Tajemnica hieroglifów. Champollion, Napoleon i odczytanie Kamienia z Rosetty

Tajemnica hieroglifów. Champollion, Napoleon i odczytanie Kamienia z Rosetty

Autorzy: Daniel Meyerson

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Historia Popularnonaukowe Hobby

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 280

Cena książki papierowej: 35.00 zł

cena od: 27.99 zł

Napoleon, Champollion i arcydzieło o odczytaniu Kamienia z Rosetty.

Odczytanie Kamienia z Rosetty było jednym z najwybitniejszych dokonań intelektualnych wszech czasów. Umożliwiło poznanie tajemnic liczącej sobie tysiące lat starożytnej cywilizacji egipskiej. Tymczasem przez ostatnich dwieście lat okoliczności tego nadzwyczajnego dzieła translatorskiego pozostawały owiane nimbem mitu i tajemnicy. W swojej porywającej książce Daniel Meyerson przedstawia nadzwyczajną historię splotu losów dwóch geniuszy i przełomu, który zmienił nasze spojrzenie na przeszłość.

Meyerson snuje urzekającą historię o odkryciu Kamienia z Rosetty podczas przeklętej kampanii, o szaleńczym wyścigu o ujawnienie jego tajemnicy, o nieszczęściu wszystkich tych, którzy mieli z nim styczność którą czyta się z zapartym tchem, jak fascynującą powieść. W charakterze tła i kontrapunktu dla historii genialnego lingwisty i cesarza wizjonera, Meyerson wplata do swojej opowieści starożytne wątki o miłości, intrydze, brutalnej śmierci i cudownym odrodzeniu, które przez wieki trwały ukryte przed światem na ścianach egipskich grobowców a które Champollion w końcu zdołał światu pokazać.

Mam odwagę nazwać tę książkę szlachetnym thrillerem. Opowieść o dwóch geniuszach swojej epoki lingwiście Champollionie i Cesarzu Napoleonie prowadzona jest przez wszystkie meandry dziejów epoki napoleońskiej. Narodziny fascynacji archeologią egipską są przecież ściśle powiązane z klęską Napoleona w Egipcie. Historia łamania znaczenia egipskich hieroglifów przypomina tutaj walkę o złamanie Enigmy. Wszystko przesycone jest przeplatającymi się intrygami i szlachetnymi gestami, które wyniosły dwóch bohaterów na szczyty sławy obydwaj, niestety, ale nie za długo mogli cieszyć się swoimi sukcesami. 

Pasjonująca opowieść o prawdziwej przygodzie naukowej i jeszcze prawdziwszej przygodzie politycznej ma jedną wadę kończy się zbyt szybko. Po przeczytaniu epilogu chciałoby się powiedzieć jeszcze! Gorąco polecam.

Prof. Andrzej Kokowski, archeolog, autor Starożytnej Polski.

Daniel Meyerson pracuje na Columbia University. Jest autorem kilku książek historycznych, m.in. W Dolinie Królów. Howard Carter i tajemnica grobowca Tutenchamona. Absolwent Columbia University, gdzie obecnie zajmuje stanowisko Ellis Fellow.

Spis treści

Podziękowania

Prolog

Część pierwsza Rozdział 1. Ab ovo, czyli od początku

Tytuł oryginału

THE LINGUIST AND THE EMPEROR

Copyright © 2004 by Daniel Meyerson

All rights reserved

Projekt okładki: Zbigniew Larwa

Zdjęcia na okładce i wkładce:

Jose Ignacio Soto/Shutterstock.com;

Domena Publiczna;

Fedor Selivanov/Shutterstock.com;

Kristina0702/Dreamstime.com;

Petkowicz/Shutterstock.com;

Hans Hillewaert;

Elenaburn/Dreamstime.com

Redaktor prowadzący: Adrian Markowski

Redakcja: Andrzej Massé

Korekta: Sylwia Kozak-Śmiech

ISBN 978-83-8069-484-2

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Mollie Snitovsky, fantastki, malarki i poetki, która nauczyła mnie, że wystąpienie rzeczy nieprawdopodobnych zalicza się do sfery prawdopodobieństwa.

Dla Nancy Miller, która uosabia Wilde’owskiego krytyka jako artystę – za tak całkowite (i umiejętne zarazem) przeniknięcie do świata tej książki.

Dla czterdziestu dwóch egipskich bogów umarłych (pośród których bawi gdzieś mój agent Noah Lukeman).

Podziękowania

Oto osoby, którym pragnę serdecznie podziękować:

Rosalie Kaufman, której przyjaźń wysoce sobie cenię. Gdyby nie jej nowojorska gościnność, ta książka nigdy by nie powstała.

Mosin Rashidi, znawca tematu, któremu jestem wdzięczny za nadzwyczajną egipską gościnność i cierpliwość przy odpowiadaniu na moje niezliczone pytania.

Dan Smetanka, który przejrzał zarys pierwszych stron tej książki i w nią uwierzył. Dziękuję mu za słowa zachęty i entuzjazm niesłabnący przez wiele miesięcy, a ostatecznie nawet lat.

Mary Gow z Wilburforce Egyptian Library przy Muzeum Brooklyńskim. Dziękuję jej za jej rozległą wiedzę.

Sylvia Levy z „Here’s a Book Store!”. Dziękuję jej za wiarę, słowa zachęty i życzliwość.

Leah: Maa’-hrw, „prawdziwy głos”.

Dr Shoshannah – za przyjaźń.

Ahnkeroot, Connie Skedgell oraz prof. Maura Spiegal – za staranną lekturę i konkretne komentarze.

Bubi Scholz, europejski mistrz wagi półciężkiej z 1964 roku – za inspirację.

Gene Mydlowsky oraz Beck Stvan z Ballantine Books – za świetną okładkę!

Vivian Heller, wspaniałej koleżance po piórze.

Deirdre Lanning za jej niewyczerpaną cierpliowść i pomoc.

Prolog

LINGWISTA SIEDZI W SWOJEJ nędznej chatce i marzy o cesarzu, o człowieku, który wydaje rozkazy jednym skinieniem dłoni. Marzy o potędze i wolności.

Cesarz siedzi na swoim tronie i marzy o lingwiście, o człowieku, który rozumie. Marzy o wiedzy i sensie.

Kim są ci ludzie, co to za dziwaczna para?

Czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Tacy ludzie istnieli zawsze i zawsze będą istnieć.

Kto chce, może nadać cesarzowi imię Aleksander Wielki. Młody, przystojny, świeżo upieczony władca. Ledwo wyrósł z okresu chłopięcego, a już sprawuje rządy nad całą Grecją. Pośród swoich licznych poddanych wynajduje Diogenesa. Wyrusza w kierunku wzgórz wznoszących się nad Atenami i tam spotyka starego, łysego filozofa, który leży nago na ziemi. Wita go słowami:

– Jestem Aleksander.

– Jestem Diogenes, pies.

– Pies?

– Warczę na chciwców i kąsam głupich prostaków.

Pośród żołnierzy i świty Aleksandra rozchodzi się pomruk, władca jednak ciągnie niezrażony:

– Proś, o co zechcesz. O cokolwiek poprosisz, dostaniesz to.

– Oto, co możesz dla mnie zrobić! – wykrzykuje starzec. – Nie zasłaniaj mi słońca!

Aleksander przyjmuje karcące słowa, odwraca się i stwierdza z podziwem:

– Gdybym nie był Aleksandrem, byłbym Diogenesem!

Żołnierze są oburzeni. Nigdy nie zrozumieją podziwu swojego władcy dla tego rodzaju osobowości. Jako ludzie hardzi i waleczni szydzą z myślicieli, których Aleksander wszędzie ze sobą zabiera. Czegóż niby takiego dokonują te pasożyty? W jakich bitwach zwyciężają, że zasłużyli sobie na takie zaszczyty? Gdy Aleksander podbił Egipt, bezskutecznie próbowali odkryć tajemnice tego kraju i odczytać już wówczas na wpół zapomniane inskrypcje. Ich łyse głowy i wątłe ramiona towarzyszą młodemu władcy również w Babilonie. Są też przy nim, gdy załamuje ręce, bo oto na wschodzie dotarł do granic świata i nic już więcej nie zostało do podbicia. Nie rozumieją jego bólu, ponieważ ich domena nie ma granic – jest równie bezkresna, jak sama myśl.

Wojownicy, chcąc nie chcąc, bronią jednak tych „towarzyszy podróży”, mimo że zdają się oni nie pełnić żadnej istotnej funkcji. Tego oczekuje od nich cesarz, a przecież im nie przystoi narzekać.

Żołnierze nie narzekali wtedy, nie narzekają też dwa tysiące lat później, gdy inny cesarz – zwany Napoleonem – zabiera ze sobą do Egiptu stu sześćdziesięciu siedmiu intelektualistów. Na pokład okrętów wojennych zaprosił najwybitniejsze umysły Francji. Poeci, matematycy i architekci porozwieszali swoje hamaki pomiędzy skrzyniami z sucharami i stosami strzelb.

Osiągną oni w Egipcie bardzo wiele, skrupulatnie kreśląc rysunki, dokonując pomiarów i rejestrując dane. Największy pożytek cała ta wiedza przyniesie jednak badaczowi, który w tej wyprawie nie uczestniczy.

Jest jeszcze dzieckiem.

To dopiero początek historii. Rok siódmy – według rewolucyjnego kalendarza, który liczy lata nie od narodzin Zbawiciela, ale od triumfu wolności i gilotyny. Miesiąc floreal – srodzy bojownicy rewolucji nadali majowi tę kwietną nazwę bynajmniej nie z powodów sentymentalnych (czymże są bowiem dla nich wiosna i miłość?), lecz raczej na cześć Natury, bogini ich bezlitosnej sprawy.

Floreal roku 7, czyli maj 1798. Champollion nie jest jeszcze lingwistą, lecz chłopcem karanym za humory i nieposłuszeństwo. Cesarz nie jest jeszcze cesarzem, a jedynie generałem Bonaparte, który wyrusza podbić Egipt na chwałę Francji.

Obaj są jeszcze bardzo młodzi, obaj mają przed sobą dokonania, które będą dla nich tak samo konkretne jak dreszcz przebiegający po plecach czy woń kwiatów przepełniająca tę rewolucyjną wiosnę.

„Czułem, jak ziemia pode mną wiruje, jak gdybym unosił się na niebie”, oświadczy Bonaparte, zasmakowawszy bitwy po raz pierwszy. Owładnięty tym ekstatycznym uczuciem, stoi pośród martwych i umierających, urzeczony przepowiednią wróżącą mu świetlaną przyszłość.

Podobnie jak Napoleonowi, również i Champollionowi intuicja podpowiada przyszłość. „Odszyfruję hieroglify!”, wykrzykuje jedenastoletni chłopiec, gdy po raz pierwszy patrzy na tajemnicze pismo, i przesuwa dłonią po trumnie młodej dziewczyny, która umarła tysiące lat temu.

Tak dla lingwisty, jak i dla cesarza to dopiero początek. Obaj odgadują, że czas, który nadejdzie, przyniesie im wspaniałe rzeczy. Przeczuwają chwałę, która na nich spłynie. Chwale tej towarzyszyć będzie jednak wielkie cierpienie, wielkie rozczarowanie i wielka rozpacz. Ciągle jest jeszcze wcześnie, oni jednak nigdy nie będą już tak szczęśliwi, jak w tym momencie, gdy stoją na progu swojej przyszłości i spoglądają na to, co ich czeka za drzwiami tajemnicy.

Część pierwsza

Rozdział 1.

Ab ovo, czyli od początku

FIGEAC. ROK 1792. W najgorętszym okresie gwałtownej burzy historycznej, zwanej rewolucją francuską, rozszalałe bandy pustoszą francuskie wsie. Korzystając z ogólnego zamieszania, opryszkowie kradną, co tylko się da, i z siłą żywiołu niszczą wszystko, co tylko napotkają na swojej drodze. Palą skromne gospodarstwa i wielkie zamki, mordują i gwałcą, nie bacząc na to, czy kto bogaty, czy biedny. W miasteczku, niegdyś niczym z bajki, na południu Francji w ogniu stają winnice i pola uprawne, a wściekły tłum forsuje brązowe drzwi benedyktyńskiego opactwa i bez opamiętania to opactwo plądruje. Łupieżcy torturują mnichów, by ci wyjawili im, gdzie jest ukryty wielki skarb, który rzekomo znajduje się na terenie klasztoru, a zupełnie lekceważą najcenniejsze jego skarby, czyli księgi z bogatej klasztornej biblioteki.

Mający sławę uczonego opat wrzuca kilka z najcenniejszych tomów do worka. Trafia tam między innymi opasły złocony wolumin wydany w czasach renesansu, ale napisany znacznie wcześniej, bo w czwartym wieku po Chrystusie – Hieroglify Horapollona, jedyne starożytne dzieło poświęcone tajemnicy egipskiego pisma. Ten energiczny mnich po sześćdziesiątce postanawia uciec, by ratować nie tylko życie, ale także część skarbów zgromadzonych w tej spokojnej skarbnicy wiedzy. Gdy tłum wdziera się do umocnionych zabudowań, świątobliwy mąż wraz z jednym z nowicjuszy opuszcza klasztor sekretnym podziemnym tunelem. Na powierzchnię wychodzi dopiero w nocy. Ma już plan. Zamierza udać się do domu księgarza Champolliona. Opat żywi nadzieję, że ten doceni jego wiedzę. Nie myli się, księgarz bowiem – ryzykując życiem – przyjmuje go pod swój dach i w ten sposób zyskuje nauczyciela dla swojego starszego syna.

Ma dwóch synów, których dzieli dwanaście lat. Mnich będzie uczyć tego starszego. Drugi chłopiec, Jean François, jest jeszcze za młody, by pobierać lekcje. Pomimo młodego wieku – a być może właśnie z jego racji – to właśnie on najwięcej się nauczy od opata. Obecność zakonnika w domu miała silny wpływ na Jeana François. Chłopiec codziennie przysłuchiwał się, jak mnich po cichu i w tajemnicy odprawia mszę. Zamykał okiennice i odsyłał służbę pod byle pretekstem. W tamtym czasie ryzykowne było wszystko, co mogło się kojarzyć ze starym reżimem, w tym również jego religia. Tajemnica katolickiego rytuału, dodatkowo wzmocniona pierwiastkiem zagrożenia, silnie oddziaływała na wrażliwego chłopca. Te potajemne msze zapiszą się w jego pamięci jako jedno z najbardziej wyrazistych wspomnień.

To właśnie z ust opata Jean François słyszy historię, która będzie go odtąd prześladować. Starszy człowiek napomyka o tym pewnego dnia zupełnie przypadkiem. Idą razem wilgotnym kamiennym korytarzem, wzdłuż którego stoją w rzędach książki. Pięciolatek zauważa rycinę w jednym z otwartych tomów. Pyta o nią swojego towarzysza.

Opat wyjaśnia, że brodaty mężczyzna z uniesionym ramieniem to książę Baltazar, nikczemny władca, którego ojciec zniszczył świątynię w Jerozolimie. Rycina przedstawia Baltazara jako uczestnika wielkiej biesiady. Bluźniąc przeciwko Bogu Izraela, Baltazar je i pije ze świętych naczyń świątynnych, gdy nagle ręka oderwana od ciała wypisuje na ścianie tajemnicze słowa. Te słowa przepełniają króla strachem: Mene, mene, tekel, ufarsin. Opat wyjaśnia, że nikt spośród mędrców z królewskiej świty nie potrafi odczytać sensu tych słów, więc w końcu przed oblicze zgromadzonych zostaje sprowadzony Żyd Daniel, który jako młodzieniec trafił do niewoli. Daniel spogląda na napis i wyjaśnia znaczenie słów.

„Mene, mene, tekel, ufarsin. Zostałeś zważony i okazałeś się zbyt lekki”, tak opat przytoczył wyjaśnienie Daniela. W koszmarach sennych, które odtąd przez lata dręczyły chłopca, to nie Daniel, ale właśnie on, Jean François, zostaje wezwany do interpretacji dziwnych słów. Żołnierze króla grożą, że zrobią mu krzywdę, że go zabiją, a on nie potrafi rozwikłać zagadki napisu, więc budzi się zlany potem.

Opat odnotowuje taki właśnie uderzający obraz Jeana François – dziecka krzyczącego pośród nocy, wyskakującego z łóżka i pędzącego przez zastawione książkami korytarze w poszukiwaniu kogoś, kogokolwiek, kto pomógłby mu się uspokoić po tym, jak nie zdołał rozszyfrować nieodgadnionych słów.

JEAN FRANÇOIS to dziecko, które się nie bawi.

Na środku placu w Figeac stoi gilotyna. Druga, sklecona z desek i krzesła, jest na dachu jednego z domów w pobliżu tego, w którym mieszkają państwo Champollionowie, stoi wysoko, pośród suszących się ubrań i drewna na opał. „Nikczemni arystokraci!”, wykrzykują dzieci, posyłając swoje „ofiary” na śmierć. „Przeklęta rasa winowajców! Gińcie w imię wolności!”

„Chwileczkę, panie kacie!”, krzyczy dziewczynka, usiłując się uwolnić. Wykonuje znak krzyża i upada na kolana. „Encorre un moment!”, błaga, odgrywając Madame du Barry na szafocie. Faworyta króla Ludwika XV została właśnie niedawno stracona, a jej ostatnie słowa stały się motywem okrutnego dowcipu krążącego po kraju opętanym umiłowaniem śmierci.

Młodego Champolliona nikt nie zaprasza do udziału w tych, i jakichkolwiek innych, dziecięcych zabawach. Zbyt często chodzi z głową w chmurach lub wprost przeciwnie, zachowuje się zbyt dziko i gwałtownie. Rówieśnicy nie akceptują smagłego chłopca z czarną czupryną o świdrującym spojrzeniu wielkich ciemnych oczu. Ale on również nie jest nimi zainteresowany i podąża własną drogą.

Ojca nigdy nie ma w domu. W takich czasach księgarz nie może raczej liczyć na duży zarobek. Ludzie wolą kupić parę butów albo choćby wychudzonego kurczaka. Kawałek mięsa liczy się dla nich bardziej niż mądrość Greków czy opasłe tomy ojców Kościoła.

Nauka wydaje się podejrzana. Wybitny chemik Antoine Lavoisier zostaje skazany na śmierć szyderczym stwierdzeniem: „Rewolucja cię nie potrzebuje!”. Ten sam motyw przewodni towarzyszy wyrokom wykonywanym na przyrodnikach, historykach i filozofach. Nawet matematyk Nicolas de Condorcet, pomimo swojego rewolucyjnego zapału, staje się obiektem wściekłej nagonki. Zostaje schwytany na wsi, gdzie nieogolony i w łachmanach szukał schronienia wśród przyjaciół. Jeszcze w chwili śmierci kurczowo trzymał w dłoni swoje dzieło Szkic obrazu postępu ducha ludzkiego poprzez dzieje. W tych czasach nie liczy się filozofia, lecz działanie, w związku z czym Champollion ojciec, zubożały księgarz, wyrusza w drogę.

Matka Jeana François, dręczona reumatyzmem, przesiaduje całymi dniami przy oknie, wyglądając na niewielkie brukowane podwórze. Wycofała się ze świata jeszcze przed wybuchem rewolucji. Nie potrafi czytać ani pisać, za to ślepo wierzy w przeróżne przesądy. Najbardziej ufa słowom Cyganów i wędrownych czarowników, którzy rzekomo czynią cuda. Jakżeby inaczej, jeśli nie przy ich pomocy, schorowana i wyczerpana czterdziestosześcioletnia kobieta, całymi dniami czekająca już tylko na śmierć, mogłaby wydać na świat dorodnego i zdrowego chłopca? Właśnie przez wzgląd na tę tajemnicę życie Jeana François wydaje się jej wiecznie zagrożone. Zdaje się wisieć na cienkiej nici; na takiej samej wiszą jej amulety i talizmany. Przepełniona obawami przygląda się, jak jej syn dorasta. Gdy on odwiedza schorowaną matkę, ta przytula go do siebie, szlochając i modląc się za nim, a to tylko wzmaga jego udrękę.

Przeciwwagą dla lęków i mrocznych pasji matki stają się niejako książki ojca, to one mogłyby rzucać światło na życie Jeana François, tyle że nic mu po nich, bo chociaż ma już osiem lat, nadal nie potrafi czytać. O jego wykształcenie nikt się jakoś nie zatroszczył. Opat, który uczył jego brata, dawno już uciekł z kraju. Jacques, brat będący dla Jeana François jedyną ostoją w trudnych chwilach, musi pomóc w utrzymaniu rodziny. Wyjechał z Figeac do odległego o pięć godzin drogi Grenoble. Podjął tam pracę urzędnika i przesyła do domu swoją nędzną pensję.

Jean François musi sobie radzić sam, a w zasięgu wzroku ma jedynie dwa możliwe wzorce do naśladowania. Czytać i kierować się w życiu rozumem – mądrością zawartą w książkach wypełniających każdy kąt domu – to znaczy, jak sądził, być mężczyzną. Nie czytać to być kobietą i tkwić w szalonym świecie lęków i snów. Jego matka, zamknięta w czterech ścianach swojej samotni, zdaje się żyć nie do końca ludzkim życiem.

Mimo wszystko nie można jej tak po prostu zignorować. Gdyby się dało, zagrożenie przestałoby istnieć, a Jean François nie musiałby z taką determinacją uciekać przed tym wzorcem.

Ta kwestia staje się treścią paradoksu jego młodości: analfabetyzm matki stanowi z jednej strony źródło jej upodlenia, z drugiej zaś strony – źródło jej siły. Dzięki czarom i modlitwom udaje jej się zgłębiać tajemnice wszechświata, tak się przynajmniej wydaje małemu chłopcu. W tych szeptanych pod nosem formułkach łączą się ze sobą siły życia i śmierci.

Mogłoby się zdawać, że Los pcha Jeana François w kierunku analfabetyzmu matki, dręcząc go i zmuszając do oporu. On się faktycznie opiera: z wielką zaciętością. Podejmuje trud samodzielnej nauki czytania. Rysuje litery alfabetu, jak gdyby kreślił obrazki. Strona po stronie zapełnia kartki słowami, które nie mają dla niego żadnego sensu. Aż wreszcie pewnego dnia, sfrustrowany niemożnością opanowania sztuki pisania, rozbija jedną z szyb, za którą kryją się książki ojca. Potem tłucze następną i jeszcze następną, aż w końcu przed dalszym zniszczeniem siłą powstrzymuje go przerażony służący.

WKRÓTCE POTEM po raz pierwszy słyszy o Egipcie.

Figeac odwiedza wędrowna trupa katedralnych mimów i lalkarzy. Na obrzeżach miasta wyrasta namiot, a na rynku pojawia się herold, który zapowiada: „Historia egipskiej Tais! Historia szacownego świętego Marka! Historia kwiatów na pustyni! Mojżesza Etiopczyka! Świętego Antoniego! Dzieci dziczy! Męczenników Egiptu! Historie krainy Tebaidy, w której pierwsi mnisi szukali Boga!”.

Takie występy odbywały się w wielkich francuskich katedrach od niepamiętnych czasów: pasje, dramatyczne wersje świętych historii, obrazki z życia świętych. Wraz z wybuchem rewolucji chrześcijaństwo wyszło jednak z mody. Odbywa się Festiwal Istoty Najwyższej i różne uroczystości ku czci Bogini Rozumu, a średniowieczne legendy stały się politycznie niebezpieczne. Trupa musi się więc zadowolić objazdami po wsiach i w końcu dociera do małego, prowincjonalnego miasteczka Figeac. Wówczas wypełnia je głos herolda, wykrzykującego imiona egipskich świętych, mnichów z zamierzchłych czasów oraz pustelników zdolnych czynić cuda. Organizator przedstawienia skrzętnie dba, by na końcu listy znalazł się „hit”:

Historia świętego męczennika napoleona!

To bardzo sprytne zagranie, jako że wszyscy teraz mówią o generale Napoleonie, który został właśnie okrzyknięty „zbawicielem rewolucji”. Niejako wbrew logice zdołał pokonać we Włoszech monarchistyczną armię austriacką, jeszcze zanim ta zagroziła młodej francuskiej republice na jej własnym terytorium. Czy to ważne, że Napoleon z przedstawienia to nie generał, lecz egipski męczennik sprzed półtora tysiąca lat? Nawiązanie do czasów współczesnych nie pozostawia wątpliwości, zresztą między dwoma postaciami faktycznie występuje pewien związek. Otóż młody generał z Korsyki otrzymał imię właśnie na cześć tego świętego. A właściwie to po wuju, dopiero ten wuj zawdzięcza swoje imię męczennikowi – jednak błyskotliwy kierownik trupy nie waha się przed takim uproszczeniem.

Instynktu z pewnością nie można mu odmówić. Namiot szybko wypełnia się tłumem ciekawskich, wśród nich znajdują się Jean François i jego brat Jacques, który właśnie przyjechał do domu z wizytą. Krzykliwe tło sceny oświetlają pochodnie, a ogrom rozmaitych symboli przenosi Jeana François do opuszczonej doliny, gdzie tylko piasek i niebo.

Głos zza skleconej naprędce sceny oznajmia: „Ujrzyjcie Pafnucego, mnicha znanego ze świątobliwego życia! Ujrzyjcie anioła mieszkającego na ziemi...”.

Pośród szczęku łańcuchów na scenę wpełza ktoś rosły, ale wycieńczony. Postać ta ma na sobie tylko włosiennicę i łańcuchy. Cienie rzucane przez pochodnie zwielokrotniają jej gesty dziesięciokrotnie.

„Ujrzyjcie to wyrzeczenie się ciała!”

Ludzie krzyczą z przerażenia, gdy postać zaczyna się zapamiętale chłostać. Wkrótce skóra aktora spływa krwią (czy to krew własna, czy też pochodząca od zarżniętego zwierzęcia – to już pozostaje jego zawodową tajemnicą). W końcu bohater pada na ziemię i zasypia.

Z góry opuszczona zostaje plansza z wizerunkiem pięknej kobiety z twarzą ukrytą w dłoniach. Jej półnagie ciało zwraca się w kierunku mnicha pogrążonego we śnie.

„Oto nieszczęśliwa kurtyzana Tais! Och, Pafnucy, uratuj ją!”

Pafnucy wstaje na równe nogi i wędruje przez scenę. Tło się zmienia i przedstawia teraz Aleksandrię, miasto na cały świat słynące z filozofów, poetów i ladacznic.

Jean François nie zwraca jednak uwagi na dalszą treść przedstawienia. Nie interesuje go, jak Pafnucy nawraca Tais ani jak sprowadza ją na pustynię, gdzie czeka ją śmierć od trudów pokutniczego życia. Nie patrzy, jak mnich traci przez to wszystko wiarę, dręczony pożądaniem do pięknej kobiety, którą sam uczynił świętą...

Chłopiec znajduje się już w innym świecie. Traci przytomność pod wpływem silnej emocji. Brat musi go wynieść z namiotu na własnych barkach, bezwładnego niczym worek ziemniaków, i cucić na wieczornym chłodzie.

Ta scena symbolizuje, jak się zdaje, relację, która pozostanie między nimi aż do końca ich dni. Jean François, chwiejny i zapalczywy wizjoner łatwo ulegający ekscytacji, nie bardzo będzie się potrafił odnaleźć w realnym świecie. Jacques, zdecydowanie ustępujący bratu, niemający jak tamten przekonania, że powołany został do dokonania wielkich odkryć, będzie dlań podporą i wsparciem, nigdy nie straci w niego wiary i zawsze będzie mu wybaczać humory i napady gniewu.

Nawet pod względem fizycznym ci dwaj są przeciwieństwami. Jacques nie ma w sobie ani krztyny egzotycznej urody brata. Jest rosłym młodym mężczyzną o regularnych rysach twarzy i oczach zmęczonych ślęczeniem nad podręcznikami. Musiał zrezygnować z formalnego wykształcenia, ale sam się dokształca po nocach, zgłębiając tajniki greki, łaciny i hebrajskiego. Braki talentu nadrabia gorliwością. Karmi umysł Platonem, Homerem, Wergiliuszem i Biblią. Każdego ranka chwiejnym krokiem wędruje do pracy, gdzie cały dzień odnotowuje liczbę sprzedanych bel sukna, ilość zebranego miodu i wysokość różnych należności. Marzy, aby od tego wszystkiego uciec.

W czasie terroru nie można uciec. W czasie terroru nic nie jest zresztą możliwe. Liczy się tylko przemoc.

Oto więc Champollionowie: przyszły badacz Jacques, który siedzi na swoim urzędniczym zydelku w Grenoble; niesforny i niewykształcony Jean François, który podąża samotnie ścieżką swoich marzeń; zrujnowany księgarz Champollion ojciec oraz schorowana pani Champollion, matka. Mają dużo szczęścia, że w ogóle żyją.

POZOSTAŁE ROZDZIAŁY

DOSTĘPNE W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Pełny spis treści:

Podziękowania

Prolog

Część pierwsza

Rozdział 1. Ab ovo, czyli od początku

Rozdział 2. Przebudzenie

Rozdział 3. Ziemia obiecana

Rozdział 4. Dwa początki

Rozdział 5. Lwy pustyni

Część druga

Rozdział 6. Najsilniejszemu!

Rozdział 7. Deliciae Alexandriae. Rozkosze Aleksandrii

Rozdział 8. KIYH

Rozdział 9. Na żołnierskich barkach

Rozdział 10. O lingwiście, cesarzu i wiecznej sławie

Rozdział 11. Ciężar świata

Rozdział 12. Boska łamigłówka

Epilog

Nota autora

Dodatek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

W Dolinie Królów. Howard Carter i odkrycie grobowca Tutanchamona Tajemnica hieroglifów. Champollion, Napoleon i odczytanie Kamienia z Rosetty 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie Wielka Księga Armii Krajowej