Robert Enke. Życie wypuszczone z rąk

Robert Enke. Życie wypuszczone z rąk

Autorzy: Ronald Reng

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Biografie Sport Hobby

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 400

Cena książki papierowej: 36.90 zł

cena od: 23.93 zł

Chwytająca za gardło historia bramkarza, męża i ojca.

Miał wszystko. Wielkie pieniądze, kochającą żonę, transfer do FC Barcelony, obietnicę gry na mundialu w bramce reprezentacji Niemiec. Na boisku powstrzymywał najlepszych napastników świata. Najgroźniejszy przeciwnik czaił się jednak zupełnie gdzie indziej…

Paraliżujący strach, przerażający ból po tragicznej śmierci ukochanej córeczki, lęk przed każdym następnym dniem. Nikt nie zauważył dramatu ponad ludzkie siły. Dopiero jego samobójstwo wstrząsnęło światem i wielu osobom otworzyło oczy na problem depresji.

Przejmująca opowieść o człowieku zbyt wrażliwym, aby żyć. Reng i Enke pisali tę książkę razem, chcąc pomóc ludziom zmagającym się z psychicznymi demonami. Robert nie zdążył już jej wydać. Jego przyjaciel zrobił to za niego.

Książka nagrodzona prestiżowym tytułem William Hill Sports Book of the Year. Pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów sportu.

 

***

Poruszająca książka, która wykracza daleko poza piłkę nożną.
The Guardian

Opowieść o wyniszczającej chorobie, z którą niemiecki bramkarz stoczył samotną, przegraną walkę. Chorobie, która zmieniła w przekleństwo to, co dla milionów piłkarzy byłoby cudownym spełnieniem.
Michał Pol, redaktor naczelny „Przeglądu Sportowego”

Poruszająca lektura, która skłania do rewizji wyobrażeń na temat sportu, ale przede wszystkim – do głębokiej refleksji nad najważniejszymi wartościami w życiu.
Katarzyna Rutkowska, psycholog sportu

Trudno się pogodzić z odejściem naszych bliskich. Jeśli do tego są to ludzie o wielkim sercu, ból jest jeszcze silniejszy. Ta książka to wzruszający hołd oddany mojemu wspaniałemu koledze.
Dariusz Żuraw, klubowy kolega Roberta Enke w drużynie Hannoveru 96 w latach 2004–2008

Mocna historia o piekle, które rozegrało się w raju. Bo przecież tak sobie wyobrażamy życie profesjonalnych piłkarzy.
Michał Trela, pasjonat Bundesligi, „Przegląd Sportowy”

PROLOG

Ulotna siła poezji

– Chciałabym dostać wiersz – powiedziała Teresa, gdy nagle w całym domu, na sekundę, która wydawała się trwać wieczność, zrobiło się cicho.

Robert Enke ze zdziwieniem patrzy na swoją żonę, zastanawiając się równocześnie, czy nie jest to żart. Prezentem urodzinowym ma być wiersz?

– Fajnie by było – rzuciła Teresa mimochodem i już po chwili zapomniała o całej sytuacji.

Jemu jednak ten pomysł utkwił w głowie na dobre.

Minęło już kilka lat od chwili, gdy przeczytał ostatni wiersz, nie wspominając już o napisaniu czegokolwiek. Stara się wszystko sobie przypomnieć. Uważa, że wiersz musi posiadać rymy, a ładny wiersz jest jego zdaniem jak uśmiech, z delikatnym humorem wyczuwalnym między wersami. Mając właśnie takie wyobrażenie o poezji, Robert Enke postanawia rozpocząć pisanie.

Czasami zdarza mu się okłamać Teresę, gdy mówi, że idzie na chwilę do swojego biura układać dokumenty podatkowe bądź dokonać przelewów. Tak naprawdę siada z długopisem w ręku przed kartką, spoglądając na ogród za oknem, które całą swoją powierzchnią tworzy tylną ścianę pomieszczenia. Promienie słoneczne, wpadające tamtędy wiosenną porą, wywołują prawdziwie błogie odczucia, ale teraz, zimą, nie jest już tak przyjemnie. Nawet ogrzewanie w tym pomieszczeniu nie jest najlepsze.

Ich dom w Empede, położony w płaskiej dolnosaksońskiej dolinie, to zaadaptowane stare gospodarstwo rolne. Biuro Roberta zajęło miejsce dawnej stajni.

Zapisywane słowa wyglądają na niezdarne i twarde. Jego drogocenne palce są nienawykłe do pisania, jednak w jego głowie rymy układają się coraz szybciej. Wypełnia go radość, która jest inna niż ta, gdy broni trudną piłkę na linii bramkowej. Radość ta jest raczej delikatna, ale mimo to na tyle intensywna, że napędza go do dalszego pisania – w biurze, w hotelu, na wieczór przed meczem w Bundeslidze. Pisze na wszystkim – karteczkach, paragonach, a gdy nie ma pod ręką żadnego papieru, to jako notatnik służy mu komórka. 18 lutego 2009 roku nadszedł wielki dzień, a gotowy wiersz ma już 104 wersy.

Robert jeszcze w łóżku złożył życzenia Teresie, a gdy ta poszła do łazienki, on udał się do sieni i czym prędzej wypuścił psy na podwórze. Zwierzęta te Teresa przygarnęła podczas pobytu w południowej Europie. Państwo Enke byli posiadaczami w sumie dziewięciu psów i dwóch kotów, a gdyby Robert wziął na poważnie poprzednie życzenie urodzinowe żony, to do gromadki dołączyłaby świnka domowa.

Robert zapalił świeczki w salonie.

– Z prezentami poczekajmy do wieczora, kiedy będziemy mieli więcej spokoju – powiedziała Teresa po wejściu do pomieszczenia.

On pokiwał głową i już po chwili poprosił ją, aby zajęła miejsce przy starym wiejskim stole. Chwycił ją za ramiona i delikatnie przycisnął do oparcia, a następnie udał się na przeciwległy koniec stołu. Nie przestawał się uśmiechać.

Położył wiersz przed sobą na stole, lecz zaczął recytować z pamięci:

Jaki dać prezent w tym dniu uroczystym?

Może diament: duży i czysty?

A może zegarek od jubilera?

Bielert nie nadweręży portfela.

Może świnka? Nowy pupil domowy.

Robert mówi jednak: „Nie, nie ma mowy”.

Konie, psy i koty,

to zwiastuje kłopoty.

Musi być coś innego,

Zupełnie wyjątkowego.

Teresa chce poezji!

Sztuki, literatury, finezji.

Prezent nieduży, tani,

Ode mnie – specjalnie dla niej.

Teresa zaniemówiła. Zwrotka po zwrotce Robert rysuje przed nią połowę jej życia, przeprowadzkę do Empede, miłość do zwierząt oraz śmierć ich córki Lary, która przyszła na świat z wadą serca, a w wieku dwóch i pół roku umarła po kolejnej operacji.

I przyszła na świat Lara z wadą serduszka.

Nie odchodziliśmy od jej łóżka.

Myśleliśmy, że przez życie przejdzie z siłą i wdziękiem,

Nic dziwnego – wszak nazywała się Enke.

Gdy Robert kończy recytować swój utwór, wzruszona Teresa wybucha płaczem i mówi:

– Proszę, przeczytaj jeszcze raz.

I Robert czyta – 26 zwrotek, 104 wersy, z których ostatnie brzmią:

Chcesz wiedzieć, co się wydarzy dalej?

Nie myślę o tym niemal wcale.

Sprzedamy samochód, albo i nie.

Przeprowadzimy się? Kto to wie.

Nie martwię się, co przyniesie czas,

odchodzi dziś, jutro wita nas.

Jednego jestem jednak pewien:

Nie mogę, nie umiem żyć bez ciebie.

Robert Enke ma 31 lat, jest bramkarzem reprezentacji Niemiec. Jest silny, odważny i szczęśliwy. To jednak ostatnie urodziny, które świętuje wspólnie z Teresą.

We wtorek 10 listopada 2009 roku wita się w kuchni z gosposią:

– Cześć, Ela!

Daje całusa Leili, swojej dziesięciomiesięcznej córce, i żegna się z Teresą. Na notesie przypiętym do lodówki zanotował sobie mazakiem wszystko, co pozostało mu do zrobienia – załatwić cztery bilety na mecz z Bayernem. Wychodzi następnie z domu. Dziś czekają go dwa treningi indywidualne – rano z trenerem fitness, a po południu z trenerem bramkarzy Hannoveru 96. W domu ma być tradycyjnie koło 18.00, tak jak obiecał Teresie.

Jednak tego dnia nie ma umówionych treningów.

Chwilę po wpół do pierwszej udaje mi się do niego dodzwonić. Akurat prowadzi. Przekazuję mu dwie sprawy – zaprzyjaźniony angielski dziennikarz chce z nim przeprowadzić wywiad, a Niemiecka Olimpijska Biblioteka Sportowa chciałaby, aby podczas dorocznego styczniowego zebrania wygłosił przemówienie. Pół żartem, pół serio chciałbym mu teraz powiedzieć, że jestem jego sekretarką. Jednak jego głos brzmi oschle. Zapewne jedzie z jednego treningu na drugi – pomyślałem – pewnie jak zwykle zaraz się zatrzyma na obiad w Espada czy w Heimweh.

– Zadzwonię do ciebie wieczorem, Ronnie. Może być? – powiedział, a ja dziś już nie jestem w stanie sobie przypomnieć, jak się ze mną pożegnał.

Wieczorem zadzwoniło do mnie wiele innych osób, ale nie Robert.

Jego samobójstwo w ten jesienny wieczór zjednoczyło nie tylko jego bliskich, ale również tych, którzy go wcześniej nie znali. Zjednoczyło ich uczucie pustki, rozerwania duszy na strzępy. Podczas następnych dni wybuchła prawdziwa histeria. W Londynie „Times” poświęcił Robertowi Enke połowę strony tytułowej, w Chinach mówiono o nim w głównych wiadomościach państwowej telewizji. Agencja prasowa informacje o liczbie osób uczestniczących w pogrzebie ogłaszała jak rekordy („W Niemczech od czasu śmierci kanclerza Konrada Adenauera w ceremonii pogrzebowej nie uczestniczyło tyle osób”). Taką reakcję można wytłumaczyć tylko tym, że w dzisiejszych czasach wszystko, nawet śmierć, staje się wydarzeniem medialnym. W środku pozostaje jednak autentyczny ból oraz głęboka bezsilność. Śmierć Roberta Enke pokazała większości z nas, jak mało wiemy o depresji. Dla pozostałych, a była to zastraszająco duża grupa, stało się jasne, jak trudno rozmawiać o tej chorobie. Podobnie jak Robert Enke zawsze uważaliśmy, że naszą chorobę, czy też chorobę kogoś bliskiego, należy zataić.

Informacje, które regularnie ukazują się w mediach, mówią jednak same za siebie: rocznie więcej osób popełnia samobójstwo za sprawą depresji niż ginie w wypadkach drogowych. Liczby te nie dają niczego więcej niż niejasne wyobrażenie, jak dla niektórych ludzi smutek jest trudny do zniesienia. Jednak gdy nagłówki dotyczą śmierci osób tak znanych jak Marilyn Monroe czy Ernest Hemingway, wydaje się – chociaż nikt nie powie tego głośno – że ludzie uważają to za niejako naturalne: bo przecież po artystach można się tego spodziewać. Czy depresja jest w takim razie nieodzowną częścią sztuki?

Robert Enke był w niemieckiej kadrze numerem jeden. Bramkarz to zawsze ostatnia podpora drużyny. Zachowuje spokój i opanowanie w najtrudniejszych sytuacjach. Potrafi kontrolować stres i strach w najbardziej ekstremalnych chwilach. Profesjonalni sportowcy, tacy jak on, co tydzień wzmacniają w nas to przekonanie. Wszystko jest możliwe, a Robert Enke jeszcze bardziej niż większość piłkarzy utwierdzał publiczność w przekonaniu, że każda przeszkoda może zostać pokonana. W wieku 29 lat trafił do reprezentacji Niemiec, a przecież cztery lata wcześniej przez depresję stał się bezrobotnym, po czym wylądował w drużynie drugoligowej. On i jego żona nauczyli się żyć po stracie córki w 2006 roku. Trzy lata później, w chwili, gdy w naszym postrzeganiu znów odnalazł szczęście, gdy miał rodzinę, nowe dziecko oraz perspektywy gry podczas mistrzostw świata w RPA, jego depresja była silniejsza niż kiedykolwiek.

Jaką siłą musi dysponować ta choroba, aby ktoś taki jak Robert Enke zyskał pewność, że najlepszym rozwiązaniem będzie śmierć? Jaki mrok musi otaczać człowieka, żeby ktoś zdolny do tak wielkiej empatii jak Robert nie był świadomy, jak po jego śmierci cierpieć będą jego bliscy? A także maszynista, pod którego pociąg rzucił się w ten straszny listopadowy wieczór?

Jak wygląda życie z depresją bądź przeświadczeniem, że może ona w każdej chwili powrócić? Jak wygląda życie ze strachem przed strachem?

Odpowiedzi na to pytanie chętnie udzieliłby sam Enke.

To on chciał napisać książkę, a nie ja.

Poznaliśmy się w 2002 roku. Pisałem o nim okazjonalnie do różnych gazet, aż nagle zamieszkaliśmy w tym samym mieście – Barcelonie. Spotykaliśmy się coraz częściej. Zacząłem odczuwać, że dla nas obu w życiu ważne są podobne sprawy – uprzejmość, spokój i rękawice bramkarskie. Pewnego dnia powiedział:

– Czytałem twoją książkę, jest świetna!

Zarumieniłem się i czym prędzej postanowiłem skierować rozmowę na inne tory.

– Pewnego dnia wspólnie napiszemy książkę o tobie.

Wkrótce ze zdziwieniem zauważyłem, że ze spontanicznej wypowiedzi rodzi się poważna propozycja.

W późniejszym czasie co rusz przypominał mi o naszym wspólnym projekcie. „Robiłem notatki, żeby o niczym nie zapomnieć”, mawiał. Dziś już wiem, czemu tak ważna była dla niego biografia: po zakończeniu kariery w końcu mógłby opowiedzieć o swojej chorobie. Bramkarz, ostatnia podpora, nie może w naszym społeczeństwie borykać się z depresją. I Robert Enke zużywał naprawdę wiele energii na ukrywanie choroby. Zamykał się we własnym cierpieniu.

Muszę więc opowiedzieć jego historię bez niego.

Trudno jest mi sobie wyobrazić, że ponownie spotkam w swoim życiu partnera do wywiadów, który byłby tak otwarty jak Robert. Tymczasem po jego śmierci jego przyjaciele zaczęli nagle zwierzać się ze swoich czarnych myśli. Jego konkurenci w bramce, którzy zgodnie z prawami profesjonalnego sportu nakładali maskę niezłomności, nagle zaczęli mówić o swoich lękach i wątpliwościach.

Śmierć ukochanej osoby wyzwala w nas wolę bycia szczerym, zrobienia czegoś dobrego, wprowadzenia zmian. Jednak publiczna śmierć ujawnia jedną rzecz: zwykłą ludzką bezsilność.

Nie wiedzieliśmy nawet, jak powinna wyglądać nasza żałoba. W kraju wrzały dyskusje, czy ceremonia na stadionie Hannoveru odbywa się z należytym pietyzmem, czy też przeradza się w wydarzenie medialne. Matka Roberta nie chciała, aby jego trumna została otwarta.

– Pomyślałam sobie: Boże, przecież to nie jest Lenin! – powiedziała mi Gisela Enke, gdy rozmawialiśmy razem w jej kuchni w Jenie. Na jednym z wielu zdjęć w jej domu widać ją obejmującą syna, który ma na sobie elegancki niebieski sweter z wycięciem w serek. Postawa tej kobiety jest niesamowita – jest serdeczna i wszystkich nas uczy pokory: zrozumiała, że absurdalnie jest kłócić się o to, jak udana była uroczystość pogrzebowa. Swój spokój odnalazła w przekonaniu, że wszyscy chcieli jak najlepiej, że kiedy w dobrej wierze chcemy dobrego, często postępujemy inaczej, niż powinniśmy.

Wielu źle zrozumiało jego śmierć: popełnił samobójstwo, bo nie mógł już znieść własnego życia. Znaleźli się naśladowcy, którzy błędnie założyli, że targając się na własne życie, staną się tacy jak on, że się do niego zbliżą. To tragiczne nieporozumienie. Większość osób cierpiących na depresję nie chce umierać. Chce, aby mrok sterujący ich myśleniem w końcu zniknął. U Roberta Enke zapewne nie było inaczej.

– Gdybyś przez pół godziny siedziała w mojej głowie, zrozumiałabyś, czemu ogarnia mnie obłęd – powiedział raz Teresie.

Nie ma znaczenia, ile takich wytłumaczeń znajduję. Na pytania, które co rusz sobie zadaję, nie czeka żadna odpowiedź.

Może stało się coś w jego dzieciństwie? Może to sprawiło, że stał się podatny na depresję? Co myślał, gdy w tamten listopadowy wieczór krążył przez osiem godzin po ulicach miasta, a następnie rzucił się na tory?

Pytania te powracają nieubłaganie. Nie inaczej jest w dniu 34. urodzin Teresy, pierwszych spędzonych bez Roberta. Siedzimy w kuchni, a Leila zajmuje się ulubioną zabawą wszystkich rocznych dzieci – opróżnia szafki.

Urodziny dzień wcześniej były całkiem znośne. Nowym wyznacznikiem Teresy stał się właśnie podział „znośnie / nieznośnie”. Odwiedziło ją wielu sąsiadów wraz z dziećmi, przynosząc ciasta własnego wypieku, kwiaty, składając życzenia. Ani Teresa, ani nikt inny nie powiedział im, co jest grane. W kuchni zasiadło kilkunastu znajomych. Otrzymane kartki z życzeniami wdowa po Robercie wolała przeczytać później. Na chwilę zapadła cisza. Jak fałszywie mogą brzmieć słowa: „Wszystkiego najlepszego”.

Teraz, następnego ranka, nie ma już gości. Wszyscy wyjechali. Na nowo wyczuwalna jest pustka, absolutna nieobecność. Teresa mimowolnie myśli o poprzednich, 33. urodzinach i o prezencie od Roberta – wierszu. Dla niej były to w pewnym sensie ostatnie urodziny.

Teresa wierzyła w siłę poezji, gdy późnym latem 2009 roku jej męża ponownie dopadła depresja.

– Napisz mi kolejny wiersz – powiedziała mu przez telefon pewnego sierpniowego dnia, gdy wraz z reprezentacją spędzał czas w Kolonii, a zasypiając, odczuwał strach przed kolejnym dniem, bał się, że ktoś znów będzie czegoś od niego wymagał, że coś nie pozwoli mu wstać z łóżka.

Wieczorem wystawił krzesło na balkon. W tle widniała katedra, a Robert Enke znów zaczął pisać:

Siedzę na balkonie,

Głowę mam jak balon

jest ciężka jak ołów i kamienie

tak nie może być

Nie czuł już radości, którą potrafiły obudzić słowa. Nie czuł zadowolenia, że uda mu się wyrazić własne myśli. Wiersz był mu obojętny.

Również w pamiętniku, który prowadził podczas depresji, zapiski stawały się tym krótsze, im mocniejsze były napady choroby. Na ostatniej stronie wielkimi literami zapisane zostało pojedyncze zdanie. Prawdopodobnie miało ono być ostrzeżeniem dla niego samego, jednak dziś można je odczytać jako wezwanie dla każdego z nas: „Nie zapomnij tego dnia”.

1

Dziecko szczęścia – tak jakby

Pewnego niedzielnego popołudnia Robert Enke udał się na dworzec zachodni w Jenie. Nadjechał pociąg dalekobieżny z Norymbergii, pasażerowie wysiedli, a on sam nie dał po sobie poznać rozczarowania, gdy wszyscy minęli go, idąc wzdłuż torów. Czekał dalej. Dwie godziny później nadjechał wieczorny pociąg z południa. Robert po raz kolejny umiejętnie minął przyjezdnych. To było zimą 1995 roku, a siedzenie pół dnia na dworcu kolejowym było nieszczególnie komfortowe o tej porze roku. Zdecydował się, aby do przyjazdu następnego pociągu spędzić czas w kinie. W dalszym ciągu mieszkał z mamą w bloku z wielkiej płyty przy ulicy Liselotte-Hermann. Cztery miesiące wcześniej skończył 18 lat. Jest to wiek, który pozwoli usprawiedliwić prawie każde samowolne działanie i w którym wszyscy oprócz nas samych zachowują się dziwnie.

Teresa zawsze wracała ostatnim pociągiem z Bad Windsheim do gimnazjum w Jenie. Nawet będąc w drugiej klasie, co weekend jeździła do rodziców we Frankonii. Przyspieszyła krok, aby jak najszybciej opuścić chłodny dworzec, gdy nagle zauważyła jego. W szkole siedziała obok Roberta w ławce. Gdy półtora roku wcześniej trafiła z obcej Bawarii do 12. klasy gimnazjum sportowego, miała do wyboru tylko dwa miejsca do siedzenia – samotne w ostatniej ławce lub obok Roberta. Dogadywali się dobrze, zmieniłaby w nim jedynie fryzurę. Od czasu, gdy zaczął trenować z drużyną Carl Zeiss Jena, obcinał swoje blond włosy krótko na bokach i długo na górze. „Jakby nosił na głowie gniazdo”.

– Halo, a co ty tu robisz? – zapytała go na peronie. Wybiła godzina 22.00.

Robert z Teresą i swoją rodziną po meczu gimnazjum sportowego Jena przeciwko reprezentacji Turyngii

– Czekam na kogoś.

– Ach tak. No to życzę ci miłego wieczoru.

Uśmiechnęła się do niego i szybko się oddaliła.

– Hej! – krzyknął. – Czekam przecież na ciebie!

W pubie French wyznał jej, że czekał na nią ponad pięć godzin.

Nie mówił nikomu, że po prostu zaczeka na Teresę na dworcu – swoje uczucia oraz najważniejsze życiowe decyzje pozostawiał dla siebie. Przez te tygodnie, gdy on i Teresa stawali się sobie bliscy, nie mówił o tym nikomu. Nie było jednak dla nikogo zaskoczeniem, że stali się parą oraz że również i to udało się Robertowi Enke.

„Często o tym rozmawiamy – opowiada Torsten Ziegner, kolega bramkarza z lat młodości. – Naszym zdaniem Robert był prawdziwym dzieckiem szczęścia, któremu wszystko się udawało i którego nic nie mogło zawrócić z obranej drogi. Zawsze był w dobrym nastroju”. Thorsten okręca swoją szklankę wody, aby cisza nie trwała zbyt długo. Każdy, kto siedzi w tym czasie w pokoju jego przyjaciela z młodości, Andy’ego Meyera, myśli o tym samym. Jak dziwnie jest, gdy myśli się dziś o Robercie jako o dziecku szczęścia.

Oślepiające światło słoneczne odbija się od śniegu i wpada przez okno domu w Jenie-Zwätzen, wybudowanego na nowym osiedlu domków jednorodzinnych na obrzeżach miasta. Mamy godzinę 13.00, a Andy właśnie wstał. W jego oczach da się zauważyć resztki zmęczenia. Jest on pielęgniarzem, a minionej nocy pełnił dyżur. Torsten ubrany jest w luźne dżinsy i kurtkę w drobną kratkę z postawionym kołnierzem – jego strój przypadłby do gustu wokaliście Oasis. Ma 32 lata i jest piłkarzem w trzecioligowym klubie FC Carl Zeiss Jena. Gdy słucha się Andy’ego i Torstena, człowiekowi szybko udziela się ciepła, pełna humoru atmosfera. „Od razu poczuliśmy, że mamy te same zainteresowania, czy też: nie interesujemy się podobnymi rzeczami”, mówi Torsten. Andy dodaje: „Śmialiśmy się więcej niż inni”.

Zawsze trzymali się we czterech: Mario Kanopa – który wylądował pod granicą holenderską, aby tam spełniać się w roli nauczyciela – Torsten Ziegner, Andy Meyer oraz Robert Enke, którego nazywali Enkus, którego wciąż nazywają Enkus tylko dlatego, że w ich pamięci dalej jest tym samym chłopakiem z tamtych lat. „Mimo wszystko – Andy odzywa się, aby przełamać ciszę – wciąż myślę, że Enkus był dzieckiem szczęścia”.

Wychował się pomiędzy drążkami do prania. Spotykali się na dziedzińcu i grali w grę, którą na swoim osiedlu nazywali „nad drążkiem”. Jedna osoba stała w bramce, czyli między dwoma prętami, kolejna lobowała nad bramkarzem, a następna strzelała z woleja w jego stronę.

To był jego dom – Lobeda, miasto trabantów widoczne jako pierwsze w Jenie. Miało tam zamieszkać 40 tysięcy osób, ale koniec końców osiedliła się tylko niespełna połowa – 17 tysięcy. Pomiędzy 15-piętrowymi blokami z wielkiej płyty, pośród komunistycznych bulwarów, w bocznych uliczkach znajdują się niskie kamienice, nieróżniące się wcale od tych w Frankfurt-Schwanheim czy Dortmund-Nordstadt. Podczas gdy obydwa państwa niemieckie ciągle kłóciły się na temat wzajemnych różnic, życie nastolatków z lat 80. pomiędzy kamienicami na Zachodzie i na Wschodzie nie różniło się znacznie. Drążki na pranie niepodzielnie rządziły w świecie pomiędzy Jeną-Lobeda a Frankfurt-Schwanheim.

Jak mówi Andy Meyer, o kłopotach ludzi dorosłych usłyszeli dopiero po upadku NRD. Możliwe jednak, że gdy byli dziećmi, sytuacja społeczno-polityczna w kraju wydawała im się po prostu nudna, więc ją ignorowali. Nie obchodziło ich, że ojciec Andy’ego nie mógł zostać nauczycielem, bo nie chciał dołączyć do partii, że ojciec Roberta pod koniec lat 60. został – jako biegacz na 400 metrów przez płotki – wyrzucony z grupy wsparcia sportowców wyczynowych, ponieważ wymieniał się pocztówkami ze swoim bratem, który uciekł na Zachód.

Grę w piłkę na dziedzińcu przerywali jedynie w sytuacjach szczególnych, takich jak na przykład trening. Andy Meyer, który mieszkał zaledwie kilka bloków dalej, szybko został odkryty przez największy klub w mieście – FC Carl Zeiss Jena. Miał wówczas siedem lat i od tamtej pory zwycięstwa, które odnosił ze swoją drużyną, wydawały mu się czymś oczywistym. To sprawiło, że w pamięci utkwiła mu szczególnie jedna porażka. Na nierównym boisku kompleksu sportowego Am Jenzig, u podnóża góry Hausberg, drużyna FC Carl Zeiss uległa 1:3 w meczu z SV Jenapharm. Wielkie kluby mają w zwyczaju nie pozwalać sobie na takie wpadki – nawet jeśli mowa o drużynach dziecięcych. Helmut Müller, trener Carl Zeiss Jena, zaraz po zakończeniu meczu podszedł do rodziców napastnika z Jenapharm, który strzelił w tym spotkaniu hattricka, i zaprosił ich syna do gry w swoim klubie. Piłkarzem tym był Robert Enke.

Robert Enke (po lewej) podczas karnawału

Podczas lektury każdej biografii sportowej nadchodzi chwila, w której jedni czytelnicy powiedzą: „Co za przypadek!”. Inni jednak pomyślą: „Tak właśnie wygląda przeznaczenie”. Muhammad Ali miał 12 lat, gdy ukradziono mu rower, a policjant, który spisywał jego zeznania, poradził chłopcu, żeby nie płakał, lecz zaczął trenować boks. Robert Enke grał w orlikach młodszych w ataku, gdzie radził sobie przyzwoicie. Jednak gdy ojciec Thomasa – bramkarza drużyny – został skierowany na delegację do Moskwy, zespół potrzebował nowego numeru jeden. „Trener nie miał pomysłu – wspomina Andy Meyer – więc każdy z nas na próbę stawał w bramce. W moim przypadku temat szybko został zamknięty. Nasze dziecko szczęścia zostało dwukrotnie trafione piłką i od tej pory zajęło miejsce między słupkami”.

Nie mając pojęcia, jak powinien się zachowywać, z miejsca robił wszystko jak należy – imponował mocnym wyskokiem, rozstawianiem kciuków na boki podczas łapania piłki oraz umiejętnością podjęcia decyzji, czy w przypadku dośrodkowania łapać piłkę, czy też pozwolić jej opuścić boisko.

Odkrył nowe, upajające odczucie. Gdy leciał w powietrzu, gdy czuł siłę uderzonej piłki w rękach, wiedział, czym jest szczęście.

Nie przeszkadzało mu nawet to, że – jak opowiada ojciec Roberta – „przez większość czasu nic nie robił. Carl Zeiss miała tak silny zespół dziecięcy, że ich bramkarz praktycznie nic nie musiał robić. Jednak jemu to pasowało”. Gdy mówi te słowa, wracają wspomnienia i na jego ustach pojawia się delikatny uśmiech, na kilka sekund pozbawiony bólu. „Nie musiał wtedy za dużo biegać”.

Dirk Enke ma ten sam uśmiech co jego syn. Dziwnie spowolniony, jak gdyby za chwilę miał zniknąć. Ojciec bramkarza opowiada, że bał się momentu, w którym miał się wypowiadać na potrzeby jego biografii. Obawiał się, że wspomnienia nabiorą zbyt wielkiej mocy. Dlatego też w jego mieszkaniu na rynku, wysoko nad dachami domów w Jenie, postanawia początkowo oddać inicjatywę slajdom. Niedawno – Dirk Enke używa słów: „Po tym” – ktoś podarował mu projektor, aby jeszcze raz mógł obejrzeć ujęcia Roberta z dzieciństwa spędzonego w NRD. Oglądamy trójkę jego dzieci – Anję, Gunnara i Roberta juniora, młodszego o dziewięć lat od siostry i siedem lat od brata – podczas urlopu spędzonego pod namiotami nad Bałtykiem. „W NRD pozwolenie na rozstawienie namiotu dostawało się właściwie dopiero, gdy miało się czwórkę dzieci”, wspomina Dirk. Jednak nawet w państwie z takim dozorem były miejsca niepilnowane. „Po prostu podawaliśmy, że mamy czwórkę dzieci, i nikt tego nie sprawdzał”. Slajdy przeskakują, aż w końcu widzimy obraz Roberta z jego przyszywaną babcią. „Moją prawdziwą babcią”, tak nazywał on panią Käthe, emerytkę z naprzeciwka, która często go pilnowała i której bliskości potrzebował, nawet będąc nastolatkiem. Jako dziecko zawsze wyliczał: „Mam grubą babcię, chudą babcię i prawdziwą babcię”.

Pokaz slajdów dobiegł końca. Pewnego dnia nawet w życiu dziecka szczęścia zaczyna brakować radosnych obrazów.

Pewnego dnia, gdy Robert miał 11 lat, po powrocie ze szkoły mieszczącej się przy ulicy Liselotte-Herrmann, w drzwiach natknął się na ojca. Dirk trzymał jakąś torbę.

– Tato, gdzie ty idziesz?

Dirk Enke nie był w stanie odpowiedzieć na pytanie syna. Bez słów i ze łzami w oczach oddalił się do auta.

– Co się stało?

Matka przełknęła ślinę i powiedziała:

– Trochę się pokłóciliśmy. Twój tata na jakiś czas przeprowadza się do domu na Cospeda.

W życiu ojca pojawiła się inna kobieta.

Przez długie tygodnie Robert pytał swoją mamę: „Jak się czujesz?”. Gisela Enke widziała po jego oczach, jak bardzo chłopiec obawiał się smutnej odpowiedzi.

Rodzice Roberta mimo wszystko nie chcieli uwierzyć, że ich małżeństwo dobiega końca, i spróbowali do siebie wrócić. „Nie zrobiliśmy tego tylko ze względu na dzieci – wspomina matka bramkarza. – Byłam z Dirkiem od 30 lat”. Latem wspólnie udali się na urlop nad Balaton. Robert siedział na tylnym siedzeniu i mówił głośno, ale mimochodem, jakby nie zwracał się do nikogo szczególnego:

– No, jeśli ma to pomóc w pogodzeniu się, to na urlop pojedziemy nad Balaton.

W jego głosie nie było słychać radości – raczej wielką nadzieję.

Gdy wrócili do kraju, znów jako pełna rodzina, czekała na nich niespodzianka i jeszcze większe ponowne zjednoczenie. „Przyłączenie NRD do RFN zjednoczyło nas jeszcze bardziej”, wspomina Gisela. Ożywienie towarzyszące poniedziałkowym demonstracjom i poruszenie przed zbliżającymi się zmianami przyczyniły się do odbudowania więzi. Dirk Enke znów zamieszkał z rodziną, a z okazji srebrnych godów zorganizowali wycieczkę rowerową wzdłuż Renu niedaleko Koblenz.

Rodzina Enke należała do tej grupy społecznej, która nie obawiała się ponownego zjednoczenia Niemiec. Ojciec większą część swoich bliskich miał za zachodnią granicą. „Myślałem sobie: w końcu!” Chłopaki grające przy trzepaku w piłkę miały wówczas po 12, 13 lat. Są oni ostatnim pokoleniem, które ma w pamięci zarówno stary, jak i nowy porządek, oraz pierwszym, które wychowywało się równolegle w starym, jak i nowym państwie. Andy Meyer wciąż pamięta, jak pewnego dnia musiał wraz z Robertem i drużyną młodzieżową FC Carl Zeiss Jena maszerować tam i z powrotem na Löbdergraben, specjalnie na cześć prezydenta NRD Ericha Honeckera. „Najfajniejsze dla nas było to, że na koniec dostaliśmy kartki na parówki”, wspomina.

Również w nowych czasach uczestniczyli jakby mimochodem. Po prostu grali dalej, nie zważając na zmiany. Nawet nie zrobili 15-minutowej przerwy meczowej, aby pomyśleć o ponownym zjednoczeniu. „Dla nas, dzieci, żadne z tamtych wydarzeń nie miało szczególnej rangi – opowiada. Śmieje się, coś mu się przypomniało – przecież trening trwał dalej”.

W Lobedzie, gdzie realizowane było socjalistyczne marzenie o pięknych mieszkaniach, krystalizował się jednak nowy proletariat. I jeśli chodzi o tę kwestię, zaangażowanie dzieci było już jak najbardziej wymagane. Z zachodnich Niemiec przybyli Turcy, którzy krążąc od drzwi do drzwi, próbowali sprzedać mieszkańcom dywany. Spowodowało to, że grupki młodzieżowe rodem z miasta trabanta zaczęły zbierać się w paczki, tworzyć bandy i nazywać się skrajną prawicą.

– Nikogo nie wpuszczajcie – upominała matka Roberta, który często po szkole zostawał sam w domu, bo oboje z mężem pracowali: ona jako nauczycielka rosyjskiego i wychowania fizycznego, on jako psychoterapeuta w miejskiej klinice.

Gdy dzwonił dzwonek, Robert zawsze otwierał drzwi z niepewnością. Pewnego razu przyszedł dziadek cioteczny, który był profesorem języka łacińskiego na uniwersytecie.

– Dzień dobry, czy zastałem rodziców?

Chłopiec spojrzał na niego z przymrużonymi oczyma.

– Nie poznajesz mnie, Robercie? Jestem bratem twojego dziadka, nazywam się Rudi.

Robert odparł:

– Każdy może tak powiedzieć. – Po czym zatrzasnął drzwi.

Pewnego dnia, gdy wracał ze szkoły, na ulicy czekało na niego kilku chuliganów. Zanim zdołali go pobić, jeden z nich go rozpoznał.

– Przestańcie, to jest przecież Robert Enke – powiedział.

Przyszły bramkarz reprezentacji Niemiec miał wtedy dopiero 12 lat, a jego pozycja na boisku w lokalnym klubie już sprawiała, że stał się sławny. Dzięki temu napastnicy pozwolili mu odejść.

Mały Robert się bał. Bardzo chciał mieć jakąś osłonę. Wręcz błagał mamę, aby kupiła mu kurtkę zwaną flekiem, żeby chuligani omyłkowo brali go za jednego ze swoich. „Byłam zrozpaczona, że tak chce się im poddać – wspomina Gisela – pomyślałam jednak, że jeśli to zapewni mu spokój, to niech mu będzie. Tę kurtkę i tak nosił tylko przez kilka tygodni”.

W 1994 roku, gdy w zjednoczonych Niemczech minęła początkowa euforia, państwu Enke zabrakło sił, by dalej przy sobie trwać.

W pewną niedzielę cała rodzina zasiadła w salonie. Dirk zaczął:

– Muszę wam coś powiedzieć.

Matka Roberta wiedziała już, o co chodzi. Ta druga kobieta w jego życiu nigdy tak naprawdę nie zniknęła.

– Rozstajemy się z Giselą. Wyprowadzam się.

Robert wstał z sofy i wybiegł z domu.

– Gunnar, biegnij, sprowadź go z powrotem! – krzyczała mama.

Brat znalazł Roberta siedzącego na ulicy. Nie miał zamiaru rozmawiać.

Nikt nie miał po nim tego poznać. Przyzwyczaił się, że ze smutkami radzi sobie w samotności.

Swoim trzem przyjaciołom wydawał się promienny i niezmordowany. „Enkus przewrócił szklankę wody i wszyscy wokół byli mokrzy z wyjątkiem niego samego. Zawsze tak było”, wspomina Andy.

Pewnego razu nauczycielka biologii przyłapała Roberta na ściąganiu podczas klasówki. Dostał ocenę niedostateczną, jednak na świadectwie miał już trójkę. Wszyscy widzieli, jakim był pomocnym człowiekiem, jaki cechował go rozsądek i jak wielki miał talent bramkarski. Połączenie tych cech sprawiało, że nauczyciele traktowali go ulgowo.

Był świadomy, że w szkole może sobie nieźle radzić, nie wkładając w to zbyt wiele pracy. Taki stan mu pasował i nawet nie myślał o lepszym świadectwie.

Wraz z przyjaciółmi często odwiedzał Mario Kanopę oraz Torstena Ziegnera mieszkających w internacie. Obaj trafili do gimnazjum sportowego ze wsi. Mieli wówczas 14 lat. Nazwa klubu, w którym dotychczas grał Mario, mówiła sama za siebie: BSG Traktor Fraunprießnitz. Torsten z kolei przyjechał z BSG Mikroelektronik Nauhaus/Rennweg. W ich pokoju wiele razy się sprzeczali, jako że Torsten był człowiekiem, który od razu reagował, gdy tylko coś mu nie pasowało. To jednak denerwowało Mario. Enkus z kolei dogadywał się wyśmienicie zarówno z jednym, jak i z drugim. Gdy spędzali czas wspólnie, prawie nigdy się nie kłócili.

Młodzieżowa drużyna klubu CZ Jena podczas podróży do Tunezji. Robert Enke siedzi drugi od lewej. Drugi od prawej to jego przyjaciel Mario Kanopa

Przy wejściu na szkolną salę gimnastyczną często wywieszano artykuły z gazet, w których opisywano ich osiągnięcia. W 1993 roku Robert Enke, Torsten Ziegner oraz Mario Kanopa zostali wybrani do reprezentacji Turyngii. Wraz z drużyną wyruszyli do Duisburga, gdzie wzięli udział w tradycyjnym pucharze landów juniorów młodszych. W tamtym czasie na trybunach zasiadało wielu skautów profesjonalnych klubów. Coroczny turniej odbywał się w szkole sportowej w Wedau. W oczach działaczy klubowych wśród 15-letnich chłopców byli również przyszli profesjonalni piłkarze. Torsten Ziegner wspomina, że na początku powtarzalność meczów była czymś śmiesznym, jednak „na koniec pokładaliśmy się ze śmiechu”. Na murawie prezentowali się jako słabsza ekipa, która mimo to nigdy nie przegrywa. Torsten opowiada: „To było tak, jakby Robert Enke grał w pojedynkę”. Z meczu na mecz stawał się lepszy. Rósł w oczach wszystkich, gdy raz za razem bronił strzałów pojawiających się przed nim napastników. Osiągnął najwyższy stan duchowy, jaki może osiągnąć bramkarz: nagle ogarnia cię całkowity spokój, mimo że na boisku panuje kompletny chaos. Nieważne, jak mocno kopali piłkę przeciwnicy, bo i tak na koniec Robert trzymał ją w dłoniach, wiedząc, że należy ona tylko do niego. Wypełniał go wszechpotężny spokój, sprawiając, że dodatkowo rósł w oczach innych zawodników. W Duisburgu padły następujące wyniki: 0:0, 0:0, 1:0 oraz 4:0. Strzelenie mu gola okazało się niemożliwe.

Tego samego roku juniorzy młodsi FC Carl Zeiss Jena dotarli do finału mistrzostw Niemiec, czego w kolejnych 15 latach nie dokonał żaden zespół o porównywalnych możliwościach. Prezydent klubu zaprosił chłopaków do baru o nazwie Sockenschuss na kolejkę coli. W finale ulegli niestety Borussii Dortmund 1:5, jednak nawet „Frankfurter Allgemeine Zeitung” wysłała na miejsce swojego reportera, który miał opisać ten młody, ponadprzeciętnie zdolny zespół. Kierowniczka internatu opowiadała o swoich piłkarzach następująco: „Nie pilnują szczególnie porządku, jedzą wszystko, prawie zawsze pokazują się jako zwarta drużyna i charakteryzują się wyjątkową pewnością siebie”.

Przyszłe życiorysy czwórki przyjaciół ukazują w zasadzie wszystkie możliwe scenariusze kariery młodego piłkarza: Robert Enke zostanie bramkarzem reprezentacji Niemiec. Torsten będzie lokalnym bohaterem, kapitanem oraz rozgrywającym w drugo- i trzecioligowym Carl Zeiss Jena. Mario w wieku 22 lat dozna ciężkiej kontuzji, co zakończy jego karierę, podczas której zagrał jeden mecz w drugiej lidze, zdobywając jedynego gola. Andy już w wieku 15 lat usłyszał od swojego klubu Carl Zeiss Jena, że jest im przykro, ale nie będzie on już z nimi współpracował, bo jest po prostu za słaby. Od tej chwili gra jedynie dla przyjemności, w malutkich klubach.

Robert Enke, Torsten Ziegner oraz Mario Kanopa zagrali na słynnym stadionie Wembley w młodzieżowej reprezentacji Niemiec, występując przed 30 tysiącami uczniów. Mieli wówczas po 15 lat, a ulubiony angielski dziennik Margaret Thatcher, „Daily Telegraph”,tak opisał owo spotkanie, które zakończyło się bezbramkowym remisem: „Połączenie fantastycznych parad bramkarza z mizernymi strzałami udaremniło zwycięstwo Anglii”. Mowa była oczywiście o Robercie Enke.

Leżąc na ziemi – po odbiciu potężnego strzału Stephena Clemence’a – obronił dobitkę Jaya Curtisa. Wyskoczył i machnął ręką tak szybko, że publiczność nawet nie zdołała tego zauważyć. Nawet ten strzał udało mu się wybronić.

W ten sposób został odkryty. Wybrano go młodzieżowym piłkarzem miesiąca, co zapewniło mu cały artykuł w magazynie „Kicker”. Gazeta „Stern” opisała go w wydaniu specjalnym „Die 16-jährigen” („Szesnastolatkowie”) jako protagonistę swojego pokolenia. „Nieczęsto myślę o świecie – mówił Enke w rozmowie z dziennikarzem pisma – ale czasem mam wrażenie, jakby miał się skończyć”.

Na trybunach, pośród rodziców młodych piłkarzy, zasiadł Dirk Enke. Piłka nożna stała się pomostem łączącym go z dzieckiem. Od chwili wyprowadzki starał się pojawiać na każdym meczu syna. Tego dnia obserwował, jak inni rodzice krzyczeli na swoje pociechy przy najdrobniejszym błędzie oraz jak dopingowali je po udanej akcji. Dirk Enke przyglądał im się w milczeniu. „Był świetnym ojcem – wspomina Gisela. – Jednak po naszym rozstaniu nie było mu łatwo dogadać się z dziećmi”.

Po meczu Dirk porozmawiał z synem.

– Nieźle wybronione.

– Dziękuję.

– Jak wyciągnąłeś tę piłkę strzeloną z rogu?

– Mało brakowało, a bym tego nie obronił! Strzał był tak mocny, że wygięło mi palce.

– No i Torsten, znów ten Ziege, niesamowite!

– Przecież wiesz, jaki on jest.

– Na koniec pomyślałem: „Człowieku, Ziege, czy ty jesteś szalony?!”. Jeden z przeciwników chce go minąć, a on biegnie wprost na niego i po prostu przewraca. Zrobił tak trzy razy! Przecież normalnie to powinien trzy razy dostać czerwoną kartkę.

– Tato, muszę iść do szatni.

Uśmiechają się do siebie, intensywnie starając się, podobnie jak inni ojcowie i synowie, zbliżyć się poprzez sport. Rozmowy o piłce mają zrekompensować nadszarpnięte relacje. „Dirk i Robert za rzadko rozmawiali ze sobą na poważnie – wspomina Gisela. – Ja też nie byłam w stanie na oczach rodziny kłócić się, mówić o czymś przykrym, i wydaje mi się, że Robert także. W naszej rodzinie zawsze panowała zasada uprzejmego nieukazywania uczuć”.

Podczas gdy Dirkowi brakowało słów, to na pewno nie zabrakło mu spostrzegawczości. Pewnego razu Gisela przez wiele dni wierzyła starszemu synowi Gunnarowi, że zostawił swoją gitarę u kolegi, jednak on od razu zorientował się, że coś jest nie tak. Dowiedział się, że Gunnar ją sprzedał.

Ojciec dostrzegł zaszczucie na twarzy Roberta, gdy ten, jako 16-latek, pierwszy raz miał zagrać w drużynie juniorów starszych, w skład której wchodzili chłopcy starsi od niego o dwa lata. Trener przeniósł go do wyższej grupy wiekowej, aby mógł rywalizować na odpowiednim dla siebie poziomie, bo dla rówieśników był po prostu za dobry. W nowym zespole radził sobie znakomicie, sam jednak miał na ten temat inne zdanie.

Dla 16-letniego chłopaka dwa lata starsi koledzy są tymi dużymi. Większość młodszych bramkarzy boi się grać w wyższej grupie wiekowej. Stojąc w bramce, przyjmuje rolę ostatniego bastionu. Fakt ten sprawia, że ocena gry dokonywana jest przez pryzmat błędów. Ale jak nie popełniać błędów w obliczu tak silnych fizycznie i tak wysokich przeciwników? Jak ci silni i wysocy piłkarze z jego własnej drużyny będą go postrzegali, jeśli zdarzy mu się pomyłka?

Po rozegranym meczu Robert Enke popłakał się w obecności ojca i powiedział, że nie chce już więcej grać w tym zespole.

– Tato, nie miałbyś mi tego za złe, jeśli przestałbym grać w piłkę?

Przyjaciele nie znają tego oblicza Roberta. „W drużynach młodzieżowych zawsze trafiali się wariaci, którzy atakowali najsłabszych. Enkus z całą pewnością nieraz musiał sobie radzić z taką sytuacją – opowiada Torsten – jednak jego nie dało się stłamsić: wręcz przeciwnie! Wtedy mieliśmy wrażenie, że Enkusa nic nie może wyprowadzić z równowagi. Mając zaledwie 17 lat, tak bronił, miał taką pewność siebie, jakiej niejednokrotnie nie mają bramkarze z dziesięcioletnim doświadczeniem w grze zawodowej”.

Podczas trwania przygody Roberta z juniorami starszymi jego matka odbierała jego postawę w całkiem inny sposób niż ojciec. „Pamiętam, jak raz podczas kolacji wstał od stołu i powiedział: »Mamo, musimy sobie coś wyjaśnić«. Wsiadł w tramwaj i ruszył na boisko imienia Ernsta Abbe, aby przekazać Ronaldowi Prause, że nie ma zamiaru grać w juniorach starszych i chce wrócić do swoich rówieśników. Jako 16-latek miał wystarczającą pewność siebie, aby odważyć się na wytłumaczenie autorytarnemu trenerowi, czego tak naprawdę chce”.

Dirk Enke, psychoterapeuta, patrzy na sprawę inaczej. Gisela wspomina, że w domu nieraz zdarzyło jej się krzyknąć: „Przeklęci psychologowie!”, gdy w odwiedziny przychodził szwagier ze szwagierką, również terapeuci. „W trójkę chcieli mi tłumaczyć, jaka jestem naprawdę. Jednak Dirk rzeczywiście miał nosa”.

Gdy jemy obiad na rynku, ojciec Roberta odkłada sztućce, a następnie pociera płaskie dłonie. Po chwili mówi: „Pomyślałem wtedy: »Co się właściwie dzieje? Czy ma problemy z kolegami z drużyny? Nie«. Szybko uświadomiłem sobie, że chodzi o coś innego. To strach przed błędami zakorzenił w nim ten sposób myślenia: jeśli nie jestem najlepszy, to jestem najsłabszy. Początki jego wewnętrznej męki sięgają czasów, gdy jako junior młodszy trafił do juniorów starszych”. I choć ta sytuacja była jednorazowa i Robert nie podejmował później podobnych decyzji, Dirk podkreśla: „Dusza zawsze pamięta sytuacje ekstremalne”.

W wieku 17 lat, posiadając specjalne zezwolenie Niemieckiego Związku Piłki Nożnej, Robert Enke podpisał swój pierwszy profesjonalny kontrakt z klubem Carl Zeiss Jena, grającym wówczas w drugiej lidze. W biurze towarzyszyli mu rodzice. Prezes Ernst Schmidt oraz trener Hans Meyer już na nich oczekiwali. Specyficzny styl bycia tego ostatniego, polegający na dominowaniu w rozmowie za sprawą wesołych wypowiedzi, sprawiłby, że Meyer w przyszłości mógłby stać się wodzirejem w Bundeslidze. Tego dnia miał powiedzieć Robertowi o mitycznym bramkarzu z Jeny z lat 50.: „Harald Fritzsche przez dziesięć lat nie ponosił winy za żadną straconą bramkę. Przynajmniej według niego”.

Dirk nadstawił ucha. Czy Meyer wiedział o wyrzutach, jakie robił sobie Robert po straconych bramkach? Czy chciał mu przekazać jakąś wiadomość? Czy nie mówił mu właśnie: „Nie wpędzaj się w obłęd”?

Robert Enke podzielił swoje życie. W szkole miał nauczanie indywidualne, aby przed południem móc trenować z drużyną jako drugi bramkarz – był wszak profesjonalnym piłkarzem, wraz z resztą drużyny odpowiadał za jej utrzymanie się w lidze. W tym właśnie czasie zaczął się spotykać z Teresą.

Przekonywał ją, gdy leżeli wspólnie na materacu w salonie w mieszkaniu jego matki, że musi się uczyć do matury. Wieczorami czasem wspólnie wychodzili – on pił piwo z lemoniadą, „a ja tańczyłam na stołach”, wspomina Teresa, choć nie należy odbierać tego dosłownie. Robert czuł, że jego dziewczyna potrafi lepiej i pełniej pokazać swoją radość z życia.

Wszystko przychodziło jej tak lekko – cała serdeczność, ciekawość świata oraz swoboda podejmowania decyzji. Wydawało mu się, że jest o wiele silniejsza od niego. „Nigdy nie nauczyłem się tak świętować jak ty”, mawiał, jakby chcąc się usprawiedliwić. Jej podobała się właśnie jego powściągliwość i delikatny urok. Miał twarz wiecznie miłego chłopca.

Teresa wychowała się wraz z dwoma starszymi braćmi na wsi we Frankonii. Ojciec przekazał jej swoją pasję dla nowoczesnego pięcioboju, pływania, szermierki, jazdy konnej, strzelania i biegania. W pokoju, który zajmowała z rodzeństwem, ona i jeden z braci po kryjomu strzelali z wiatrówki na ludziki play mobile. („Patrz, jeśli trafisz je w klatkę piersiową, to rozpadną się na tysiąc elementów”, opowiadał dumnie brat o swoim odkryciu). Oficjalnie Teresa trafiła do gimnazjum w Jenie za sprawą sportu. Głównie jednak chodziło o program nauczania – w regionie, z którego pochodziła, młodzież uczyła się łaciny, a ona za wszelką cenę chciała przed tym uciec.

– Nie wkładaj markowych ciuchów, żeby nie wyjść na kapryśne dziecko z Zachodu – radzili jej koledzy z rodzinnej wioski.

„Tymczasem już pierwszego dnia w szkole zauważyłam, że wszyscy noszą same markowe ciuchy”.

Wschód i Zachód, przeciwieństwa, które swego czasu tak wielu chciało widzieć, nie były tematem dla młodych ludzi, a jedynie niekiedy wywoływały u nich śmiech. Gdy Robert spędził u rodziny Teresy Wigilię, ze względu na ateistyczne wychowanie w NRD, wyszły pewne braki w jego wiedzy o Bożym Narodzeniu. Siedząc przy stole, zapytał:

– Kim był ten cały Józef?

Teresę nie bardzo interesowała ta cała piłka nożna. Była dla niej synonimem nudnych sobotnich popołudni, „gdy chciałam oglądać Beverly Hills, a nie mogłam, bo mój brat za wszelką cenę musiał zobaczyć wiadomości sportowe”.

Również dlatego początkowo Robert wcale nie opowiadał jej o swoich meczach w pierwszej drużynie. Robił to dopiero później, gdy sama go o nie pytała. Uważał, że sam z siebie nie powinien o tym wspominać, ponieważ byłby wtedy szpanerem.

W rundzie jesiennej sezonu 1995/96 Carl Zeiss Jena radziła sobie wyjątkowo dobrze. W pomocy w oczy rzucał się właściwie jeden elegancko grający 21-latek – Bernd Schneider, który kilka lat później miał uchodzić za najlepszego technicznie gracza w Niemczech. Jedenastka wylądowała w przedniej części tabeli, jednak jesienią doszło do dwóch wysokich porażek – 1:4 z Duisburgiem oraz 0:4 z VfL Bochum. Bramkarz Mario Neumann miewał już lepsze dni. 11 listopada 1995 roku Jena grała z Hannoverem 96. Mówi się, że dobry bramkarz potrzebuje przede wszystkim doświadczenia, a Robert Enke miał zaledwie 18 lat. Mimo to trener Eberhard Vogel wystawił go w bramce.

Najbardziej niesamowita była pustka na stadionie. Sześć tysięcy kibiców zasiadło na trybunach mogących pomieścić 56 tysięcy widzów. Jeszcze bardziej rzucały się w oczy dziwne maszty oświetleniowe – niczym gigantyczne szczotki do zębów sięgające samego nieba. Było to w czasach, gdy ważny mecz nie był jeszcze traktowany jak wielka ogólnonarodowa impreza.

Pojedynek trwał, a Robert Enke czekał. Walka o piłkę rozgrywała się na połowie boiska, a on koncentrował się, bo przeciwnik w każdej chwili mógł pojawić się w jego polu karnym, a następnie gra mogła się przenieść na drugą stronę murawy. Wówczas nagle, po upływie półgodziny, głową strzelił Reinhild Daschner z Hannoveru. Robert Enke stał dokładnie tam, gdzie leciała piłka, i zdołał ją pewnie złapać.

Nie minęły nawet dwie minuty od jego pierwszej interwencji, a już stracił swojego pierwszego gola. „Ostthüringer Zeitung” pisała: „Przy golu na 1:0 dla Hannoveru zasłużył się obrońca Jeny Dejan Raičković, ale z całą pewnością nie Robert Enke”.

Podczas tego meczu Robert wybił jeszcze kilka rzutów rożnych i precyzyjnie wykopał kilka autów. Raz udało mu się nawet udaremnić potencjalny wybuch radości na trybunach: rzucił się na piłkę uderzoną przez Kreso Kovaceca i przykrył ją własnym ciałem. Mecz zakończył się wynikiem 1:1 i kibice zaczęli o nim zapominać już w momencie, gdy opuszczali stadion. Młody uradowany bramkarz przeżył jednak chwilę grozy, gdy schodził do szatni. Nagle rozbrzmiał hałas, dudnienie szyby z pleksi. Okazało się, że z barierki trybuny zwisał ojciec Roberta, który dumny z syna uderzał ręką w dach i krzyczał:

– Człowieku, to było niesamowite!

W następną sobotę Gisela wyjechała wraz z przyjaciółką w góry. Włączyła radio. „Zrobiło mi się niedobrze”, wspomina.

– Lübeck ma prawym skrzydle – krzyczał reporter – dośrodkowanie Behnerta, Enke wybiega i łapie piłkę, która wyślizguje mu się z rąk! Bramka dla Lubeki! Klasyczny błąd bramkarza!

To po takich chwilach jak ta Andy Meyer utwierdzał się w przekonaniu, że Enkus był dzieckiem szczęścia. Jeśli zdarzyło mu się popełnić błąd, co było rzadkością, jego drużyna i tak zdołała wygrać, dzięki czemu nikt nie pamiętał o drobnej bramkowej wpadce.

Jena pokonała wówczas Lubekę 3:1.

Gdy Robert się starał, to mógł zauważyć, o co chodzi Andy’emu: jego błąd był bez znaczenia. Jednak w późniejszym czasie, po upływie kilku lat, przyznał, jak odbierał takie sytuacje jako młody chłopak: „Nie mogłem sobie wybaczyć błędów”. Koledzy z drużyny mówili, że nic się nie stało, trener powtarzał, że takie sytuacje zdarzają się każdemu. „Ja jednak miałem ten błąd przez cały następny tydzień przed oczami. Nie mogłem go wymazać z pamięci”.

Przez cały tydzień potrafił nie chodzić do szkoły, mówiąc, że jest chory.

Tortura profesjonalisty: wymagać od siebie bycia bezbłędnym i wciąż myśleć o swoich pomyłkach. Jednak bramkarz musi umieć sobie z tym radzić. W przeciwnym razie podczas kolejnego meczu wszystko się zawali.

Carl Zeiss czekał mecz derbowy w Lipsku. Ojciec Roberta spotkał się na trybunach ze starą znajomą z czasów, gdy uprawiał lekkoatletykę. Usiedli obok siebie. Była za VfB, ale w trzeciej minucie spotkania nawet ona wydawała się współczuć Robertowi:

Robert w bramce CZ Jena podczas mistrzostw Niemiec B-młodzików

– Och, nie! – krzyczała rozemocjonowana.

Robert Enke przepuścił pod brzuchem piłkę strzeloną z niedużą siłą wprost do bramki.

Bramkarz w takiej sytuacji musi udawać, że nic się nie stało.

W 34. minucie samotnie wybiegł w jego stronę Ronny Kujat, napastnik Lipska. W takich chwilach wydaje się, że mecz rozgrywany jest w zwolnionym tempie. Bramkarz śledzi każdy ruch stopy atakującego, a kibice zamierają z otwartymi ustami. Bramkarz czeka nieruchomo na napastnika. Nie może drgnąć. Ten, kto pierwszy się ruszy – on ręką bądź atakujący nogą – zazwyczaj przegrywa, bo przeciwnik wyczuje ruch. Kujat strzelił. Robert Enke poszybował i złapał piłkę. To była jego najlepsza interwencja w jego, krótkiej jeszcze, profesjonalnej karierze. Mimo to nie cieszył się z niej szczególnie. W przerwie powiedział zrozpaczony trenerowi:

– Proszę, niech mnie pan zmieni.

„Żeby w ogóle na coś takiego wpaść!”, dziwi się Dirk. Przecież profesjonalista nie robi takich rzeczy. Profesjonalista nie zna słabości.

Eberhard Vogel, trener Jeny, odpowiedział wówczas Robertowi, aby nie gadał głupot, i kazał mu grać w drugiej połowie. Po tym dniu już go nie wystawił w bramce.

Gisela zauważyła, że w domu syn praktycznie cały czas milczy, a posiłki je samotnie w swoim pokoju. „Znałam jednak to zachowanie. Dirk też tak robił, jak nie udawał mu się bieg przez płotki”.

Po tygodniu Robert Enke stopniowo zaczął odżywać. Z uśmiechem na twarzy udał się na dworzec zachodni. Podczas pozostałych sześciu miesięcy sezonu, gdy nikt od niego, jako bramkarza rezerwowego, niczego nie oczekiwał, znów był spokojny i radosny. Może przeszło mu przez myśl, że jest to zasługa Teresy.

Bezpośrednio po tamtym meczu w Lipsku trener Vogel tak skomentował incydent z udziałem Roberta: „Chłopakowi brakuje teraz pewności siebie. Chciał, żebym podczas przerwy ściągnął go z boiska. To nie jest jednak takie proste”.

Dziesięć lat później takie zachowanie mogłoby oznaczać koniec dla bramkarza: popełnił błąd typowy dla początkującego i błagał, aby podczas przerwy móc się ulotnić. Informacja ta trafiłaby do internetu i kanałów sportowych. Bramkarzowi przypięto by łatkę niestabilnego. Wtedy jednak wieści o zachowaniu Roberta utknęły w 16-wersowej depeszy „Ostthüringer Zeitung”.

Kluby z pierwszej Bundesligi, które wypatrzyły go podczas imponujących meczów reprezentacji młodzieżowej, interesowały się nim nieustannie, państwa Enke odwiedziło kilku skautów. Wśród nich był pewien jegomość z Bayeru Leverkusen. Przedstawił się jako Reiner Calmund, a następnie zaczął terkotać z prędkością karabinu maszynowego: nawijał przez 40 sekund niemal bez przerw na oddech. Najlepsze wrażenie pozostawili jednak delegowani z Borussii Mönchengladbach. W przeciwieństwie do Bayeru Leverkusen czy VfB Stuttgart wysłali nie tylko dyrektora sportowego, lecz także trenera bramkarzy.

Rodzice Roberta od razu zapowiedzieli, że przed maturą nigdzie go nie puszczą, jednak wielkimi krokami zbliżało się lato 1996 roku, oznaczające koniec szkoły.

Teresa zastanawiała się, jaki uniwersytet mogliby wspólnie wybrać; sama myślała nad specjalizacją nauczycielską bądź weterynarią.

– Co myślisz o Wurzburgu?

– No tak, ale ja gram przecież jeszcze w piłkę.

– Czy to takie ważne? No dobra, niech ci będzie. W Wurzburgu też mają jakąś drużynę piłkarską.

– Nie, mam na myśli profesjonalną piłkę. Przecież mamy kilka konkretnych propozycji.

– No i?

– Oferują mi nie najgorsze wynagrodzenie. W Mönchengladbach mógłbym zarabiać 12 tysięcy marek na miesiąc!

Teresa przyznała sama przed sobą, że dotąd nie doceniała pasji ukochanego i wykazywała się ignorancją względem futbolu.

Kilka dni po tym, jak Robert wraz z ojcem spotkali się po raz pierwszy z władzami Mönchengladbach, Dirk odebrał telefon od niejakiego Pflippena. Podawał się za doradcę, którego klientami byli Günter Netzer, Lothar Matthäus, Stefan Effenberg oraz Mehmet Scholl.

– Mógłbym pomóc pana synowi – zapewnił.

Zazwyczaj agenci piłkarscy najpierw brali pod swoje skrzydła piłkarza, a dopiero później szukali mu klubu. W tamtych czasach garstka ludzi rządzących tym biznesem miała wygodniej. Dzięki swoim informatorom w klubach dowiadywali się, gdy ktoś zatrudniał piłkarza bez doradcy. To sprawiało, że w trybie ekspresowym oferowali młodym zawodnikom swoje usługi. W latach 80. i 90. Norbert Pflippen oraz Borussia Mönchengladbach dobijali targu nie raz i nie dwa.

Pflippen, Flippi, miał pewną zasadniczą przewagę: był jednym z pierwszych w tym biznesie. To sprawiło, że przez dziesięciolecia uznawany był za jednego z najlepszych.

Flippi odwiedził rodzinę Enke w Jenie. Był mężczyzną z mocno zbudowanymi przedramionami, miał swobodny styl bycia i nie szczędził anegdotek – opowiadał na przykład o dopięciu transferu Günthera Netzera do Realu Madryt czy Lothara Matthäusa do Interu Mediolan. To był czas, w którym rzadko który młody piłkarz miał swojego doradcę. Tym bardziej szczególny był fakt, że Robertowi Enke swoje usługi zaproponował człowiek obracający się w takich sferach. W pewnym sensie było to dla rodziny zaszczytem. Flippi ze swoim wesołym stylem bycia był sympatycznym człowiekiem. To ich początkowo zmyliło, bo na koniec stał się dość ociężały.

– Jeśli zaczniemy współpracować – powiedział Dirkowi – dam panu faks połączony z telefonem. A ty – przeniósł spojrzenie na Roberta – dostaniesz ode mnie samochód.

W maju 1996 roku, jeszcze przed ustną maturą z geografii – tematem były skały – Robert Enke podpisał trzyletni kontrakt z pierwszoligową Borussią Mönchengladbach, który wynegocjował dla niego Norbert Pflippen.

Niewiele wcześniej, gdy jechał z Dortmundu autostradą A2, w jego małym peugeocie zapalił się silnik, przez co spod maski zaczął się wydobywać dym. Jazda takim autem była niebezpieczna dla życia. Nie było oleju, zabrakło wody w chłodnicy, przewody były zapchane – taką diagnozę postawił serwisant ADAC. W samochodzie byli również Torsten Ziegner oraz Mario Kanopa, wracali oni razem z rodziną Roberta z młodzieżowego meczu reprezentacji, który rozgrywany był w Bocholt.

Flippi utrzymywał, że nic nie mógł poradzić na stan używanego samochodu, który podarował Robertowi.

Robert Enke

Ein allzu kurzes Leben

Copyright © 2010 by Piper Verlag GmbH, München

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2015

Copyright © for the Polish translation Michał Jeziorny 2015

Redakcja – Joanna Mika-Orządała

Korekta – Kamil Misiek, Aneta Wieczorek / Editor.net.pl

Opracowanie typograficzne i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografia na okładce – Friedemann Vogel / DFL / Getty Images

Fotografia na stronie 395: Stuart Franklin / Bongarts / Getty Images; pozostałe fotografie w książce pochodzą z prywatnego archiwum rodziny Enke.

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej cześć nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2015

ISBN EPUB: 978-83-7924-317-4

ISBN MOBI: 978-83-7924-316-7

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Prolog. Ulotna siła poezji

1 Dziecko szczęścia – tak jakby

2 Huk

3 Porażki to jego zwycięstwo

4 Strach

5 Miasto światła

6 Szczęście

7 Coraz wyżej, coraz dalej

8 Stopy

9 Novelda

10 Myśli nad basenem

11 W zwolnionym tempie

12 Brak światełka w lodówce, brak światełka w tunelu

13 Wyspa wakacyjna

14 Tam jest Robert, tam nie ma bramki

15 Lara

16 Potem

17 W kraju bramkarzy

18 Leila

19 Czarny pies

20 Milknąca wesołość ksylofonów

Epilog. Widok na pałac

Podziękowania

Wywiad z Dariuszem Żurawiem

Strona redakcyjna

Szukaj w dobrych księgarniach i na

www.labotiga.pl

www.wsqn.pl

Galeria sportowych książek

Szukaj w dobrych księgarniach i na

www.labotiga.pl

www.wsqn.pl

Wydawnictwa SQN

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Bundesliga. Niezwykła opowieść o niemieckim futbolu Robert Enke. Życie wypuszczone z rąk 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia