Szóste, najmłodsze i inne opowiadania

Szóste, najmłodsze i inne opowiadania

Autorzy: Józef Hen

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 464

Cena książki papierowej: 49.90 zł

cena od: 39.90 zł

"Szóste, najmłodsze i inne opowiadania" to kolejna książka Józefa Hena, dzięki której nie trzeba się bać bezsennych nocy!
W bogatym dorobku tego pisarza opowiadania zajmują szczególne miejsce. To one przysporzyły mu największej sławy. Tłumaczone na wiele języków, sąsiadowały w światowych antologiach z utworami takich pisarzy jak Babel, Singer, Márquez czy Cortázar. Ekranizowali je znakomici reżyserzy z Kazimierzem Kutzem na czele. Szóste, najmłodsze i inne opowiadania to książka pisana przez pół wieku. Wybór otwierają głośne opowiadania Krzyż walecznych, Bokser i śmierć oraz Kłopot z psem, z których najstarsze powstało w 1948 roku, kończą zaś nowe, niepublikowane w tomach utwory, w tym znakomite opowiadanie tytułowe z roku 2011. W najnowszym tekście Hen wraca do tematyki wojennej, spinając zbiór zaskakującą klamrą. Hen zawsze wyczuwał puls epoki, w której przyszło mu żyć, i jak mało kto potrafił zdiagnozować jej obyczaje, ale w każdej opowieści pokazuje przede wszystkim człowieka z jego słabościami i ułomnościami, odwagą i determinacją. Sięga po tematy niewygodne, czasem bolesne, jednak unika moralizatorskiego zadęcia czy patosu. Znakomicie pisze o miłości. Jest inteligentny i dowcipny.

O pisarstwie Józefa Hena:

"Jest mistrzem krótkich opowiadań."
Michał Komar

"Ma w koniuszkach palców wyczucie narracji, prozatorski nerw, umiejętność smacznego dywagowania, temperament rasowego beletrysty."
Andrzej Drawicz"Opowiada z nieporównaną werwą, energią i swobodą wyrazu.""Nowe Książki"
Redaktor prowadzący: Dariusz Sośnicki

Redakcja: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska

Korekta: Jadwiga Piller

Redakcja techniczna: Anna Gajewska

Projekt okładki i stron tytułowych: Monika Klimowska

Fotografia wykorzystana na I stronie okładki:

© Jeff Chevrier/istockphoto.com

Fotografia autora: Maciej Hen

Skład i łamanie: Tekst – Małgorzata Krzywicka,

Żółkiewskiego 7a, Piaseczno

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-343-6

Copyright © Józef Hen

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Autora reprezentuje Agencja Literacka Syndykat Autorów

Wydanie I

Warszawa 2012

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

BOKSER I ŚMIERĆ

Bokser i śmierć

Rudowłosy młodzieniec zdziwił się, że nie słyszeliśmy o Januszu Kominku. Ten pędrak, ten żółtodziób – intruz niemal w naszym towarzystwie starych wyjadaczy – ośmielał się wyrażać nam z tego powodu swoje łaskawe ubolewanie. Wreszcie ktoś przypomniał sobie:

– Ach tak, Kominek, naturalnie… Bokser wagi półciężkiej. Widziałem go tuż przed wojną w meczu Rzeszów – Lublin. Wygrał swoją walkę przez k.o. Miał niezły cios. Czy jeszcze boksuje?

Rudowłosy odpowiedział nonszalancko:

– Powiedzmy, że jest prowincjonalnym działaczem sportowym. Chociaż zapowiadał się na mistrza świata. Ale nie to jest ważne. Chciałem opowiedzieć wam coś z jego życia. Niesamowita historia! Najpierw jednak małe pytanie: czy słyszeliście o Walterze Krafcie?

Byliśmy oburzeni. Gołowąs! Czy słyszeliśmy o Krafcie? Takie pytania mogą zadawać tylko pisklęta, które zaczynają dopiero świat poznawać.

Kraft – to epoka w dziejach niemieckiego boksu. Długoletni kandydat do tytułu mistrza świata. Słyszeliśmy, że podczas wojny był spadochroniarzem, brał udział w desancie na Krym, ale co potem – nie wiadomo.

– Tak, był spadochroniarzem – potwierdził rudowłosy. – I brał udział w desancie na Krym, zgadza się. Został ranny. Podobno rozzłościło go to tak, że wyraził się w słowach niezbyt parlamentarnych o polityce Hitlera. Język niemiecki nie obfituje wprawdzie w taką ilość drastycznych określeń jak rosyjski, ale za to są to słowa zdecydowanie brzydkie, cuchnące na odległość. Gdzież im do poezji wymyślań rosyjskich! To uwaga na marginesie. W każdym razie wiadomość o tym, co powiedział Walter Kraft, doszła do Hitlera. Führer nie był, jak wiadomo, obdarzony poczuciem humoru. Nie potrafił przebaczyć nawet ulubionemu bokserowi. Ale zemsta nad popularnym Kraftem nie była rzeczą prostą. Wódz wymyślił więc dla niego coś w rodzaju pokuty: mianował go naczelnikiem obozu koncentracyjnego, i to nie jakiegoś obozu numer 1, Oświęcimia czy Mauthausen, nie, trzeciorzędnego obozu w okolicach Kluczborka.

Jakim lagerführerem był Kraft? Niestety, lojalnym. Ten olbrzym był tchórzem i chociaż nienawidził Hitlera, więźniowie szybko pojęli, że słowa krytyki wyrwały mu się w chwili wyjątkowego rozgoryczenia. W obozie zbudowano komorę gazową i krematorium i dokonywano wyniszczenia na małą, trzeciorzędną skalę. Kraft nienawidził swoich więźniów, bo czuł się zesłańcem jak oni. Wydawało mu się, że gdyby ich nie było, nie musiałby tkwić tutaj, mógłby błyszczeć w salonach kupieckich Hamburga, skąd był rodem. A przede wszystkim – bić się. Trzydziestosiedmioletni Kraft wciąż miał piekielną bombę z prawej, wciąż miał bokserskie oko i duże wyrobienie techniczne. Boks był nie tylko jego zawodem, ale i namiętnością. Nie odznaczał się szczególną inteligencją. Jak wielu mieszczan niemieckich czytał książki, chodził do opery i na koncerty – z obowiązku. Przeczytał nawet kiedyś Nietzschego, z którego zrozumiał, że dobry bokser jest „nadczłowiekiem”, i Schopenhauera, z którego wyniósł, że skoro tak, to wszystko mu wolno. A więc trudno, w obozie giną ludzie, ale po pierwsze – jest „Befehl”, po wtóre – są to niewątpliwie podludzie. Polacy i Żydzi. I cóż za cherlaki! Zresztą wolał się w to wszystko nie zagłębiać! Przeciwnie, należało się zasłużyć w oczach góry hitlerowskiej, by znów móc wrócić na ring.

Kiedy rana przestała dolegać, Kraft postanowił wznowić treningi. Kazał wybudować specjalny barak, do ściany przybić drabinkę; ustawiono kozioł, powieszono gruszkę i worek treningowy. Ćwiczył skakankę, obijał worek i gruszkę, walczył z cieniem. Siły wracały.

Trzej lekarze obozowi, przysłani tu, jak i Kraft, za karę, lubili przyglądać się treningom komendanta. „Widziałem trening Krafta” – ostatecznie, móc tak powiedzieć, to nie byle co. Jego zastępca, ponury esesman Holder, też był zadowolony z fanaberii swego szefa; stawał się przez nie faktycznym władcą obozu. Pucybut Willi przyglądał się ćwiczeniom Krafta z lekką wzgardą. Boże, i za takie wygłupasy ludzie płacą grube pieniądze! Ten Willi, musicie wiedzieć, był wśród tych panów najpoczciwszym chłopem, bo – zwykłym rzezimieszkiem. Wiedział z doświadczenia, że najlepszy prawy hak jest niczym wobec zgrabnego uderzenia nożem.

Ale najbardziej zadowolona z treningów Krafta była Helga, rosła Niemka, którą Pan Bóg przeznaczył do rodzenia dzieci, a której Führerowi udało się swego czasu wmówić, że powinna podawać do stołu w kantynie oficerskiej w Jugosławii i nie odmawiać swych wdzięków ludziom broniącym „tysiącletniej Rzeszy”. W kantynie poznał ją spadochroniarz Walter Kraft. Przypomniał sobie o niej, gdy został lagerführerem. Przypomniał sobie choćby dlatego, że jego żona, starzejąca się kobieta, nie chciała udać się z nim do obozu. Gdyby Kraft wszczął z tego powodu kroki rozwodowe, mogłoby to się dla niej źle skończyć. Ale Kraft wolał milczeć. Sprowadził sobie jasnowłosą, potężną Helgę (Teresa Kraft była mała i szczupła) i wydawał się zadowolony.

Jedna Helga wiedziała, co się dzieje w duszy Krafta. Bała się, że chandra może w każdej chwili wrócić i wtedy świat znów usłyszy, co mistrz Niemiec naprawdę myśli o Führerze. Kiedy Kraft wznowił treningi, Helga odetchnęła. Spokój młodej pary został uratowany.

Ale nie na długo. Bo oto pewnego dnia Kraft, rześki i świeży po prysznicu, powiedział otaczającym go lekarzom:

– Panowie, żałuję, że nikt z was nie lubi rękawic! Bez sparing-partnera formy nie osiągnę. – I zwrócił się do swego pucera: – Willi, przynajmniej ty, gamoniu, mógłbyś się dać znokautować.

– Zum Befehl! – wrzasnął Willi.

– Nie rób z siebie Szwejka – mruknął Kraft. – Nie mogę przecież walczyć z „kogutem”.

Jeden z lekarzy zauważył:

– Powinien pan poszukać wśród więźniów.

– Polacy i Żydzi – odparł cierpko Kraft.

– Czy nigdy nie walczył pan z Żydami? – zapytał inny lekarz, przysłany tutaj za rozpowszechnianie żartów o Goebbelsie.

– Mój panie, zarabiałem na tym nielicho. Nie byłem wtedy jeszcze uświadomiony (wszyscy się uśmiechnęli, Kraft też) i nie zwracałem uwagi na rasę. Ale teraz… znam swoje obowiązki Niemca. Zresztą nie ma o czym mówić. Wśród tych cherlaków nie znajdę przeciwnika. Nie mam tu żadnych warunków. Pisałem do swego menedżera, ale nabrał wody w usta.

Do baraku wszedł Holder, ów zastępca Krafta, a właściwie jego nadzorca, drań bez skrupułów.

– Panie majorze, skazańcy czekają! – zameldował.

– Skazańcy? – spytał zdziwiony Kraft. Lekarze wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

Holder wyjaśnił:

– Zbiegowie. Schwytano ich piętnaście kilometrów od obozu. Schwytanych zbiegów zabija się bez sądu. – Dodał: – To jedyny sposób utrzymania więźniów w karności.

Helga odezwała się:

– Więc po co major Kraft ma ich oglądać? Niech pan robi swoje, panie kapitanie.

– Chwileczkę – powiedział Kraft. „Krowa – pomyślał o Heldze. – Znów wtrąca się do nie swoich rzeczy. Może tę ucieczkę wymyślił Holder? Bestia! Gdybym był więźniem, też bym usiłował stąd uciec. A czyż nie jestem więźniem? Jestem. Ale nie uciekam”. – Chwileczkę – powtórzył Kraft. – Ma pan rację, panie kapitanie, powinienem ich zobaczyć. Oko pańskie konia tuczy…

Jak zwykle dziedziniec tonął w błocie. Holder udowadniał, że błoto jest konieczne. „To oddziaływa na psychikę więźnia, łamie go i rozbraja”. A więc jest błoto. Opryskuje pięknie wyglansowane buty Krafta. Kraft się nie martwi, od tego jest Willi. Willi też się nie martwi: te buty to podstawa jego istnienia. Ale ci tam…

Stali w szeregu. Było ich sześciu.

– Zdaje się, że uciekło dziewięciu – powiedział Kraft.

– Trzech Żydów – wyjaśnił Holder. – Tych kazałem sprzątnąć od razu.

Sprzątnął od razu. Nic dziwnego, Żydzi. No, nie wdawajmy się w jałowe mędrkowanie. Powiedzmy parę słów tym ludziom. Idą na śmierć. Trzeba ich przekonać, że sobie na nią zasłużyli.

Spojrzał na nich, ale nie zobaczył twarzy. Uświadomił sobie tylko cyfrę. Sześciu. To nie tak dużo. Nie patrzą na niego, nie oczekują od niego niczego. I słusznie. Za ucieczkę – śmierć bez sądu. Jest rozkaz – i rozkaz słuszny. Jak każdy rozkaz.

Krzyknął:

– Uciekliście! Wiecie, że nie wolno uciekać. Poniesiecie słuszną karę, zostaniecie straceni w komorze gazowej. Czyż nie uprzedzaliśmy was, że tylko praca daje wolność?! Zlekceważyliście to! To, co was spotyka, to sprawiedliwy wyrok. Tylko sprawiedliwość, zapamiętajcie to sobie!

Któryś z sześciu poruszył się, szurnął sandałem po błocie. Aha, chce żyć! Czy każdy musi żyć? Cóż taki ma z życia? Po co mu to życie? Spójrzmy mu w oczy. Ależ to chłop, naturalnie, chłop o jasnych źrenicach, tak przezroczystych jak woda źródlana.

– Czy lubisz operę? – zwrócił się znienacka do więźnia Kraft.

Niemcy poruszyli się niespokojnie. Helga załamała ręce. Zaczyna się. Walter ma napad „humanizmu”.

Więzień nie odpowiadał.

– Czy widziałeś kiedy operę?

Więzień potrząsnął przecząco głową. Nie, nie widział. Polski chłop. Czy musi żyć? Po co? Po co tyle energii wkłada w obronę marnego życia – znojnego, twardego, pełnego potu, strachu, nędzy, bez kina, opery, luksusu, aut?

Teraz dopiero zauważył, że więźniowie byli obszarpani i pokrwawieni. Stawiali opór? Zakrzepłe strugi krwi widniały na ich policzkach, czole, na kolanach wyzierających spod porwanych spodni, a jeden, najwyższy, miał rozkrwawiony nos. Ten nos był szeroki, mięsisty, spłaszczony pośrodku. Ileż takich nosów Kraft porozbijał w życiu? Nie mógł się powstrzymać od tego, by nie zauważyć:

– Nos masz jak bokser.

Więzień drgnął. Był przeraźliwie chudy, skóra i kości, młody zapewne, ale o starczych oczach. Stał niepewnie, jakby z trudem utrzymywał się na nogach. Bąknął:

– Bo byłem bokserem.

I zaraz pomyślał: „Po co mu to mówię? Po co draniowi o tym mówię? Bo póki mówię – to żyję. Wciąż jeszcze żyję”.

Kraftowi zaświeciły się oczy.

– Byłeś bokserem? A dobrym? Jakiej wagi?

– Półciężkiej.

– Półciężkiej! Ty – półciężkiej? Kłamiesz!

– Wyglądałem trochę inaczej.

„Tak, to możliwe” – pomyślał błyskawicznie Kraft i spytał:

– Nazwisko?

– Kominek.

– Przyjmij postawę bokserską. – Kiedy Kominek ociągał się, wrzasnął: – Do kogo mówię?!

Kominek stanął w postawie bokserskiej. Nic nie rozumiał. „Czego on chce? Czego on ode mnie chce?”

– Teraz uważaj – powiedział Kraft.

Błysnął lewą pięścią i nagle wypuścił piorunującą prawą. Był to hak, który kładł wielkoludów. Gdyby spadł na głowę Kominka…

Ale rzecz w tym, że nie spadł. Ten ruch głową, który Kominek uczynił, był na wpół świadomy, ale uratował go od ciosu. Kraft zaśmiał się aprobująco:

– Gut. Sehr gut. Za mną marsz.

Dla pozostałych więźniów stracił nagle zainteresowanie. Holder do niego przyskoczył:

– Można już? – zapytał, wskazując na więźniów.

– Naturalnie, naturalnie.

– A ten?

– Będzie moim sparing-partnerem.

– Tak jest, panie majorze. Czy będzie mieszkał na bloku?

– Jak każdy więzień. Z apelów zwolniony. Co rano przyjdzie do mnie, do mojej dyspozycji.

Kominek udał się za majorem Kraftem. Słyszał oddalające się człapanie nóg: tamci szli na śmierć. Pechowcy, którzy nie byli bokserami. Pechowcy, którzy nie mieli pokrwawionych nosów. „Ale ja żyję – uprzytomnił sobie. – Jeśli okaże się, że nie nadaję się na sparing-partnera, pośle mnie do gazu. Oczywiście, że się nie nadam. Taki patałach, taki łazęga, taki muzułmanin” – lżył siebie w myśli.

W baraku nie było ringu. Walczyć należało między ścianami. Jeden z lekarzy podjął się mierzyć czas.

Kominek patrzył na wszystko osłupiałymi oczyma. Drabinka – kozioł – gruszka. Przedmioty z nierealnego świata. Skąd się wzięły tutaj – w tej otchłani piekieł? To wszystko jest nieprawdziwe! Prawdziwe jest tamto, co się dzieje za barakiem. Prawdziwy jest gaz i piec, i popiół. Za chwilę jego towarzyszy zamkną w komorze. Może już zamknęli. Duszą się, łakną powietrza… Cóż robić, nie mieli bokserskiego nosa.

– No, ruszże się – usłyszał.

Stał przed nim Kraft, zdrowe, muskularne byczysko, szeroki w ramionach, wąski w pasie – prawdziwy Apollo boksu. Włosy miał czarne, skórę śniadą, pierś mocno obrośniętą, nogi szczupłe, zgrabne, o łagodnej, podłużnej muskulaturze, także gęsto owłosione.

– No ruszże się, zrzucaj łachy, zrób przysiad.

Willi wszedł z Polakiem za przepierzenie, rzucił mu spodenki, koszulkę i buty. Potem zawiązał rękawice.

– Mucha jesteś – przygadywał. – On takich gasi w locie. Trach – i po tobie. Pójdziesz do pieca! Na co mu się zdasz!? Nawet żeby się przed Helgą pochwalić, i do tego mu się nie nadajesz.

Kominek ze zdziwieniem spoglądał na rękawice na swoich dłoniach. Za chwilę stoczy walkę! Zrobił przysiad, podskoczył kilka razy w miejscu, aż w stawach zachrobotało. Czuł się słaby jak po długiej, wyczerpującej chorobie, słaby jak dziecko. I musi walczyć – z kim? Z mistrzem nad mistrzami! Jeśli okaże się do niczego, pójdzie do pieca.

– Gotów? – zapytał promieniejący przeciwnik.

Helga nie odrywała od Krafta wzroku. Jak wspaniale wygląda! I nareszcie jest sobą. Można bez obawy patrzeć w przyszłość, Walter nie będzie już robił żadnych głupstw. Była gotowa obdarzyć cieplejszą myślą nawet tego wychudłego Polaka.

Lekarz niemiecki spojrzał na zegarek i skinął głową.

– A więc zaczynamy.

Omal nie podali sobie rąk.

Kominek stał na straconej pozycji i wiedział o tym. Chyba że jakiś cud… Może nastąpi? Czy tamta historia na dziedzińcu nie miała w sobie czegoś nadprzyrodzonego? Może właśnie teraz nastąpi coś cudownego? Przypatrywał się hipnotyzującym wzrokiem Kraftowi, który spokojnie, z nonszalancją starego zawodowca, przyjął postawę. „Wytrzymać dwie rundy – pomyślał rozpaczliwie Kominek.– Jedną rundę! Tylko jedną rundę!”

Cały wysiłek skupił się tylko na tym: nie dać się trafić. Prawa Krafta – to koniec sparingu. Zostanie wówczas zwykłym więźniem. Więźniem, który zbiegł. Zbiegów posyła się do komory gazowej.

Kraft wypuścił lewą. Podwoił ten cios i potroił. Kominek przyjął serię na zblokowane rękawice. Wyleciała błyskawicznie prawa. Ale Kominek odstąpił o krok. Cios Niemca przeszył powietrze. Lewy i prawy sierp minęły o centymetryczujną głowę Polaka.

– Brawo! – krzyknął lekarz, ten sam, który żartował z Goebbelsa.

Willi zaśmiał się sucho, gdy lewy prosty Krafta znów natrafił na łokieć Polaka. Ale zaśmiał się niepotrzebnie, siła ciosu odrzuciła Kominka do tyłu. Kraft poszedł natychmiast za nim. Dwa szerokie cepy nie doszły do celu. Piekielny prawy sierp musnął szczękę Janusza. Niemal równocześnie Janusz wypuścił prawą kontrę. Rąbnął swego naczelnika w otwartą pierś, w samo serce. Wszyscy się zaśmieli, tak słaby był ten cios. Jak dotyk rączki niemowlęcia.

„Ach, wytrzymać rundę, tylko rundę – myślał gorączkowo Kominek. – Gdybym nogi lepiej chodziły, gdyby sobie chociaż trochę podjadł, tamtemu nie poszłoby tak łatwo”.

Ale nogi już drętwiały, a ręce odmawiały posłuszeństwa. Z trudem łapał oddech. Pięści Krafta migały mu przed oczyma, coraz bliższe i większe. Instynktownie uchylał głowę, dawał kroki w przód i w tył, blokował, czasem wysuwał lewą do przodu, czasem kontrował prawą. Ale wiedział, że to już koniec. Nie wytrzyma rundy.

Zwycięski Kraft przyparł go do ściany. Kominek zdołał uniknąć dwóch silnych cepów. Lewy sierp wstrząsnął nim. Pochylił się do przodu, jakby chciał rzucić się na przeciwnika. Kraft poprawił potężnym prawym hakiem i Polak zwalił mu się do nóg.

Kominek leżał na podłodze. Przytomność powoli wracała. Nie czuł bólu, tylko wielkie znużenie. Gdzieś w pobliżu ulatniał się zapach dymu – ach, to pewnie pociąg przejechał, w głowie tak dudniło… A więc jest w domu u swego ojca zawiadowcy, u swojej młodej, dobrej żony. Jakim sposobem się tu znalazł? Halu! A Hala tak się śmieje, tak głośno się śmieje, nigdy się tak denerwująco nie śmiała, rży jak koń…

Śmiech się urwał i Helga powiedziała:

– Jesteś w świetnej formie, Walt. Ten cios był boski.

„Znokautował mnie” – uprzytomnił sobie nagle Kominek. Był znokautowany i pies z kulawą nogą o niego nie dbał. Próbował zerwać się, ale zdołał zaledwie stanąć na czworakach.

Kraft mruczał niezadowolony:

– Też przeciwnik! Z kim mam się tu bić, u diabła?

Lekarz, który sędziował, oświadczył:

– Walczył minutę trzydzieści pięć sekund.

– Walczył! Nie trafił mnie ani razu. – Kraft spojrzał ponuro w okno. – Trzeba go zwrócić Holderowi.

Kominek poczuł zapach dymu. A więc tamci mają już wszystko za sobą.

Helgę przeraził wyraz twarzy Waltera, gdy mówił o Holderze. Jeśli ten Polak pójdzie do pieca, jej chłop narobi głupstw.

– Mój drogi, on jest wyraźnie niedożywiony – perswadowała.

– Tak jest, panie majorze! – wtrącił naraz Willi. – On waży co najmniej o dwadzieścia kilo za mało. Pozwolę sobie zameldować, że i ja głodny – jestem do niczego, nie potrafię nawet butów wyglansować.

Kraft rozjaśnił się.

– Tak, to prawda, panowie. Poza tym on jest bez treningu. A więc dobrze, spróbujmy. Willi, daj mu się nażreć! W ciągu trzech dni ma mu przybyć sześć kilo. Jeśli będzie deko mniej, stracisz miejsce. Panowie! Za cztery dni wielkie spotkanie Niemcy – Polska. Były mistrz Europy Walter Kraft kontra mistrz uciekinierów… Wie heisst dul?… Kominek, Janos Kominek… Also, auf Wiedersehen, meine Herren!

Willi zaprowadził oszołomionego Janusza do swojej komórki. Poklepał go nawet po ramieniu.

– Jedz! – rozkazał, podsuwając mu garnek z gęstą zupą.

Powiadają, że kuchnia niemiecka nie jest smaczna. Bzdury! Kominkowi zupa Willego wydawała się niebiańska. Być może, ktoś powie, powinien był w tej chwili pomyśleć o towarzyszach, którzy zginęli. Ale nie pomyślał. Trzęsącymi się rękami pchał do ust łyżkę po łyżce. Tylko to miało znaczenie: zupa. Gęsta zupa na jarzynach, z mięsem. Dojadał do niej ogromny kęs razowca. A więc żyje – i je! Ma przed sobą trzy dni. Cztery noce. Noc należy już tylko do niego. W nocy śni się Hala, jej jasny, pachnący warkocz, jej gorący uścisk. W nocy śni się ich pokój w domku rodziców, brązowe belkowanie sufitu, miękka pierzyna, kolejarska czapka ojca, świst lokomotyw, dudnienie kół, malwy i słoneczniki, lipy, kasztany i klony, kolorowy świat, który dawno nie istnieje, a może i nigdy nie istniał. Cztery noce! Żołądek napełnia się, jest coraz cieplej, powieki ciążą. A więc jednak stał się cud.

– Genug! – krzyknął Willi.

Sprzątnął mu garnek sprzed nosa. Kominek przyglądał się ordynansowi naczelnika wystraszony. Dlaczego zabiera garnek? Po chwili zrozumiał: nie wolno się obżerać, to się może źle skończyć.

Willi dał mu bochen chleba, kubek marmolady, kawał słoniny.

– To na potem – wyjaśnił pucybut. – Będziesz tu przychodził trzy razy dziennie. Utuczę cię jak wieprza na ubój.

Było już po apelu, kiedy Kominek wrócił do baraku. Blokowy wiedział o wszystkim, przywitał go z szacunkiem. Zmęczony bokser dowlókł się do swojego miejsca na pryczy. Boleśnie odczuł zetknięcie ciała z twardymi deskami. Zaczynała się pierwsza z czterech nocy życia. Teraz zamknąć powieki – i śnić.

Ale, rzecz dziwna, nie mógł spać. Zobaczył ze zdumiewającą wyrazistością, jakby w zwolnionym tempie, dzisiejszą walkę z Kraftem. Odżyła w jego pamięci – cios po ciosie, unik po uniku. Poruszył niespokojnie nogami: jakie sztywne! „Czy mogłem uniknąć ostatnich dwóch ciosów? Nie, nie mogłem. W żaden sposób nie mogłem”. Minuta trzydzieści pięć sekund – bronił się dosyć długo.

Usłyszał czyjś chropawy szept:

– Kominek?

– Hę?

– Nie śpisz?

– Nie.

Na pryczę wgramolił się szerokoplecy, zgarbiony mężczyzna o wyblakłych brwiach i obwisłych policzkach. Janusz widział go w baraku nieraz, ale bliżej się jeszcze nie poznali.

– Pamiętam cię, Kominek – szepnął mężczyzna. Ochrypłość jego głosu wydała się Januszowi bardzo przyjemna, jakby ojcowska. – Widziałem twoją walkę przed wojną… Pomyślałem sobie: gdybym był trenerem, zająłbym się tym chłopcem. Węźlak jestem.

Nazwisko to nic bokserowi nie mówiło.

– Nie słyszałeś? No, taki szczeniak nie mógł jeszcze słyszeć. Ale starzy bokserzy mnie znają. Stały kibic. Nie opuściłem ani jednego poważnego meczu. Jeździłem nawet z naszą drużyną do Berlina, Essen i Hamburga. Czuli się lepiej, kiedy wiedzieli, że jestem na trybunach. Ale o czym mówić? W kronikach o tym nie piszą. Trenerem nie byłem. No i co, bardzo cię obił? Trafiłeś go?

– Ech, co tam… Jakby go mucha trzepnęła. Powiedział, że będzie mnie dożywiał. Walczę z nim za cztery dni.

Węźlak wyciągnął się na pryczy, podłożył pięść pod głowę.

– Za cztery dni… Dobremu trenerowi dwa tygodnie wystarczą dla przywrócenia bokserowi nawyków technicznych, trzy – do doprowadzenia go do jakiej takiej kondycji. Ale przecież żaden bokser nie przychodzi do trenera w takim stanie jak ty. Chleba nie masz?

– Mam. Mam, a jakże. – Kominek odłamał sąsiadowi sporą porcję chleba.

Węźlak jadł w milczeniu. Kiedy skończył, powiedział:

– Uważaj, cudów nie ma. Cała twoja taktyka na razie – nie dać się wykończyć. Bo Kraft może wykończyć na amen. Byli tacy, którzy po walce z nim zawieszali rękawice na kołku. Ale ty się nie bój. Nie taki diabeł straszny, jak go malują. On też ma słabe miejsca. Ale na razie nic z tego. Jutro do niego idziesz?

– Idę. Jeść i trenować.

– Nie trenuj. Przez dwa pierwsze dni nie trenuj. Musisz nabrać sił. Najwyżej pięć minut gimnastyki rozluźniającej. Trzeciego dnia forsowniejszy trening: dziesięć minut gimnastyki, minuta gruszki, minuta walki z cieniem, dwie minuty skakanki. Nie więcej, bo się zarżniesz. Czwartego dnia, przed walką – powtórz to wszystko. Dla rozgrzewki. Zapamiętasz sobie?

– Tak – powiedział Janusz. I stwierdził: – Mądrze pan mówi.

– No, coś niecoś się na tym rozumiem. Znaczy się, ufasz mi?

– Co mam nie ufać.

– No to uważaj. Staraj się przetrzymać dwie rundy. Unik, blok i odstępowanie to jeszcze za mało. Pamiętaj też o zwrotach.

– Nogi mam sztywne.

– Jasne. Ale może gimnastyka zdąży ci je trochę wyrobić. Więc zwroty. Dwie rundy ataku dadzą mu dosyć zadowolenia. W trzeciej połóż się.

– To znaczy jak?

– Frajerze, nie daj się znokautować. To morderca, potrafi zniszczyć boksera ciosami. Przewalczyłeś dwie rundy – koniec, moje uszanowanie. Nie daj się zniszczyć. Musisz przecież dociągnąć do chwili, kiedy będziesz w pełnej formie. Rozumiesz?

– Tak, rozumiem. Ale chciałbym go czasem trzepnąć.

– Co ci to da? Chowaj cios, magazynuj go. Może przyjdzie chwila – i wtedy jak władujesz! Uważaj, Kraft nigdy nie lubił być bity. Jemu wystarczy, jeśli ty się będziesz umiejętnie bronił. Wytrzymaj dwie rundy.

– Dwie rundy! Czy pan wie, jak on bombarduje?

– Czy wiem? Widziałem go trzy razy. Ale ci zawodowcy nie są tak szybcy, jak dobry amator. Poza tym Kraft sygnalizuje trochę ciosy. Przy twoim refleksie…

– Skąd pan wie o moim refleksie?

– Wiem. Gdybym nie wiedział, czyżbym pomyślał sobie wtedy, że chciałbym się tobą zająć? Daj, synu, kawałek chleba…

Zasnęli.

Nazajutrz Węźlak poszedł wraz z innymi na apel. Janusz usiadł na pryczy, patrząc nie tylko z góry, ale i jakby trochę z boku na kotłowaninę w baraku. Nie ludzie, lecz cienie, zziębnięte cienie – cóż może być gorszego? Wychodzili jeden po drugim w szarość przedświtu, obrzucając boksera zawistnymi spojrzeniami. On mógł leżeć i spać. Więcej: mógł uderzyć w twarz Niemca! Przymknął oczy jak od nadmiaru rozkoszy. Kropnąć w mordę lagerführera! – o rany! – czego się tu namyślać? Kropnąć go raz – tak, żeby poczuł, żeby się zachłysnął własną krwią – krwią pomordowanych – a potem niech zabiją, niech spopielą, wszystko jedno!

Podszedł sztubowy i powiedział przymilnie:

– A ty, chłopie, śpij, śpij…

Nie, nie będzie spał! Poczuł głód – i to z taką siłą jak nigdy przedtem, nigdy wówczas, gdy nie miał nic do jedzenia. Ale teraz miał. W woreczku leżało pół chleba, kawał słoniny, kubek marmolady. O Boże, kiedyż ten sztubowy odejdzie? Poszedł! Kominek rzucił się na chleb, rozgryzł słoninę, oblizał palce, zjadł marmoladę, wylizał kubek. Poczuł się silniejszy. „No, no – pomyślał – rąbnąć takiego Krafta to można, ale co z tego? Nokautu nie będzie. Węźlak ma rację. Taki facet z trybuny często widzi więcej niż sam bokser. Trzeba magazynować siły. I nie pozwolić się zniszczyć. Następną walkę komendant wygrywa w trzeciej rundzie przez k.o. O ile uda mi się, rzecz jasna, przetrzymać dwie rundy”.

Tak myślał w baraku. Ale gdy dźwignął sztywniejące nogi i wyszedł, poczuł się bezradny i zagubiony. Bezkres błota. Powietrze było szare jak popiół. Szarość oślepiała, ziębiła ciało, przenikała do krwi. Czuł się nią przekłuty jak stalowymi igłami. W oddali wyłaniał się z niej kontur komina krematoryjnego. W powietrzu unosiły się strzępy okrzyków jak charkot gruźliczy.

Widok Willego sprawił mu niemal przyjemność. Znów jadł tę niebiańską zupę, a Willi tłumaczył:

– Frykasów nie ma, chyba że dla nich tam. Dla pucerów i bokserów – system jednego garnka… Będziesz trenował?

Kominek potrząsnął przecząco głową.

– No, no – mruknął Willi. – Ja ci pokażę! Tylko nażreć się chcesz? A kogo pan komendant będzie obijał? Może wolisz kąpiel gazową – to proszę, u nas to raz-dwa.

Kominek przyglądał mu się badawczo. Kpi z niego czy z komendanta? Chyba jedno i drugie.

– Nie mogę trenować, Willi. Mam za mało sił. Muszę przytyć.

– Jak uważasz. Ale pan komendant musi mieć kogo bić.

– Spokojna głowa, Willi.

– Mów: „panie Willi”… Nie daj się zbyt szybko trafić, bo w ten sposób komendant nie uzyska formy.

– Mam nadzieję, że tym razem będzie to trwało dłużej.

– O właśnie. To-to! Ile wytrzymasz?

– Postaram się ze dwie rundy.

– Postawię na ciebie 10 marek.

Kominek trzymał się ściśle treningowego planu Węźlaka. Po dwóch dniach jego nogi rozluźniły się, twarz ożywiła, policzki z lekka wypełniły. Trzeciego dnia „tuczenia” gimnastyka trwała nieco dłużej. Minuta walki z cieniem zmęczyła go porządnie. Odsapnąwszy, wziął się do obijania gruszki. Postanowił robić to do zmęczenia i okazało się, że zabrało mu to prawie rundę. A więc czuje się o wiele lepiej. Potem dwie minuty skakanki, całkowicie nieudanej.

Kraft przyglądał się temu treningowi, udzielał nawet Polakowi wskazówek.

Nazajutrz Kominek powtórzył dokładnie wczorajszą porcję. Przed wieczorem do baraku treningowego, w którym Polak i Willi już czekali, przyszli lekarze, Helga i oczywiście sam Kraft.

Mistrz Niemiec zbliżył się do Polaka i pomacał mu ramiona.

– Przytyłeś. Willi, zważ go!

Kominkowi przybyło pięć kilo i sto pięćdziesiąt gramów.

– Znakomicie. On jest już czymś w rodzaju człowieka – cieszył się Kraft.

Helga zapytała:

– To chyba długo nie potrwa, Walt? Czuję się nieszczególnie.

– Najwyżej jedną rundę.

Willi wtrącił pośpiesznie:

– Niewątpliwie, droga pani. Ale żeby było ciekawiej… warto by się zabawić. Postawię na to, że ten przeklęty Polak przetrzyma dwie rundy…

– Ile stawiasz, Willi? – zapytała Helga.

– Dziesięć marek w zamian za wolny dzień. Nie mam kobiety na miejscu, panie majorze.

– Świntuch jesteś, Willi – rzekł Kraft. – Dobrze, przyjmij zakład, Helga.

Kraft od razu ruszył na przeciwnika. Poprzednie zwycięstwo nie dało mu satysfakcji. Znokautować na wpół żywego człowieka to niewielka sztuka. Ten zaś, bądź co bądź, trochę się rusza i już coś umie… A więc macajmy go lewą.

Kominek cofnął się pod naporem lewej Krafta. Od czasu do czasu wylatywała prawa mistrza i wówczas Polak starał się lekkim zwrotem tułowia uniknąć ciosu i pozbawić przeciwnika równowagi. Raz udało mu się to znakomicie. Mógł wtedy trzasnąć go mocno, ale powstrzymał się. „Kraft odpowie gradem ciosów, przełamie mi gardę – i leżę. Spokój, tylko spokój. Węźlak miał rację: mistrz sygnalizuje ciosy. Może nie jaskrawo, ale dla mojego oka wystarczy. Oto idzie bomba z lewej. Łapiemy na rękawicę. Prawa spada jak grzmot. Uskok!”

Kraft znów się zachwiał. Teraz można go trzepnąć! Ale nie, spokój. Zdaje się, że ktoś zaklaskał. Chyba ten, który krzyczał wtedy „brawo”. Kiedy ta runda się skończy? Och, trafił mnie. Tylko nie upaść!… Zdaje się, że go równocześnie skontrowałem, bo nie poszedł za ciosem. Koniec rundy.

Przydałby mu się sekundant. Jest zmęczony, warto by się powachlować, wypłukać usta. Kraft stoi sobie jak gdyby nigdy nic, rozmawia z Helgą. Naturalnie, rzuci się teraz na niego jak zwierz. Założył się przecież! Ale tę rundę Kominek musi przetrzymać. Jeśli przetrzyma, zostanie na długo sparing-partnerem mistrza – życie uratowane.

Stało się tak, jak przewidywał. Kraft z miejsca wypuścił dwie bomby z obu rąk. Trafiły Polaka w łokcie, ale sprawiły ogromny ból. Kominek cofnął się. Kraft poszedł za nim. Znowu dwa ciosy z obu rąk. Znowu Kominek cofa się o krok. Ale za nim jest już tylko ściana. Kraft bije zamachowym prawym, Kominek daje nura pod jego rękawicę, Kraft chwieje się na nogach, leci na ścianę. Teraz! Teraz można go rąbnąć w tę piękną maskę – za tamtych pięciu – za siebie, za, za, za… Upadłby twarzą na ścianę, rozkrwawiłby nos, a ja go raz jeszcze! i jeszcze, i jeszcze! Spokój, spokój, nie dajmy się ponosić marzeniom.

Znów walka toczyła się na środku sali. Kraft napierał, Polak rozpaczliwie unikał jego ciosów, w pewnej chwili zanurkował mu pod rękawicą i wszedł w zwarcie. Przykleił się do Krafta tak, że wyczuł zapach jego potu. Przytrzymał go łokciami. „Teraz mógłbym go…” Co by mógł! Nic! Jest przy nim niby mucha przy słoniu. Dotykał przedramieniem muskularnych pleców Krafta, wychudłą piersią przywarł do potężnej, znakomicie umięśnionej klatki piersiowej tamtego. Coś mu to przypominało. Coś przyjemnego, coś, za czym tęsknił. Ach, już wiedział, wuja Stefana. Jako dziecko stawał bosymi nogami na jego klatce piersiowej, też takiej szerokiej i owłosionej, a potem wuj Stefan wolno, wolniutko podnosił go na rękach w górę.

– Break! – krzyknął sędziujący lekarz. Odskoczyli od siebie. Janusz zajrzał Kraftowi w oczy. Zimne, bezlitosne oczy zawodowca. „Wuj Stefan!” Niech go diabli! Przyjemnie byłoby mu wsolić! Ale to as. I zarazem pan życia i śmierci. Och, przetrzymać tę rundę do końca i będę miał dosyć satysfakcji.

Jak z chmur spadła na niego bomba z prawej. Zadzwoniło w uszach. Rzucił się na deski. Nie upadł, ale właśnie rzucił się, żeby uniknąć następnego ciosu, który by go wykończył. Usłyszał:

– Eins…

A więc w porządku: słyszy liczenie, to znaczy, że nie stracił przytomności. Teraz będzie „zwei”.

– Zwo…

„Zwo”? Dlaczego „zwo”? Przymrużył oczy, udając, że ma przymglony wzrok. „Drei” – leżał spokojnie. Na „osiem” poderwał się i stanął w pozycji. Kraft skoczył na niego. Kominek bronił się rozpaczliwie. Byle dotrwać. Byle dotrwać. Koniec rundy zastał go na deskach.

Dźwignął się z nich niemal uśmiechnięty. Spojrzał na Krafta: naczelnik też był zadowolony. Zachowywał się bardzo łaskawie.

– Wygrałeś zakład, Willi – powiedział. – Kominek, dlaczegoś nie zadał ciosu, kiedy leciałem na ścianę?

– Nie zorientowałem się.

– Trzy razy nabrałeś mnie na uskoki. Byłem zbyt pewny siebie, dlatego ci się to udało. Więcej się to nie powtórzy. A w zwarciu walczysz nieczysto, trzymasz. Panie doktorze, możemy zacząć następną rundę?

– Jeszcze dwanaście sekund.

„Nie będę z tobą walczył ani o sekundę dłużej, niż muszę” – postanowił Kominek i pomyślał, że trzeba wystrzegać się silnych ciosów z prawej. Za to pierwszy lewy sierp Krafta przyjął na twarz i natychmiast upadł.

Spis treści

BOKSER I ŚMIERĆ

Bokser i śmierć

Cud z chlebem

Krzyż Walecznych

Kłopot z psem

Nieznany

Hitler w naszych rękach

Wdowa po Joczysie

Portret

Ojciec

Wielki bieg Deptały

Bicie po twarzy (opowiadanie sekundanta)

Ona

Wielka rola dla Feruły

Nikaragua

POWIERNIK SERC

XXX

Morderca

Raskolnikow

Człowiek, który miał powiesić Greisera

Konie

Wybraniec

Mira L.

Czechow

Człowiek, który zmarnował swoje życie

Rozwód

Klarysa

NIEBO NASZYCH OJCÓW

Niebo naszych ojców

Szóste, najmłodsze

Długa chyża łódź

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Oko Dajana. Pingpongista Ja, deprawator Królewskie sny Błazen - wielki mąż Bruliony Profesora T. Powrót do bezsennych nocy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sól morza Jak być kochanym Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość