra­stające po­czu­cie winy.

– Skup się na bie­gu, bo się za­raz przewrócisz.

Posłuchała go, co rzad­ko jej się zda­rzało.

– Chcesz o tym po­ga­dać?

Tak. Nie. Była prze­cież je­dyną osobą, która po­tra­fiłaby zro­zu­mieć po­czu­cie winy oraz wściekłość, które na­wie­dzały go na myśl o Ca­inie.

– Jak często – wy­dy­szał między jed­nym sap­nięciem a dru­gim – myślisz o lu­dziach, których zabiłaś?

Ce­la­ena smagnęła go wzro­kiem, a po­tem zwol­niła. Cha­ol nie miał ocho­ty za­trzy­my­wać się i po­biegłby da­lej, ale dziew­czy­na złapała go za łokieć i zmu­siła, by przy­stanął. Jej moc­no zaciśnięte usta utwo­rzyły cienką linię.

– Jeśli przyszło ci do głowy, że zmu­sza­nie mnie do wysłuchi­wa­nia osądów na mój te­mat przed śnia­da­niem to do­bry po­mysł…

– Nie – prze­rwał jej, dysząc. – Nie chciałem, żeby… – Przełykał ślinę, próbując złapać od­dech. – To nie… był osąd.

Gdy­by wresz­cie od­zy­skał ten przeklęty od­dech, wyjaśniłby jej, o co mu cho­dzi.

Oczy zabójczy­ni były równie prze­mar­z­nięte jak ota­czający ich park, ale na­raz prze­chy­liła głowę i spy­tała:

– Cho­dzi o Ca­ina?

Gdy Ce­la­ena wy­po­wie­działa to imię, Cha­ol za­cisnął zęby, ale zdołał skinąć głową. Lód w oczach dziew­czy­ny stop­niał na­tych­miast, a na jej twa­rzy po­ja­wiło się współczu­cie i wy­ro­zu­miałość. Nie zno­sił ta­kie­go po­dejścia. Prze­cież był ka­pi­ta­nem Gwar­dii i kie­dyś mu­siał po raz pierw­szy ode­brać komuś życie. Wy­star­czająco wie­le już wi­dział i zro­bił w imie­niu króla. Nie­raz wal­czył z in­ny­mi ludźmi i za­da­wał im rany. Nie po­wi­nien więc tak re­ago­wać, a już tym bar­dziej nie po­wi­nien zdra­dzać tych myśli dziew­czy­nie. Ist­niała między nimi wyraźna ba­rie­ra, a Cha­ol był prze­ko­na­ny, że ostat­nio za­nad­to się do niej zbliżył.

– Nig­dy nie za­pomnę lu­dzi, których zabiłam – po­wie­działa Ce­la­ena. Wokół jej ust kłębiły się obłoczki pary. – Na­wet tych, których zabiłam w sa­mo­obro­nie. Nadal widzę ich twa­rze i pamiętam cio­sy, które mu­siałam im zadać. – Spoj­rzała na drze­wa przy­po­mi­nające szkie­le­ty. – Cza­sem mam wrażenie, że zro­bił to ktoś inny. Ba, większość mo­ich ofiar zasługi­wała na śmierć i cieszę się, że im ją zadałam. Nie­mniej jed­nak, bez względu na przy­czynę, każda za­da­na śmierć od­bie­ra kawałek du­szy. Nie myśl więc, że kie­dy­kol­wiek o tym za­pomnę. – Znów spoj­rzała mu w oczy, a on po­ki­wał głową. – Ale, Cha­ol… – dodała i za­cisnęła dłoń na jego ra­mie­niu. Ka­pi­tan nie zda­wał so­bie spra­wy, że dziew­czy­na nadal go trzy­ma. – To, co stało się z Ca­inem… Prze­cież to nie było zabójstwo ani na­wet mor­der­stwo z zimną krwią. – Cha­ol chciał się cofnąć, ale dziew­czy­na nadal moc­no go trzy­mała. – Ten czyn nie okrył cię hańbą i nie mówię tego tyl­ko dla­te­go, że ura­to­wałeś mi życie. – Umilkła na mo­ment. – Nig­dy nie za­pomnisz tego, że zabiłeś Ca­ina – po­wie­działa w końcu, a gdy znów spoj­rze­li so­bie w oczy, ser­ce Cha­ola biło tak moc­no, że czuł to w całym cie­le. – A ja nig­dy nie za­pomnę, że zro­biłeś to, aby mnie oca­lić.

Po­ku­sa, by przy­tu­lić ją i za­nu­rzyć się w jej cie­ple, była tak sil­na, że mężczyźnie zakręciło się w głowie. Zmu­sił się, aby zro­bić krok w tył, a po­tem strząsnął jej dłoń i z tru­dem skinął głową.

Niewątpli­wie ba­rie­ra między nimi ist­niała. Król być może nie zda­wał so­bie spra­wy z ich przy­jaźni, ale prze­kro­cze­nie tej li­nii zakończyłoby się fa­tal­nie dla nich oboj­ga. Władca zacząłby wówczas kwe­stio­no­wać jego lo­jal­ność, sta­tus i wszyst­ko inne. A gdy­by jemu sa­me­mu kie­dy­kol­wiek przyszło wy­bie­rać między królem a Ce­la­eną… Mo­dlił się do Wy­rda, aby nig­dy nie mu­siał po­dej­mo­wać ta­kiej de­cy­zji. Opo­wia­da­nie się po stro­nie króla było lo­gicz­nym wy­bo­rem. Na­ka­zy­wał mu to również ho­nor, gdyż Do­rian… Cha­ol wi­dział spoj­rze­nia, ja­ki­mi Do­rian ob­rzu­cał Ce­la­enę. Nie miał za­mia­ru zdra­dzić przy­jaciela w ten sposób.

– Cóż – rzekł z wy­mu­szoną bez­troską. – Przy­pusz­czam, że do­brze jest mieć Zabójczy­nię Adar­la­nu wśród dłużników.

– Do usług! – Ce­la­ena ukłoniła się.

Tym ra­zem jego uśmiech był szcze­ry.

– Da­lej, ka­pi­ta­nie! – zawołała i zaczęła po­wo­li biec. – Je­stem głodna i nie chcę, żeby od­marzł mi tu tyłek.

West­fall za­chi­cho­tał i po­biegł za nią.

***

Pod ko­niec tre­nin­gu Ce­la­ena miała nogi jak z waty, a płuca bolały ją z zim­na i wysiłku do tego stop­nia, iż bała się, że za­raz za­czną krwa­wić. Zwol­ni­li i żwa­wym kro­kiem zbliżali się do pałacu. Miało tam na nich cze­kać so­wi­te śnia­da­nie, które dziew­czy­na za­mie­rzała pochłonąć przed wyjściem na za­ku­py.

Już byli w ogro­dach zam­ko­wych. Szli wśród wy­so­kich żywopłotów po wy­sy­pa­nych żwi­rem ścieżkach. Ce­la­ena wsunęła dłonie pod ra­mio­na. Po­mi­mo ręka­wi­czek jej pal­ce ze­sztyw­niały z zim­na, a uszy piekły. Może po­win­na zacząć owi­jać głowę sza­lem, choć pew­nie Cha­ol natrząsałby się z niej bez litości.

Zerknęła na swe­go to­wa­rzy­sza, który ściągnął już wierzch­nie odzie­nie, odsłaniając mokrą od potu ko­szulę przy­le­gającą do ciała. Skręcili za żywopłot, a wte­dy uka­zał im się nowy wi­dok. Ce­la­ena wywróciła ocza­mi.

Każdego ran­ka co­raz więcej dam dwo­ru znaj­do­wało powód, by tuż po świ­cie udać się na spa­cer po ogro­dzie. Za pierw­szym ra­zem na­tknęli się na kil­ka młodych dziewcząt, które za­trzy­mały się na wi­dok Cha­ola w prze­po­co­nej, ob­cisłej ko­szu­li. Ce­la­ena była go­to­wa przy­siąc, że oczy wyszły im na wierzch, a języki wy­to­czyły się z sze­ro­ko otwar­tych ust i stur­lały na zie­mię. Następne­go dnia na­tknęli się na nie na tej sa­mej ścieżce, ale tym ra­zem damy miały na so­bie ład­niej­sze suk­nie. Dwa dni później dam było więcej, a ich licz­ba zwiększała się za każdym ra­zem. Te­raz każda ścieżka pro­wadząca do zam­ku była pa­tro­lo­wa­na przez przy­najm­niej jedną grupę dziewcząt ocze­kujących na ich przejście.

– No nie, bez żartów… – syknęła Ce­la­ena, gdy minęli dwie młode damy, które uniosły oczy znad fu­trza­nych mu­fek i za­trze­po­tały do Cha­ola rzęsami. Wyglądały bar­dzo ład­nie, co ozna­czało, że mu­siały wstać na długo przed świ­tem, aby się przy­go­to­wać.

– Co? – Ka­pi­tan uniósł brwi.

Zabójczy­ni nie miała pojęcia, czy jej to­wa­rzysz na­prawdę ni­cze­go nie za­uważył, czy też może nie chciał tego ko­men­to­wać, ale…

– Pa­nu­je tu spo­ry ruch jak na zi­mo­wy po­ra­nek – po­wie­działa ostrożnie.

Cha­ol wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Niektóre oso­by bar­dzo chcą za­cho­wać formę w zi­mie – stwier­dził.

„Albo po pro­stu lubią przyglądać się ka­pi­ta­no­wi Gwar­dii i jego mu­sku­la­tu­rze” – pomyślała Ce­la­ena, ale ogra­ni­czyła się do krótkie­go:

– Ra­cja.

Jeśli Cha­ol w isto­cie ni­cze­go nie za­uważył, nie było sen­su go uświa­da­miać, tym bar­dziej że niektóre z owych dam były nie­zwy­kle piękne.

– Wy­bie­rasz się dziś do Ri­fthold, żeby szpie­go­wać Ar­che­ra? – spy­tał mężczy­zna ci­cho, gdy chi­choczące, ru­mie­niące się dziewczęta znikły wresz­cie ze ścieżki.

Ce­la­ena po­ki­wała głową.

– Chcę po­znać jego co­dzien­ne, ru­ty­no­we zwy­cza­je, a więc przy­pusz­czal­nie za­cznę go śle­dzić.

– Dla­cze­go ja ci w tym nie po­ma­gam?

– Bo ja nie po­trze­buję two­jej po­mo­cy.

Wie­działa, że od­bie­rze te słowa jako prze­jaw aro­gan­cji, i częścio­wo będzie miał rację, ale… Jeśli Cha­ol wmie­sza się w jej działania, prze­my­ce­nie Ar­che­ra w ja­kieś bez­piecz­ne miej­sce sta­nie się o wie­le bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne. A do tego mu­siała prze­cież wy­do­być z ka­wa­le­ra całą prawdę i do­wie­dzieć się, o ja­kich pla­nach wspo­mi­nał król.

– Wiem, że jej nie po­trze­bu­jesz. Po pro­stu przyszło mi do głowy, że będziesz chciała…

Urwał i pokręcił głową, jak­by sam sie­bie stro­fo­wał. Ce­la­ena złapała się na myśli, że chciałaby wie­dzieć, co pragnął jej od­rzec, ale le­piej było zmie­nić te­mat.

Minęli ko­lej­ny żywopłot. Byli już tak bli­sko wejścia do zam­ku, że zabójczy­ni pra­wie jęknęła na myśl o pa­nującym w środ­ku wspa­niałym cie­ple, gdy na­gle zim­ne po­ran­ne po­wie­trze prze­ciął głos Do­ria­na:

– Cha­ol!

Tym ra­zem nie zdołała po­wstrzy­mać ci­che­go, le­d­wo słyszal­ne­go jęknięcia. Ka­pi­tan spoj­rzał na nią ze zdu­mie­niem, a po­tem odwrócili się i uj­rze­li księcia, który kro­czył w ich stronę. Za nim podążał jakiś ja­snowłosy młodzie­niec. Ce­la­ena nig­dy dotąd go nie wi­działa. Był pięknie odzia­ny i wy­da­wał się mieć tyle samo lat co Do­rian. Cha­ol ze­sztyw­niał na jego wi­dok.

Młody człowiek nie wy­da­wał się groźny, ale zabójczy­ni wie­działa, że na dwo­rze nie wol­no ni­ko­go lek­ce­ważyć. Nie­zna­jo­my nosił przy pa­sie je­dy­nie szty­let, a jego bla­da twarz, po­mi­mo po­ran­ne­go chłodu, robiła wrażenie miłej i jo­wial­nej.

Zabójczy­ni za­uważyła, że Do­rian przygląda się jej z półuśmiesz­kiem. Widząc błysk roz­ba­wie­nia w jego oczach, na­brała ocho­ty, aby go spo­licz­ko­wać. Książę zerknął na Cha­ola i za­chi­cho­tał.

– A ja sądziłem, że wszyst­kie te damy ze­brały się tu­taj ze względu na Ro­lan­da i na mnie. Gdy każda z nich złapie pa­skud­ne prze­ziębie­nie, prze­każę ich oj­com, że to ty po­no­sisz winę.

Na po­licz­kach Cha­ola po­ja­wił się le­ciut­ki ru­mie­niec. A więc jed­nak tyl­ko uda­wał, że nie do­strze­ga po­ran­ne­go zbie­go­wi­ska.

– Lor­dzie Ro­lan­dzie – zwrócił się bez emo­cji do przy­ja­cie­la Do­ria­na i ukłonił mu się.

– Ka­pi­ta­nie West­fall – od­parł tam­ten.

Miał sto­sun­ko­wo przy­jem­ny głos, ale dziew­czy­na usłyszała w nim coś, co ją za­alar­mo­wało. Nie było to roz­ba­wie­nie ani też aro­gan­cja czy gniew. Nie po­tra­fiła na­zwać tego wrażenia.

– Pozwól, że przed­sta­wię ci mego ku­zy­na – rzekł Do­rian i klepnął Ro­lan­da w ramię. – Oto lord Ro­land Ha­vil­liard z Meah. – Następnie wska­zał Ce­la­enę dłonią. – Ro­landzie, oto Lil­lian. Pra­cu­je dla mego ojca.

W obec­ności in­nych członków dwo­ru nadal używa­li jej pseu­do­ni­mu, choć większość lu­dzi w pałacu orien­to­wała się, że zabójczy­ni prze­by­wa tu by­najm­niej nie ze względu na ja­kieś ad­mi­ni­stra­cyj­ne bzdu­ry czy układy po­li­tycz­ne.

– Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie. – Ro­land ukłonił się w pas. – Czy właśnie przy­byłaś na dwór? Chy­ba nig­dy wcześniej cię tu nie wi­działem.

Ton głosu młodzieńca mówił wie­le na te­mat jego układów z ko­bie­ta­mi.

– Przy­byłam tu z początkiem je­sie­ni – rzekła nie­co zbyt ci­cho.

Ro­land ob­da­rzył ją iście dwor­skim uśmie­chem.

– A ja­kie za­da­nia wy­ko­nu­jesz dla mego wuja?

Do­rian przestąpił z nogi na nogę, a Cha­ol znie­ru­cho­miał, ale Ce­la­ena uśmiechnęła się do Ro­lan­da i po­wie­działa:

– Grze­bię prze­ciw­ników króla tam, gdzie nikt ich nie od­naj­dzie.

Ku jej zdu­mie­niu młodzie­niec wy­buchnął śmie­chem. Dziew­czy­na nie ośmie­liła się na­wet spoj­rzeć na ka­pi­ta­na. Nie miała wątpli­wości, że zbesz­ta ją za tę od­po­wiedź.

– Słyszałem już co nie­co o Królew­skiej Obrończy­ni. Nie sądziłem tyl­ko, że będzie to ktoś tak… tak cza­rujący.

– Cóż cię spro­wa­dza do Ri­fthold, Ro­lan­dzie? – za­py­tał ka­pi­tan i ob­da­rzył go jed­nym z tych spoj­rzeń, po których Ce­la­ena miała ochotę rzu­cić się do uciecz­ki.

Ro­land znów się uśmiechnął. Robił to zbyt często i przy­cho­dziło mu to zbyt łatwo.

– Jego Wy­so­kość za­pro­po­no­wał mi miej­sce w swo­jej ra­dzie – od­parł.

Cha­ol zerknął na Do­ria­na, a ten wzru­szył ra­mio­na­mi, po­twier­dzając słowa ku­zy­na.

– Przy­byłem zeszłej nocy i dziś mam zacząć pracę.

Re­akcję Cha­ola trud­no było na­zwać uśmie­chem – ka­pi­tan obnażył zęby. Tak, bez wątpie­nia zabójczy­ni rzu­ciłaby się do uciecz­ki, gdy­by spoj­rzał na nią w ten sposób. Do­rian zro­zu­miał to spoj­rze­nie i roześmiał się znacząco. Ro­land zaś przyglądał się Ce­la­enie nie­co zbyt in­ten­syw­nie.

– Być może przyj­dzie nam pra­co­wać wspólnie, Lil­lian. In­try­gu­je mnie two­ja po­zy­cja.

Nie miałaby nic prze­ciw­ko pra­cy z tym człowie­kiem, ale nie na ta­kich wa­run­kach, jak Ro­land so­bie wy­obrażał. Jej me­to­dy pra­cy zakładały wy­ko­rzy­sta­nie szty­le­tu oraz łopa­ty i wy­ko­pa­nie nie­ozna­czo­ne­go gro­bu.

Cha­ol położył jej dłoń na ra­mie­niu, jak­by od­czy­tał jej myśli.

– Spóźnimy się na śnia­da­nie – rzekł, a po­tem ukłonił się Do­ria­no­wi i Ro­lan­do­wi. – Gra­tu­luję awan­su – dodał. Mówiąc te słowa, miał minę, jak­by właśnie napił się nieświeżego mle­ka.

Gdy Cha­ol wpro­wa­dzał Ce­la­enę do zam­ku, uświa­do­miła so­bie, że na­tych­miast musi się wykąpać. Pra­gnie­nie to jed­nak nie miało związku z jej prze­po­co­ny­mi ubra­nia­mi. Mu­siała spłukać z sie­bie śli­ski uśmiech i tak­sujące spoj­rze­nie Ro­lan­da Ha­vil­liar­da.

***

Do­rian pa­trzył, jak Ce­la­ena i Cha­ol zni­kają za żywopłota­mi. Dłoń ka­pi­ta­na wciąż do­ty­kała pleców dziew­czy­ny, a ta naj­wy­raźniej nie chciała jej strącić.

– Twój oj­ciec podjął oso­bliwą de­cyzję – ana­li­zo­wał sy­tu­ację Ro­land. – I cóż z tego, że zwy­ciężyła w tur­nie­ju?

Książę opa­no­wał na­ra­stającą iry­tację. Nig­dy nie prze­pa­dał za swo­im ku­zy­nem, którego w dzie­ciństwie wi­dy­wał przy­najm­niej dwa razy do roku. Cha­ol zaś nie­na­wi­dził go z całego ser­ca i za każdym ra­zem, gdy wspo­mi­na­no o nim w roz­mo­wie, na­zy­wał go „aro­ganc­kim łaj­da­kiem” albo „roz­czu­lającym się nad sobą, roz­pusz­czo­nym osłem”. W każdym ra­zie wy­krzy­czał te obe­lgi ja­kieś trzy lata temu, za­raz po tym, gdy grzmotnął Ro­lan­da w twarz z taką siłą, że młodzie­niec stra­cił przy­tom­ność. Ku­zyn Do­ria­na zasłużył so­bie jed­nak na to. Zasłużył so­bie tak bar­dzo, że czyn w ni­czym nie za­szko­dził re­pu­ta­cji Cha­ola oraz jego później­sze­mu awan­so­wi na ka­pi­ta­na Gwar­dii. Co więcej, West­fall zy­skał dzięki temu na po­pu­lar­ności wśród in­nych strażników i drob­niej­szej szlach­ty.

Do­rian obie­cał so­bie, że wy­py­ta ojca o po­wo­dy powołania Ro­lan­da do rady. Meah było bo­ga­tym, acz nie­wiel­kim mia­stem por­to­wym i nie dys­po­no­wało re­alną siłą po­li­tyczną. Nie miało na­wet ar­mii, nie licząc straży miej­skiej. Ro­land był sy­nem ku­zy­na ojca Do­riana. Być może król uznał, że po­trze­bu­je więcej krew­niaków w kom­na­cie na­rad. Tak czy owak, Ro­land był no­wi­cju­szem bez doświad­cze­nia, a dziewczęta in­te­re­so­wały go o wie­le bar­dziej niż po­li­ty­ka.

– Skąd po­cho­dzi Obrończy­ni twe­go ojca? – spy­tał ku­zyn, wy­ry­wając Do­ria­na z za­du­my.

Młodzie­niec skie­ro­wał się w stronę zam­ku, ale wy­brał inne wejście niż to, przez które we­szli Cha­ol i Ce­la­ena. Nadal pamiętał ich spoj­rze­nia, gdy za­stał ich, jak się tu­li­li do sie­bie dwa mie­siące po po­je­dyn­ku.

– Lil­lian nie po­wie­działa nam wie­le o so­bie – skłamał. Nie miał naj­mniej­szej ocho­ty opo­wia­dać ku­zy­no­wi o tur­nie­ju. Wy­star­czyło mu to, że mu­siał wypełnić wolę ojca i za­brać Ro­lan­da na po­ran­ny spa­cer. Jak dotąd alu­zja Ce­la­eny tycząca się po­grze­ba­nia młode­go lor­da była je­dy­nym ja­snym punk­tem dnia.

– Twój oj­ciec ma wyłączność na jej usługi czy inni człon­ko­wie rady również ją za­trud­niają?

– Przy­byłeś tu za­le­d­wie wczo­raj, a już masz wrogów, których chcesz się po­zbyć, ku­zy­nie?

– Je­steśmy Ha­vil­liar­da­mi. Za­wsze będzie­my mieć wrogów, których trze­ba będzie wy­eli­mi­no­wać.

Do­rian zmarsz­czył brwi. Ro­land się nie mylił.

– Kon­trakt wiąże ją tyl­ko z osobą mego ojca. Jeśli czu­jesz się za­grożony, mogę po­pro­sić ka­pi­ta­na West­fal­la, aby przy­dzie­lił ci…

– Och, nie, skądże. Byłem po pro­stu cie­kaw.

Ro­land był ist­nym utra­pie­niem, a do tego człowie­kiem aż na­der świa­do­mym wrażenia, ja­kie jego wygląd oraz na­zwi­sko wy­wie­rały na ko­bie­tach, ale nie stwa­rzał prze­cież za­gro-żenia, czyż nie?

Do­rian nie znał od­po­wie­dzi na to py­ta­nie i chy­ba nie chciał jej po­znać.

***

Jej usługi jako Królew­skiej Obrończy­ni były so­wi­cie wy­na­gra­dza­ne, a Ce­la­ena wy­da­wała wszyst­kie za­ro­bio­ne pie­niądze aż do ostat­nie­go mie­dzia­ka. Ku­po­wała buty, ka­pe­lu­sze, tu­ni­ki, su­kien­ki, biżute­rię, broń, ozdo­by do włosów, a przede wszyst­kim książki. Książki, książki i jesz­cze raz książki. Ku­po­wała ich tyle, że Phi­lip­pa mu­siała wsta­wić nową bi­blio­teczkę do jej po­ko­ju.

Ce­la­ena wróciła do swych kom­nat po południu, taszcząc pudła z ka­pe­lu­sza­mi, ko­lo­ro­we tor­by pełne per­fum i słody­czy oraz owi­nięte brązo­wym pa­pie­rem pacz­ki z książkami, które mu­siała na­tych­miast prze­czy­tać. Wszyst­ko to nie­malże upuściła na wi­dok Do­ria­na Ha­vil­liar­da siedzącego w jej sa­lo­nie.

– Na bogów! – zawołał, przyglądając się jej za­ku­pom. Nie wie­dział, że to tyl­ko część spra­wunków. Resz­ta miała zo­stać do­star­czo­na później. – Cóż – rzekł, gdy Ce­la­ena po­sta­wiła tor­by na sto­le i nie­malże utonęła w sto­sie pa­pie­ru do pa­ko­wa­nia i wstążek. – Przy­najm­niej nie masz dziś na so­bie tego pa­skud­ne­go czar­ne­go stro­ju.

Pod­nosząc się, ob­rzu­ciła go ostrym spoj­rze­niem przez ramię. W isto­cie miała dziś na so­bie suk­nię w ko­lo­rze li­lii oraz kości słonio­wej. Były to nie­co zbyt ja­sne ko­lo­ry jak na ko­niec zimy, ale nosiła je w na­dziei, że wkrótce na­dej­dzie wio­sna. Co więcej, ładny ubiór gwa­ran­to­wał jej dobrą obsługę we wszyst­kich od­wie­dza­nych skle­pach. Ku jej zdu­mie­niu wie­lu sprze­dawców pamiętało ją z ubiegłych lat, przez co mu­siała zmyślać hi­sto­rię o długiej podróży na południo­wy kon­ty­nent.

– Cze­mu za­wdzięczam ów za­szczyt? – Ce­la­ena odwiązała fu­trza­ny płaszcz, który był ko­lej­nym pre­zen­tem ku­pio­nym so­bie sa­mej, i rzu­ciła go na opar­cie krzesła w sa­lo­nie. – Czy nie spo­tka­liśmy się już dziś rano w ogro­dzie?

Do­rian nie wsta­wał. Na jego twa­rzy nadal ma­lo­wał się zna­jo­my, chłopięcy uśmiech.

– Czy przy­ja­ciołom nie wol­no się spo­ty­kać częściej niż raz dzien­nie?

Spoj­rzała na nie­go do­bit­nie. Nie była prze­ko­na­na, czy przy­jaźń z Do­ria­nem jest w ogóle możliwa. Nie wie­działa, czy może się na­prawdę przy­jaźnić z kimś, komu za­wsze tak błyszczą sza­fi­ro­we oczy, z sy­nem człowie­ka, który trzy­mał jej los w swych rękach. Od cza­su, gdy ze­rwała między nimi wszel­kie sto­sun­ki, upłynęły już dwa mie­siące, ale Ce­la­ena nie­raz łapała się na tym, że jej go bra­ku­je. Nie cho­dziło jej wca­le o pocałunki czy flir­to­wa­nie, ale o nie­go jako osobę.

– Cze­go tu szu­kasz, Do­ria­nie?

Przez jego twarz prze­mknął gry­mas gnie­wu. Książę wstał i Ce­la­ena mu­siała za­drzeć głowę, by spoj­rzeć mu w oczy.

– Po­wie­działaś, że nadal pra­gniesz mo­jej przy­jaźni – rzu­cił ci­cho.

Dziew­czy­na za­mknęła na mo­ment oczy.

– I nie kłamałam.

– A więc bądź moją przy­ja­ciółką – rzekł nie­co głośniej. – Jedz ze mną obiad, po­graj w bi­lard, opo­wiedz mi o książkach, które czy­tasz… Lub ku­pu­jesz! – dodał, mru­gnięciem oka kwi­tując pacz­ki na sto­le.

– Czyżby? – spy­tała dziew­czy­na, zmu­szając się do półuśmie­chu. – A ty ostat­nio masz tyle wol­ne­go cza­su, że gotów je­steś spędzać ze mną całe go­dzi­ny?

– Cóż, muszę się zaj­mo­wać tymi sa­my­mi gro­mad­ka­mi dam co zwy­kle, ale dla cie­bie za­wsze znajdę czas.

Ce­la­ena za­trze­po­tała rzęsami.

– Je­stem za­szczy­co­na.

Na samą myśl o Do­ria­nie w to­wa­rzy­stwie in­nych ko­biet miała ochotę roz­bić szybę, ale wie­działa, że nie po­wi­nien się o tym do­wie­dzieć. To nie byłoby w porządku. Zerknęła na ze­gar stojący na nie­wiel­kim sto­li­ku przy ścia­nie.

– Właści­wie to muszę wra­cać do Ri­fthold – po­wie­działa.

Nie było to kłam­stwo. Zo­stało jej jesz­cze kil­ka go­dzin światła dzien­ne­go. Tyle po­win­no wy­star­czyć, by dokład­nie obej­rzeć ele­ganc­ki dom Ar­che­ra i roz­począć ob­ser­wację jego co­dzien­nych zajęć.

Do­rian po­ki­wał głową, a jego uśmiech przy­gasł.

Za­padła ci­sza, prze­ry­wa­na je­dy­nie ty­ka­niem ze­ga­ra. Ce­la­ena skrzyżowała ra­mio­na i przy­po­mniała so­bie za­pach ciała księcia oraz smak jego ust. Nie­mniej jed­nak dzielący ich dy­stans, owa przeklęta prze­paść, która powiększała się z każdym dniem… To było dla ich wspólne­go do­bra.

Do­rian zbliżył się o krok i rozłożył dłonie.

– Chcesz, żebym o cie­bie wal­czył? O to ci cho­dzi?

– Nie – od­parła ci­cho. – Ja chcę tyl­ko, żebyś zo­sta­wił mnie samą.

Jego oczy mi­go­tały, gdy po­wstrzy­my­wał nie­wy­po­wie­dzia­ne słowa. Ce­la­ena wpa­try­wała się w nie­go nie­po­ru­szo­na, aż wresz­cie wy­szedł w ci­szy.

Zo­stała sama. Stała w sa­lo­nie, roz­wie­rając i za­ci­skając pięści. Na­gle prze­stały ją cie­szyć te wszyst­kie piękne pa­kun­ki na sto­le.

Przekład: Mar­cin Mort­ka

Re­dak­tor ini­cjujący: Piotr Ku­char­ski

Re­dak­tor pro­wadzący: Agniesz­ka Trzesz­kow­ska

Re­dak­cja: Anna Włodar­kie­wicz

Ko­rek­ta: Mag­da­le­na Ma­tu­szew­ska, Han­na Sza­ma­lin

Skład i opra­co­wa­nie okładki: Page Graph

Skład i łama­nie: Plus 2 Wi­told Kuśmier­czyk

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

Tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

ISBN 978-83-7881-329-3

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

i Alek­san­dra Łapińska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dwór szronu i blasku gwiazd Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Dwór skrzydeł i zguby Imperium burz. Szklany tron. T. 5. Dwór mgieł i furii Królowa cieni 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha