Fiasko

Fiasko

Autorzy: Stanisław Lem

Wydawnictwo: Cyfrant

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 8.99 zł

"Fiasko" to ostatnia powieść SF Lema: awanturnicza akcje przedstawia perypetie załogi ziemskiej rakiety, która przybywa w pobliże zamieszkanej przez istoty rozumne planety z misją nawiązania kontaktu. Chociaż ludziom udaje się  pokonać własną śmierć, pokonać - dzięki niezwykłej fizyce "czarnych dziur" - barierę czasu, zyskać potęgę pozwalającą niszczyć ciała niebieskie, to jednak wciąż prawdziwy kłopot sprawia im pokonanie bariery Inności i porozumienie z obcą formą życia.

Stanisław Lem

Fiasko

© Copyright by Barbara i Tomasz Lem, 2012

projekt okładki: Anna Maria Suchodolska

zdjęcie na okładce: © EAST NEWS/PIOTR JASKOW

© Copyright for this edition: Pro Auctore Wojciech Zemek

www.cyfrant.pl

ISBN 978-83-63471-37-8

Kraków

2013

Wszelkie prawa zastrzeżone

Stanisław Lem

FIASKO

Spis treści

Las Birnam

Narada

Rozbitek

SETI

Beta Harpii

Kwinta

Łowy

Księżyc

Zwiastowanie

Atak

Demonstracja siły

Paroksyzm

Eschatologia kosmiczna

Bajka

Sodoma i Gomora

Kwintanie

LAS BIRNAM

– Ładnie pan siadł.

Człowiek, który to powiedział, nie patrzył już na pilota w skafandrze, ze zdjętym hełmem pod pachą. W okrągłej sali kontrolnej, z podkową pulpitów pośrodku, podszedł do ściany ze szkła i spoglądał na wielki, choć daleki walec statku osmalonego u dysz. Wciąż jeszcze chlapało z nich na beton czarniawą wymiociną. Drugi kontroler, barczysty, w berecie wciśniętym na łysą czaszkę, puścił taśmy zapisu wstecz i gdy się przewijały, samym kątem oka, niby ptak o nieruchomej powiece, zezował ku przybyszowi. Na uszach miał słuchawki, a przed sobą szereg chaotycznie migających monitorów.

– Jakoś poszło – rzucił pilot. Udając, że to mu niezbędne przy odpinaniu ciężkich rękawic z podwójnymi ściągaczami, oparł się nieznacznie o wysuniętą krawędź pulpitu. Po tym lądowaniu łaskotało go w kolanach.

– Co to było?

Mały przed szybami, w wytartej skórzanej kurtce, z mysią, nieogoloną twarzą, klepał się po kieszeniach, aż znalazł w jednej papierosy.

– Defleksja ciągu – bąknął pilot, trochę zaskoczony flegmą powitania.

Tamten, już z papierosem w ustach, zaciągnął się i spytał przez dym:

– Ale dlaczego? Nie wie pan?

Nie – chciał odpowiedzieć pilot, lecz zmilczał, bo mu się wydawało, że powinien wiedzieć. Taśma się skończyła. Jej koniec furczał z wirującym bębnem. Wielki wstał, odłożył słuchawki, teraz dopiero skinął mu głową i odezwał się chrypliwie:

– London. A to jest Gosse. Witamy na Tytanie. Czego się napijemy? Może być kawa albo whisky.

Młody pilot zmieszał się. Znał nazwiska tych ludzi, ale nigdy ich nie widział i nie zdając sobie z tego sprawy, uznał, że kierownikiem musi być ten wielki i to jest Gosse, tymczasem było na odwrót. Przestawiając to sobie w głowie, wybrał kawę.

– Jaki fracht? Głowice karborundowe? – spytał London, kiedy już we trzech siedli do stolika wysuniętego ze ściany, z kawą parującą w szklankach podobnych do zlewek laboratoryjnych: miały dziobki. Gosse popił kawą żółtą pigułkę, odetchnął, rozkaszlał się i wysiąkał nos, aż mu oczy zaszły łzami.

– I promienniki też pan przywiózł, co? – zwrócił się do pilota.

Ten, znów zaskoczony, bo oczekiwał większego zainteresowania swoim wyczynem, tylko głową przytaknął. Nie co dzień dławi się rakiecie podczas lądowania ciąg. Zamiast listy towarowej miał w ustach gotową relację, jak nie próbując ani przedmuchania dysz, ani zwiększenia głównego ciągu, od razu wyłączył automatykę i siadł na samych boosterach, sztuczką, jakiej poza symulatorem nigdy jeszcze nie próbował. A i to dawno. Więc znów musiał sobie poprzestawiać myśli.

– Przywiozłem – powiedział z tego wszystkiego i poczuł nawet zadowolenie, bo to nieźle zabrzmiało. Taki lakoniczny wyszedł z zagrożenia.

– Ale nie tam, gdzie należało – uśmiechnął się mały, Gosse.

Pilot nie wiedział, czy to żarty.

– Jak to nie tam...? Przecież przyjęliście mnie. Wezwaliście – poprawił się.

– Musieliśmy.

– Nie rozumiem.

– Toż pan miał lądować w Graalu.

– No to po co ściągnęliście mnie z kursu?

Zrobiło mu się gorąco. Wezwanie brzmiało kategorycznie. Wprawdzie złapał, wytracając szybkość, radiowe doniesienie Graala o jakimś wypadku, ale mało co zrozumiał przez zakłócający szum. Naleciał bowiem ku Tytanowi od Saturna, żeby jego grawitacją wytracać pęd i tym samym oszczędzić paliwa, więc otarł się statkiem o magnetosferę olbrzyma, aż mu zatrzeszczało na wszystkich zakresach fal. Zaraz potem odebrał wezwanie tego kosmodromu. Nawigator musi usłuchać kontroli lotów. A tu nawet skafandra nie dali mu zdjąć, biorąc od razu na spytki. Duchem był nadal w sterowni, z pasami wrzynającymi się wściekle w barki i pierś, gdy rakieta uderzyła już rozkraczonymi łapami w beton, ale boostery do końca się nie wypaliły i łomocąc ogniem, wprawiały cały korpus w podrygi.

– O co chodzi? Gdzie miałem właściwie siąść?

– Pańska drobnica należy się Graalowi – wyjaśnił mały, wycierając zaczerwieniony nos. Miał katar. – A myśmy przechwycili pana nadorbitalnie i wezwaliśmy tu, bo potrzebujemy Killiana. Pańskiego pasażera.

– Killiana? – zdziwił się młody pilot. – Nie mam go na pokładzie. Oprócz mnie jest tylko Sinko, drugi pilot.

Tamci zdębieli.

– Gdzie jest Killian?

– Teraz już pewno w Montrealu. Jego żona rodzi. Odleciał przede mną towarowym wahadłowcem, zanim wystartowałem.

– Z Marsa?

– Jasne, a skąd? O co chodzi?

– Bałagan panujący w Kosmosie nie ustępuje ziemskiemu – zauważył London. Nabijał fajkę tytoniem z taką siłą, jakby ją chciał roztłuc. Był zły. Pilot też.

– To nie mogliście mnie spytać?

– Byliśmy pewni, że on leci z panem. Taki był ostatni radiogram.

Gosse znów wytarł nos i westchnął.

– Wystartować nie może pan już tak czy owak – odezwał się wreszcie. – A Marlin nie mógł się doczekać promienników. Teraz wszystko zwali na mnie.

– Przecież są – wskazał pilot głową mgłę za szybami, gdzie ciemniało wysmukłe wrzeciono jego statku. – Chyba sześć. A dwa gigadżulowe. Rozdmuchną każdą mgłę czy chmurę jak nic.

– Ale nie wezmę ich na plecy i nie zataszczę Marlinowi – odparował Gosse w coraz gorszym humorze.

Niedbalstwo i samowola podrzędnego lądowiska, które, jak powiedział kierownik, przechwyciło go po trzech tygodniach rejsu nie upewniwszy się, czy ma oczekiwanego pasażera, dotknęły pilota. Nie spieszył się z oświadczeniem, że będą się musieli sami zatroszczyć o jego fracht. Przed usunięciem awarii nie da rady, choćby i chciał. Milczał.

– Jasne, że zostanie pan u nas.

Z tymi słowami London dopił kawę i podniósł się z aluminiowego krzesła. Był ogromny jak zapaśnik ciężkiej wagi. Podszedł do szklanej ściany. Pejzaż Tytana, martwa wściekłość gór, nieziemskich barwą w rudej poświacie, dociśniętej brązowymi chmurami do ich grzbietów, stanowiła doskonałe tło dla jego postaci. Podłoga wieży delikatnie wibrowała. Co za stara przetwornica, pomyślał pilot. Też wstał, żeby obejrzeć swój statek. Jak latarnia morska sterczał pionowo z pędzącej nisko mgły. Podmuch odwiał jej kłęby, ale już nie było widać plam przegrzewu na dyszach. Może przez odległość i półmrok, a może po prostu ostygły.

– Macie tu gamma defektoskopy? – Statek był dlań ważniejszy od ich kłopotu. Sami go sobie sprawili.

– Mamy. Ale nie dam podejść nikomu do rakiety w zwykłym skafandrze – odezwał się Gosse.

– Myśli pan, że to stos? – poderwało pilota.

– A pan?

Mały kierownik też wstał i podszedł do nich. Z podłogowych szczelin wzdłuż wypukłych szyb wiało miłym ciepłem.

– Temperatura skakała przy schodzeniu ponad normę, ale geigery się nie odezwały. To chyba tylko dysza. Może wypluło ceramikę z ogniowej komory. Miałem wrażenie, że coś gubię.

– Ceramika poszła swoją drogą, ale był wyciek – orzekł stanowczo Gosse. – Ceramika się nie topi.

– Ta kałuża? – zdziwił się pilot. Stali przed podwójnymi szkłami. Pod rufą rzeczywiście rozlała się czarna kałuża. Mgły pędzone wichurą co chwila omiatały kadłub statku.

– Pan co ma w stosie? Ciężką wodę czy sód? – spytał London. Przewyższał pilota o głowę. Z radia dobiegło popiskiwanie. Gosse skoczył tam, włożył słuchawki z laryngofonem i rozmawiał z kimś cicho.

– To nie może być ze stosu... – bezradnie powiedział pilot. – Mam ciężką wodę. Roztwór jest czysty jak łza. Przezroczysty. A to jest czarne jak smoła.

– No to puściło chłodzenie w dyszy – zgodził się London. – I potrzaskało ceramikę.

Mówił jak o zapałkach. Wcale nie przejął się awarią, która uwięziła pilota ze statkiem w tej dziurze.

– Pewno tak... – przyświadczył młody człowiek. – Największe ciśnienie jest w tulejach przy hamowaniu. Jak ceramika pęknie w jednym miejscu, to całą resztę wymiecie główny ciąg. Wszystko wypluło ze sterburtowej dyszy.

London się nie odezwał. Pilot dodał z wahaniem:

– Może siadłem trochę za blisko...

– Głupstwo. Dobrze, żeś pan w ogóle równo siadł.

Pilot czekał dalszych uwag zakrawających na pochwałę, ale London odwrócił się ku niemu i obejrzał od rozczochranych jasnych włosów do stóp w białych butach skafandra.

– Jutro poślę technika na deflektoskopię... Wrzucił pan stos na jałowy bieg? – dodał nagle.

– Nie. Całkiem wyłączyłem. Jak na dokowanie.

– To dobrze.

Pilot wiedział już, że nie ma komu opowiadać o szczegółach walki z rakietą nad samym kosmodromem. Kawa kawą – ale czy gospodarze, co mu się tak narzucili, nie powinni dać pokoju i łazienki? Marzył o gorącym tuszu. Gosse wciąż bormotał do mikrofonu. London stał nad nim pochylony. Sytuacja była niewyraźna, ale pełna napięcia. Pilot czuł już, że ci dwaj mają na głowie coś ważniejszego od jego przygody i że to się wiąże z sygnałami Graala. Dosłyszał, lecąc, strzępy – było w nich coś o maszynach, które nie doszły, i o ich poszukiwaniu.

Gosse obrócił się z fotelem, przez co zbyt naciągnięty przewód zesunął mu słuchawki z uszu na szyję.

– Gdzie jest ten pański Sinko?

– Na pokładzie. Kazałem mu sprawdzić reaktor.

London wciąż pytająco patrzał na kierownika. Ten zaprzeczył nieznacznie głową i mruknął:

– Nic.

– A ich śmigłowce?

– Wróciły. Widoczność zero.

– Pytałeś o udźwig?

– Nie dadzą rady. Ile waży gigapromiennik? – zwrócił się do pilota przysłuchującego się rozmowie.

– Nie wiem dokładnie. Niecałe sto ton.

– Co oni robią? – nastawał London. – Na co czekają?

– Na Killiana – odparł Gosse i dosadnie zaklął.

London wyjął ze ściennej szafki butelkę White Horse, potrząsnął nią, jakby badając, czy to dostatecznie dobry środek na stan rzeczy, i wstawił ją z powrotem na półkę. Pilot stał i czekał. Już nie czuł ciężaru skafandra.

– Zginęli nam dwaj ludzie – odezwał się Gosse. – Nie doszli do Graala.

– Nie dwaj, tylko trzej – sprostował ponuro London.

– Przed miesiącem – podjął Gosse – dostaliśmy transport nowych Diglatorów. Sześć sztuk dla Graala. Graal nie mógł przyjąć statku, bo nie nadążył z nowym betonowaniem kosmodromu. Kiedy wylądował pierwszy kontenerowiec „Achilles”, dziewięćdziesiąt tysięcy ton, całe zbrojenie płyt, komisyjnie zagwarantowane, trzasło. Dobrze, że się statek nie przewrócił. Wyciągali go z zapadliska do stoczni dwie doby. Na gwałt robili zastrzyki cementu, położyli ogniotrwałą wykładzinę i otwarli port. Ale te Diglatory stały u nas. Panowie eksperci uznali, że przewóz rakietą się nie opłaci, zresztą kapitanem „Achillesa” jest Ter Leoni. Gdzie by on ruszył dziewięćdziesięciotysięcznikiem na sto osiemdziesiąt mil z Graala tutaj, czy taki grzmot to pchła? Marlin przysłał dwóch najlepszych kierowców. W zeszłym tygodniu przeprowadzili dwie maszyny do Graala. Już tam pracują. Przedwczoraj ci sami ludzie wrócili śmigłowcem po dalsze maszyny. Wyruszyli o świcie, w południe minęli Wielki Cypel i kiedy zaczęli schodzić, urwała się łączność. Zmarnowało się kupę czasu przez to, że prowadzenie przejmuje od Cypla sam Graal. Myśleliśmy, że się nie odzywają, bo są w naszym cieniu radiowym. – Gosse mówił to spokojnie i monotonnie. London stał tyłem przy szybach. Pilot słuchał.

– Tym samym śmigłowcem przyleciał z operatorami Pirx. Posadził swego „Cuiviera” w Graalu i chciał się ze mną zobaczyć. Znamy się od lat. Helikopter miał go zabrać wieczorem, ale nie przyleciał, bo Marlin wysłał wszystko co miał na poszukiwania. Pirx nie chciał czekać. Albo nie mógł. Miał jutro startować i chciał być sam przy klarowaniu statku. No i wymógł na mnie, żebym mu dał wracać do Graala jednym z Diglatorów. Żądałem słowa, że pójdzie południowym szlakiem, dłuższym, ale poza depresją. Dał słowo i złamał. Widziałem go na ORSANIE, jak schodził w depresję.

– Co to jest ORSAN? – spytał pilot. Był blady. Pot wystąpił mu na czoło, ale czekał na wyjaśnienie.

– Orbitalny satelita patrolowy. Przechodzi nad nami co osiem godzin i akurat dał mi wtedy obraz. Pirx zeszedł na dół i znikł.

– Pirx? – spytał pilot ze zmienioną twarzą. – Komandor Pirx?

– Tak. Pan go zna?

– Czy go znam! – wybuchnął pilot. – Służyłem pod nim jako stażysta. On podpisał mój dyplom... Pirx? Przez tyle lat wychodził cało z najgorszych... – Urwał. Zagotowało się w nim. Podniósł oburącz hełm, jakby chciał nim rzucić w Gossego.

– Jak pan mu dał iść samemu Diglatorem? Jak pan mógł? Przecież to dowódca dalekiej żeglugi, a nie szofer...

– Znał te maszyny, kiedy pan chodził jeszcze w krótkich majtkach – odparł Gosse. Widać było, jak broni się przed zarzutem. London z kamienną twarzą podszedł do monitorów, między którymi Gosse siedział ze słuchawkami na szyi, i przed nosem wytrząsał mu popiół z fajki do pustego aluminiowego bębna. Obejrzał ją, jakby nie wiedział, co trzyma, wziął w obie garście i fajka pękła. London cisnął kawałki, wrócił do okna i znieruchomiał, splótłszy na grzbiecie palce ściśniętych pięści.

– Nie mogłem mu odmówić...

Gosse zwrócił się niechybnie do Londona, który jakby nie słysząc, patrzał przez szkło w chybotliwe skłębienia rudej mgły. Już tylko dziób rakiety wynurzał się z niej chwilami.

– Gosse – odezwał się naraz pilot – pan mi da maszynę.

– Nie dam.

– Mam patent operatora tysięczników.

Gossemu oczy rozbłysły na mgnienie, lecz powtórzył:

– Nie dam. Pan nigdy nie operował na Tytanie.

Nic nie mówiąc, pilot zaczął zdejmować skafander. Odkręcił szeroki metalowy kołnierz, porozpinał barkowe zaczepy, pod nimi – zamek błyskawiczny, sięgnął głęboko za pazuchę i wyjął portfel zgnieciony długim noszeniem pod ciężką otuliną skafandra. Naramienne płaty rozwarły mu się, jakby rozprute. Przystąpił do Gossego i po kolei kładł przed nim papiery.

– To z Merkurego. Miałem tam Biganta. Japoński model. Osiemset ton. A tu prawo operowania tysięcznikami. Wierciłem na Antarktydzie lądolód szwedzkim zimnochodem, Krioperatorem. To jest fotokopia drugiej nagrody z zawodów na Grenlandii, a to z Wenery.

Rzucał fotografie jak atutowe karty.

– Byłem tam z ekspedycją Holleya. To jest mój termoped, a to kolegi zmiennika. Oba prototypowe modele, niezłe. Tylko klimatyzacja ciekła.

Gosse podniósł na niego oczy.

– Toż pan jest pilotem?

– Przekwalifikowałem się. Właśnie u komandora Pirxa. Najpierw służyłem na jego „Cuivierze”. Pierwsze dowództwo dostałem na holowniku...

– Ileż pan ma lat?

– Dwadzieścia dziewięć.

– Jak pan zdążył tak poprzeskakiwać?

– Kiedy się chce, to można. Zresztą kierowca planetarnych maszyn opanuje każdy nowy typ po godzinie. Tyle, co przesiąść się z motoroweru na motocykl. – Urwał. Miał jeszcze plik zdjęć, ale ich nie wyjął. Zebrał rzucone z pulpitu, wetknął w wytarte skórzane okładki i schował do wewnętrznej kieszeni. W rozpiętym szeroko skafandrze, nieznacznie zaczerwieniony, stał obok Gossego. Na monitorach biegły wciąż jałowe pręgi światła. London, przysiadłszy na rurowej poręczy pod szybami, obserwował milczkiem tę scenę.

– Powiedzmy, że dałbym panu Diglatora. Dajmy na to. Co pan pocznie?

Pilot uśmiechał się. Na jego czole świeciły kropelki potu. Jasna czupryna nosiła znak po ciemieniowych poduszkach hełmu.

– Wezmę promiennik i pójdę tam. Gigadżulowy, z ładowni. Helikoptery Graala takiego nie uniosą, ale dla Diglatora i sto ton to nic. Pójdę i rozejrzę się trochę... Marlin może sobie darować poszukiwania z powietrza. Wiem, ile tam jest hematytów. I mgły. Z helikoptera nic się nie wypatrzy.

– A pan pójdzie z maszyną od razu na dno.

Pilot uśmiechnął się szerzej, błyskając białymi zębami. Gosse zobaczył, że ten chłopiec – bo to był prawie chłopiec, tylko rozmiary skafandra dodawały mu lat – ma takie same oczy jak Pirx. Może trochę jaśniejsze, ale z takimi samymi zmarszczkami przy kątach powiek. Mrużył je, przez co spojrzenie miał jak wielki kot w słońcu – zarazem niewinne i ostre.

– On chce wejść w depresję i „rozejrzeć się trochę” – powiedział do Londona, ni to pytając, ni to wydając na pośmiewisko zuchwalstwo ochotnika. London ani drgnął. Gosse wstał, zdjął słuchawki, podszedł do kartografu i jak roletę ściągnął wielką mapę północnej półkuli Tytana. Wskazał dwie grube krechy wygięte przebiegiem na żółtoliliowym tle pociętym liniami warstwic.

– Jesteśmy tutaj. Po prostej do Graala sto dziesięć mil. Tą starą marszrutą, czarną, sto czterdzieści sześć. Straciliśmy na niej czterech ludzi, kiedy Graal się betonował i jedyne lądowisko było u nas. Wtedy używało się pedypulatorów na dieslach napędzanych hypergolami. Jak na tutejsze warunki pogoda stała śliczna. Dwie partie maszyn doszły do Graala bez szwanku. A potem w jednym dniu przepadły cztery wielkochody. We Wielkiej Depresji. Na tym zakreskowanym kółku. Bez śladu.

– Wiem – zauważył pilot. – Uczyłem się tego. Znam nazwiska tych ludzi.

Gosse dotknął palcem miejsca, w którym od czarnego szlaku na południe wykreślono czerwony obchód.

– Przedłużyło się drogę, ale nikt nie wiedział, jak daleko sięga zdradliwy teren. Geologów tam rzucono. Można było posłać dentystów. Też znawcy dziur. Na żadnej planecie nie ma chodzących gejzerów, a tu są. To niebieskie na północy to Mare Hynicum. My i Graal jesteśmy w głębi lądu. Ale to nie jest żaden ląd. To gąbka. Mare Hynicum nie zalewa depresji między nami i Graalem, bo cały brzeg jest płaskowyżem. Geologowie uznali ten tak zwany kontynent za podobny do bałtyckiej tarczy fennoskandii.

– Pomylili się – wtrącił pilot. Zanosiło się na wykład. Postawił hełm w kącie i, rozparty na krześle, złożył ręce jak grzeczny uczeń. Nie wiedział, czy Gosse chce go zapoznać z marszrutą, czy od niej odstraszyć, ale sytuacja dość mu smakowała.

– Ano właśnie. Pod skałami leży hydrokarbonowa marzłoć. Paskudztwo wykryte przy głębokich nawiertach. Wieczny lód, fałszywy, z polimerów węglowodorowych. Nie topnieje nawet przy zerze Celsjusza, a myśmy tu nie zanotowali nigdy temperatury wyższej niż minus dziewięćdziesiąt stopni. Wewnątrz depresji roi się od starych kalder i zdechłych gejzerów. Eksperci widzieli w tym pozostałość aktywności wulkanicznej. Kiedy te gejzery ożyły, przylecieli goście z większym wykształceniem. Sejsmoakustyka wykryła głęboko pod skałami sieć jaskiń, tak rozgałęzionych, jakich świat nie widział. Zrobiło się speleologiczną ekspertyzę – ludzie ginęli, ubezpieczenia płaciły, więc w końcu i konsorcjum otwarło kieszeń. Potem astronomowie dodali: kiedy księżyce Saturna znajdą się między Tytanem i Słońcem, grawitacyjny pływ wchodzi w maksimum, lądowa tarcza ulega zgnieceniu i z ognisk pod mantią wyciska magmę. Tytan ma wciąż gorące jądro. Magma krzepnie, nim wydostanie się z głębin kominami, ale krzepnąc, podgrzewa całą Orlandię. Mare Hynicum jest jak woda, a podstawa Orlandii jak gąbka. Zaczopowane koryta podziemne udrożniają się i stąd gejzery. Ciśnienie dochodzi do tysiąca atmosfer. Nigdy nie wiadomo, którędy to świństwo wytryśnie. A pan koniecznie pragnie tam iść, co?

– Owszem – odparł w sposób równie wyszukany pilot. Chętnie założyłby nogę na nogę, ale nie mógł w skafandrze. Pamiętał, jak kolega, który spróbował to zrobić, przewrócił się razem ze stołkiem.

– Chodzi o Las Birnam? – dodał. – Mam już uciekać, czy mogę serio porozmawiać z panem, kierowniku?

Gosse, puszczając to mimo uszu, ciągnął:

– Nowy szlak kosztował majątek. Trzeba było kumulatywnymi ładunkami nagryzać ten wał lawy – to jest główny wyciek Gorgony. Nawet Mons Olympus Marsa może się schować przed Gorgoną. Dynamit okazał się słabiutki. Był u nas niejaki Harenstine – może pan o nim słyszał? – który proponował, żeby zamiast przebijać się przez ten wał, wykuć w nim stopnie – zrobić schody. Bo to będzie tańsze. W konwencji ONZ powinien być przepis zabraniający dopuszczania do astronautyki idiotów. Wał Tyfona, cóż, przebiły specjalne bomby termojądrowe, po wydrążeniu tuneli. Gorgona, Tyfon – całe szczęście, że Grecy mieli tylu bogów i można ich pożyczać z mitologii. Nowy szlak otwarło się rok temu. Przecina tylko najdalej wysuniętą na południe kotlinę depresji. Dostał od ekspertów rozkaz, że ma być bezpieczny. Tymczasem ciągi podziemnych pieczar są wszędzie – pod całą Orlandią. Trzy czwarte Afryki! Kiedy Tytan stygł, krążył po silnie wydłużonej orbicie. Zbliżał się do strefy Roche’a, w którą wpadła moc mniejszych księżyców, i Saturn zmełł je na swoje pierścienie. Więc Tytan stygł, wrząc i powstawały na nim wielkie bąble w perisaturnium, marzły w aposaturnium, a potem przyszły sedymentacje, glacjacje i tę bąblowatą, gąbczastą, amorficzną skałę pokryły i zepchnęły w głąb. Nieprawda, że Mare Hynicum wpływa tam tylko przy odpowiedniej ascenzji wszystkich księżyców Saturna. Tych wtargnięć i wytryskiwania gejzerów nie da się przewidzieć. W zasadzie wiedzą o tym wszyscy, co tu pracują, i przewoźnicy, i piloci, i pan. Chociaż ten szlak kosztował miliard, wstęp powinien być ciężkim maszynom wzbroniony. Wszyscy, w dawnym sensie, znajdujemy się w niebie. Czy nie mówi o tym nazwa kopalni – Graal? Tylko że niebo okazało się paskudnie kapitałochłonne. Można było się urządzić lepiej. W paradę weszła buchalteria. Wypłaty za ginących są spore, ale mniejsze od inwestycji, która zredukowałaby niebezpieczeństwo. Już prawie skończyłem. Może być, że tamci się wykaraskają, nawet jeżeli ich zatopiło. Zaczyna się odpływ, a pancerz Diglatora wytrzyma sto atmosfer na cal. Tlen mają na trzysta godzin. Marlin wysłał robocze poduszkowce i dał na remont dwa superciężkie. Bez względu na to, co pan potrafi, nie warto. Nie warto nadstawiać karku. Diglator należy do najcięższych...

– Pan obiecał skończyć – przerwał mu pilot. – Spytam tylko jednym słowem, dobrze? A Killian?

Gosse otwarł usta, rozkaszlał się i usiadł.

– Przecież po to miałem go przywieźć – dodał pilot. – Nie?

Gosse pociągnął dolny brzeg mapy, przez co furknąwszy, zwinęła się, wziął papierosa i powiedział znad płomyka zapalniczki:

– To jego rzecz. Znał teren. A poza tym miał kontrakt. Nie mogę zabraniać operatorom, żeby zawierali umowy z Graalem. Mogę złożyć dymisję i pewno to zrobię. I mogę odprawić z kwitkiem każdego bohatera.

– Pan mi da maszynę – powtórzył spokojnie pilot. – Mogę zaraz pogadać z Graalem. Marlin podskoczy, wyda zlecenie i koniec. Dostanie pan służbowo. Marlinowi wszystko jedno, Killian czy ja. A instrukcję umiem na pamięć. Szkoda czasu, panie Gosse. Proszę dać mi coś zjeść, umyć się, a potem obgadamy szczegóły.

Gosse popatrzył bezradnie na Londona i rozczarował się, jeśli oczekiwał wsparcia.

– On pójdzie – odezwał się jego zastępca. – Słyszałem o nim od tego speleologa, co był latem w Graalu. On jest akurat taki jak twój Pirx. Cicha woda. Tylko fajki szkoda. Wykąp się, kolego. Tusze są na dole. I zaraz wróć, żeby zupa nie wystygła.

Pilot, uśmiechnąwszy się do Londona z wdzięcznością, wyszedł. Po drodze podniósł swój biały hełm tak energicznie, aż wszystkie końcówki wężów uderzyły go po bokach skafandra. Ledwie zamknął za sobą drzwi, London jął hałasować naczyniem przy podgrzewaczach.

– Co to da? – Gosse zadał ze złością pytanie jego plecom. – Ty też dobry jesteś!

– A ty maślany przyjaciel. Po coś dał Pirxowi maszynę?

– Musiałem. Dał słowo.

London odwrócił się ku niemu z garnkiem w rękach.

– Chłopie, puknij się w czoło. Słowo dał! Taki, jak ci da słowo, że skoczy za tobą do wody, to dotrzyma. A jak da, że będzie się tylko patrzył, jak toniesz, to także skoczy. Nie mam racji?

– Racja i racjonalność to nie to samo – Gosse bronił się jeszcze bez przekonania. – Jak on może im pomóc?

– Może znaleźć ślady. Weźmie promiennik.

– Przestań! Lepiej posłucham Graala. Może jest jakaś wiadomość.

Daleko było jeszcze do zmierzchu, choć ściemniło się od chmur, siadających wokół rozświetlonego grzyba wieży. London krzątał się przy stole, a Gosse, paląc papierosa za papierosem, ze słuchawkami na uszach, odbierał jałową gadaninę bazy Graala z gąsienicówkami wysłanymi po powrocie śmigłowców. Jednocześnie myślał o tym pilocie. Czy nie zbyt skwapliwie, bez pytań, zmienił kurs, by u nich wylądować? Dwudziestodziewięcioletni dowódca statku z patentem żeglugi kosmicznej wielkiego zasięgu musi być twardzielem i zapaleńcem. Inaczej nie wybiłby się tak szybko. Niebezpieczeństwo kusiło jego zuchowatą młodość. Jeśli on sam był winien, to niedopatrzenia. Gdyby spytał o Killiana, wmusiłby statek Graalowi. Nie zdawał sobie zresztą sprawy kierownik Gosse, po dwudziestu godzinach bez snu, że niechcący pochował już w myślach przybysza. Jak on się właściwie nazywa? Wiedział, ale zapomniał i wziął to za objaw nadchodzącej starości. Dotknął lewego monitora. Zielonymi szeregami wyskoczyły litery:

STATEK: HELIOS DROBNICOWIEC II KLASY

PORT MACIERZYSTY: SYRTIS MAIOR

DOWÓDCA PILOT: ANGUS PARVIS

DRUGI PILOT: ROMAN SINKO

FRACHT: CZY PODAĆ LISTĘ TOWARÓW

???

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Boli tylko, gdy się śmieję... Ogród ciemności i inne opowiadania Sława i Fortuna. Listy do Michaela Kandla Planeta LEMa. Felietony ponadczasowe Fantastyczny Lem. Antologia opowiadań według czytelników Świat na krawędzi. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Tomasz Fiałkowski 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piorun kulisty Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Każde martwe marzenie Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży