Zimny strach

Zimny strach

Autorzy: Karin Slaughter

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 512

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 22.33 zł

Bestsellerowa autorka thrillerów i kolejna sprawa do rozwiązania przed jej ulubioną bohaterką.

Sara Linton, koroner w małym miasteczku w stanie Georgia, zostaje wezwana na oględziny ciała młodego mężczyzny, absolwenta pobliskiego college'u. Wszystko wskazuje na samobójstwo, jednak Sara ma wątpliwości. Niedługo w okolicy dochodzi do kolejnych pozorowanych samobójstw...

ZIM­NY STRACH

KA­RIN SLAU­GH­TER

Przełożyła Agniesz­ka Lip­ska-Na­ko­niecz­nik

Tytuł ory­gi­nału A Fa­int Cold Fear

Co­py­ri­ght © 2003 by Ka­rin Slau­gh­ter

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Agniesz­ka Lip­ska-Na­ko­niecz­nik, War­sza­wa, MMXIV

Przekład Agniesz­ka Lip­ska-Na­ko­niecz­nik

Re­dak­cja Ja­cek Ring

Ko­rek­ta Mo­ni­ka Bu­ra­czyńska, Ka­ta­rzy­na Hu­me­niuk

Pro­jekt gra­ficz­ny Krzysz­tof Kiełbasiński

Pro­jekt okładki i ilu­stra­cja www.he­ad­de­sign.co.uk

Skład TYPO

ISBN 978-83-7881-359-0

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

i Alek­san­dra Łapińska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

SPIS TREŚCI

Niedziela, 1

2

3

4

Poniedziałek, 5

6

7

Wtorek, 8

9

10

11

Środa, 12

13

14

15

16

17

Piątek, 18

Podziękowania

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

NIE­DZIE­LA

1

Sara Lin­ton gapiła się na wejście do Da­iry Qu­een, skąd właśnie wyszła jej sio­stra w za­awan­so­wa­nej ciąży, niosąc w każdej ręce po ku­becz­ku lodów po­la­nych cze­ko­ladą. Kie­dy Tes­sa prze­mie­rzała par­king, nagły po­ryw wia­tru uniósł jej fio­le­tową su­kienkę nad ko­la­na. Wal­czyła z całych sił, żeby przy­trzy­mać ją w dole, nie wy­wa­lając przy tym lodów, i kie­dy zbliżyła się do sa­mo­cho­du, do uszu Sary do­biegły so­czy­ste prze­kleństwa.

Sara sta­rała się za­cho­wać po­wagę, kie­dy wy­chy­liw­szy się przez okno, za­py­tała:

– Może ci pomóc?

– Nie trze­ba – od­po­wie­działa Tes­sa, wci­skając się do środ­ka.

Usa­do­wiła się na fo­te­lu i wręczyła Sa­rze je­den ku­be­czek.

– Na­tych­miast masz prze­stać się ze mnie śmiać – dodała.

Sara skrzy­wiła się, kie­dy jej sio­stra kop­nięciem zrzu­ciła san­dały i oparła bose sto­py na de­sce roz­dziel­czej. bmw 330i miało nie­całe dwa ty­go­dnie, a w tym cza­sie Tes­sa zdążyła już zo­sta­wić na tyl­nej ka­na­pie to­rebkę go­obersów, żeby tam się roz­puściły, i roz­lać po­ma­rańczową fantę na wy­cie­raczkę z przo­du. Gdy­by sio­stra nie była w ósmym mie­siącu ciąży, Sara z pew­nością by ją udu­siła.

– Cze­mu tak długo cię nie było? – spy­tała.

– Bo mu­siałam się wy­si­kać.

– Zno­wu?!

– Nie. Po pro­stu strasz­nie mi się po­do­bał ki­bel w tej przeklętej Da­iry Qu­een! – prychnęła Tes­sa, a po­tem po­wa­chlo­wała się otwartą dłonią. – Je­zu­sie, jak tu gorąco!

Sara po­wstrzy­mała się od ko­men­ta­rza i posłusznie włączyła kli­ma­ty­zację. Jako le­karz wie­działa do­sko­na­le, że Tes­sa jest po pro­stu ofiarą własnych hor­monów, choć zda­rzały się chwi­le, kie­dy myślała, że chy­ba dla wszyst­kich za­in­te­re­so­wa­nych naj­le­piej byłoby za­mknąć Tessę w ja­kimś pu­dle i nie otwie­rać go, dopóki nie usłyszą płaczu no­wo­rod­ka.

– Tam był strasz­ny tłok – zdołała po­skarżyć się Tes­sa z usta­mi pełnymi po­le­wy cze­ko­la­do­wej. – Cho­le­ra, czy ci wszy­scy lu­dzie nie po­win­ni być te­raz w koście­le albo gdzie in­dziej?!

– Hmm – od­parła Sara.

– I w ogóle to pa­skud­ny lo­kal. Po­patrz tyl­ko na ten par­king – po­wie­działa, wy­ma­chując w po­wie­trzu łyżeczką. – Lu­dzie roz­rzu­cają wszędzie śmie­ci i gówno ich ob­cho­dzi, kto będzie po nich sprzątał. Zupełnie jak­by myśleli, że zro­bią to ja­kieś wróżki albo kra­sno­lud­ki.

Sara mruknęła coś po­ta­kująco, za­ja­dając jed­no­cześnie swoją porcję lodów, pod­czas gdy Tes­sa nadal uskarżała się na każdego, na kogo na­tknęła się w Da­iry Qu­een, począwszy od gościa ga­dającego przez komórkę aż do bab­ki, która stała w ko­lej­ce przez dzie­sięć mi­nut, a kie­dy wresz­cie doszła do lady, nie mogła się zde­cy­do­wać, na co właści­wie ma ochotę. Po chwi­li Sara się wyłączyła i zaczęła roz­myślać o zajęciach, które cze­kały ją w następnym ty­go­dniu.

Kil­ka lat wcześniej podjęła pracę w nie­pełnym wy­mia­rze go­dzin jako ko­ro­ner hrab­stwa, żeby umożliwić w ten sposób swo­je­mu part­ne­ro­wi z He­arts­da­le Chil­dren’s Ho­spi­tal wcześniejszą re­zy­gnację z kon­trak­tu. Ostat­nio jed­nak pra­ca w kost­ni­cy zaczęła wpro­wa­dzać całko­wi­ty zamęt w rozkład jej zajęć w kli­ni­ce. Nor­mal­nie nie za­bie­rało jej to zbyt wie­le cza­su, ale w ostat­nim ty­go­dniu mu­siała po­ja­wić się w sądzie, co wy­ma­gało zwol­nie­nia się na dwa dni ze szpi­ta­la. Miała za­miar to nad­ro­bić, biorąc w tym ty­go­dniu nadgo­dziny.

Stop­nio­wo jej pra­ca w kost­ni­cy co­raz częściej zazębiała się z pracą w kli­ni­ce i Sara miała świa­do­mość, że w ciągu kil­ku lat będzie mu­siała do­ko­nać wy­bo­ru. Kie­dy na­dej­dzie już ten dzień, de­cy­zja nie będzie należała do najłatwiej­szych. Zajęcie le­ka­rza sądo­we­go było praw­dzi­wym wy­zwa­niem, czymś, cze­go Sara pożądała naj­bar­dziej, kie­dy trzy­naście lat temu opuściła Atlantę i prze­niosła się z po­wro­tem do hrab­stwa Grant. Jakaś część jej umysłu uległaby atro­fii bez ciągłych przeszkód na­po­ty­ka­nych w me­dy­cy­nie sądo­wej. Z ko­lei w le­cze­niu małych pa­cjentów było coś do­dającego sił i Sara, która nie mogła mieć własnych dzie­ci, wie­działa, że będzie jej bra­ko­wało kon­tak­tu z nimi. Co­dzien­nie biła się z myślami, która pra­ca jest lep­sza. Ogólnie rzecz uj­mując, gor­szy dzień w jed­nej in­sty­tu­cji spra­wiał, że ta dru­ga wy­da­wała się bez żad­nych wad.

– To prze­cho­dzi ludz­kie pojęcie – za­skrze­czała Tes­sa wy­star­czająco głośno, żeby zwrócić uwagę Sary. – Mam do­pie­ro trzy­dzieści czte­ry lata, a nie pięćdzie­siąt! Co do diabła musi mieć we łbie taka pielęgniar­ka, żeby mówić coś po­dob­ne­go ko­bie­cie w ciąży?!

Sara po­pa­trzyła na siostrę.

– Co ta­kie­go?

– Słyszałaś cho­ciaż słowo z tego, co mówiłam?

– No ja­sne. Oczy­wiście, że słyszałam – od­parła Sara, sta­rając się, żeby za­brzmiało to prze­ko­nująco.

Tes­sa zmarsz­czyła brwi.

– Myślałaś o Jef­freyu, praw­da?

To py­ta­nie zupełnie za­sko­czyło Sarę. Tym ra­zem w ogóle nie przej­mo­wała się swo­im eks­małżon­kiem.

– Ależ skąd.

– Prze­stań mi tu kłamać! – od­parła na­tych­miast Tes­sa. – W piątek wszy­scy w mieście wi­dzie­li tę dzie­wuszkę ze skle­pu, jak szła na po­ste­ru­nek.

– Na­kle­jała li­te­ry na no­wym ra­dio­wo­zie – wyjaśniła Sara, czując, jak fala gorąca za­le­wa jej po­licz­ki.

Tes­sa zerknęła na nią z nie­do­wie­rza­niem.

– Czy przy­pad­kiem nie mówiłaś tego ostat­nio?

Sara nic nie od­po­wie­działa. Ciągle nie mogła wy­ma­zać z pamięci dnia, w którym wróciła wcześniej z pra­cy do domu i zna­lazła Jef­freya w łóżku z właści­cielką miej­sco­we­go skle­pu z ma­te­riałami re­kla­mo­wy­mi. Cała ro­dzi­na Lin­tonów była za­sko­czo­na i po­iry­to­wa­na, że Sara zno­wu spo­ty­ka się z Jef­frey­em. Choć w znacz­nej mie­rze po­dzie­lała ich uczu­cia, ciągle jed­nak nie czuła się na siłach ze­rwać z nim osta­tecz­nie. Jak za­wsze, gdy spra­wa do­ty­czyła Jef­freya, lo­gicz­ne myśle­nie nie wcho­dziło w grę.

– Mu­sisz być z nim bar­dzo ostrożna – ostrzegła Tes­sa. – Nie pozwól, żeby się po­czuł za bar­dzo pew­ny swe­go.

– Prze­cież nie je­stem idiotką.

– Owszem, cza­sa­mi je­steś.

– No cóż, ty też – wy­pa­liła Sara.

Zro­biło się jej głupio, za­nim jesz­cze te słowa padły z jej ust.

W sa­mo­cho­dzie za­padła ci­sza, słychać było tyl­ko szum kli­ma­ty­za­cji. W końcu Tes­sa prze­rwała mil­cze­nie.

– Po­win­naś była po­wie­dzieć: „Wiem o to­bie i tej ba­bie i chcę się do­wie­dzieć, jaka jest w tym wszyst­kim moja rola”.

Sara próbowała obrócić całą sprawę w żart, ale była za­nad­to po­iry­to­wa­na.

– Tes­sie, to nie jest two­ja spra­wa.

Tes­sa wy­buchnęła głośnym śmie­chem, który nie­przy­jem­nie za­brzmiał w uszach Sary.

– Cóż, do diabła, ko­cha­nie, ta­kie cho­wa­nie głowy w pia­sek nig­dy ni­ko­mu nie wyszło na do­bre. Je­stem pew­na, że ta przeklęta Mar­la Simms sie­działa już przy te­le­fo­nie, za­nim jesz­cze mała suka zdążyła wysiąść ze swo­jej ciężarówki.

– Nie mów tak o niej.

Tes­sa zno­wu za­ma­chała w po­wie­trzu łyżeczką.

– To jak mam o niej mówić? Ta dziw­ka?

– W ogóle – po­wie­działa Sara to, co na­prawdę myślała. – Nic o niej nie mów.

– Och, moim zda­niem zasłużyła na parę moc­nych słów.

– To Jef­frey mnie oszu­ki­wał. Ona tyl­ko sko­rzy­stała z oka­zji.

– Wiesz, ja też w swo­im cza­sie ko­rzy­stałam z mnóstwa nada­rzających się oka­zji, ale nig­dy nie uga­niałam się za żona­tym fa­ce­tem.

Sara za­mknęła oczy, marząc o tym, żeby jej sio­stra wresz­cie zmie­niła te­mat. Nie miała ocho­ty pro­wa­dzić dłużej tej roz­mo­wy.

– Mar­la po­wie­działa Pen­ny Brock, że ta dziw­ka ostat­nio przy­tyła – do­rzu­ciła Tes­sa.

– A gdzież ty roz­ma­wiałaś z Pen­ny Brock?

– Wpadłam do niej, żeby prze­pchać zlew w kuch­ni – po­wie­działa Tes­sa, ob­li­zując ze sma­kiem łyżeczkę.

Tes­sa prze­stała pra­co­wać ra­zem z ich oj­cem w ro­dzin­nym biz­ne­sie hy­drau­licz­nym, kie­dy rosnący brzuch unie­możliwił jej wczołgi­wa­nie się w wąskie prze­strze­nie, ale ciągle mogła się zaj­mo­wać udrażnia­niem odpływów.

– Według tego, co mówi Pen­ny, jest już wiel­ka jak słoń – dodała.

Po­mi­mo naj­lep­szych in­ten­cji Sara nie mogła oprzeć się po­czu­ciu trium­fu, który na­tych­miast zo­stał zastąpio­ny przez wy­rzu­ty su­mie­nia, że ucie­szyło ją to, iż in­nej przy­było co nie­co w bio­drach i na tyłku. Pa­nien­ka od re­kla­my była już i tak nie­co zbyt pulch­na tu i ówdzie.

– No, widzę, że wresz­cie się uśmie­chasz – ode­zwała się Tes­sa.

Sara rze­czy­wiście się uśmie­chała; po­licz­ki zaczęły ją boleć od na­pi­na­nia ust.

– To jest strasz­ne.

– Od kie­dy?

– Od kie­dy… – Sara po­zwo­liła, żeby jej głos za­marł – Od kie­dy dzięki temu czuję się jak ab­so­lut­na idiot­ka.

– No cóż, je­steś, jaka je­steś, jak po­wie­działby Pop­peye.

Tes­sa wy­ko­nała praw­dzi­we przed­sta­wie­nie, wy­skro­bując pla­sti­kową łyżeczką reszt­ki do­okoła tek­tu­ro­we­go kub­ka, który kur­czo­wo trzy­mała w ręku, jak gdy­by miała za­miar wy­czyścić go do cna, po czym wes­tchnęła ciężko, jak­by właśnie nad­szedł naj­bar­dziej przy­kry mo­ment w trak­cie dzi­siej­sze­go dnia.

– Mogę do­stać jesz­cze reszt­ki z two­je­go kub­ka? – za­py­tała.

– Nie.

– Ale ja je­stem w ciąży – pisnęła.

– To nie moja wina.

Tes­sa wróciła do wy­skro­by­wa­nia. Żeby jesz­cze bar­dziej zde­ner­wo­wać Sarę, zaczęła trzeć sto­pa­mi o drew­nianą in­kru­stację ta­bli­cy roz­dziel­czej.

Upłynęła cała mi­nu­ta, za­nim Sara stwier­dziła, że po­czu­cie winy wy­ni­kające z by­cia starszą siostrą nie daje jej spo­ko­ju. Próbowała prze­zwy­ciężyć to uczu­cie, jedząc szyb­ciej lody, ale one utkwiły jej w gar­dle.

– Masz, ty wiel­ki dzie­cia­ku – nie wy­trzy­mała i wręczyła sio­strze swój ku­bek.

– Och, dziękuję – od­parła słodko Tes­sa. – Może weźmie­my so­bie trochę na później? Tyl­ko… czy mogłabyś tym ra­zem ty po nie pójść? Nie chcę wyjść na małą świnkę i… – Uśmiechnęła się słodko, trze­począc przy tym po­wie­ka­mi. – Mogłabym nie­chcący zde­ner­wo­wać tego gównia­rza za ladą.

– Nie mogę so­bie wy­obra­zić, w jaki sposób.

Za­mru­gała jak uoso­bie­nie nie­win­ności.

– Och, niektórzy lu­dzie są tacy wrażliwi…

Sara otwo­rzyła drzwi, za­do­wo­lo­na, że wresz­cie miała pre­tekst, żeby wysiąść. Była już trzy kro­ki od sa­mo­cho­du, kie­dy Tes­sa opuściła szybę.

– Tak, tak, wiem – po­wie­działa Sara. – Z do­dat­kową cze­ko­ladą.

– Zga­dza się. Za­cze­kaj. – Tes­sa urwała na chwilę, żeby ob­li­zać resztkę lodów z komórki, za­nim podała ją przez okno. – To Jef­frey.

Sara za­trzy­mała bmw na na­brzeżu wy­sy­pa­nym żwi­rem, między po­li­cyj­nym wo­zem a sa­mo­cho­dem Jef­freya. Zmarsz­czyła brwi, kie­dy usłyszała, jak ka­mycz­ki ude­rzają o boki jej sa­mo­cho­du. Je­dy­nym po­wo­dem, dla którego wy­mie­niła swój dwu­oso­bo­wy ka­brio­let na większy mo­del, była ko­niecz­ność usta­wie­nia fo­te­li­ka dla dziec­ka, jed­nak biorąc pod uwagę działalność Tes­sy, bmw za­pew­ne będzie się nada­wać tyl­ko na śmiet­nik, za­nim jesz­cze dziec­ko się uro­dzi.

– To tu? – spy­tała Tes­sa.

– Taak.

Sara zaciągnęła ha­mu­lec ręczny i spoj­rzała w wy­schnięte ko­ry­to rze­ki, roz­ciągające się przed nimi. W Geo­r­gii od połowy lat dzie­więćdzie­siątych pa­no­wały strasz­ne su­sze i ol­brzy­mia rze­ka, która nie­gdyś pełzła przez las jak ogrom­ny, le­ni­wy wąż, wyschła i skur­czyła się do roz­miarów le­d­wie sączącego się stru­mycz­ka. Popękane, su­che dno było wszyst­kim, co po niej zo­stało, a be­to­no­wy most wznoszący się na wy­so­kości trzy­dzie­stu stóp wy­da­wał się całkiem nie­po­trzeb­ny, choć Sara pamiętała cza­sy, kie­dy lu­dzie łowi­li z nie­go ryby.

– Czy tam jest to ciało? – spy­tała Tes­sa, wska­zując na grupę mężczyzn stojących półko­lem.

– Naj­praw­do­po­dob­niej – od­parła Sara, za­sta­na­wiając się jed­no­cześnie, czy znaj­dują się na te­re­nie należącym do col­le­ge’u.

Hrab­stwo Grant składało się z trzech miast: He­arts­da­le, Ma­di­son i Avon­da­le. He­arts­da­le, sta­no­wiące sie­dzibę In­sty­tu­tu Tech­nicz­ne­go Grant, było perłą hrab­stwa i każde przestępstwo, które wy­da­rzyło się w jego gra­ni­cach, uważano za bar­dziej niż strasz­ne. Zbrod­nia na ob­sza­rze col­le­ge’u była wręcz kosz­ma­rem.

– A co właści­wie się stało? – za­py­tała znie­cier­pli­wio­nym to­nem Tes­sa, cho­ciaż nig­dy wcześniej nie in­te­re­so­wała się tą częścią pra­cy sio­stry.

– To właśnie ja mam się tego do­wie­dzieć – przy­po­mniała jej Sara, sięgając jed­no­cześnie do schow­ka na ręka­wicz­ki po ste­to­skop.

Z po­wo­du cia­sno­ty jej dłoń oparła się na brzu­chu Tes­sy. Za­trzy­mała ją tam przez mo­ment.

– Och, Sis­sy – zawołała Tes­sa, chwy­tając rękę Sary. – Tak strasz­nie cię ko­cham!

Sara zaśmiała się na wi­dok łez, które po­ja­wiły się w oczach sio­stry, choć sama także po­czuła się po­ru­szo­na do głębi.

– Ja też cię ko­cham, Tes­sie – po­wie­działa, ści­skając dłoń Tes­sy. – Zo­stań w sa­mo­cho­dzie. To nie po­trwa długo.

Jef­frey wy­szedł jej na spo­tka­nie. Zja­wił się obok sa­mo­cho­du w chwi­li, gdy za­trza­ski­wała drzwi. Jego ciem­ne włosy były sta­ran­nie za­cze­sa­ne na bok i trochę mo­kre w oko­li­cach kar­ku. Ubra­ny był w ciem­no­sza­ry gar­ni­tur, zna­ko­mi­cie uszy­ty i sta­ran­nie od­pra­so­wa­ny, złota po­li­cyj­na od­zna­ka wy­sta­wała z kie­szon­ki na pier­si.

Sara z ko­lei nosiła leg­gin­sy, które pamiętały lep­sze cza­sy, i T-shirt, który zre­zy­gno­wał z uda­wa­nia, że jest biały, chy­ba jesz­cze za rządów Re­aga­na. Na bose nogi włożyła luźno zawiązane te­nisówki, tak że bez tru­du mogła wsu­wać w nie sto­py i wy­su­wać.

– Nie mu­siałaś aż tak się stroić – zażar­to­wał Jef­frey, ale w jego głosie wyraźnie słyszała napięcie.

– Co się stało?

– Nie je­stem pe­wien, ale moim zda­niem jest tu coś po­dej­rza­ne­go. – Prze­rwał, zerknąwszy na tył sa­mo­cho­du. – Przy­wiozłaś Tess?

– Było po dro­dze, a poza tym chciała przy­je­chać… – Ści­szyła głos, po­nie­waż właści­wie nie ist­niało inne wytłuma­cze­nie niż to, że obec­nie ce­lem życio­wym Sary było utwier­dza­nie Tess w po­czu­ciu szczęścia albo przy­najm­niej po­wstrzy­ma­nie jej od jęcze­nia.

Jef­frey na­tych­miast zo­rien­to­wał się, o co cho­dzi.

– Domyślam się, że nie war­to było się z nią kłócić?

– Obie­cała zo­stać w sa­mo­cho­dzie – po­wie­działa Sara aku­rat w chwi­li, kie­dy usłyszała za ple­ca­mi trzask za­my­ka­nych drzwi­czek.

Oparła ręce na bio­drach i odwróciła się, ale Tes­sa już do niej ma­chała.

– Muszę pójść tam – po­wie­działa, po­ka­zując linię drzew w od­da­li.

– Czy ona chce wra­cać do domu pie­szo? – spy­tał Jef­frey.

– Nie, tyl­ko musi pójść na stronę – wyjaśniła Sara, ob­ser­wując, jak sio­stra kie­ru­je się w stronę za­le­sio­ne­go wznie­sie­nia.

Obo­je pa­trzy­li, jak Tes­sa wspi­na się po stro­mym zbo­czu, pod­trzy­mując brzuch, jak­by niosła przed sobą ko­szyk.

– Będziesz na mnie bar­dzo zła, jak za­cznę się śmiać, jeśli ona za­raz się sto­czy z tej górki? – za­py­tał Jef­frey.

W od­po­wie­dzi Sara tyl­ko się roześmiała.

– Myślisz, że da so­bie tam radę? – dodał.

– Na pew­no – uspo­koiła go Sara. – Trochę gim­na­sty­ki jej nie za­szko­dzi.

– Je­steś pew­na? – na­ci­skał Jef­frey, wyraźnie za­nie­po­ko­jo­ny.

– Po­ra­dzi so­bie – za­pew­niła go, wiedząc, że Jef­frey nig­dy w życiu, na­wet przez chwilę, nie miał do czy­nie­nia z ciężarną.

Praw­do­po­dob­nie oba­wiał się, że Tes­sa za­cznie ro­dzić, za­nim do­trze do li­nii lasu. Wte­dy wszy­scy nie po­sia­da­li­by się ze szczęścia.

Sara ru­szyła w kie­run­ku miej­sca zbrod­ni, ale za­trzy­mała się, kie­dy nie po­szedł za nią. Odwróciła się, cze­kając na to, co – jak wie­działa – za­raz po­win­no nastąpić.

– Jakoś wcześnie dziś wyszłaś – ode­zwał się.

– Doszłam do wnio­sku, że po­wi­nie­neś trochę po­spać. – Wróciła, żeby wyjąć z kie­sze­ni jego płasz­cza parę la­tek­so­wych ręka­wi­czek. – A więc co tu jest po­dej­rza­ne­go?

– Nie byłem aż tak bar­dzo zmęczo­ny – po­wie­dział tym sa­mym nie­dwu­znacz­nym to­nem, którego użyłby dziś rano, gdy­by zo­stała.

Ner­wo­wo mięła w dłoni ręka­wicz­ki, sta­rając się wymyślić coś, co mogłaby mu po­wie­dzieć.

– Mu­siałam wypuścić psy.

– Możesz zacząć je przy­wo­zić.

Sara ob­rzu­ciła znaczącym spoj­rze­niem po­li­cyj­ny wóz.

– Czy to nowy? – za­py­tała, udając za­cie­ka­wie­nie.

Hrab­stwo Grant nie było duże i słyszała o no­wym sa­mo­cho­dzie, za­nim jesz­cze zo­stał za­par­ko­wa­ny przed po­ste­run­kiem.

– Do­sta­liśmy go kil­ka dni temu – od­parł.

– Ja­kie ładne li­te­ry – za­uważyła od nie­chce­nia.

– Co ty po­wiesz – od­parł.

Było to nie­zwy­kle de­ner­wujące po­wie­dzon­ko, którego ostat­nio używał, gdy bra­ko­wało mu kon­cep­tu.

Jed­nak Sara nie za­mie­rzała po­zwo­lić, żeby wy­winął się ta­nim kosz­tem.

– Na­prawdę jej się to udało.

Jef­frey nie odwrócił wzro­ku, jak­by nie miał nic do ukry­cia. Na Sa­rze wy­warło nie­zwykłe wrażenie to, że nie sta­rał się za­pew­nić jej o swo­jej nie­win­ności w taki sam sposób jak po­przed­nio.

Uśmiechnęła się cierp­ko.

– No to co tu jest po­dej­rza­ne­go? – powtórzyła py­ta­nie.

Ode­tchnął krótko, wyraźnie zi­ry­to­wa­ny.

– Sama zo­ba­czysz – oznaj­mił, zmie­rzając w stronę rze­ki.

Sara szła swo­im nor­mal­nym kro­kiem, więc Jef­frey zwol­nił, żeby mogła za nim nadążyć. Wyraźnie wi­działa, że jest zły, ale nig­dy nie przej­mo­wała się jego hu­mo­ra­mi.

– Czy to któryś ze stu­dentów? – spy­tała po chwi­li.

– Praw­do­po­dob­nie – od­parł, naj­wy­raźniej ciągle spięty. – Prze­szu­ka­liśmy jego kie­sze­nie. Nie miał przy so­bie żad­ne­go do­ku­men­tu, ale ta stro­na rze­ki należy do col­le­ge’u.

– No to su­per – mruknęła Sara, za­sta­na­wiając się jed­no­cześnie, kie­dy po­ja­wi się tu­taj Chuck Ga­ines, nowy szef ochro­ny col­le­ge’u, i za­cznie za­da­wać py­ta­nia na te­mat wszyst­kie­go, co do tej pory ro­bi­li.

Chuc­ka łatwo można by się po­zbyć, gdy­by nie to, że pierw­szym obo­wiązkiem Jef­freya jako sze­fa po­li­cji w hrab­stwie Grant było utrzy­my­wa­nie w szczęśliwości col­le­ge’u. Chuck wie­dział o tym le­piej niż kto­kol­wiek inny i wy­ko­rzy­sty­wał swoją prze­wagę przy każdej oka­zji.

Sara za­uważyła jakąś bar­dzo atrak­cyjną blon­dynkę, która sie­działa na ster­cie ka­mie­ni. Obok niej przy­kucnął Brad Ste­phens, młody funk­cjo­na­riusz, który całe wie­ki temu należał do gro­na pa­cjentów Sary.

– Na­zy­wa się El­len Schaf­fer – po­in­for­mo­wał Jef­frey. – Upra­wiała właśnie jog­ging. Biegła w stronę lasu przez ten most i za­uważyła ciało.

– A kie­dy to było?

– Mniej więcej go­dzinę temu. Za­dzwo­niła na po­licję z komórki.

– Bie­ga z te­le­fo­nem? – zdzi­wiła się Sara, za­sta­na­wiając się, dla­cze­go właści­wie ją to za­sko­czyło. Niektórzy lu­dzie za­bie­rają te­le­fon na­wet do łazien­ki, na wy­pa­dek gdy­by im się tam nu­dziło.

– Spróbuję z nią po­roz­ma­wiać jesz­cze raz, jak już skończysz oględzi­ny zwłok. Wcześniej była zbyt roz­stro­jo­na. Może Bra­do­wi uda się ją uspo­koić.

– Znała ofiarę?

– Wygląda na to, że nie. Przy­pusz­czal­nie zna­lazła się po pro­stu w niewłaści­wym miej­scu o niewłaści­wej po­rze.

Większość świadków cier­pi z po­wo­du ta­kie­go sa­me­go cho­ler­ne­go pe­cha: przez krótki mo­ment wi­dzi coś, co po­tem stoi im przed oczy­ma przez resztę życia. Na szczęście, biorąc pod uwagę to, co Sara za­uważyła pośrod­ku ko­ry­ta rze­ki, ta dziew­czy­na wy­kpiła się ta­nim kosz­tem.

– Tu­taj! – zawołał Jef­frey, uj­mując rękę Sary, kie­dy zbliżyli się do nad­brzeża.

Te­ren był pagórko­wa­ty, a zbo­cze stro­mo scho­dziło w stronę rze­ki. Pa­dający deszcz wyżłobił w miękkim grun­cie ścieżkę, ale mu­li­sta zie­mia była po­ro­wa­ta i łatwo mogła się osunąć.

Sara oce­niła na pierw­szy rzut oka, że ko­ry­to mu­siało mieć w tym miej­scu przy­najm­niej czter­dzieści stóp sze­ro­kości, ale Jef­frey na pew­no każe później komuś to zmie­rzyć. Szli po popęka­nym z bra­ku wil­go­ci podłożu i Sara czuła, jak do jej te­nisówek prze­do­stają się żwir i kawałki gli­ny, kie­dy wznie­cając kłęby pyłu, podążali w kie­run­ku ciała. Dwa­naście lat wcześniej w tym miej­scu by­li­by już po szyję w wo­dzie.

Sara za­trzy­mała się w połowie dro­gi i spoj­rzała w górę na most. Składał się z pro­stych be­to­no­wych dźwi­garów i ni­skiej ba­rier­ki z me­ta­lo­wych prętów. Kil­ka cali nad dnem znaj­do­wała się wy­stająca skal­na półka. Między nią a ba­rierką ktoś na­pi­sał czar­nym spray­em CZAR­NU­CHY! i na­ma­lo­wał obok wielką swa­stykę.

Sara po­czuła w ustach cierp­ki smak.

– Ach, ja­kie to uro­cze – po­wie­działa drwiąco.

– Nie­ste­ty – od­parł Jef­frey, równie jak ona zde­gu­sto­wa­ny. – Ta­kie rze­czy są wszędzie na te­re­nie kam­pu­su.

– Od kie­dy to się zaczęło? – spy­tała.

Na­pis już nie­co wy­blakł, praw­do­po­dob­nie miał kil­ka ty­go­dni.

– Kto to może wie­dzieć? W col­le­ge’u na­wet nie zwrócili na to uwa­gi.

– Bo jeśliby zwrócili, to mu­sie­li­by coś z tym zro­bić – za­uważyła Sara, spoglądając przez ramię w po­szu­ki­wa­niu Tes­sy. – Wiesz, czy­je to może być dzieło?

– Stu­dentów – od­po­wie­dział nie­przy­jem­nym to­nem, po­dej­mując dalszą wędrówkę. – Pew­nie ja­kiejś garst­ki jan­ke­skich idiotów, którzy uważają, że przy­je­chać na Południe i robić so­bie jaja to świet­ny dow­cip.

– Nie­na­widzę ta­kich ra­sistów ama­torów – wy­mam­ro­tała Sara, przy­wołując na usta uśmiech, kie­dy zbliżali się do Mat­ta Ho­ga­na i Fran­ka Wal­la­ce’a.

– Dzień do­bry, Saro – po­wi­tał ją Matt.

W jed­nym ręku trzy­mał po­la­ro­id, a w dru­gim kil­ka go­to­wych od­bi­tek.

Frank, dru­gi w lo­kal­nej po­li­cji po Jef­freyu, po­wie­dział:

– Właśnie skończy­liśmy fo­to­gra­fo­wać.

– Dzięki – od­parła Sara, naciągając ręka­wicz­ki.

Ofia­ra leżała dokład­nie pod mo­stem, twarzą do zie­mi, z roz­rzu­co­ny­mi na boki rękoma. Jej spodnie i slip­ki zwi­nięte były w kłąb do­okoła ko­stek. Sądząc po wzroście i bra­ku owłosie­nia na gład­kich ple­cach i poślad­kach, był to młody mężczy­zna, praw­do­po­dob­nie dwu­dzie­sto­kil­ku­let­ni. Jego blond włosy sięgały kołnie­rzy­ka, a z tyłu głowy roz­dzie­lał je prze­działek. Można by pomyśleć, że śpi, gdy­by nie roz­bryźnięte do­okoła pla­my krwi i frag­men­ty tkan­ki wy­stające z jego od­byt­ni­cy.

– Ach – po­wie­działa Sara, ro­zu­miejąc te­raz oba­wy Jef­freya.

Aby for­mal­ności stało się zadość, Sara uklękła obok mar­twe­go chłopa­ka i przyłożyła ste­to­skop do jego pleców. Czuła i słyszała, jak pod jej dłonią prze­su­wają się żebra. Ser­ce nie biło.

Okręciła więc ste­to­skop do­okoła szyi i zba­dała ciało, wy­po­wia­dając na głos swo­je spo­strzeżenia.

– Nie widać śladów urazów, które su­ge­ro­wałyby wy­mu­szo­ny prze­mocą akt sek­su­al­ny. Żad­nych si­niaków ani otarć.

Zerknęła na jego dłonie i nad­garst­ki. Lewa ręka była nie­na­tu­ral­nie wykręcona i spo­strzegła brzydką, zaróżowioną szramę biegnącą wzdłuż całego przed­ra­mie­nia. Sądząc z wyglądu, mu­siał się ska­le­czyć czte­ry do sześciu mie­sięcy temu.

– Nie był związany.

Chłopak miał na so­bie ciem­no­zie­lo­ny T-shirt. Sara pod­winęła ko­szulkę, żeby spraw­dzić, czy nie ma in­nych śladów. U pod­sta­wy kręgosłupa zna­lazła długie za­dra­pa­nie – skóra zo­stała na­ru­szo­na, ale nie na tyle głęboko, żeby krwa­wić.

– Co to jest? – spy­tał Jef­frey.

Sara nie od­po­wie­działa, cho­ciaż wy­da­wało jej się, że jest tu coś dziw­ne­go.

Uniosła nie­co prawą nogę chłopca, żeby prze­sunąć ją na bok, ale za­trzy­mała się, kie­dy jego sto­pa po­zo­stała na miej­scu. Wsunęła rękę do no­gaw­ki, szu­kając kost­ki, a w dal­szej ko­lej­ności kości pisz­cze­lo­wej i strzałko­wej; od­niosła wrażenie, że ści­ska ba­lon napełnio­ny płat­ka­mi owsia­ny­mi. Spraw­dziła drugą nogę, ale tam było tak samo. Kości nie były zwy­czaj­nie połama­ne – one po pro­stu zmie­niły się w pro­szek.

Do jej uszu do­tarło za­trza­ski­wa­nie sa­mo­cho­do­wych drzwi­czek, a po­tem szept Jef­freya: „O kur­wa!”.

Kil­ka se­kund później na na­sy­pie po­ja­wił się Chuck Ga­ines. Ja­snobrązowa ko­szu­la służb ochro­ny kam­pu­su opi­nała się cia­sno na jego pier­si, kie­dy sta­rał się zejść po stro­mym zbo­czu. Sara znała go jesz­cze ze szkoły pod­sta­wo­wej, gdzie bez miłosier­dzia drażnił się z nią, a każdy powód był dla nie­go do­bry: od jej wzro­stu, przez ce­lujące oce­ny, po rude włosy. Na jego wi­dok po­czuła się tak samo szczęśliwa jak wie­le lat temu, kie­dy po­ja­wiał się na pla­cu za­baw.

Obok Chuc­ka stała Lena Adams, ubra­na w iden­tycz­ny mun­dur, tyl­ko przy­najm­niej o dwa nu­me­ry dla niej za duży. Spodnie przy­trzy­my­wał cia­sno zapięty pas. W lot­ni­czych oku­la­rach i z włosa­mi upchniętymi pod czapkę ba­se­bal­lową wyglądała jak mały chłopiec, który dla za­ba­wy prze­brał się w rze­czy ojca. To wrażenie pogłębiło się jesz­cze, kie­dy stra­ciła równo­wagę na na­sy­pie i resztę dro­gi w dół zje­chała na sie­dze­niu.

Frank pod­sko­czył, żeby pomóc jej wstać, ale Jef­frey po­wstrzy­mał go ostrze­gaw­czym spoj­rze­niem. Lena była kie­dyś de­tek­ty­wem – jedną z nich – nie da­lej jak przed sied­mio­ma mie­siącami. Jef­frey nie wy­ba­czył jej, że odeszła ze służby, i uważał, że jego podwładni też nie po­win­ni.

– Cho­le­ra – zaklął Chuck, po­ko­nując truch­tem parę ostat­nich kroków.

Po­mi­mo chłod­ne­go dnia nad jego usta­mi błysz­czało kil­ka kro­pli potu, a twarz miał czer­woną z wysiłku spo­wo­do­wa­ne­go scho­dze­niem po stro­miźnie. Był nie­zwy­kle mu­sku­lar­ny, ale w jego wyglądzie było coś nie­zdro­we­go. Bez prze­rwy się pocił, a cie­niut­ka war­stwa tłuszczu spra­wiała, że jego skóra spra­wiała wrażenie wiecz­nie opuch­niętej. Miał okrągłą, pulchną twarz z odro­binę za sze­ro­ko roz­sta­wio­ny­mi ocza­mi. Sara nie miała pojęcia, czy wsku­tek zażywa­nia ste­rydów, czy prze­tre­no­wa­nia, ale jej zda­niem Chuck wyglądał tak, jak­by za chwilę miał do­stać ata­ku ser­ca.

– Cześć, Wie­wióra! – Mrugnął do niej uwo­dzi­ciel­sko, za­nim jesz­cze zdążył wyciągnąć swoją mięsistą łapę w kie­run­ku Jef­freya. – No, jak im idzie, sze­fie?

– Cześć, Chuck – od­parł Jef­frey, niechętnie od­wza­jem­niając uścisk dłoni. Ob­rzu­cił Lenę prze­lot­nym spoj­rze­niem, a po­tem odwrócił się w stronę miej­sca, gdzie leżał de­nat. – Za­wia­do­mio­no nas mniej więcej przed go­dziną. Sara do­tarła tu dosłownie parę mi­nut przed wami.

– Cześć, Lena – ode­zwała się Sara.

Lena nie­znacz­nie skinęła głową, ale Sara nie zdołała od­czy­tać wy­ra­zu jej oczu, bo skry­wały się za ciem­ny­mi szkłami.

Chuck za­kla­skał w dłonie, żeby pod­kreślić swój au­to­ry­tet.

– No i co tu mamy, dok­tor­ku?

– Przy­pusz­czal­nie sa­mobójstwo – od­po­wie­działa, za­sta­na­wiając się jed­no­cześnie, ile już razy zwra­cała Chuc­ko­wi uwagę, żeby nie mówił do niej „dok­tor­ku”. Praw­do­po­dob­nie na­wet w przy­bliżeniu nie tyle, ile pro­siła, żeby nie na­zy­wał jej „Wie­wiórą”.

– A to co? – za­py­tał, wyciągając szyję. – Czy to nie wygląda tak, jak­by się z kimś dzia­bał? – Wska­zał dolną część ciała. – Moim zda­niem tak.

Sara stanęła na piętach, nie za­szczy­cając go od­po­wie­dzią. Zerknęła na Lenę, dzi­wiąc się, jak ona to zno­si. Lena stra­ciła siostrę dokład­nie rok wcześniej w tym sa­mym mie­siącu, a po­tem mu­siała przejść przez piekło śledz­twa. Cho­ciaż Sara mogła wy­li­czyć wie­le wad Leny Adams, to nie życzyłaby na­wet naj­gor­sze­mu wro­go­wi ob­co­wa­nia z Chuc­kiem Ga­ine­sem.

Chuck naj­wy­raźniej do­szedł do wnio­sku, że nikt nie zwra­ca na nie­go należytej uwa­gi, więc zno­wu za­kla­skał.

– Adams, sprawdź naj­bliższą oko­licę. Zo­bacz, może uda ci się coś wywęszyć.

Ku zdu­mie­niu obec­nych Lena po­tul­nie ru­szyła w dół ko­ry­ta rze­ki.

Sara spoj­rzała w górę w kie­run­ku mo­stu, osłaniając oczy przed słońcem.

– Frank, czy mógłbyś pójść tam na górę i zo­ba­czyć, czy nie ma tam ja­kiejś kart­ki, li­stu albo cze­goś w tym ro­dza­ju?

– Li­stu? – powtórzył jak echo Chuck.

Sara zwróciła się do Jef­freya.

– Przy­pusz­czam, że sko­czył z mo­stu. Wylądował na sto­pach. Możesz zo­ba­czyć odciśnięte w mule ślady jego butów. Siła upad­ku zdarła z nie­go spodnie i połamała większość, jeśli nie wszyst­kie, kości nóg. – Spoj­rzała na metkę z tyłu dżinsów, żeby spraw­dzić roz­miar. – To taki wor­ko­wa­ty fa­son, a siła upad­ku z tej wy­so­kości mu­siała być całkiem so­lid­na. Myślę, że ta krew po­cho­dzi z po­roz­ry­wa­nych je­lit. Możesz zo­ba­czyć, w którym miej­scu część je­lita gru­be­go przekręciła się i zo­stała wy­pchnięta z od­byt­ni­cy.

Chuck za­gwiz­dał prze­ciągle i Sara spoj­rzała na nie­go, za­nim zdążyła się od tego po­wstrzy­mać. Zo­ba­czyła, jak jego war­gi po­ru­szają się bezgłośnie, od­czy­tując ra­si­stow­skie epi­te­ty na­ba­zgra­ne na moście. Za­nim zdążył zadać py­ta­nie, po­pa­trzył na nią z ożywio­nym, bez­czel­nym uśmie­chem.

– A jak tam two­ja sio­stra?

Sara zo­ba­czyła, jak Jef­frey za­ci­ska zęby. De­von Loc­kwo­od, oj­ciec dziec­ka Tes­sy, był Mu­rzy­nem.

– U niej wszyst­ko w porządku, Chuck – od­parła, siłą woli po­wstrzy­mując się od za­re­ago­wa­nia na za­czepkę. – A dla­cze­go py­tasz?

Posłał jej ko­lej­ny po­ro­zu­mie­waw­czy uśmiech, upew­niając ją tym sa­mym, że za­uważył jej spoj­rze­nie skie­ro­wa­ne na sie­bie, gdy od­czy­ty­wał na­pis.

– A tak, bez po­wo­du.

Nie spusz­czała z nie­go wzro­ku, dzi­wiąc się, jak nie­wie­le się zmie­niło w nim od czasów szkoły śred­niej.

– To draśnięcie na przed­ra­mie­niu wygląda na dość świeże – prze­rwał te roz­myśla­nia Jef­frey.

Zmu­siła się, żeby spoj­rzeć na przed­ra­mię chłopa­ka, ale ciągle dławił ją gniew.

– Owszem, tak.

– Tak? – powtórzył Jef­frey py­tająco.

– Tak – po­wie­działa raz jesz­cze, żeby mu uświa­do­mić, że sama po­tra­fi załatwiać swo­je po­ra­chun­ki. Wzięła głęboki, uspo­ka­jający od­dech, za­nim ode­zwała się po­now­nie. – Według mnie to było ce­lo­we, dokład­nie powyżej tętni­cy. Z ta­kie­go po­wo­du na pew­no mógł tra­fić do szpi­ta­la.

Chuck na­gle za­in­te­re­so­wał się, jak tam idzie Le­nie.

– Adams! – wrzasnął. – Sprawdź jesz­cze tam!

Machnął ręką w prze­ciwną od mo­stu stronę, w od­wrot­nym kie­run­ku, niż poszła.

Sara położyła ręce na poślad­kach nie­bosz­czy­ka.

– Czy możesz mi pomóc go odwrócić? – po­pro­siła Jef­freya.

Cze­kając, aż nałoży la­tek­so­we ręka­wicz­ki, omiotła wzro­kiem linię drzew w po­szu­ki­wa­niu Tes­sy, ale ni­ko­go nie za­uważyła. Cho­ciaż raz była wdzięczna, że Tes­sa posłusznie sie­dzi w jej sa­mo­cho­dzie.

– Już je­stem gotów – po­wie­dział Jef­frey, kładąc ręce na ra­mio­nach ofia­ry.

Sara po­li­czyła do trzech i obo­je jak naj­ostrożniej odwrócili ciało.

– O, kur­wa! – pisnął Chuck mniej więcej trzy okta­wy wyżej niż zwy­kle.

Od­sko­czył w tył jak opa­rzo­ny, jak­by ciało ofia­ry na­gle stanęło w płomie­niach. Jef­frey wy­pro­sto­wał się szyb­ko, a na jego twa­rzy po­ja­wił się wy­raz prze­rażenia. Matt odwrócił się do nich ple­ca­mi, a z jego gardła wy­do­był się taki odgłos, jak­by za­raz miał zwy­mio­to­wać.

– No cóż – po­wie­działa Sara, bo nic in­ne­go nie przyszło jej do głowy.

Spodnia stro­na pe­ni­sa ofia­ry była pra­wie całko­wi­cie odar­ta ze skóry. Z żołędzi zwi­sał płat długości mniej więcej czte­rech cali, a ciało było po­przekłuwa­ne roz­miesz­czo­ny­mi nierówno­mier­nie kol­czy­ka­mi w kształcie han­tli.

Sara uklękła przy pa­chwi­nie de­na­ta i zaczęła badać uszko­dze­nia. Usłyszała, jak ktoś z tyłu gwałtow­nie za­sy­sa przez zęby po­wie­trze, kie­dy naciągała skórę z po­wro­tem na miej­sce, oglądając przy tym po­szar­pa­ne brze­gi, w których zo­stała ona ode­rwa­na od członka.

Jef­frey pierw­szy od­zy­skał głos.

– Co to jest, do diabła?

– Pier­cing – wyjaśniła. – Mówią na to dra­bi­na. – Wska­zała na me­ta­lo­we ćwie­ki. – One spo­ro ważą. Siła upad­ku mu­siała ściągnąć z bie­da­ka skórę jak skar­petkę.

– Cho­le­ra – mruknął Chuck, przyglądając się uszko­dze­niom.

Jef­frey ciągle nie mógł uwie­rzyć w to, co wi­dzi.

– Więc on to so­bie zro­bił do­bro­wol­nie?

Sara wzru­szyła ra­mio­na­mi. Przekłuwa­nie ge­ni­ta­liów nie było bar­dzo roz­po­wszech­nio­ne w hrab­stwie Grant, ale Sara miała w kli­ni­ce wy­star­czająco często do czy­nie­nia z in­fek­cja­mi związa­ny­mi z pier­cin­giem, żeby wie­dzieć, że ta­kie rze­czy tu się zda­rzają.

– Jezu – wy­mam­ro­tał Matt, kopiąc ner­wo­wo bu­tem zie­mię, cały czas odwrócony do nich ple­ca­mi.

Sara wska­zała cienką złotą obręcz prze­szy­wającą noz­drza chłopca.

– Skóra jest w tym miej­scu cieńsza, więc ta obrączka nie zo­stała wy­szarp­nięta. A jego brew… – Ro­zej­rzała się do­okoła i za­uważyła następną obrączkę wciśniętą w glinę w miej­scu, gdzie upadło ciało. – Może za­trzask puścił, kie­dy chłopak ude­rzył o zie­mię?

– A co po­wiesz o tym? – spy­tał Jef­frey, wska­zując na jego pierś.

Cien­ka strużka krwi za­stygła mniej więcej dwa cale od pra­we­go sut­ka, roz­dar­te­go na dwie części. Sara próbowała roz­wiązać tę za­gadkę, roz­wijając z po­wro­tem dżinsy – między zam­kiem błyska­wicz­nym i sli­pa­mi znaj­do­wała się trze­cia obrączka.

– Przekłuty su­tek – po­wie­działa, pod­nosząc zna­le­zio­ny kol­czyk. – Masz jakiś wo­re­czek na te rze­czy?

Jef­frey wyciągnął pa­pie­rową to­rebkę na do­wo­dy rze­czo­we i otwo­rzył ją, żeby Sara mogła wrzu­cić obrączki do środ­ka.

– To już wszyst­ko? – za­py­tał z nie­sma­kiem.

– Naj­praw­do­po­dob­niej nie.

Przy­trzy­mując szczęki chłopca kciu­kiem i pal­cem wska­zującym, otwo­rzyła na siłę jego usta. Ostrożnie sięgnęła w głąb pal­ca­mi, sta­rając się nie ska­le­czyć.

– Praw­do­po­dob­nie miał też przekłuty język. Jest prze­połowio­ny na sa­mym czub­ku. Sprawdzę to, kie­dy będę go miała na sto­le sek­cyj­nym, ale naj­pew­niej ćwiek z tego kol­czy­ka utkwił w gar­dle.

Wstała i ściągając ręka­wicz­ki, przyglądała się ofie­rze. Byłby prze­ciętnie wyglądającym dzie­cia­kiem, gdy­by nie strużki krwi sączącej się z nosa i za­sty­gającej do­okoła ust. Ru­da­wa ko­zia bródka po­kry­wała jego de­li­kat­ny podbródek, a cien­kie i długie bacz­ki kręciły się do­okoła po­liczków jak nit­ki wie­lo­ko­lo­ro­wej przędzy.

Chuck pod­szedł krok bliżej, żeby le­piej się przyj­rzeć, i szczęka mu opadła.

– O cho­le­ra… To jest… Cho­le­ra! – jęknął, waląc się pięścią w głowę. – Nie mogę so­bie przy­po­mnieć, jak on się na­zy­wa. Jego mat­ka pra­cu­je w col­le­ge’u.

Sara uj­rzała, jak ra­mio­na Jef­freya gwałtow­nie opadły, kie­dy usłyszał tę in­for­mację. Spra­wa oka­zała się dzie­sięć razy bar­dziej skom­pli­ko­wa­na, niż wyglądała na początku.

– Zna­lazłem list! – krzyknął Frank, stojąc na moście.

Sarę ogarnęło zdu­mie­nie, cho­ciaż to ona wysłała Fran­ka na po­szu­ki­wa­nia. W swo­im cza­sie wi­działa wie­le sa­mobójstw i w tym kon­kret­nym przy­pad­ku coś jej nie pa­so­wało.

Jef­frey przyglądał się jej z uwagą, jak­by po­tra­fił czy­tać w jej myślach.

– Ciągle uważasz, że sko­czył? – za­py­tał.

– Na to wygląda, nie sądzisz?

– Mu­si­my prze­szu­kać te­ren.

Chuck już miał za­ofia­ro­wać po­moc, ale Jef­frey go uprze­dził.

– Chuck, czy możesz zo­stać tu z Mat­tem, jak będzie robił zbliżenie twa­rzy? Chciałbym je po­ka­zać dziew­czy­nie, która zna­lazła ciało.

– No… – Chuck wyraźnie za­sta­na­wiał się nad jakąś wymówką, nie dla­te­go, że nie miał ocho­ty tu się kręcić, ale żeby nie przyj­mo­wać po­le­ceń od Jef­freya.

Jef­frey pod­szedł do Mat­ta, który w końcu odwrócił się do nich przo­dem.

– Zrób kil­ka zdjęć, do­brze?

Matt sztyw­no kiwnął głową, a Sara zaczęła się za­sta­na­wiać, jak uda mu się zro­bić co­kol­wiek bez pa­trze­nia na ofiarę. Z ko­lei Chuck nie mógł ode­rwać oczu od de­na­ta. Praw­do­po­dob­nie nig­dy wcześniej nie wi­dział z bli­ska tru­pa. Sary nie za­sko­czyła taka re­ak­cja, bo do­brze wie­działa, z kim ma do czy­nie­nia. Sądząc po wy­ra­zie jego twa­rzy, można by pomyśleć, że Chuck właśnie ogląda jakiś film w ki­nie.

– Daj rękę – po­wie­dział Jef­frey, po­ma­gając jej wstać.

– Już dzwo­niłam do Car­lo­sa – po­in­for­mo­wała go, mając na myśli swo­je­go asy­sten­ta. – Po­wi­nien tu się zja­wić lada chwi­la. Po sek­cji będzie­my wie­dzieć więcej.

– W porządku – od­parł Jef­frey i zwrócił się do Mat­ta: – Spróbuj zro­bić do­bre zbliżenie twa­rzy. Jak wróci tu Frank, po­wiedz mu, że spo­tka­my się przy sa­mo­cho­dzie.

W od­po­wie­dzi Matt bez słowa za­sa­lu­to­wał.

Sara we­pchnęła ste­to­skop do kie­sze­ni i powędro­wa­li wzdłuż ko­ry­ta rze­ki. Zerknęła jesz­cze w stronę sa­mo­cho­du, szu­kając Tes­sy, ale słońce właśnie padło na przed­nią szybę, zmie­niając ją w ośle­piająco ja­sne lu­stro.

Jef­frey po­cze­kał, aż znajdą się poza zasięgiem uszu Chuc­ka, za­nim spy­tał.

– Cze­go nam nie po­wie­działaś?

Sara za­sta­no­wiła się przez mo­ment, bo nie wie­działa, jak określić swo­je prze­czu­cia.

– Coś mi się w tym wszyst­kim nie zga­dza – wy­krztu­siła wresz­cie.

– Może z po­wo­du Chuc­ka?

– Nie – od­parła zde­cy­do­wa­nie. – Chuck to bałwan. Wiem to od trzy­dzie­stu lat.

Jef­frey po­zwo­lił so­bie na uśmiech.

– No więc co to ta­kie­go?

Sara obej­rzała się na ciało chłopca leżące na zie­mi, a po­tem spoj­rzała na most.

– To za­dra­pa­nie na ple­cach. Skąd się tam wzięło?

– Może to przez te me­ta­lo­we ba­rier­ki na moście? – za­su­ge­ro­wał Jef­frey.

– Ja­kim cu­dem? Ogro­dze­nie nie jest wy­star­czająco wy­so­kie. Praw­do­po­dob­nie chłopak usiadł na nim i prze­rzu­cił nogi na drugą stronę.

– Poniżej jest be­to­no­wa półka – za­uważył Jef­frey. – Mógł się o nią za­dra­pać, kie­dy le­ciał w dół.

Sara nie spusz­czała oczu z mo­stu, sta­rając się wy­obra­zić so­bie praw­do­po­dob­ny sce­na­riusz.

– Wiem, że to może za­brzmi głupio – ode­zwała się po chwi­li – ale gdy­by cho­dziło o mnie, to nie chciałabym w nic ude­rzyć, kie­dy bym spa­dała. Stanęłabym na ogro­dze­niu i sko­czyła da­le­ko od tej półki. Da­le­ko od cze­go­kol­wiek.

– A może on wspiął się na półkę i za­drasnął o kon­strukcję mo­stu?

– Sprawdź, może znaj­dziesz tam reszt­ki naskórka – za­pro­po­no­wała, cho­ciaż z ja­kie­goś po­wo­du wątpiła, czy co­kol­wiek znajdą.

– A co po­wiesz o wylądo­wa­niu na sto­pach?

– To nie jest aż tak nie­zwykłe, jak ci się wy­da­je.

– Myślisz, że zro­bił to ce­lo­wo?

– Że sko­czył?

– No… tamtą rzecz. – Jef­frey wska­zał dol­ne par­tie ciała.

– A… pier­cing? Pew­nie miał te kol­czy­ki już przez jakiś czas. Wszyst­ko zdążyło się do­brze za­goić.

Jef­frey się skrzy­wił.

– Cze­mu lu­dzie robią so­bie ta­kie rze­czy?

– Bo po­wszech­nie uważa się, że to zwiększa do­zna­nia sek­su­al­ne.

– Mężczy­zny? – Jef­frey nadal po­zo­sta­wał scep­tycz­ny.

– I ko­bie­ty także – dodała Sara, cho­ciaż na myśl o tym prze­szy­wał ją zim­ny dreszcz.

Spoj­rzała po­now­nie w stronę sa­mo­cho­du w na­dziei, że zo­ba­czy tam Tessę, ale cho­ciaż do­sko­na­le wi­działa oko­li­ce par­kin­gu, nie do­strzegła ni­ko­go poza Bra­dem Ste­phen­sem i dziew­czyną, która zna­lazła zwłoki.

– Gdzie jest Tes­sa? – spy­tał.

– Kto to może wie­dzieć? – burknęła ze złością.

Po­win­na była za­brać Tessę do domu, za­miast po­zwo­lić jej przy­cze­pić się do sie­bie jak rzep do psie­go ogo­na.

– Brad! – zawołał Jef­frey do po­li­cjan­ta, kie­dy zbliżyli się do sa­mo­chodów. – Czy Tes­sa scho­dziła z po­wro­tem z tego pagórka?

– Nie, sir – od­po­wie­dział.

Sara rzu­ciła okiem w głąb sa­mo­cho­du, spo­dzie­wając się uj­rzeć Tessę zwi­niętą w kłębek na tyl­nym sie­dze­niu i drze­miącą w naj­lep­sze. Ale w sa­mo­cho­dzie nie było ni­ko­go.

– Sara? – ode­zwał się Jef­frey.

– Wszyst­ko w porządku – od­parła, sądząc, że Tes­sa zaczęła scho­dzić, a za­raz po­tem zno­wu mu­siała wrócić na górę.

W ciągu ostat­nich kil­ku ty­go­dni dziec­ko bez prze­rwy obi­jało się jej o pęcherz.

– Chcesz, żebym po­szedł jej po­szu­kać?

– Nie. Ona pew­nie gdzieś tam so­bie sie­dzi i od­po­czy­wa.

– Je­steś pew­na? – zdążył jesz­cze spy­tać.

Po­ma­chała do nie­go na pożegna­nie, wstępując na tę samą ścieżkę, którą wcześniej wędro­wała pod górę Tes­sa. Stu­den­ci upra­wiający w le­sie jog­ging wy­dep­ta­li mnóstwo dróżek, które pro­wa­dziły z jed­ne­go końca mia­stecz­ka na dru­gi. Gdy­by Sara skie­ro­wała się na wschód, mniej więcej po mili na­tknęłaby się na szpi­tal dla dzie­ci. Ścieżka biegnąca w kie­run­ku za­chod­nim dopro­wa­dziłaby ją do au­to­stra­dy, a idąc na północ, zna­lazłaby się po prze­ciw­nej stro­nie mia­sta, nie­da­le­ko domu Lin­tonów. Jeśli Tes­sa zde­cy­do­wała się wra­cać do domu na pie­chotę, ni­ko­go o tym nie in­for­mując, Sara ją po pro­stu za­bi­je.

Na­chy­le­nie zbo­cza było bar­dziej stro­me, niż so­bie wy­obrażała, więc przy­stanęła na szczy­cie pagórka, żeby złapać od­dech. Do­okoła na całym te­re­nie walały się śmie­ci; pu­szek po pi­wie było tyle co zeschłych liści.

Zerknęła w dół na par­king, gdzie Jef­frey prze­py­ty­wał właśnie dziew­czynę, która zna­lazła ofiarę. Brad Ste­phens po­ma­chał do niej, więc od­po­wie­działa mu w ten sam sposób, myśląc jed­no­cześnie, że jeżeli ją ta wspi­nacz­ka po­zba­wiła tchu, to Tes­sa musi te­raz le­d­wo zipać. Może za­trzy­mała się gdzieś, żeby od­począć przed wy­ru­sze­niem w drogę po­wrotną; może na­po­tkała po dro­dze ja­kieś dzi­kie zwierzę albo zaczęła ro­dzić. Kie­dy ta ostat­nia myśl przyszła jej do głowy, odwróciła się z po­wro­tem w stronę drzew i po­biegła wy­dep­taną ścieżką w głąb lasu. Kil­ka jardów da­lej zaczęła dokład­nie prze­szu­ki­wać naj­bliższą oko­licę w po­szu­ki­wa­niu ja­kich­kol­wiek śladów sio­stry.

– Tess! – krzyknęła głośno, sta­rając się opa­no­wać gniew.

Tes­sa praw­do­po­dob­nie odpłynęła gdzieś myślami i stra­ciła po­czu­cie cza­su. Prze­stała nosić ze­ga­rek już kil­ka mie­sięcy temu, kie­dy jej nad­gar­stek spuchł tak, że nie mieścił się w bran­so­let­ce.

Sara weszła głębiej w gęstwinę i zawołała zno­wu:

– Tes­sa?!

Po­mi­mo słonecz­ne­go dnia w le­sie było ciem­no; ko­na­ry wy­so­kich drzew spla­tały się ze sobą jak pal­ce w dzie­cięcej grze, nie prze­pusz­czając większej ilości światła.

Sara ciągle osłaniała dłonią oczy, jak­by to miało jej pomóc le­piej wi­dzieć.

– Tess?! – spróbowała po­now­nie, a po­tem po­li­czyła do dwu­dzie­stu.

Żad­nej od­po­wie­dzi.

Lek­ki wia­te­rek po­ru­szył liśćmi nad jej głową i Sara po­czuła, jak ciar­ki prze­bie­gają jej po skórze. Po­cie­rając gołe ra­mio­na, poszła jesz­cze kil­ka kroków da­lej. Mniej więcej w od­ległości piętna­stu stóp ścieżka się roz­wi­dlała. Sara próbowała zde­cy­do­wać się, którą od­nogę wy­brać. Obie wyglądały na uczęszcza­ne, a na zie­mi bez tru­du za­uważyła od­ci­ski te­nisówek. Uklękła, sta­rając się rozróżnić płaskie ślady san­dałów Tes­sy pomiędzy zyg­za­ko­wa­ty­mi i prążko­wa­ny­mi bieżni­ka­mi, kie­dy za nią roz­legł się jakiś dźwięk.

Sko­czyła na równe nogi.

– Tes­sa?

Ale to był tyl­ko szop pracz, równie za­sko­czo­ny jej obec­nością jak ona jego wi­do­kiem. Przez dłuższą chwilę przyglądali się so­bie, aż wresz­cie szop dał nura w las.

Sara stała w miej­scu, otrze­pując ręce z ku­rzu. Zaczęła iść w pra­wo, a po­tem wróciła do roz­wi­dle­nia i ob­ca­sem na­ry­so­wała na pia­chu strzałkę, żeby za­zna­czyć, w którą od­nogę skręciła. Ry­sując ten znak, czuła się głupio, ale czas na wyśmie­wa­nie się z własnej ostrożności na­dej­dzie później, kie­dy już będzie od­wo­ziła Tessę do domu.

– Tess?! – ode­zwała się po­now­nie. Idąc ścieżką w dół, odłamała gałązkę z ni­sko zwie­szającego się ko­na­ru. – Tess! – zawołała ko­lej­ny raz, a po­tem za­trzy­mała się, nasłuchując, ale da­lej nie było żad­nej od­po­wie­dzi.

Przed sobą uj­rzała łagod­ny zakręt, a po­tem ścieżka roz­wi­dlała się po­now­nie. Przez mo­ment za­sta­na­wiała się, czy nie le­piej byłoby spro­wa­dzić tu Jef­freya, ale zde­cy­do­wała, że jed­nak nie. Z jed­nej stro­ny czuła się idio­tycz­nie, że w ogóle roz­waża taką możliwość, pod­czas gdy gdzieś w głębi du­szy nie mogła stłumić ogar­niającego ją stra­chu.

Ru­szyła przed sie­bie, wołając od cza­su do cza­su Tessę. Na następnym roz­wi­dle­niu zno­wu osłoniła dłonią oczy, spoglądając w obu kie­run­kach. Oba szla­ki stop­nio­wo od­da­lały się od sie­bie; ten po pra­wej zakręcał ostro mniej więcej osiem­dzie­siąt stóp da­lej. Las był w tym miej­scu bar­dziej mrocz­ny i mu­siała moc­no wytężać wzrok, żeby co­kol­wiek zo­ba­czyć. Zaczęła już ry­so­wać strzałkę na le­wej ścieżce, kie­dy na­gle w głowie błysnęła jej z opóźnie­niem jakaś myśl, zupełnie jak­by jej oczy po­trze­bo­wały trochę cza­su, żeby prze­ka­zać ob­raz do mózgu. Przyj­rzała się ba­daw­czo ścieżce po pra­wej stro­nie i uj­rzała jakiś ka­mień dzi­wacz­ne­go kształtu tuż przed ostrym zakrętem. Bez­wied­nie postąpiła kil­ka kroków, a po­tem rzu­ciła się pędem do przo­du, bo uświa­do­miła so­bie, że ten ka­mień tak na­prawdę był jed­nym z san­dałów Tes­sy.

– Tes­sa! – wrzasnęła, po­ry­wając z zie­mi but i przy­ci­skając go do pier­si, kie­dy jak osza­lała ob­ra­cała się wokół w po­szu­ki­wa­niu sio­stry.

Upuściła san­dał, bo na­gle po­czuła za­wro­ty głowy. Jej gardło ścisnęło się, jak­by strach, który to­wa­rzy­szył jej przez całą drogę, na­gle roz­winął się w porażającą pa­nikę. Przed nią na po­lan­ce leżała na ple­cach Tes­sa, z jedną ręką na brzu­chu, a drugą od­rzu­coną na bok. Głowę miała nie­na­tu­ral­nie wygiętą, usta lek­ko roz­chy­lo­ne, a oczy za­mknięte.

– Nie – wy­rzu­ciła z sie­bie Sara, pędząc do sio­stry.

Od­ległość między nimi nie była większa niż dwa­dzieścia stóp, ale dla niej były to całe mile. Mi­lio­ny możliwości prze­la­ty­wały jej przez głowę, ale żadna z nich nie przy­go­to­wała jej na to, co zna­lazła.

– O Boże – wy­krztu­siła, z tru­dem łapiąc od­dech. Ko­la­na ugięły się pod nią; osunęła się na zie­mię. – Boże, nie!

Tes­sa zo­stała ugo­dzo­na nożem przy­najm­niej dwu­krot­nie w brzuch i raz w pierś. Krew była wszędzie, zmie­niając ciem­ny fio­let jej su­kien­ki w głęboką, mokrą czerń. Sara spoj­rzała na twarz sio­stry. Skóra na głowie Tes­sy zo­stała roz­dar­ta – część jej zwi­sała nad le­wym okiem, a ja­sna czer­wień tkan­ki kon­tra­sto­wała z bla­dością cery.

– Nie… Tes­sie… nie… – łkała Sara. Przyłożyła dłoń do po­licz­ka Tes­sy i sta­rała się ro­ze­wrzeć jej oczy. – Tes­sie? O, mój Boże! Co się stało?

Tes­sa nie od­po­wia­dała. Leżała bezwład­nie i nie sta­wiała opo­ru, kie­dy Sara przy­ci­skała od­dartą skórę z włosa­mi z po­wro­tem na miej­sce i kie­dy na siłę roz­su­wała po­wie­ki, żeby doj­rzeć źre­ni­ce. Próbowała zna­leźć puls na tętni­cy szyj­nej, ale ręce tak jej się trzęsły, że je­dy­nie roz­sma­ro­wała pal­ca­mi krew po szyi Tes­sy, tworząc jakiś ma­ka­brycz­ny wzór. Przy­cisnęła więc ucho do pier­si, a mo­kry ma­te­riał na­tych­miast przy­le­pił się jej do po­licz­ka, kie­dy próbowała od­na­leźć jakiś znak życia.

Nasłuchując, spoj­rzała w dół, na dziec­ko. Krew zmie­sza­na z płynem owo­dnio­wym sączyła się z dol­nych nacięć jak z nie­szczel­ne­go kra­nu. Kawałek je­li­ta wy­do­stał się na zewnątrz przez sze­ro­kie roz­dar­cie w fio­le­to­wym bezrękaw­ni­ku.

Sara na ten wi­dok za­mknęła oczy i wstrzy­mała od­dech, dopóki nie usłyszała słabych ude­rzeń ser­ca i nie po­czuła nie­mal nie­do­strze­gal­ne­go uno­sze­nia się i opa­da­nia klat­ki pier­sio­wej sio­stry.

– Tess? – po­wie­działa, pro­stując się i wy­cie­rając so­bie krew z twa­rzy spodem rękawa. – Tes­sie, proszę, ock­nij się.

Ktoś za jej ple­ca­mi nastąpił na gałązkę. Kie­dy usłyszała głośny trzask, odwróciła się gwałtow­nie, czując, jak ser­ce pod­cho­dzi jej do gardła. Na ścieżce stał Brad Ste­phens z usta­mi otwar­ty­mi w nie­mym prze­rażeniu. Przez kil­ka se­kund ga­pi­li się na sie­bie, nie mogąc wy­krztu­sić słowa.

– Dok­tor Lin­ton? – ode­zwał się wresz­cie, a jego głos le­d­wo było słychać na po­la­nie.

Na twa­rzy Bra­da ma­lo­wał się ten sam wy­raz, który zo­ba­czyła wcześniej u szo­pa pra­cza.

Sara nie mogła zro­bić nic więcej, jak tyl­ko na nie­go pa­trzeć. W myślach krzy­czała do nie­go, żeby pędził po Jef­freya, żeby coś zro­bił, ale w rze­czy­wi­stości żadne z tych słów nie wy­do­sta­wało się na zewnątrz.

– Spro­wadzę po­moc – po­wie­dział w końcu.

Jego buty ciężko ude­rzały o zie­mię, kie­dy odwrócił się i po­biegł z po­wro­tem.

Sara pa­trzyła w ślad za nim, dopóki nie zniknął za zakrętem, i do­pie­ro wte­dy zno­wu spoj­rzała na Tessę. To nie mogło dziać się na­prawdę. Obie śniły jakiś ma­ka­brycz­ny sen. Wkrótce Sara zbu­dzi się i będzie po wszyst­kim. To prze­cież nie była Tes­sa – jej młod­sza sio­strzycz­ka, która do­ma­gała się, żeby ją wszędzie za­bie­rać ze sobą, tak jak wte­dy, gdy były dziećmi. Tes­sa tyl­ko poszła na spa­cer; mu­siała zna­leźć ja­kieś ustron­ne miej­sce, żeby ulżyć pęche­rzo­wi. Nie leżała tu­taj w kałuży krwi, pod­czas gdy Sara nie mogła się zdo­być na żadne kon­kret­ne działanie, tyl­ko po­tra­fiła trzy­mać ją za rękę i płakać.

– Wszyst­ko będzie do­brze – po­wie­działa do sio­stry przez łzy, sięgając po jej drugą rękę. Po­czuła, że coś tam jest, i kie­dy zaj­rzała w prawą dłoń Tes­sy, zo­ba­czyła, że do skóry przy­le­pił się kawałek białego pla­sti­ku. – Co to ta­kie­go? – zdzi­wiła się.

I wte­dy pięść Tes­sy za­cisnęła się, a z jej pier­si wy­do­był się jęk.

– Tes­sa?! – zawołała Sara, za­po­mi­nając na­tych­miast o kawałku pla­sti­ku. – Tes­sa, spójrz na mnie.

Po­wie­ki Tes­sy za­trze­po­tały lek­ko, ale się nie otwo­rzyły.

– Tess! – powtórzyła Sara. – Tess, zo­stań ze mną. Po­patrz na mnie.

Po­wo­li otwo­rzyła oczy i zdążyła wy­szep­tać „Sara”, a za­raz po­tem jej po­wie­ki zaczęły drżeć i zno­wu się przy­mknęły.

– Tes­sa, nie za­my­kaj oczu! – krzyknęła, ści­skając z całych sił dłoń sio­stry. – Czu­jesz to? Po­wiedz mi. Czu­jesz, jak ści­skam cię za rękę?

Tes­sa przy­taknęła, a jej oczy otwo­rzyły się sze­ro­ko, jak­by po­czuła się za­sko­czo­na, że obu­dzo­no ją z głębo­kie­go snu.

– Możesz od­dy­chać? – spy­tała Sara, do­sko­na­le wiedząc, że w jej pi­skli­wym głosie słychać pa­nikę. Sta­rała się mówić nor­mal­nym to­nem, ale miała świa­do­mość, że tyl­ko po­gar­sza sprawę. – Masz ja­kieś pro­ble­my z od­dy­chaniem?

Tes­sa bezgłośnie wymówiła „nie”, a jej war­gi zadrżały z wysiłku.

– Tess – mówiła da­lej Sara. – Czu­jesz ból? Gdzie cię boli naj­moc­niej?

Tes­sa nie od­po­wie­działa. Po­tem jej ręka nie­pew­nie powędro­wała w kie­run­ku głowy, a pal­ce za­wisły nad ode­rwa­nym skal­pem. Jej głos był nie­wie­le głośniej­szy od szep­tu.

– Co się stało?

– Nie wiem – od­parła Sara.

Nie była ni­cze­go pew­na, poza tym, że nie może po­zwo­lić, żeby Tes­sa ze­mdlała.

Pal­ce Tes­sy zna­lazły ranę na głowie. Skóra po­ru­szyła się pod ich do­tknięciem, aż Sara od­sunęła stamtąd jej rękę.

– Co… – zaczęła zno­wu Tes­sa, ale jej głos za­marł, za­nim skończyła pytać.

Obok jej głowy leżał potężny ka­mień. Na jego po­wierzch­ni były ślady krwi i reszt­ki włosów.

– Czy ude­rzyłaś się w głowę, kie­dy upadłaś? – spy­tała Sara, choć wie­działa, że tak właśnie mu­siało być. – Tak?

– Ja nie…

– Ktoś cię dźgnął nożem, praw­da? – drążyła da­lej Sara. – Pamiętasz, co się stało?

Twarz Tes­sy wy­krzy­wił strach, kie­dy sięgnęła ręką w dół brzu­cha.

– Nie – po­wie­działa Sara, od­su­wając jej dłoń, za­nim jesz­cze zdążyła do­tknąć rany.

Z tyłu do­biegł trzask łama­nych gałęzi – to Jef­frey pędził co tchu w ich kie­run­ku. Upadł na ko­la­na na­prze­ciw Sary.

– Co tu się stało? – spy­tał gwałtow­nie.

Na jego wi­dok Sara wy­buchnęła płaczem.

– Sara… – po­pro­sił, ale ona tak szlo­chała, że nie mogła mówić. – Sara! – powtórzył ostrzej. Wresz­cie chwy­cił ją za ra­mio­na. – Sara, weź się w garść! – po­wie­dział roz­ka­zująco. – Wi­działaś, kto to zro­bił?

Ro­zej­rzała się wokoło. Do­pie­ro te­raz do­tarło do niej, że człowiek, który zadał cios Tes­sie, mógł przez cały ten czas czaić się w po­bliżu.

– Sara?

Potrząsnęła głową.

– Nie wiem… Ni­ko­go nie wi­działam…

Jef­frey ob­ma­cał jej kie­sze­nie, na­tra­fił na ste­to­skop i wsa­dził go w jej bezwładną rękę. Kie­dy mówił „Frank już dzwo­ni po am­bu­lans”, miała wrażenie, że jego głos do­bie­ga z bar­dzo da­le­ka, tak że ra­czej od­czy­tała te słowa z ru­chu jego warg, niż je usłyszała.

– Sara?

Nad­miar przeżyć spra­wił, że była jak spa­ra­liżowa­na, nie­zdol­na na­wet pomyśleć, co po­win­na te­raz zro­bić. Jej pole wi­dze­nia zawęziło się i te­raz spoglądała tyl­ko na Tessę, za­krwa­wioną i prze­rażoną, z sze­ro­ko otwar­ty­mi w szo­ku oczy­ma. Prze­rażenie, ból, ośle­piający strach – od­czu­wały to samo. Sara była całko­wi­cie bez­rad­na.

– Sara? – powtórzył Jef­frey, kładąc rękę na jej ra­mie­niu.

Na­gle znów słyszała nor­mal­nie, zupełnie jak­by woda przedarła się przez jakąś za­porę.

Jef­frey ścisnął jej ramię tak moc­no, że aż za­bo­lało.

– Po­wiedz mi, co mam robić.

Jego słowa spra­wiły, że w tym mo­men­cie zdołała nad sobą za­pa­no­wać, choć jej głos ciągle był le­d­wie słyszal­ny.

– Zdej­mij ko­szulę – po­le­ciła. – Mu­si­my za­ha­mo­wać krwo­tok.

Pa­trzyła, jak Jef­frey zrzu­ca z sie­bie ma­ry­narkę i roz­wiązuje kra­wat, a po­tem, nie za­dając so­bie tru­du, żeby roz­piąć gu­zi­ki, roz­ry­wa ko­szulę. Stop­nio­wo jej umysł za­czy­nał znów pra­co­wać. Mogła so­bie z tym po­ra­dzić. Wie­działa, co ma robić.

– Czy bar­dzo z nią źle? – za­py­tał.

Sara nie ode­zwała się, bo uświa­do­miła so­bie, że wy­mie­nie­nie na głos uszko­dzeń ciała może tyl­ko po­gor­szyć sy­tu­ację. Za­miast tego przy­cisnęła ko­szulę do brzu­cha Tes­sy, a po­tem położyła na niej rękę Jef­freya, mówiąc: „Tak jak te­raz”, żeby wie­dział, jak moc­no może cisnąć.

– Tess? – ode­zwała się, sta­rając się za­cho­wać zimną krew. – Chcę, żebyś na mnie po­pa­trzyła, do­brze, ko­cha­nie? Po pro­stu patrz na mnie i jeśli coś się zmie­ni, daj mi znać, zgo­da?

Tes­sa przy­taknęła, a jej spoj­rze­nie uciekło w bok, w kie­run­ku Fran­ka, który właśnie się do nich zbliżał.

Frank opadł na zie­mię tuż obok Jef­freya.

– Mają gdzieś tu he­li­kop­ter ra­tow­ni­czy, będzie za ja­kieś dzie­sięć mi­nut.

Zaczął także roz­pi­nać ko­szulę, kie­dy na po­lanę do­tarła Lena Adams. Za­raz za nią po­ja­wił się Matt Ho­gan.

– Mu­siał ucie­kać tamtędy. – Jef­frey wska­zał ścieżkę pro­wadzącą w głąb lasu.

Obo­je, Lena i Matt, po­bie­gli w tamtą stronę bez za­da­wa­nia pytań.

– Tess – mówiła Sara, zaglądając w ranę na pier­si, żeby zo­ba­czyć, jak bar­dzo jest głęboka. Ostrze noża weszło nie­bez­piecz­nie bli­sko ser­ca. – Wiem, że to boli, ale po­sta­raj się tyl­ko przeżyć, do­brze? Możesz to dla mnie zro­bić?

Tes­sa nie­znacz­nie skinęła głową, ale jej spoj­rze­nie ciągle ucie­kało.

Sara przyłożyła ste­to­skop do jej pier­si; pra­ca ser­ca przy­po­mi­nała po­spiesz­ne wa­le­nie w bęben, za to jej od­dech – ury­wa­ne stac­ca­to. Ręka Sary zno­wu zaczęła się trząść, kie­dy przyłożyła słuchawkę do brzu­cha Tes­sy, szu­kając bi­cia ser­ca dziec­ka. Ude­rze­nie nożem w brzuch było de fac­to równo­znacz­ne z ugo­dze­niem dziec­ka i Sara nie była za­sko­czo­na, kie­dy nie udało jej się usłyszeć dru­gie­go ser­ca. Płyn owo­dnio­wy try­skał z rany, niszcząc w ten sposób ochron­ne śro­do­wi­sko płodu. Jeśli na­wet ostrze noża bez­pośred­nio nie uszko­dziło maleństwa, to z pew­nością do­ko­nała tego utra­ta krwi i płynu.

Sara czuła, jak spoj­rze­nie sio­stry prze­wier­ca ją na wy­lot, ale nie mogła się zdo­być na to, żeby od­po­wie­dzieć na to nie­me py­ta­nie. Jeśli Tes­sa do­zna szo­ku, pod­sko­czy jej po­ziom ad­re­na­li­ny, a ser­ce za­cznie pra­co­wać w przy­spie­szo­nym tem­pie, wy­pom­po­wując krew z ciała.

– Jest słabiut­kie – po­wie­działa wresz­cie, cho­ciaż żołądek szar­pał ją nie­miłosier­nie, kie­dy wy­po­wia­dała na głos to kłam­stwo. Zmu­siła się do spoj­rze­nia pro­sto w oczy Tes­sy i ujęcia jej za rękę. – Bi­cie ser­ca jest słabe, ale je słyszę.

Pra­wa ręka Tes­sy znów uniosła się na wy­so­kość brzu­cha, ale Jef­frey w porę ją za­trzy­mał. Spoj­rzał na jej dłoń.

– Co to jest?! – zawołał. – Tes­sa? Co ty trzy­masz w ręku?

Trzy­mał jej rękę na wy­so­kości oczu. Kie­dy kawałek pla­sti­ku za­trze­po­tał na wie­trze, na twa­rzy Tes­sy po­ja­wił się wy­raz zakłopo­ta­nia.

– Czy do­stałaś to od nie­go? – pytał Jef­frey. – Od człowie­ka, który cię na­padł?

– Jef­frey… – po­wie­działa przy­ci­szo­nym głosem Sara.

Jego ko­szu­la prze­siąkła krwią, ob­le­piając dłoń Jef­freya aż po nad­gar­stek. W jed­nej chwi­li zro­zu­miał, co miała na myśli, i zaczął ściągać pod­ko­szu­lek, ale Sara po­wie­działa „nie” i chwy­ciła jego ma­ry­narkę, bo tak było szyb­ciej.

Tes­sa jęknęła, kie­dy ucisk na ranę na mo­ment się zmie­nił, i za­sy­czała z bólu.

– Tess? – za­py­tała głośno Sara. – Dasz radę wy­trzy­mać jesz­cze trochę?

Tes­sa przy­taknęła sztyw­no. Za­cisnęła usta, a jej noz­drza roz­sze­rzyły się, kie­dy z tru­dem łapała od­dech. Ścisnęła rękę Sary tak moc­no, że ta po­czuła, jak ru­szają się drob­ne ko­stecz­ki.

– Nie masz kłopotów z od­dy­cha­niem, praw­da?

Tess nie od­po­wie­działa, ale w jej wzro­ku po­ja­wiła się czuj­ność. Prze­niosła spoj­rze­nie z Sary na Jef­freya.

Sara dołożyła wszel­kich sta­rań, aby w jej głosie nie było słychać prze­rażenia.

– Możesz nor­mal­nie od­dy­chać? – spy­tała po­now­nie.

Jeśli Tes­sa nie będzie od­dy­chać sa­mo­dziel­nie, Sara nie zdoła jej pomóc.

– Sara! – Jef­frey napiął dłoń, którą trzy­mał na brzu­chu Tes­sy. – Moim zda­niem to wygląda na skurcz.

Sara pokręciła po­spiesz­nie głową, kładąc dłoń obok ręki Jef­fe­reya. Według niej były to tyl­ko skur­cze spo­wo­do­wa­ne wy­do­by­wa­niem się mo­czu, ale na wszel­ki wy­pa­dek spy­tała pod­nie­sio­nym głosem:

– Tess? Czy czu­jesz, że w tym miej­scu bar­dziej cię boli? Tu, w mied­ni­cy?

Tes­sa nie ode­zwała się, ale zaszczękała zębami, jak­by na­gle zro­biło się jej bar­dzo zim­no.

– Chcę tyl­ko spraw­dzić, czy nie ma roz­war­cia – po­wie­działa ostrze­gaw­czo Sara, unosząc su­kienkę Tess.

Krew zmie­sza­na z płynem owo­dnio­wym zdążyła już za­stygnąć na jej udach w sztywną, czarną sko­rupę. Sara wsunęła na siłę pal­ce w kanał rod­ny. Napięcie mięśni jest nor­malną re­akcją or­ga­ni­zmu ludz­kie­go na uraz i ciało Tes­sy także re­ago­wało w ten sposób. Sara miała wrażenie, że wpy­cha pal­ce w imadło.

– Spróbuj się roz­luźnić – po­le­ciła, szu­kając na oślep szyj­ki ma­ci­cy. Ostat­nie zajęcia na położnic­twie miała całe wie­ki temu i na­wet lek­tu­ra, którą prze­czy­tała ostat­nio, żeby przy­go­to­wać się do nad­chodzącego po­ro­du, oka­zała się da­le­ce nie­wy­star­czająca. – Wszyst­ko jest do­brze. Świet­nie ci idzie – po­wta­rzała bez prze­rwy.

– O, zno­wu to po­czułem – ode­zwał się Jef­frey.

Sara spoj­rzała na nie­go ostrzej, żeby wresz­cie się za­mknął. Ona też czuła wyraźne skur­cze, ale nic z tym nie mo­gli te­raz zro­bić. Na­wet jeśli ist­niała ja­ka­kol­wiek szan­sa, że dziec­ko przeżyło, to i tak wy­ko­na­nie ce­sar­skie­go cięcia w tym miej­scu zabiłoby Tessę. Jeśli ostrze noża na­ru­szyło ma­cicę, wy­krwa­wiłaby się na śmierć, za­nim zdążyli­by do­je­chać do szpi­ta­la.

– Wszyst­ko w porządku – po­wie­działa Sara, wyciągając rękę z dłoni Tes­sy. – Nie ma roz­war­cia. Wszyst­ko jest okej. Ro­zu­miesz, Tes­sa? Wszyst­ko w porządku.

Usta Tes­sy po­ru­szały się ciągle, ale wy­do­by­wało się z nich je­dy­nie dy­sze­nie. Od­dy­chała za szyb­ko i gro­ziło jej omdle­nie z po­wo­du hi­per­wen­ty­la­cji.

– Zwol­nij trochę, skar­bie – po­pro­siła Sara, zbliżając twarz do twa­rzy Tes­sy. – Po­sta­raj się trochę wol­niej od­dy­chać, do­brze?

Po­ka­zała na so­bie, o co cho­dzi: głęboko na­bie­rała po­wie­trza i wol­no je wy­pusz­czała, myśląc przez cały czas, że to samo robiły w szko­le ro­dze­nia La­ma­ze’a za­le­d­wie kil­ka ty­go­dni temu.

– Te­raz do­brze – po­wie­działa, kie­dy od­dech Tes­sy wyraźnie zwol­nił. – Przy­jem­nie i po­wo­li.

Sara odprężyła się na mo­ment, ale po­tem na­gle wszyst­kie mięśnie twa­rzy Tes­sy w jed­nej chwi­li się napięły; głowa zaczęła jej się trząść, a drżenie prze­niosło się naj­pierw na dłoń Sary, a po­tem na jej rękę, jak na ka­mer­to­nie. Z ust Tes­sy wy­do­było się bul­go­ta­nie i za­raz po­tem po­ciekła strużka prze­zro­czy­stej cie­czy. Jej oczy zro­biły się szkla­ne, a spoj­rze­nie obojętne i zim­ne.

Sara sta­rała się mówić przy­ci­szo­nym głosem, kie­dy za­da­wała Fran­ko­wi py­ta­nie.

– O której mniej więcej miał przy­le­cieć ten he­li­kop­ter?

– Po­wi­nien być lada chwi­la – od­parł w ten sam sposób.

– Tes­sa – po­wie­działa Sara, na­dając swe­mu głoso­wi su­ro­we, groźne brzmie­nie. Nie mówiła w ten sposób do swo­jej sio­stry od cza­su, kie­dy Tes­sa miała dwa­naście lat i za­pragnęła upra­wiać akro­ba­cje na da­chu ich domu. – Tes­sa, zbierz wszyst­kie siły. Po­sta­raj się wy­trzy­mać jesz­cze tro­szeczkę. Posłuchaj mnie. Trzy­maj się. Mówię do cie­bie, żebyś…

Na­gle ciało Tes­sy wygięło się spa­zma­tycz­nie, szczęki za­cisnęły, oczy uciekły gdzieś w tył głowy, a z ust wy­do­był się gardłowy dźwięk. Na­pad prze­bie­gał z prze­rażającą in­ten­syw­nością i Tes­sa trzęsła się, jak­by po­ra­ził ją prąd.

Sara próbowała własnym ciałem od­dzie­lić ją od zie­mi, żeby sio­stra nie zra­niła się jesz­cze bar­dziej. Tes­sa trzęsła się nie­opa­no­wa­nie, chrząkając i prze­wra­cając ocza­mi. Stra­ciła kon­trolę nad pęche­rzem i w po­wie­trzu roz­szedł się kwaśny za­pach mo­czu. Jej szczęki były zaciśnięte tak moc­no, że mięśnie szyi wyglądały jak wy­stające sta­lo­we sznu­ry.

Sara usłyszała w od­da­li war­kot sil­ni­ka, a po­tem rozróżniła dźwięk łopat he­li­kop­te­ra. Kie­dy po­wietrz­ny am­bu­lans za­wisł nad ich głowa­mi tuż przed za­to­cze­niem koła w stronę ko­ry­ta rze­ki, po­czuła pod po­wie­ka­mi kłujące łzy.

– Po­spiesz­cie się! – wy­szep­tała. – Błagam!

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dobra córka Ostatnie tchnienie Serce jak lód Ofiara Miasto glin Niewidzialny 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer