Moja krótka historia

Moja krótka historia

Autorzy: Stephen Hawking

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 152

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 20.50 zł

Autor Krótkiej historii czasu w najprywatniejszej książce o sobie.

Wielowątkowa, momentami  wręcz zabawna historia życia jednego z około dwustu tysięcy dzieci, które urodziły się dokładnie w trzysetną rocznicę śmierci najwybitniejszego astronoma - Galileusza.

Za sprawą rodziny nauki ścisłe towarzyszyły Stephenowi Hawkingowi  od najmłodszych lat. Koledzy z klasy, doceniając jego potencjał oraz niezwykłą inteligencję, już za młodu okrzyknęli go Einsteinem. Szkolne sukcesy w matematyce i fizyce w późniejszym okresie zaowocowały prestiżowymi studiami w Oksfordzie i Cambridge oraz działalnością naukową związaną z tematyką kosmologiczną. Krótko po 21. urodzinach znienacka pojawiają się pierwsze omdlenia i upadki. Długotrwałe badania, kolejne diagnozy, w końcu wyrok: rzadka, poważna, być może śmiertelna choroba.

Ste­phen Haw­king

Moja krótka hi­sto­ria

Przełożyła Agniesz­ka So­bo­lew­ska

Tytuł ory­gi­nału My Brief Hi­sto­ry

co­py­ri­ght © 2013 by Ste­phen W. Haw­king

All ri­ghts re­se­rved.

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Agniesz­ka So­bo­lew­ska, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Spis treści

Dedykacja

1. Dzieciństwo

2. St Albans

3. Oksford

4. Cambridge

5. Fate grawitacyjne

6. Wielki Wybuch

7. Czarne dziury

8. Cattech

9. Małżeństwo

10. Krótka historia czasu

11. Podróże w czaste

12. Czas urojony

13. Bez granic

Wykaz źródeł zdjęć

O Autorze

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Wil­lia­ma, Geo­r­ge’a i Rose

1. Dzie­ciństwo

Mój oj­ciec, Frank, po­cho­dził z chłopskiej ro­dzi­ny dzierżawiącej zie­mię w an­giel­skim hrab­stwie York. Jego dzia­dek, a mój pradzia­dek, John Haw­king, był zamożnym far­me­rem, ale kupił za dużo go­spo­darstw i zban­kru­to­wał w wy­ni­ku kry­zy­su w rol­nic­twie na początku XX wie­ku. Jego syn Ro­bert – mój dzia­dek – próbował pomóc swo­je­mu ojcu, ale sam też zo­stał ban­kru­tem. Na szczęście żona Ro­berta miała dom w Bo­ro­ugh­brid­ge i pro­wa­dziła w nim szkołę, co za­pew­niało ro­dzi­nie nie­wiel­kie do­cho­dy. Dzięki temu dziad­kom udało się posłać syna na stu­dia me­dycz­ne na Uni­wer­sy­te­cie Oks­fordz­kim.

Oj­ciec zdo­by­wał różne sty­pen­dia i na­gro­dy, więc po ja­kimś cza­sie sam mógł wysyłać ro­dzi­com pie­niądze. Po stu­diach zajął się ba­da­nia­mi w dzie­dzi­nie me­dy­cy­ny tro­pi­kal­nej i w ra­mach prac ba­daw­czych po­je­chał w 1937 roku do Afry­ki Wschod­niej. Kie­dy wy­buchła woj­na, przedarł się lądem, a po­tem rzeką Kon­go na dru­gi ko­niec kon­ty­nen­tu, żeby wrócić stat­kiem do An­glii. Tam zgłosił się na ochot­ni­ka do służby woj­sko­wej. Usłyszał jed­nak, że jest cen­niej­szy dla kra­ju jako na­uko­wiec pro­wadzący ba­da­nia me­dycz­ne.

Mój oj­ciec i ja

Moja mat­ka uro­dziła się w Dun­ferm­li­ne w Szko­cji jako trze­cie z ośmior­ga dzie­ci le­ka­rza ro­dzin­ne­go. Naj­star­sza z ro­dzeństwa była dziew­czyn­ka z ze­społem Do­wna, która miesz­kała od­dziel­nie z opie­kunką aż do swo­jej śmier­ci w wie­ku trzy­na­stu lat. Ro­dzi­na prze­pro­wa­dziła się do De­von, kie­dy moja mat­ka miała lat dwa­naście. Po­dob­nie jak Haw­kin­go­wie, jej ro­dzi­na nie należała do zamożnych. A jed­nak im również udało się posłać dziec­ko – moją matkę – na Uni­wer­sy­tet Oks­fordz­ki. Po stu­diach mat­ka pra­co­wała w różnych za­wo­dach, między in­ny­mi jako in­spek­tor po­dat­ko­wy, ale nie lubiła tego zajęcia. Rzu­ciła tę pracę i zo­stała se­kre­tarką. Właśnie wte­dy, na początku woj­ny, po­znała mo­je­go ojca.

Z matką

Uro­dziłem się 8 stycz­nia 1942 roku, dokład­nie trzy­sta lat po śmier­ci Ga­li­le­usza. Jak sza­cuję, tego dnia przyszło na świat jesz­cze około dwu­stu tysięcy in­nych dzie­ci. Nie wiem, czy któreś z nich za­in­te­re­so­wało się później astro­no­mią.

Uro­dziłem się w Oks­for­dzie, cho­ciaż ro­dzi­ce miesz­ka­li w Lon­dy­nie. Pod­czas woj­ny obo­wiązywała umo­wa, że Niem­cy nie będą bom­bar­do­wać Oks­for­du i Cam­brid­ge, a w za­mian za to Bry­tyj­czy­cy nie będą zrzu­cać bomb na He­idel­berg i Ge­tyngę. Szko­da, że taką cy­wi­li­zo­waną umową nie można było objąć także in­nych miast.

Miesz­ka­liśmy w Hi­gh­ga­te, w północ­nej części Lon­dy­nu. Półtora roku po mnie na świat przyszła moja sio­stra Mary, co po­dob­no wca­le mnie nie ucie­szyło. Przez całe dzie­ciństwo pa­no­wało między nami pew­ne napięcie, pod­sy­ca­ne przez nie­wielką różnicę wie­ku. Znikło jed­nak ono w do­rosłym życiu, kie­dy podążyliśmy własny­mi dro­ga­mi. Mary zo­stała le­karką, ku radości ojca.

Ja, Phi­lip­pa i Mary

Dru­ga z mo­ich sióstr, Phi­lip­pa, uro­dziła się, kie­dy miałem pra­wie pięć lat i le­piej ro­zu­miałem, co się dzie­je. Pamiętam, że nie mogłem się do­cze­kać jej przyjścia na świat, żeby było nas tro­je i żebyśmy mo­gli grać w różne gry. Phi­lip­pa była bar­dzo emo­cjo­nal­nym i spo­strze­gaw­czym dziec­kiem, a ja za­wsze sza­no­wałem jej zda­nie i opi­nie. Mo­je­go bra­ta Edwar­da ro­dzi­ce ad­op­to­wa­li dużo później, kie­dy miałem czter­naście lat, więc właści­wie w ogóle nie dzie­lił ze mną dzie­ciństwa. Bar­dzo się różnił od na­szej trójki, bo zupełnie nie był ty­pem in­te­lek­tu­ali­sty i nie prze­ja­wiał za­in­te­re­so­wań aka­de­mic­kich, co za­pew­ne wyszło nam na do­bre. Był ra­czej trud­nym dziec­kiem, ale nie dało się go nie lubić. Zmarł w 2004 roku z przy­czyn, których nie udało się do końca usta­lić; naj­praw­do­po­dob­niej za­truł się opa­ra­mi kle­ju, którego używał przy re­mon­cie miesz­ka­nia.

Z ro­dzeństwem na plaży

Moje naj­star­sze wspo­mnie­nie do­ty­czy żłobka przy By­ron Ho­use Scho­ol w Hi­gh­ga­te: stoję tam i wrzeszczę, jak­by mnie ob­dzie­ra­li ze skóry. Wokół mnie dzie­ci bawiły się cu­dow­ny­mi, jak uznałem, za­baw­ka­mi i chciałem się do nich przyłączyć. Ale miałem tyl­ko dwa i pół roku, po raz pierw­szy zo­stałem z ludźmi, których nie znałem, i byłem wy­stra­szo­ny. Wy­da­je mi się, że ta re­ak­cja ra­czej za­sko­czyła mo­ich ro­dziców, bo byłem ich pierw­szym dziec­kiem, a oni na­czy­ta­li się w podręczni­kach, że dwu­lat­ki po­win­ny być go­to­we do nawiązy­wa­nia re­la­cji społecz­nych. Jed­nak po tym okrop­nym po­ran­ku za­bra­li mnie ze żłobka i posłali do By­ron Ho­use do­pie­ro półtora roku później.

Wte­dy, pod­czas woj­ny i tuż po niej, w Hi­gh­ga­te miesz­kało wie­lu lu­dzi ze śro­do­wisk na­uko­wych i aka­de­mic­kich. (W in­nym kra­ju na­zy­wa­no by ich in­te­lek­tu­ali­sta­mi, ale An­gli­cy nig­dy się do żad­nych in­te­lek­tu­alistów nie przy­zna­wa­li.) Wszy­scy oni posyłali swo­je dzie­ci do By­ron Ho­use Scho­ol, która była bar­dzo postępowa jak na tam­te cza­sy.

Na­sza uli­ca w Hi­gh­ga­te w Lon­dy­nie

Pamiętam, jak skarżyłem się ro­dzi­com, że ni­cze­go się tam nie uczę. Wy­cho­waw­cy z By­ron Ho­use nie wie­rzy­li w ogólnie wówczas przyjęte me­to­dy wbi­ja­nia uczniom ma­te­riału do głowy za po­mocą żmud­nych powtórzeń. Mie­liśmy się na­uczyć czy­tać, nie zdając so­bie spra­wy z tego, że ktoś nas uczy. W końcu opa­no­wałem tę umiejętność, ale do­pie­ro w dość późnym wie­ku ośmiu lat. Moja sio­stra Phi­lip­pa, uczo­na bar­dziej kon­wen­cjo­nal­ny­mi me­to­da­mi, po­tra­fiła czy­tać jako czte­ro­lat­ka. No, ale ona była zde­cy­do­wa­nie by­strzej­sza ode mnie.

Lon­dyn w cza­sie bom­bar­do­wań

Miesz­ka­liśmy w wy­so­kim, wąskim wik­to­riańskim domu, który ro­dzi­ce ku­pi­li bar­dzo ta­nio pod­czas woj­ny, kie­dy wszy­scy myśleli, że Lon­dyn zo­sta­nie doszczętnie znisz­czo­ny. Rze­czy­wiście, ra­kie­ta V-2 spadła nie­opo­dal. Mnie, mat­ki i sio­stry nie było wte­dy w po­bliżu – był tyl­ko oj­ciec. Na szczęście nic mu się nie stało, a sam bu­dy­nek za bar­dzo nie ucier­piał. Za to przez wie­le lat po bom­bar­do­wa­niu na na­szej uli­cy znaj­do­wało się wiel­kie gru­zo­wi­sko, na którym bawiłem się z moim ko­legą Ho­war­dem, miesz­kającym trzy domy da­lej. Ho­ward był dla mnie ob­ja­wie­niem, bo jego ro­dzi­ce nie byli in­te­lek­tu­ali­sta­mi jak ro­dzi­ce wszyst­kich in­nych zna­nych mi dzie­ci. Cho­dził do miej­skiej szkoły, nie do By­ron Ho­use, i znał się na piłce nożnej oraz bok­sie, spor­tach, o których moi ro­dzi­ce nie tyl­ko nie mie­li pojęcia, lecz którymi na­wet nie przyszłoby im do głowy się in­te­re­so­wać.

Jed­nym z daw­niej­szych wspo­mnień jest też pierw­sza ko­lej­ka, którą do­stałem. Pod­czas woj­ny nie pro­du­ko­wa­no za­ba­wek, przy­najm­niej nie na ry­nek kra­jo­wy. Mnie jed­nak pa­sjo­no­wały mo­de­le pociągów. Oj­ciec próbował zro­bić mi drew­nia­ny pociąg, ale to mnie nie sa­tys­fak­cjo­no­wało, bo chciałem mieć coś, co by się samo po­ru­szało. Kupił więc z dru­giej ręki me­cha­nicz­ny pociąg, na­pra­wił go lu­tow­nicą i dał mi na Gwiazdkę, kie­dy miałem nie­całe trzy lata. Ta ko­lej­ka nie działała naj­le­piej, ale tuż po woj­nie oj­ciec po­je­chał do Ame­ry­ki, a kie­dy wrócił li­niow­cem „Qu­een Mary”, przy­wiózł wszyst­kim pre­zen­ty. Moja mat­ka do­stała ny­lo­ny, w tam­tym cza­sie nie do ku­pie­nia w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Moja sio­stra Mary do­stała lalkę, która za­my­kała oczy, kie­dy się ją kładło. A ja – ame­ry­kańską ko­lejkę z lo­ko­mo­tywą z od­gar­nia­czem i to­ra­mi w kształcie ósem­ki. Nadal pamiętam swoją eks­cy­tację w chwi­li otwie­ra­nia pudełka.

Ja i moja ko­lej­ka

Me­cha­nicz­ne pociągi, które trze­ba było nakręcać, nie były złe, ale tak na­prawdę ma­rzyłem o ko­lej­ce elek­trycz­nej. Całymi go­dzi­na­mi oglądałem ma­kietę ko­le­jową klu­bu mo­de­lar­skie­go w Cro­uch End nie­da­le­ko Hi­gh­ga­te. Ko­lej­ka elek­trycz­na śniła mi się w nocy. Wresz­cie, kie­dy obo­je ro­dzi­ce gdzieś wy­je­cha­li, sko­rzy­stałem z oka­zji i podjąłem z kon­ta w ban­ku pocz­to­wym całą, bar­dzo skromną sumę, uzbie­raną z pie­niędzy, które da­wa­no mi na spe­cjal­ne oka­zje, ta­kie jak chrzest. Kupiłem za nią ko­lejkę elek­tryczną, ale, ku mo­jej fru­stra­cji, ta też się psuła. Po­wi­nie­nem był ją od­nieść i po­pro­sić, żeby albo sklep, albo pro­du­cent ją wy­mie­ni­li, ale w tam­tych cza­sach pa­no­wało prze­ko­na­nie, że już samo kupie­nie cze­goś jest przy­wi­le­jem, a jeśli za­kup okaże się wa­dli­wy – twój pech. Zapłaciłem więc za na­prawę elek­trycznego sil­nicz­ka lo­ko­mo­ty­wy, ale nie­wie­le to po­mogło.

Później, jako na­sto­la­tek, bu­do­wałem mo­de­le sa­mo­lotów i łodzi. Nig­dy nie miałem szczególnych zdol­ności ma­nu­al­nych, ale zaj­mo­wałem się mo­de­lar­stwem wspólnie ze szkol­nym ko­legą Joh­nem McC­le­na­ha­nem, który był w tym znacz­nie lep­szy i którego oj­ciec miał w domu warsz­tat. Za­wsze chciałem robić działające mo­de­le i nimi ste­ro­wać. Nie ob­cho­dziło mnie, jak wyglądają. Chy­ba ten sam im­puls do­pro­wa­dził mnie do wymyśle­nia mnóstwa nie­zwy­kle skom­pli­ko­wa­nych gier, w czym znacz­ny udział miał inny mój szkol­ny ko­lega, Ro­ger Fer­ney­ho­ugh. Była wśród nich gra prze­mysłowa z ma­kietą fa­bryk, w których pro­du­ko­wa­ne były to­wa­ry w różnych ko­lo­rach, z dro­ga­mi i to­ra­mi ko­le­jo­wy­mi, którymi te to­wa­ry były prze­wożone, oraz giełdą. Była gra wo­jen­na roz­gry­wa­na na plan­szy złożonej z czte­rech tysięcy pól, a na­wet gra feu­dal­na, w której każdy gracz za­wia­dy­wał całą dy­na­stią i miał do dys­po­zy­cji drze­wo ge­ne­alo­gicz­ne. Myślę, że te gry, po­dob­nie jak pociągi, łodzie i sa­mo­loty, brały się z po­trze­by zro­zu­mie­nia, jak działają różne sys­te­my i jak można je kon­tro­lo­wać. Od początku mo­ich stu­diów dok­to­ranc­kich tę po­trzebę za­spo­ka­jają ba­da­nia ko­smo­lo­gicz­ne. Jeśli ro­zu­mie­my, jak działa Wszechświat, w pew­nym sen­sie go kon­tro­lu­je­my.

2. ST AL­BANS

W 1950 roku la­bo­ra­to­rium, w którym pra­co­wał mój oj­ciec, prze­niosło się z Hamp­ste­ad w po­bliżu Hi­gh­ga­te do nowo wy­bu­do­wa­ne­go Na­tio­nal In­sti­tu­te for Me­di­cal Re­se­arch w Mill Hill, na północ­nym krańcu Lon­dy­nu. Oj­ciec uznał, że za­miast po­ko­ny­wać co­dzien­nie trasę z Hi­gh­ga­te do no­we­go miej­sca pra­cy, sen­sow­niej będzie wy­pro­wa­dzić się z całą ro­dziną ze sto­li­cy i dojeżdżać spo­za mia­sta. Ro­dzi­ce ku­pi­li więc dom w słynącym z pra­sta­rej ka­te­dry St Al­bans, położonym około dzie­sięciu mil na północ od Mill Hill i dwu­dzie­stu mil od cen­trum Lon­dy­nu. Był to duży wik­to­riański bu­dy­nek, nie­po­zba­wio­ny ele­gan­cji i cha­rak­te­ru. Ro­dzi­ce nie byli szczególnie zamożni, kie­dy go ku­po­wa­li, a dom wy­ma­gał grun­tow­ne­go re­mon­tu, za­nim mo­gliśmy się wpro­wa­dzić. Później oj­ciec, jak praw­dzi­wy skąpiec z York­shi­re, skąd prze­cież po­cho­dził, odmówił płace­nia za dal­sze na­pra­wy. Sta­rał się za to jak mógł utrzy­mać naszą sie­dzibę w do­brym sta­nie, ale bu­dy­nek był duży, a oj­ciec nie miał szczególne­go dry­gu do ta­kich spraw. Dom był jed­nak so­lid­nie zbu­do­wa­ny, więc wy­trzy­mał to za­nie­dba­nie. Ro­dzi­ce sprze­da­li go w 1985 roku, kie­dy oj­ciec poważnie cho­ro­wał, na rok przed jego śmier­cią. Wi­działem nie­daw­no ten bu­dy­nek – nie wyglądało na to, żeby prze­pro­wa­dzo­no w nim jakiś re­mont.

Nasz dom w St Al­bans

Dom za­pro­jek­to­wa­no dla ro­dzi­ny ze służbą, więc w po­ko­ju kre­den­so­wym wi­siała ta­bli­ca po­ka­zująca, z którego po­ko­ju dzwo­nio­no. Oczy­wiście nie mie­liśmy służby, ale moja pierw­sza sy­pial­nia była nie­wiel­kim po­miesz­cze­niem w kształcie li­te­ry L, które mu­siało być prze­zna­czo­ne dla po­kojówki. Po­pro­siłem o ten pokój, bo moja ku­zyn­ka Sa­rah, trochę ode mnie star­sza i bar­dzo prze­ze mnie po­dzi­wia­na, stwier­dziła, że będzie­my mo­gli się tu świet­nie bawić. Jed­na z atrak­cji po­le­gała na tym, że można było wyjść przez okno na dach szo­py na ro­we­ry, a stamtąd ze­sko­czyć na zie­mię.

Sa­rah była córką Ja­net, star­szej sio­stry mo­jej mat­ki. Ciot­ka skończyła stu­dia me­dycz­ne i wyszła za psy­cho­ana­li­ty­ka. Miesz­ka­li w dość po­dob­nym do na­sze­go domu w Har­pen­den, wio­sce położonej pięć mil da­lej na północ. To między in­ny­mi z ich po­wo­du prze­pro­wa­dzi­liśmy się do St Al­bans. Bar­dzo się cie­szyłem, że miesz­kam bli­sko Sa­rah, i często jeździłem au­to­bu­sem do Har­pen­den, żeby ją od­wie­dzić.

Samo St Al­bans znaj­do­wało się obok ruin sta­ro­rzym­skie­go mia­sta Ve­ru­la­mium, które było naj­ważniejszą po Lon­dy­nie osadą Rzy­mian na Wy­spach Bry­tyj­skich. W śre­dnio­wie­czu mieścił się tu naj­bo­gat­szy klasz­tor w kra­ju. Zbu­do­wa­no go wokół sank­tu­arium poświęco­ne­go świętemu Al­ba­no­wi, rzym­skie­mu cen­tu­rio­no­wi, którego uważa się za pierwszą osobę w Wiel­kiej Bry­ta­nii stra­coną za wy­zna­wa­nie chrześcijaństwa. Z opac­twa zo­stał tyl­ko bar­dzo duży i ra­czej brzyd­ki kościół oraz sta­ry bu­dy­nek bram­ny, który stał się częścią St Al­bans Scho­ol – do tej szkoły później cho­dziłem. W porówna­niu z Hi­gh­ga­te czy Har­pen­den St Al­bans było dość sztyw­nym i kon­ser­wa­tyw­nym miej­scem. Ro­dzi­ce właści­wie z ni­kim się tam nie za­przy­jaźnili. Częścio­wo z własnej winy, bo mie­li dość sa­mot­niczą na­turę, zwłasz­cza oj­ciec. A częścio­wo także dla­te­go, że miesz­ka­li tu zupełnie inni lu­dzie – z pew­nością żad­ne­go z ro­dziców mo­ich ko­legów ze szkoły w St Al­bans nie można było na­zwać in­te­lek­tu­alistą.

W Hi­gh­ga­te na­sza ro­dzi­na wy­da­wała się względnie nor­mal­na, ale myślę, że w St Al­bans mie­liśmy opi­nię eks­cen­tryków. Do­dat­ko­wo umac­niało ją za­cho­wa­nie ojca, który za nic miał kon­we­nan­se i po­zo­ry, jeśli tyl­ko dzięki ich igno­ro­wa­niu mógł coś za­oszczędzić. W dzie­ciństwie cier­piał biedę i wy­warło to na nie­go trwały wpływ. Nie zno­sił wy­da­wać pie­niędzy na za­pew­nie­nie so­bie wy­go­dy, na­wet kie­dy – w później­szych la­tach – było go na to stać. Nie zgo­dził się na in­sta­lację cen­tral­ne­go ogrze­wa­nia, cho­ciaż zim­no poważnie mu do­skwie­rało. Za­miast grzać się w cie­ple ka­lo­ry­ferów, na nor­mal­ne ubra­nie zakładał kil­ka swetrów i szla­frok. Za­wsze był jed­nak hoj­ny w sto­sun­ku do in­nych.

W la­tach pięćdzie­siątych uznał, że nie stać nas na nowy sa­mochód, więc kupił przed­wo­jenną lon­dyńską taksówkę i we dwóch zbu­do­wa­liśmy dla niej garaż: półokrągły ba­rak z bla­chy fa­li­stej. Sąsie­dzi byli obu­rze­ni, ale nie mo­gli nas po­wstrzy­mać. Jak większość chłopców, czułem się zażeno­wa­ny własny­mi ro­dzi­ca­mi – ale ich sa­mych nig­dy to nie mar­twiło.

Nasz wóz cygański

Jako wa­ka­cyj­ne lo­kum ro­dzi­ce ku­pi­li wóz cygański. Umieścili go na polu w Osming­ton Mills, na południo­wym wy­brzeżu Wiel­kiej Bry­ta­nii, w po­bliżu Wey­mo­uth. Wóz był ja­skra­wo po­ma­lo­wa­ny przez Cy­ganów, pier­wot­nych właści­cie­li. Oj­ciec pociągnął go zie­loną farbą, żeby mniej rzu­cał się w oczy. W środ­ku było podwójne łóżko z szaf­ka­mi pod spodem, ale oj­ciec prze­ro­bił je na łóżko piętro­we z wy­ko­rzy­sta­niem no­szy z de­mo­bi­lu. Ro­dzi­ce spa­li obok w na­mio­cie, także po­chodzącym z de­mo­bi­lu. Spędza­liśmy tam wa­ka­cje do 1958 roku, kie­dy władzom hrab­stwa wresz­cie udało się usunąć wóz z pola.

Ja na żaglówce na je­zio­rze Oul­ton Bro­ad w Suf­folk

Na­sza tym­cza­so­wy dom: Deya, Ma­jor­ka

Za­raz po prze­pro­wadz­ce do St Al­bans posłano mnie do Gim­na­zjum dla Dziewcząt, które wbrew na­zwie przyj­mo­wało chłopców do dzie­siątego roku życia. Cho­dziłem tam za­le­d­wie przez je­den se­mestr, kie­dy oj­ciec, jak nie­mal co roku, wy­je­chał na wy­prawę do Afry­ki, tyle że tym ra­zem na dość długo – nie było go około czte­rech mie­sięcy. Mat­ka nie miała ocho­ty być przez cały ten czas sama, więc za­brała obie moje sio­stry i mnie w od­wie­dzi­ny do swo­jej szkol­nej przy­ja­ciółki Be­ryl, która wyszła za Ro­ber­ta Gra­ve­sa. Państwo Gra­ves miesz­ka­li w wio­sce Deya na Ma­jor­ce. Woj­na skończyła się za­le­d­wie pięć lat wcześniej, a hisz­pański dyk­ta­tor Fran­co, sprzy­mie­rzo­ny wcześniej z Hi­tle­rem i Mus­so­li­nim, był nadal u władzy. (Przy której zresztą po­zo­stał przez ko­lej­ne dwie de­ka­dy.) Mimo to mat­ka, przed wojną człon­ki­ni Young Com­mu­nist Le­ague, udała się z trójką małych dzie­ci stat­kiem i pociągiem na Ma­jorkę. Wy­najęliśmy dom w Dei i cu­dow­nie się ba­wi­liśmy. Miałem wspólne­go pry­wat­ne­go na­uczy­cie­la z sy­nem Ro­ber­ta, Wil­lia­mem.

Ja (po le­wej) z sy­nem Ro­ber­ta Gra­ve­sa, Wil­lia­mem

Ten na­uczy­ciel był pro­te­go­wa­nym Ro­ber­ta i bar­dziej niż ucze­nie nas in­te­re­so­wało go pi­sa­nie sztu­ki na fe­sti­wal w Edyn­bur­gu. Żeby dać nam coś do ro­bo­ty, kazał co­dzien­nie czy­tać roz­dział z Bi­blii króla Ja­ku­ba i pisać o tym wy­pra­co­wa­nie. Mie­liśmy w ten sposób uczyć się piękna języka an­giel­skie­go. Za­nim wy­je­chałem z Ma­jor­ki, prze­ro­bi­liśmy tak całą Księgę Ro­dza­ju i część Księgi Wyjścia. Dzięki temu ćwi­cze­niu na­uczyłem się przede wszyst­kim, żeby nie za­czy­nać zda­nia od „i”. Kie­dy zwróciłem uwagę, że większość zdań w Bi­blii za­czy­na się od „i’, usłyszałem, że od czasów króla Ja­ku­ba an­giel­ski nie­co się zmie­nił. W ta­kim ra­zie, na­ci­skałem, po co kazać nam czy­tać Bi­blię?

Jed­nak te dys­ku­sje na nic się nie zdały. Ro­bert Gra­ves był w tam­tym cza­sie za­fa­scy­no­wa­ny bi­blij­nym sym­bo­li­zmem i mi­sty­cy­zmem, nie było więc do kogo się odwołać.

Wróciliśmy, kie­dy za­czy­nał się Fe­sti­val of Bri­ta­in. Rząd la­bu­rzystów wpadł na po­mysł, żeby w ten sposób spróbować od­two­rzyć suk­ces Wiel­kiej Wy­sta­wy z 1851 roku, zor­ga­ni­zo­wa­nej przez księcia Al­ber­ta i będącej pierwszą wy­stawą świa­tową w no­wo­cze­snym pojęciu. Fe­sti­wal za­pew­nił lu­dziom tak po­trzebną od­skocz­nię od nie­do­stat­ku lat woj­ny i lat po­wo­jen­nych. Wy­sta­wa, od­by­wająca się na południo­wym brze­gu Ta­mi­zy, otwo­rzyła mi oczy na nowe for­my ar­chi­tek­tu­ry oraz nowości w dzie­dzi­nie na­uki i tech­ni­ki. Nie po­trwała jed­nak długo: je­sie­nią wy­bo­ry wy­gra­li kon­ser­wa­tyści, którzy ją za­mknęli.

Gdy miałem dzie­sięć lat, zda­wałem tak zwa­ny eg­za­min je­de­naście plus. Był to test in­te­li­gen­cji dla je­de­nastolatków, który miał wyłonić dzie­ci na­dające się do kształce­nia aka­de­mic­kie­go spośród większości, posyłanej następnie do nie­aka­de­mic­kich gim­nazjów. Dzięki temu sys­te­mo­wi wie­le dzie­ci z kla­sy ro­bot­ni­czej i niższej kla­sy śred­niej mogło pójść na uni­wer­sy­tet, wybić się i zająć wy­so­kie sta­no­wi­ska, ale sil­ne były też głosy pro­te­stu prze­ciw­ko do­ko­ny­wa­niu ta­kiej osta­tecz­nej se­lek­cji w wie­ku je­de­nastu lat. Prze­ciw byli głównie ro­dzi­ce z kla­sy śred­niej, którzy obu­rza­li się, że ich dzie­ci mają iść do szkoły z ucznia­mi z kla­sy ro­bot­ni­czej. W la­tach siedemdzie­siątych pra­wie całko­wi­cie zre­zy­gno­wa­no z tego sys­te­mu na rzecz po­wszech­ne­go kształce­nia ogólne­go.

An­giel­ska oświa­ta w la­tach pięćdzie­siątych była sil­nie zhie­rar­chi­zo­wa­na. Nie tyl­ko szkoły dzie­lo­no na aka­de­mic­kie i nieaka­de­mic­kie, lecz także w tych aka­de­mic­kich obo­wiązywał dal­szy po­dział na gru­py A, B i C. Ta­kie roz­wiąza­nie było ide­al­ne dla uczniów, którzy tra­fi­li do gru­py A, nie naj­lep­sze dla tych, których za­kwa­li­fi­ko­wa­no do B, i kiep­skie dla resz­ty, która zna­lazła się w gru­pie C, bo w ten sposób można było trwa­le zniechęcić w miarę zdol­nych uczniów do na­uki. Mnie na pod­sta­wie wy­ników eg­za­mi­nu „je­de­naście plus” za­pi­sa­no do gru­py A w St Al­bans Scho­ol. Jed­nak po pierw­szym roku na­uki wszyst­kich, którzy zna­leźli się poniżej dwu­dzie­ste­go miej­sca w kla­so­wym ran­kin­gu ocen, prze­no­szo­no do gru­py B. Od­bie­rało im to wiarę w sie­bie, cza­sa­mi na do­bre. Przez pierw­sze dwa se­me­stry w St Al­bans do­szedłem do dwu­dzie­ste­go czwar­te­go i dwu­dzie­ste­go trze­cie­go miej­sca, ale w trze­cim se­me­strze byłem już osiem­na­sty. O włos uniknąłem więc prze­nie­sie­nia do gor­szej gru­py na ko­niec roku.

Kie­dy miałem trzy­naście lat, oj­ciec na­ma­wiał mnie, żebym spróbował do­stać się do West­min­ster Scho­ol, jed­nej z naj­ważniej­szych pry­wat­nych szkół w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Jak już wspo­mniałem, w tam­tych cza­sach ist­niały w oświa­cie ostre po­działy kla­so­we, a oj­ciec uznał, że to­wa­rzy­ska ogłada, jaką za­pew­niłaby taka szkoła, przy­dałaby mi się w życiu. Uważał, że jego własny brak wy­ro­bie­nia i ko­nek­sji jest po­wo­dem zbyt po­wol­ne­go roz­wo­ju ka­rie­ry, a możliwości awan­su przy­pa­dają mniej zdol­nym oso­bom. Był na tym punk­cie trochę prze­wrażli­wio­ny, bo czuł, że wy­prze­dzają go inni, nie tak do­brzy jak on, ale po­chodzący z właści­we­go śro­do­wi­ska i od­po­wied­nio usto­sun­ko­wa­ni. Ostrze­gał mnie przed ta­ki­mi ludźmi.

Po­nie­waż ro­dzi­ce nie byli zamożni, mu­siałbym zdo­być sty­pen­dium, żeby cho­dzić do West­min­ster. W cza­sie eg­za­mi­nu sty­pen­dial­ne­go byłem jed­nak cho­ry, więc nie mogłem go zda­wać. Zo­stałem w St Al­bans Scho­ol, gdzie ode­brałem równie do­bre, jeśli nie lep­sze wy­kształce­nie od tego, które cze­kałoby mnie w West­min­ster Scho­ol. Nig­dy nie zda­rzyło się, żeby brak to­wa­rzy­skiej ogłady w czymś mi prze­szko­dził, choć chy­ba fi­zy­ka różni się trochę pod tym względem od me­dy­cy­ny. W fi­zy­ce nie ma zna­cze­nia, do ja­kiej szkoły cho­dziłeś ani z kim je­steś spo­krew­nio­ny. Li­czy się to, co ro­bisz.

Ja (z pra­wej) jako na­sto­la­tek

W kla­so­wym ran­kin­gu ocen nig­dy nie zna­lazłem się wyżej niż mniej więcej w połowie staw­ki (to była bar­dzo by­stra kla­sa). Moje pra­ce wyglądały wyjątko­wo nie­chluj­nie, a mój cha­rak­ter pi­sma przy­pra­wiał na­uczy­cie­li o roz­pacz. Z dru­giej stro­ny ko­le­dzy nada­li mi prze­zwi­sko Ein­ste­in, więc przy­pusz­czal­nie do­strze­gli we mnie jakiś po­ten­cjał. Kie­dy miałem dwa­naście lat, je­den z mo­ich przy­ja­ciół założył się z in­nym ko­legą o paczkę cu­kierków, że nig­dy ni­cze­go nie osiągnę. Nie wiem, czy ten zakład zo­stał roz­strzy­gnięty, a jeśli tak – jaki był wer­dykt.

Miałem sześciu czy sied­miu bli­skich przy­ja­ciół; z większością z nich nadal utrzy­muję kon­tak­ty. Pro­wa­dzi­liśmy długie dys­ku­sje o wszyst­kim – od zdal­nie ste­ro­wa­nych mo­de­li do re­li­gii i od pa­rap­sy­cho­lo­gii do fi­zy­ki. I często się kłóciliśmy. Roz­ma­wia­liśmy między in­ny­mi o po­cho­dze­niu Wszechświa­ta i o tym, czy Bóg był ko­niecz­ny, żeby go stwo­rzyć i wpra­wić w ruch. Słyszałem już wte­dy, że światło z od­ległych ga­lak­tyk jest prze­su­nięte w kie­run­ku czer­wo­ne­go końca spek­trum i że ma to ozna­czać, iż Wszechświat się roz­sze­rza. (Prze­su­nięcie ku nie­bie­skie­mu zna­czyłoby, że Wszechświat się kur­czy.) Byłem jed­nak pe­wien, że musi ist­nieć jakiś inny powód prze­su­nięcia ku czer­wie­ni. Za­sad­ni­czo nie­zmien­ny i wiecz­ny Wszechświat wy­da­wał mi się czymś znacz­nie bar­dziej na­tu­ral­nym. Może po pro­stu światło się męczy i czer­wie­nieje w dro­dze do nas – snułem przy­pusz­cze­nia. Do­pie­ro po około dwóch la­tach stu­diów dok­to­ranc­kich zro­zu­miałem, że się myliłem.

Oj­ciec zaj­mo­wał się ba­da­nia­mi nad cho­ro­ba­mi tro­pi­kal­ny­mi i opro­wa­dzał mnie po swo­im la­bo­ra­to­rium w Mill Hill. Bar­dzo to lubiłem, zwłasz­cza pa­trze­nie przez mi­kro­sko­py. Za­bie­rał mnie też do in­sek­ta­rium, gdzie trzy­mał ko­ma­ry zarażone tro­pi­kal­ny­mi cho­ro­ba­mi. Trochę mnie to nie­po­koiło, bo za­wsze miałem wrażenie, że kil­ka ko­marów lata so­bie swo­bod­nie. Oj­ciec był bar­dzo pra­co­wi­ty i od­da­ny swo­im ba­da­niom.

Mój oj­ciec na jed­nej z wy­praw w te­ren w ra­mach badań nad me­dy­cyną tro­pi­kalną

Za­wsze in­te­re­so­wało mnie, jak działają różne rze­czy, i żeby się o tym prze­ko­nać, roz­bie­rałem je na części, ale ze składa­niem ich z po­wro­tem nie szło mi już tak do­brze. Moje umiejętności prak­tycz­ne nig­dy nie mogły nadążyć za do­cie­ka­nia­mi teo­re­tycz­ny­mi. Oj­ciec do­pin­go­wał mnie w tych na­uko­wych zain­te­re­so­waniach i na­wet dawał mi ko­re­pe­ty­cje z ma­te­ma­ty­ki, aż do­szedłem do eta­pu wy­kra­czającego poza jego wiedzę. Wo­bec ta­kich pre­dys­po­zy­cji i doświad­czeń (łącznie z za­wo­dem ojca) przyj­mo­wałem za rzecz na­tu­ralną, że zo­stanę na­ukow­cem.

Ja (z le­wej) w St Al­bans Scho­ol

W ciągu ostat­nich dwóch lat w szko­le chciałem spe­cja­li­zo­wać się w ma­te­ma­ty­ce i fi­zy­ce. Mie­liśmy in­spi­rującego ma­te­ma­ty­ka, pana Tahtę, a szkoła wy­bu­do­wała właśnie nową pra­cow­nię ma­te­ma­tycz­no-fi­zyczną. Jed­nak oj­ciec zde­cy­do­wa­nie sprze­ci­wiał się mo­je­mu wy­bo­ro­wi, bo uważał, że ma­te­ma­tyk będzie mógł do­stać pracę tyl­ko jako na­uczy­ciel. Byłby za­chwy­co­ny, gdy­bym po­szedł na me­dy­cynę, ale nie prze­ja­wiałem za­in­te­re­so­wa­nia bio­lo­gią, która wy­da­wała mi się zbyt opi­so­wa i nie­wy­star­czająco fun­da­men­tal­na. Miała też dość ni­ski sta­tus w szko­le. Naj­zdol­niej­si wy­bie­ra­li ma­te­ma­tykę i fi­zykę; mniej zdol­ni – bio­lo­gię.

Oj­ciec wie­dział, że na bio­lo­gię się nie zde­cy­duję, ale zmu­sił mnie do sku­pie­nia się na che­mii i zaj­mo­wa­nia ma­te­ma­tyką tyl­ko w ogra­ni­czo­nym za­kre­sie. Uważał, że w ten sposób będę miał później większe możliwości wy­bo­ru określo­nej dzie­dzi­ny na­uki. Je­stem dziś pro­fe­so­rem ma­te­ma­tyki, ale for­malną edu­kację z tego przed­mio­tu zakończyłem w szko­le St Al­bans w wie­ku sie­dem­na­stu lat. Mu­siałem uczyć się tego, co te­raz wiem, nie­ja­ko przy oka­zji. Pro­wa­dziłem kie­dyś zajęcia ze stu­den­ta­mi w Cam­brid­ge i sam wy­prze­dzałem ich w ma­te­ma­ty­ce tyl­ko o ty­dzień kur­su.

Fi­zy­ka za­wsze wy­da­wała mi się naj­nud­niej­szym przed­mio­tem w szko­le, bo była taka łatwa i oczy­wi­sta. Che­mia oka­zała się faj­niej­sza, bo ciągle działo się coś nie­spo­dzie­wa­ne­go, na przykład ja­kieś eks­plo­zje. Jed­nak to fi­zy­ka i astro­no­mia dawały na­dzieję na zro­zu­mie­nie tego, skąd się wzięliśmy i dla­cze­go tu je­steśmy. Chciałem zgłębić ta­jem­ni­ce Wszechświa­ta. Może w ja­kimś nie­wiel­kim stop­niu mi się to udało, ale zo­stało jesz­cze wie­le rze­czy, których chciałbym się do­wie­dzieć.

Przekład: Agniesz­ka So­bo­lew­ska

Re­dak­cja: Mi­le­na Schefs

Kon­sul­ta­cja me­ry­to­rycz­na :Agniesz­ka Drza­zgow­ska

Ko­rek­ta: Małgo­rza­ta Kuśnierz, Elżbie­ta Ja­ro­szuk

Pro­jekt okładki: Mi­chał Olew­nik

Układ ty­po­gra­ficz­ny, łama­nie: ma­nu­fak­tu­ra | www.ma­nu­fak­tu-ar.com

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

ISBN 978-83-7881-318-7

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

i Mi­chał Na­ko­necz­ny / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wielki projekt George i tajny klucz do wszechświata Krótkie odpowiedzi na wielkie pytania Wszechświat w skorupce orzecha Czarne dziury Krótka historia czasu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Czapkins Becoming Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham...