Szamo

Szamo

Autorzy: Krzysztof Stanowski

Wydawnictwo: Buchmann

Kategorie: Biografie Sport

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 296

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 20.80 zł

Fabularyzowana biografia Grzegorza Szamotulskiego - popularnego piłkarza wielu, nie tylko polskich, klubów, m. in Legii Warszawa i ligi austriackiej. Barwna historia, a właściwie relacja z jego kariery piłkarskiej, zawierająca wybór niezwykle interesujących historii, dziejących się za kulisami rozgrywek piłkarskich lub w szatni. Zdarzenia opisane sprawną ręką Krzysztofa Stanowskiego - dziennikarza sportowego, twórcy kontrowersyjnego serwisu weszlo.com.

"Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o piłce nożnej, ale wstydzicie się zapytać."

SZA­MO

Wszyst­ko, co wie­dział­byś o pił­ce noż­nej, gdy­by cię nie oszu­ki­wa­no

Krzysz­tof Sta­now­ski

Text © Co­py­ri­ght by Krzysz­tof Sta­now­ski

Co­py­ri­ght © Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o., 2013

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

ISBN 978-83-7881-210-4

Re­dak­cja

Ra­fał Sar­na

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki

Ro­man To­bjasz

Zdję­cie na okład­ce

Grze­gorz Lech

Ko­or­dy­na­cja

Ma­rze­na Ba­ra­now­ska

Wy­daw­ca:

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

i Mi­chał La­tu­sek / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Spis treści

Wstęp

Trenerzy

Pseudotrenerzy

Piłkarze

Pieniądze

Mecze

Zakończenie

Zdjęcia

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

WSTĘP

PRZED­STA­WIE­NIE CZAS ZA­CZĄĆ

Na­zy­wam się Grze­gorz Sza­mo­tul­ski. Dla wszyst­kich: „Sza­mo”. Mam nie­rów­no pod su­fi­tem, mó­wiąc po ludz­ku – ucho­dzę za lek­ko pier­dol­nię­te­go. Jed­nak ten na po­zór dys­kwa­li­fi­ku­ją­cy fakt nie prze­szko­dził mi przez kil­ka­na­ście lat za­wo­do­wo grać w pił­kę noż­ną. Co się na­gra­łem – to moje. Co wi­dzia­łem – to… wa­sze. Bo te­raz będę mó­wił. Słu­chać, dzie­cia­ki! Dzia­dek sia­da w bu­ja­nym fo­te­lu i za­czy­na snuć swą opo­wieść…

Pił­ka. Gdzieś tam się w tej książ­ce po­to­czy, gdzieś wpad­nie, ale prze­cież nie będę opi­sy­wał goli, zwłasz­cza że głów­nie je pusz­cza­łem. Jezu, pu­ści­łem w ży­ciu tyle goli, że na samo wspo­mnie­nie chce mi się rzy­gać. Olać gole, gole są prze­re­kla­mo­wa­ne. Nie­na­wi­dzę goli. Raz je­den, pa­mię­tam, do­sta­łem czte­ry sztu­ki w Pa­ra­gwa­ju. Koń­ców­ka me­czu, rzut wol­ny, na­gle cały sta­dion za­czy­na krzy­czeć: „Chi­la­vert, Chi­la­vert!”. Co jest gra­ne? Jaki, do dia­bła, Chi­la­vert? Pa­trzę z prze­ra­że­niem, bo ten wiel­ki niedź­wiedź bie­gnie przez całe bo­isko, żeby upo­ko­rzyć mnie do­szczęt­nie. Rzad­ko się mo­dlę na bo­isku, ale wte­dy się po­mo­dli­łem: „Do­bry Boże, niech się dzie­je co chce, ale niech ten gru­bas mi nie strze­li. Mogę ju­tro skoń­czyć ka­rie­rę, ale nie w taki spo­sób”. Go­rą­co jak w pie­kle. Po­go­da w sam raz, by spa­lić się ze wsty­du. Chi­la­vert – sza­lo­ny bram­karz dru­ży­ny prze­ciw­nej – pod­szedł do pił­ki, sa­piąc jak wiel­ki zwierz. Spoj­rzał na mnie bez cie­nia współ­czu­cia. I kop­nął. Cen­ty­metr obok słup­ka, na szczę­ście z nie­wła­ści­wej stro­ny. Mo­dli­twy zo­sta­ły wy­słu­cha­ne.

Nie będę opi­sy­wał tre­nin­gów, cho­ciaż tre­no­wać lu­bi­łem i lu­bię. Kie­dy wy bę­dzie­cie o kiju do ki­bla cho­dzić, pan „Sza­mo” – zna­czy ja – po dro­dze wal­nie czte­ry przy­sia­dy i prze­wrót w przód. Po­rząd­ne­go tre­nin­gu bram­kar­skie­go nie prze­trwał­by nikt z czy­ta­ją­cych tę książ­kę. O tre­nin­gach bę­dzie więc mało – nie dla­te­go, że ich nie było, tyl­ko dla­te­go, że tre­nin­gi to mor­der­cza pra­ca, a nie za­ba­wa dla piz­du­siów z za­cię­ciem pi­sar­skim.

Bę­dzie o ży­ciu. Fut­bo­lo­wym. Na we­so­ło. Ja już taki je­stem, że ryj mi się śmie­je, a jak nie wy­krę­cę raz dzien­nie ja­kie­goś nu­me­ru, to wyję do księ­ży­ca. Bę­dzie o tym, jak wy­glą­da dru­ży­na pił­kar­ska na­praw­dę, co się dzie­je w prze­rwie me­czu albo pod­czas zgru­po­wań, jak za­cho­wu­ją się ci wszy­scy lu­dzie, któ­rych zna­cie z ga­zet i te­le­wi­zji. Who is who, jak ma­wia­ją An­gli­cy, czy­li po pol­sku: kto jest chu­jem. Uspo­ko­ić mu­szę fa­nów spor­tu, że swo­je­go ży­cia opi­sy­wać w szcze­gó­łach nie mam za­mia­ru, za cien­ki Bo­lek ze mnie, za­nu­dził­bym was na śmierć do­kład­ny­mi re­la­cja­mi z tych wszyst­kich ogór­ko­wych klu­bów i lig, w któ­rych przy­szło mi się ta­rzać za co­raz śmiesz­niej­sze pie­nią­dze. Po­pły­nę sze­rzej, wyj­dę na­prze­ciw za­po­trze­bo­wa­niu. Trzy­ma­cie w ręku książ­kę, któ­ra nie bez po­wo­du ma pod­ty­tuł:

Wszyst­ko, co wie­dział­byś o pił­ce noż­nej, gdy­by cię nie oszu­ki­wa­no.

Za­czy­na­łem jako dłu­go­wło­sy le­wo­skrzy­dło­wy, skoń­czy­łem jako łysy bram­karz. Na pił­ce – w prze­no­śni i do­słow­nie – po­ła­ma­łem so­bie zęby (spy­taj­cie mo­je­go den­ty­sty). Po­wo­ły­wa­ło mnie kil­ku se­lek­cjo­ne­rów re­pre­zen­ta­cji Pol­ski i wła­śnie w tej se­kun­dzie ze zdzi­wie­niem od­kry­łem, że była to jed­na z nie­wie­lu dru­żyn, z któ­rych nikt nie pró­bo­wał mnie wy­rzu­cić (poza Paw­łem Ja­na­sem, ale wte­dy aku­rat był dziab­nię­ty, więc się nie li­czy). Gra­łem w pił­kę w sied­miu róż­nych kra­jach, w osiem­na­stu klu­bach, u kil­ku­dzie­się­ciu tre­ne­rów. Dzie­li­łem szat­nię z wir­tu­oza­mi, z an­ty­ta­len­ta­mi, z le­nia­mi, ze śmier­dzie­la­mi, z ido­la­mi, ze zło­dzie­ja­mi, z pięk­ni­sia­mi, z faj­ny­mi ko­le­sia­mi, no i z pe­da­ła­mi też. Strze­la­li mi bram­ki wszy­scy jak leci – od Fli­sa z Arki Gdy­nia po Ro­nal­do z re­pre­zen­ta­cji Bra­zy­lii1. Cza­sa­mi jed­nak uda­wa­ło się coś obro­nić, cho­ciaż z per­spek­ty­wy cza­su przy­zna­ję: w pla­nach mia­łem trosz­kę więk­szą licz­bę sku­tecz­nych in­ter­wen­cji.

Tak czy siak, swo­je prze­ży­łem. Wi­taj­cie w moim po­krę­co­nym świe­cie. Wcho­dzi­cie na wła­sną od­po­wie­dzial­ność.

Ta książ­ka nie bę­dzie mia­ła ty­po­wej fa­bu­ły, nie bę­dzie pro­wa­dzi­ła z punk­tu A do punk­tu B, nie ma wstę­pu, roz­wi­nię­cia i za­koń­cze­nia. To nie chro­no­lo­gicz­ny za­pis wy­da­rzeń, lecz masa luź­nych sce­nek, któ­rych przez lata by­łem świad­kiem lub o któ­rych opo­wia­da­li mi ko­le­dzy z bo­iska. Z tych sce­nek, czę­sto żar­to­bli­wych, wy­ło­ni się ob­raz fut­bo­lu wi­dzia­ne­go od środ­ka. My­ślę, że po­zna­cie wie­le po­sta­ci świa­ta pił­ki od zu­peł­nie in­nej stro­ny.

TRENERZY

Tre­ne­rzy. Nie ma dwóch ta­kich sa­mych. Od moc­nych cha­rak­te­rów po fa­ce­tów, któ­rych moż­na było w mi­nu­tę owi­nąć so­bie wo­kół ma­łe­go pal­ca. Od warsz­ta­tow­ców po ta­kich, któ­rzy py­ta­ni o warsz­tat mó­wi­li: „Jest na stry­chu”. Pe­łen prze­krój ludz­kich cha­rak­te­rów. Jed­no ich łą­czy: za­wsze wy­da­je im się, że naj­wię­cej w pił­ce za­le­ży od nich. Są w wiel­kim błę­dzie.

Oto świa­tek tre­ner­ski ocza­mi mo­imi i mo­ich kum­pli.

WÓJ­CIK WITA W DOMU WA­RIA­TÓW

Uwa­żam to za wiel­ce nie­praw­do­po­dob­ne, by po tę książ­kę się­gnął ktoś, kto nie wie, kim jest Ja­nusz Wój­cik. Z góry więc za­kła­dam, że go zna­cie i od razu po­zna­li­by­ście, gdy­by wszedł do au­to­bu­su i za­jął miej­sce obok. Gdy­by wszedł do au­to­bu­su… No, nie­źle po­pły­ną­łem, gdy to so­bie wy­obra­zi­łem, aż uśmiech­ną­łem się pod no­sem. Za­pew­ne jed­nak nie usiadł­by koło was, tyl­ko sta­nął nad kie­row­cą i wrzesz­czał mu do ucha: „Je­dziesz, kur­wa, mi­siu, je­dziesz, je­dziesz! Szyb­ciej! Ja bym le­piej po­pro­wa­dził, ty ba­ra­nie skoń­czo­ny! Kie­ru­jesz jak nie­wi­do­my! Da­wać mi tu no­we­go kie­row­cę! Sru­uu!”.

Kie­dyś wiózł mnie sa­mo­cho­dem. Cza­sa­mi zwal­niał do 150 ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. Ale rzad­ko. Ra­czej „za­my­kał ze­gar”. Sie­dzia­łem wbi­ty w fo­tel pa­sa­że­ra, ma­rzy­łem tyl­ko o tym, by ten kosz­mar się wresz­cie skoń­czył, ale mimo sza­leń­czej jaz­dy War­sza­wa zbli­ża­ła się nie dość szyb­ko. Wój­cik mi­jał środ­kiem jezd­ni ko­lej­ne sa­mo­cho­dy i co ja­kiś czas pusz­czał kie­row­ni­cę, by wy­prze­dza­nym kie­row­com po­ka­zać gest Ko­za­kie­wi­cza. Śmiał się przy tym dia­bel­sko.

Rzad­ko kie­dy opi­nie na te­mat ja­kie­goś czło­wie­ka, wy­gła­sza­ne przez ob­cych lu­dzi, są aż tak zbież­ne z rze­czy­wi­sto­ścią. Wszyst­ko, co mówi się o Wój­ci­ku, jest praw­dą, tyl­ko że na­le­ża­ło­by te plot­ki po­mno­żyć razy dzie­sięć i do­pie­ro wte­dy zbli­ży­li­by­śmy się do fak­tycz­ne­go ob­ra­zu tego tre­ne­ra. Rze­czy­wi­ście ma cha­ry­zmę, rze­czy­wi­ście wzbu­dza re­spekt i strach, rze­czy­wi­ście jest skoń­czo­nym cha­mem i rze­czy­wi­ście po­tra­fi wy­krę­cić taki nu­mer, jaki ni­ko­mu in­ne­mu na­wet nie przy­szedł­by na myśl. Mia­łem z nim kon­takt jako z se­lek­cjo­ne­rem re­pre­zen­ta­cji Pol­ski, ale le­piej zdą­ży­li­śmy po­znać się w Ślą­sku Wro­cław. Była to prze­dziw­na zna­jo­mość. Gra­łem w PAOK-u Sa­lo­ni­ki – a ra­czej już nie gra­łem, o czym jesz­cze opo­wiem – kie­dy za­dzwo­nił „Wujo”.

– Mi­siu, bram­ka­rza po­trze­bu­ję. Ta­kie­go jak ty – po­wie­dział.

– Tre­ne­rze, je­stem!

Szyb­ko do­szli­śmy do po­ro­zu­mie­nia. Już nie pa­mię­tam, czy Wój­cik za­pro­po­no­wał mi 220 ty­się­cy, czy 180 ty­się­cy zło­tych za ro­ze­gra­nie tyl­ko jed­nej run­dy. Coś koło tego, przyj­mij­my, że cho­dzi­ło o 220 ty­się­cy. To były pie­nią­dze, ja­kich wów­czas w pol­skiej li­dze ra­czej się nie pła­ci­ło, a już na pew­no nie bram­ka­rzom. Za­chę­co­ny ta­ki­mi wa­run­ka­mi, przy­le­cia­łem do Pol­ski w celu pod­pi­sa­nia kon­trak­tu.

– Pój­dzie­my do pre­ze­sa Cy­man­ka. Ty, mi­siu, sie­dzisz ci­cho jak mysz pod mio­tłą, grzecz­nie się pre­ze­so­wi kła­niasz i na­wet nie otwie­rasz na mo­ment tej swo­jej nie­wy­pa­rzo­nej gęby. Ja za­ła­twiam wszyst­ko. Oczy­wi­ście, umó­wi­li­śmy się na dwie­ście dwa­dzie­ścia ty­się­cy, więc za­ła­twio­ne, tyle wła­śnie do­sta­niesz.

– W po­rząd­ku.

Ja­nusz Cy­ma­nek był pre­ze­sem Ślą­ska. Dość mło­dy, trosz­kę taki gru­ba­wy, z po­czci­wą twa­rzą. We­szli­śmy do jego ga­bi­ne­tu, ja i Wój­cik. Po ja­kichś gad­kach szmat­kach o tym, jak mi­nął lot i co tam w Gre­cji sły­chać, prze­szli­śmy wresz­cie do rze­czy. Cy­ma­nek za­py­tał:

– Pa­nie Grze­go­rzu, ile chciał­by pan za­ra­biać?

Sie­dzia­łem na krze­śle zre­lak­so­wa­ny, trak­to­wa­łem tę roz­mo­wę jako zwy­kłą for­mal­ność. Nie prze­czu­wa­jąc naj­mniej­szych kło­po­tów, od­par­łem:

– Dwie­ście dwa­dzie­ścia ty­się­cy za tę run­dę.

– Ile, kur­wa?! Ile?! – krzyk­nął na­gle Wój­cik i jak opa­rzo­ny ze­rwał się na rów­ne nogi, jed­no­cze­śnie trą­ca­jąc mnie ręką.

Tego się nie spo­dzie­wa­łem. Mo­gło się zda­rzyć wszyst­ko, ale nie to. Jak rzad­ko kie­dy za­po­mnia­łem ję­zy­ka w gę­bie. Wój­cik był cały czer­wo­ny ze zło­ści.

– Kim ty my­ślisz, że je­steś, gno­ju? – wark­nął. – Po­pier­do­li­ło cię! Nie chcę cię wi­dzieć na oczy!

– Ale… – pró­bo­wa­łem coś wy­krztu­sić. W gło­wie py­ta­łem sam sie­bie: „O co cho­dzi? Prze­cież po­stę­pu­ję z na­kre­ślo­nym wcze­śniej pla­nem. Zro­bi­łem do­kład­nie to, cze­go chciał. W czym rzecz? Dla­cze­go on się tak drze?”.

– Nie ma żad­ne­go ale! To­bie się wy­da­je, że co? Że ty je­steś Oli­ver Kahn? Pre­ze­sie, oto pie­przo­ny Oli­ver Kahn z Pol­ski! Dwie­ście dwa­dzie­ścia ty­się­cy? To­bie dać dwa ty­sią­ce to by było dużo! Ty dur­niu, wyjdź na­tych­miast! – Wój­cik aż się trząsł z ner­wów, a ja by­łem kom­plet­nie sko­ło­wa­ny.

Prze­cież ten fa­cet do­pie­ro co usta­lił ze mną staw­kę, któ­rą po­da­łem, a te­raz ob­ra­ża mnie przy pre­ze­sie klu­bu. Gdy­by nie to, że cał­ko­wi­cie mnie za­sko­czył, pew­nie bym go zdzie­lił. Jed­nak nie by­łem w sta­nie na­wet pi­snąć. Mój mózg nie na­dą­żał z ana­li­zo­wa­niem zmian sy­tu­acji.

– Pre­ze­sie, ja z nim po­roz­ma­wiam na osob­no­ści – wy­pa­lił Wój­cik i wy­szli­śmy na ko­ry­tarz. Le­d­wie drzwi się za­mknę­ły, a „Wójt” mo­men­tal­nie się uspo­ko­ił, jego twarz zno­wu na­bra­ła nor­mal­nych ko­lo­rów. Szep­nął mi do ucha: – Słu­chaj, mi­siu, wej­dzie­my jesz­cze raz. Zno­wu po­dasz tę samą sumę, ja zno­wu zro­bię te­atrzyk, tro­chę się wkur­wię, ale póź­niej tego cie­lacz­ka prze­ko­nam.

Jak obie­cał, tak zro­bił.

Mi­nu­tę póź­niej Cy­ma­nek spy­tał:

– To co, pa­nie Grze­go­rzu? Na­my­ślił się pan?

– Dwie­ście dwa­dzie­ścia ty­się­cy, to jest moja staw­ka – od­par­łem, cho­ciaż już chy­ba nie brzmia­łem jak czło­wiek, któ­ry wie, co mówi.

– No, kur­wa, nie wie­rzę! Nie wie­rzę! On da­lej swo­je! – Wój­cik zno­wu za­czął la­men­to­wać. – Mam tego ser­decz­nie dość! Albo tego gno­ja wy­wa­la­my za drzwi, albo go bie­rze­my, nie będę z tym idio­tą ne­go­cjo­wał! Tyl­ko kogo, jak nie jego? Kogo weź­mie­my? Po­trze­bu­je­my do­bre­go bram­ka­rza. Pre­ze­sie, ma pan pro­po­zy­cję? – Ton Wój­ci­ka ro­bił się co­raz spo­koj­niej­szy.

Cy­ma­nek żad­nej pro­po­zy­cji nie miał, sce­ny roz­gry­wa­ją­ce się w tym ga­bi­ne­cie chy­ba prze­ra­sta­ły tak­że jego.

„Wójt” na­brał po­wie­trza w płu­ca i zre­zy­gno­wa­ny po­wie­dział:

– Chuj, pre­ze­sie. Do­bra, daj­my mu. Niech ma, do­bry jest.

I tak zo­sta­łem za­wod­ni­kiem Ślą­ska Wro­cław.

* * *

Po­cząt­ko­wo Wój­cik był dy­rek­to­rem spor­to­wym Ślą­ska, do­pie­ro póź­niej tre­ne­rem. Tre­ne­ra for­mal­nie uda­wał Wła­dy­sław Łach, czło­wiek w klu­bie kom­plet­nie zdo­mi­no­wa­ny przez „Wój­ta”, no­to­rycz­nie przez nie­go szma­co­ny, w związ­ku z czym nie­cie­szą­cy się ja­kim­kol­wiek au­to­ry­te­tem. Wy­star­czy­ło na nich po­pa­trzeć – z jed­nej stro­ny świa­to­wiec, w ele­ganc­kim gar­ni­tu­rze, z dru­giej bu­ra­cza­ny chłop, jak­by pro­sto od płu­ga ode­rwa­ny. Już przed pierw­szym me­czem, z Gór­ni­kiem Za­brze, do szat­ni wkro­czył Wój­cik, rzu­cił okiem na roz­pi­sa­ny na ta­bli­cy przez Ła­cha skład i wy­pa­lił:

– Jaki Je­zier­ski? Na­za­ruk gra!

Łach po­tul­nie się­gnął po gąb­kę, starł z ta­bli­cy na­zwi­sko „Je­zier­ski” i wpi­sał „Na­za­ruk” (pa­mię­tam, że taka sy­tu­acja mia­ła miej­sce, lecz nie pa­mię­tam per­so­na­liów – mo­gło cho­dzić o ja­kichś dwóch in­nych za­wod­ni­ków Ślą­ska). W jed­nej chwi­li zro­zu­mia­łem, że tego fa­ce­ta po­waż­nie trak­to­wać nie będę.

Kil­ka dni po de­biu­cie, pod­czas gier­ki tre­nin­go­wej, wy­ko­na­łem wślizg i roz­cią­łem nogę, bar­dzo głę­bo­ko. Na bo­isku le­ża­ły ja­kieś po­zo­sta­ło­ści po wy­pa­lo­nej racy. Skó­ra prze­cię­ta, rzep­ka wy­szła na wierzch. Pa­skudz­two. Cze­ka­ła mnie kil­ku­ty­go­dnio­wa pau­za. Bro­nić za­czął Krzy­siek Py­ska­ty, chło­pak bez spe­cjal­ne­go ta­len­tu i bez wa­run­ków fi­zycz­nych. Cza­sa­mi coś zła­pał, cza­sa­mi nie, zwy­kła bram­kar­ska ro­bo­ta na trzy z plu­sem. O dzi­wo Łach po jed­nym ze spo­tkań, w któ­rych nie mo­głem za­grać, po­wie­dział:

– Te­raz moim nu­me­rem je­den jest Py­ska­ty. Je­śli Sza­mo­tul­ski chce wró­cić do bram­ki, bę­dzie mu­siał udo­wod­nić, że jest lep­szy.

Za­re­ago­wa­łem bar­dzo ner­wo­wo. Za­dzwo­ni­łem do Krzysz­to­fa Sta­now­skie­go, wte­dy dzien­ni­ka­rza „Prze­glą­du Spor­to­we­go”, i po­wie­dzia­łem:

– Mu­szę udzie­lić wy­wia­du, ko­niecz­nie. Mu­szę raz na za­wsze usa­dzić Ła­cha…

W ga­ze­cie uka­za­ła się roz­mo­wa ze mną, w któ­rej stwier­dzi­łem, że Łach nie po­wi­nien być taki wy­ryw­ny, bo nu­me­rem je­den je­stem ja, i czy mu się to po­do­ba, czy nie, to ja za­gram, jak tyl­ko za­goi mi się noga. I niech fa­cet nie uda­je, że ma w klu­bie co­kol­wiek do po­wie­dze­nia, bo jest je­dy­nie ma­rio­net­ką, na­wet ja zna­czę wię­cej. Coś w tym sty­lu. Nie­spo­ty­ka­ne sło­wa, jak na re­la­cję pił­karz–„prze­ło­żo­ny”. Za­po­mnij­cie na mo­ment, że cho­dzi o Śląsk, Sza­mo­tul­skie­go i Ła­cha, wy­obraź­cie so­bie do­wol­ny inny klub i to, że dzi­siaj w ga­ze­cie uka­zu­je się wy­wiad, w któ­rym bram­karz oznaj­mia, iż tre­ner może go cmok­nąć w pomp­kę, bo nie ma żad­nej wła­dzy i nic nie zna­czy.

W klu­bie za­wrza­ło. Wój­cik we­zwał mnie do sie­bie.

– Co ty tam na­wy­ga­dy­wa­łeś? – spy­tał.

– A bo mnie, tre­ne­rze, wkur­wił ten Łach. Opo­wia­da ja­kieś głu­po­ty na kon­fe­ren­cjach. Prze­cież nie będę sie­dział na ław­ce przy Py­ska­tym.

– No, wia­do­mo, że nie bę­dziesz.

– To po co on się w ogó­le od­zy­wa? – drą­ży­łem.

– Słu­chaj, masz ra­cję – przy­tak­nął Wój­cik. – Jed­nak nie mo­że­my tak tego zo­sta­wić. Po­wie­my, że do­sta­łeś dzie­sięć ty­się­cy zło­tych kary. Spo­koj­nie, tak tyl­ko po­wie­my. Ni­cze­go nie płać. Ale wiesz, lu­dzie się ucie­szą, że w klu­bie jest po­rzą­dek. Pa­su­je?

– Pa­su­je.

– To jesz­cze po­ga­dam z Ła­chem.

Po chwi­li Wój­cik we­zwał tre­ne­ra do sie­bie. Ro­ze­gra­ła się dość że­nu­ją­ca scen­ka, któ­rej by­łem świad­kiem.

– Co ty so­bie wy­obra­żasz, co? – wark­nął do Ła­cha.

– Nie ro­zu­miem.

– Wi­dzę, że kur­wa nie ro­zu­miesz. Ty nic nie ro­zu­miesz! My­ślisz, że po co ja spro­wa­dzi­łem Grze­sia do nas, co? No, od­po­wiedz mi! Słu­cham!

– No, żeby bro­nił.

– No, bin­go! I bę­dzie bro­nił! A ty nie wiesz, że Grze­sio jest ner­wo­wy? Jesz­cze tego, kur­wa, nie za­uwa­ży­łeś? Spójrz na nie­go: ner­wus, rap­tus!

– Tak, ner­wo­wy, wiem…

– To go, kur­wa, ty cho­ciaż nie de­ner­wuj! Nie je­steś od tego, żeby Grze­sia de­ner­wo­wać, ja­sne?!

– Ja­sne… – du­kał Łach.

– Od dzi­siaj masz za­kaz wy­po­wia­da­nia się, zwłasz­cza na te­mat Grze­sia. Zmia­taj! A jak usły­szę jesz­cze raz, że Grze­sio się przez cie­bie zde­ner­wo­wał, to cię zwol­nię!

Po­zo­sta­wa­ła kwe­stia mo­jej kary, wpraw­dzie fik­cyj­nej, ale o tym wie­dzia­łem tyl­ko ja i Wój­cik. Może to było jesz­cze tego sa­me­go dnia, a może dzień póź­niej, gdy sie­dzia­łem w szat­ni wraz z resz­tą ze­spo­łu i wią­za­łem buty. Na­gle wpadł „Wójt”. Już trza­śnię­ciem drzwia­mi dał wszyst­kim znać, że mor­dy trze­ba za­mknąć na kłód­kę. Szyb­kim kro­kiem ru­szył w moim kie­run­ku.

– Co ty so­bie wy­obra­żasz, gwiaz­dor­ku pier­do­lo­ny? – krzyk­nął.

Tym ra­zem przed­sta­wie­nie już nie ro­bi­ło na mnie wra­że­nia. Scen­ka ode­gra­na przez Wój­ci­ka w ga­bi­ne­cie Cy­man­ka spra­wi­ła, że szyb­ko za­ła­pa­łem, co jest gra­ne. Sie­dzia­łem ci­chut­ko i po­zwo­li­łem, by taj­fun prze­szedł obok.

– Bę­dziesz tre­ne­ra ob­ra­żał w ga­ze­tach? Pod­wa­żał jego kom­pe­ten­cje? Czy ci ktoś na­srał do gło­wy i masz kup­sko za­miast mó­zgu? Ko­niec tego, kur­wa, ko­niec! Dzie­sięć, dzie­sięć ty­się­cy zło­tych kary! – te­raz już wrzesz­czał na do­bre.

Twa­rze ko­le­gów z ze­spo­łu po­bla­dły. Każ­dy z nich są­dził, że je­stem pu­pil­kiem Wój­ci­ka, a tym­cza­sem ten na­ło­żył na mnie tak dra­koń­ską grzyw­nę.

– Dzie­sięć ty­się­cy, ty śmiesz­ny bram­ka­rzy­ku!!! I każ­dy, kto bę­dzie się tak za­cho­wy­wał, za­pła­ci tyle samo!

Klub po­in­for­mo­wał dzien­ni­ka­rzy o kon­se­kwen­cjach, ja­kie mnie spo­tka­ły. Ci łyk­nę­li tę ście­mę, tak jak ły­ka­ją wszyst­ko. Gdy pod­czas me­czu przez me­ga­fon o mo­jej ka­rze po­in­for­mo­wa­no ki­bi­ców, ci za­re­ago­wa­li owa­cją i za­czę­li krzy­czeć: „Wła­dek Łach! Wła­dek Łach!”. Trud­no było nie par­sk­nąć śmie­chem.

* * *

Przed­se­zo­no­we zgru­po­wa­nie w Tur­cji było bar­dzo cie­ka­we, od po­cząt­ku do koń­ca. Ja­koś na sa­mym star­cie, może na­wet pierw­sze­go dnia, sie­dzie­li­śmy przy sto­li­ku z Lesz­kiem Pi­szem, Mar­ci­nem Wa­si­lew­skim i Piotr­kiem Wło­dar­czy­kiem.

– Mały, szo­ruj do Ła­cha i spy­taj go, czy mo­że­my się na­pić piwa.

– Co? Ja?! – obu­rzył się Pisz. – Nie je­stem naj­młod­szy!

Naj­młod­szy nie był, tyl­ko naj­star­szy. Fan­ta­stycz­ny za­wod­nik, wcze­śniej gwiaz­dor Le­gii War­sza­wa, jej wie­lo­let­ni ka­pi­tan, sły­ną­cy z ba­jecz­ne­go ude­rze­nia z dy­stan­su.

– Le­siu, no wła­śnie. Je­steś naj­star­szy, ty je­steś żywa le­gen­da. To­bie nie od­mó­wi – od­po­wie­dzia­łem.

Ta ar­gu­men­ta­cja tra­fi­ła do „Pisz­czy­ka”. Szedł peł­ny na­dziei, ale wró­cił z nie­tę­gą miną. Sta­nął koło na­sze­go sto­li­ka i smut­nym to­nem stwier­dził:

– Nie­ste­ty, Łach nie po­zwo­lił pić piwa. Po­wie­dział mi: „U nas w dru­ży­nie piwa się nie pije”. – Le­szek za­wie­sił na kil­ka se­kund głos, po­pa­trzył na nas, po czym zro­bił mą­drą minę i z prze­ko­na­niem, z ja­kim na­uczy­ciel in­for­mu­je o te­ma­cie lek­cji swo­ich uczniów, do­koń­czył: – W związ­ku z tym uzna­łem, że bę­dzie­my pić whi­sky. O whi­sky nic nie wspo­mniał.

Prze­nie­śli­śmy się bli­żej baru i za­czę­li­śmy za­ma­wiać ko­lej­ne szklan­ki whi­sky. Naj­pierw zo­ba­czył to Łach, póź­niej jego asy­stent, Ja­nusz Ku­dy­ba.

– Skan­dal! Skan­dal! – dar­li się jak opa­rze­ni.

Ku­dy­ba po­biegł po Ja­nu­sza Wój­ci­ka, wró­cił z nim i krzy­czy:

– Zo­bacz! Twoi pił­ka­rze! To jest li­ba­cja! To jest li­ba­cja!

Wój­cik zro­bił swo­ją fir­mo­wą minę, wy­ra­ża­ją­cą po­bła­ża­nie, i spo­koj­nie od­parł:

– To nie jest li­ba­cja, Ja­nusz. To jest in­te­gra­cja.

Na­stęp­nie pod­szedł do nas, usiadł i wal­nął lufę.

* * *

W cza­sie tego sa­me­go zgru­po­wa­nia Wój­cik raz skrzyk­nął dru­ży­nę. Uznał, że za­po­zna nas z go­ściem spe­cjal­nym. Sta­nął przed nami i po­wie­dział:

– Pa­no­wie, to jest Zby­siu.

I fak­tycz­nie – obok stał Zby­siu.

Ale to nie był byle jaki Zby­siu, tyl­ko Zbi­gniew Mar­czyk, sę­dzia eks­tra­kla­sy, któ­re­go lata póź­niej zgar­nę­ła pro­ku­ra­tu­ra. Sy­gnał był ja­sny: sko­ro Mar­czyk prze­by­wa z nami na zgru­po­wa­niu – wszy­scy zga­dy­wa­li­śmy, że na koszt klu­bu – to zna­czy, że z jego stro­ny w me­czu li­go­wym żad­na krzyw­da nam się nie sta­nie.

Rze­czy­wi­ście, w maju Śląsk grał z Le­gią War­sza­wa, zre­mi­so­wał 1:1. Woj­tek Ko­wal­czyk wście­kły po ostat­nim gwizd­ku ata­ko­wał:

– Ja ro­zu­miem, że sę­dzia może po­ma­gać. Za pie­nią­dze, za ko­bie­ty… Ale to, co się dzia­ło dzi­siaj, to jed­nak gru­ba prze­sa­da!

I TA­KIM SKŁA­DEM ZA­GRA­MY!

W tam­tej run­dzie zre­mi­so­wa­li­śmy też z Wi­słą w Kra­ko­wie 2:2. To było tuż przed wspo­mnia­nym me­czem z Le­gią. Dwie bram­ki strze­lił mi Mi­rek Szym­ko­wiak, ale tuż przed koń­cem wy­rów­nał Na­za­ruk. Zda­wa­ło mi się, że to do­bry wy­nik, ale Wój­cik miał zgo­ła od­mien­ne zda­nie.

– Ty fra­je­rze, jak mo­głeś wpu­ścić dwie bram­ki?! – przy­wi­tał mnie w szat­ni. Na­stęp­nie wy­mie­rzył mi taki cios w ple­cy, ta­kie­go pla­ska­cza na gołe cia­ło, że od­cisk jego dło­ni wi­docz­ny był przez kil­ka dni.

Na szczę­ście czę­sto zmie­niał swo­je ofia­ry, więc po chwi­li wsko­czył na Na­za­ru­ka, któ­ry miał pra­wo o so­bie my­śleć jako o bo­ha­te­rze spo­tka­nia.

– A ty co? – skie­ro­wał swo­ją złość na Sław­ka. Bie­da­ko­wi w se­kun­dę uśmiech znik­nął z twa­rzy. – Jed­ną bram­kę strze­li­łeś i za­do­wo­lo­ny? Już, tak? Za­do­wo­lo­ny? Se­rio?! W dupę so­bie wsadź jed­ną bram­kę. Piz­da z cie­bie. Trze­ba było dwie strze­lić!

Tak na­praw­dę była to tyl­ko poza. Wój­cik z re­mi­su był za­do­wo­lo­ny, i to bar­dzo. Po me­czu wsiadł w sa­mo­chód z „Bo­lem” Krzy­żo­sta­nia­kiem i tyle go wi­dzia­no.

* * *

Po spo­tka­niu z Ami­cą we Wron­kach, gdzie wy­gra­li­śmy 1:0, Wój­cik znik­nął na do­bre. Już pod­czas me­czu zda­wa­ło się, że do koń­ca nie kon­tak­to­wał, na kon­fe­ren­cji po­wie­dział chy­ba, że gra­li­śmy u sie­bie, a do tego w trak­cie gry wpadł do ław­ki re­zer­wo­wych i skrę­cił ko­la­no. Aku­rat na tym sta­dio­nie ław­ki były wko­pa­ne w zie­mię, kil­ka scho­dów w dół, więc mógł so­bie zro­bić na­wet więk­szą krzyw­dę. Je­śli le­ka­rze mu­szą w cza­sie me­czu opa­try­wać tre­ne­ra, a nie za­wod­ni­ków – to znak, że coś się dzie­je.

Po zwy­cię­stwie prze­padł na kil­ka dni.

W nie­dzie­lę go nie było, w po­nie­dzia­łek nie było, we wto­rek nie było… I w śro­dę też nie.

A wła­śnie w śro­dę – mecz w Cho­rzo­wie. W Ślą­sku za­sta­na­wia­li się, co ro­bić. Do pierw­sze­go gwizd­ka co­raz bli­żej, a tre­ner za­gi­nął, nie da­wał żad­nych oznak ży­cia. W koń­cu Ja­nusz Ku­dy­ba, je­den z asy­sten­tów, zde­cy­do­wał, że sam roz­pi­sze skład. Na ta­bli­cy umie­ścił je­de­na­ście na­zwisk, tłu­ma­czył, ja­kie mamy za­ło­że­nia tak­tycz­ne, cho­ciaż wszy­scy za­da­wa­li so­bie py­ta­nie, nie: „Jak za­gra­my?”, tyl­ko: „Gdzie jest Wój­cik?”. Sy­tu­acja była co naj­mniej nie­ty­po­wa. Szko­le­niow­ca nie wi­dzie­li­śmy od za­koń­cze­nia po­przed­nie­go spo­tka­nia, za­sta­na­wia­li­śmy się na­wet, czy żyje, czy mu się coś nie sta­ło. Prze­cież to Wój­cik – sto rze­czy mo­gło się wy­da­rzyć. Rów­nie praw­do­po­dob­ne było to, że łeb mu ucię­li, a cia­ło po­rzu­ci­li w le­sie koło Mag­da­len­ki, jak i to, że wła­śnie bawi się w Mon­te Car­lo.

Na­gle drzwi się otwo­rzy­ły i znie­nac­ka wpa­ro­wał on. Na go­dzi­nę przed me­czem. Wpadł jak re­wol­we­ro­wiec do sa­lo­onu.

Nie wiem, czy Ku­dy­ba od­czuł ulgę, czy wręcz prze­ciw­nie, czy też może chciał zła­pać się za gło­wę i krzyk­nąć: „No nie, zno­wu on!”. Nie­pew­nym gło­sem, bo­jąc się spoj­rzeć w oczy „Wój­ta”, wy­du­kał:

– Ja­nusz, skład już roz­pi­sa­li­śmy.

Wój­cik omiótł wzro­kiem ta­bli­cę i bły­ska­wicz­nie od­parł:

– I ta­kim, kur­wa, skła­dem za­gra­my! Opier­do­lić mi­siów!

I zno­wu znik­nął.

* * *

Asy­sten­ci w ogó­le nie mie­li z nim lek­ko. Nie każ­dy wy­trzy­my­wał tem­po.

Aku­rat była prze­rwa na re­pre­zen­ta­cję, Wój­cik za­pro­sił swój sztab na na­sia­dów­kę – tre­ne­rów, ma­sa­ży­stów itd. Dzień póź­niej wszy­scy w klu­bie po­ja­wi­li się do­szczęt­nie sku­ci, tyl­ko „Wójt” rześ­ki. Na go­dzi­nę przed tre­nin­giem wy­cień­czo­ny pi­ciem Ja­nusz Je­dy­nak, tre­ner bram­ka­rzy, za­słabł i osu­nął się na bia­łą sza­fę le­kar­ską, a na­stęp­nie upadł na pod­ło­gę. Jego gło­wa o kil­ka cen­ty­me­trów mi­nę­ła ka­lo­ry­fer.

Pił­ka­rze prze­ra­że­ni, le­ka­rze rzu­ci­li się do po­mo­cy, na­to­miast Wój­cik po­pa­trzył na całą sy­tu­ację z nie­skry­wa­nym za­in­te­re­so­wa­niem, by po kil­ka se­kun­dach za­du­my wy­gło­sić jak­że ży­cio­wą sen­ten­cję:

– Pa­no­wie, każ­dy z nas kie­dyś pier­dol­nie. – Od­wró­cił się na pię­cie i nie zwa­ża­jąc na le­żą­ce­go bez ru­chu na zie­mi Je­dy­na­ka, za­ko­mu­ni­ko­wał mi: – Grze­siu, ty dzi­siaj po­pro­wa­dzisz tre­ning bram­kar­ski. Na bo­isko.

* * *

Dla­cze­go na Wój­ci­ku mdle­ją­cy czło­nek szta­bu nie zro­bił wra­że­nia?

Wój­cik za­wsze wy­kań­czał swój sztab. Przed Igrzy­ska­mi Olim­pij­ski­mi w 1992 roku re­pre­zen­ta­cja po­je­cha­ła na zgru­po­wa­nie do Baku. Tre­ner opił ma­sa­ży­stów do nie­przy­tom­no­ści, a na­stęp­ne­go dnia za­rzą­dził wy­ści­gi. Nie wie­dzieć cze­mu ka­zał pół­przy­tom­nym ma­se­rom ści­gać się od jed­nej li­nii bo­iska do dru­giej. Nie śmie­li za­pro­te­sto­wać. Świę­tej pa­mię­ci Zbi­gniew Ka­rol­kie­wicz był jesz­cze tak na­pru­ty, że wy­rżnął się z im­pe­tem na gle­bę i zła­mał oboj­czyk. Na igrzy­ska nie po­je­chał.

* * *

Z cza­sów re­pre­zen­ta­cji olim­pij­skiej sły­sza­łem jesz­cze jed­ną nie­złą opo­wieść – już nie pa­mię­tam, czy od Grześ­ka Miel­car­skie­go, czy od ko­goś in­ne­go, kto w tam­tej dru­ży­nie był. W każ­dym ra­zie Wój­cik nie za­wsze znał wszyst­kich swo­ich pił­ka­rzy, nie znał mię­dzy in­nym ja­kie­goś bram­ka­rza, któ­re­go po raz pierw­szy po­wo­łał. Nie­któ­rym może być trud­no w to uwie­rzyć, ale za­rę­czam, że gdy­by­ście po­zna­li „Wój­ta”, to wie­rzy­li­by­ście we wszyst­ko.

Stoi więc dru­ży­na na środ­ku bo­iska, stoi tam też Wój­cik. Na­gle jego wzrok wy­ło­wił na nową twarz. To był Ro­bert Dziu­ba z ŁKS-u Łódź.

– A ty kto?

– Bram­karz!

– Ta­aak? Prze­wrót w przód!!! Na­tych­miast!!! – wy­darł się nie wie­dzieć cze­mu tre­ner.

Ów bram­karz ani nie spoj­rzał na Wój­ci­ka jak na idio­tę, ani nie wy­da­wał się zdzi­wio­ny, tyl­ko bły­ska­wicz­nie za­py­tał:

– Z pił­ką czy bez?

– Z pił­ką!!!

I pyk – zro­bił.

* * *

O tym, że Wój­ci­ko­wi zda­rza się nie wie­dzieć zbyt dużo o swo­ich za­wod­ni­kach, wie­dzą też w No­wym Dwo­rze Ma­zo­wiec­kim. Wy­cho­dzi Świt na mecz w eks­tra­kla­sie, wy­cho­dzi też tre­ner Wój­cik i w tu­ne­lu na­tra­fia na swo­je­go pił­ka­rza: Grze­go­rza Ka­li­cia­ka. Pa­trzy na nie­go, pa­trzy…

– A dla­cze­go ty nie grasz?! – wark­nął.

– Pa­nie tre­ne­rze, do­sta­łem w po­przed­nim me­czu czer­wo­ną kart­kę! – duka za­sko­czo­ny za­wod­nik.

Wój­cik za­sta­no­wił się chwi­lę, po­my­ślał, aż w koń­cu spoj­rzał groź­nie na Ka­li­cia­ka i stwier­dził:

– Ja to, kur­wa, spraw­dzę!

Z AN­GLIĄ BĘ­DZIE PIE­KŁO!

Szat­nia Le­gii War­sza­wa, waż­ny mecz. Do prze­rwy kiep­sko. Pił­ka­rze zaj­mu­ją miej­sca, cze­ka­jąc na burę od Ja­nu­sza Wój­ci­ka.

Wcho­dzi „Wujo”. Pod­cho­dzi do ta­bli­cy. Za­wod­ni­cy już wie­dzą, że za­raz po­sy­pią się gro­my. Każ­dy się mo­dli, żeby złość tre­ne­ra sku­pi­ła się na tym obok.

Wój­cik stoi ty­łem do wszyst­kich, pa­trzy na ta­bli­cę i mil­czy. Mija pięć mi­nut. Pił­ka­rze cią­gle w prze­ra­ża­ją­cej nie­pew­no­ści. Dzie­sięć mi­nut, Wój­cik mil­czy. W koń­cu po dwu­na­stu mi­nu­tach od­wra­ca się i mówi:

– Nie wiem, jak to zro­bi­cie, ale ma­cie wy­grać!

* * *

Mówi się o nim – mistrz mo­ty­wa­cji.

Tak, był mi­strzem mo­ty­wa­cji. Uno­si­łeś się nad zie­mią, gdy na­praw­dę dał z sie­bie wszyst­ko pod­czas przed­me­czo­wej od­pra­wy. Gar­dzi­łeś prze­ciw­ni­kiem i czu­łeś, że zmiaż­dżysz go, kie­dy tyl­ko naj­dzie cię ocho­ta. Ja­nusz Wój­cik po­tra­fił spra­wić, że naj­więk­szy la­mus wie­rzył, że za mo­ment pod­bi­je świat.

Mo­ty­wo­wał na róż­ne spo­so­by, jego ar­se­nał zda­wał się być nie­wy­czer­pa­ny. Bo mistrz mo­ty­wa­cji był tak­że mi­strzem zjeb­ki. A jego po­pi­so­wym nu­me­rem był mecz Za­głę­bie Lu­bin–Śląsk Wro­cław.

Wte­dy to Wój­cik przy­wo­łał do li­nii bocz­nej Pio­tra Wło­dar­czy­ka, któ­ry po bo­isku po­ru­szał się dość nie­po­rad­nie. „Wójt” wie­dział do­brze, że sta­ra pił­kar­ska za­sa­da gło­si: nie ma strza­łów, nie ma goli. „Wło­dar” nie gwa­ran­to­wał strza­łów, nie do­cho­dził do po­zy­cji, nie po­dej­mo­wał ry­zy­ka. Kie­dy więc zo­stał przy­wo­ła­ny, Wój­cik po­wie­dział mu tak:

– Słu­chaj no, mi­siu. Je­śli w cią­gu pię­ciu mi­nut nie od­dasz cel­ne­go strza­łu na bram­kę, to przy­bie­gasz z po­wro­tem tu do mnie, ro­bisz dwa kół­ka wo­kół bo­iska i do­pie­ro wra­casz do gry. Ro­zu­mie­my się?

Wy­obraź­cie so­bie mo­ty­wa­cję za­wod­ni­ka. Ten szar­la­tan fak­tycz­nie był w sta­nie zde­cy­do­wać się na ta­kie po­su­nię­cie! A to prze­cież dla pił­ka­rza wstyd i hań­ba. Trwa mecz eks­tra­kla­sy, a ty jak du­reń skoń­czo­ny bie­gasz wo­kół bo­iska, po­ka­zu­ją to w te­le­wi­zji, wy­śmie­wa­ją cię ki­bi­ce. Tra­fiasz do pił­kar­skich kro­nik na de­ka­dy! Ża­den za­wod­nik nie zo­stał tak pu­blicz­nie upo­ko­rzo­ny.

Po czte­rech mi­nu­tach bez strza­łu, Pio­trek zde­cy­do­wał się na ude­rze­nie roz­pa­czy, nie­mal z ze­ro­we­go kąta. Bram­karz go­spo­da­rzy, Ję­drzej Kę­dzio­ra, po­peł­nił fa­tal­ny błąd i pił­ka… wpa­dła do siat­ki. Gol.

I nie wia­do­mo, czy bar­dziej się cie­szyć z gola, czy z unik­nię­cia bła­ze­na­dy.

* * *

A to już hi­sto­ryj­ka, któ­rą opo­wie­dział mi dzien­ni­karz.

Ga­ze­ta or­ga­ni­zu­je te­le­fo­nicz­ne spo­tka­nie se­lek­cjo­ne­ra Ja­nu­sza Wój­ci­ka z czy­tel­ni­ka­mi. Przed me­czem z An­glią każ­dy może za­dzwo­nić i za­py­tać tre­ne­ra, o co tyl­ko chce. Po­czą­tek o go­dzi­nie dzie­sią­tej rano.

10.15 – Wój­ci­ka nie ma.

10.30 – Wój­ci­ka nie ma.

10.45 – Wój­ci­ka nie ma.

Dzien­ni­ka­rze pa­ni­ku­ją, nie wie­dzą, co ro­bić. Od­kła­da­ją słu­chaw­kę, że niby li­nia jest cią­gle za­ję­ta, bo Wój­cik z kimś roz­ma­wia. Wresz­cie re­dak­tor na­czel­ny mówi do dwóch re­por­te­rów:

– Idzie­cie szu­kać Wój­ci­ka. Za­da­cie mu py­ta­nia od sie­bie, a po­tem na­pi­sze­my, że to za­pis roz­mów te­le­fo­nicz­nych.

Ci idą do ho­te­lu „So­bie­ski”, gdzie se­lek­cjo­ner na co dzień urzę­du­je. Dzwo­nią z re­cep­cji.

– Tak, wiem, czy­tel­ni­cy… Już idę, idę, ko­cha­ni – mówi Wój­cik o go­dzi­nie 12.00.

12.15 – Wój­ci­ka nie ma.

12.30 – Wój­ci­ka nie ma.

Zno­wu te­le­fon z re­cep­cji.

– Wiem, te­le­fo­ny. Już idę od­bie­rać! – mówi.

Oko­ło trzy­na­stej po­ja­wia się na dole z go­to­wą re­cep­tą na za­że­gna­nie me­dial­ne­go kry­zy­su.

– Pa­no­wie, wpa­dłem na po­mysł. Za­da­cie mi py­ta­nia od sie­bie, a po­tem na­pi­sze­cie, że to czy­tel­ni­cy dzwo­ni­li – wy­pa­la Wój­cik. Eu­re­ka!

Sia­da­ją przy sto­li­ku.

– Pa­nie tre­ne­rze, jak za­gra­my z An­glią? Czy w obro­nie za­gra Bąk? A w ogó­le za­gra­my czwór­ką z tyłu czy trój­ką? – pa­da­ją py­ta­nia.

– Pa­no­wie, ja wam po­wiem, ja wam po­wiem… – Wój­cik za­my­śla się. – Ja… Ja wam po­wiem! Ja… po­wiem wam! Z An­glią… Z An­glią bę­dzie pie­kło!

– No tak, ale pa­nie tre­ne­rze, jaka tak­ty­ka? – do­cie­ka­ją dzien­ni­ka­rze.

– Ja wam po­wiem… Już wi­dzę te pu­ste uli­ce, opusz­czo­ne skle­py, pu­ste wy­sta­wy, bez ży­we­go du­cha na mie­ście. Cała Pol­ska, cała Pol­ska przed te­le­wi­zo­ra­mi. I wszy­scy to samo, wszy­scy to samo mają w gło­wach… – od­po­wia­da Wój­cik.

– W po­rząd­ku, ale jaka tak­ty­ka?

– Ja wam po­wiem… Jesz­cze Pol­ska nie zgi­nę­ła!

* * *

Ko­lej­na aneg­do­ta krą­żą­ca w śro­do­wi­sku. Zbli­ża się mecz An­glia–Pol­ska. Dzień przed spo­tka­niem Ar­tur Wich­nia­rek w po­ko­ju już roz­my­śla o tym, jak bę­dzie strze­lał ko­lej­ne gole.

– Ten Se­aman zo­ba­czy! Pe­dał z ku­cy­kiem! Wi­dzia­łeś, w ja­kim je­stem ga­zie? W ja­kiej for­mie?! Strze­lę mu dwie. Nie, co ja ga­dam! Strze­lę trzy! – mówi w roz­mo­wie z przy­ja­cie­lem jak zwy­kle pew­ny sie­bie „Wich­niar”.

– A na pew­no za­grasz? – pada cał­kiem lo­gicz­ne py­ta­nie.

– Ja­sne! Wi­dzia­łeś mnie w spa­rin­gu? Wi­dzia­łeś w gier­ce? Naj­lep­szy! Nu­mer je­de­na­ście na ple­cach i wy­cho­dzę zbu­rzyć to całe We­mbley!

Dzień me­czu. Pił­ka­rze scho­dzą do au­to­ka­ru. Wich­nia­rek idzie na koń­cu, w kurt­ce i bez tor­by.

– Grasz?

– Nie.

– Je­steś na ław­ce?

– Nie.

Kil­ka me­trów da­lej stoi se­lek­cjo­ner Ja­nusz Wój­cik i pre­zes Wi­dze­wa (klub Wich­niar­ka), An­drzej Pa­we­lec. Sły­chać gło­śną kłót­nię. Kil­ka wy­rwa­nych z kon­tek­stu zdań.

– Ale Ja­nusz, nie rób jaj! Dam ci w po­nie­dzia­łek! – bła­gal­nym gło­sem mówi Pa­we­lec.

– Dasz w po­nie­dzia­łek, to za­gra w po­nie­dzia­łek – wzru­sza ra­mio­na­mi „Wójt”.

* * *

War­szaw­ska AWF, za­ję­cia szko­ły tre­ne­rów. Ja­nusz Wój­cik pro­wa­dzi wy­kład. Te­mat: „Mi­kro­cykl na przy­kła­dzie let­nich przy­go­to­wań Anor­tho­si­su Fa­ma­gu­sta”. „Wujo” prze­ma­wia do sku­pio­nych słu­cha­czy. Na­gle ktoś mu prze­ry­wa.

– Eeee, to nie moż­na tego zro­bić na czu­ja? – pyta sie­dzą­cy w pierw­szej ław­ce Fran­ci­szek Smu­da.

– Fra­niu, na czu­ja to moż­na po­wą­chać, jak pach­nie ko­bie­ta w prze­wę­że­niu – od­po­wia­da Wój­cik, uno­sząc wzrok znad oku­la­rów.

* * *

Gdy­by Ja­nusz Wój­cik skon­cen­tro­wał się tyl­ko i wy­łącz­nie na swo­jej pra­cy, mógł­by być znacz­nie lep­szym tre­ne­rem. Bez dwóch zdań, nie było w szat­ni ni­ko­go, kto by mu pod­sko­czył. Ktoś mógł ob­ra­biać dupę za ple­ca­mi, ale nikt nie śmiał pójść na otwar­tą woj­nę. Pro­blem w tym, że nie da się pro­wa­dzić dru­ży­ny, sto­su­jąc cią­gle te same sztucz­ki. Z cza­sem każ­dy pił­karz w na­tu­ral­ny spo­sób uod­par­niał się na jego sło­wa. Ile razy moż­na było słu­chać, że w bram­ce dru­ży­ny prze­ciw­nej stoi fra­jer, w obro­nie gra czte­rech fra­je­rów, w ata­ku – oczy­wi­ście – fra­jer i że trze­ba tych fra­je­rów po­go­nić? Każ­dy fra­jer, co jest faj­ne, je­śli wy­gra­łeś mecz, ale je­śli prze­gra­łeś, to jed­nak na­cho­dzi czło­wie­ka trosz­kę nie­mi­łe uczu­cie – tam je­de­na­stu fra­je­rów, a my – jak się oka­za­ło – fra­je­rzy jesz­cze więk­si.

Mie­szan­ka cha­ry­zmy, buty i cham­stwa do­brze spraw­dza­ła się w pił­kar­skiej szat­ni, ale była za­ra­zem mie­szan­ką o krót­kim ter­mi­nie przy­dat­no­ści do spo­ży­cia. Je­śli tre­ner po­wi­nien być dla pił­ka­rza wzo­rem, to Wój­cik tego wa­run­ku ra­czej nie speł­niał. Miał jed­nak jed­ną nie­zwy­kle istot­ną ce­chę: każ­dy pił­karz, któ­ry nie pękł w cza­sie współ­pra­cy z nim, har­dział. Może nie roz­wi­jał się pod wzglę­dem tak­tycz­nym, może nie sta­wał się więk­szym pro­fe­sjo­na­li­stą, ale wy­cho­dził z tego ro­man­su jako czło­wiek tward­szy, bar­dziej wy­trzy­ma­ły psy­chicz­nie, trud­niej­szy do zła­ma­nia. A to w fut­bo­lu bar­dzo waż­ne.

* * *

Do le­gen­dy prze­szły od­pra­wy Wój­ci­ka, zwłasz­cza te przed me­cza­mi re­pre­zen­ta­cji Pol­ski. Tom­ko­wi Iwa­no­wi ka­zał bie­gać za Da­vi­dem Bec­kha­mem i po­wta­rzać: „Ru­cha­łem two­ją żonę. Ru­cha­łem Vic­to­rię!”. Spe­cjal­nie wy­brał naj­więk­sze­go twa­rzow­ca w ze­spo­le. Li­czył, że aż ta­kie­go upo­ko­rze­nia gwiaz­dor świa­to­wej pił­ki nie znie­sie, wku­rzy się, da w ryja i czer­wo­na. Przed spo­tka­niem z Hisz­pa­na­mi: „Wi­dzi­cie tych pięk­nych chłop­ców? Jak oni pięk­nie gra­ją na gi­ta­rach!”. Ale póź­niej ude­rzał w tony pa­trio­tycz­ne: „Bia­ło-czer­wo­na na masz­cie. Kieł­ba­sy do góry i je­dzie­my ich w ka­kao!”.

Pa­mię­tam, jak na jed­nej z ta­kich od­praw po­ja­wił się w czer­wo­nej ko­szul­ce. Wszyst­ko było w po­rząd­ku, do­pó­ki nie od­wró­cił się przo­dem do ta­bli­cy, a ty­łem do nas. Bo z tyłu – orze­łek i zna­czek pro­du­cen­ta sprzę­tu. Wszy­scy spoj­rze­li­śmy po so­bie z uśmie­chem. Chy­ba ubie­rał się w po­śpie­chu.

Nie­pod­ra­bial­ny fa­cet. Nie­by­wa­ły był spo­sób, w jaki wy­bie­rał bram­ka­rza na je­den z me­czów. Przez cały dzień nie mógł się zde­cy­do­wać, czy ma bro­nić Du­dek, czy Ma­ty­sek. Wie­czo­rem we­zwał obu do sie­bie do po­ko­ju. Kar­nie sta­nę­li, je­den obok dru­gie­go. Wój­cik po­wo­li prze­cha­dzał się przed nimi, przy­glą­da­jąc się obu. My­ślę, że kil­ka­set lat temu w Ame­ry­ce tak przy­glą­da­no się nie­wol­ni­kom, za­nim któ­re­goś za­ku­pio­no. „Wójt” pa­trzył na twarz Jur­ka, po­tem na twarz Ada­ma, zno­wu na Jur­ka i zno­wu na Ada­ma.

– Ma­ty­sek czy Du­dek… Du­dek czy Ma­ty­sek… Kto za­gra… Kto za­gra… Ma­ty­sek, Du­dek… – Wój­cik za­czął mru­czeć pod no­sem, nie prze­sta­jąc cho­dzić. – Du­dek albo Ma­ty­sek… Ma­ty­sek albo Du­dek… Du­dek, Ma­ty­sek… Ma­ty­sek, Du­dek…

BUM!

Se­lek­cjo­ner na­gle z ca­łej siły kla­snął w dło­nie, tuż przed twa­rza­mi obu bram­ka­rzy. Za­sko­czo­ny Ju­rek aż od­sko­czył, a Wój­cik mo­men­tal­nie skwi­to­wał:

– Du­dek się boi, Ma­ty­sek gra!

* * *

Zgru­po­wa­nia w „So­bie­skim” za cza­sów Ja­nu­sza Wój­ci­ka ra­czej nie nada­wa­ły się do tego, by na­krę­cić pro­gram pod ha­słem: „Trzeź­wość ka­dry szko­le­nio­wej w spo­rcie”. Hek­to­li­try whi­sky na­le­ża­ło ja­koś za­fak­tu­ro­wać, bo oczy­wi­ście nikt nie miał za­mia­ru pła­cić z wła­snej kie­sze­ni. Tyl­ko co wpi­sać na ra­chun­ku, by PZPN bez pro­ble­mów go roz­li­czył? Sko­ro to zgru­po­wa­nie re­pre­zen­ta­cji kra­ju, naj­le­piej stwo­rzyć po­zy­cję „woda mi­ne­ral­na”.

Po kil­ku dniach do Tom­ka Haj­ty pod­szedł me­ne­dżer ho­te­lu, jego ko­le­ga.

– To­mek, ile wy pi­je­cie tej wody?

– Jak to ile? Tyle, ile trze­ba.

– Ale trzy ty­sią­ce bu­te­lek w tak krót­kim cza­sie?!

* * *

Dy­rek­to­rem ka­dry był wów­czas Krzysz­tof Dmo­szyń­ski, ten sam, któ­ry spro­wa­dzał mnie z Le­chii Gdańsk do Le­gii War­sza­wa. „Dmo” – zwa­ny też „Bia­łą mewą” – od­da­wał chło­pom za bi­le­ty lot­ni­cze.

Przy­szedł pierw­szy: zwrot wy­no­sił 4120 zło­tych.

– Wiesz co, dam ci czte­ry ty­sią­ce, koń­ców­ki nie mam.

– W po­rząd­ku, kie­row­ni­ku.

Przy dru­gim hi­sto­ria się po­wtó­rzy­ła. Wie­czo­rem chło­pa­ki pod­su­mo­wa­li, że na jed­nym ta­kim „roz­li­cze­niu” Dmo­szyń­ski za­in­ka­so­wał ja­kieś trzy ty­sią­ce.

* * *

Za cza­sów Wój­ci­ka ka­dra gra­ła mecz to­wa­rzy­ski z Hisz­pa­nią. Pro­wa­dzi­li­śmy 1:0, skoń­czy­ło się 1:2, ale nasi prze­ciw­ni­cy po­win­ni strze­lić jesz­cze mi­ni­mum dwa gole.

Nad prze­bie­giem spo­tka­nia czu­wał sę­dzia z Ro­sji. Jak wieść nie­sie, do­stał w pre­zen­cie zło­te­go Ro­le­xa.

Za­dzwo­nił z pre­ten­sja­mi, gdy z Ro­le­xa od­pa­dły wska­zów­ki.

* * *

A to na pew­no zna­cie.

Pierw­szy dzień Ja­nu­sza Wój­ci­ka w Świ­cie Nowy Dwór Ma­zo­wiec­ki. O 10.00 tre­ning, pół go­dzi­ny wcze­śniej dru­ży­na już cze­ka w szat­ni. Tym­cza­sem Wój­cik za­my­ka się z pre­ze­sem Woj­cie­chem Szy­mań­skim oraz jesz­cze jed­ną oso­bą w ga­bi­ne­cie. Kwa­drans przed dzie­sią­tą wyj­mu­je ka­jet, otwie­ra i za­czy­na gdzieś dzwo­nić. Mija 10.00, 10.15, 10.30… W koń­cu robi się pra­wie je­de­na­sta.

Szy­mań­ski dys­kret­nie pró­bu­je dać znać „Wu­jo­wi”, że dru­ży­na cze­ka. W koń­cu mówi:

– Tre­ne­rze, a tre­ning?

A Wój­cik na to:

– Pre­ze­sie, tu już, kur­wa, nie ma co tre­no­wać, tu trze­ba dzwo­nić!

ZIM­NO, ZIM­NIEJ, BAR­DZO ZIM­NO…

Mi­rek Ja­błoń­ski, bar­dzo po­czci­wy fa­cet. Miał do mnie wiel­ką sła­bość, zu­peł­nie nie­lo­gicz­ną, po­nie­waż mnie pierw­sze­go po­wi­nien wy­rzu­cić z każ­de­go ze­spo­łu, w któ­rym ra­zem pra­co­wa­li­śmy. Gdy­bym mógł cof­nąć czas, trak­to­wał­bym tego fa­ce­ta cał­kiem in­a­czej. Nie­ste­ty, mło­dość ma swo­je pra­wa, a ja by­łem szcze­gól­nie dur­ny i je­śli tyl­ko ktoś dał mi pa­lec, prze­obra­ża­łem się w re­ki­na i od­gry­za­łem nie tyl­ko całą rękę, lecz tak­że pół tu­ło­wia. Chy­ba wła­ści­wym sło­wem, któ­rym moż­na by okre­ślić na­sze re­la­cje, jest… po­mia­ta­nie. Ale nie on po­mia­tał mną, co jesz­cze by­ło­by zro­zu­mia­łe, tyl­ko ja nim. Nie po­mia­ta­łem nim z bra­ku sza­cun­ku, tyl­ko ra­czej z bra­ku ja­kich­kol­wiek ha­mul­ców. On, o dzi­wo, nie zgła­szał pre­ten­sji, wręcz mia­łem wra­że­nie, że mu się to po­do­ba. Trak­to­wał mnie szcze­gól­nie, od­kąd spo­tka­li­śmy się na zgru­po­wa­niu ju­nior­skiej re­pre­zen­ta­cji Pol­ski.

„Ja­błusz­ko” zno­sił wszyst­ko. W Le­gii Pio­trek Mo­sór scho­wał mu oku­la­ry. Mi­rek wkro­czył do szat­ni śle­py jak kret, mru­żąc oczy, pró­bo­wał zła­pać ostrość.

– Gdzie są moje oku­la­ry? – za­py­tał zmie­sza­ny.

Wszy­scy się uśmie­cha­li pod no­sem, ale nikt nie miał od­wa­gi od­po­wie­dzieć, że w ogó­le wie co­kol­wiek na te­mat zgu­by.

Nasz tre­ner po­wo­li za­czął prze­miesz­czać się po szat­ni. Nie wy­trzy­ma­łem i krzyk­ną­łem:

– Zim­no!

– Co?

– Zim­no!

Ja­błoń­ski zro­bił jesz­cze kil­ka kro­ków.

– Zim­niej! Zim­niej! Bar­dzo zim­no!

Cof­nął się.

– Cie­plej!

My­ślę, że każ­dy inny szko­le­nio­wiec w try­bie na­tych­mia­sto­wym wy­rzu­cił­by mnie z ze­spo­łu. Tym­cza­sem Ja­błoń­ski jak ostat­nia nie­zda­ra błą­kał się po szat­ni, a ja ba­wi­łem się z nim w cie­pło-zim­no jak ze szkol­nym ku­jo­nem, któ­re­mu na prze­rwach za­bie­ra­ło się ka­nap­ki. Czy ktoś so­bie wy­obra­ża Ale­xa Fer­gu­so­na po omac­ku szu­ka­ją­ce­go oku­la­rów, któ­re­go De Gea czy inny bram­karz in­stru­uje „tro­chę w pra­wo, tro­chę w lewo”?

Gdy te­raz o tym my­ślę, to tym bar­dziej nie ro­zu­miem, cze­mu mu do­gry­za­łem. Lu­bi­łem go, uwa­ża­łem za cał­kiem do­bre­go tre­ne­ra, za­wsze był przy­go­to­wa­ny do za­jęć. Dru­ży­nę ob­jął tro­chę przez przy­pa­dek, po­nie­waż Wła­dy­sław Sta­chur­ski pod­czas na­sze­go me­czu w Luk­sem­bur­gu do­stał za­wa­łu ser­ca. „Ja­błusz­ko” wsko­czył na fo­tel pierw­sze­go i moim zda­niem nada­wał się do tej funk­cji jesz­cze le­piej. Sta­chur­ski coś tam ma­znął na ta­bli­cy, nikt nie wie­dział do­kład­nie co, ja­kieś hie­ro­gli­fy, z któ­rych nie­wie­le wy­ni­ka­ło. Ja­błoń­ski z ko­lei był per­fek­cjo­ni­stą, ka­li­gra­fo­wał każ­dą li­ter­kę. Miał tyl­ko je­den pro­blem: bra­ko­wa­ło mu na­tu­ral­nej cha­ry­zmy. No, miał dwa pro­ble­my: w do­dat­ku się ją­kał.

Od­pra­wa przed me­czem z Vi­cen­zą. My już na­ła­do­wa­ni, w szat­ni. Tre­ner zwo­łał nas na śro­dek, zro­bi­li­śmy kó­łecz­ko, każ­dy po­ło­żył dłoń na dło­ni ko­le­gi. I wte­dy za­krzyk­nął Ja­błoń­ski:

– Na nich… ma-ma-ma-ma…

– Jaka mama? – zdzi­wi­łem się.

– Ma-ma-ma-ma­ka­ro­nia­rzy!

* * *

Z ma­ka­ro­nem ko­ja­rzy mi się za­sły­sza­na hi­sto­ria z Ru­chu Cho­rzów. Sta­dion Ślą­ski, za chwi­lę „Nie­bie­scy” mają grać z In­te­rem Me­dio­lan. W szat­ni od­pra­wa, pił­ka­rze sku­pie­ni. Tre­ner Jan Rud­now od­sła­nia ta­bli­cę, a na niej na­pis:

„Choć ma­ka­ron bar­dzo lu­bi­my, to dziś Wło­chom wpier­do­li­my!”

* * *

Mówi się, że kto się lubi, ten się czu­bi. Tak chy­ba było ze mną i „Ja­błusz­kiem”. Ta­kich sce­nek były dzie­siąt­ki…

Zgru­po­wa­nie w Chi­le, bo­isko twar­de jak be­ton, co dla bram­ka­rza jest szcze­gól­nie do­tkli­we. Ja­błoń­ski jed­nak za­rzą­dził tre­ning strze­lec­ki, a trze­ba jesz­cze do­dać, że on lu­bił, gdy bram­karz miał nie­wie­le do po­wie­dze­nia. Dla­te­go czę­sto ude­rza­no z bar­dzo bli­skiej od­le­gło­ści. Ja, jak kre­tyn, mu­sia­łem rzu­cać się na lewo i pra­wo, przy mi­ni­mal­nych szan­sach na choć jed­ną sku­tecz­ną in­ter­wen­cję. Wte­dy w Chi­le w pew­nym mo­men­cie nie wy­trzy­ma­łem i za­czą­łem biec w stro­nę Ja­błoń­skie­go. Co nie­wy­tłu­ma­czal­ne, on za­czął ucie­kać. A sko­ro tak – to ja za nim. Kie­dy po kil­ku­dzie­się­ciu me­trach już go do­pa­dłem, wy­ko­na­łem wślizg, ale taki po­zo­ro­wa­ny, na pół gwizd­ka – żeby nie zro­bić fa­ce­to­wi krzyw­dy.

Wte­dy już się na­praw­dę wku­rzył.

– Zejdź z tre­nin­gu!

– Nie zej­dę.

– Wy­rzu­cam cię!

– Ale ja zo­sta­ję.

Po­pa­trzył na mnie zza oku­la­rów i w jego wzro­ku zo­ba­czy­łem, że wła­śnie uznał wła­sną po­raż­kę. Zo­sta­łem.

Tak jak z wy­rzu­ca­niem z tre­nin­gu, tak było też z od­su­wa­niem mnie od gry. Wie­lo­krot­nie Ja­błoń­ski stra­szył, że nie wy­sta­wi mnie w me­czu. Przed me­czem der­bo­wym z Po­lo­nią za­pre­zen­to­wa­łem swo­ją nową fry­zu­rę – li­ter­kę L wy­cię­tą z wło­sów na tyle gło­wy.

– Nie mo­żesz za­grać z tą fry­zu­rą – po­wie­dział.

– Mogę i za­gram.

– Nie, to pod­bu­rza­nie ki­bi­ców. Mu­sisz zmą­drzeć.

– Tre­ne­rze, nie zgo­lę.

– Zgo­lisz.

– Nie zgo­lę.

– To ja cię nie wy­sta­wię.

– No to niech tre­ner nie wy­sta­wia, ja nie zgo­lę.

– To na­praw­dę nie za­grasz.

– To cie­ka­we, co ki­bo­le po­wie­dzą, jak pan mnie nie wy­sta­wi z tego po­wo­du.

Mi­rek po­dra­pał się po gło­wie, spoj­rzał na mnie… A ja to spoj­rze­nie zna­łem. Zno­wu uznał się za po­ko­na­ne­go.

Bli­ski ław­ki re­zer­wo­wych by­łem tak­że przed me­czem o Su­per­pu­char Pol­ski, z Wi­dze­wem. W noc po­prze­dza­ją­cą spo­tka­nie or­ga­ni­zo­wa­łem we­se­le. Ja­błoń­ski, cał­kiem lo­gicz­nie, za­ło­żył, że na pew­no się na­pru­ję, będę zde­kon­cen­tro­wa­ny, nie­świe­ży, ska­co­wa­ny, więc za­grać nie mogę. Dla mo­je­go do­bra wo­lał, abym to jed­no spo­tka­nie od­pu­ścił. „To twój dzień, baw się” – to mu pew­nie prze­szło przez gło­wę. Ja jed­nak nie bra­łem pod uwa­gę, że z Wi­dze­wem mógł­bym nie wy­stą­pić. Roz­sa­dza­ła mnie am­bi­cja. Dla­te­go tłu­ma­czy­łem mu:

– Nie będę pił, pój­dę grzecz­nie spać, mu­szę za­grać w tym me­czu…

„Ja­błusz­ko” nie da­wał wia­ry i pró­bo­wał uda­wać sta­now­cze­go.

Wte­dy po­sta­wi­łem spra­wę na ostrzu noża:

– Je­śli nie za­gram w tym me­czu, to może mnie tre­ner sprze­dać. Wię­cej już nig­dy nie za­gram w Le­gii.

Pod­czas we­se­la, któ­re zor­ga­ni­zo­wa­łem w ho­te­lu „Lan­do”, rze­czy­wi­ście nie na­pi­łem się na­wet gra­ma al­ko­ho­lu, w kie­lisz­ku mia­łem wodę. Ko­le­dzy z dru­ży­ny po­zwo­li­li so­bie na jed­no piw­ko. Każ­dy w gło­wie miał mecz z Wi­dze­wem, jak się póź­niej oka­za­ło – wy­gra­ny 2:1 dzię­ki ge­nial­ne­mu wy­stę­po­wi na­szej no­wej gwiaz­dy, Ken­ne­tha Ze­ig­bo.

Przez całe spo­tka­nie ki­bi­ce z Ło­dzi ob­ra­ża­li mnie i moją żonę, na co re­ago­wa­łem, po­ka­zu­jąc im jed­ne­go fuc­ka za dru­gim, cza­sa­mi po­pra­wia­jąc ge­stem Ko­za­kie­wi­cza albo wy­pię­tym tył­kiem. To chy­ba naj­więk­szy fe­sti­wal ob­raź­li­wych sy­gna­łów, jaki kie­dy­kol­wiek ro­ze­grał się na pol­skich bo­iskach. Oni na­krę­ca­li mnie, a ja ich. Część dru­giej po­ło­wy spę­dzi­łem ty­łem do bo­iska, a przo­dem do sek­to­ra go­ści, po­ka­zu­jąc im tak ja­sno, jak tyl­ko po­tra­fi­łem: „Pier­dol­cie się”.

Dzień po we­se­lu i w dniu me­czu z Wi­dze­wem, tyl­ko że już wie­czo­rem, we wła­snym ogro­dzie zor­ga­ni­zo­wa­łem po­pra­wi­ny, na któ­rych nikt się nie oszczę­dzał. Za­ba­wa była tak ostra, że na­wet pod­je­cha­ła po­li­cja, ale za­ła­twi­łem pro­blem w mi­nu­tę, da­jąc każ­de­mu z funk­cjo­na­riu­szy po flasz­ce wód­ki.

– Mam po­pra­wi­ny, bę­dzie gło­śno do rana – po­wie­dzia­łem.

– Nie ma pro­ble­mu.

Na­wet wte­dy zdo­ła­łem pod­paść tre­ne­ro­wi. Bo­daj­że rano za­czy­na­ło się zgru­po­wa­nie mło­dzie­żo­wej re­pre­zen­ta­cji Pol­ski. U mnie mu­zy­ka, tu­mult, gwar. Dzwo­ni Ma­riusz Ku­kieł­ka. Mó­wię mu:

– Ma­riusz, nie jadę na ka­drę. Mam w du­pie, ba­wię się na po­pra­wi­nach. Nie jadę i już!

Roz­łą­czy­ło nas, po chwi­li te­le­fon za­dzwo­nił po­now­nie. Roz­draż­nio­ny, z miej­sca wy­krzy­cza­łem:

– Mó­wi­łem, że nie jadę. Mam w du­pie to zgru­po­wa­nie i mam w du­pie Edka. Nie chce mi się!

– Tre­ner Edward Lo­rens z tej stro­ny – ode­zwał się na­gle głos w słu­chaw­ce, a ja wkro­czy­łem na dłu­gą ścież­kę by­cia skre­śla­nym przez ko­lej­nych szko­le­niow­ców.

Lo­rens już mnie wię­cej nie po­wo­łał.

* * *

Tre­ner na zgru­po­wa­niu, może na­wet Lo­rens… Już nie pa­mię­tam szcze­gó­łów, bo to hi­sto­ria za­sły­sza­na lata temu.

Cho­dzi szko­le­nio­wiec po po­ko­jach, spraw­dza, czy wszy­scy grzecz­ni. Wcho­dzi do jed­ne­go, a tam dwóch pił­ka­rzy po­su­wa pa­nien­ki. Tre­ne­ra za­mu­ro­wa­ło. Sta­nął w drzwiach i nie wie, co zro­bić. Sy­tu­acja bez wąt­pie­nia krę­pu­ją­ca, za­rów­no dla nie­pro­szo­ne­go go­ścia, jak i dla go­łych za­wod­ni­ków oraz przy­gru­cha­nych dzie­wuch. W koń­cu ci­szę prze­rwał je­den z pil­ka­rzy, wy­raź­nie zi­ry­to­wa­ny szko­le­niow­cem, któ­ry za­po­mniał ję­zy­ka w gę­bie.

– Pa­nie, stoi pan i stoi. Albo się pan pod­łą­czasz, albo wy­no­cha!

* * *

No do­brze, Mi­rek Ja­błoń­ski… Nie wiem cze­mu, ale uparł się, by spro­wa­dzić mnie do Ami­ki. Z per­spek­ty­wy cza­su ten trans­fer był jed­nym z mo­ich naj­więk­szych błę­dów. Na­le­ża­ło wró­cić do Sa­lo­nik i wal­czyć o miej­sce w skła­dzie PAOK-u. Wte­dy jed­nak da­łem się prze­ko­nać, zwłasz­cza że i kon­trakt w Ami­ce za­ofe­ro­wa­no mi god­ny: 400 ty­się­cy zło­tych brut­to za każ­dy rok gry.

Cza­sa­mi z „Ja­błusz­kiem” tra­fia­li­śmy na sie­bie w po­cią­gu re­la­cji War­sza­wa–Wron­ki. Kie­dyś usie­dli­śmy w jed­nym prze­dzia­le, Mi­rek otwo­rzył ple­cak i wy­jął z nie­go dwa piwa.

– Po­czę­sto­wał­bym cię, gdy­byś nie miał dzi­siaj tre­nin­gu.

We Wron­kach Ja­błoń­ski tro­chę zgnu­śniał. Chy­ba nie nada­wał się do pra­cy na wsi, bra­ko­wa­ło mu at­mos­fe­ry wiel­kie­go mia­sta. Mnie tym bar­dziej. Kie­dy przy oka­zji pierw­sze­go me­czu usły­sza­łem, jak miej­sco­wi śpie­wa­ją: „Prze­ciw­nik zni­ka, gdy po­ja­wia się Ami­ca”, zro­zu­mia­łem, jak bar­dzo się wła­do­wa­łem. Ja, chło­pak, któ­re­go na­pę­dza­ły okrzy­ki try­bun i któ­ry uno­sił się nad zie­mią, gdy „Ży­le­ta” skan­do­wa­ła, że nie ma lep­sze­go od Grześ­ka Sza­mo­tul­skie­go. Moi bra­cia – chu­li­ga­ni Le­chii, w Le­gii trzy­ma­łem z całą ki­bi­cow­ską wier­chusz­ką, „Bos­ma­nem”, „Al­chi­mem” czy „Ja­go­dem”. A tam? Kie­dyś zro­bi­li­śmy zrzut­kę, by ki­bi­ce Ami­ki po­je­cha­li na mecz wy­jaz­do­wy. Nie­da­le­ko, bo do Gro­dzi­ska Wiel­ko­pol­skie­go. Wzię­li kasę na au­to­kar, ale do Gro­dzi­ska jed­nak nie po­je­cha­li. Po­wie­dzie­li, że strach.

Moje re­la­cje z Ja­błoń­skim we Wron­kach nie ule­gły zmia­nie. Wciąż ro­bi­łem, co chcia­łem, wie­lo­krot­nie kpi­łem ze szko­le­niow­ca, w oczy­wi­sty spo­sób pod­ko­pu­jąc jego au­to­ry­tet. Po­tra­fi­łem wy­buch­nąć w prze­rwie me­czu i za­ata­ko­wać:

– Albo weź pan zmień tę tak­ty­kę, albo zmień obroń­ców, ale ja z sie­bie dur­nia ro­bić nie będę. Jak pan szu­ka je­le­nia, któ­ry bę­dzie wy­cią­gał pił­kę z siat­ki, to ja się na to nie pi­szę.

By­wa­ło jed­nak też miło.

W Pu­cha­rze UEFA wy­eli­mi­no­wa­li­śmy Se­rvet­te Ge­ne­wa. Po me­czu tre­ne­rzy i dzia­ła­cze sie­dzie­li w ho­te­lo­wym pa­tio z wi­do­kiem na Je­zio­ro Ge­new­skie. Z par­ty­zan­ta do­sia­dłem się i ja, na co nikt nie zwró­cił uwa­gi. „Ja­błusz­ko” był roz­anie­lo­ny. Roz­parł się w fo­te­lu i dum­ny jak paw wy­szep­tał:

– Jaka pięk­na jest Ge­ne­wa nocą. Zwłasz­cza po wy­gra­nym me­czu…

Przy­zna­łem mu ra­cję i chy­ba do­pie­ro wte­dy mnie spo­strzegł. Było już cał­kiem póź­no, sie­dzia­łem ze szkla­necz­ką whi­sky.

– „Sza-sza-sza­mo”, a co ty tu ro-ro-ro­bisz?

– Sie­dzę so­bie. A co mam ro­bić?

– Do-do-do po­ko­ju!

– Tre­ne­rze, a co to za róż­ni­ca, czy ja będę sie­dział tu­taj z wami i pił whi­sky, czy w po­ko­ju pił z kim in­nym?

Zna­łem ten wy­raz twa­rzy i pro­ces my­ślo­wy, któ­ry mu­siał za­cho­dzić w gło­wie Ja­błoń­skie­go.

– W su­mie ra­cja – skwi­to­wał.

Nad Je­zio­rem Ge­new­skim po­wi­tał nas nowy dzień.

* * *

Od­pa­dli­śmy w ko­lej­nej run­dzie po spo­tka­niach z Ma­la­gą. To nie były dla mnie uda­ne me­cze. My­ślę, że mie­li­śmy szan­sę wy­eli­mi­no­wać Hisz­pa­nów, gdy­bym spi­sał się le­piej. Po pierw­szym spo­tka­niu, wy­jaz­do­wym, sie­dzie­li­śmy w szat­ni pod­ła­ma­ni. Mo­gli­śmy wy­grać i po­win­ni­śmy w pew­nym mo­men­cie pro­wa­dzić 3:0, a prze­gra­li­śmy 1:2.

Ja­błoń­ski jed­nak bał się kom­pro­mi­ta­cji, ta­kiej, jaką za­no­to­wa­ła rok wcze­śniej Le­gia, gdy w Hisz­pa­nii prze­gra­ła 1:6 z Va­len­cią. Dla­te­go ka­mień spadł mu z ser­ca, do szat­ni wszedł cały w skow­ron­kach, ro­ze­śmia­ny od ucha do ucha:

– Bra­wo! Su­per mecz! Gra­tu­lu­ję!

A ja wy­sko­czy­łem z agre­sją:

– Co ty, kur­wa, ga­dasz?! „Na bo, na bo i ten, ten”? Tyl­ko tyle masz nam za­wsze do po­wie­dze­nia!

„Na bo, na bo i ten, ten”, bo czę­sto, gdy Ja­błoń­ski chciał nam coś po­wie­dzieć przed me­czem, a wpadł w tę pu­łap­kę ją­ka­nia się, to za­miast „na bo­isko” sły­sze­li­śmy tyl­ko „na bo, na bo”, a póź­niej już nie­wie­le mó­wią­ce: „i ten, ten”.

Był zszo­ko­wa­ny. Na­gle uszła z nie­go cała ener­gia. Już nie cie­szył się z po­raż­ki, a ja czu­łem się jesz­cze nie­wy­ga­da­ny. Nic mą­dre­go nie przy­szło mi do gło­wy, a wciąż czu­łem po­trze­bę kon­ty­nu­acji ata­ku. Spoj­rza­łem na tego na­sze­go tre­ne­ra, któ­ry przed mo­men­tem cie­szył się jak dziec­ko z li­za­ka, a te­raz wy­glą­dał tak, jak­by miał się roz­pła­kać, i do­rzu­ci­łem jesz­cze:

– Zdej­mij, do kur­wy nę­dzy, te oku­la­ry, bo ci za­pa­ro­wa­ły!

* * *

Inna scen­ka z tam­te­go cza­su, zno­wu o tym, jak da­łem się wy­pro­wa­dzić z rów­no­wa­gi (dzień jak co dzień).

Tre­ning we Wron­kach. Bu­do­wa­ny jest ho­tel, więc cią­gle sły­chać ja­kieś stu­ka­nia młot­kiem, krzy­ki ro­bot­ni­ków. Wia­do­mo – ni­ko­mu to nie prze­szka­dza. A ra­czej – ni­ko­mu nor­mal­ne­mu, więc mnie pro­szę nie wli­czać.

Ja­błoń­ski za­or­dy­no­wał tre­ning koń­czą­cy się strza­ła­mi z dzie­się­ciu me­trów. A jak strza­ły z dzie­się­ciu me­trów, to oczy­wi­ście gole pa­da­ją je­den po dru­gim. Za­wod­ni­cy ce­lo­wo mnie pod­pusz­cza­li, aby wpro­wa­dzić mnie w stan sil­ne­go wkur­wie­nia – wte­dy za­wsze by­wa­ło we­so­ło.

– Ej, „Sza­mo”, obroń coś w koń­cu!

– Za­wo­łaj­cie ja­kie­goś bram­ka­rza!

Już się w so­bie go­to­wa­łem, już mi dym szedł usza­mi. Za bram­ką usiadł ja­kiś Bogu du­cha win­ny tre­ner mło­dzie­ży, w kre­mo­wym pro­chow­cu, ta­kim, jaki no­sił wte­dy Je­rzy En­gel. „Szczę­śli­wy płaszcz Je­rze­go En­ge­la” – tak pi­sa­no w ga­ze­tach.

I gol. I zno­wu gol. I gol.

– Bro­nisz czy nie bro­nisz?

Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­nia­mi, eks­plo­do­wa­łem:

– Co to jest, kur­wa, za tre­ning?! Kto to, kur­wa, wy­my­ślił?! Ro­bo­le ja­cyś na­pier­da­la­ją tymi mło­ta­mi! Wrza­ski ja­kieś! Pier­do­lą mi za bram­ką, prze­krzy­ku­ją się! Jesz­cze przy­szedł ten… – Spoj­rza­łem na bie­da­czy­nę w płasz­czu. – Jesz­cze przy­szedł En­gel i nie może w spo­ko­ju tre­nin­gu obej­rzeć, bo ro­bot­ni­cy mu nie dają!!!

Cały ze­spół wył ze śmie­chu.

* * *

Cza­sa­mi za­sta­na­wiam się, jak to wszyst­ko by się po­to­czy­ło, gdy­bym na po­cząt­ku ka­rie­ry nie tra­fił na ko­goś tak mi życz­li­we­go jak Ja­błoń­ski, tyl­ko na ja­kie­goś bez­względ­ne­go kata, któ­ry stał­by nade mną z ba­tem. Ot, jak by się to po­to­czy­ło, gdy­by Wła­dy­sław Sta­chur­ski nie do­stał za­wa­łu? On nie był lu­bia­ny przez pił­ka­rzy, ra­czej nas nie sza­no­wał. Kie­dy coś chciał, po­gwiz­dy­wał w na­szym kie­run­ku, mó­wił na nas po­gar­dli­wie „Mi­chał­ki”.

Nie­wy­klu­czo­ne, że i przy Sta­chur­skim by­ło­by do­kład­nie tak samo. Nie zdo­łał­by mnie okieł­znać i umie­ścić na wła­ści­wych to­rach. Już jako dy­rek­tor wszedł do szat­ni i za­py­tał, czy mamy ja­kieś pro­ble­my. Był chy­ba sty­czeń.

– Tak, nie mam bu­tów z wkrę­ta­mi do gra­nia – po­wie­dzia­łem.

– A nie mo­żesz grać w lan­kach?

– A pan, kur­wa, cho­dzi zimą w san­da­łach?

Sta­chur­ski za­nie­mó­wił.

Nie, nie mia­łem za­ha­mo­wań.

FRA­NIU, PRZYJDŹ Z MAMĄ

Prze­dziw­nym du­etem tre­ner­skim byli pa­no­wie Je­rzy Kopa i Ste­fan Bia­łas. Nie wiem, jak moż­na stwo­rzyć duet z dwóch szko­le­niow­ców, któ­rzy wza­jem­nie się nie­na­wi­dzą. W efek­cie obaj pi­sa­li na sie­bie do­no­sy i no­to­rycz­nie pod­wa­ża­li kom­pe­ten­cje. Kopa, cwa­niak kuty na czte­ry łapy, Bia­łas na­to­miast do­bro­tli­wy, tro­chę jak Ja­błoń­ski. Obaj mie­li swo­je wa­riac­twa. Naj­bar­dziej zdzi­wił mnie Kopa, któ­ry jed­ne­go dnia po­wie­dział:

– W dniu me­czu nie po­win­ni­ście ro­bić kupy. Jak sia­da­cie na de­sce klo­ze­to­wej i ro­bi­cie „yy­y­y­y­y­yy”, to wte­dy tra­ci­cie ener­gię po­trzeb­ną w me­czu.

Nig­dy wcze­śniej ani nig­dy póź­niej nie spo­tka­łem szko­le­niow­ca, któ­ry by za­le­cał, aby się nie wy­próż­niać w dniu spo­tkań. Ha, mnie się na­wet wy­da­wa­ło, że po do­brej na­sia­dów­ce na tro­nie czło­wiek jest lżej­szy i bie­ga mu się ja­koś tak ła­twiej. Ale co ja tam wiem, nie mam prze­cież tre­ner­skiej li­cen­cji.

Po za­koń­czo­nej run­dzie Kopa za­brał nas do Au­gu­sto­wa, gdzie za­jąć miał się nami spe­cja­li­sta od NLP (pro­gra­mo­wa­nia neu­ro­lin­gwi­stycz­ne­go). Bro­ni­li­śmy się bar­dzo sku­tecz­nie. Zgru­po­wa­nie prze­ro­dzi­ło się w tak wiel­ką li­ba­cję al­ko­ho­lo­wą, że w koń­cu sam tre­ner za­koń­czył je po za­le­d­wie dwóch dniach (!) i dał sy­gnał do na­tych­mia­sto­we­go po­wro­tu. Na spo­tka­nia ze spe­cja­li­stą od NLP cho­dzi­li tyl­ko nie­licz­ni, a i tak wszyst­kie se­sje koń­czy­ły się gro­te­sko­wo. Raz ka­za­no chło­pa­kom za­ło­żyć coś na wzór dłu­gich nart. Przy­pi­na­no nogi do dłu­gich de­sek, póź­niej dwie dru­ży­ny ści­ga­ły się. Ćwi­cze­nie mia­ło po­ka­zać, jak waż­na jest współ­pra­ca – bez od­po­wied­niej ko­or­dy­na­cji, nie dało się przejść na­wet me­tra. Wszyst­ko by­ło­by faj­nie, gdy­by zza rogu nie wy­sko­czył Mar­cin Mię­ciel i nie po­pchnął jed­nej dru­ży­ny na dru­gą, po­wo­du­jąc efekt do­mi­na.

„Mię­to­wy” tor­pe­do­wał za­ję­cia NLP, ja w tym cza­sie spo­koj­nie so­bie piw­ko­wa­łem.

– Grze­go­rzu, piwo przed obia­dem? – spy­tał znie­sma­czo­ny tre­ner Kopa.

– Tre­ne­rze, niech pan spoj­rzy. Bro­war po dwa sześć­dzie­siąt! Gdzie w War­sza­wie taki znaj­dę?

Ta­kie­go ogól­ne­go roz­pa­sa­nia jak wte­dy nie prze­ży­łem nig­dy póź­niej.

* * *

Ste­fan Bia­łas kupę ro­bić po­zwa­lał, za to nie po­zwa­lał w cza­sie zgru­po­wań oglą­dać te­le­wi­zji. Klu­cze od po­ko­jów mu­sia­ły być w zam­kach, od ze­wnętrz­nej stro­ny drzwi, aby tre­ner w każ­dej chwi­li mógł z za­sko­cze­nia wpa­ro­wać do środ­ka – co też cza­sa­mi ku na­sze­mu zde­ner­wo­wa­niu czy­nił.

Naj­dziw­niej­sza była jed­nak ta spra­wa z te­le­wi­zo­ra­mi. W czym niby pro­blem? Zgru­po­wa­nie trwa­ło kil­ka­na­ście dni, sie­dzisz w po­ko­ju i… no wła­śnie, co? Co ro­bić? Nie­któ­rzy gra­ją w kar­ty, ale ile moż­na? Z kom­pu­te­ra­mi i in­ter­ne­tem spra­wa nie przed­sta­wia­ła się tak jak te­raz. Po­zo­sta­wał te­le­wi­zor, któ­re­go tre­ner za­bra­niał włą­czać.

Raz nie po­słu­chał Ja­cek Zie­liń­ski i Bia­łas za­mel­do­wał się u nie­go w po­ko­ju z żą­da­niem na­tych­mia­sto­we­go za­prze­sta­nia tego nie­cne­go pro­ce­de­ru, ja­kim było oglą­da­nie fil­mu.

„Zie­lek” py­tał zszo­ko­wa­ny:

– Czy ja mam dzie­sięć lat? Je­stem na ko­lo­niach?

Aby wy­pro­wa­dzić Bia­ła­sa w pole, szcze­li­nę mię­dzy pod­ło­gą a drzwia­mi wy­py­cha­li­śmy ręcz­ni­ka­mi, dzię­ki cze­mu świa­tło emi­to­wa­ne przez te­le­wi­zor nie wy­cho­dzi­ło na ko­ry­tarz.

* * *

Naj­bar­dziej wszyst­kim w Le­gii pod­padł Da­riusz Ku­bic­ki. Przy­je­chał z An­glii i chciał na dzień do­bry po­ka­zać co to nie on. Wszyst­ko by­ło­by w po­rząd­ku, tre­ner z twar­dą ręką pew­nie był nam po­trzeb­ny i pew­nie wszy­scy bez szem­ra­nia za­ak­cep­to­wa­li­by wpro­wa­dzo­ną dys­cy­pli­nę. Nie­ste­ty, Ku­bic­ki prze­do­brzył. Nie sza­no­wał ni­ko­go. Na­praw­dę ni­ko­go. Nie sza­no­wał na­wet Lu­cja­na Brych­cze­go.

„Kici” to fan­ta­stycz­na po­stać, żywa le­gen­da. To on pod­po­wie­dział, by w se­zo­nie 1996/97 wziąć mnie do gry, mimo że już by­łem od­pa­lo­ny do Po­lo­nii War­sza­wa. Ce­nił mnie dzię­ki na­szym wspól­nym tre­nin­gom. Cho­ciaż, tak szcze­rze, to nie za bar­dzo miał ku temu po­wo­dy, bo tre­nin­gi ogra­ni­cza­ły się do tego, że strze­lał mi gola za go­lem, kie­dy chciał i jak chciał.

Usta­wiał pił­kę i mó­wił:

– Pierw­sza dla cie­bie.

I bum – we mnie. So­czy­ste, czy­ściut­kie ude­rze­nie.

– Dru­ga, że­byś wie­dział, że bro­nisz.

I bum – do zła­pa­nia.

– Trze­cia dla mnie.

I wte­dy już pił­ka lą­do­wa­ła w sa­mych „wi­dłach”, ab­so­lut­nie nie­moż­li­wa do obro­ny.

– Nie ma cię – śmiał się Brych­czy. – Czwar­ta też dla mnie.

Zno­wu od­da­wał taki strzał, że mo­głem tyl­ko za­pła­kać.

– Cią­gle cię nie ma – iro­ni­zo­wał. – A te­raz dla cie­bie…

Kie­dyś pod­czas jed­ne­go z ta­kich tre­nin­gów Ar­tur Bo­ruc nie wy­trzy­mał, zdjął rę­ka­wi­ce, ci­snął nimi o zie­mię i syk­nął:

– Idź pan w chuj, pa­nie Lu­cja­nie!

Brych­czy to nie­by­wa­ły tech­nik, żon­glu­je dwie­ma no­ga­mi, prak­tycz­nie nie od­ry­wa­jąc stóp od pod­ło­ża. Ude­rza tak, że pił­ka spa­da w ostat­niej chwi­li, tuż pod po­przecz­kę. Po­tra­fi zro­bić wszyst­ko. Kie­dyś na Le­gii wy­cho­dzi­ło się z tu­ne­lu pro­sto na cho­rą­giew­kę na­roż­ną. Tam dwóch chło­pa­ków z ze­spo­łu urzą­dzi­ło so­bie kon­kurs wkrę­ca­nia pił­ki do bram­ki, z rogu. Pierw­szy się na­pi­na – nie tra­fił. Dru­gi skon­cen­tro­wa­ny – nie tra­fił. W tym mo­men­cie z tu­ne­lu wy­ło­nił się pan Lu­cjan i nie zda­jąc so­bie spra­wy, że trwa ja­kaś ry­wa­li­za­cja, po pro­stu pod­biegł i od nie­chce­nia kop­nął usta­wio­ną w na­roż­ni­ku pił­kę, pro­sto do siat­ki. Za­wo­dy za­koń­czo­ne.

Ku­bic­ki był je­dy­ną oso­bą w Le­gii, któ­ra od­no­si­ła się do Brych­cze­go bez na­leż­ne­go sza­cun­ku. Wy­rzu­cił jego rze­czy z szat­ni tre­ner­skiej, bo uznał, że po­trze­bu­je wię­cej miej­sca na swo­je szpar­ga­ły.

„Kici” dys­kret­nie się od­gry­zał.

Pod­czas zgru­po­wa­nia wszy­scy usta­wi­li się do roz­ło­żo­ne­go na świe­żym po­wie­trzu sto­łu szwedz­kie­go. Brych­czy już pra­wie do­cze­kał się na swo­ją ko­lej, gdy na­gle przy­szedł Ku­bic­ki i bez sło­wa we­pchnął się przed nie­go, na do­da­tek lek­ko go od­py­cha­jąc.

– Spier­da­laj! – po­wie­dział Brych­czy, jed­no­cze­śnie za­kry­wa­jąc usta, by moż­na było po­my­śleć, że to głos ko­goś in­ne­go.

„Kuba” nie dał się zwieść.

– To było do mnie? – od­wró­cił się i za­py­tał ostrym to­nem.

Obok le­ni­wie prze­cha­dzał się kot.

– Nie, do tego kota – od­parł pan Lu­cjan.

* * *

Brych­czy zu­peł­nie nie za­cho­wy­wał się jak czło­wiek świa­do­my, ile zna­czy dla klu­bu. Lu­bi­łem i lu­bię z nim roz­ma­wiać. Cza­sa­mi na­rze­ka na dzi­siej­sze „ręcz­ni­ki”, czy­li bram­ka­rzy, któ­rym nie ma sen­su strze­lać na tre­nin­gach, bo i tak ni­cze­go nie zła­pią (tak jak­bym ja mu kie­dyś co­kol­wiek zła­pał).

Jed­ne­go dnia sie­dzie­li­śmy w ma­łym po­ko­iku. Panu Luc­ko­wi za­pa­li­ły się iskier­ki w oczach, bo oto ktoś przy­niósł jego ulu­bio­ny ko­niak.

– Tak, jed­ne­go, ma­lut­kie­go – po­wie­dział ci­chut­ko, jak­by się py­tał o zgo­dę.

Zda­wa­ło mi się, że jest prze­stra­szo­ny tak bar­dzo, jak boi się uczeń, któ­ry w szkol­nej to­a­le­cie pali pierw­sze­go pa­pie­ro­sa.

Na­gle ktoś za­pu­kał do drzwi.

– O Jezu, Jezu! – Brych­czy aż pod­sko­czył i za­czął po­spiesz­nie cho­wać na­lew­kę. – Jesz­cze ktoś zo­ba­czy.

– Pan się boi? Pan? Le­gen­da? – za­py­ta­łem.

– Jesz­cze ktoś zo­ba­czy…

– Pa­nie Luc­ku, panu to oni mogą na­sko­czyć! Ja to za­ła­twię!

Zno­wu pu­ka­nie.

– Kto tam? – za­py­ta­łem.

Za drzwia­mi stał ja­kiś mło­dy chło­pak.

– Zmia­taj, sie­dzę z pa­nem Lu­cja­nem, on nie ma cza­su.

– Nie trze­ba było, jesz­cze ktoś zo­ba­czy, le­piej nie – kon­ty­nu­ował po chwi­li, wciąż zmie­sza­ny Brych­czy.

– Pa­nie Luc­ku, pan tu może wszyst­ko, a boi się pan ja­kie­goś po­ke­mo­na, któ­ry za­pu­kał?

Ale on taki jest. W Le­gii od 1954 roku, 182 gole strze­lo­ne w li­dze. Cią­gle jed­nak ci­chy i skrom­ny.

* * *

Była jed­na oso­ba, któ­rej Lu­cjan Brych­czy no­to­rycz­nie do­ga­dy­wał – zu­peł­nie jak nie on. Tą oso­bą był Fran­ci­szek Smu­da.

– Kie­dy ja gra­łem w Le­gii… – za­czął kie­dyś „Franz”.

– W Le­gii to ja gra­łem, ty by­łeś – od­parł na­gle Brych­czy, koń­cząc wy­wód Fran­ka, za­nim się w ogó­le za­czął.

Pił­ka­rze ze śmie­chu le­że­li na zie­mi.

In­nym ra­zem, kie­dy Smu­da coś tłu­ma­czył, „Kici” grzecz­nie po­pro­sił przy ca­łej dru­ży­nie:

– Fra­niu, przyjdź z mamą, bo ja w ogó­le nie ro­zu­miem, co ty mó­wisz.

JAK WSTA­NIESZ, TO CIĘ ZA­BI­JĘ

Moim pierw­szym tre­ne­rem w Le­gii, a za­ra­zem szko­le­niow­cem, na któ­re­go cią­gle wpa­da­łem przez ko­lej­ne lata, był Pa­weł Ja­nas. Pro­wa­dził mnie tak­że w Ami­ce Wron­ki – ale jako dy­rek­tor – oraz w re­pre­zen­ta­cji kra­ju. Pod­pa­dłem mu już na wstę­pie. Po­je­cha­li­śmy na zgru­po­wa­nie do Wi­sły. Ja i Mar­cin Mię­ciel by­li­śmy naj­młod­si, więc miesz­ka­li­śmy ra­zem. Coś nas pod­ku­si­ło, by wy­sko­czyć na mia­sto (no, tak zwa­ne mia­sto) i po­szu­kać ja­kiejś dys­ko­te­ki.

Wra­ca­li­śmy nad ra­nem. Da­le­ko za nami za­mi­go­ta­ły świa­tła sa­mo­cho­du.

„Mię­to­wy” na­gle za­rzą­dził:

– Cho­wa­my się w krza­ki!

– Czy ty zgłu­pia­łeś do resz­ty? – spy­ta­łem go. Wa­riat. Gdzieś da­le­ko, o pią­tej nad ra­nem, je­dzie sa­mo­chód, a on chce z tego po­wo­du rzu­cać się w za­ro­śla.

– To może być Ja­nas! – Mar­cin był na­praw­dę wy­stra­szo­ny. – Cho­wa­my się, szyb­ko!

– Osza­la­łeś – ba­ga­te­li­zo­wa­łem za­gro­że­nie.

Oczy­wi­ście to był Ja­nas. Ja­nas i Ja­błoń­ski.

– Po­ga­da­my ju­tro! – za­gro­ził „Ja­błusz­ko”, cho­ciaż „Ja­błusz­ko” jak gro­ził, to w za­sa­dzie brzmia­ło, jak­by prze­pra­szał.

Ja­nas z ko­lei zro­bił tę swo­ją skrzy­wio­ną minę, spoj­rzał na ze­ga­rek, któ­ry wska­zy­wał pią­tą rano i spro­sto­wał współ­pra­cow­ni­ka:

– Mi­rek, ra­czej dzi­siaj.

Do­sta­łem ty­siąc zło­tych kary, na szczę­ście płat­nej w ra­tach.

* * *

„Paw­ka” to czło­wiek z fan­ta­stycz­nym po­dej­ściem do pił­ka­rzy. My­ślę, że był wy­ma­rzo­nym tre­ne­rem dla „wiel­kiej Le­gii”, czy­li dla ze­spo­łu z po­ło­wy lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Po­zwa­lał dru­ży­nie żyć swo­im ży­ciem. Gdy­by wte­dy ci za­wod­ni­cy do­sta­li ko­goś, kto prze­pro­wa­dzał­by ana­li­zy wi­deo, kto roz­pra­co­wy­wał­by prze­ciw­ni­ków i ka­zał uczyć się sła­bych i moc­nych stron ry­wa­li, kto przy­kła­dał­by szcze­gól­ną wagę do dys­cy­pli­ny, die­ty, tak­ty­ki… To nie mia­ło­by pra­wa się udać. Ja­nas or­ga­ni­zo­wał tre­nin­gi, któ­re od­po­wia­da­ły za­wod­ni­kom i nie za bar­dzo in­ge­ro­wał w to, co dzia­ło się póź­niej. Je­śli po­ja­wiał się ja­kiś we­wnętrz­ny kon­flikt, pił­ka­rze mie­li go roz­wią­zać sami. Ze­spół w tym kon­kret­nym skła­dzie mu­siał funk­cjo­no­wać w taki wła­śnie spo­sób.

Już so­bie wy­obra­żam na przy­kład Ore­sta Len­czy­ka za­miast nie­go:

– Dzień do­bry, tre­ne­rze.

– A skąd wiesz, że do­bry?

To by nie mo­gło wy­pa­lić.

Naj­więk­szym wy­da­rze­niem tam­tych lat był awans do Ligi Mi­strzów, po cu­dow­nym spo­tka­niu w Göte­bor­gu. Wzią­łem wte­dy Lesz­ka Pi­sza na ba­ra­na i no­si­łem go po ca­łym sta­dio­nie.

– Tyl­ko nie upuść – pro­sił, pu­ka­jąc mnie w czu­bek gło­wy.

Świę­to­wa­nie tego ol­brzy­mie­go suk­ce­su trwa­ło dłu­go i nie dla każ­de­go skoń­czy­ło się do­brze. Grześ­ko­wi Le­wan­dow­skie­mu za­szko­dził al­ko­hol, ale nie w ta­kim sen­sie, w ja­kim my­śli­cie. Za­czął za­cho­wy­wać się dziw­nie i wy­ga­dy­wać głu­po­ty. Na dru­gi dzień był cze­pial­ski i nie­sym­pa­tycz­ny, cały czas ko­muś do­gry­zał. Trud­no było zro­zu­mieć, o co mu cho­dzi. Chy­ba fik­so­wał. Na pły­cie lot­ni­ska wy­jął pasz­port, otwo­rzył sze­ro­ko i de­mon­stru­jąc wszyst­kim wo­kół, za­czął śpie­wać: „Do­bry Jezu, a nasz Pa­nie, daj mu wiecz­ne spo­czy­wa­nie”. Pa­trzy­li­śmy na nie­go ze zdu­mie­niem, nie­po­ko­jem i na­ra­sta­ją­cą iry­ta­cją.

Ko­lej­ne oso­by zno­si­ły te jego hu­mo­ry, nie­koń­czą­ce się „wrzut­ki”, aż w koń­cu „Lewy” skie­ro­wał swo­je ką­śli­we uwa­gi w kie­run­ku Jac­ka Zie­liń­skie­go. To był błąd. „Zie­lu” – ci­cha woda – wstał, pod­szedł do Grześ­ka i wy­mie­rzył mu taki cios, ja­kie­go nie po­wsty­dził­by się Wi­ta­lij Klicz­ko. Pro­sto w szczę­kę, so­czy­ście, aż chrup­nę­ła. Le­wan­dow­ski padł jak dłu­gi.

Gdy po chwi­li za­czął zbie­rać się z pod­ło­gi, zja­wił się Krzysz­tof Ra­taj­czyk, po­ło­żył mu nogę na klat­ce pier­sio­wej i do­ci­snął.

– Je­śli wsta­niesz, to cię za­bi­ję – po­wie­dział tak bez­na­mięt­nie, jak­by wła­śnie in­for­mo­wał prze­chod­nia któ­ra go­dzi­na.

Le­wan­dow­ski zro­zu­miał, że te­raz czas na le­ża­ko­wa­nie.

Kie­dy po ja­kimś cza­sie się ze­brał, od razu po­biegł do Paw­ła Ja­na­sa.

– Pa­nie tre­ne­rze, oni mnie po­bi­li!

– Cie­bie? Prze­cież wi­dzia­łem, że się prze­wró­ci­łeś.

– Ale… – Tym ra­zem zwró­cił się do dok­to­ra Ma­chow­skie­go. Jesz­cze mo­ment i by się roz­pła­kał. – Oni mnie po­bi­li, na­praw­dę!

Ma­chow­ski przyj­rzał się roz­kwa­szo­nej gę­bie „Le­we­go” i uspo­ko­ił:

– Chodź, opa­trzę cię, rze­czy­wi­ście fa­tal­nie się po­tkną­łeś.

Ja­nas do­rzu­cił:

– Po­tłu­kłeś się, masz dwa dni wol­ne­go.

Po dwóch dniach Le­wan­dow­ski sta­wił się w szat­ni, prze­pro­sił za swo­je za­cho­wa­nie i grał da­lej w tym ze­spo­le, jak gdy­by nic się nie sta­ło.

* * *

Zda­rzy­ło się w Le­gii, że kłót­nie były tak in­ten­syw­ne, że na­wet Pa­weł Ja­nas uznał, iż trze­ba w koń­cu za­re­ago­wać. Zro­bił to w in­te­li­gent­ny spo­sób. We­zwał do klu­bu żony pił­ka­rzy. Po­wie­dział im:

– Dro­gie pa­nie, wasi mę­żo­wie kłó­cą się o pier­do­ły, jed­ni na dru­gich na­ska­ku­ją. Na­kre­ślę sy­tu­ację… – Pod­szedł do ta­bli­cy i kon­ty­nu­ował: – Za mi­strzo­stwo Pol­ski mamy taką pre­mię, za Pu­char Pol­ski taką, a za po­trój­ną ko­ro­nę taką. Do wi­dze­nia.

Oszo­ło­mio­ne kwo­ta­mi ko­bie­ty szyb­ko spa­cy­fi­ko­wa­ły mę­żów.

* * *

Nie znam pił­ka­rza, któ­ry nie lubi Ja­na­sa. No, może z wy­jąt­kiem tych, któ­rych nie za­brał na fi­na­ły mi­strzostw świa­ta. Jed­nak cała resz­ta złe­go sło­wa na tego fa­ce­ta nie po­wie. Jest po pro­stu nor­mal­ny. Jako tre­ner może i nie jest ide­ałem, ale zy­sku­je jako czło­wiek. Owszem, śmia­li­śmy się z nie­go czę­sto, bo to tak już jest, że pił­ka­rze śmie­ją się z każ­de­go, naj­czę­ściej za ple­ca­mi. We wszyst­kich żar­tach na te­mat Paw­ła za­wsze czuć było nut­kę sym­pa­tii. A i on się nie ob­ra­żał.

Przed jed­nym z me­czów re­pre­zen­ta­cji za­czął go w szat­ni na­śla­do­wać To­mek Haj­to. „Gian­ni” aku­rat nie mógł za­grać, więc ubra­ny był w ele­ganc­ki gar­ni­tur, jak to on. Sta­nął przed nami i za­czął się trząść w taki spo­sób, w jaki trzę­sie się Ja­nas. Prze­krzy­wił usta i za­czął bur­czeć pod no­sem:

– Kur­wa, kur­wa, na nich, kur­wa, pa­no­wie.

Po­kła­da­li­śmy się ze śmie­chu, ale tyl­ko do mo­men­tu, kie­dy w drzwiach – za ple­ca­mi Tom­ka – sta­nął Ja­nas. Wte­dy już wszy­scy spo­waż­nie­li, tyl­ko Haj­to kon­ty­nu­ował przed­sta­wie­nie. Wy­ko­ny­wał trzę­są­cy­mi się rę­ko­ma do­kład­nie te ru­chy, przez któ­re „Paw­kę” na­zy­wa­li­śmy „di­dże­jem”.

Po chwi­li Ja­nas wszedł już do środ­ka, po­pro­sił Tom­ka na bok i za­jął się swo­ją ro­bo­tą. Nie miał żad­nych pre­ten­sji, nie ob­ra­ził się i na ni­kim nie za­mie­rzał się od­gry­wać.

* * *

Oczy­wi­ście tym, któ­ry mu­siał za­no­to­wać naj­więk­szą wpad­kę przy Ja­na­sie, by­łem ja. Re­gu­lar­nie po­wo­ły­wał mnie do re­pre­zen­ta­cji; zimą po­le­cie­li­śmy na zgru­po­wa­nia na Mal­tę, skła­dem nie­zbyt moc­nym. Z bram­ka­rzy – ja i To­mek Kusz­czak (już wte­dy, jako gów­niarz, był bar­dzo pew­ny sie­bie). Do ro­ze­gra­nia mie­li­śmy dwa me­cze, po pierw­szym z nich za­sie­dli­śmy do ko­la­cji.

– „Gło­wa”, je­steś ka­pi­ta­nem. Spy­taj, czy mo­że­my się na­pić piw­ka – po­pro­si­li­śmy Arka Gło­wac­kie­go.

W rze­czy­wi­sto­ści uzna­wa­łem to py­ta­nie za cał­ko­wi­cie zbęd­ne, ra­czej kur­tu­azyj­ne, bo zna­łem Ja­na­sa od lat i wie­dzia­łem, że nie bę­dzie miał nic prze­ciw­ko. Wy­pa­da­ło jed­nak za­sy­gna­li­zo­wać, że za mo­ment bę­dzie­my za­ma­wia­li. „Ja­no­sik” po dru­giej stro­nie sali ba­wił się w naj­lep­sze, sam już był moc­no zro­bio­ny. Tym bar­dziej było oczy­wi­ste, że nam po­zwo­li. „Gło­wa” wró­cił jed­nak mar­kot­ny i po­in­for­mo­wał:

– Nie po­zwo­lił!

Mnie coś ugry­zło.

– Jak to nie po­zwo­lił? On sam na­pier­do­lo­ny jak świ­nia. Psa prze­wod­ni­ka bę­dzie po­trze­bo­wał, żeby dojść do po­ko­ju! – je­cha­łem bez trzy­man­ki.

Po mi­nach ko­le­gów, zo­rien­to­wa­łem się, co jest gra­ne. Ja­nas stał tuż za mną.

– „Sza­mo”, jak masz głu­pio mó­wić, to le­piej nic nie mów – wy­mam­ro­tał.

Mimo tej sy­tu­acji wy­sta­wił mnie w naj­bliż­szym me­czu. Jed­nak było to już moje ostat­nie po­wo­ła­nie. I do dziś nie wiem, czy na sku­tek słów wy­po­wie­dzia­nych przy ko­la­cji, czy z po­wo­du for­my spor­to­wej.

Dla­cze­go wte­dy Ja­nas nie po­zwo­lił, nie mam po­ję­cia. Po­dej­rze­wam, że pod­szedł do na­sze­go sto­li­ka – w mo­men­cie gdy wy­gła­sza­łem swo­ją ty­ra­dę – by za­ko­mu­ni­ko­wać, że z tym za­ka­zem tyl­ko żar­to­wał. Prze­cież mia­łem w pa­mię­ci prze­róż­ne scen­ki. Na przy­kład tę z Göte­bor­ga. Pio­trek Mo­sór, mimo wiel­kie­go suk­ce­su ze­spo­łu, cią­gle cho­dził na­bz­dy­czo­ny, bo wy­da­wa­ło mu się, że po­wi­nien grać. Nie mam po­ję­cia, na ja­kiej pod­sta­wie przy­szło mu to do gło­wy. Każ­dy roz­sąd­ny czło­wiek wie­dział, że „Mo­skit” nie ma naj­mniej­szych szans na pierw­szy plac, ale jemu się zda­wa­ło, że jest do­kład­nie od­wrot­nie.

Wszy­scy świę­to­wa­li, tyl­ko on sie­dział wner­wio­ny. Do na­sze­go sto­li­ka pod­szedł Ja­nas, usiadł, po­pa­trzył na za­fra­so­wa­ną minę Piotr­ka.

– A ty pi­jesz coś? – spy­tał.

– Nie – od­parł Mo­sór, są­dząc, że ta od­po­wiedź przy­bli­ży go – niby jako pro­fe­sjo­na­li­stę – do pod­sta­wo­we­go skła­du.

– To wy­pier­da­laj.

In­nym ra­zem pod­czas zgru­po­wa­nia w Tur­cji „Paw­ka” tak bar­dzo ga­ro­wał ze star­szy­zną, że Le­szek Pisz uznał, iż tre­ner w ta­kim sta­nie nie po­wi­nien scho­dzić na śnia­da­nie. W ho­te­lo­wym ko­ry­ta­rzu, zza drzwi, sły­chać było pu­ka­nie i bła­gal­ny głos:

– Le­siu, otwórz, Le­siu…

A Le­siu od­po­wie­dział:

– Siedź tam ci­cho. Przy­nie­sie­my ci żar­cie do po­ko­ju.

* * *

Ja wy­le­cia­łem z ka­dry za „psa prze­wod­ni­ka” (może by­łem za sła­by, ale lu­bię my­śleć, że jed­nak „pies prze­wod­nik” zde­cy­do­wał), a inny za­wod­nik za… ta­niec ero­tycz­ny.

Po me­czu Au­stria–Pol­ska kil­ku pił­ka­rzy gra­ło w kar­ty, je­den z nich cią­gle prze­gry­wał. Mo­czył, mo­czył, mo­czył, aż na­gle w jed­nym gru­bym roz­da­niu w stu pro­cen­tach uda­ło mu się od­kuć. Szczę­śli­wy wstał i w eu­fo­rii za­czął się roz­bie­rać. Dla jaj. W trak­cie tego tań­ca do po­ko­ju wszedł Ja­nas, lecz nasz de­li­kwent go nie wi­dział. Stał ty­łem do drzwi, a przo­dem do resz­ty za­wod­ni­ków. Ci miny mie­li nie­tę­gie, ale nasz play­boy są­dził, że to efekt wy­gi­ba­sów. Naj­pierw zdjął ko­szul­kę, po­tem spodnie. Kie­dy zdjął ga­cie, Ja­nas nie wy­trzy­mał.

– Strip­tiz ro­bisz? – ode­zwał się znie­sma­czo­ny. – Ostat­ni raz cię po­wo­ła­łem.

Ot, taka wska­zów­ka dla tych, któ­rzy wi­dząc li­stę po­wo­ła­nych pił­ka­rzy, za­czy­na­ją ana­li­zo­wać licz­bę mi­nut ro­ze­gra­nych w klu­bach, for­mę i do­ro­bek strze­lec­ki. Cza­sa­mi de­cy­du­je nie for­ma, tyl­ko wi­dok go­łej dupy. Wi­dok, któ­re­go tre­ner wo­lał­by unik­nąć.

* * *

Pa­weł Ja­nas la­ta­mi zma­gał się z no­wo­two­rem. Przy­kro było pa­trzeć, jak mar­nie­je. Szat­nia pił­kar­ska nie zna jed­nak świę­to­ści, nie ma te­ma­tów tabu. Ob­śmiać moż­na wszyst­ko i każ­de­go. Dla­te­go mó­wi­li­śmy tre­ne­ro­wi:

– Po­dob­no jest pan pierw­szym czło­wie­kiem, któ­ry za­pił raka.

Śmia­li­śmy się, że „Ja­no­sik” wy­my­ślił le­kar­stwo. To­mek Da­wi­dow­ski po­wta­rzał:

– Jak rak zo­ba­czył to mo­rze whi­sky, to sam uciekł po do­bro­ci.

* * *

Kosz­mar mło­de­go pił­ka­rza. Wcho­dzisz do ze­spo­łu, mo­dlisz się, by wresz­cie za­grać. A dzień przed spo­tka­niem… nie przy­jeż­dżasz na roz­ruch. Ja tak mia­łem. Z Pia­secz­na pla­no­wa­łem je­chać na Ła­zien­kow­ską tak­sów­ką, ale nie wzią­łem pod uwa­gę, że aku­rat jest świę­to i… żad­na ta­ry­fa nie je­cha­ła. Sta­łem przy uli­cy Pu­ław­skiej i roz­pacz­li­wie pró­bo­wa­łem za­trzy­mać ja­kiś sa­mo­chód. Bez po­wo­dze­nia.

Na roz­ruch w ogó­le nie do­je­cha­łem. Zja­wi­łem się w klu­bie do­pie­ro dzień póź­niej, w dniu me­czu. W środ­ku trzę­sąc się jak ga­la­re­ta, po­sze­dłem do Ja­na­sa. Czy on to wy­ba­czy? Czy zro­zu­mie? Czy uwie­rzy w ta­kie wła­śnie wy­tłu­ma­cze­nie – że tak­sów­ka nie przy­je­cha­ła? Jak to w ogó­le brzmi?

„Ja­no­sik” jed­nak do ca­łe­go zda­rze­nia w ogó­le nie przy­wią­zy­wał wagi:

– Mło­dy, ta­kie ży­cie, nie przej­muj się.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Stan futbolu. Tajemnice boiska, szatni i piłkarskich gabinetów Szamo Kowal. Prawdziwa historia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia