Zabójczyni i władca piratów. Szklany tron. Opowieść I

Zabójczyni i władca piratów. Szklany tron. Opowieść I

Autorzy: Sarah Maas

Wydawnictwo: Uroboros

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 98

Cena książki papierowej: 19.90 zł

cena od: 12.72 zł

Chcesz wiedzieć, co działo się z zabójczynią Celaeną przed akcją Szklanego Tronu?

Oto pierwsza z czterech nowelek, które opowiadają o jej wcześniejszych losach!

Groźna zabójczyni Celaena Sardothien pragnie dokonać odwetu. Gildia Zabójców wysyła ją na daleką wyspę na tropikalnych morzach, gdzie Celaena ma odebrać dług od Władcy Piratów. Gdy jednak dowiaduje się, że spłatę uzgodniono nie w pieniądzach, a w niewolnikach, charakter jej misji nagle ulega zmianie i zabójczyni zaryzykuje wszystkim, by naprawić dziejące się zło.

Sa­rah J. Maas

ZABÓJCZY­NI I WŁADCA PI­RATÓW

przełożył Mar­cin Mort­ka

Tytuł ory­gi­nału: The As­sas­sin and the Pi­ra­te Lord

Co­py­ri­ght © Sa­rah Maas 2011

This trans­la­tion of The As­sas­sin and the Pi­ra­te Lord is pu­bli­shed by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o. by ar­ran­ge­ment with Blo­oms­bu­ry Pu­bli­shing Plc.

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Spis treści

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Roz­dział pierw­szy

Cela­ena Sar­do­thien roz­parła się na krześle w sali na­rad Twier­dzy Zabójców.

– Jest czwar­ta nad ra­nem – po­wie­działa, układając fałdy kar­ma­zy­no­wej ko­szu­li noc­nej, po czym założyła nogę na nogę pod bla­tem drew­nia­ne­go stołu. – Mam na­dzieję, że to coś ważnego.

– Gdy­byś nie ślęczała tyle nad książką, nie byłabyś te­raz taka zmęczo­na – par­sknął młody człowiek, który sie­dział na­prze­ciw­ko niej.

Ce­la­ena zi­gno­ro­wała go i przyj­rzała się po­zo­stałym oso­bom zgro­ma­dzo­nym w pod­ziem­nej kom­na­cie.

To byli mężczyźni dużo star­si od niej. Żaden z nich nie pa­trzył jej w oczy. Po ple­cach dziew­czy­ny prze­szedł dreszcz, który nie miał nic wspólne­go z prze­ciągami. Sku­biąc wy­pielęgno­wa­ne pa­znok­cie, przy­brała obojętny wy­raz twa­rzy. Pięciu zabójców, zgro­ma­dzo­nych przy długim sto­le, należało do gru­py sied­miu naj­bar­dziej za­ufa­nych to­wa­rzy­szy Aro­byn­na Ha­me­la. Ona również się w niej znaj­do­wała.

Spo­tka­nie bez wątpie­nia było ważne. Ce­la­ena wie­działa o tym już w chwi­li, gdy służąca załomo­tała do jej drzwi i po­pro­siła, aby jak naj­szyb­ciej zeszła na dół, nie kłopocząc się ubra­niem. Gdy Aro­bynn chciał się z kimś zo­ba­czyć, zwle­ka­nie było wiel­kim błędem. Na szczęście jej ko­szu­la noc­na była równie ele­ganc­ka, jak sza­ty, które nosiła za dnia, i kosz­to­wała pra­wie tyle samo. Mimo to świa­do­mość, że ma szes­naście lat i znaj­du­je się w kom­na­cie pełnej mężczyzn, spra­wiła, iż za­kryła nie­co de­kolt. Uro­da, którą sta­ran­nie pielęgno­wała, była jej bro­nią, ale mogła również oka­zać się słabością.

Aro­bynn Ha­mel, Król Zabójców, roz­siadł się na ho­no­ro­wym miej­scu. Jego kasz­ta­no­we włosy lśniły w bla­sku szkla­ne­go kan­de­la­bru. Ce­la­ena spoj­rzała pro­sto w sza­re oczy mężczy­zny, a on zmarsz­czył czoło. Dziew­czy­na od­niosła wrażenie, że był bled­szy niż zwy­kle, choć można to było zrzu­cić na karb późnej pory. Mimo to nie­spo­dzie­wa­nie po­czuła skurcz żołądka.

– Gre­go­ri zo­stał poj­ma­ny – po­wie­dział w końcu Aro­bynn. Cóż, to wyjaśniało nie­obec­ność jed­ne­go z jego przy­bocz­nych. – Jego za­da­nie oka­zało się pułapką. Prze­trzy­mują go w królew­skich lo­chach.

Ce­la­ena wypuściła po­wie­trze przez nos. A więc obu­dzo­no ją tyl­ko z tego po­wo­du? Po­stu­kała stopą obutą w pan­to­fe­lek o mar­mu­rową podłogę.

– No to go za­bij – rzu­ciła.

Nig­dy nie prze­pa­dała za Gre­go­rim. Gdy miała dzie­sięć lat, na­kar­miła jego ko­nia słody­cza­mi. Mężczy­zna wściekł się i rzu­cił w nią nożem, ce­lując w głowę. Oczy­wiście złapała ostrze w lo­cie i cisnęła nim pro­sto w zabójcę. Na pamiątkę po tym zda­rze­niu nosił bliznę na po­licz­ku.

– Zabić Gre­go­rie­go? – spy­tał ostro Sam, młody człowiek siedzący po le­wi­cy Aro­byn­na. Miej­sce to zaj­mo­wał za­zwy­czaj Ben, zastępca Króla.

Ce­la­ena do­brze wie­działa, co Sam Cor­tland o niej myśli. Wie­działa to od chwi­li, gdy Aro­bynn przy­garnął ją i ogłosił swoją pro­te­go­waną oraz dzie­dziczką. Wy­brał ją, a nie jego. Chłopak na każdym kro­ku usiłował pod­ważyć jej po­zycję. Miał te­raz sie­dem­naście lat i był o rok od niej star­szy, ale ani na mo­ment nie za­po­mniał, że stoi niżej w hie­rar­chii.

Dziew­czy­na aż się zjeżyła, widząc Sama na miej­scu Bena. Wie­działa, że ten pew­nie udu­si chłopa­ka, gdy do­wie się o wszyst­kim po po­wro­cie. Z dru­giej stro­ny mogła mu oszczędzić wysiłku i uka­rać go sama.

Spoj­rzała na Aro­byn­na.

„Dla­cze­go nie ofuknął Sama za to, że usiadł nie na swo­im miej­scu?” – pomyślała.

Twarz Aro­byn­na Ha­me­la, wciąż przy­stoj­na po­mi­mo si­wi­zny, która za­czy­nała przyprószać jego włosy, nadal była obojętna. Ce­la­ena nie­na­wi­dziła tej nie­prze­nik­nio­nej ma­ski, tym bar­dziej że jej sa­mej pa­no­wa­nie nad własny­mi emo­cja­mi – a zwłasz­cza tem­pe­ra­men­tem – nie przy­cho­dziło tak łatwo.

– Sko­ro Gre­go­ri zo­stał poj­ma­ny – po­wie­działa wol­no, od­su­wając długi ko­smyk złoci­stych włosów z twa­rzy – wszy­scy wie­my, co należy zro­bić. Za­sa­dy są ja­sne. Trze­ba posłać któregoś z adeptów, aby do­rzu­cił mu coś do je­dze­nia. Coś, co nie wywołuje cier­pień – dodała, gdy spo­strzegła, że mężczyźni wokół ze­sztyw­nie­li. – By­le­by nas nie sypnął.

W królew­skich lo­chach mało kto był w sta­nie za­cho­wać mil­cze­nie. Nie­wie­lu przestępców wy­cho­dziło z po­wro­tem na wol­ność, a ci, którym się to udało, nie przy­po­mi­na­li już sie­bie.

Lo­ka­li­za­cja Twier­dzy Zabójców była pil­nie strzeżonym se­kre­tem i każdego z adeptów szko­lo­no, że za żadną cenę nie może go zdra­dzić. Zresztą gdy­by praw­da wyszła na jaw, i tak nikt by nie uwie­rzył, że piękna ka­mie­ni­ca przy jed­nej z naj­lep­szych ulic mia­sta Ri­fthold mieści sie­dzibę naj­groźniej­szych zabójców świa­ta. Czy ist­niało lep­sze miej­sce na kryjówkę niż samo cen­trum sto­li­cy?

– A jeśli już sypnął? – za­py­tał wy­zy­wająco Sam.

– Jeśli zmu­si­li go do ga­da­nia – od­po­wie­działa dziew­czy­na – należy zabić wszyst­kich, którzy go słucha­li.

Ob­da­rzyła Sama lek­kim uśmie­chem, którego nie zno­sił. Brązowe oczy młodzieńca rozbłysły, ale zabójczy­ni już pa­trzyła z po­wro­tem na Aro­byn­na.

– Nie mu­siałeś nas tu ściągać, aby podjąć taką de­cyzję. Już wydałeś od­po­wied­nie roz­ka­zy, praw­da?

Aro­bynn po­ki­wał głową. Jego zaciśnięte moc­no usta two­rzyły cienką linię. Sam zdu­sił w so­bie ochotę, aby za­pro­te­sto­wać, i spoj­rzał na ogień trza­skający w ko­min­ku. Na jego przy­stoj­nym, gład­kim ob­li­czu zagościł cień. Ce­la­ena wie­działa, że gdy­by po­szedł w ślady mat­ki, mógłby dzięki swej twa­rzy za­ro­bić for­tunę, ale ta przed śmier­cią za­de­cy­do­wała, że zo­sta­wi go u zabójców, a nie u kur­ty­zan.

Za­padła ci­sza, która aż kłuła w uszy. Aro­bynn na­brał po­wie­trza. Coś było nie tak.

– Co jesz­cze się wy­da­rzyło? – Dziew­czy­na wy­chy­liła się do przo­du. Po­zo­sta­li zabójcy wbi­li spoj­rze­nia w stół. A więc wie­dzie­li o wszyst­kim. Dla­cze­go nie usłyszała o tym jako pierw­sza?

Srebr­ne oczy Aro­byn­na zalśniły ni­czym stal.

– Ben zo­stał za­bi­ty.

Ce­la­ena za­cisnęła dłonie na poręczach fo­te­la.

– Co ta­kie­go? – za­py­tała z nie­do­wie­rza­niem.

Ben? Ben, ów wiecz­nie uśmiech­nięty zabójca, który tre­no­wał ją równie często, jak Aro­bynn. Ben, który opa­trzył kie­dyś jej strza­skaną prawą dłoń. Ben, siódmy i ostat­ni członek kręgu za­ufa­nych Króla. Miał za­le­d­wie trzy­dzieści lat.

Ce­la­ena odsłoniła zęby.

– Jak to „zo­stał za­bi­ty?” – spy­tała. – Co masz na myśli?

Aro­bynn zmie­rzył ją prze­ciągłym spoj­rze­niem, a przez jego twarz prze­mknął gry­mas smut­ku. Li­czył so­bie za­le­d­wie pięć lat więcej od Bena. Do­ra­sta­li i tre­no­wa­li ra­zem, a Ben dokładał wszel­kich sta­rań, aby jego przy­ja­ciel mógł się czuć pew­nie jako Król Zabójców i aby nikt nie za­grażał jego po-zy­cji. Nig­dy też nie na­rze­kał na to, że jest jego podwład­nym. Ce­la­ena po­czuła ucisk w gar­dle.

– To miało być za­da­nie Gre­go­rie­go – po­wie­dział ci­cho Aro­bynn. – Nie wiem, dla­cze­go Ben zo­stał do nie­go wciągnięty. Nie mam pojęcia, kto ich zdra­dził. Zna­le­zio­no jego ciało nie­da­le­ko bram mia­sta.

– Przy­nie­sio­no je tu­taj? – za­py­tała.

Mu­siała go zo­ba­czyć. Mu­siała go uj­rzeć po raz ostat­ni. Mu­siała się do­wie­dzieć, jak zginął i ile ran odniósł, za­nim roz­stał się z życiem.

– Nie.

– A dla­cze­go nie, do cho­le­ry? – Dziew­czy­na za­ci­skała i roz­pro­sto­wy­wała pięści.

– Bo roiło się tam od strażników i żołnie­rzy! – wy­buchnął Sam. Ce­la­ena gwałtow­nie odwróciła ku nie­mu głowę. – A skąd, two­im zda­niem, do­wie­dzie­liśmy się o wszyst­kim?

A więc Aro­bynn wysłał Sama, aby od­szu­kał Bena i Gre­go­rie­go? Sama Cor­tlan­da?

– Gdy­byśmy za­bra­li jego ciało – ciągnął chłopak, bez tru­du wy­trzy­mując jej wściekłe spoj­rze­nie – wska­za­li­byśmy im drogę do Twier­dzy.

– Je­steś zabójcą! – warknęła. – Po­wi­nie­neś umieć od­zy­skać ciało tak, by cię nikt nie za­uważył.

– Gdy­byś tam była, podjęłabyś taką samą de­cyzję.

Ce­la­ena wstała tak gwałtow­nie, że krzesło przewróciło się z hu­kiem na zie­mię.

– Gdy­bym tam była, po­za­bi­jałabym ich wszyst­kich, aby tyl­ko od­zy­skać ciało Bena! – zawołała i ude­rzyła dłońmi w stół. Szklan­ki i kie­lisz­ki zadrżały.

Sam również się ze­rwał, a jego dłoń opadła na rękojeść mie­cza.

– Posłuchaj sama sie­bie! Po­uczasz nas, jak­byś to ty rządziła Gil­dią Zabójców! Póki co nie ty tu je­steś sze­fem! – Pokręcił głową i dodał: – Póki co.

– Dość tego! – Aro­bynn pod­niósł się z krzesła.

Ce­la­ena i Sam ani drgnęli. Po­zo­sta­li zabójcy nie ode­zwa­li się słowem, choć każdy z nich chwy­cił za broń. Dziew­czy­na wi­działa na własne oczy nie­jedną walkę sto­czoną w Twier­dzy i wie­działa, że każdemu w równym stop­niu zależało na własnym bez­pie­czeństwie oraz na tym, aby Sam i Ce­la­ena nie zro­bi­li so­bie krzyw­dy.

– Dość!

Gdy­by Sam zro­bił choć krok, a klin­ga jego mie­cza by drgnęła, szty­let ukry­ty w fałdach jej sza­ty wbiłby mu się w szyję.

Aro­bynn złapał podbródek chłopa­ka dłonią i zmu­sił go, aby na nie­go spoj­rzał.

– Uspokój się, chłopcze, albo za­raz ja cię uspo­koję – mruknął. – Tyl­ko idio­ta mógłby chcieć rzu­cić jej te­raz wy­zwa­nie.

Ce­la­ena zdu­siła ri­postę. Dałaby so­bie radę z Sa­mem zarówno tej nocy, jak i każdej in­nej. W wal­ce za­wsze go po­ko­ny­wała.

Chłopak puścił rękojeść mie­cza, a Aro­bynn po chwi­li uwol­nił jego podbródek, ale nie cofnął się. Sam wbił spoj­rze­nie w podłogę i oparł się o prze­ciw­ległą ścianę. Wy­star­czyłby je­den ruch nad­garst­ka i z jego gardła buchnęłaby krew.

– Ce­la­ena… – ode­zwał się Aro­bynn. Jego głos odbił się echem po kom­na­cie.

Tej nocy prze­la­no już wy­star­czająco dużo krwi. Nie po­trze­bo­wa­li ko­lej­nej wy­rwy we własnych sze­re­gach.

Ben.

Ben nie żył. Już nig­dy nie wpad­nie na nie­go w ko­ry­ta­rzach Twier­dzy. Jego spo­koj­ne, zręczne dłonie już nig­dy nie będą opa­try­wać ni­czy­ich ran, a żarty i sprośne aneg­do­ty nig­dy nie wywołają jej śmie­chu.

– Ce­la­ena… – ostrzegł ją po­now­nie Aro­bynn.

– Już wszyst­ko w porządku – par­sknęła. Roz­pro­sto­wała napięte mięśnie szyi i prze­cze­sała dłonią złoci­ste włosy. Ru­szyła ku drzwiom, ale za­trzy­mała się na pro­gu. – Jesz­cze jed­no – rzu­ciła do wszyst­kich, ale pa­trzyła na Sama. – Mam za­miar od­zy­skać ciało Bena.

Na twa­rzy chłopa­ka zadrżał je­den mięsień, lecz młodzie­niec rozsądnie na­wet na nią nie spoj­rzał.

– Ale nie spo­dzie­waj­cie się po mnie po­dob­nej uprzej­mości, gdy wy­bi­je wa­sza go­dzi­na – dodała.

Odwróciła się na pięcie i ru­szyła po spi­ral­nych scho­dach do po­kojów na górze. Nikt jej nie za­trzy­my­wał, gdy piętnaście mi­nut później wyszła przez główną bramę i zna­lazła się na ci­chych uli­cach mia­sta.

Roz­dział dru­gi

Dwa mie­siące, trzy dni i około ośmiu go­dzin później ze­gar stojący na ko­min­ku wybił południe. Ka­pi­tan Rol­fe, Władca Pi­ratów, spóźniał się. Ce­la­ena i Sam również nie do­tar­li na czas, ale Rol­fe, który miał się po­ja­wić już dwie go­dziny temu, nie miał żad­nej wymówki. Prze­cież spo­tka­nie miało mieć miej­sce w jego biu­rze.

Ich własne spóźnie­nie nie było od nich zależne. Ce­la­ena nie miała wpływu na po­dmu­chy wia­tru i przy­pusz­czała, że ci tchórzli­wi żegla­rze ra­czej się nie spie­szy­li, płynąc przez ar­chi­pe­lag Mar­twych Wysp. Nie chciała na­wet myśleć o tym, ile Aro­bynn mu­siał im zapłacić, aby wpłynęli w samo ser­ce pi­rac­kie­go te­ry­to­rium, ale Za­to­ka Cza­szek znaj­do­wała się na wy­spie i zabójcy nie mie­li wy­bo­ru. Mu­sie­li do­stać się tam stat­kiem.

Ce­la­ena miała na so­bie tu­nikę oraz nie­co zbyt ob­szer­ny płaszcz, a twarz ukryła za maską z he­ba­nu. Pod­niosła się z krzesła stojącego przed biur­kiem Władcy Pi­ratów. Dla­cze­go kazał jej cze­kać? Co za bez­czel­ność! Prze­cież do­sko­na­le wie­dział, dla­cze­go tu przy­by­li. Nie­daw­no zna­le­zio­no ciała trzech zabójców za­mor­do­wa­nych przez pi­ratów i Aro­bynn mia­no­wał ją oso­bistą emi­sa­riuszką. Ich śmierć pociągała za sobą stra­ty dla Gil­dii i Ce­la­ena miała do­ma­gać się od Rol­fe’a od­szko­do­wa­nia, naj­le­piej w po­sta­ci złota.

– Za każdą mi­nutę ocze­ki­wa­nia dołożę mu dzie­sięć sztuk złota – po­wie­działa do Sama. Ma­ska wy­ci­szała i znie­kształcała jej słowa.

Chłopak, który nie za­krył swej przy­stoj­nej twa­rzy, skrzyżował ręce na pier­siach i skrzy­wił się.

– Nie ma mowy. List od Aro­byn­na zo­stał za­pieczęto­wa­ny i ta­kim pozo­stanie. – Jego brązowe oczy zmrużyły się, gdy pa­trzył na nią.

Żadne z nich nie było szczególnie za­do­wo­lo­ne, gdy Aro­bynn oznaj­mił, że Sam będzie to­wa­rzy­szył Ce­la­enie w dro­dze na Mar­twe Wy­spy, tym bar­dziej że ciało Bena – które dziew­czy­nie w isto­cie udało się od­zy­skać – spo­czy­wało w zie­mi do­pie­ro od dwóch mie­sięcy. Zabójczy­ni wciąż od­czu­wała żal na myśl o stra­cie to­wa­rzy­sza.

Sam ofi­cjal­nie miał być jej ochro­nia­rzem, ale Ce­la­ena wie­działa, że ich men­to­ro­wi przyświe­cał inny po­mysł. Młodzie­niec miał pil­no­wać, aby dziew­czy­na nie zro­biła ni­cze­go głupie­go. Ona jed­nakże nie miała za­mia­ru poważyć się na żaden nieodpowie­dzialny czyn pod­czas spo­tka­nia z Władcą Pi­ratów Eri­lei. Wie­działa, że ko­lej­na szan­sa na spo­tka­nie z nim długo się jej nie tra­fi, choć nie­wiel­ka, górzy­sta wy­sep­ka i pod­upadły port jak dotąd nie zro­biły na niej wiel­kie­go wrażenia.

Spo­dzie­wała się uj­rzeć wy­stawną ka­mie­nicę przy­po­mi­nającą Twierdzę Zabójców lub przy­najm­niej sta­ry, ale wciąż moc­ny za­mek, lecz Władca Pi­ratów wy­brał na swą sie­dzibę piętro dość po­dej­rza­nej ta­wer­ny. Su­fit znaj­do­wał się ni­sko, drew­nia­ne podłogi skrzy­piały z każdym kro­kiem, a w po­miesz­cze­niu bra­ko­wało okien. Na zewnątrz pa­no­wał upał ty­po­wy dla południo­wych wysp i du­cho­ta w środ­ku była nie do znie-sie­nia. Gru­bo ubra­na Ce­la­ena pociła się nie­miłosier­nie, ale nie żałowała swo­ich de­cy­zji w kwe­stii ubio­ru. Gdy szli przez Za­tokę Cza­szek, lu­dzie oglądali się za nią. Po­wie­wająca czar­na pe­le­ry­na, wy­twor­ny czar­ny strój oraz ma­ska za­mie­niły ją w ta­jem­niczą wysłan­niczkę ciem­ności. W roz­mo­wie z kimś ta­kim człowiek tra­cił nie­co pew­ności sie­bie, co za­wsze mogło pomóc.

Ce­la­ena po­deszła do drew­nia­ne­go biur­ka i dłońmi w czar­nych ręka­wicz­kach pod­niosła jakiś do­ku­ment. Odwróciła go, aby za­po­znać się z treścią. Ra­port po­go­do­wy. Ale nuda.

– Co ro­bisz?

Dziew­czy­na pod­niosła ko­lej­ny pa­pier.

– Jeśli jego Pi­rac­kiej Mości nie chciało się tu dla nas po­sprzątać, nie widzę po­wo­du, dla którego nie mogę się przyj­rzeć jego do­ku­men­tom.

– Będzie tu lada chwi­la – syknął chłopak.

Ce­la­ena ujęła rozłożoną mapę w dłonie i przyj­rzała się krop­kom ciągnącym się wzdłuż li­nii brze­go­wej kon­ty­nen­tu oraz ich opi­som. Coś nie­wiel­kie­go i okrągłego zalśniło pod mapą. Dziew­czy­na wsunęła to do kie­sze­ni, za­nim Sam zdołał co­kol­wiek za­uważyć.

– Och, ci­cho bądź – po­wie­działa i otwo­rzyła skrzy­nię stojącą przy ścia­nie nie­da­le­ko biur­ka. – Podłoga tak trzesz­czy, że usłyszy­my go, gdy będzie w od­ległości ki­lo­me­tra.

Skrzy­nia była pełna zwojów, piór oraz dzi­wacz­nych mo­net. Zabójczy­ni za­uważyła również bu­telkę nie­zwy­kle sta­rej, wyglądającej na drogą bran­dy. Wyciągnęła ją i w pro­mie­niach słońca, wpa­dających przez nie­wiel­kie okno, przyj­rzała się roz­kołysa­ne­mu, bursz­ty­no­we­mu płyno­wi.

– Chcesz łyka?

– Nie! – warknął Sam i odwrócił się nie­co na krześle, aby mieć oko na drzwi. – Odłóż to. Na­tych­miast!

Dziew­czy­na prze­chy­liła głowę, zakręciła za­war­tością krysz­tałowej bu­tel­ki i odłożyła ją na miej­sce. Sam wes­tchnął. Ma­ska Ce­la­eny skry­wała jej sze­ro­ki uśmiech.

– Nie wy­da­je mi się, aby ten Rol­fe był wiel­kim władcą – po­wie­działa – sko­ro tak pre­zen­tu­je się jego oso­bi­ste biu­ro.

Sam wydał z sie­bie stłumio­ny jęk zgro­zy, gdy dziew­czy­na roz­siadła się na wiel­kim fo­te­lu za biur­kiem, zaczęła otwie­rać księgi i przyglądać się do­ku­men­tom. Pi­rat miał mało wyraźny, nie­mal nie­czy­tel­ny cha­rak­ter pi­sma, a na jego pod­pis składało się kil­ka pętli i ostrych za­wi­jasów.

Nie wie­działa, cze­go szu­ka. Uniosła nie­co brwi na wi­dok fio­le­to­wej, skro­pio­nej per­fu­ma­mi kart­ki pod­pi­sa­nej imie­niem Ja­cqu­eli­ne. Roz­parła się w fo­te­lu, ułożyła nogi na bla­cie i prze­czy­tała treść.

– Cho­le­ra, Ce­la­eno!

Uniosła brwi, ale uświa­do­miła so­bie, że ni­cze­go nie wi­dzi. Ma­ska oraz strój były niezbędnym środ­kiem ostrożności, dzięki którym łatwiej było jej ukryć to, kim jest. Co więcej, wszy­scy zabójcy Aro­byn­na po­przy­sięgli, że nie ujaw­nią jej tożsamości na­wet w ob­li­czu nie­kończących się tor­tur lub śmier­ci.

Dziew­czy­na sapnęła, choć przez to pod maską zro­biło się jesz­cze goręcej. Świat nie wie­dział o Ce­la­enie Sar­do­thien, Zabójczy­ni Adar­la­nu, nic poza tym, że była płci żeńskiej, a ona sama bar­dzo chciała ten stan utrzy­mać. Czy w in­nej sy­tu­acji mogłaby spa­ce­ro­wać po sze­ro­kich ale­jach Ri­fthold lub za­kra­dać się na wspa­niałe przyjęcia, na których po­da­wała się za za­morską szlach­ciankę? Co praw­da wolałaby, aby Rol­fe mógł po­dzi­wiać jej piękną twarz, ale mu­siała przy­znać, że dzięki prze­bra­niu wy­da­wała się groźniej­sza i robiła większe wrażenie, tym bar­dziej że przez maskę jej głos brzmiał ochry­ple i zgrzy­tli­wie.

– Wra­caj na miej­sce! – Sam sięgnął po miecz, ale przy­po­mniał so­bie, że od­da­li oręż strażni­kom przy wejściu. Oczy­wiście żaden z nich nie zda­wał so­bie spra­wy z tego, że na­wet roz­bro­je­ni Sam i Ce­la­ena byli nie­zwy­kle nie­bez­piecz­ni. Nie po­trze­bo­wa­li noży, aby zabić Rol­fe’a. Mo­gli­by równie do­brze ode­brać mu życie gołymi rękami.

– Chcesz ze mną wal­czyć? – Dziew­czy­na rzu­ciła list miłosny na biur­ko. – Nie wy­da­je mi się, abyśmy zro­bi­li w ten sposób do­bre wrażenie na na­szych no­wych zna­jo­mych.

Założyła ręce na pier­si i spoj­rzała na tur­ku­so­we mo­rze, wi­docz­ne między pod­upadłymi bu­dow­la­mi Za­to­ki Cza­szek.

Sam pod­niósł się nie­co z krzesła.

– Wra­caj na miej­sce, do­bra?

Ce­la­ena przewróciła ocza­mi, choć chłopak nie mógł tego do­strzec.

– Spędziłam dzie­sięć dni na mo­rzu. Dla­cze­go mam te­raz sie­dzieć na nie­wy­god­nym krześle, sko­ro ten fo­tel o wie­le bar­dziej pa­su­je do mo­je­go sty­lu?

Sam warknął głucho, ale za­nim się ode­zwał, drzwi otwo­rzyły się. Do środ­ka wszedł ka­pi­tan Rol­fe, Władca Pi­ratów. Młodzie­niec za­marł, ale Ce­la­ena po­wi­tała przy­by­sza ski­nie­niem głowy.

– Cieszę się, że się roz­gościliście – rzekł pi­rat i za­mknął za sobą drzwi, co było dość śmiałym po­su­nięciem, zważyw­szy na to, kto prze­by­wał w jego biu­rze. Był wy­so­kim mężczyzną o ciem­nych włosach.

Dziew­czy­na nie ru­szyła się z fo­te­la. Cóż, pi­rat zde­cy­do­wa­nie wyglądał in­a­czej, niż so­bie go wy­obrażała. Rzad­ko kie­dy coś ją na­prawdę za­ska­ki­wało, ale spo­dzie­wała się, że uj­rzy kogoś nie­co bar­dziej za­pusz­czo­ne­go i odzia­ne­go w barw­niej­sze, bar­dziej krzy­kli­we sza­ty. Słyszała wie­le hi­sto­rii o dzi­kich wy­czy­nach Rol­fe’a i trud­no było jej uwie­rzyć, że ma przed sobą le­gen­dar­ne­go pi­rata. Przy­bysz był bo­wiem człowie­kiem szczupłym, lecz nie żyla­stym, ubra­nym do­brze, ale bez prze­py­chu, i li­czył so­bie naj­wyżej trzy­dzieści lat. Być może on również ukry­wał swą tożsamość przed wro­ga­mi.

Sam wstał i po­chy­lił lek­ko głowę.

– Je­stem Sam Cor­tland – rzekł.

Rol­fe wyciągnął rękę na po­wi­ta­nie. Ce­la­ena przyglądała się jego wy­ta­tu­owa­nym pal­com, ści­skającym sze­roką, silną rękę chłopa­ka. Mapa… To była owa mi­tycz­na mapa, za którą sprze­dał duszę! Miał ją wy­ta­tu­owaną na dłoniach! Była to mapa wszyst­kich oce­anów świa­ta, która zmie­niała się, aby po­ka­zać sztor­my, wrogów oraz… skar­by.

– Ro­zu­miem, że ty nie mu­sisz się przed­sta­wiać. – Rol­fe odwrócił się do niej.

– Nie. – Ce­la­ena roz­siadła się wy­god­niej w fo­te­lu. – Nie muszę.

Pi­rat za­chi­cho­tał. Na jego opa­lo­nej twa­rzy po­ja­wił się krzy­wy uśmiech. Pod­szedł do skrzy­ni, dzięki cze­mu dziew­czy­na mogła mu się le­piej przyj­rzeć. Mężczy­zna miał sze­ro­kie ra­mio­na, trzy­mał głowę wy­so­ko, a w jego ru­chach krył się swo­bod­ny wdzięk, który brał się ze świa­do­mości, że dzierżył w tym miej­scu ab­so­lutną władzę. Nie nosił też bro­ni. Było to ko­lej­ne śmiałe, a także mądre po­su­nięcie, gdyż zabójcy mo­gli wy­ko­rzy­stać ją prze­ciw­ko nie­mu.

– Bran­dy? – za­py­tał.

– Nie, dzięku­je­my – rzekł Sam.

Ce­la­ena czuła na so­bie wściekły wzrok chłopa­ka. Chciał ją zmu­sić, aby zdjęła nogi z biur­ka żegla­rza.

– Nosząc taką maskę, i tak nie byłabyś w sta­nie się napić. – Rol­fe zamyślił się. Nalał so­bie bran­dy i pociągnął długi łyk. – Pew­nie jest ci gorąco w tym stro­ju – po­wie­dział.

Ce­la­ena opuściła sto­py na podłogę i prze­sunęła dłońmi wzdłuż wygiętej krawędzi biur­ka, roz­pro­sto­wując ra­mio­na.

– Je­stem przy­zwy­cza­jo­na.

Rol­fe znów upił łyk i zerknął na nią znad kie­lisz­ka. Miał oczy równie lśniące i zie­lo­ne, jak mor­ska woda wzdłuż na­brzeża, ciągnącego się kil­ka ulic da­lej. Opuścił na­czy­nie i stanął przy biur­ku.

– Nie wiem, jak roz­wiązu­je­cie pro­ble­my na północy, ale my tu­taj lu­bi­my wie­dzieć, z kim roz­ma­wia­my.

Dziew­czy­na prze­chy­liła głowę.

– Jak sam po­wie­działeś, nie trze­ba mnie przed­sta­wiać. Cho­dzi ci za­pew­ne o przy­wi­lej uj­rze­nia mo­jej pięknej twa­rzy? Oba­wiam się, że nie­wie­lu mężczyzn dotąd so­bie na nie­go zasłużyło.

Wy­ta­tu­owa­ne pal­ce Rol­fe’a za­cisnęły się moc­niej na kie­lisz­ku.

– Złaź z mo­je­go fo­te­la.

Sam napiął mięśnie. Ce­la­ena jed­nakże przyj­rzała się raz jesz­cze rze­czom roz­rzu­co­nym na biur­ku Rol­fe’a i pokręciła głową z dez­apro­batą.

– Po­wi­nie­neś wziąć się za ten bałagan.

Wy­czuła, że pi­rat chce ją złapać za ramię. Ze­rwała się, za­nim jego pal­ce zdołały musnąć czarną wełnę jej pe­le­ry­ny. Był wyższy od niej o głowę.

– Nie robiłabym tego na two­im miej­scu – oznaj­miła.

W oczach Rol­fe’a błysnęła ocho­ta do podjęcia wy­zwa­nia.

– Je­steś w moim mieście, na mo­jej wy­spie – po­wie­dział. Dzie­liły ich za­le­d­wie cen­ty­me­try. – Nie ty wy­da­jesz tu po­le­ce­nia.

Sam od­kaszlnął, ale Ce­la­ena wpa­try­wała się w oczy Rol­fe’a. Pi­rat wbił wzrok w czerń kryjącą się pod kap­tu­rem jej pe­le­ry­ny. Gładka, czar­na ma­ska oraz cie­nie ma­sko­wały jej rysy twa­rzy.

– Ce­la­eno – ostrzegł ją Sam, od­kaszlnąwszy po­now­nie.

– W porządku. – Dziew­czy­na wes­tchnęła głośno i obeszła pi­ra­ta, jak­by był za­wa­dzającym jej me­blem. Opadła na krzesło obok Sama, który zmie­rzył ją spoj­rze­niem tak wściekłym, że mogłoby sto­pić całe Mroźne Pust­ko­wia.

Ce­la­ena czuła, że Rol­fe śle­dzi każdy jej ruch, ale za­nim usiadła, po­pra­wiła jesz­cze poły tu­ni­ki. Za­padła ci­sza, prze­ry­wa­na krzy­kiem mew krążących nad mia­stem i nawoływa­niem pi­ratów na brud­nych uli­cach.

– No i? – Rol­fe oparł przed­ra­mio­na na biur­ku.

Sam spoj­rzał na swoją to­wa­rzyszkę. Na­deszła jej chwi­la.

– Do­brze wiesz, dla­cze­go się tu zna­leźliśmy – po­wie­działa Ce­la­ena. – Ale nie­wy­klu­czo­ne, że od tej bran­dy po­mie­szało ci się w głowie. Mam ci odświeżyć pamięć?

Rol­fe machnął po­krytą zie­lo­ny­mi, nie­bie­ski­mi i czar­ny­mi ta­tuażami dłonią, jak­by był królem siedzącym na tro­nie i słuchającym skarg motłochu.

„Osioł”.

– W Bel­l­ha­ven od­na­le­zio­no ciała trzech zabójców z na­szej Gil­dii. Ten, któremu udało się uciec, po­wie­dział, że zo­sta­li za­ata­ko­wa­ni przez pi­ratów – rzekła Ce­la­ena i założyła ramię za opar­cie krzesła. – Przez two­ich pi­ratów.

– A skąd ów człowiek wie­dział, że to byli moi lu­dzie?

Dziew­czy­na wzru­szyła ra­mio­na­mi.

– Może to przez te ta­tuaże?

Wszy­scy podwładni Rol­fe’a no­si­li bo­wiem ten sam znak – była to barw­na dłoń.

Mężczy­zna otwo­rzył szu­fladę, wyciągnął jakiś do­ku­ment i za­po­znał się z jego treścią.

– Gdy uświa­do­miłem so­bie, że Aro­bynn Ha­mel może chcieć obar­czyć mnie winą, kazałem mi­strzo­wi stocz­ni w Bel­l­ha­ven przysłać mi te do­ku­men­ty. Wy­ni­ka z nich, że in­cy­dent miał miej­sce o trze­ciej nad ra­nem w do­kach.

Tym ra­zem ode­zwał się Sam:

– To praw­da – rzekł.

Rol­fe złożył pa­pier i uniósł wzrok ku nie­bu.

– A więc do in­cy­den­tu doszło o trze­ciej nad ra­nem w do­kach, gdzie nie ma żad­nych lamp ulicz­nych. Wie­cie o tym, praw­da?

Ce­la­ena nie miała o tym bla­de­go pojęcia.

– Jak za­tem wasi zabójcy mie­li uj­rzeć owe ta­tuaże?

Dziew­czy­na skrzy­wiła się, choć ma­ska ukryła gry­mas.

– Bo do mor­der­stwa doszło trzy ty­go­dnie temu, pod­czas pełni.

– Aha, ja­sne. Ale prze­cież to wcze­sna wio­sna. Na­wet w mieście położonym tak da­le­ko na północ jak Bel­l­ha­ven noce są nadal zim­ne. Na­wet gdy­by moi lu­dzie nie założyli kur­tek…

– Dość – par­sknęła Ce­la­ena. – Przy­pusz­czam, że na tym świst­ku masz jesz­cze dzie­sięć bez­na­dziej­nych wymówek chro­niących two­ich lu­dzi.

Pod­niosła sakwę z podłogi i wyjęła z niej dwa za­pieczęto­wa­ne do­ku­men­ty.

– To dla cie­bie – rzekła i rzu­ciła mu je na biur­ko. – Od na­sze­go mi­strza.

Na twa­rzy Rol­fe’a po­ja­wił się uśmiech, ale przy­ciągnął do­ku­men­ty do sie­bie i przyj­rzał się pieczęciom. Obej­rzał je pod światło.

– Je­stem zdzi­wio­ny, że nikt nie próbował jesz­cze ich zdjąć – po­wie­dział.

Jego oczy rozbłysły, jak­by pla­no­wał psotę. Ce­la­ena wy­czu­wała, że siedzący obok niej Sam aż pro­mie­nie­je za­do­wo­le­niem z sie­bie.

Rol­fe wyciągnął nożyk i roz­ciął obie ko­per­ty dwo­ma zręczny­mi ru­cha­mi. Jak to możliwe, że nie za­uważyła tej bro­ni? Kosz­mar­ny błąd.

Znów za­padła ci­sza. Pi­rat czy­tał li­sty z uwagą, a jego je­dyną re­akcją było bębnie­nie palców na drew­nia­nym biur­ku. Upał na­ra­stał i po ple­cach Ce­la­eny spływał pot. Mie­li za­trzy­mać się w Za­to­ce Cza­szek na trzy dni. Rol­fe przez ten czas miał zgro­ma­dzić pie­niądze, które był im wi­nien. Sądząc po pogłębiającej się zmarszcz­ce na czo­le pi­ra­ta, było ich całkiem spo­ro.

Skończyw­szy czy­tać, Rol­fe wypuścił po­wie­trze z płuc i ułożył li­sty obok sie­bie.

– Wasz mistrz sta­wia ostre wa­run­ki – rzekł, patrząc to na Ce­la­enę, to na Sama. – Nie­mniej jed­nak nie są one nie­uczci­we. Być może po­win­niście byli prze­czy­tać te li­sty, za­nim zaczęliście ob­rzu­cać oskarżenia­mi mnie i mo­ich lu­dzi. Nie będzie żad­nej re­kom­pen­sa­ty za tych mar­twych zabójców. Wasz mistrz zga­dza się, że ich śmierć nie była w żad­nym wy­pad­ku moją winą. Wygląda na to, że ten człowiek ma nie­co zdro­we­go rozsądku.

Ce­la­ena zdu­siła w so­bie ochotę, aby wy­chy­lić się do przo­du. Sko­ro Aro­bynn nie do­ma­gał się zapłaty za śmierć owych zabójców, co oni tu właści­wie ro­bi­li? Na jej po­licz­ki wypłynął płonący ru­mie­niec. Zro­biła z sie­bie idiotkę, nie­praw­daż? Jeśli na twa­rzy Sama po­ja­wi się choćby cień uśmie­chu…

Rol­fe po­now­nie zabębnił po sto­le wy­ta­tu­owa­ny­mi pal­ca­mi i prze­cze­sał dłonią ciem­ne, sięgające ra­mion włosy.

– A co do za­pro­po­no­wa­nej przez nie­go umo­wy han­dlo­wej… Po­proszę mo­ich księgo­wych, aby pod­li­czy­li niezbędne wy­dat­ki, ale będzie­cie mu­sie­li po­wie­dzieć Aro­byn­no­wi, że może się spo­dzie­wać pierw­szych zysków do­pie­ro pod­czas dru­giej do­sta­wy, choć nie ma co do tego pew­ności. Oso­biście ob­sta­wiałbym trze­cią. Jeśli ma z tym jakiś pro­blem, będzie mu­siał po­fa­ty­go­wać się tu sam, aby mi o tym po­wie­dzieć.

Zy­ski? Do­sta­wa? Ce­la­ena po raz pierw­szy w życiu na­prawdę cie­szyła się, że ma na twa­rzy maskę. Wyglądało bo­wiem na to, że wysłano ich z pro­po­zycją ja­kiejś in­we­sty­cji han­dlo­wej. Zerknęła na Sama, który kiwał głową, słuchając Rol­fe’a. Wyglądało na to, że dokład­nie wie, o czym mówi Władca Pi­ratów.

– Kie­dy mamy się spo­dzie­wać pierw­szej do­sta­wy? – spy­tał. – Co mamy prze­ka­zać Aro­byn­no­wi?

Rol­fe we­pchnął li­sty do szu­fla­dy w biur­ku i za­mknął ją na klucz.

– Nie­wol­ni­cy dotrą tu za dwa dni. Będą go­to­wi na wasz wy­jazd trze­cie­go dnia. Mogę na­wet pożyczyć wam okręt. Będzie­cie mo­gli po­wie­dzieć tym trzęsącym się ze stra­chu nie­bo­ra­kom, którzy was tu przy­wieźli, że mogą wra­cać do Ri­fthold choćby i dziś, jeśli mają na to ochotę.

Ce­la­ena wpa­try­wała się w pi­ra­ta. Aro­bynn wysłał ich tu w spra­wie… W spra­wie nie­wol­ników? Czyżby upadł aż tak ni­sko? I dla­cze­go za­taił przed nią praw­dzi­wy cel mi­sji? Jej noz­drza roz­sze­rzyły się. Sam wie­dział o wszyst­kim, ale jakoś nie ra­czył jej o tym wspo­mnieć, choć spędzi­li ra­zem dzie­sięć dni na mo­rzu. Gdy tyl­ko znajdą się na osob­ności, dołoży wszel­kich sta­rań, aby tego pożałował. Ale póki co nie mogła po­zwo­lić na to, by Rol­fe złapał ją na nie­wie­dzy.

– Le­piej tego nie schrzań – ostrzegła Władcę Pi­ratów. – Aro­bynn nie będzie za­do­wo­lo­ny, jeśli coś pójdzie nie tak.

Rol­fe za­chi­cho­tał.

– Masz moje słowo, że wszyst­ko pójdzie zgod­nie z pla­nem. Nie bez po­wo­du je­stem Władcą Pi­ratów.

Ce­la­ena po­chy­liła się ku nie­mu.

– Od jak daw­na han­dlu­jesz nie­wol­ni­ka­mi? – spy­tała. Usiłowała mówić w sposób po­zba­wio­ny emo­cji, ni­czym part­ner han­dlo­wy oma­wiający szczegóły kon­trak­tu.

Z pew­nością działalność ta nie trwała długo. Adar­lan zaczął łapać i sprze­da­wać nie­wol­ników około dwóch lat temu. Większość z nich była jeńcami wo­jen­ny­mi z te­ry­to­riów, które ośmie­liły się prze­ciw­sta­wić adar­lańskim pod­bo­jom. Wie­lu po­cho­dziło z Eyl­l­we, ale zda­rza­li się również więźnio­wie z Me­li­san­de oraz Fin­n­tier­land, a także z ple­mie­nia za­miesz­kującego Góry Białego Kła. Większość tra­fiała do Ca­la­cul­li lub En­do­vier, naj­większych i owia­nych naj­gorszą sławą obozów pra­cy, gdzie wy­do­by­wa­li sól oraz cen­ne me­ta­le, ale co­raz więcej z nich tra­fiało na dwo­ry adar­lańskiej szlach­ty. Ce­la­ena nig­dy by się nie spo­dzie­wała, że Aro­bynn zaj­mie się tak brud­ny­mi umo­wa­mi. Z pew­nością kiep­sko to wpłynie na re­pu­tację Gil­dii Zabójców.

– Uwierz mi. – Rol­fe skrzyżował ra­mio­na. – Mam wy­star­czająco dużo doświad­cze­nia. Po­win­naś ra­czej mar­twić się o swe­go mi­strza. In­we­sty­cje w han­del nie­wol­ni­ka­mi to gwa­ran­to­wa­ny zysk, ale będzie mu­siał po­sta­rać się bar­dziej, niż myśli, jeśli nie chce, aby wieść o jego działalności do­tarła do niewłaści­wych uszu.

Dziew­czy­na po­czuła chłód w żołądku, ale naj­le­piej jak umiała, udała brak za­in­te­re­so­wa­nia, gdy od­po­wia­dała:

– Aro­bynn to doświad­czo­ny człowiek in­te­re­su. Zro­bi do­bry użytek ze wszyst­kie­go, co tyl­ko zdołasz do­star­czyć.

– Mam na­dzieję, że się nie my­lisz. Nie chciałbym na­ra­zić swo­jej re­pu­ta­cji – rzekł Rol­fe i wstał. Ce­la­ena i Sam zro­bi­li to samo. – Ju­tro otrzy­ma­cie pod­pi­sa­ne do­ku­men­ty, a te­raz przy­go­tuję dla was dwa po­ko­je.

– Wy­star­czy je­den – prze­rwała mu dziew­czy­na.

Rol­fe znacząco uniósł brwi.

Twarz zabójczy­ni znów zapłonęła ru­mieńcem, a Sam par­sknął śmie­chem.

– Je­den pokój, ale dwa łóżka!

Rol­fe za­chi­cho­tał, pod­szedł do drzwi i otwo­rzył je przed nimi.

– Jak so­bie życzy­cie. Każę również przy­go­to­wać dla was kąpiel.

Zabójcy wy­szli w ślad za pi­ra­tem na ciem­ny, wąski ko-ry­tarz.

– Choć w su­mie mo­gli­byście się wykąpać w jed­nej ba­lii – dodał i mrugnął.

Ce­la­ena mu­siała wytężyć całą siłę woli, aby po­wstrzy­mać się przed ude­rze­niem go poniżej pasa.

Przekład: Mar­cin Mort­ka

Re­dak­cja: Anna Włodar­kie­wicz

Ko­rek­ta: Ma­rze­na Kłos, Małgo­rza­ta De­nys

Skład i łama­nie: Plus 2 Wi­told Kuśmier­czyk

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel./fax (22) 646 05 10, 828 98 08

biu­ro@gwfok­sal.pl

ISBN 978-83-7881-327-9

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

i Ane­ta Raw­ska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Dwór skrzydeł i zguby Imperium burz. Szklany tron. T. 5. Dwór mgieł i furii Królowa cieni Dwór cierni i róż 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona