Przygody Prof. Vojnara

Przygody Prof. Vojnara

Autorzy: Anonim

Wydawnictwo: Sound Tropez

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 5.02 zł

Vojnar zrozumiał, że był to imitujący kormorana dron uzbrojony w broń laserową. Taki jakie budowano w laboratoriach Los Alamos. Dlaczego akurat CIA unicestwiło Lorda Montgomery?

BOHDAN BOROWIK

PRZYGODY PROFESORA

VOJNARA

T o m I

B

e

P s z c z y n a 2015

O f i c y n a D r u k a r s k a Z d z i s ł a w S p y r a

43-200 Pszczyna, ul. Piastowska 26

Copyright © 2015 Bohdan Borowik

All rights reserved

No parts of this book may be reproduced in any material form,

including photocopying or storing in any medium by electronic

means and whether or not transiently or incidentally to some other

use of this publication, without the written permission of the

copyright holder.

,

Permission may by sought directly from

Borowik-Lab Fund. www.bel-borowik.com

phone: +48 604875247

B

e

ISBN 978-83-62674-43-5

For information on all Bel publications

visit our website at:

www.bel.lt

www.oficyna.drukarska.pl

C z a r n y K o r m o r a n 1

Czarny Kormoran

atya uśmiechnęła się anielsko "Wracam

Kz kursu tańca.”

Vojnar niby bez zainteresowania podał jej rękę, ale

nie była to płaska dłoń, tylko huck do rocka.

Podchwyciła intencję i płynnie odchyliła się do

przodu.

"Rock, Rock, Rock and Roll.”Skocznie odbiła

się w tył i wykręciła pirueta.

Yanche, stojący obok, był pod wrażeniem,

wpatrywał się w wykręconą obcasami w śniegu

dziurę. "Choćbyś i wykręciła Rocka na samym

wierzchołku Mt. Gerlach i tak z tego chleba nie

będzie.” W komentarzu jego zawsze przebijała

nuta bezrobotnego. Zużywał hektolitry tuszu do

drukarki na pisanie CV. We wszystkich jego

wypowiedziach

pobrzmiewało

krescendo

comiesięcznej pensji, chleba, pracy jak rezonans

proletariackiej duszy.

"Yanche, ależ jesteś przyziemny, oderwij się od

prozy życia, pensji, PIT-ów, VAT-ów, bądź lotny

jak ważka,” ripostował Vojnar.

2

C z a r n y K o r m o r a n

"Katyia, nie spotkałaś przypadkiem Anglika z

Rolls-Royce’em, by Yanche wreszcie znalazł stałą

pracę szofera?”

"Jak go znaleźć, skoro Rollsa każdy zostawia

najpewniej na parkingu przy lotnisku w Popradzie.

Rollsem zakopałbyś się w pierwszej wydmie

śniegowej.

„To

klapa,

nigdy już nie rozpoznam

prawdziwego Anglika,” załkała Katyia.

"Na dansingu też maliny. Przeważnie danserzy

udają zagranicznych. Po angielsku nawijają nawet

kucharze.” Vojnar zdjął czapkę z pomponem i

wytrzepał ciągle padający śnieg z ramion. Na

koniec wytrzepał Katyii białe gwiazdki z kołnierza

i odezwał się. ”Dla brain-twisterów świat stoi

otworem. Prawdziwy syn Albionu zawsze chodzi

w skarpetkach do sandałów. Wiesz już, na co masz

mieć oko.”

Yanche uradowany skoczył jak raper

wywijając w białym puchu. „Czuję, że jeszcze tej

zimy będę miał stałą robotę szofera w Rollsie.”

"Chłopie,

będziesz

miał

odprowadzony

comiesięczny socjal rentowy, PIY-y, ZUS-y…”

sypnął Vojnar, by dopełnić szczęścia. Wywinął z

Katyią pirueta. „W tylnym kufrze Rollsa powinny

się zmieścić twoje szpilki i halki. W razie czego,

będziecie ciągnąć przyczepkę.” Ukłonił się

szarmancko. ”Madame Katyia-Montgomery na

C z a r n y K o r m o r a n 3

tylnym

siedzeniu

Rollsa

wraz

z

Lordem

Montgomery. Za kierownicą jako szofer jej

kumpel, a ja przyjaciel domu jako operator

komputera pokładowego w Rollsie.”

Zajaśniało słońcem. Choć niebo stalowe pełne

cumulusów

nie

puszczało

najmniejszego

promyczka, to jeden kwant słońca musiał się

przenieść płatkiem śniegowym i odbił się od

źrenicy Katyii. Jak zwielokrotniony błysk zalśnił

w oku Yanche. Malutkie gwiazdki, wyrzeźbione

przez najlepszego szlifierza, przynosiły z nieba

ułamki słońca. Skośne przeloty białych śnieżynek

z nieba do ziemi. „Każda ma swoją unikalną

drogę. Tak jak ludzie,” pomyślał Vojnar. Każda z

gwiazdek z chwilą dotknięcia ziemi zmieniała się.

Traciła na swej wyrazistości, gdzieś gubiła swe

ostre rzeźbione rysy i stawała sie laną kluską, taką

samą jak miliony sąsiadek. Podświadomie poczuł,

że dobrze się ustabilizować jak ta kluska, ale

równocześnie w zamian trzeba oddać cały

romantyczny rzeźbiony walor. Przed sobą

zobaczył wyraźnie odcinające się na tle

spadającego śniegu trzy płatki. Leciały wbrew

grawitacji zupełnie po skosie. Czekał, aż legną

wraz innymi na glebę, lecz zanim jej dosięgły,

odskoczyły w górę, przeleciały mu wokół ucha i

mknęły ku ośnieżonej limbie. „To nasze image,”

krzyknął Vojnar i podążył za śnieżynkami.

4

C z a r n y K o r m o r a n

Wirowały wraz z innymi, które też oderwały się od

gleby. Patrzył jak oniemiały starając się ich nie

zagubić. Ważne było dla niego czy spodlą się w

glebie. Jak długo jeszcze się utrzymają. Może

nigdy nie sięgną gleby i nie staną się obłe.

"Co, wojujesz z wiatrakami?” -Yanche złapał

go za ramię. Vojnar szarpnął się, ale stracił na

moment kontakt z płatkami. Zdało mu się że,

jedna z gwiazdek trój-konstelacji osiadła na

gruncie. „Nie mi to chyba nie grozi, może to oni.”

Wyobraził sobie siebie osamotnionego, bez

Yenche, bez Katyii. On tu sam, a drodzy kamraci

jako obłe kluski spłacają raty, mieszkają w blokach

gdzieś w mieście. Nie, -on by tak nie mógł. Bez

gór, pensjonatu, bez gości z Rosji, Borisa, Darii, to

nie to. Nie jest możliwe “One leg on the platform

and one on the train.”

Obok na drodze przemknął kulig. Sanki góralskie

zaprzężone w rącze konie sunęły w kopnym

śniegu. Turyści na sankach, z pochodniami w

rękach wywijali, śpiewając rzewne romanse.

Dołączyli się i nucili razem, zanim nie ucichł

tętent koni.

"Będziecie

śpiewać

cienko

jak

Borys

przyjedzie,” pisnęła Katia. Yanche skoczył po

łopaty. „My tu odśnieżymy parking, a ty przygotuj

mu w pensjonacie kwaterę. Vojnar -zrównaj

podjazd, by nie zaczepił dyfrem.”

C z a r n y K o r m o r a n 5

Tym razem Vojnar wymigał się od roboty, bo już

lśniące Pajero na Moskiewskich rejestracjach

wtoczyło się na parking. Lokalni turyści z

Warszawy na swych tuzinkowych Seatach

wyglądali teraz jak pchełki.

„Nu dla tebja jest Złota Trojka,” Borys zwrócił

się do Yanche. Vojnar odrzucił łopatę

i pomagał Darii, córce Borysa przenieść narty

i buty do narciarni. Umówił się na zwiedzanie

śnieżnych szlaków jutro i zaprowadził Darię na

kwaterę. Zadzwoniła komórka. Góralski baryton

Yenche zaanonsował: „Jesteśmy zaproszeni na

dansing przez Borysa. Bądź gotów za pół

godziny.”

Sala płonęła kandelabrami. Orkiestra grała

Oczi Czornye, a Daria już została poproszona do

tańca. Przy stole Borys jak zwykle częstował

kawiorem. Pod kawior lała się Stolicznaja wódka.

Vojnar poczuł błogie ciepło. Wokół wspaniały

zapach tytoniu Złota Trojka, którym Yanche

delektował się. Patrzył na wirujące w tańcu pary.

„ Oczi Czornye, kak lublju ja was.” Wśród

tanecznic rozpoznał Darię. „ Kak lubliu ja was w

tot niedobryj czas.”

"I za zdrowie Borysa!” Vojnar wyczuwał stare

słowiańskie rytmy. Wszystko wokół poruszało się

w rytmie muzyki.

6

C z a r n y K o r m o r a n

Nagle wśród tańczących rozpoznał złotą suknię

Katyii. Partner jej wydał się dziwnie sztywny.

Ponadto odróżniał się od wszystkich tancerzy,

mających buty, tym że tańczył w sandałach.

Vojnar wytężył wzrok i przez opary dymu z

cygaretów zobaczył przez moment skarpetę

helanco, obciągająca żylaste łydki partnera Katyii.

Zerwał się od stołu i wzniósł toast za: „Rolls-

Royce’a i jego szofera,” kierując te słowa do

Yanche.

"Ten durnyj czerep się opił, a ledwie co

przybył,” poszła łagodna uwaga od strony Borysa.

Ale Yanche wydawało się, że kuma gdyż, gapił się

jak oniemiały w tańczących. Niezadługo wstał, by

wnieść toast za: „Rolls-Royce’a i jego dzielnego

operatora komputera pokładowego,” kierując te

słowa w kierunku Vojnara.

Vojnar

poczuł wspaniały prąd po całym

organizmie. Wydało mu się nawet, że jest tak

ciepło jakby zima się skończyła i zakwitły już

przebiśniegi. A może w ogóle zimy nie było. Nie

było śniegu, -białego czuba Mt Gerlach. Od

początku tu siedzi, ma wszystko, stałą robotę

operatora komputera w Rollsie, obok przyjaciół,

niezwykłego szofera Rollsa- Yanche. Zaraz do

nich pcha się właśnie jakiś gość w sandałach,

jedna skarpetka helanko opadła mu, odsłaniając

chudą kostkę. Wygląda nazbyt sztywno, rzekłbyś

C z a r n y K o r m o r a n 7

jest z wosku, takiego jak świece w kościele. Ale co

tam, rusza się jak człowiek, a w dodatku to

wybraniec Katyii, a ona przecież wie, co robi.

Widziały gały co brały. Vojnar bije się z myślami

czy nie zwrócić uwagi Katyii na trochę dziwnego

Anglosasa. Ale w tym momencie uspakaja się

widząc jak sięga po kieliszek. To chyba nic, to

moje mrzonki, on chce wznieść toast. To musi być

taki sam chłop jak Yanche czy Słowacy. Strzelają

korki z Ruskoje Igrestnoe.

"Za madam Montgomery.” Vojnar zrywa się z

gratulacjami.Yanche próbuje się docisnąć, by

uściskać wybrańca Katyii Lorda Montgomery.

Katyia jest obdarowana przez gości prezentami

tak skrupulatnie, że wyrasta obok stolika sterta

obrączek, naszyjników, wreszcie Borys dorzuca do

stosu kilka sztabek złota. Katyia martwi się, jak to

wszystko zabierzemy, ale Lord Motgomery jak

zwykle jest na stanowisku. „OK, zawezwę przez

komórkę, by dostarczyli mi Rolls-Royce’a. Ma

być; Komputer Pokładowy dla Vojnara, kaszkiet

szoferski dla Yanche, rozkładane tylne siedzenia

dla nas oraz duży kufer na moje ciuszki,” szepnęła

do ucha Lordowi Katyia.

Jak wielkie fale oceanu przelatywały przez

głowę Vojnara fantastyczne obrazy, oto tańczy z

Darią na dansingu, orkiestra gra niezapomniane

„ Oczi Cziornye”. Chciałby to zatrzymać, by ten

8

C z a r n y K o r m o r a n

piękny moment trwał, ale jak fala ucieka, obrys się

zaciera. Zanika twarz Darii, jest sam. Ciemno jest

w pustce pomiędzy falami. Jakoś mgła ustępuje,

wchodzi następna fala.

Jakby na końcu horyzontu widzi następny

punkt, który się jeszcze nie zarysował dość

wyraźnie tak, by przynajmniej można było coś

wyczuć. Jedyne co widzi, to że z ciemnego tła

oświetlone przez smugę pastelowego światła, sunie

się w jego kierunku jakiś punkt. Wytęża zmysły,

bo nie tylko samym wzrokiem wyczuwa to

czarodziejskie zjawisko, ale wszystkimi swymi

perceptorami. Coś wskazuje na brykę, raczej na

kabriolet. Na przodzie wyraźnieje chromowana

chłodnica. nad którą góruje statuetka. Silver Lady.

Nie do wiary! Czyżby to Rolls? Tak teraz widzi

już pełno-szprychowe koła i wspaniałą maskę

kryjącą potężną ośmiogarową maszynę. Odbite

refleksy słońca dają po oczach. Gdy tylko przednia

szyba przestała lśnić, Vojnar rozpoznaje znajomą

gębę. Pomimo tego, że jest w kaszkiecie ze

złotymi otokami.

Nawet gdyby był w kominiarce i tak by się nie

skrył. „Yanche king of Tatra Hilands”

"Na co ci przypadło, że cię widzę za kółkiem tej

jeżdżącej pralki.”

C z a r n y K o r m o r a n 9

„Siarap!” syknął Yanche. „Nakładaj szybko

mundur operatora, komputer i wskakuj na

siedzenie.”

Przebierał

się

z

zimowych

barchanów

i swetrów w lekką drelichową bluzę i szorty. W

samochodowym lusterku złapał przelotny uśmiech

Katyii siedzącej wraz z Lordem Montgomery na

poduszkach z tyłu. W słońcu wydał się on mniej

woskowy, jednak jak wszyscy był on również w

szortach. Sandały nałożone na skarpety raczej

pasowały do całości zważywszy, że wokół

panował niemiłosierny upał. Minęli szybko kupę

ubrań, na której sterczały zimowe buty. Vojnar

ustawił screen komputera pokładowego w Rollsie

na dwa i pół tysiąca pikseli. GPS podał

koordynaty. Z altitud wyszło mu, że są w Tatrach,

koło Dunajec River. Kręte serpentyny to pięły się

w górę, to spadały na łeb na szyję.

Z prawej ostro wcinały się w chmury Trzy

Korony Mountain. Z lewej -szafirową płachtą

odbijało pół nieba jezioro Czorsztyn.

Przełączył na ambient-info. Trzy gigabajtowy

Althon wypluł na screen dane, zanim nie

przejechali nawet dziesięciu yardów. Wydało mu

się to wszystko trochę podejrzane.

Żadnych virusów, wybrał stronę:

„ www.moskwa.ru.” Żeby się czuć lepiej, przeszedł

na

kodowanie

cyrylicą.

Po

załadowaniu

10

C z a r n y K o r m o r a n

expedishesly strony zorientował się, że nie siedzi

na zwykłej sieci Mobile. Był na satelitarnym

Internecie TooWay. Spojrzał na log. Był pusty.

Ktoś go cały czas mirorował. Zaraz to sprawdzi.

Ma kilka ksywek slangów jeszcze z Broklynu, z

Kobym. Tylko on i Koby wiedzą, co znaczy JHG.

To był ich tekst. Gdy robili w komputer Center

przesyłali go dla sprawdzenia sieci. Przekładał się

on

na

staroniemiecki:

„ Jane

Hast

Du

Gesehen.“ Gdy odbiór był dobry, należało oddać:

KPPG. Co oznaczało: ” Klaine Prosieta Platzen

Gelaufen. ” Koby dalej był operatorem w

Komputer Center NYU. Na ten tekst mogła więc

przybyć tylko jedna odpowiedź. Vojnar szybko

strącił maila do Koba, tylko trzy literki JHG.

Wiadomość przyjęto. Patrzył z napięciem w ekran.

Wreszcie wyświeciło message, jest answer.

Otworzy pocztę. Poczuł się, jakby nie jechał po

szosie, ale gdzieś na nierealnej drodze zrobionej z

gazów odrzutowych wielkich Jumbo-Jetów,

zawieszonej na nieboskłonie. Więc Koby to nie

Koby. Czytał stek chłamu z listu od rzekomego

Kobego. „ How are You? Se You…” i tym podobne

gładkie głupotki. Przeleciał filtrem cały tekst,

myśląc, że jest gdzieś wpleciony skrypt, cztery

literki KPPG, których teraz pragnął jak kania

dżdżu. Włączył Eshelon. Ekran zaczął się

podejrzanie długo ładować. Kątem oka zauważył

C z a r n y K o r m o r a n 11

jakby błysk źrenicy w lusterku wstecznym i twarz

lorda spod korkowego kasku wydała mu się już

bardziej woskowo-biała niż wosk, jaki widział na

kościelnych świecach. Może to od tego, że świece

oświetlane są ciepłym światłem płomyka. Szybko

przełączył drugi tread, na real player from BBC.

Rozeszła się muzyka od Charliego Gilespa. „Nice

music,” zaczął Vojnar.

"Relaxed Guys. Tu się zatrzymamy na piknik,”

zakaprysiła Katyia.

Yanche odbił na leśną ścieżkę. Zjeżdżali oto

nad same jezioro po kamienistych wykrotach.

Mały cypelek, powstał z wymytych przez Dunajec

głazów. Były one tak nagrzane słońcem, że po

wyjściu z kąpieli suszenie trwało sekundy. Brzeg

łagodnie opadał do jeziora i słońce prawie

prostopadle świeciło na soczysto zielone limby.

Rozgrzane od słońca drzewa pachniały odurzająco.

Lorda to nie brało, siedział w Rollsie. Vojnar

nazbierał faszyny na ognisko i w międzyczasie

Yanche przyniósł prowianty, Tokay i szaszłyki.

Woda była wspaniała z lekką bryzą, wszyscy

kąpali się wesoło. Lord nie kąpał się, tylko chodził

w korkowym kasku po plaży. Katyia wyszła z

wody, a po niej Yanche.

Vojnar widział z niskiego horyzontu jak

sposobią ognisko. Yanche przygotował rożno do

szaszłyków i polewał je Tokay’em. W zatoczce

12

C z a r n y K o r m o r a n

woda była tak ciepła, że nie chciało się wychodzić.

Zanurkował kilka razy, a następnie wypłynął

niepostrzeżenie z innego kąta. Katyia przebrała

swoją suknię, a ciuchy schły na kamieniach.

Nachylona na ogniem dmuchała, układała gałązki,

podsycając płomienie. Yanche był odwrócony

tyłem. Natomiast Lord już był blisko, na wprost

i zaglądał jej w dekolt. Języki ognia zagrały na jej

szyi. Vojnar bezszelestnie ułożył się na wznak,

wiosłując tylko co jakiś czas, by utrzymać się na

powierzchni. Na błękitnym niebie zawisł na

moment czarny kormoran. Rybitwy krążyły

leniwie pluskając na taflę jeziora. Piski łączyły się

chórem, z głosami kaczek i cyranek. Do tych

głosów nagle dołączył się jakiś inny nowy.

Vojnar odwrócił się. Nagle ognisko wydało mu

się coś za wielkie. Płonął korkowy kapelusz

Lorda. Kraulem ruszył do brzegu. Na wodzie

widział jasne błyski coraz to większego ogniska.

Złapał ręką pierwszy wystający kamień cypla, ale

ręka ześlizgnęła się na czymś obleśnym. Próbował

się wdrapać na kamień, lecz za chwilę już zjeżdżał

z powrotem. Wpadł z pluskiem do wody, całe

plecy miał poobijane. Próbował się rozmasować,

ale ręce natrafiły na jakąś białą skorupę. Majtki

miał jakby z blachy. Oderwał kawałek. Wosk.

Stwardniał już w wodzie. „Skąd tu się wzięła

beczka wosku?”

C z a r n y K o r m o r a n 13

Dobrnął do biwaku. Yanche opróżnił już dwa

Tokaye przy szaszłykach. „Całe szaszłyki w

wosku. Nie mam smaku na nic. Tak jakbym jadł

świece z kościoła.”

Katyia poszła do wody po przejściu kuracji

woskowej. Na miejscu gdzie siedział Lord, spod

roztopionego wosku, Vojnar wygrzebał kawałki

pamięci Flash, trochę hard-dysków, oraz

procesory for paralel computing. Podważył

patyczkiem

mainbords,

jeden z układów

hybrydowych, wykonany z ceramic-calit był

przetopiony

na

brzegach.

Stopiony

metal

opalizował na ceramice. Kąt, z którego mógł

dosięgnąć go bim laserowy, wskazywał na

kormorana. Vojnar zrozumiał, że był to imitujący

kormorana -Dron, uzbrojony w broń laserową.

Taki, jakie budowano w laboratoriach Los Alamos.

„Dlaczego akurat CIA unicestwiło Lorda

Montgomery?”

Rozmyślania

Vojnara

przerwał

Yanche.

"Przestań się pluskać wdowo, zbieramy się,”

krzyknął.

Stawiając uważnie stopy pomiędzy ostrymi

kamieniami żegnali się z ostatnim piknikiem Lady

Montgomery. Do pożegnania dołączały się

krzykliwe cyranki, które kosztowały właśnie

szaszłyki na wosku.

14

C z a r n y K o r m o r a n

„Sakramencka!” -wyrwało się z ust Yanche,

który raczej rzadko się wyrażał. Machał pilotem

RemoteLock

wokół

Rollsa

i

próbował

bezskutecznie go otworzyć. Nie zrażał się jednak

na razie niczym. Obejrzał się dookoła czy nie ma

świadków i wlazł przez szyberdach do kokpitu.

Zaraz jedna wylazł ta samą drogą, immobiliser też

jak martwy.

Rollsy nie miały na wyposażeniu żadnych

narzędzi, gdyż z założenia nie miały się nigdy

psuć. Jednak przezorny Yanche miał zawsze ze

sobą zestawik „złota rączka”. Za chwilę podważył

hood i kranknął silnik. Katyia tak się ucieszyła, że

zaczęła się gramolić do Rosa na swoje tylne

siedzenie. Jednak nie długo trwała radość. Znowu

pół godziny walki z blokadą kierownicy.

Vojnar poszedł moczyć nogi, a Katyia opalać się.

Gdy wrócili, Yanche wcale nie zapraszał ich do

wnętrza.

„Odblokowałem kierownicę, ale jest jeszcze

zablokowana skrzynia biegów. Vojnar pomóż mi

odkręcić lewarek, obetniemy szpindel i jedziemy.”

Tknięty złym przeczuciem Vojnar patrzył na

martwy ekran komputera. Nagle wyrwał Jack

zasilania, obciął końcówki i zbajpasował Power

Switch. Ekran zajaśniał. Przyczesał Events.

Zainteresował go nagły przyrost countera na logu.

Szybko scrolował down message. Około tuzina

C z a r n y K o r m o r a n 15

last message to pozycja z GPS i komunikat o

kradzieży Rollsa.

Wyskoczył na drogę. Złapał torbę z rzeczami.

„Yanche -nie trudź się, zaraz będą tu gliny. Katyia

pogubiła połowę ciuszków, ale nie było co

zwlekać, pruli leśnymi wądołami do szosy, byle

jak najdalej od feralnego Rollsa. Katyia pierwsza

wybiegła na górę Schlembark, gdzie był postój

i punkt widokowy. Jeszcze z dołu Vojnar dostrzegł

ją jak HichHaicing,- autostopuje. Przeleciała

milicyjna Vołga.

„Katyia, co robisz?” Vojnar ruszył pędem do

przystanku, właśnie jechał autobus na Bystre.

Patrzył na Yanche i żal mu się zrobiło, że niezbyt

długo miał stały etat szofera. Jak klatki filmu

kręcone wstecz zaczęły wracać ostatnie obrazy.

Czarny kormoran z nieruchomymi skrzydłami,

przypominający bezzałogowy Dron, który poraził

z broni laserowej Lorda Montgomery i w

sekundzie zamienił go na kupkę wosku. Vojnar

wyjął Digital Radio i ustawił BBC. Alister Cook

właśnie miał: “comment about ouer picefull

world” . Po pewnej chwili jednak uwagę jego

przykuły dziwne interferencje, przypominające

daleką harmoniczną radaru. Przemieścił radio z

anteną w inne położenie i spostrzegł, że w jednym

położeniu przy kołnierzu służbowej bluzy

amplituda sygnału narasta. Bez żenady szarpnął za

16

C z a r n y K o r m o r a n

kołnierz kurtki. Pazurami i zębami rozpruł

materiał. Pasażerowie patrzyli na niego jak na

narkomana na dopach. Namacał najpierw litową

baterię i zaraz transmiter, i wprasowaną antenę.

Błyskawicznie wyrwał baterię. Bipy w radiu

ustały. Zajęty tymi krawieckimi operacjami nie

zauważył, że autobus wyprzedza milicyjna Vołga.

Za chwilę autobus stał, a milicjant w towarzystwie

cywila weszli do wnętrza. Cywil miał detektor pod

klapą, ale stał jak śnięty, bo nie odbierał sygnału.

Vojnar próbował zasłonić napis: „Operator

Komputera Rollsa” na bluzie, ale milicjant był

lepszy. Zdecydowanie poprosił go o dokumenty.

Wtedy doleciał cywil z tyłu i zobaczył kołnierz, z

kawałkami transmitera. Proszę z nami do

radiowozu.

Vojnar, wysiadając starał się nie patrzeć w

kierunku Yanche, żeby nie skierować na niego

uwagi milicji. Autobus pojechał dalej na Bystre, a

Vojnar na komisariat. Był przygotowany na

przesłuchanie i zaskoczyło go, że cywil odkręcił

nakrętkę guzika jego munduru i przyłączy kablem

do portu USB swego komputera. Wszystkie ruchy

Vojnara były rejestrowane przez kamerę. Po co

miałby się trudzić w zeznania, protokoły, itp. Miał

wszystko zarejestrowane, nawet wszystkie słowa,

które padły. Chciał się teraz jak najszybciej pozbyć

tego mundurka. Kombinował, że może są w nim

C z a r n y K o r m o r a n 17

wszyte również RemoteControl -układy do

uśpienia lub załatwienia go w podobny sposób jak

Lorda. Cywil widząc jak się rozpina, nie

oponował, lecz podniósł rękę na pożegnanie.

Mogło to więc oznaczać, że przechodzi znów do

innej przestrzeni.

Nie było czasu na filozoficzne kombinacje,

scenariusze i warianty, gdyż Vojnar myślał coraz

wolniej. Poczuł się słabo i legł jak długi na sofie

obok komputera. Znowu naszły go fale jak na

dansingu. Zjeżdżał oto z fali jakby last surf, w dali

został Rolls wraz Lordem, przecięty torem lotu

czarnego kormorana. Kormoran przeleciał, niebo

się zamgliło i pociemniało, musiał być kawał czasu

na dnie fali. Vojnar wypatrywał jak przedtem na

dansingu czy nie nadciąga nowa fala. Jakoś ledwie

coś zamajaczyło, pastelowe światełko. Wysilił

wzrok robiąc wszystko by go rozczytać. Powoli

zaczęło rosnąć. Wchodziły zarysy pensjonatu

„Bystre”. Mt Gerlach widział już werandę.

Wszystko się zgadza. Yanche potrząsa go nagle za

ramiona. „Aleś zabradziażył brachu.” Musieliśmy

cię przywieźć z dansingu sankami. Vojnar zerwał

się i pobiegł do komputera. Wybrał stronę Rollsa,

–niedostępna. Przejrzał pocztę, był list od Kobe.

„Było u mnie FBI. Coś ty nawywijał? Nie dostanę

przez to Security Clerance.”

18

C z a r n y K o r m o r a n

Vojnar usiadł ciężko. Chciał się podrapać po

głowie z wrażenia, ale na paznokciu miał zadzior.

Próbował zębami go oderwać, lecz przyciągnęła

jego uwagę srebrna nitka. Wyjął ją ostrożnie.

Takiego koloru był mundur operatora w Rollsie.

Przecież szarpał się z kołnierzem i wtedy zrobił

mu się zadzior.

Na dole Yanche kręcił się po parkingu, Vojnar

zbiegł szybko i złapał się za łopatę. Obok w

trzygwiazdkowym

hotelu

odrzucali

śnieg

amerykańską

maszyną.

Obłe

śnieżynki

przelatywały przez rurę maszyny i przez moment

znajdowały się w przestrzeni. Był to ułamek

wolności, ale zaraz spadały ciężko na glebę, gdyż

nie miały już kształtu gwiazdek, -tylko obły

kluskowy. Freedom -Made in USA, pomyślał.

Ktoś go nagle poczęstował śniegiem za kołnierz.

Katyia podała rękę, wyciągnął swoją na hoock’a.

Katyia płynnie poddała rytm „Rock–Rock, Rock

and Roll”, ale nie dotrwała nawet do pirueta.

Potoczyła się z rozpędem jak kulka śniegu.

„Ale

cwaniak,

wysmarował sobie rękę

woskiem.” -Wściekła podniosła się.

Yanche podbiegł i pomógł jej się pozbierać.

„Uważaj nie tylko na cwaniaków, ale i na

gości w sandałach, i skarpetach oraz z Rollsami.”

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dzieje Tristana i Izoldy Historia prawdziwa, która się stała w Landzie mieście niemieckim 1568 Historia Bolesława III króla polskiego napisana około roku 1115 Przygody Prof. Vojnara Emerytka w Mjanmie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy