Odwrotniak

Odwrotniak

Autorzy: Jakub Małecki

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 256

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 27.90 zł

Narracja oparta na dwóch historiach, które dzieją się równocześnie. Przeskoki z jednej opowieści w drugą następują w momencie, kiedy jakiś przedmiot lub wydarzenie łączy obie historie. Powieść zaskakująca, przewrotna, trzymająca w napięciu.

Czy losy dwojga ludzi żyjących w różnych czasach mogą splatać się i przenikać nawzajem? Czy ze strachu przed światem można żyć tak, jakby się nie żyło? I czy miłość i nienawiść to na pewno dwa różne uczucia?

Izabela Grycz poczuła, że żyje, dopiero wtedy, gdy w 1946 roku poznała malarza z kulą w głowie. Teraz, u schyłku życia, za wszelką cenę próbuje wygrzebać ze szwankującej pamięci wspomnienie tego, jak zgasł tamten płomienny romans.

Ja­kub Ma­łec­ki

OD­WROT­NIAK

Co­py­ri­ght © by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Spis treści

Dedykacja

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Ro­dzi­com

I

Dzie­więć­dzie­się­cio­jed­no­let­nia Iza­be­la Grycz, ko­bie­ta uni­ka­ją­ca zwy­kle wy­ra­ża­nia swo­jej opi­nii, któ­rej zresz­tą na więk­szość te­ma­tów nie mia­ła, ko­bie­ta suk­ce­su, do­świad­czo­na, uty­tu­ło­wa­na, a za­ra­zem skłon­na do de­pre­sji i – jak sama o so­bie lu­bi­ła ma­wiać – „przez więk­szość cza­su po­god­nie nie­szczę­śli­wa”, o nie­wie­lu rze­czach w ży­ciu prze­ko­na­na była tak moc­no jak o tym, że pierw­sze zda­nie po­wie­ści – zwłasz­cza dłu­gie, skom­pli­ko­wa­ne, a do tego odro­bi­nę cha­otycz­ne – na­pi­sać jest ba­nal­nie wręcz ła­two. Tak, my­śla­ła, wci­ska­jąc po­wo­li czu­bek ły­żecz­ki w pa­ru­ją­cą na pod­staw­ce to­reb­kę za­pa­rzo­nej her­ba­ty, pierw­sze zda­nie za­wsze jest pięk­ne, nic, tyl­ko chwy­cić pió­ro i prze­nieść je z gło­wy na pa­pier, coś tam po­pra­wić, albo i nie, po­tem wstać od sto­łu i – choć­by dla prze­wie­trze­nia my­śli – przejść się po po­ko­ju. Nie­ste­ty, po na­pi­sa­niu pierw­sze­go zda­nia wi­kła­ła się zwy­kle w na­stęp­ne; nie po­tra­fi­ła skoń­czyć na jed­nym – bo i jak? – tym­cza­sem en­tu­zjazm opusz­czał ją z ko­lej­ny­mi sło­wa­mi po­ja­wia­ją­cy­mi się na pa­pie­rze z ci­chym skrzy­pie­niem prze­cią­ga­nej po nim sta­lów­ki. Pi­sa­ła w tem­pie co­raz wol­niej­szym, by po pew­nym cza­sie, drę­czo­na mie­sza­ni­ną cie­ka­wo­ści i nie­po­ko­ju, wró­cić do sa­me­go po­cząt­ku i uznać, że pierw­sze zda­nie wca­le nie jest aż tak pięk­ne i w za­sa­dzie na­le­ża­ło­by je po­pra­wić, o tu, tu­taj i jesz­cze tu, może na­wet na­pi­sać je w ca­ło­ści od po­cząt­ku. A po­tem je czy­ta­ła. Czy­ta­ła po­wo­li, czy­ta­ła szyb­ko, czy­ta­ła w my­ślach i czy­ta­ła na głos, czy­ta­ła, po­pi­ja­jąc wino, po­pi­ja­jąc her­ba­tę, albo i nic nie po­pi­ja­jąc, i nie­mal za­wsze do­cho­dzi­ła do wnio­sku, że jest ra­czej sła­be, może odro­bi­nę zbyt pa­te­tycz­ne, a na pew­no nie­udol­ne.

Na­pi­sa­ła w ży­ciu set­ki pierw­szych zdań.

Naj­le­piej my­śla­ło się jej przy oknie, sta­wa­ła więc na­prze­ciw­ko szy­by i nie­za­leż­nie od tego, czy wi­dzia­ła po jej dru­giej stro­nie lśnią­ce lwow­skie uro­bo­ro­sy szyn tram­wa­jo­wych, wzno­szą­cy się nie­zmor­do­wa­nie sto­łecz­ny Pa­łac Kul­tu­ry i Na­uki czy chu­de ki­ku­ty gdań­skich dźwi­gów por­to­wych, my­śla­ła o so­bie jako ża­ło­śnie nie­sku­tecz­nym siew­cy po­cząt­ków po­wie­ści: roz­po­czę­ła ich całe mnó­stwo, roz­po­czy­na­ła wła­ści­wie je­śli nie co mie­siąc, to przy­najm­niej co dwa, roz­po­czy­na­ła je gwał­tow­nie albo ze spo­ko­jem, w ner­wach i w wy­ci­sze­niu, roz­po­czy­na­ła pi­ja­na i trzeź­wa, ukoń­czy­ła tyl­ko raz, i to za pierw­szym ra­zem.

Po­tem nie mia­ła już o czym pi­sać.

Iza­be­la, jak więk­szość lu­dzi, ro­dzi­ła się dwu­krot­nie. Po raz pierw­szy w ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­stym pierw­szym, wrzesz­czą­ca, czer­wo­na i śle­pa, wy­pchnię­ta z mat­ki w wiel­kim po­ko­ju lwow­skie­go miesz­ka­nia przy Bra­je­row­skiej, po raz dru­gi dwa­dzie­ścia trzy lata póź­niej, mło­da, wy­so­ka i nie­zdro­wo chu­da, a jed­nak na swój spo­sób ład­na, peł­na nie­na­wi­ści i zło­śli­wa, sie­dząc przy wiel­kim drew­nia­nym sto­le w War­sza­wie przy Ło­wic­kiej.

Jak więk­szość lu­dzi, to za dru­gim ra­zem za­ist­nia­ła na­praw­dę, a na­ro­dzi­nom tym to­wa­rzy­szy­ła, w za­sa­dzie za­ini­cjo­wa­ła je za­sły­sza­na przy sto­le hi­sto­ria, jed­na z tych wy­ol­brzy­mia­nych opo­wie­ści, któ­re z każ­dym ko­lej­nym opróż­nio­nym kie­lisz­kiem prę­żą co­raz więk­sze fa­bu­lar­ne mu­sku­ły. Opo­wie­dzia­no jej wte­dy o męż­czyź­nie z kulą w gło­wie.

Była śro­da, dzie­wią­ty sierp­nia czter­dzie­ste­go czwar­te­go, nie­bo otwie­ra­ło się nad War­sza­wą, ciem­ne i po­marsz­czo­ne chmu­ra­mi, a w miesz­ka­niu obok pies usi­ło­wał za­szcze­kać się chy­ba na śmierć. Wa­ria­ta, któ­ry od kil­ku dni śred­nio trzy razy na go­dzi­nę wrzesz­czał na scho­dach: „Do schro­nu!”, ja­koś wresz­cie uci­szo­no, nie uci­chły za to ude­rze­nia; trrach, trr­rach, wy­dłu­ża­ły się pod­ziem­ne tu­ne­le i pa­da­ły ko­lej­ne ścia­ny w piw­ni­cach. W ko­ry­ta­rzu sta­ły trzy łóż­ka, o jed­no z nich opie­ra­ła się becz­ka ze śmier­dzą­cą wodą, o inne chło­piec, upar­cie sta­ra­ją­cy się wy­my­ślić, w jaki spo­sób moż­na by użyć ob­cę­gów do za­ba­wy. Drzwi za chłop­cem za­bi­to de­ska­mi, były to de­ski so­sno­we, sę­ka­te i brud­ne od bia­łej far­by, a cha­rak­te­ry­zo­wał je jesz­cze mniej­szy po­ten­cjał roz­ryw­ko­wy niż nie­szczę­sne ob­cę­gi. Co wię­cej, de­ski od­gra­dza­ły chłop­ca od dwóch po­koi, w któ­rych zwykł się ba­wić, a któ­rych okna wy­cho­dzi­ły na uli­cę.

A uli­ce, wia­do­mo: bom­ba za bom­bą, a jak nie bom­by, to ku­cie chod­ni­ków, brzmią­ce nie­śmia­ło strza­ły go­łę­bia­rzy i te okrop­ne dźwię­ki pę­ka­ją­cych me­bli. Wy­rzu­ca­ne z okien przez wła­ści­cie­li, ude­rza­ły o bruk, aby za­raz, ze zła­ma­ny­mi no­ga­mi, z wy­pru­ty­mi szu­fla­da­mi, pęk­nię­te na pół, z krze­seł, pia­nin, sto­łów i szaf stać się ba­ry­ka­dą. Przede wszyst­kim jed­nak kro­wy. Kro­wy strasz­ne i wie­lo­lu­fo­we, kro­wy w każ­dej chwi­li go­to­we ry­kiem na­krę­ca­ne­go me­cha­ni­zmu ob­wie­ścić swo­ją bar­dzo nie­chcia­ną obec­ność. Po­ci­ski za­pa­la­ją­ce, wy­padł­szy z cia­ła kro­wy, nie żyły dłu­żej niż kil­ka­dzie­siąt se­kund, a sen­sem ich krót­kie­go ist­nie­nia było wpaść do miesz­ka­nia, zbu­rzyć i za­pa­lić. Iza­be­la my­śla­ła wte­dy o tych po­ci­skach z za­zdro­ścią.

W swo­im dwu­dzie­sto­trzy­let­nim ży­ciu jak do­tąd nie zna­la­zła żad­ne­go sen­su, cią­gnę­ła je, bo wszy­scy cią­gnę­li. Lwów i bo­gac­two, w któ­re tam opły­wa­ła, nie do­strze­ga­jąc go, póź­niej War­sza­wa i uświa­do­mie­nie so­bie ska­li do­świad­czo­ne­go do­bro­by­tu, kie­dy ten zdą­żył wy­schnąć, za­raz po­tem woj­na, któ­ra jej nie do­ty­czy­ła, roz­gry­wa­ła się obok, bo to nie była jej woj­na, tyl­ko ICH woj­na, wresz­cie tych kil­ka związ­ków z męż­czy­zna­mi, któ­rzy nie wie­dzieć cze­mu szyb­ko zni­ka­li z jej ży­cia, aby nig­dy się już nie po­ja­wić. Nic sen­sow­ne­go. A wy­plu­wa­ne przez kro­wy po­ci­ski żyły za­le­d­wie kil­ka­dzie­siąt se­kund i moż­na było o nich po­wie­dzieć, że ist­nia­ły w ja­kimś celu.

Chło­piec uśmiech­nął się do niej szel­mow­sko; miał osiem lat, na imię Ro­mek i wy­raź­ny za­miar na­plu­cia do któ­re­goś z le­żą­cych obok bu­tów. Iza­be­la zde­cy­do­wa­ła się nie od­wza­jem­niać uśmie­chu. Pod­nio­sła do ust fi­li­żan­kę, mimo że kawy już w niej nie było, za­sło­ni­ła się tą odro­bi­ną por­ce­la­ny, a kie­dy od­sta­wia­ła na­czy­nie na spode­czek, Ro­mek za­ję­ty był już czymś in­nym.

Wy­ję­ła z pacz­ki ko­lej­ne­go play­er­sa, za­pa­li­ła i z ulgą wy­pu­ści­ła z płuc pierw­szą chmu­rę dymu, roz­glą­da­jąc się po zgro­ma­dzo­nych przy sto­le oso­bach. Miej­sce po jej le­wej zaj­mo­wał wła­ści­ciel miesz­ka­nia, Krzysz­tof Za­ło­ga, wy­so­ki i szczu­pły mi­ło­śnik po­lo­wań, ob­da­rzo­ny przez na­tu­rę po­twor­ną wadą wzro­ku i sil­nym wę­glo­wo­czar­nym za­ro­stem. Był czło­wie­kiem nad wy­raz opa­no­wa­nym, mó­wił spo­koj­nie i ci­cho, po­glą­dy miał ra­dy­kal­ne, a ma­ją­tek – znacz­ny. Iza­be­la po­dej­rze­wa­ła, że sy­tu­acja ma­te­rial­na Krzysz­to­fa nie była bez zna­cze­nia dla de­cy­zji sie­dzą­cej obok nie­go żony, kie­dy ta od­da­wa­ła mu rękę. Na wie­lu płasz­czy­znach Ju­lian­na Za­ło­ga sta­no­wi­ła zde­cy­do­wa­ne prze­ci­wień­stwo męża: mó­wi­ła dużo i gło­śno, jej wy­po­wie­dzi od­zna­cza­ły się gwał­tow­no­ścią i za­cie­kło­ścią, a i z wy­glą­du nie­zbyt pa­so­wa­ła do sto­no­wa­ne­go bro­da­cza. Bę­dąc ko­bie­tą o nie­znacz­nym wzro­ście, mia­ła sze­ro­kie bio­dra i ma­syw­ne nogi, gę­stwa ru­dych wło­sów spra­wia­ła wra­że­nie nie­chluj­nej, na­to­miast nie­spraw­na noga, po­zo­sta­łość po trud­nym po­ro­dzie Ro­mu­sia, nada­wa­ła jej wy­gląd da­le­ce nie­do­sko­na­ły, bo­le­śnie kon­tra­stu­ją­cy z ide­al­nym kro­jem ma­ry­na­rek Krzysz­to­fa i bie­lą jego koł­nie­rzy­ków.

Zgnia­ta­jąc ko­lej­ne nie­do­pał­ki na owal­nym dnie krysz­ta­ło­wej po­piel­nicz­ki i ob­ra­ca­jąc w pal­cach wy­kwint­nie zdo­bio­ną srebr­ną ły­żecz­kę, Ju­lian­na raz po raz po­dej­mo­wa­ła pró­by zwró­ce­nia uwa­gi ze­bra­nych na syna, któ­ry – je­śli wie­rzyć jej sło­wom – brał czyn­ny udział w wal­kach, prze­ci­na­jąc wraz z in­ny­mi dzieć­mi ka­ble go­lia­tów. Nie­przy­pad­ko­wo tego wie­czo­ru rolę za­baw­ki w dło­niach mal­ca peł­ni­ły ob­cę­gi.

Naj­cier­pliw­szym słu­cha­czem ko­lej­nych wy­sła­wia­ją­cych cno­ty Ro­mu­sia li­ta­nii był brat Ju­lian­ny, Le­szek, któ­ry zaj­mo­wał przy sto­le miej­sce na­prze­ciw Iza­be­li.

Le­szek Trze­ciak był wą­tłym po­cząt­ku­ją­cym po­etą, a jako że co­raz po­pu­lar­niej­szy sta­wał się po­gląd, iż sto­li­ca skła­da się nie­mal wy­łącz­nie z wą­tłych i po­cząt­ku­ją­cych po­etów, sta­rał się spra­wiać wra­że­nie po­ety wy­bit­ne­go, cze­go jed­nak nie dało się zwe­ry­fi­ko­wać opu­bli­ko­wa­nym do­rob­kiem, jako że opu­bli­ko­wa­ne­go do­rob­ku nie było. Brak pu­bli­ka­cji nie mu­siał oczy­wi­ście ni­cze­go prze­są­dzać – cóż, kie­dy ży­wio­no wo­bec au­to­ra dość uza­sad­nio­ne po­dej­rze­nie, iż w ogó­le nic jesz­cze nie na­pi­sał.

Trze­ciak jed­nak miał wie­le cech, któ­re uwa­ża­no po­wszech­nie za ty­po­we dla po­etów, na­wet wy­bit­nych: był sła­be­go zdro­wia, gar­de­ro­bę no­sił za­nie­dba­ną, a wło­sy w nie­ła­dzie, przede wszyst­kim zaś sza­le­nie był ko­chli­wy. Ko­chli­wość ta od­ci­snę­ła pięt­no tak­że na ży­ciu Iza­be­li, jako że ta ku swe­mu spo­re­mu nie­za­do­wo­le­niu sta­ła się obiek­tem, w któ­ry Le­szek Trze­ciak wy­mie­rzył ostat­nio po­tęż­ne swe ser­co­we ar­ma­ty. Ro­bił przy tym wie­le, by nie dać po so­bie po­znać, jak bar­dzo nie­obo­jęt­na jest mu mło­da przy­ja­ciół­ka zna­jo­mej bi­blio­te­kar­ki.

Spo­glą­dał wła­śnie na Ro­mu­sia po­waż­nym wzro­kiem, ob­ser­wo­wał jego małe dło­nie za­ci­śnię­te na ob­cę­gach i wzdy­chał ci­cho, wcią­ga­jąc przy tym na twarz do­bro­tli­wy uśmiech.

Spo­kój Lesz­ka Trze­cia­ka kon­tra­sto­wał z roz­bie­ga­nym wzro­kiem, ob­gry­zio­ny­mi pa­znok­cia­mi i po­czer­wie­nia­łą twa­rzą ostat­nie­go z za­sia­da­ją­cych przy sto­le.

Męż­czy­zna ten z wie­lu wzglę­dów po­do­bał się Iza­be­li: po pierw­sze dla­te­go, że był blon­dy­nem, po dru­gie dla­te­go, że był męż­czy­zną po­tęż­nym i gwał­tow­nym – a ta­kich lu­bi­ła naj­bar­dziej – po trze­cie i naj­waż­niej­sze dla­te­go, że wy­da­wał się dość pry­mi­tyw­ny.

Na­zy­wał się Ste­fan Rze­pec­ki i moż­na było po­wie­dzieć, iż był to czło­wiek na­der we­so­ły, a za­ra­zem nie­wy­mow­nie smut­ny. Ra­do­sne po­dej­ście do ży­cia okre­śla­ło go w wy­mia­rze ogól­nym, na­to­miast smu­tek, któ­ry ogar­niał go ostat­nio co­raz czę­ściej, wy­ni­kał z nie­daw­nych dra­ma­tycz­nych wy­da­rzeń. Rze­pec­ki miał dwóch bra­ci, bliź­nia­ków, młod­szych o trzy lata, z któ­rych je­den był bar­dzo skry­ty, do tego wsty­dli­wy, a dru­gi jesz­cze go­rzej – po­twor­nie wręcz się ją­kał. Ty­dzień wcze­śniej obaj zo­sta­li roz­strze­la­ni przez żoł­nie­rza we­rmach­tu, a ich śmierć moż­na by za­li­czyć do śmier­ci naj­strasz­liw­szych, jako że no­si­ła zna­mio­na ba­na­łu. Nie­któ­rym mo­gła­by na­wet wy­dać się za­baw­na – żoł­nierz za­trzy­mu­ją­cy bra­ci w celu, któ­re­go nig­dy nie zdą­ży­li po­znać, rów­nież się ją­kał. Usły­szaw­szy py­ta­nie, oby­dwaj bra­cia stru­chle­li, wie­dzie­li bo­wiem, że wsty­dli­wy od­po­wie­dzieć nie zdo­ła i bę­dzie to mu­siał uczy­nić ją­ka­ła. Tak też się sta­ło, a w oczach żoł­nie­rza na­tych­miast po­ja­wi­ła się złość, zma­te­ria­li­zo­wa­na chwi­lę póź­niej w po­sta­ci trzech kul. Wsty­dli­wy do­stał w oko, ją­ka­ła naj­pierw w usta, za dru­gim ra­zem w skroń.

Wia­do­mość o śmier­ci bra­ci do­tar­ła do Ste­fa­na Har­cer­ską Pocz­tą Po­lo­wą, a jej nadaw­cą był przy­ja­ciel ro­dzi­ny, fry­zjer Krza­kow­ski, któ­ry eg­ze­ku­cję bliź­nia­ków oglą­dał z okna swo­je­go miesz­ka­nia. Po prze­czy­ta­niu krót­kiej no­tat­ki do­rę­czo­nej przez chłop­ca o po­god­nej twa­rzy Ste­fan pod­jął de­cy­zję, aby nie mó­wić nic mat­ce; po tym, jak pierw­sze­go sierp­nia oj­ciec wy­szedł z domu swo­im po­wol­nym, si­lą­cym się na do­stoj­ność kro­kiem i już nie wró­cił, pani Rze­pec­ka spra­wia­ła wra­że­nie, jak­by na tym świe­cie trzy­mał ją już tyl­ko strach o dzie­ci.

Roz­mo­wa przy sto­le zo­gni­sko­wa­ła się tym­cza­sem na ewen­tu­al­nych moż­li­wo­ściach wy­jaz­du na wieś, Iza­be­la na­to­miast zno­wu wpa­try­wa­ła się w Ro­mu­sia – jadł wła­śnie paj­dę chle­ba z cu­krem – po­dej­mu­jąc ko­lej­ną pró­bę wy­obra­że­nia go so­bie, jak czoł­ga się w pyle za­le­ga­ją­cym uli­ce w kie­run­ku nad­jeż­dża­ją­cych go­lia­tów.

– Zdro­wie! – prze­rwał na­gle dys­ku­sję Krzysz­tof Za­ło­ga, wzno­sząc na­peł­nio­ny kie­li­szek.

Ste­fan, któ­ry od paru chwil wy­glą­dał, jak­by usi­ło­wał po­ru­szyć swój siłą woli, wy­rwał się z za­my­śle­nia, ocho­czo przy­tak­nął i nie cze­ka­jąc na in­nych, wlał w sie­bie al­ko­hol. Otarł usta i wska­zał na opróż­nio­ne szkło, któ­re go­spo­darz gor­li­wie za­raz na­peł­nił. I tak, zdru­zgo­ta­ny śmier­cią dwóch bra­ci we­so­łek w po­nu­rym to­nie nadał pi­ciu rytm: wa­lo­no kie­li­szek za kie­lisz­kiem, ko­lej­ne stuk­nię­cia szkła o blat sto­łu sta­wa­ły się co­raz gło­śniej­sze, gło­sy pod­no­si­ły się, oczy męt­nia­ły, tyl­ko Ro­muś, co­raz bar­dziej roz­draż­nio­ny, bez­li­to­śnie grzmo­cił ob­cę­ga­mi o pod­ło­gę, zer­ka­jąc raz po raz w stro­nę sto­łu. Gdzieś w od­da­li trzy bom­by, jed­na za dru­gą, po­su­nę­ły na­przód zmia­ny w kra­jo­bra­zie mia­sta.

– Jesz­cze tro­chę i wszy­scy osza­le­je­my – rzu­cił Le­szek Trze­ciak, któ­ry naj­go­rzej z ze­bra­nych ra­dził so­bie z ab­sorp­cją al­ko­ho­lu i od dłuż­sze­go cza­su z ob­wi­słą twa­rzą od­da­wał się kon­tem­pla­cji rzad­kich wło­sów na swo­ich bia­łych dło­niach. – Je­śli to się szyb­ko nie skoń­czy – tu za­to­czył ręką sze­ro­ki łuk – wszy­scy się po­że­gna­my z ro­zu­mem.

– Wczo­raj, jak by­łem w wy­chod­ku, se­des aż się trząsł od bom­bar­do­wa­nia. Nie moż­na być nor­mal­nym w cza­sach, kie­dy na­wet se­des trzę­sie się pod czło­wie­kiem – wtrą­cił Ste­fan, znaj­du­ją­cy się w kon­dy­cji nie­co lep­szej niż Le­szek, któ­rą to jed­nak kon­dy­cję mimo wszyst­ko na­le­ża­ło za­li­czyć do bez­na­dziej­nych.

Le­szek zbył uwa­gę mil­cze­niem, przy­wdzie­wa­jąc na twarz minę po­gar­dli­wej obo­jęt­no­ści, i na­lał so­bie wód­ki, po czym, nie cze­ka­jąc na po­zo­sta­łych, wy­pił i zło­żył gło­wę na sto­le, do ostat­niej chwi­li dba­jąc o to, by nie po­zba­wić swo­je­go wy­glą­du god­no­ści.

– Zresz­tą, co tam se­des. – Ste­fan krę­cił się na krze­śle i gniótł jed­ną pięść w dru­giej. Wy­glą­dał jak ktoś, kto naj­chęt­niej wy­krzy­czał­by, co go mę­czy, ale ja­koś nie może.

Wresz­cie, po ko­lej­nym kie­lisz­ku i pa­lo­nym dłu­go pa­pie­ro­sie, opo­wie­dział.

Wte­dy to wła­śnie Iza­be­la Grycz po raz pierw­szy usły­sza­ła hi­sto­rię o męż­czyź­nie z kulą w gło­wie.

Dru­gie­go sierp­nia, wra­ca­jąc po po­łu­dniu od Za­ło­gów, Ste­fan na­tknął się na czołg. Zza ba­ry­ka­dy wznie­sio­nej z ce­gieł i ramy okien­nej co chwi­lę wy­la­ty­wa­ły w kie­run­ku ma­szy­ny kule albo gra­na­ty. Schwy­ta­no za­tem kil­ku prze­chod­niów i po­wle­czo­no przed czołg. Z unie­sio­ny­mi rę­ko­ma szli przed to­czą­cym się po­wo­li me­ta­lo­wym dra­pież­ni­kiem – strza­ły zza ba­ry­ka­dy zrze­dły.

Sku­lo­ny w bra­mie Ste­fan mo­dlił się, by za­bra­li wszyst­kich, tyl­ko nie jego. Wi­dział do­brze, jak ener­gicz­ny żoł­nierz, ro­bal, przy­po­mi­nał z twa­rzy ro­ba­la, zbli­ża się do ja­kie­goś nie­speł­na ro­zu­mu śmiał­ka, sie­dzą­ce­go jak gdy­by nig­dy nic na kra­węż­ni­ku. Był to po­tęż­ny męż­czy­zna o mło­dej twa­rzy i z wiel­kim brzu­chem opar­tym na ko­la­nach. W ręku trzy­mał pa­tyk, któ­rym usi­ło­wał wy­dłu­bać spod po­de­szwy cuch­ną­cą nie­czy­stość.

Ste­fan sły­szał, jak Nie­miec mówi do sie­dzą­ce­go pod­nie­sio­nym gło­sem, i wi­dział dłoń się­ga­ją­cą po pi­sto­let o cien­kiej lu­fie, tym­cza­sem ol­brzym uniósł jed­ną otwar­tą dłoń, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od po­de­szwy, zu­peł­nie jak­by chciał tym ge­stem po­wie­dzieć: „Mo­men­cik!”. Wy­dłu­bał, co miał wy­dłu­bać, i pod­niósł wzrok na Niem­ca. Tam­ten bez sło­wa zdzie­lił go pi­sto­le­tem w twarz i mie­rząc w nie­go, za­czął coś mó­wić, i mó­wił, wca­le nie wrzesz­cząc, lecz ci­cho, aż w koń­cu gru­bas do­łą­czył bie­giem do męż­czyzn kro­czą­cych przed czoł­giem.

Ste­fan nie po­tra­fił po­wie­dzieć, jaka to była uli­ca, bo pra­wie wszyst­kie wy­da­wa­ły mu się już ta­kie same, pa­mię­tał za to, jak ku­lił się w bra­mie i pa­trzył, a oni szli. I każ­dy z nich – było ich ośmiu – wy­glą­dał, jak­by głę­bo­ko był prze­świad­czo­ny o tym, że on iść nie po­wi­nien, że ci co obok nie­go – owszem, jak naj­bar­dziej, że oni pew­nie za­słu­ży­li – ale on?

I w koń­cu zza ba­ry­ka­dy wzmógł się zno­wu świst kul. Strze­la­li jed­ni i dru­dzy, mury aż się trzę­sły, pię­ciu z tych ośmiu już pa­dło, aż w któ­rymś mo­men­cie gru­by męż­czy­zna, ten od pa­ty­ka i buta, wy­wi­nął się do tyłu, upadł, ale wstał od razu, jak­by go zie­mia spa­rzy­ła. W jed­nej chwi­li od­wró­cił się i ru­nął na czołg. Ste­fan wy­raź­nie wi­dział, że jed­ną stro­nę twa­rzy ma czer­wo­ną od krwi i że ręka dziw­nie mu zwi­sa, ale dru­gą, spraw­ną, uca­pił się i ja­kimś cu­dem klę­czał za­raz na me­ta­lo­wej ma­szy­nie. Tą zdro­wą ręką wa­lił jak sza­lo­ny, bił w bla­chę, aż w koń­cu zsu­nął się na zie­mię, prze­ko­zioł­ko­wał i ru­nął w dół po scho­dach, przy któ­rych wi­siał wiel­ki ko­lo­ro­wy szyld „Fry­zjer”. Ste­fan nig­dy nie był u tego fry­zje­ra.

Ktoś wy­chy­lił się wresz­cie z czoł­gu, ma­szy­na jed­nak nie zwal­nia­ła, tyl­ko kil­ka se­rii z ka­ra­bi­nu roz­grze­cho­ta­ło się w stro­nę scho­dów i wte­dy, nie mo­gąc już wy­trzy­mać, Ste­fan uciekł.

– Spodnie mia­łem mo­kre w kro­ku i na udach… – do­koń­czył, uśmie­cha­jąc się krzy­wo.

Po tych sło­wach w miesz­ka­niu za­le­gła ci­sza, wszyst­kich ogar­nął po­nu­ry ja­kiś bez­ruch, tyl­ko Le­szek wstał, do re­ga­łów pod­szedł i oglą­dać za­czął, jak gdy­by nig­dy nic, książ­ki, któ­rych nie wy­su­wał, a tyl­ko jeź­dził po nich po­wo­li pal­cem.

– A ty nic, tyl­ko te książ­ki oglą­dasz – po­wie­dzia­ła Ju­lian­na. – Jesz­cze nie wi­dzia­łam, że­byś któ­rąś prze­czy­tał, tyl­ko pa­trzysz, oglą­dasz, nie weź­miesz do ręki na­wet, tyl­ko pa­trzysz.

Le­szek od­wró­cił się po­wo­li i po­pa­trzył na nią obo­jęt­nym wzro­kiem.

– A co wy wszy­scy wie­cie…

– Tam­ten czło­wiek – ode­zwał się zno­wu Ste­fan. – To, że on się rzu­cił na czołg, to nie była jego świa­do­ma de­cy­zja, on otrzy­mał strzał w gło­wę. Za to ten mo­ment, kie­dy spo­koj­nie wy­grze­by­wał so­bie spod buta gów­no, nie pa­trząc na sto­ją­ce­go nad nim żoł­nie­rza…

Zno­wu zro­bi­ło się ci­cho i w tej ci­szy Ju­lian­na, Iza, Ka­zi­mierz i Ste­fan wy­pi­li ko­lej­kę na cześć tam­te­go czło­wie­ka. Iza, spo­glą­da­jąc na wy­so­kie re­ga­ły i sto­ją­ce przed nimi wor­ki z ziem­nia­ka­mi, uświa­do­mi­ła so­bie, że bar­dzo chcia­ła­by po­znać męż­czy­znę z kulą w gło­wie. Po­czu­ła się tak, jak­by ktoś ją wła­śnie obu­dził, jak­by coś w niej pę­kło. Kie­dy Krzysz­tof pod­niósł się w bli­żej nie­okre­ślo­nym celu, Ste­fan ode­zwał się na­gle:

– Pew­nie nie uwie­rzy­cie, ale ja chy­ba wiem, kto to był, ten męż­czy­zna. Wy­da­je mi się, że ja go znam… Wy też go zna­cie. Dał­bym gło­wę, że to był Ka­zek Człap­ka.

I za­raz go­ni­twa wspo­mnień, sce­na za sce­ną, wszyst­kie roz­my­te, we wszyst­kich on lub sło­wa na jego te­mat: Ka­zi­mierz Człap­ka, leń i wa­riat, ko­me­diant-uwo­dzi­ciel, ob­żar­tuch, zbo­cze­niec i gru­bas, czło­wiek z kulą w gło­wie.

Łyż­ka upo­rczy­wie wci­ska się w chłod­ną już to­reb­kę po her­ba­cie. Iza­be­la wsta­je, nie­mal zry­wa się, ko­la­na bolą, ręce go­rącz­ko­wo szu­ka­ją sta­bil­ne­go opar­cia, cia­ło prze­szka­dza, to już nie jest jej cia­ło, bo­le­sne wor­ki z prze­le­wa­ją­cym się tłusz­czem, wresz­cie uda­je się, idzie. Idzie do kuch­ni. Przy­sta­je, opie­ra się, zno­wu jest tam. Za­nim Ste­fan zdą­ży po­wie­dzieć, jak bar­dzo mu ulży­ło, za­nim pod­nio­są się krzy­ki – Człap­ka? Na czołg? Do­bre so­bie! – za­nim we wście­kło­ści Ju­lian­na wy­ja­wi nie­chcą­cy, że Ro­muś wca­le nie prze­ci­nał ka­bli go­lia­tów, prze­ciw­nie, od pierw­sze­go sierp­nia ani na chwi­lę nie opu­ścił miesz­ka­nia, za­nim Le­szek Trze­ciak orzek­nie, że miesz­ka­nie Człap­ki było miesz­ka­niem bez du­szy, po­sia­da­ło, owszem, wie­le frag­men­tów róż­nych dusz, ale du­szy ca­łej nie – du­szy, jak ułam­ków, do­da­wać się nie da! dwie po­łów­ki du­szy to jest żad­na du­sza! – za­nim wresz­cie krzy­ki umilk­ną, a Iza­be­la nie wie­dzieć cze­mu za­pra­gnie za wszel­ką cenę po­znać Człap­kę, wspo­mnie­nie ga­śnie, zo­sta­je już tyl­ko wal­ka o włącz­nik świa­tła. Się­gnie czy nie się­gnie, wy­cią­ga rękę, ścia­na w do­ty­ku nie przy­po­mi­na ścia­ny, wresz­cie jest, pstryk! Kuch­nia roz­ja­śnia się, szklan­ka po her­ba­cie stu­ka o dno zle­wu, Iza­be­la sia­da, zmę­czo­na. Spo­glą­da na drew­nia­ną pół­kę nad ka­lo­ry­fe­rem, ze zdzi­wie­niem za­uwa­ża, że na­wet tam, mię­dzy Kuch­nia­mi świa­ta a por­ce­la­no­wym dzban­kiem w zie­lo­ne ser­dusz­ka, stoi wy­bla­kły eg­zem­plarz Od­wrot­nia­ka. Po­dej­mu­je trud­ną de­cy­zję i pod­no­si się po raz ko­lej­ny, mo­gła­by sie­dzieć da­lej, a siły za­osz­czę­dzić na póź­niej, na coś waż­niej­sze­go, na przy­kład wę­drów­kę po słu­chaw­kę do­mo­fo­nu z na­dzie­ją, że tym ra­zem to nie będą ci od ulo­tek. Opie­ra się o wy­ko­na­ną z bo­aze­rii obu­do­wę ka­lo­ry­fe­ra, bie­rze do ręki książ­kę, okład­ka mo­gła­by wzbu­dzić tyle wspo­mnień, nie wzbu­dza. To jed­no z pierw­szych wy­dań, na­zwi­sko wy­pi­sa­ne u góry czcion­ką…

…lek­ko po­chy­łą, na środ­ku roz­strze­lo­nym pi­smem ty­tuł. Pod nim ga­łąz­ka, Igna­cy prze­su­wa po niej wzro­kiem i na­gle, nie­spo­dzie­wa­nie, wszyst­ko to wy­da­je mu się za­baw­ne.

Za­baw­ne! Pra­wie nie zdą­żył.

Co było w tym za­baw­ne­go, nie miał po­ję­cia, bo gdy­by do spóź­nie­nia istot­nie do­szło, zmu­szo­ny był­by spoj­rzeć w po­nu­re ob­li­cze naj­więk­szej ży­cio­wej klę­ski, a mi­ster­na kon­struk­cja ma­kia­we­licz­ne­go pla­nu ru­nę­ła­by ci­cho i wsty­dli­wie, grze­biąc może na za­wsze jego wznio­słe i pięk­ne, ale tak­że wy­nisz­cza­ją­ce ma­rze­nie, jed­nak tak jak cza­sem ża­łob­nik nie po­tra­fi wy­tłu­ma­czyć, dla­cze­go na­gle za­czy­na pę­kać ze śmie­chu w trak­cie po­grze­bo­wej ce­re­mo­nii, tak i on nie ro­zu­miał, ja­kim cu­dem przy­szło mu do gło­wy, że nie­do­tar­cie na miej­sce o cza­sie moż­na by na­zwać za­baw­nym.

Mio­ta­jąc się po po­ko­ju w po­szu­ki­wa­niu ple­ca­ka, ga­ze­ty i apa­ra­tu, w ska­za­nym na po­raż­kę wy­sił­ku usi­ło­wał jesz­cze wy­pchnąć z gło­wy my­śli, któ­re za­wsze w sy­tu­acjach wy­ma­ga­ją­cych naj­więk­sze­go sku­pie­nia po­ja­wia­ły się z du­żym na­si­le­niem. Kie­dy tyl­ko przy­cho­dzi­ło mu zmie­rzyć się w ży­ciu z czymś istot­nym, gło­wę roz­py­cha­ły ab­sur­dal­ne i nie­zwią­za­ne z sy­tu­acją my­śli, tak samo te­raz, za­miast w spo­ko­ju za­sta­no­wić się, czy aby ni­cze­go nie za­po­mniał, naj­pierw ta za­baw­ność, a po­tem na­głe i nie­spo­dzie­wa­ne za­sta­no­wie­nie nad tym, czy nie po­wi­nien sam sie­bie znie­na­wi­dzić za ten brak kon­tro­li nad wła­sny­mi my­śla­mi, za­raz też z my­śli tej, jak ma­triosz­ka, wy­klu­ła się ko­lej­na: je­śli znie­na­wi­dzi sie­bie, to cała ob­szer­na hi­sto­ria jego nie­na­wi­ści zy­ska na­gle moc­ny fi­nał, na­der efek­tow­ne zwień­cze­nie. Przez dłu­gi czas Igna­cy ży­wił bo­wiem prze­ko­na­nie, iż każ­dy czło­wiek po­sia­da wła­sną hi­sto­rię nie­na­wi­ści, że lu­dzie wza­jem­nie się nie cier­pią, nie oka­zu­jąc tego ze wzglę­du na opla­ta­ją­ce ich spo­łecz­ne pa­ję­czy­ny. Swo­ją wła­sną hi­sto­rię nie­na­wi­ści opra­co­wał więc do­kład­nie: za­czy­na­ła się na­tu­ral­nie od po­sta­ci Ko­tle­ta, a koń­czy­ła, jak­że­by in­a­czej, na Adzie. Póź­niej, na sku­tek po­zna­nia kil­ku osób, któ­re wy­da­wa­ły się wol­ne od tego uczu­cia – przede wszyst­kim pew­ne­go chłop­ca z ubło­co­ną pił­ką i może jesz­cze kil­ku oprócz nie­go – zre­wi­do­wał swo­je ka­te­go­rycz­ne po­glą­dy i uznał, że ist­nie­ją oso­by nie­nie­na­wi­dzą­ce, wkrót­ce jed­nak ogrom licz­by tych nie­na­wi­dzą­cych za­czął skła­niać go z po­wro­tem ku pier­wot­nej wer­sji. Co jed­nak, je­śli znie­na­wi­dzi sam sie­bie?

Za­czerp­nąw­szy kil­ka głę­bo­kich od­de­chów, prze­rzu­cił ja­kieś pa­pie­ry, w tym Od­wrot­nia­ka, ze sto­łu na szaf­kę, ro­zej­rzał się jesz­cze, ci­snął apa­rat w ciem­ną jamę ple­ca­ka, z wi­zgiem ze­tknął ze sobą dwa mo­tyl­ki bły­ska­wicz­ne­go zam­ka i po chwi­li pę­dził już po scho­dach, wy­stu­ku­jąc po­de­szwa­mi rwa­ne stac­ca­to i mru­cząc jed­no­cze­śnie pod no­sem, jak za­klę­cie, uspo­ka­ja­ją­ce sło­wo „cze­ko­la­da”. Za­raz wpadł do tak­sów­ki i przez ko­lej­nych je­de­na­ście mi­nut po­cie­rał spo­co­ny­mi dłoń­mi o sztruk­so­wy ma­te­riał spodni, wy­pie­ra­jąc w tym sa­mym cza­sie z gło­wy na­tręt­nych in­tru­zów.

Za cza­sów li­ce­al­nych Igna­cy ży­wił nie­na­wiść do za­le­d­wie jed­ne­go czło­wie­ka. Był nim nie­lu­bia­ny po­wszech­nie Ko­tlet, syn bo­ga­tych den­ty­stów, któ­ry no­sił wy­łącz­nie blu­zy z kap­tu­rem, a swój pseu­do­nim za­wdzię­czał pulch­nej twa­rzy. Nig­dy nie da­wał gry­za, oszu­ki­wał w ko­sza, ścią­gał, ale nie da­wał ścią­gać, a co naj­gor­sze, kie­dy brał łyka pep­si od ko­goś, kto lek­ko­myśl­nie nie od­mó­wił mu go pod szkol­nym skle­pi­kiem, osten­ta­cyj­nie ob­li­zy­wał szyj­kę bu­tel­ki.

Okres eg­za­mi­nów ma­tu­ral­nych przy­niósł ze sobą dru­gi obiekt nie­na­wi­ści w oso­bie po­lo­ni­cy Za­lew­skiej, któ­rą Igna­cy trak­to­wał wcze­śniej z obo­jęt­no­ścią, a któ­ra na ust­nym pol­skim zmiaż­dży­ła go, prze­ko­na­na, że to on szar­pał się dzień wcze­śniej z jej sy­nem na przy­stan­ku li­nii osiem­dzie­siąt je­den; po ma­tu­rze nie­na­wi­dził więc już dwo­je: Ko­tle­ta i pa­nią Za­lew­ską.

Co ty­dzień przed wy­kła­da­mi z an­tro­po­lo­gii kul­tu­ry na trze­cim roku stu­diów czwór­ka chło­pa­ków urzą­dza­ła grę, któ­rej za­sad nie ro­zu­miał, a któ­ra cha­rak­te­ry­zo­wa­ła się tym, że pod ko­niec za­ba­wy pra­wie za­wsze na­śmie­wa­li się z nie­go, i to w obec­no­ści dziew­czyn. Na po­cząt­ku pró­bo­wał tłu­ma­czyć ich przed sobą i wbi­jał do wła­snej gło­wy, że to cał­kiem faj­ni ko­le­dzy, że zu­peł­nie przy­pad­kiem co wto­rek śmie­ją się wła­śnie z nie­go, że to, co do­strze­ga w oczach Iwo­ny, to wca­le nie współ­czu­cie, tyl­ko zwy­kła nie­chęć do tego typu za­baw, że na­stęp­nym ra­zem, już za ty­dzień, śmiać się będą wszy­scy, w tym on sam, z ko­goś zu­peł­nie in­ne­go. Wresz­cie ich znie­na­wi­dził.

Rok póź­niej pierw­szą pra­cę za­ła­twił mu inny ko­le­ga ze stu­diów, choć wła­ści­wie nie był ko­le­gą, ale zna­jo­mym; miał na imię Bła­żej, był naj­lep­szy z gru­py w ku­ciu dat na pa­mięć i no­sił za krót­kie spodnie od gar­ni­tu­ru. Poza dy­rek­to­rem, któ­re­go nie dało się lu­bić, lu­dzie w fir­mie oka­za­li się cał­kiem zno­śni, a po sied­miu mie­sią­cach Igna­cy do­stał szan­sę pra­cy u swo­je­go do­tych­cza­so­we­go klien­ta, pro­du­cen­ta ża­lu­zji. Zo­stał asy­sten­tem z pen­sją wyż­szą od do­tych­cza­so­wej o trzy­sta dwa­dzie­ścia zło­tych brut­to, ale współ­pra­cow­ni­cy oka­za­li się zbie­ra­ni­ną ka­rie­ro­wi­czów go­to­wych na wszyst­ko; at­mos­fe­ra w fir­mie pa­no­wa­ła jak w sło­iku ki­szo­nych. Zdo­łał wy­trzy­mać nie­ca­ły rok, za­nim zro­zu­miał, że wię­cej nie­na­wi­ści nie prze­łknie, i zdo­był się na od­wa­gę, by zło­żyć wy­po­wie­dze­nie. Dwa mie­sią­ce bez­ro­bo­cia za­owo­co­wa­ły zda­nym wresz­cie eg­za­mi­nem na pra­wo jaz­dy, roz­po­czę­ciem kur­su gra­fi­ki kom­pu­te­ro­wej i zdo­by­ciem ty­tu­łu ma­gi­stra z trze­cią naj­lep­szą śred­nią ocen na roku.

Z ro­dzi­ca­mi nig­dy nie po­tra­fił się po­ro­zu­mieć; na­le­że­li do in­ne­go świa­ta, po­ru­sza­ły ich nie­zro­zu­mia­łe dla nie­go idee, a sys­tem war­to­ści, z któ­re­go wy­ra­sta­ło ich wspól­ne mał­żeń­skie ży­cie, wy­da­wał mu się ra­żą­co nie­tra­fio­ny. Tłu­ma­czył so­bie, że to, co do nich czu­je, to wca­le nie nie­na­wiść.

Świat za­czął co­raz chęt­niej ko­pać go w ty­łek i z po­cząt­ku Igna­cy usi­ło­wał na­wet z tym wal­czyć. Pró­bo­wał po­zna­wać no­wych lu­dzi, mimo że do każ­de­go wcze­śniej czy póź­niej się znie­chę­cał, każ­de­go w koń­cu za­czy­nał nie­na­wi­dzić. W ko­lej­nej pra­cy eki­pa skła­da­ła się wy­łącz­nie z osób bez ży­cia oso­bi­ste­go, za to z wiel­kim mnie­ma­niem o so­bie, ale sta­rał się z nie­któ­ry­mi za­przy­jaź­nić. Mimo że dwa razy okra­dli go, kie­dy wra­cał ze Sta­re­go Ryn­ku, nie prze­stał wy­cho­dzić do mia­sta. Świat też po­sia­da ty­łek, wma­wiał so­bie – wy­star­czy go zna­leźć i z ca­łej siły kop­nąć. Szu­kał więc, ale bez­sku­tecz­nie. Wresz­cie się pod­dał.

Usiadł na ław­ce przed uni­wer­sy­te­tem i w tej chwi­li mógł przy­znać sam przed sobą, że oprócz jed­nej oso­by na ca­łym świe­cie, Ady, nie­na­wi­dzi już chy­ba wszyst­kich.

Drzwi uczel­ni otwo­rzy­ły się, wy­pusz­cza­jąc na ze­wnątrz struż­kę lu­dzi. Ada szła w przed­ostat­niej grup­ce: ona, dwie prze­zro­czy­ste dziew­czy­ny i chło­pak, któ­ry wy­glą­dał ni­czym żywa re­kla­ma H&M. Igna­cy po­czuł, jak w brzu­chu bu­cha pło­mie­nia­mi roz­pa­lo­ne na­gle ogni­sko, ale wie­dział, że staw­ka jest wy­so­ka – „cze­ko­la­da, cze­ko­la­da”, po­wtó­rzył w my­ślach kil­ka razy. Po­ło­żył na ko­la­nach Świę­te­go Gra­ala mar­ki Jan­sport i wło­żył rękę do środ­ka. Usły­szał ci­chy świst obiek­ty­wu wy­su­wa­ne­go w stro­nę otwo­ru w ma­te­ria­le. W le­wej ręce trzy­mał, na­kry­wa­jąc ple­cak, drżą­cą „Wy­bor­czą”, pod­czas gdy spo­co­nym pal­cem wska­zu­ją­cym pra­wej go­rącz­ko­wo na­ci­skał spust mi­gaw­ki.

Sfru­wa­ły na nie­go strzę­py roz­mo­wy jak bank­no­ty spa­da­ją­ce z nie­ba.

– …strasz­na, mo­gła­by cho­ciaż…

– …od­re­agu­ję, może dwa, nie wiem…

– …do Fra­gle­sa?

– Pew­nie tak… ty?

– … ja chy­ba pój­dę… to w so­bo­tę?…

Tak roz­ma­wia­jąc, prze­szli obok nie­go, nie­świa­do­mi ani skry­te­go w ple­ca­ku cy­fro­we­go śle­pia, ani ognia, któ­ry po­że­rał wła­śnie cia­ło Igna­ce­go Ko­rze­nia.

Od­cze­kać jesz­cze pięt­na­ście se­kund, dzie­sięć, pięć, a po­tem to, o czym ma­rzył: wró­ci do domu, zgra pli­ki na kom­pu­ter i skru­pu­lat­nie za­bez­pie­czy je na prze­no­śnych dys­kach. Zro­bi so­bie kawę, prze­su­nie za­suw­kę w drzwiach i prze­bie­rze się w coś wy­god­ne­go. Bę­dzie oglą­dał zdję­cia.

Igna­cy scho­wał apa­rat do bocz­nej kie­sze­ni ple­ca­ka i ostroż­nie, jak zło­dziej z wy­pcha­ny­mi kie­sze­nia­mi, ru­szył w stro­nę przy­stan­ku tram­wa­jo­we­go.

W tram­wa­ju gło­wa wci­śnię­ta w szy­bę, wzrok śli­zga­ją­cy się po ucie­ka­ją­cych szy­nach, ka­wa­łek Gło­gow­skiej i kil­ka­dzie­siąt me­trów Scza­niec­kiej, czte­ry por­cje scho­dów.

Na­resz­cie u sie­bie. Bru­no­na nie było.

Po­wie­sił kurt­kę, buty sta­ran­nie usta­wił na brą­zo­wym chod­nicz­ku, umył ręce.

Usiadł przy ma­syw­nym okrą­głym sto­le, któ­ry zaj­mo­wał pra­wie jed­ną trze­cią jego po­ko­ju, i ostroż­nie wy­jął z ple­ca­ka apa­rat.

Na bla­cie obok fol­de­rów re­kla­mo­wych i we­wnętrz­nych pro­ce­dur fir­my pię­trzy­ły się wie­żow­ce zwią­za­nych bia­łym sznur­kiem wspo­mnień po stu­diach: me­to­dy ba­dań kul­tu­ro­znaw­czych, współ­cze­sne orien­ta­cje w hu­ma­ni­sty­ce, ko­gni­tyw­ne teo­rie re­li­gii. Ku­bek po ka­wie uśmie­chał się za­schnię­tym łu­kiem po­zo­sta­wio­nym na ce­ra­micz­nej po­wierzch­ni przez wczo­raj­sze usta. Na po­ry­so­wa­nej obu­do­wie lap­to­pa po­piel­nicz­ka wy­glą­da­ją­ca jak jeż.

Igna­cy zdjął ją i po­łą­czył kom­pu­ter z po­ży­czo­nym od Bru­no­na apa­ra­tem. Trzy mi­nu­ty póź­niej we wnę­trzu lap­to­pa wy­ge­ne­ro­wa­ny ciąg zer i je­dy­nek za­pa­mię­tał każ­dy de­tal uchwy­co­nej apa­ra­tem Ady. Igna­cy sko­pio­wał zdję­cia na dwa dys­ki ze­wnętrz­ne; je­den umie­ścił w szaf­ce obok okna, dru­gi po­ło­żył na ster­cie ksią­żek pod ścia­ną. Po sto­le wol­no pełzł ro­bak, je­den z tych, któ­re ca­ły­mi sta­da­mi ata­ko­wa­ły ich znaj­du­ją­ce się nie­da­le­ko zsy­pu śmie­ci miesz­ka­nie – Igna­cy au­to­ma­tycz­nie zgniótł go Per­spek­ty­wa­mi re­flek­sji kul­tu­ro­znaw­czej Sój­ki.

Po­dwój­nym klik­nię­ciem wy­świe­tlił na ekra­nie pierw­sze zdję­cie i na­tych­miast z uśmie­chem je za­mknął.

Bio­rąc prysz­nic, spo­glą­dał na swo­je szczu­płe, bia­łe cia­ło. Lu­bił prze­su­wać na­my­dlo­ną dło­nią po szyi, ra­mio­nach i brzu­chu, przy­po­mi­na­jąc so­bie, że jest ma­te­rial­ny, że moż­na go do­tknąć i po­czuć. Za­mknął oczy i od­chy­lił gło­wę do tyłu, wy­obra­ża­jąc so­bie, że za chwi­lę bę­dzie oglą­dał Adę.

Po ką­pie­li, jak zwy­kle, po­czuł się do­brze. Wło­żył dre­so­we spodnie i ba­weł­nia­ną ko­szul­kę z roz­po­star­tym na ple­cach logo Fi­xAr­tu. Za­pa­rzył moc­ną la­vaz­zę. Kie­dy aro­mat przy­jem­nie roz­no­sił się po po­ko­ju, Igna­cy wy­szedł na bal­kon. Od­kła­dał oglą­da­nie zdjęć tak samo jak za mło­du, rzad­ko ja­da­jąc sło­dy­cze, zo­sta­wiał otrzy­ma­ną w pre­zen­cie cze­ko­la­dę na póź­niej.

Za­pa­lił, oparł się o ba­rier­kę i po­zwo­lił, żeby wiatr tar­gał go za wło­sy. Spo­glą­dał na gru­be­go da­vi­dof­fa, ob­ra­ca­jąc go w pal­cach, i czuł się śmie­tan­ko­wo. Bia­ły filtr, gło­wa pach­ną­ca pal­mo­li­ve spa, wil­got­na skó­ra na ra­mio­nach i cze­ka­ją­ce w po­ko­ju ra­ry­ta­sy: kawa oraz Ada.

Stru­mie­nie ob­cią­żo­nych za­ku­pa­mi star­ców, męż­czyzn z po­lu­zo­wa­ny­mi kra­wa­ta­mi i stu­ka­ją­cych ob­ca­sa­mi ko­biet omi­ja­ły sto­ją­cy na chod­ni­ku sa­mo­chód Bru­no­na, czer­wo­ną octa­vię, wa­bik na dziew­czy­ny, któ­re współ­lo­ka­tor Igna­ce­go zwo­ził do miesz­ka­nia, a po­tem ewi­den­cjo­no­wał w pli­ku na kom­pu­te­rze.

W ży­ciu Igna­ce­go Bru­non sta­no­wił na­tu­ral­ne na­stęp­stwo Ko­tle­ta oraz chło­pa­ków ze stu­diów i wy­da­wał się skła­dać wy­łącz­nie z wad, jed­nak to dzię­ki nie­mu Igna­cy po­znał Adę; no wła­śnie, Ada.

Pet zgasł w sło­iku na pa­ra­pe­cie, Igna­cy siadł za sto­łem, upił pierw­szy łyk kawy i po­czuł się jesz­cze bar­dziej śmie­tan­ko­wo. Na przy­stan­ku stęk­nął au­to­bus. To był bar­dzo przy­jem­ny dźwięk. Tak przy­jem­ny jak noc­ny szum neo­nu za­wie­szo­ne­go na ścia­nie ka­mie­ni­cy nie­da­le­ko okna albo deszcz bęb­nią­cy o pa­ra­pe­ty w cza­sie bu­rzy. Igna­cy za­mknął oczy i de­lek­to­wał się ko­lej­nym sap­nię­ciem cięż­kie­go neo­pla­nu, po­kor­nie trans­por­tu­ją­ce­go lu­dzi as­fal­to­wy­mi ży­ła­mi mia­sta.

Uczu­cie mi­nę­ło, au­to­bus od­je­chał. Igna­cy otwo­rzył pierw­sze zdję­cie i przy­bli­żył twarz do mo­ni­to­ra.

Na biur­ku duża lamp­ka, pod biur­kiem sto­py w wy­god­nych kap­ciach, na ścia­nach ry­sun­ki i kil­ka­na­ście olej­nych ob­ra­zów bez ram, wszyst­kie ko­lo­ro­we, wy­peł­nio­ne tre­ścią, a jed­nak z od­le­gło­ści przy­po­mi­na­ją­ce po­chla­pa­ne bez sen­su bo­ho­ma­zy, na łóż­ku zmię­ta po­ściel, obok ster­ty ksią­żek, bio­gra­fie ma­la­rzy, całe se­rie kry­mi­na­łów, opa­słe tomy kla­sy­ki i wie­lo­to­mo­we cy­kle fan­ta­sy, mię­dzy nimi ko­lej­ne czę­ści ko­mik­so­wych no­wo­ści w twar­dych opra­wach, przed łóż­kiem duży mo­ni­tor z ka­blem cią­gną­cym się ku sto­ło­wi, za­wa­lo­na pół­ka z Ikei, na niej też książ­ki, uło­żo­ne w chy­bo­tli­we wie­że, i pę­ka­ta szaf­ka przy oknie, ta­bo­ret ochla­pa­ny far­ba­mi, trzy po­piel­nicz­ki roz­sta­wio­ne w stra­te­gicz­nych miej­scach, sło­ik z pędz­la­mi i moc­ny za­pach kawy.

To wszyst­ko…

…nie ist­nia­ło. To wszyst­ko nie ist­nia­ło, po­my­śla­ła, od­kła­da­jąc książ­kę na miej­sce i wy­ru­sza­jąc w dro­gę po­wrot­ną do sto­łu, ja tak­że nie ist­nie­ję. Po­dej­rze­nie to wpra­wi­ło ją w smut­ny na­strój – wie­dzia­ła, że nie ma nic gor­sze­go, jak od­paść od świa­ta tak bar­dzo, by po­czuć się nie­waż­nym, po­czuć, że się nig­dy nie było, za­raz więc pod­ję­ła usil­ną pró­bę przy­po­mnie­nia so­bie ich wszyst­kich – Ju­lian­ny, Krzysz­to­fa, Lesz­ka i Ste­fa­na – na­wet chłop­ca, jak mu było? Ro­muś. Je­śli oni żyli, ist­nia­ła też ona.

Za­nu­rza­nie się we wła­snej pa­mię­ci jest jak grze­ba­nie w sta­rej szu­fla­dzie, w któ­rej oprócz zdjęć ro­dzin­nych, kar­tek i pa­mią­tek z za­gra­nicz­nych wo­ja­ży wa­la­ją się też fo­to­gra­fie nie­zna­jo­mych, śmie­ci i dziw­ne przed­mio­ty wrzu­co­ne tam przez ko­goś zło­śli­we­go. Iza­be­la co­raz czę­ściej z fu­rią wy­wra­ca­ła szu­fla­dę swo­je­go ży­cia do góry no­ga­mi, po­pa­da­jąc nie­kie­dy w draż­nią­ce prze­ko­na­nie, że szu­fla­da nie na­le­ży wca­le do niej, że po­my­li­ła się i szpe­ra we wspo­mnie­niach cu­dzych, a nie swo­ich. Ci obcy lu­dzie, sce­ny, w któ­rych nie mo­gła brać udzia­łu, to wszyst­ko znie­chę­ca­ło ją, ale da­le­ka była jesz­cze od re­zy­gna­cji. To prze­cież na­praw­dę nic w po­rów­na­niu z sy­tu­acją, któ­rej oba­wia­ła się naj­bar­dziej, a któ­ra wy­da­wa­ła się pra­wie nie­uchron­na: że pew­ne­go dnia jej szu­fla­da oka­że się pu­sta.

Tym ra­zem szczę­ście uśmiech­nę­ło się do Iza­be­li dość szyb­ko. Mia­ło kształt że­to­nu z Ka­si­no Zop­pot.

Ach, tak, Krzysz­tof. Krzysz­tof Za­ło­ga.

Jesz­cze przed po­wsta­niem zdra­dzał pierw­sze ozna­ki ule­gło­ści wzglę­dem ha­zar­do­we­go na­ło­gu, któ­ry w la­tach sześć­dzie­sią­tych przy­brał roz­mia­ry ko­lo­sal­ne. Więk­szość nie­ru­cho­mo­ści wy­msknę­ła mu się z rąk pod­czas dłu­gich, si­wych od cy­ga­ro­we­go dymu wie­czo­rów, i wpa­dła do kie­sze­ni do­brze lub źle skro­jo­nych ma­ry­na­rek za­rzu­co­nych na cia­ła sta­tecz­nych lub zu­peł­nie nie­sta­tecz­nych pa­nów zza zie­lo­ne­go sto­li­ka. Ma­ją­tek top­niał, Krzysz­tof grał co­raz za­cie­klej – ode­gra się, wie­dział, że się prze­cież ode­gra. Któ­re­goś wie­czo­ru po­sta­wił wszyst­ko. Dwa miesz­ka­nia w War­sza­wie i ostat­ni spła­che­tek zie­mi w nad­mor­skim Ja­ro­sław­cu – wie­dział, że je­śli prze­gra, zo­sta­ną mu wy­łącz­nie dłu­gi i prze­ko­na­nie, że za­bra­kło jed­nej, jed­nej je­dy­nej lub tyl­ko dwóch, ale naj­wy­żej dwóch kart, by się na­praw­dę, NA­PRAW­DĘ ode­grać. Po­sta­wił wszyst­ko. Wy­grał. Z we­kslem i pra­wem wła­sno­ści ma­leń­kie­go go­spo­dar­stwa rol­ne­go w miej­sco­wo­ści, któ­rej na­zwy nie za­pa­mię­tał, wró­cił do domu i nie bu­dząc Ju­lian­ny, za­pa­rzył kawę. Upił je­den łyk – była prze­pysz­na. Na­stęp­nie wy­szedł z miesz­ka­nia i na pa­sku, któ­ry trzy ty­go­dnie wcze­śniej ku­pił w skle­pie odzie­żo­wym Te­li­me­na, po­wie­sił się w piw­ni­cy.

A więc ist­niał kie­dyś ktoś taki. To wszyst­ko praw­da, Krzysz­tof Za­ło­ga był, więc i ona była. Iza­be­la ode­tchnę­ła z ulgą, pod­czas gdy ręka w szu­fla­dzie pa­mię­ci tra­fi­ła na zgię­tą uko­śnie fo­to­gra­fię. Trze­ciak. Le­szek Trze­ciak. W dzień po tam­tej ko­la­cji, przy­gnie­cio­ny cię­ża­rem kaca, roz­trzę­sio­ny z emo­cji i pra­gnie­nia do­ko­na­nia wresz­cie CZE­GOŚ, sta­nął przed drzwia­mi ko­le­gi, któ­ry mógł mu w tym po­móc. Jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ru z tor­bą ka­mie­ni prze­wie­szo­ną przez ra­mię pę­dził po scho­dach ka­mie­ni­cy do wska­za­ne­go miesz­ka­nia, do okien. Rzu­cił do­kład­nie czte­ry razy. Czte­ry ka­mie­nie po­szy­bo­wa­ły ku opan­ce­rzo­nym gło­wom, czte­ry szyb­kie ru­chy ręką, czte­ry ude­rze­nia ser­ca przed każ­dym rzu­tem – tak przy­najm­niej lu­bił o tym póź­niej my­śleć – i dużo po­nad czte­ry go­dzi­ny nie­przy­tom­no­ści po tym, jak ze­mdlał. Iza­be­la sły­sza­ła, że nie­dłu­go po­tem za­warł kru­chy zwią­zek mał­żeń­ski, któ­ry prze­sy­pał się przez pal­ce, za­nim Le­szek zdą­żył spę­dzić z żoną pierw­sze świę­ta. Po­now­nie oże­nił się gru­bo po czter­dzie­st­ce i gru­bo po wy­da­niu trze­cie­go tomu ese­jów; ka­rie­ry nie zro­bił nig­dy, spło­dził za to trój­kę sy­nów i umarł jako sta­rzec. Tak, tak. Le­szek Trze­ciak ist­niał. La­wi­na wspo­mnień osu­nę­ła się i nie­po­wstrzy­ma­na prze­wa­li­ła się przez jej gło­wę: Ju­lian­na wy­jeż­dża­ją­ca z ge­nial­nym Rom­kiem do Birds­bo­ro i ka­rie­ra chło­pa­ka na Wy­dzia­le Fi­zy­ki Uni­wer­sy­te­tu w Prin­ce­ton, pi­jań­stwo Ste­fa­na, jego wy­pa­dek na to­rach ko­le­jo­wych i do­ży­wot­ne sprzę­że­nie z in­wa­lidz­kim wóz­kiem, wszyst­ko to wró­ci­ło, wszyst­ko było jesz­cze w szu­fla­dzie pa­mię­ci.

My­śli, któ­re po­win­ny ją uspo­ko­ić, nie uspo­ko­iły jej, po­dob­nie jak nie uła­twia­ły jej za­sy­pia­nia ta­blet­ki, któ­re mia­ły uła­twiać za­sy­pia­nie, jak nie grzał wca­le le­piej grzej­nik, któ­ry po na­pra­wie miał grzać le­piej, jak nie uszczel­nił okna ten si­li­kon, któ­ry je miał – zgod­nie z obiet­ni­cą wy­chu­dzo­ne­go maj­stra – uszczel­nić i jak nie od­wie­dzał jej wca­le czę­ściej wnuk, któ­ry prze­cież obie­cał – OBIE­CAŁ! – ją czę­ściej od­wie­dzać.

Szu­ra­jąc łap­cia­mi po pod­ło­dze, po­de­szła do czaj­ni­ka. Gwizd coś jej przy­po­mi­nał.

Ach, tak. Po­dob­nie gwiz­dał tam­ten ma­syw­ny czaj­nik we Lwo­wie.

Iza­be­la, wte­dy jesz­cze Bacz­ko, po raz pierw­szy uro­dzi­ła się we Lwo­wie dwu­na­ste­go wrze­śnia ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go roku – zo­dia­kal­na Pan­na, więc po­rząd­na, skru­pu­lat­na, do­kład­na, wy­bred­na, sa­mo­dziel­na i obo­wiąz­ko­wa, od dziec­ka bar­dzo chu­da i ra­czej wy­so­ka, ob­da­rzo­na przez Boga lub przy­pa­dek spi­cza­stym no­sem, ład­ny­mi ocza­mi, usta­mi ma­ją­cy­mi pe­wien po­wab, za to rzad­kim i brzyd­kim owło­sie­niem. Z cza­sem do­sta­ła sze­ro­kich bio­der i kształt­nych po­ślad­ków; pier­si mia­ła przy tym mniej niż małe. Trzy­pię­tro­wa ka­mie­ni­ca przy Bra­je­row­skiej 4 ko­ja­rzy­ła jej się przede wszyst­kim z gwiz­dem czaj­ni­ka i fi­ku­sa­mi, wzno­szą­cy­mi ohyd­nie lśnią­ce li­ście pod sam su­fit, po­chy­la­ją­cy­mi się nad nią, szep­czą­cy­mi do niej, ocie­ra­ją­cy­mi się o fa­lu­ją­cą fi­ra­nę. Bała się tych fi­ku­sów.

Taty nig­dy nie zna­ła, a ten, któ­ry po­ja­wiał się w za­sły­sza­nych pod ku­chen­nym sto­łem opo­wie­ściach, wy­da­wał się jej tak po­waż­ny i wspa­nia­ły, że aż ka­mien­ny, zu­peł­nie nie­praw­dzi­wy. Adolf Je­rzy War­szaw­ski prócz tego, że jej oj­cem, był też Ży­dem, ro­bot­ni­czym dzia­ła­czem, dzien­ni­ka­rzem, pu­bli­cy­stą i po­słem na Sejm; za­kła­dał Zwią­zek Ro­bot­ni­ków Pol­skich, emi­gro­wał do Pa­ry­ża i Mo­skwy, sie­dział w Cy­ta­de­li, w lip­cu trzy­dzie­ste­go siód­me­go pod­czas czy­stek par­tyj­nych aresz­to­wa­ło go NKWD i ży­cie War­szaw­skie­go nie­spo­dzie­wa­nie się urwa­ło – karę śmier­ci wy­ko­na­no na­tych­miast. Z ko­chan­ką, Ja­dwi­gą Bacz­ko, wi­dział się za­le­d­wie kil­ka razy, od­su­nął ją od sie­bie aż do Lwo­wa, cię­żar­ną, kło­po­tli­wą; ob­sy­pał pie­niędz­mi i lek­ce­wa­że­niem, o cór­ce za­po­mniał.

Mama Iza­be­li po­cho­dzi­ła spod So­cha­cze­wa, ze wsi Wik­ci­nek, wo­kół któ­rej na stu dwu­dzie­stu czte­rech hek­ta­rach roz­po­ście­ra­ła się odzie­dzi­czo­na po krew­kim Zo­ro­ha­strze oj­co­wi­zna Bacz­ków. Ja­dwi­sia nie umia­ła czy­tać ani pi­sać, a ży­cio­rys miał jesz­cze ład­nych parę lat na to, by przy­giąć ją do zie­mi i wsu­nąć na jej dło­nie sfał­do­wa­ne rę­ka­wi­ce wiej­skiej do­ro­sło­ści. Oczy Ja­dwi­si były wiel­kie jak sta­wy, to­nę­ła w niej po­ło­wa chło­pów ży­ją­cych w Wik­cin­ku, to­nął trzy­dzie­sto­sied­mio­let­ni wte­dy wi­ka­ry, co wie­czór pa­da­ją­cy na ko­la­na i bła­ga­ją­cy w ci­szy czar­ny drew­nia­ny krzyż, by za­brał od nie­go to brze­mię roz­ry­wa­ją­ce mu trze­wia, uto­nął wresz­cie War­szaw­ski, czło­wiek do­stoj­ny i z in­ne­go cał­kiem świa­ta. Ten ka­mien­ny pan tato z mat­czy­nych opo­wie­ści, snu­tych wie­czo­ra­mi przy moc­nej her­ba­cie.

Po otrzy­ma­niu za­pew­nie­nia, że środ­ków do ży­cia przez ja­kiś czas jej nie za­brak­nie, Ja­dwi­ga Bacz­ko ni­cze­go już od ży­cia nie śmia­ła ocze­ki­wać, a jed­nak spo­tka­ło ją we Lwo­wie to szczę­ście, że po­zna­ła Sa­bi­nę Wol­ler, mó­wią­cą po pol­sku żonę la­ryn­go­lo­ga, przy­stoj­ne­go pana Sa­mu­ela, któ­ra wkrót­ce sta­ła się jej wier­ną przy­ja­ciół­ką. Po­dob­nie jak w Ja­dwi­dze, w Sa­bi­nie tak­że roz­wi­jał się wte­dy mały i śli­ski za­lą­żek czło­wie­ka – żar­to­wa­ły na­wet, że tego sa­me­go dnia uro­dzą. Jak to cza­sem bywa, na żar­tach się nie skoń­czy­ło i dwu­na­ste­go wrze­śnia oby­dwie, z tru­dem chwy­ta­jąc po­wie­trze, wy­da­ły na świat po ludz­kiej isto­cie. Spo­mię­dzy bia­łych ud Sa­bi­ny wy­ło­nił się Staś o wy­łu­pia­stych oczach, je­den z naj­tęż­szych pol­skich umy­słów w hi­sto­rii li­te­ra­tu­ry. Z łona Ja­dwi­gi wy­śli­zgnę­ła się tyl­ko Iza­be­la.

Dwa­dzie­ścia trzy lata póź­niej, już w War­sza­wie, w tej sa­mej Iza­be­li po raz pierw­szy za­kieł­ko­wa­ła myśl o sa­mo­bój­stwie, któ­ra jak chwast po­ra­sta­ła jej gło­wę już do koń­ca ży­cia. Było to dru­gie­go sierp­nia, do­kład­nie ty­dzień przed pa­mięt­nym wie­czo­rem u Za­ło­gów, War­sza­wa pa­da­ła tym­cza­sem na ko­la­na pod ogniem ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych i grze­cho­tem wiel­kich czoł­gów SS. Tam­tej śro­dy Iza wraz z mat­ką wy­szły po­pa­trzeć na po­wstań­ców, któ­rzy w nie­miec­kich stro­jach, ale z pol­ski­mi in­sy­gnia­mi i ko­śla­wy­mi orzeł­ka­mi na wy­mię­to­lo­nych czap­kach prze­cho­dzi­li są­sied­nią uli­cą po zdo­by­ciu Umschlag­plat­zu. Lu­dzie pła­ka­li i rzu­ca­li kwia­ty.

Iza­be­la nie pła­ka­ła, rzu­cać ni­czym tak­że nie mia­ła za­mia­ru. Po­że­ra­na przez pa­lą­cą za­zdrość, przy­glą­da­ła się chłop­com, tym uśmiech­nię­tym i tym obo­jęt­nym, na któ­rych cześć wzno­szo­no wi­wa­ty i któ­rzy z całą pew­no­ścią mie­li w ży­ciu ja­kiś cel – wznio­sły czy głu­pi, nie­waż­ne. Ona nig­dy żad­ne­go celu w ży­ciu nie mia­ła i tam­te­go upal­ne­go dnia przy­szło jej na myśl, by pod­biec do któ­re­goś z tych ma­sze­ru­ją­cych pięk­ni­siów, przy­ło­żyć so­bie lufę jego bro­ni do oka i chłod­nym me­ta­lo­wym spu­stem za­mknąć za sobą drzwi w tym świe­cie peł­nym ko­chli­wych Lesz­ków Trze­cia­ków, zło­wiesz­czych fi­ku­sów i ciał le­żą­cych na uli­cach.

Jej mama pra­co­wa­ła wte­dy jako ka­wiar­ka w Go­spo­dzie Spor­tow­ców i wma­wia­ła so­bie, że wca­le nie pod­ko­chu­je się w swo­im prze­ło­żo­nym. Trzy­krot­nie za­ła­twia­ła cór­ce płat­ne za­ję­cia, ta jed­nak za każ­dym ra­zem ka­za­ła jej w at­mos­fe­rze bla­ma­żu spra­wę od­wo­ły­wać. Iza­be­la dużo wte­dy czy­ta­ła, głów­nie bi­blio­tecz­ne skar­by przy­no­szo­ne ma­mie przez są­siad­kę; po­chła­nia­ła wszyst­ko, co wpa­dło jej w ręce, ale o naj­więk­sze dresz­cze przy­pra­wia­ły ją ro­man­so­we po­wie­ści­dła fran­cu­skie – po lek­tu­rze więk­szo­ści z nich nie mo­gła spać w nocy. Ob­żar­ta ta­ki­mi książ­ka­mi spo­glą­da­ła dru­gie­go sierp­nia na kro­czą­cych po­wstań­ców i je­den z nich, szczu­pły, z krzy­wo zro­śnię­tym no­sem po zła­ma­niu, z mię­si­sty­mi war­ga­mi i wy­so­kim czo­łem, przy­cią­gnął jej wzrok na dłu­żej. On sam pa­trzył na nią bez­wstyd­nie, uśmiech­nął się, po­ma­chał i znik­nął za­raz w tłu­mie so­bie po­dob­nych.

Ich dro­gi ży­cia prze­cię­ły się po­now­nie przy­pad­kiem dwa lata póź­niej, kie­dy pod­czas pry­wa­tek śpie­wa­ło się już Maki na Mon­te Cas­si­no i Roz­szu­mia­ły się wierz­by pła­czą­ce, a z tru­chła zgwał­co­nej War­sza­wy, spo­mię­dzy ce­gieł, moż­na było wy­grze­bać nie tyl­ko zwło­ki, ale też zło­te ru­ble, szkoc­ką weł­nę czy na­wet bef­sztyk z po­lę­dwi­cy. Ona pra­co­wa­ła wte­dy jako kel­ner­ka w re­stau­ra­cji po­wsta­łej w pod­zie­miach Ho­te­lu Eu­ro­pej­skie­go, a w so­bo­ty moż­na ją było zo­ba­czyć na dan­sin­gu Kon­go; on za­ra­biał na cu­dzo­ziem­cach, któ­rzy na­pły­wa­li do Pol­ski, by za­kła­dać fi­lie li­nii lot­ni­czych, prze­pro­wa­dzać ak­cje do­bro­czyn­ne albo wy­wo­zić za gra­ni­cę ma­te­ria­ły dzien­ni­kar­skie.

Wie­le nie mó­wi­li. Po wy­mia­nie spoj­rzeń i uśmie­chów pa­dli so­bie w ra­mio­na i nic by w tym wiel­kie­go nie było – w ra­mio­na wpa­da­no so­bie wte­dy przy byle oka­zji – gdy­by nie jego dło­nie na jej twa­rzy i jego usta przy­ci­ska­ją­ce się do jej ust. Z tej uli­cy, na któ­rej ze­tknę­ły się ich ży­cio­ry­sy, mo­gli iść choć­by do ka­wiar­ni Kru­szyn­ka albo do li­te­rac­kie­go Kop­ciusz­ka. Po­szli tam, gdzie cho­dzi­ła więk­szość – w ru­iny.

W ca­łym czter­dzie­stym szó­stym osło­necz­nio­ne ułam­ki ścian i ki­ku­ty że­la­znych be­lek kon­struk­cyj­nych świad­ko­wa­ły mi­ło­snym schadz­kom tak samo czę­sto jak łóż­ka, a zwi­sa­ją­ce z mu­rów ma­ry­nar­ki ło­po­ta­ły na znak trium­fu po­żą­da­nia nad oku­pan­tem.

Ze­rwa­ła z nie­go je­dwab­ną ko­szu­lę z mo­no­gra­mem i roz­ło­ży­ła na frag­men­cie muru przy­po­mi­na­ją­cym na­gro­bek. W pod­nie­ce­niu on po­wta­rzał co­raz szyb­ciej kłam­li­we „Ko­cham! Ko­cham!”, ona mó­wi­ła mu do ucha rze­czy, któ­rych się przez na­stęp­ne lata wsty­dzi­ła.

Pa­li­li po­tem jego phi­li­py mor­ri­sy, któ­re po­ka­zał jej z dumą, i pro­sto z bu­tel­ki pili jego czar­no­ryn­ko­wy ko­niak – kie­li­szek tego cuda kosz­to­wał rów­no­war­tość ty­go­dnio­wej dy­rek­tor­skiej pen­sji – któ­ry po­ka­zał jej z dumą jesz­cze więk­szą.

Ona mó­wi­ła nie­wie­le, on czuł się w obo­wiąz­ku mó­wić bez prze­rwy: o cu­dzo­ziem­cach, o pla­nach na przy­szłość, o ro­dzi­cach i o młod­szym bra­cie.

– On jest wa­riat, trze­ba mu po­ma­gać. Jed­ne­go dnia po­tra­fił­by wie­dzą za­wsty­dzać na­ukow­ców, a in­ne­go pod­cho­dzi na uli­cy do ob­cej ko­bie­ty i mówi jej ta­kie rze­czy, że ucho więd­nie…

Ki­wa­ła w mil­cze­niu gło­wą, wy­cią­ga­jąc z pacz­ki ko­lej­ne­go phi­li­pa mor­ri­sa.

– Ka­ziu, nasz dro­gi Ka­ziu… Uwie­rzysz, że on żyje z kulą w gło­wie?

I za­raz ser­ce jak wer­bel, a po­tem bez­wstyd­nie chci­we py­ta­nia: jak wy­glą­da, co robi, gdzie miesz­ka i czy pra­cu­je, a je­śli tak, to gdzie. Wy­do­by­ła z Mi­ko­ła­ja wszyst­ko, co mo­gła, po czym pa­dli po­now­nie na jego ko­szu­lę, ale to już nie było to samo.

Chwy­ci­ła się jego moc­nych, ży­la­stych ra­mion opar­tych o nad­pa­lo­ną bel­kę i pa­trząc w nie­bo, na chmu­ry i pta­ki pły­ną­ce po błę­ki­cie, sta­ra­ła się nie pa­trzyć mu w twarz. Z szyi Mi­ko­ła­ja Człap­ki, ko­ły­sząc się ryt­micz­nie nad jej gło­wą, zwi­sał zło­ty łań­cu­szek z krzy­ży­kiem. Pró­bo­wał po­da­ro­wać go jej na od­chod­ne, ale Iza­be­la pre­zen­tu nie przy­ję­ła. Krzy­żyk był ma­leń­ki, ra­czej brzyd­ki…

…a na jed­nym z ra­mion ma­to­wy. Igna­cy prze­je­chał po nim dło­nią, wsłu­chu­jąc się w noc­ną ci­szę; nie spał już od pra­wie pół­go­dzi­ny.

Stres za­ci­skał mu się na brzu­chu, a z ciem­no­ści po­wo­li wy­ła­nia­ły się ko­lej­ne kształ­ty: szaf­ka przy­cza­jo­na pod oknem, zło­wiesz­cze wie­że z ksią­żek i stół jak gi­gan­tycz­ny pa­jąk. Za­sta­na­wiał się, czy wal­ka mię­dzy chę­cią po­zo­sta­nia w łóż­ku na za­wsze a po­czu­ciem obo­wiąz­ku, by jed­nak za­cząć ja­koś dzień, za­koń­czy się kie­dy­kol­wiek od­mien­nym niż zwy­kle wy­ni­kiem. Tym ra­zem zno­wu za­skrzy­pia­ło łóż­ko, zno­wu bose sto­py za­kla­ska­ły o pa­ne­le, zno­wu ręce za­ci­snę­ły się na pa­ra­pe­cie, a oczy upew­ni­ły się, że za oknem nic się nie zmie­ni­ło. Zno­wu jak duch mię­dzy kuch­nią a po­ko­jem, zno­wu bul­got wody uwię­zio­nej w no­wo­cze­snej obu­do­wie, zno­wu nie­przy­jem­ny do­tyk spodni na udach siłą wy­rwa­nych spod koł­dry, zno­wu kawa, za­suw­ka, bal­kon, pło­myk nad sta­lo­wym krze­si­wem za­pal­nicz­ki.

La­tar­nie wy­gi­na­ły się w dół, żół­te kule świa­tła cią­ży­ły ku chod­ni­kom, po­je­dyn­cze sa­mo­cho­dy ci­cho prze­my­ka­ły obok in­nych, śpią­cych na miej­scach par­kin­go­wych, chod­ni­kiem prze­biegł kot, tuż obok wiatr kart­ko­wał dar­mo­wą ga­ze­tę. Więk­szość lu­dzi po­grą­żo­na była we śnie, ich cie­płe cia­ła wtu­la­ły się w po­dusz­ki i w inne cie­płe cia­ła, ich od­de­chy ula­ty­wa­ły w ciem­ność, a bu­dzi­ki cier­pli­wie ocze­ki­wa­ły po­ran­ka. Tyl­ko sny sza­la­ły, ko­lo­ro­we, szyb­kie i nie­lo­gicz­ne. Igna­cy nig­dy nie pa­mię­tał wła­snych.

Umył zęby i osu­szył pędz­le szmat­ką. Za­schnię­ta jak za­wsze za­kręt­ka lnia­ne­go ole­ju nie chcia­ła pu­ścić, ści­snął moc­niej – pu­ści­ła; opię­ty płót­nem blejt­ram stuk­nął o blat sto­łu, a far­by jak gli­sty wy­peł­zły z tu­bek na drew­nia­ną pa­le­tę. Łyk kawy.

Sta­nął u stóp po­kracz­ne­go drze­wa, wie­sza­jąc na nim li­ście i pta­ki. Ko­lej­ne ga­łę­zie wy­gi­nał ku do­ło­wi, wcze­pia­jąc je w zie­mię i ob­wią­zu­jąc dłu­gi­mi pa­lu­cha­mi tra­wy. Pies, słoń­ce, klat­ka dla kró­li­ków i opa­ło­we drew­no. Po­mię­dzy ga­łę­zia­mi kar­ło­wa­te­go drze­wa miej­sce na dom, ale na ra­zie pu­sta fak­tu­ra bia­łe­go, za­grun­to­wa­ne­go płót­na. Dom wy­my­śli Ada.

Po dwóch go­dzi­nach, kie­dy mia­sto za oknem za­czy­na­ło roz­ja­śniać się i brzę­czeć, odło­żył pędz­le, zdjął ze sto­łu ob­raz i ob­rzu­cił wzro­kiem te, któ­re wi­sia­ły na ścia­nach. Więk­szość przed­sta­wia­ła to samo: dwo­je lu­dzi po­mię­dzy ścią­gnię­ty­mi ku zie­mi ga­łę­zia­mi drze­wa, wiel­ki ku­dła­ty pies, kró­li­ki i tra­wa. Wi­dok z góry, z boku i z per­spek­ty­wy ża­biej. Nie­bem pły­wa­ły ła­wi­ce ryb i czar­ne kal­ma­ry, w od­da­li pio­ru­ny wy­ra­sta­ły z zie­mi jak pło­ną­ce krze­wy, a przy brze­gach ob­ra­zów, jak­by zza ka­dru, przy­glą­da­ły się temu wszyst­kie­mu pła­skie twa­rze bez oczu, fi­ku­sy i ko­lo­ro­we kru­ki, ob­wi­słe po­zszy­wa­ne gęby, bez­zęb­ni star­cy i twa­rze od­wró­co­ne bro­da­mi ku gó­rze – od­wrot­nia­ki.

Jesz­cze tyl­ko chwi­la na łóż­ku, by sma­ko­wać ulgę, jesz­cze ostat­nie łyki zim­nej kawy i zęby skle­jo­ne przez mo­ment po­ło­wą ta­blicz­ki wy­grze­ba­nej spo­mię­dzy pa­pie­rów cze­ko­la­dy, jesz­cze pa­pie­ros na bal­ko­nie i ostat­nia wal­ka, by ode­przeć po­ku­sę po­wro­tu pod koł­drę.

Co­dzien­nie od ósmej do szes­na­stej na trze­cim pię­trze sze­ścio­kon­dy­gna­cyj­ne­go bu­dyn­ku przy uli­cy Bu­kow­skiej, na biu­ro­wym krze­śle Per­fect pro­fil GTP, za biur­kiem Ogi Of­fi­ce, przed mo­ni­to­rem Fu­jit­su, z rę­ko­ma na kla­wia­tu­rze HP i mysz­ce tej sa­mej mar­ki, z te­le­fo­nem Ci­sco po pra­wej, a trze­ma prze­zro­czy­sty­mi ku­we­ta­mi po le­wej stro­nie, ob­ra­cał się wśród in­nych try­bi­ków jed­nej z kor­po­ra­cyj­nych ma­chin. Po odej­ściu z po­przed­niej pra­cy, z ukoń­czo­nym kul­tu­ro­znaw­stwem i co­raz gor­szym mnie­ma­niem o świe­cie, nie wie­dział, jaką za­wo­do­wą dro­gę obrać; za­nim zdą­żył zde­cy­do­wać, oj­ciec po­roz­ma­wiał ze zna­jo­mym, dy­rek­to­rem biu­ra, któ­ry obie­cał za­jąć się Igna­cym, prze­pro­wa­dził z nim roz­mo­wę i wbił do gło­wy dwie wznio­słe biz­ne­so­we mak­sy­my plus je­den cy­tat z Pił­sud­skie­go.

Dro­ga do pra­cy zaj­mo­wa­ła Igna­ce­mu trzy­dzie­ści mi­nut, nie­za­leż­nie od wy­ko­rzy­sty­wa­ne­go środ­ka lo­ko­mo­cji, zwy­kle więc spa­ce­ro­wał. W oko­li­cach par­ku Wil­so­na wy­po­wia­dał na głos sło­wo „cze­ko­la­da” i sta­rał się wy­ma­wiać je jak naj­dłu­żej, co po­pra­wia­ło mu na­strój i przez ko­lej­nych kil­ka­na­ście mi­nut my­ślał o rze­czach przy­jem­nych. W spo­żyw­czym nie­da­le­ko pra­cy ku­po­wał droż­dżów­kę z bu­dy­niem, a je­śli nie było, z kru­szon­ką.

Sie­dział przy biur­ku ty­łem do okna, wy­pi­jał w biu­rze trzy kawy: o ósmej trzy­dzie­ści, o je­de­na­stej i o pięt­na­stej, a na par­kin­gu przed bu­dyn­kiem wy­pa­lał trzy pa­pie­ro­sy, jed­ne­go po każ­dej ka­wie.

Co­dzien­nie czy­ty­wał w pra­cy efe­me­ry­dy i od­wie­dzał stro­nę, na któ­rej użyt­kow­ni­cy opi­sy­wa­li swo­je sny, wcho­dził na blog chłop­ca ge­niu­sza, któ­ry mno­żył w pa­mię­ci ma­try­ce i sze­ścio­cy­fro­we licz­by, a po­tem na blog męż­czy­zny ta­rza­ją­ce­go się pu­blicz­nie we wspo­mnie­niach pró­by sa­mo­bój­czej. Prze­glą­dał też zwy­kle wi­try­ny z ho­ro­sko­pa­mi, wpi­sy na dwóch fo­rach astro­no­micz­nych i stro­ny po­świę­co­ne współ­cze­sne­mu pol­skie­mu ma­lar­stwu.

Oko­ło dwu­na­stej wy­cze­ki­wał chwi­li, kie­dy w ma­łej kuch­ni nie było żad­ne­go ze współ­pra­cow­ni­ków, po czym po­spiesz­nie zja­dał w niej droż­dżów­kę. O szes­na­stej czuł się zwy­kle jak tor­ba wy­peł­nio­na za­schnię­tym ce­men­tem i przy­wra­cał się do ży­cia my­ślą o cie­płej po­ście­li.

Tego dnia czas upły­wał szyb­ciej: kie­dy nie pa­trzył w róg mo­ni­to­ra, mi­nu­ty zni­ka­ły i prze­ska­ki­wa­ły się na­wza­jem, a słoń­ce za oknem wy­da­wa­ło się oszu­ki­wać. Pla­ny na wie­czór, sce­na­riu­sze, któ­re opra­co­wy­wał w uję­ciach ta­be­la­rycz­nych, moż­li­we dia­lo­gi, za­gad­nię­cia, od­po­wie­dzi, słow­ne na­tar­cia i od­wro­ty; po­wta­rzał je w gło­wie, po­wta­rzał, po­wta­rzał, po­wta­rzał.

Kie­dy wra­cał do domu, chod­nik sam ucie­kał mu spod bu­tów, a mi­ja­ni lu­dzie byli cią­giem po­łą­czo­nych koń­czyn i sza­rych głów, nie ist­nie­li. Usiadł na ław­ce, w usta we­tknął pa­pie­ro­sa i pa­trzył na ki­wa­ją­ce się wol­no ko­ro­ny drzew za­wie­szo­ne nad alej­ka­mi par­ku. Raz jesz­cze uważ­nie prze­stu­dio­wał wy­dru­ko­wa­ną mapę, na któ­rej dłu­go­pi­sem za­zna­czo­ny był bu­dy­nek przy uli­cy Do­żyn­ko­wej, sta­ran­nie pod­pi­sa­ny jako De­wiz­ka.

Z re­ali­za­cją pla­nu na wie­czór wią­za­ło się spo­re ry­zy­ko wy­głu­pie­nia się i bez­pow­rot­nej utra­ty szan­sy na spo­tka­nie z Adą, ale była to jed­no­cze­śnie je­dy­na oka­zja, jaka do­tąd mu się przy­tra­fi­ła. Bru­no­na prze­cież nie po­pro­si.

Nie bez tru­du ze­brał się w so­bie i ru­szył w stro­nę domu. Szum mia­sta od­da­lił się, tyl­ko auta prze­my­ka­ły obok, jed­no, dru­gie, trze­cie, i tyl­ko cie­nie lu­dzi mi­ja­ły go z róż­nych stron, je­den, pią­ty, dzie­sią­ty, i tyl­ko za­ma­za­ne wi­try­ny za­pra­sza­ły go do ko­lej­nych ma­łych skle­pów spo­żyw­czych, do pierw­sze­go, dru­gie­go, trze­cie­go – do czwar­te­go wszedł i ku­pił dwa le­chy moc­ne.

Zjadł pół mlecz­nej cze­ko­la­dy, wziął prysz­nic i prze­brał się w czy­stą ko­szul­kę. Le­żąc na łóż­ku z ko­mik­sem w dło­ni, wy­pił dwa piwa i po­czuł, że zde­ner­wo­wa­nie po­wo­li za­czy­na z nie­go ucho­dzić. Po­wtó­rzył w my­ślach plan i wy­szedł z miesz­ka­nia.

Fra­gles miesz­kał w aka­de­mi­ku De­wiz­ka i szczo­drze dzie­lił się swo­im ży­ciem pry­wat­nym na Twit­te­rze, Fa­ce­bo­oku, Go­ogle+ i Fo­ur­squ­are. Przy­jaź­nił się z Adą. W in­ter­ne­cie moż­na było za­po­znać się z jego pla­na­mi na naj­bliż­sze kil­ka dni: czwart­ko­wy wie­czór to wyj­ście do Mu­chos Pa­ta­tos; pią­tek to pró­ba przy­go­to­wa­nia się do ko­lo­kwium z pra­wa pu­blicz­ne­go mię­dzy­na­ro­do­we­go, a so­bo­ta – im­pre­za w De­wiz­ce.

Dzię­ki zna­jo­mo­ści pla­nu za­jęć gru­py szes­na­stej stu­diów dzien­nych na wy­dzia­le pra­wa (po­stę­po­wa­nie kar­ne, ćwi­cze­nia, pią­tek, 7:30), Igna­cy wie­dział, że w Mu­chos Pa­ta­tos Ady ra­czej nie bę­dzie, za to z roz­mo­wy, któ­rą pod­słu­chał przed uczel­nią, wnio­sko­wał, że w so­bo­tę po­win­na po­ja­wić się w aka­de­mi­ku.

W tram­wa­ju nie było wol­nych miejsc sie­dzą­cych, a uchwyt, któ­re­go się przy­trzy­mał, oka­zał się oplu­ty. Wy­siadł przy pla­cu Wiel­ko­pol­skim i ze zwie­szo­ną gło­wą ru­szył w stro­nę klu­bu.

Po ko­lej­nym pi­wie po­czuł się nie­co le­piej. Co­raz mniej za­le­ża­ło mu na po­wo­dze­niu. Za­mó­wił pięć­dzie­siąt­kę wód­ki i jesz­cze jed­ne­go żyw­ca w bu­tel­ce.

Fra­gles po­ja­wił się pół go­dzi­ny póź­niej w to­wa­rzy­stwie dwóch chło­pa­ków i gdy­by nie kol­czyk w no­sie, Igna­cy nie sko­ja­rzył­by go ze zdję­ciem z por­ta­lu. Usie­dli przy ba­rze.

Fale lu­dzi prze­pły­wa­ły w tę i z po­wro­tem, drzwi to­a­le­ty trza­ska­ły re­gu­lar­nie, z gło­śni­ków wy­le­wa­ła się mu­zy­ka la­ti­no, a ochro­nia­rze sie­dzą­cy przy drzwiach na ba­ro­wych krze­słach wy­glą­da­li jak śmier­tel­nie znu­dzo­ne że­lo­we fi­gur­ki.

W koń­cu chu­da syl­wet­ka Fra­gle­sa ru­szy­ła w kie­run­ku drzwi. Igna­cy upił duży łyk piwa, po czym od­sta­wił je i śla­da­mi chło­pa­ka udał się na ze­wnątrz, gdzie dwie oso­by ra­czy­ły się ty­to­nio­wym dy­mem, a trze­cia, przy­kle­jo­na ple­ca­mi do ścia­ny, od­su­wa­ła wła­śnie za­pal­nicz­kę od czer­wo­ne­go żą­dła pa­pie­ro­sa; tą trze­cią oso­bą był Fra­gles. Obej­mu­jąc usta­mi bia­ły filtr da­vi­dof­fa, Igna­cy prze­trzą­sał kie­sze­nie.

– Prze­pra­szam, masz ognia? – za­py­tał po chwi­li.

Chło­pak bez sło­wa wy­cią­gnął za­pal­nicz­kę i przy­su­nął ją w stro­nę twa­rzy Igna­ce­go, któ­ry lewą ręką osła­niał pło­myk, a pra­wą przy­trzy­my­wał w ustach pa­pie­ro­sa. Sta­rał się, żeby drże­nie pal­ców wy­glą­da­ło jak naj­bar­dziej na­tu­ral­nie.

Z tego, co póź­niej mó­wił, wy­ni­ka­ło, że nie za­pa­mię­tał ni­cze­go. Przy­go­to­wa­ny sce­na­riusz zre­ali­zo­wał się sam, w nie­kon­tro­lo­wa­ny spo­sób, więc niby to noc spę­dzo­na na oglą­da­niu se­ria­lu, da­lej niby kon­kre­ty, niby obo­jęt­ność, faza roz­mo­wy o ni­czym, po­tem niby po­wrót do wspól­ne­go hob­by, a chwi­lę póź­niej fi­nał – za­pro­sze­nie na piwo.

Usie­dli w czwór­kę, każ­dy za­opa­trzo­ny w żyw­ca i pięć­dzie­siąt­kę gorz­kiej żo­łąd­ko­wej. Igna­cy pił i słu­chał opo­wie­ści o dziew­czy­nach, zdo­by­tych i tych, któ­re do­pie­ro zo­sta­ną zdo­by­te, o sa­mo­cho­dach, o uczel­ni, o wred­nych pro­fe­so­rach, jed­nym gor­szym od dru­gie­go, ale przede wszyst­kim o prze­ży­tych im­pre­zach, wy­pi­tych oce­anach al­ko­ho­lu i ki­lo­me­trach sze­ścien­nych wcią­gnię­te­go w płu­ca ma­ri­hu­ano­we­go dymu, śmiał się z żar­tów i z uda­wa­ną obo­jęt­no­ścią opo­wia­dał przy­go­to­wa­ne wcze­śniej aneg­do­ty. Za­pro­sze­nie na im­pre­zę do aka­de­mi­ka pa­dło do­pie­ro po kil­ku go­dzi­nach, kie­dy przy sto­li­ku sie­dzia­ły już do­dat­ko­we czte­ry oso­by, a Igna­cy le­d­wie trzy­mał się na krze­śle.

Pół­to­rej go­dzi­ny póź­niej przy­jem­ny chłód owie­wał mu sto­py. Wy­sta­wił na bal­kon ta­bo­ret, nogi oparł o ba­rier­kę i jadł mlecz­ną cze­ko­la­dę, wsłu­chu­jąc się w ci­che brzę­cze­nie za­wie­szo­ne­go nie­opo­dal neo­nu.

Czy nadal nosi wło­sy spię­te w ku­cyk, czy może roz­pu­ści­ła je albo w ogó­le zmie­ni­ła fry­zu­rę i skry­wa te­raz czo­ło pod grzyw­ką? Czy zmie­ni­ła ko­lor? Nie przy­pusz­czał. Mia­ła wą­skie usta i ja­sną kar­na­cję. Pra­wie się nie ma­lo­wa­ła. De­li­kat­nie pod­kre­śla­ła tyl­ko oczy.

Cie­ka­we, czy zmie­ni­ła się od tam­te­go po­ran­ka. Schu­dła? Przy­ty­ła?

Ada była ra­czej ni­ska i mia­ła ko­bie­ce kształ­ty. Pier­si ani duże, ani małe, sze­ro­kie bio­dra, na obec­nie obo­wią­zu­ją­cy ka­non ko­bie­ce­go cia­ła zde­cy­do­wa­nie zbyt sze­ro­kie.

Zda­rza­ły się chwi­le, kie­dy wście­kał się na sie­bie, że w ogó­le dał się po­rwać ta­kie­mu uczu­ciu – kie­dyś obie­cy­wał so­bie, że nig­dy się nie za­ko­cha. Nie mógł jed­nak nic po­ra­dzić, więc naj­pierw pró­bo­wał temu ulżyć. Ob­ser­wo­wał ją, ro­bił zdję­cia i skru­pu­lat­nie prze­cze­sy­wał spo­łecz­no­ścio­we por­ta­le i stro­ny uczel­ni w po­szu­ki­wa­niu in­for­ma­cji na jej te­mat. Na kom­pu­te­rze utwo­rzył fol­der z ukry­tym atry­bu­tem i umiesz­czał w nim wszyst­ko, co do­ty­czy­ło Ady. Miał w nim już sto osiem­dzie­siąt dwa róż­ne­go ro­dza­ju pli­ki. Kie­dy zro­zu­miał, że na ulgę li­czyć nie może, naj­wy­żej na sza­leń­stwo, za­czął ob­my­ślać pla­ny.

Po zje­dze­niu cze­ko­la­dy jak zwy­kle czuł się jak cu­kier roz­pusz­cza­ny w her­ba­cie: miał ocho­tę otu­lić się czymś cie­płym i le­żeć tak, ale nie za­sy­piać. Przy­niósł koł­drę na bal­kon, owi­nął nią nogi – nic, tyl­ko wsa­dzić w usta ter­mo­metr, za­pa­lić ma­rię man­ci­ni i czy­tać do rana Cza­ro­dziej­ską górę. Może więc wca­le nie był cho­ry na Adę? Może to wszyst­ko tyl­ko mu się wy­da­wa­ło? Może sam wy­kre­ował w so­bie po­trze­bę za­ko­cha­nia się, po­trze­bę fa­scy­na­cji kim­kol­wiek?

Co, gdy­by tam­te­go dnia po­de­szła do ław­ki ja­kaś inna dziew­czy­na?

Spoj­rzał na ze­ga­rek i uświa­do­mił so­bie, że zo­sta­ły mu góra dwie go­dzi­ny snu. Po­ło­żył na bal­ko­nie koc, na­sta­wił bu­dzik i na­krył się koł­drą. Za­raz też w za­tocz­ce za­trzy­mał się au­to­bus i wes­tchnął sen­nie, prze­ry­wa­jąc na mo­ment swą ca­ło­noc­ną po­dróż.

Sen trwał do­słow­nie chwi­lę.

I pią­tek.

Lu­dzie na ogół ko­cha­ją piąt­ki; wy­da­je im się, że ko­lej­ny zwia­stu­je naj­wspa­nial­szy week­end w ich ży­ciu. Igna­cy piąt­ków nie­na­wi­dził.

Dni po­wsze­dnie, schwy­ta­ne w ima­dło ru­ty­ny, da­wa­ły mu po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa i pew­ność, że nic go nie za­sko­czy. Po­ran­ne ma­lo­wa­nie, pra­ca, kawa i pa­pie­ro­sy, droż­dżów­ka, szyb­ki obiad w dro­dze do domu, a po­tem już tyl­ko książ­ki, fil­my, ko­mik­sy. Swo­ją przy­szłość wi­dział wła­śnie tak: ko­lej­ne dni jak z kse­ro­ko­piar­ki, po­ran­ki i wie­czo­ry zle­pio­ne tak, by nie moż­na ich było po­tem roz­róż­nić.

Pią­tek z re­gu­ły sta­no­wił nie­wia­do­mą. Mo­gły być im­pre­zy w miesz­ka­niu na gó­rze albo, rza­dziej, na dole, schadz­ki urzą­dza­ne przez Bru­no­na i jego proś­by o pod­wóz­kę na ry­nek, te­le­fo­ny od ro­dzi­ców, od cza­su do cza­su fir­mo­we pik­ni­ki; zda­rzy­ły się też dwa wyj­ścia z ludź­mi z fir­my do kina.

W pra­cy le­d­wo wy­sie­dział, na zmia­nę śpią­cy i tar­ga­ny emo­cja­mi. Kie­dy wresz­cie do­tarł do domu, za­grze­bał się pod koł­drą i prze­spał dwie go­dzi­ny. Po­tem wziął prysz­nic i po­czuł się po­twor­nie. Snuł się po miesz­ka­niu z kub­kiem ka­kao, pró­bo­wał czy­tać, oglą­dać i pa­lił jed­ne­go za dru­gim. Bru­non naj­wy­raź­niej spał.

Współ­lo­ka­tor Igna­ce­go miał dwa­dzie­ścia sześć lat i pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu. Kil­ka razy w ty­go­dniu jeź­dził na si­łow­nię, w szaf­kach pod zle­wem trzy­mał pę­ka­te wia­der­ka biał­ko­wych i kre­aty­no­wych su­ple­men­tów die­ty, a ubiór uważ­nie do­bie­rał w taki spo­sób, aby jak naj­bar­dziej pod­kre­ślał wy­pra­co­wy­wa­ną la­ta­mi syl­wet­kę. No­sił kil­ku­dnio­wy za­rost i fry­zu­rę, któ­rą nie­któ­rzy na­zy­wa­li war­szaw­ską, z krót­ki­mi bo­ka­mi i sta­ran­nie wy­mo­de­lo­wa­nym nie­ła­dem. Twarz miał su­ro­wą, szczę­kę sze­ro­ką, a na po­licz­kach śla­dy po trą­dzi­ku. Spo­mię­dzy oczu zwi­sał wiel­ki, gar­ba­ty nos.

Po­cho­dził z Mo­si­ny, nie miał ro­dzeń­stwa, jego oj­ciec pra­co­wał w fir­mie ochro­niar­skiej, a mat­ka, była przed­szko­lan­ka, więk­szość cza­su spę­dza­ła w kli­ni­kach i szpi­ta­lach; rak pier­si.

Igna­cy nie lu­bił mie­wać teo­rii na te­mat lu­dzi, któ­rych znał, co oczy­wi­ście wca­le nie zna­czy­ło, by ich na te­mat wszyst­kich nie miał. Tak­że ro­dzi­ców Bru­no­na – uwa­żał, że cier­pie­li na kom­plek­sy zwią­za­ne z po­cho­dze­niem, wy­kształ­ce­niem i wy­ko­ny­wa­nym za­wo­dem, usi­ło­wa­li więc róż­ny­mi me­to­da­mi pod­no­sić swój spo­łecz­ny sta­tus. Spo­so­bów na to jest mnó­stwo, chwy­ta­li się więc roz­ma­itych; wśród nich było tak­że pcha­nie syna pod górę. Stu­dia na do­brej uczel­ni, mod­ny sa­mo­chód i ku­pio­ne u de­we­lo­pe­ra miesz­ka­nie, któ­re do od­bio­ru mia­ło być co praw­da za po­nad rok, ale o któ­rym mó­wić moż­na było zna­jo­mym już od daw­na, no­wo­cze­sny te­le­fon, do­bre ko­sme­ty­ki, dro­gie ciu­chy, nowy lap­top co pół roku i kie­szon­ko­we, od któ­re­go nie­jed­ne­mu stu­den­to­wi za­krę­ci­ło­by się w gło­wie.

Igna­cy usiadł przy sto­le, zwie­sił gło­wę nad kart­ką pa­pie­ru i po raz ko­lej­ny spi­sał wszyst­kie ge­sty i sło­wa, któ­rych za­mie­rzał ju­tro użyć.

Utrwa­lał je, prze­gru­po­wy­wał i roz­po­ście­rał na ko­lej­nych kart­kach w drze­wia­ste al­go­ryt­my, róż­ne dla od­mien­nych sce­na­riu­szy spo­tka­nia. A je­śli nie przyj­dzie? Ist­nia­ło ta­kie ry­zy­ko i na­le­ża­ło się z nim li­czyć. Igna­cy był pe­wien, że znaj­du­jąc się już na im­pre­zie, bę­dzie ma­rzył o tym, aby Ada się tam nie zja­wi­ła.

Ile jesz­cze razy od­two­rzy w gło­wie dzień, w któ­rym ją po­znał?

Była wte­dy nie­dzie­la, ósma rano, Igna­cy czuł jesz­cze na skó­rze cie­pło po wzię­tym prysz­ni­cu; włą­czył kom­pu­ter i wśli­zgnął się pod koł­drę, wy­po­sa­żo­ny w bez­prze­wo­do­we słu­chaw­ki i ku­bek go­rą­cej cze­ko­la­dy.

Za­dzwo­nił Bru­non. Że ma na­dzie­ję, że nie obu­dził, że wiel­ka proś­ba, że im­pre­za, utknął, tu­taj psy nie mają już czym szcze­kać, więc, jak już wspo­mniał, wiel­ka proś­ba, strasz­nie da­le­ko, pół dnia au­to­bu­sem, klu­czy­ki i do­ku­men­ty w przed­po­ko­ju – pod­je­chał­by?

Wsia­da­jąc do auta Bru­no­na, Igna­cy roz­my­ślał o wła­snej aser­tyw­no­ści, na­da­ją­cej się je­dy­nie do spusz­cze­nia w to­a­le­cie. Pięt­na­ście mi­nut jaz­dy, pa­pie­ros je­den, dru­gi, trze­ci, po­tem te­le­fon, „za­raz będę!”, może jesz­cze dzień się uda ura­to­wać. Słoń­ce dźwi­ga­ło się po­wo­li nad da­chy wie­żow­ców, było cie­pło, su­cho i nie­dziel­nie, nic, tyl­ko le­żeć w łóż­ku i wy­cho­dzić cza­sa­mi na bal­kon. Wy­cią­gnął się na ław­ce, w my­ślach po­wta­rzał „cze­ko­la­da”. Niech już scho­dzi, niech scho­dzi.

– Chy­ba pierw­szy raz wi­dzę od­wrot­nia­ka.

Otwo­rzył oczy. Dziew­czy­na. Uśmie­cha­ła się, a przez jej ja­sne wło­sy prze­świe­ca­ło słoń­ce.

– Pro­szę? – za­py­tał, nie pod­no­sząc się z ław­ki.

Od­wró­co­na twarz dziew­czy­ny prze­chy­li­ła się na bok.

– Od­wrot­niak. Jak pa­trzysz na czy­jąś twarz do góry no­ga­mi, to w pew­nym mo­men­cie wi­dzisz ją od­wró­co­ną, nos jest po­wy­żej oczu, na czo­le są usta, ale wi­dzisz tę twarz, tyle że strasz­ną. To ty przy­je­cha­łeś po Bru­no­na?

Pod­niósł się, wstał z ław­ki i chciał coś po­wie­dzieć, ale nie zdą­żył.

– Le­d­wo was spu­ścić z oczu! – Zza dziew­czy­ny wy­ło­nił się Bru­non z bu­tel­ką pep­si w ręku. – Za­raz na ła­wecz­kę!

Igna­cy wy­cią­gnął dłoń w stro­nę blon­dyn­ki. Za­nim się przed­sta­wił, jej ciem­no­wło­sa ko­le­żan­ka, ostrzy­żo­na na za­pał­kę i na­szpi­ko­wa­na kol­czy­ka­mi, po­cią­gnę­ła ją za bluz­kę, wska­zu­jąc nad­jeż­dża­ją­cy sa­mo­chód.

– No to my idzie­my.

– Do zo­ba­cze­nia – po­wie­dział Bru­non, wci­ska­jąc bu­tel­kę w wy­cią­gnię­tą rękę współ­lo­ka­to­ra.

Z tego, co dzia­ło się póź­niej, Igna­cy pa­mię­tał je­dy­nie strzę­py: sa­mo­chód ga­sną­cy przed skrzy­żo­wa­nia­mi, opo­wieść Bru­no­na o tym, jak za­li­czył ko­goś na im­pre­zie, ośle­pia­ją­co ja­sne słoń­ce wpa­da­ją­ce przez przed­nią szy­bę i je­den wiel­ki sztorm w gło­wie.

Wspo­mnie­nia, wspo­mnie­nia, wspo­mnie­nia.

Ale trze­ba bę­dzie wstać. To dzi­siaj.

Mi­ja­jąc bez­sze­lest­nie, pią­tek za­mie­nił się w so­bo­tę.

Ukry­te w ko­ro­nach drzew pta­ki kon­cer­to­wa­ły od sa­me­go rana, a słoń­ce, któ­re wy­sko­czy­ło znad ho­ry­zon­tu, wy­da­wa­ło się więk­sze niż zwy­kle. Igna­cy le­żał na łóż­ku i czuł, jak w miej­scu żo­łąd­ka ob­ra­ca się w nim po­wo­li kula kol­cza­ste­go dru­tu.

Mi­ja­ły ko­lej­ne go­dzi­ny, wska­zów­ka ze­ga­ra zja­da­ła po­god­ną so­bo­tę, a on le­żał, przy­wa­lo­ny stre­sem, utrwa­la­jąc w my­ślach opra­co­wa­ne sce­na­riu­sze.

Wy­cho­dził z domu trzy razy, za czwar­tym uda­ło mu się nie za­wró­cić.

Uli­ca Gło­gow­ska szcze­rzy­ła się no­wym lśnią­cym to­ro­wi­skiem, a ści­śnię­te ka­mie­ni­ce po oby­dwu jej stro­nach ry­wa­li­zo­wa­ły o mia­no naj­brzyd­szej.

Igna­cy pa­lił bez prze­rwy, wci­ska­jąc jed­no­cze­śnie dru­gą dłoń głę­bo­ko w kie­szeń dżin­sów, i nie­cier­pli­wie roz­glą­dał się do­oko­ła: mi­ja­ni lu­dzie byli wy­raź­ni do prze­sa­dy, ich twa­rze wy­ostrzo­ne, a miny twar­de, jak­by ule­pio­ne z gip­su.

Ko­lej­ne kro­ple potu spły­wa­ły po zgar­bio­nych ple­cach, wsią­ka­jąc w ko­szul­kę i spodnie, wska­zu­ją­ce pal­ce ora­ły twar­dą skó­rę wo­kół pa­znok­ci kciu­ków, a żo­łą­dek stał w ogniu.

W cią­gu dwóch kwa­dran­sów spę­dzo­nych na ław­ce w cy­ta­de­li Igna­cy pró­bo­wał wy­obra­żać so­bie sie­bie w naj­gor­szych moż­li­wych sy­tu­acjach – rak je­li­ta gru­be­go, wy­da­la­nie przez usta, utra­ta wszyst­kich koń­czyn, upu­blicz­nie­nie tre­ści pi­sa­nych na kom­pu­te­rze li­stów, po­pad­nię­cie w astro­no­micz­nie wiel­kie dłu­gi – a po­tem po­rów­ny­wać je z obec­ną, aby uwy­pu­klić jej bła­hość. Nie­wie­le to jed­nak da­wa­ło i per­spek­ty­wa uczest­nic­twa w nad­cho­dzą­cej im­pre­zie w aka­de­mi­ku wy­da­wa­ła się naj­gor­szą rze­czą, jaka może się czło­wie­ko­wi przy­da­rzyć.

Szedł więc da­lej, wlókł się przez za­dba­ny park, na przej­ściach dla pie­szych roz­bu­dzał sa­mo­cho­do­we klak­so­ny, pa­trzył na swo­je sto­py i szedł jesz­cze wol­niej, mi­jał lu­dzi nie­wy­raź­nych ni­czym wy­ko­na­ne na wy­słu­żo­nym biu­ro­wym kom­baj­nie ko­pie sa­mych sie­bie i bu­dyn­ki wy­glą­da­ją­ce jak tek­tu­ro­we ma­kie­ty sce­no­gra­fii fil­mu o zbyt ni­skim bu­dże­cie.

Kie­dy do­tarł do aka­de­mi­ka, jego żo­łą­dek był już zwę­glo­ną kulą.

Re­dak­tor pro­wa­dzą­cy: Da­riusz So­śnic­ki

Re­dak­cja: Jan Koź­biel

Ko­rek­ta: Mał­go­rza­ta De­nys, Be­ata Wój­cik

Pro­jekt okład­ki: Ma­riusz Ba­na­cho­wicz

Skład i ła­ma­nie: Tekst – Mał­go­rza­ta Krzy­wic­ka

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, Fok­sal 17

tel./fax (22) 646 05 10, 828 98 08

biu­ro@gwfok­sal.pl

www.wab.com.pl

ISBN - 978-83-7881-086-5

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Wy­daw­nic­two W.A.B.

i Ewa Kra­jew­ska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Fantastycznie nieobliczalni Nikt nie idzie Dżozef Rdza Sieć podejrzeń Ślady 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sól morza Jak być kochanym Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość