Podziemne miasto

Podziemne miasto

Autorzy: Łukasz Henel

Wydawnictwo: Videograf

Kategorie: Horror

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 256

Cena książki papierowej: 29.90 zł

cena od: 8.90 zł

W okolicy Międzyrzecza znajduje się owiana legendą sieć poniemieckich bunkrów. Przysłany do bazy stacjonujących w regionie wojsk radzieckich oddział NKWD próbuje zbadać ich wnętrza. Pozostawieni na straży dwaj rosyjscy wartownicy giną w dramatycznych okolicznościach, jakby rozszarpani przez nadnaturalną siłę.

Odpowiedzialni za ochronę bunkrów polscy oficerowie, którzy znaleźli w jednym z korytarzy dziwny sarkofag i potężną figurę, są przeciwni dalszej penetracji tego obszaru. Tymczasem w okolicy dochodzi do dziwnych pożarów i wszystko wskazuje na to, że rosyjscy żołnierze obudzili uśpione w podziemiach zło…

Redakcja:

Anna Seweryn-Sakiewicz

Projekt okładki:

Pracownia WV

Na okładce wykorzystano:

© Potapov Alexander / shutterstock

Redakcja techniczna, skład i łamanie:

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej:

Grzegorz Bociek

Korekta:

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2015

Wydawca:

Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja:

DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

Tekst © Łukasz Henel

© Copyright by Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2014

ISBN 978-83-7835-394-2

* * *

1.

Za oknami powoli zapada już zmierzch. Gasnące czerwonawe światło zamierającego dnia barwi szyby okien, które na chwilę przybierają odcień płomieni. Wokół panuje niczym niezmącona cisza starego domu. We wpadających do pokoju pojedynczych snopach światła dostrzec można wirujące bezszelestnie drobinki kurzu. Wszystko zdaje się znużone całodziennym upałem. Ptaki zamilkły w oczekiwaniu na zbliżającą się noc. Wraz z nią nadciągnie wiatr, budząc las z ospałej drzemki. Rozlegną się szelesty, skrzypienie starych drzew, ciche stukanie gałązek uderzających o spadzisty dach. Mieszkaniec domu jest do tego przyzwyczajony. A jednak od niedawna coś się zmieniło. Może właśnie dlatego, że tak świetnie zna szelest liści i trzeszczenie pni okolicznych dębów, jest w stanie posłyszeć to, co dla kogoś postronnego byłoby nieuchwytne. Wyczuwa również, że coraz więcej dźwięków przeznaczonych jest dla jego uszu i nawet cisza ma w sobie coś zwodniczego.

Staszewski ma już przeszło osiemdziesiątkę i w swoim domku zamieszkuje od prawie trzydziestu lat. Budynek był niegdyś częścią niewielkiego, poniemieckiego osiedla, z niejasnych przyczyn znanego pod nazwą Martwego Ogrodu. Pozostałe domy opuszczono jeszcze zanim zawitał tu major i od tamtego czasu popadły one w całkowitą ruinę. Być może dlatego, że wszystkie inne, oprócz tego, w którym zamieszkał były żołnierz, w znacznej części wykonano z drewna. Obecnie pozostały z nich podmurówki i resztki ścian, pochłonięte w dużej mierze przez bujną roślinność. Fundamenty zarosła wybujała trawa i pokrzywy. Śnieg załamał dachy, które całkowicie pozapadały się do środka, a wiosenne nawałnice już dawno powybijały szyby. Można odnieść wrażenie, że w tym pozornie naturalnym dziele zniszczenia kryje się jakaś chęć zatarcia wszystkich tajemnic, które skrywa przeszłość. Nikt nie wie, co stało się z mieszkańcami domów, nikt o tym nie rozmawia, przynajmniej nie otwarcie. Przecież tuż po wojnie osiedlały się tu całe rodziny. Ludzie wiedzą więcej, niż się wydaje, ale milczą, i to jest właśnie najbardziej niepokojące. Muszą przecież coś pamiętać, przynajmniej ci najstarsi. Są to jednak zamierzchłe sprawy, o których lepiej nie myśleć. Być może niektórzy z nich miewają koszmary, wspomnienia powracają w snach, o tej szczególnej porze, kiedy noc ma się już ku końcowi, lecz nadal panuje jeszcze ciemność. Ludzki umysł jest wtedy bowiem najbardziej bezbronny i jednocześnie wyczulony na echa dawnych zdarzeń. Skoro świt zrywają się jednak gwałtownie, przemywają szybko twarz lodowatą wodą i ruszają do pracy. Byle szybciej, brać się do roboty, zająć się czymkolwiek, pogrzebać dawne upiory pod warstwą zapomnienia.

Jeśli od domu majora iść przez kilkaset metrów, można dotrzeć do Kęszycy. Korony drzew uwiły nad leśną dróżką coś na kształt baldachimu, przypominającego sklepienie gotyckiej świątyni, przez które tu i ówdzie w słoneczne dni prześwitują długie snopy światła, rzucające na ścieżkę rozliczne cienie. Wczesnym rankiem często wypełza tam mgła znad mokradeł, a nocą zalega nieprzenikniona ciemność. Obecnie w wielu miejscach gałęzie krzewów opadły pod ciężarem deszczy i trzeba rozgarniać je rękoma, by móc iść dalej. W ten sposób dociera się do niewielkiego skupiska domów, położonego w pobliżu jeziora. Znajduje się tam stary kościół z 1728 roku, do którego w 1886 dobudowano neogotycką wieżę. Patrząc na niego, nawet za dnia, można poczuć się nieswojo. Jest w nim jakiś przytłaczający ciężar, jakby rodzaj nieruchomej groźby, ma w sobie coś z tych ponurych świątyń, które być może jako pierwsze powstawały na polskich ziemiach, kiedy jeszcze starzy bogowie współzawodniczyli z nowym o panowanie nad ludzkimi sercami.

Dalej, od wioski Kęszyca rozpoczyna się kamienista droga, która prowadzi poprzez stare lasy aż do Kęszycy Leśnej. Dzisiaj już mało kto pamięta, że w istocie jest to Baza Dżdżownic, Regenwurmlager, należąca niegdyś do Wehrmachtu. Jej budowa rozpoczęła się w 1927 roku, a uroczyste otwarcie nastąpiło w 1936, w obecności samego wodza Trzeciej Rzeszy, Adolfa Hitlera. Ludzie opowiadają, że nazwa pochodzi od dżdżownicy ryjącej niestrudzenie podziemne korytarze. Mówi się także, że dżdżownice są nieśmiertelne, i nawet przecięte na pół odradzają się i żyją dalej. Trudno zgadnąć, jaką aluzję kryje w sobie to porównanie. Po roku 1945 baza stała się Gródkiem i przeszła w ręce polskiego wojska aż do roku 1956, a mówiąc ściśle, do wiosny 1957, wiosny gwałtownych burz, w przenośni i dosłownie, kiedy to wszystko się zaczęło.

Wraz z zapadnięciem nocy staruszek rozpocznie swój codzienny obchód. Jeszcze raz starannie sprawdzi drzwi. Domknie też wszystkie okna, z wyjątkiem tego na niskim pięterku, przy którym nawykł czuwać i nasłuchiwać, trzymając w pogotowiu starą, lecz dającą wiele światła wojskową latarkę. Zadziwiające, jak wiele można tu zobaczyć i usłyszeć. Nie sposób później zasnąć, gdy ucho raz pochwyciło te mrożące krew w żyłach dźwięki. Strzeże więc domu, nocne warty weszły mu w krew. Nadal, choć przekroczył już osiemdziesiątkę, w głębi duszy pozostał żołnierzem. Żołnierzem Wojska Polskiego.

Teraz siada przy wiekowym biurku. Niebawem zapadnie zmierzch, trzeba będzie zapalić lampę. Na razie jest jeszcze na tyle widno, by dało się pisać bez pomocy elektrycznego światła. Trzeba się spieszyć. Dlaczego zabrał się za to aż tak późno? Czyżby sądził, że będzie żył wiecznie? Chyba każdemu z nas w gruncie rzeczy tak się wydaje. Czas jednak nie czeka, lecz przesypuje się między palcami niczym piasek. Nie wolno pozwolić, by czas zwyciężył. By śmierć nadeszła zbyt szybko. Ludzie powinni się o wszystkim dowiedzieć. To nie lenistwo jednak sprawiło, że zabrał się do pracy dopiero teraz, lecz strach. Byłoby błędem uznać, że major należy do ludzi bojaźliwych. Są jednak tajemnice przeszłości tak mroczne, że mówiąc o nich lub pisząc, zawsze ściągamy na siebie wielkie niebezpieczeństwo. Są rzeczy, o których nie wolno rozmawiać z nikim. Nawet z sąsiadami, przyjaciółmi, czy rodziną. Papier pod tym względem może okazać się pewniejszy. Należy zanotować wszystko w nadziei, że po śmierci zapiski jakimś sposobem trafią do odpowiedniej osoby. Jest to nadzieja rozbitka, zamykającego w butelce prośbę o pomoc i rzucającego ją na wzburzone fale bezkresnego oceanu. A jednak major uważa, że należy spróbować, że jest to jego ostatnim, a zarazem najważniejszym obowiązkiem.

Stróżujący przed domem stary pies Alek zrywa się gwałtownie, podzwaniając łańcuchem. Musiał coś posłyszeć, może jakieś zwierzę skrada się gdzieś pośród zarośli.

Poprzedniego dnia major zbudził się w środku nocy i ostrożnie podszedł do okna. Stara podłoga skrzypiała, uginając się pod naciskiem jego stóp. Wyglądający zza postrzępionych chmur księżyc w pełni oświetlał las bladym światłem, rzucając tysiące długich, czarnych cieni. Noc przesycona była zapachem żywicy i deszczu, gdzieś w oddali rozlegały się basowe pomruki przyczajonej burzy. Pośród rzędów drzew ktoś stał, tego jest niemal pewien, bo pies zaczął wyć, a potem umknął do budy. Coś obserwowało jego dom, mimo że od tamtych zdarzeń upłynęło tak wiele lat. „Być może wszystko powraca, może ktoś zrobił coś, czego nie powinien” — przemknęło mu przez myśl.

Przechodzące często nad okolicą wichury z wściekłością szarpią koronami potężnych drzew, a te z kolei zahaczają o linie energetyczne. Powalone drzewa potrafią nieraz na kilka dni pozbawić Kęszycę światła. Dlatego major zawsze trzyma w pogotowiu swoją latarkę. Gdy dostrzegł ten cień, miał ją w ręce, lecz jej nie zapalił. Mógł skierować snop światła w gęstwinę, tam, gdzie nieopodal martwego, strzaskanego przez piorun dębu dostrzegł ów kształt. Nie uczynił tego jednak, ponieważ w pewien sposób przeczuwał, a może nawet wiedział, co lub kogo mógłby tam ujrzeć.

Czy to możliwe, by ktoś obawiał się tego, co zamierza zrobić? Może ktoś domyśla się, że mógłby spróbować wszystko opisać? Ale to niedorzeczne. Ten, kto znałby sprawę, powinien wiedzieć, że i tak niewielu ludzi potraktowałoby jego opowieść poważnie. Może więc istnieje jakaś inna przyczyna tego wyczuwalnego niepokoju, jaki zdaje się spowijać dom w ostatnich dniach. Tej niezwykłej gęstości powietrza, która sprawia, że ramiona pokrywają się gęsią skórką nawet w ciepłe dni. Nie można wykluczyć, że to Ona coś wyczuwa. Może przecież bardzo wiele i niekoniecznie musi jej się podobać to, co zamierza uczynić stary major. Trudno, trzeba będzie zaryzykować.

Nie jest wcale prawdą, że od 1957 roku nie zrobił w tej sprawie nic. Przed 1993 było to całkiem niemożliwe, z oczywistych powodów, które niebawem zrozumiecie. Jednak potem — w wolnej Polsce — gdy wyjechali ostatni radzieccy żołnierze, łudził się, że prawda wreszcie będzie mogła ujrzeć światło dzienne. Napisał wiele listów do dziennikarzy i redaktorów pracujących w rozmaitych gazetach. Odpowiedzi jednak, o ile w ogóle się zdarzały, miały charakter kurtuazyjny i uprzejmie odmowny. „Z przyczyn od nas niezależnych nie możemy zająć się tą sprawą”. „Zaproponowany przez Pana temat nie wpisuje się w profil tematyczny naszej gazety”. „Choć wzmiankowana przez Pana sprawa wydaje się dość interesująca, to ma ona jedynie mitologiczny charakter i wydaje się sprzeczna z prawdą historyczną. Z tego względu z przykrością musimy odmówić zajęcia się opisywanymi przez Pana zdarzeniami”. Gdyby chcieć wyrazić sens tych słów nieco mniej kolokwialnie i bardziej dosadnie, można by ująć to w ten sposób: „Puknij się pan w głowę i daj ludziom spokój”. Na nic zdały się zapewnienia, że posiada twarde dowody. Zdjęcia, mapy, plany. Oryginalne i opatrzone wojskowymi pieczęciami. Nikt nie chciał potraktować go poważnie.

Ostatecznie zdecydował się udać do prokuratury. Przestępstwa wojenne nie ulegają przedawnieniu i być może na tej zasadzie udałoby się rozpocząć jakieś śledztwo. Wskazałby miejsca, gdzie należy kopać. Był pewien, że coś by znaleziono. Mógłby także określić rejony, do których nie wolno nikogo dopuścić.

Młody prokurator w Międzyrzeczu potraktował go protekcjonalnie. Był ubrany w schludny, idealnie skrojony garnitur. Włosy miał ostrzyżone modnie przez dobrego fryzjera. Na twarzy urzędnika malowała się uprzejmość przywodząca na myśl świeżo odremontowaną fasadę starego budynku. W skupieniu studiował wszystkie dokumenty, wertując je z cichym szelestem. Uważnie obejrzał pieczęcie, choć major był przekonany, że niewiele mu mówią. Zapewne kontakt tego młodego człowieka z historią ograniczał się do wyuczenia na pamięć obszernych fragmentów z podręczników i zaliczeniu na piątkę wymaganych egzaminów. Nic więcej. Zupełnie jak w micie o Dedalu i Ikarze — nie wolno wznosić się za wysoko. W tym przypadku słowo „wysoko” nie było może zbyt adekwatne, lecz oddawało w pewien sposób istotę sprawy, a przynajmniej major tak uważał. Jednak kiedy prokurator podniósł głowę znad dokumentów, major bystrym okiem dostrzegł na jego twarzy coś więcej niż obojętność lub powątpiewanie. Zobaczył źle maskowany strach.

— Sprawy, o których pan opowiada — rzekł wreszcie głuchym głosem urzędnik — nie nadają się do otwarcia jakiegokolwiek śledztwa. To, proszę wybaczyć, rodzaj niedorzecznej fikcji.

— Ale przecież pokazuję panu autentyczne plany podziemi i grup warownych, sporządzone przeze mnie szkice sytuacyjne. — Major Staszewski nie dawał się zbić z tropu.

— Autentyczność prezentowanych przez pana papierów jest trudna do ocenienia — odparł prokurator. — Być może powinien zająć się tym jakiś specjalista. Mnie te wykresy nic nie mówią.

— To nie są wykresy! To wojskowe szkice sytuacyjne i plany — uniósł się Staszewski. — Tam, w tych koszmarnych podziemiach ginęli ludzie. Istnieje ryzyko, że wszystko się powtórzy. Wejścia nie są dostatecznie zabezpieczone. Czas robi swoje. Ludzie nie zdają sobie sprawy, z jak wielkim zagrożeniem mamy do czynienia. Możliwe… że należałoby wzmocnić jeszcze środki ostrożności. Jest pan urzędnikiem. Może trzeba powiadomić wywiad. Ze mną nie będą chcieli rozmawiać, ale jeśli sygnał wypłynie od prokuratury, z pewnością zainteresują się tą sprawą i podejmą jakieś kroki.

Starał się nie mówić wszystkiego. Wiedział, że pewne fragmenty historii wydają się (a może nawet są) zbyt nieprawdopodobne, by prokurator mógł w nią uwierzyć. Zależało mu jednak, by choć część ofiar doczekała się godnego pochówku i upamiętnienia. By strzeżono dzień i noc niektórych miejsc, aby nikt przenigdy się do nich nie zbliżył. Nie zdradziłby, a przynajmniej nie teraz, wszystkiego, co wie.

— Przykro mi — uciął urzędnik. — Sprawa może i byłaby interesująca dla jakiegoś historyka amatora lub łowcy duchów. Nie może być jednak mowy o wszczęciu w tej sprawie jakiegokolwiek poważnego dochodzenia. Radzę panu o tym zapomnieć. Tak po ludzku, szczerze. Mam nadzieję, że się rozumiemy.

Major rozumiał aż za dobrze. Wychodząc z gabinetu, dostrzegł kątem oka, jak prokurator niecierpliwym ruchem sięga po telefon. Gdy kroczył sprężystym mimo podeszłego wieku krokiem przez ulice Międzyrzecza, gwałtownie opadły go wątpliwości. Może rzeczywiście należało pozostawić przeszłość samej sobie. Minęła go grupka roześmianej młodzieży, w modnych ubraniach, które tak bardzo różniły się od tych, jakie nosiło się w czasach jego własnej młodości. Pojawiły się telefony komórkowe z dziesiątkami, jeśli nie setkami nowych funkcji, których przeznaczenie nie zawsze było dla niego zrozumiałe. Cienkie, kolorowe telewizory oraz aerodynamiczne, trudne w amatorskiej naprawie i naszpikowane sprzętem elektronicznym samochody. Internet, wynalazek, który pojawił się, patrząc z jego perspektywy, dość niedawno i nadal wydawał mu się jakimś abstrakcyjnym i tajemniczym tworem. W czasach majora wszystko zdawało się bardziej oczywiste i jednoznaczne. Wówczas sądził, że świat zawsze będzie tak wyglądał, a on zawsze będzie młody. Jednak czas go oszukał. Świat pognał naprzód, zostawiając majora na bocznym torze. Technika poszła do przodu. Wszędzie znajdowały się automaty, których obsługi trzeba było się uczyć. Pamiętał, jak spędził przeszło pół godziny, próbując zapłacić za zakupy przy kasie samoobsługowej, słuchając automatycznych poleceń wydawanych uprzejmym damskim głosem. Ponadto tajemnicze bankomaty i karty kredytowe. Czuł jednak, że pod tą warstwą nowoczesności kryje się dawny szkielet ludzkiej natury. Ludzie się nie zmienili. Kierowały nimi te same pragnienia, te same żądze, co kiedyś. Obawiał się tego.

A jeśli prawda jest inna? Może ten cały nowoczesny świat, ze swoimi telefonami komórkowymi, komputerami, satelitami, automatami parkingowymi i gadającymi kasami, jest w stanie niejako samoistnie obronić się przed złem? Może to, co starożytne i przedwieczne, musi samo ukorzyć się przed potęgą nowych czasów… i słowa starca nie są już nikomu potrzebne, lecz przypominają jedynie zdziecinniałą paplaninę, niemającą wiele wspólnego z rzeczywistością?

Ktoś musiał być jednak odmiennego zdania. Jeszcze tej samej nocy w domu majora zjawili się nieproszeni goście. Staszewskiego wyrwał ze snu dobiegający z kuchni szelest. Wtedy również pamiętał, by dokładnie zamykać drzwi i okna. Chyba w pewien sposób przeczuwał, że taka chwila musi kiedyś nadejść. Leżał nieruchomo na łóżku, z półprzymkniętymi oczami, i czujnie nasłuchiwał. Nie było wątpliwości, że w domu pojawili się intruzi. Jeśli udało im się tak cicho dostać do środka — musieli być fachowcami. Dobrze wiedział, że istnieją specjalistyczne urządzenia umożliwiające bezszelestne otwarcie zwykłego zamka w kilkanaście sekund. Nie kupuje się ich, rzecz jasna, w sklepie. W domu miał schowaną broń, jeszcze ze starych czasów — wysłużony, lecz niezawodny, wyprodukowany w Radomiu Vis wzór 35. Był on jednak ukryty w schowku na strychu. Tymczasem jeden z włamywaczy znajdował się już kilka metrów od niego. Major wiedział, że jedynym sposobem uratowania życia może być udawanie głębokiego snu. Zawodowcy nigdy nie pozostawiają niewygodnych świadków i potrafią likwidować ludzi w sposób niepozostawiający śladów. Ci, o których wówczas pomyślał, byli mistrzami w swoim fachu. Specjalne aerozole z bakteriami wąglika. Zatrute igły. Neurotoksyczne substancje doprowadzające do samobójstwa. Przez wiele dziesięcioleci poszerzali swoją wiedzę na poligonach i w laboratoriach Związku Radzieckiego. Mieli też jedną najpoważniejszą wadę — istnieli naprawdę.

Spod przymkniętych powiek śledził przesuwający się po pokoju cień. Ciemność rozjaśnił nikły blask latarki punktowej. Niewielki snop światła przeczesywał pokój. Wreszcie zatrzymał się na jego twarzy. Major delikatnie rozchylił usta. Starał się oddychać spokojnie i równomiernie. Zrozumiał, że intruz niespecjalnie boi się, iż go obudzi. Wręcz przeciwnie, jest na taką ewentualność przygotowany i może go zabić.

Jednak nie po to ich przysłano. Światło spełzło z twarzy majora, a kroki oddaliły się w głąb sypialni. Tam, gdzie znajdowała się szafka. Major usłyszał odgłosy wysuwanych szuflad.

Po chwili włamywacz opuścił pokój, cicho skrzypnęły drzwi od kuchni. Staszewski nadal leżał zupełnie bez ruchu, obawiając się jakiegoś podstępu. Żołnierski instynkt nakazywał mu liczyć się z każdą możliwością. Do jego uszu dobiegł szept, zbyt cichy, by dało się odgadnąć słowa. Podejrzenia majora potwierdziły się — włamywacz nie działał sam, ktoś go ubezpieczał.

Minął dobry kwadrans, zanim Staszewski zdecydował się wstać z łóżka. Uczynił to możliwie ostrożnie, choć stary mebel skrzypiał niemiłosiernie. Nie licząc miarowego tykania zegara, w całym domu panowała cisza, więc doszedł do wniosku, że złodzieje odnaleźli i zabrali to, po co przybyli. Uznali zapewne, że bez jakichkolwiek dowodów będzie całkowicie niegroźny. Ot, szalony dziadek opowiadający swoje niestworzone historyjki. W końcu zdecydował się podejść do kontaktu i zapalić światło. Poszedł do kuchni, a potem do przedsionka. Zamek typu Yale otwarto bez używania siły. Robota zawodowca. Zamknął na powrót drzwi i przekręcił gałkę. Był pewien, że nikogo już nie ma w domu. Wykonali zadanie. Szkice, współrzędne, notatki — przepadły. Mógł mieć żal jedynie do siebie, że nie ukrył ich w bardziej niedostępnym miejscu. Kto wie jednak, co wówczas by się stało. Doskonale rozumiał, że wezwanie policji nie ma najmniejszego sensu. Był pewien, że nie pozostawiono odcisków palców ani żadnych wskazujących na włamanie śladów. Nie musiał nawet sprawdzać, czy z domu jeszcze coś zginęło. Z mocno bijącym sercem wyszedł na podwórze i podszedł do psiej budy. Przykląkł przy zwierzęciu, które leżało na boku. Delikatnie pogładził sierść i wtedy się uspokoił. Zwierzę oddychało, spało. Poczuł lekki, drażniący chemiczny zapach. Może izofluran albo halotan? Jeśli dawka nie była zbyt duża, wszystko powinno być w porządku.

* * *

Wrażenie obecności stawało się coraz silniejsze. Major wyczuwał, że potęguje się ono od czasu kradzieży. Czuł, że nie jest już w domu sam. Pewnej nocy wichura pozbawiła Kęszycę prądu. W domu zgasło światło. Wiatr dął w korony drzew, które z głośnym skrzypieniem uginały się pod jego naporem. Zawiodła też latarka, wyczerpały się baterie. Siedział w swoim pokoiku na piętrze i myślał o ukrytej w szufladzie biurka świecy. Lepiej będzie jej nie zapalać. Ogień może ją przyciągnąć, naprowadzić na trop. To niebezpieczny żywioł, lepiej z nim nie igrać.

Posłyszał trzeszczenie schodów. Zbliżali się. Duchy przeszłości. Słyszał, jak wiatr niecierpliwie szarpie gałęziami drzew. Deszcz bębnił o dach, pluskał w rynnach. Nie musiał oglądać się za siebie, by wiedzieć, że są blisko, tuż za jego plecami. Wtedy wyczuł ten niemy nakaz, niemal posłyszał go, wyszeptany zza jego pleców z wielką mocą:

— Pisz!

W tym samym momencie zapaliło się światło.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Demon Podziemne miasto On Lekcja filozofii 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wzgórze psów Miasto Koniec warty Znalezione nie kradzione