Didier Drogba

Didier Drogba

Autorzy: John McShane

Wydawnictwo: Buchmann

Kategorie: Biografie Sport

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 320

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 20.80 zł

Didier Drogba – napastnik pochodzący z Wybrzeża Kości Słoniowej, najbardziej kojarzony jako piłkarz Chelsea Londyn. Dwukrotnie wybrany najlepszym piłkarzem Afryki (2006, 2009).

W kadrze narodowej jest rekordzistą pod względem strzelonych goli dla reprezentacji Wybrzeża Kości Słoniowej. Obecnie uznawany jest za jedną z legend Chelsea. Z tym klubem odnosił największe swoje sukcesy. Trzykrotnie zdobył mistrzostwo Anglii (2005, 2006, 2010) oraz wygrał Ligę Mistrzów (2012). Dwukrotny król strzelców Premier League (2007, 2010).

Drogba jest postacią bardzo wyrazistą, szczerze wyrażającą swoje poglądy – nawet kontrowersyjne. Jest profesjonalistą w pełnym słowa tego znaczeniu – na boisku zawsze daje z siebie wszystko!

DIDIER DROGBA

John McShane

Tłumaczenie: Hanna Turczyn-Zalewska

Tytuł oryginału: Didier Drogba. Portrait of a Hero, John McShane

© Text copyright John McShane

First published in paperback in 2008

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o., Warszawa 2015

All rights reserved

Kompleksowe opracowanie projektu: Agencja Wydawnicza Synergy Elżbieta Meissner

Tłumaczenie: Hanna Turczyn-Zalewska

Konsultacja i uzupełnienie: Jerzy Chromik

Redakcja: Elżbieta Meissner i Krzysztof Lewandowski

Korekta: Dorota Majcher

Projekt graficzny okładki: Krzysztof Kiełbasiński

Fotografia wykorzystana na I stronie okładki:

© Jasper Juinen/Staff/Getty Images

Zdjęcia: © PAP

Skład i łamanie: Open. Agencja wydawniczo-reklamowa R. Walczyński

Wydawca:

Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o.

ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

e-mail: biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN: 978-83-280-1711-5

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Marcin Kapusta / Virtualo Sp. z o.o.

SPIS TREŚCI

Rozdział 1. Kłopoty w raju

Rozdział 2. Nowe życie

Rozdział 3. Tułaczka po Francji

Rozdział 4. Hamburgery, czekolada i... żona

Rozdział 5. Zaczynają się gole

Rozdział 6. Marsylia i sława

Rozdział 7. Misja Europa

Rozdział 8. Bohater Stade Vélodrome

Rozdział 9. Radość na Anfield

Rozdział 10. Chelsea i 24 miliony funtów

Rozdział 11. Zaczynają się wyzwania

Rozdział 12. Kierunek, bramka

Rozdział 13. Życie zawodnika Premiership

Rozdział 14. Chelsea na fali

Rozdział 15. Na The Blues nie ma mocnych

Rozdział 16. Bitwa barcelońska

Rozdział 17. Kontrowersyjny sędzia i groźby kibiców

Rozdział 18. Bohater narodowy

Rozdział 19. Tęsknota i deszcz

Rozdział 20. Rozgromienie Liverpoolu

Rozdział 21. Słonie i Lwy

Rozdział 22. Puchar Narodów Afryki

Rozdział 23. Poszło na noże

Rozdział 24. „Czasem symuluję faul...”

Rozdział 25. Koniec marzeń o Pucharze Świata

Rozdział 26. Przybycie „Szewy”

Rozdział 27. I znów Barcelona

Rozdział 28 . Ambasador Didier

Rozdział 29 . Wembley – tak się tworzy historię

Rozdział 30. Mourinho odchodzi, a Didier...

Czas doliczony

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dziewięćdziesiąt osiem tysięcy widzów tłoczących się na trybunach stadionu Camp Nou w Barcelonie było świadkami jednego z najbardziej melodramatycznych meczów, jakiego nawet ta słynna katedra futbolu od lat już nie miała szczęścia oglądać.

Włoski sędzia Stefano Farina z niepokojem spojrzał na zegarek i zobaczył, że spotkanie Ligi Mistrzów trwa już trzy dodatkowe minuty. W jego trakcie wydarzyło się wszystko co najlepsze i co najgorsze z tego, co potrafią zrobić najznakomitsi gracze świata. Dziesięciu zawodników zobaczyło żółte kartki, strzelono trzy zapierające dech w piersiach gole, na całym boisku miały miejsce potyczki i bolesne faule pomieszane z teatralnymi symulacjami, których nie powstydziłoby się Hollywood. Miliony ludzi na całym świecie w napięciu tkwiło przed telewizorami, a prawie sto tysięcy szczęśliwców siedziało w tę mokrą październikową noc 2006 roku na trybunach.

Mimo że czas meczu już minął, bitwa pomiędzy dwiema futbolowymi potęgami, Barceloną i Chelsea, wciąż trwała, a łup w postaci wyniku 2:1 należał do Katalończyków. Zmęczone nogi zawodników tylko czekały na gwizdek, który położy kres ich męce, i wspaniałe zmagania pozornie dobiegały końca – ale tylko pozornie, ponieważ nagle potężny Didier Drogba, 188 centymetrów i prawie 83 kilogramy skoncentrowanego talentu, postanowił przejąć kontrolę nad grą.

Znakomity kapitan Chelsea John Terry odbił piłkę głową po wysokiej centrze w pole karne Barcelony, a Drogba zerwał się ku niej jak wypuszczony ze stajni rumak, który po raz pierwszy zakosztował wolności. Jednym ruchem pozbył się zagrożenia ze strony uczesanego w kucyk meksykańskiego obrońcy Rafaela Márqueza, przez cały wieczór podążającego za nim niezmordowanie jak płatny zabójca, po czym jakimś cudem powstrzymał swój pęd i siłę i spokojnie – z delikatnością łagodnego wietrzyku w letnią noc – umieścił piłkę w siatce, daleko od bramkarza Barcelony Víctora Valdésa, który rzucił się w jej stronę.

Na linii bocznej szkoleniowiec Chelsea José Mourinho padł z radości na kolana. Któryś z rozczarowanych kibiców gospodarzy rzucił w Drogbę brzoskwinią, ten zaś przystanął, podniósł ją i zatopił w niej zęby. Chwilę później zabrzmiał kończący mecz gwizdek sędziego, a trener Barcelony Frank Rijkaard wypadł na boisko, gniewnie protestując. Zawodnicy Chelsea w nietypowych dla siebie białych strojach, przypominających trochę styl Realu Madryt, skupili się na środku boiska, a w samym centrum drużyny stał Drogba, człowiek urodzony blisko trzy dekady wcześniej w otoczeniu afrykańskiej biedy, którego, zanim nastąpił ten wieczór chwały, przez całe lata odrzucały zespoły i fani – nierzadko nawet kibice jego własnego klubu. Kogoś o słabszym charakterze z pewnością już dawno by to załamało.

Gdy tysiące zdruzgotanych hiszpańskich kibiców opuściło stadion, niewielka, dzielna grupka wniebowziętych fanów Chelsea uczciła swoich idoli, a zwłaszcza wysokiego strzelca z Wybrzeża Kości Słoniowej, który dziś zmienił ich marzenia w rzeczywistość, choć jeszcze kilka miesięcy wcześniej głośno go obrażali. Teraz witały go jednak całkiem inne okrzyki, taneczna pieśń, która po niewielkiej zmianie tekstu stała się jego hymnem: „łuf, łuf, łuf kto wypuścił Droga1”?

No właśnie, kto? I skąd on się tu wziął?

ROZDZIAŁ 1

Kłopoty w raju

Pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku mieszkańcy Wybrzeża Kości Słoniowej żyli na skraju katastrofy gospodarczej, choć pewnie niewielu z nich miało tego świadomość. Od prawie dwudziestu lat, czyli od uzyskania niepodległości i zrzucenia dominacji Francji, kraj ten – zamieszkiwany przez konglomerat ludów wyznających różne religie i mówiących ponad sześćdziesięcioma rdzennymi dialektami – w przeciwieństwie do państw sąsiednich nie zmagał się z ubóstwem i głodem. W Côte d’Ivoire, jak brzmi francuska nazwa tego państwa, gospodarka, oparta na nieskończonych – jak się kiedyś wydawało – zasobach kakao, kawy, ananasów, palm olejowych i tym podobnych roślin uprawnych, rozwijała się stopniowo i rosła rok po roku, a kraj uważano za oazę sukcesu w tym zakątku świata, który od stuleci cierpiał nędzę.

Wydawałoby się więc, że Albertowi i Clotilde Drogbom – pracownikom bankowym – niczego w życiu nie brakuje. 11 marca 1978 r., w największym mieście, Abidżanie, uważanym wówczas za jedną z najbogatszych i najbezpieczniejszych afrykańskich stolic, szczycącym się nowoczesnymi autostradami, drapaczami chmur i eleganckimi zamożnymi przedmieściami, przyszło na świat ich pierwsze dziecko.

Dumni rodzice nadali chłopcu imiona Didier Yves Drogba. Wszyscy troje należeli do grona rodziny Tébily, na zasadach z grubsza podobnych do tych, jakie panują w szkockich klanach. Wkrótce jednak, jak wszyscy mali chłopcy w mieście, otrzymał przezwisko – Tito. Tym imieniem do dziś wołają go niektórzy członkowie rodziny, przyjaciele i znajomi w rodzinnym kraju. Rodzice Didiera, jak wszystkie matki i ojcowie, a zwłaszcza ci, którzy po raz pierwszy zasmakowali rozkoszy rodzicielstwa, żywili wielkie nadzieje co do przyszłości ukochanego syna i marzyli, że jego życie będzie o wiele szczęśliwsze i bardziej spełnione niż ich własne.

Nie mogli przewidzieć, że już całkiem niedługo pożegnają swojego chłopczyka, który – jak wielu innych mieszkańców Abidżanu, zwanego wówczas Paryżem Afryki – zostanie zmuszony do wyjazdu z powodu gospodarczej katastrofy. A tym bardziej nawet w najśmielszych snach nie przypuszczali, że w ciągu kilkunastu lat ten pięciolatek, którego w 1983 roku ze łzami żegnali, zostanie najsłynniejszym człowiekiem, jaki kiedykolwiek urodził się w ich ojczyźnie; milionerem i sportowcem znanym w każdym kraju na świecie, prawdziwą supergwiazdą, otoczoną przez swoich rodaków niemal boską czcią.

Aby zrozumieć legendę czy też mistykę – nazwijmy to jak chcemy – otaczającą dziś Didiera Drogbę, trzeba przyjrzeć się jego pochodzeniu, a także historii kraju, w którym się urodził. Z bardzo prostego powodu: przeszłość zdeterminowała jego dzieciństwo i okres dorastania oraz także dzisiaj wywiera na niego równie silny wpływ.

W latach sześćdziesiątych XV wieku pierwsi portugalscy żeglarze dotarli w rejon dzisiejszej Zatoki Gwinejskiej, tuż na północ od równika i, ujrzawszy porośnięte bujną roślinnością tereny, uznali, że można się tu dorobić fortuny. Gdy ich statki kołysały się na kobaltowoniebieskich wodach, dokładnie w miejscu, przez które od średniowiecza przebiegał szlak handlowy Afrykańczyków, przysięgli sobie, że zaszczepią wśród tubylców chrześcijaństwo, a przy tym wzbogacą się, handlując „towarami”, w które obfitował ten zakątek świata: niewolnikami, złotem i kością słoniową. Słyszeli przecież barwne opowieści o nieprzeliczonych stadach słoni przemierzających zielone lasy i równiny w głębi lądu, a to oznaczało, że będą mieli nieograniczony dostęp do źródła cennej kości słoniowej, już od czasów greckich i rzymskich będącej pożądanym surowcem do produkcji ozdób i narzędzi. Nie spotkało ich rozczarowanie.

Przez następne czterysta lat Europejczycy założyli wzdłuż pięćsetkilometrowego wybrzeża zachodniej Afryki szereg faktorii, choć niedostatek dobrych, naturalnych portów przynajmniej częściowo ustrzegł tę połać kontynentu przed okrucieństwem handlu niewolnikami, który na innych afrykańskich terenach kwitł w najlepsze. Płytkie, niebezpieczne wody i wybrzeże pozbawione dużych, naturalnych przystani niezbędnych do załadunku niewolników okazały się zrządzeniem losu i uchroniły ówczesnych Iworyjczyków przed najgorszym horrorem. Niestety, nie stanowiły przeszkody dla statków wożących kość słoniową, na którą w Europie panował niepohamowany apetyt, co znajdowało wyraz w potwornych, masowych rzeziach miejscowych słoni. Statki te swobodnie podpływały do brzegów na czas załadunku. Do eksploatacji bogactw naturalnych Afryki przystąpiły wkrótce również inne kraje, nie tylko Portugalia, i w okresie wiktoriańskim dominującą siłą w tym rejonie stała się Francja, ponieważ europejskie superpotęgi podzieliły Czarny Ląd między siebie na strefy wpływów. W końcu, po bezlitosnej wojnie – nawet na owe czasy barbarzyńskiej i krwawej – z jednym z miejscowych plemion, Francuzi założyli w 1893 roku kolonię i nadali jej oficjalną nazwę Côte d’Ivoire, Wybrzeże Kości Słoniowej. Inne plemiona nadal stawiały opór kolonialnej potędze z Paryża, ale ich walka była z góry przegrana i w 1917 roku cały kraj wszedł w skład L’Afrique-Occidentale Française, czyli Francuskiej Afryki Zachodniej.

Po II wojnie światowej Wybrzeże Kości Słoniowej stało się terytorium zamorskim Francji, a jego pierwszym reprezentantem we francuskim parlamencie był Félix Houphouët-Boigny, charyzmatyczny przywódca plemienny, który później, w 1960 roku, gdy kolejne kraje odzyskiwały niepodległość i pozbywały się europejskich rządów, został jego pierwszym prezydentem. Pod rządami Houphouët-Boigny’ego Wybrzeże Kości Słoniowej stało się najszybciej rozwijającym się państwem tego regionu – politycznie stabilnym, zasobnym w bujne plantacje kakao i kawy. Wkrótce, gdy ciężką pracę na plantacjach podjęły miliony imigrantów z sąsiednich krajów, zajmował już pierwsze miejsce na świecie w produkcji kakao. Wielu imigrantów było muzułmanami, którzy w końcu stanowili już jedną trzecią populacji i zamieszkiwali głównie północne rejony kraju.

Houphouët-Boigny utrzymywał ścisłe związki z Zachodem, zwłaszcza z Francją – co miało odegrać istotną rolę w całym życiu Didiera Drogby – ale, ku zaskoczeniu wielu obserwatorów, również z RPA. Za jego rządów Wybrzeże Kości Słoniowej było uważane za najlepiej prosperujący i najbardziej stabilny kraj w zachodniej części Afryki. Mieszkało tu również najwięcej francuskojęzycznych Afrykanów. Didier, jako członek plemienia Bete, był również osłuchany z językiem plemiennym.

Choć kraj ojczysty młodego Tity cieszył się długim okresem prosperity, już w latach osiemdziesiątych XX wieku, gdy Tito jako mały berbeć zaczynał kopać piłkę, ten stosunkowo izolowany od biedy zakątek Afryki również miał wkrótce popaść w kłopoty, a życie małego Didiera na zawsze miało się zmienić. Recesja gospodarcza uderzyła w Wybrzeże Kości Słoniowej w pierwszych kilku latach dekady, gdy ceny głównych towarów eksportowych, w tym kawy i kakao, drastycznie spadły. Kraj pogrążył się wówczas w biedzie, która, jak dotąd sądzono, dotykała wyłącznie sąsiednich państw. Oddolne naciski społeczne, zmierzające do demokratyzacji życia politycznego, zdominowanego dotąd przez jedną partię, wprowadzały dodatkowe napięcia gospodarcze i społeczne. W końcu, gdy Didier miał pięć lat, jego matka i ojciec stanęli przed dylematem, z jakim zmaga się wielu rodziców: czy „stracić” syna, ale w ten sposób zapewnić mu lepszy start w życiu?

Oboje wiedzieli, że chcąc mu zapewnić lepsze wykształcenie i lepsze życie w przyszłości, muszą go wysłać do Francji, ponieważ Wybrzeże Kości Słoniowej zaczynało się właśnie zmagać z poważnymi problemami gospodarczymi i społecznymi. Ich ukochany syn już wtedy był zagorzałym piłkarzem i z zapałem kopał piłkę na zakurzonym parkingu na tyłach kina w swojej rodzinnej, zamieszkanej głównie przez chrześcijan dzielnicy Yopougon w Abidżanie, ubrany w o wiele za dużą koszulkę argentyńskiej drużyny, którą dostał, gdy miał zaledwie dwa latka. Dla Didiera nie było więc lepszego miejsca do dorastania, niż Francja, tym bardziej że człowiek, który podarował mu tę koszulkę – jego wujek Michel Goba – był tam zawodowym piłkarzem.

Francuski futbol przeżywał wówczas złote chwile: drużyna narodowa zagrała w półfinałach mistrzostw świata w latach 1982 i 1986, a jej trzon stanowił słynny carré magique, magiczny kwadrat: Alain Giresse, Luis Fernández, Jean Tigana i niezapomniany Michel Platini, uznany za największego ze wszystkich francuskich piłkarzy oraz jednego z najlepszych na świecie. „Le Roi” – Król – Platini grał już w barwach znakomitego włoskiego Juventusu, gdy Didier, sam, bez dorosłego opiekuna, nerwowo schodził po schodkach samolotu na francuskim lotnisku, po sześciu godzinach lotu. Jak później przyznał, „przez całą drogę płakał”, ponieważ miał zacząć nowe życie tysiące kilometrów od domu.

Michel Goba był, tak jak Platini, zawodowym piłkarzem, ale na tym podobieństwa się kończą. Życie wujka Michela toczyło się w świecie całkiem odmiennym od pełnego przepychu świata turyńskich milionerów, wspieranych finansowo przez imperium Fiata. Goba także był reprezentantem kraju, ale należał do ledwie opierzonej drużyny Wybrzeża Kości Słoniowej. Mimo wszelkich wysiłków grał jako napastnik tylko w drugoligowych zespołach, które często zmieniał. Gdy Didier przyleciał do Francji, Goba występował w barwach Brestu w Bretanii. Dla małego chłopca z Afryki Brest – miasto portowe od czasów rzymskich – wydał się dziwacznym miejscem. Wprawdzie, jak wszyscy Iworyjczycy, mówił po francusku, ale i tak nie ominął go szok kulturowy, jakiego w takich warunkach doświadczyłby każdy pięciolatek. Choć latem Bretania jest cudowna – pełna słonecznych plaż, słynąca z owoców morza i nieprzebranych stad mlecznego bydła pasącego się na bujnych łąkach – zimą bywa ponura i wilgotna, a zimne atlantyckie wiatry z pewnością przeszywały na wskroś ciałko chłopca przywykłego do parnego klimatu równika.

– Oczywiście, że nie było łatwo, ale, mieszkając z wujem, więcej osiągnąłem w życiu i w piłce. Dzięki temu szybciej dorosłem – wspomina wiele lat później. – Choć nie było tak trudno, jak można by się spodziewać – dodaje trochę niespodziewanie.

Ta dziecięca determinacja, żeby odnieść sukces, żeby zaadaptować się do dziwnego otoczenia i przezwyciężyć początkowe trudności, daje pewien wgląd w charakter zawodnika i pozwala zrozumieć, skąd bierze się jego wewnętrzna siła. W późniejszych latach wielokrotnie musiał zmierzyć się z trudnościami, które złamałyby człowieka mniej zdeterminowanego i mężnego, ale on każdą z nich kolejno pokonywał.

Wiele osób – zwłaszcza z Europy – mogłoby uznać, że wysłanie pięciolatka do obcego kraju było ze strony rodziców Didiera bezduszne, niezależnie od tego, jak bardzo miało mu to pomóc, ale Michel Goba bronił ich decyzji, tłumacząc, jak bardzo różnią się obie kultury.

– W naszej tradycji istnieje coś takiego, że opiekę nad dzieckiem przejmuje ten z rodziny, kto najlepiej zarabia – wyjaśnił z prostą logiką. – Grając we francuskiej lidze nie zarabiałem źle i Didier, pierwsze z siedmiorga dzieci mojego szwagra Alberta, przyjechał i zamieszkał ze mną i moją żoną we Francji. Nigdy nie zapomnę, jak jechałem po niego na lotnisko w Bordeaux. Malec miał wtedy pięć lat i przyleciał całkiem sam.

Wydaje się, że talent Didiera w późniejszych latach i tak by się ujawnił, niezależnie, gdzie grałby on w futbol, ale bez wątpienia lata spędzone w rodzinie wuja oraz podróżowanie razem z nim z klubu do klubu dało mu rozpęd, którego bez tego mógłby nie mieć.

– Miałem plan, żeby zrobić z niego piłkarza – przyznaje Goba skromnie. Doskonały plan, pod każdym względem, choć możliwe, że trochę później Didier sam by na to wpadł!

Najpierw jednak musiał przywyknąć do całkiem innego życia, niż w rodzinnym kraju. We Francji był jednym z wielu imigrantów z dawnych francuskich kolonii. Wuj pilnował, żeby nie zaniedbywał nauki, co nie jest łatwe w przypadku chłopca, który ciągle zmienia szkoły, i w każdej – z racji koloru skóry i statusu „nowego” – wyróżniał się na tle prowincjonalnych francuskich społeczności, żyjących z dala od miejskich ośrodków.

Podczas długiej samochodowej podróży z Bordeaux do Brestu mały Didier wyglądał przez szybę auta i podziwiał urocze widoki zamożnej francuskiej prowincji, duże, szykowne domy i jasno oświetlone restauracje. Z pewnością zastanawiał się, co przyniesie mu ta zmiana, ale ten dzielny malec, płaczący samotnie przez cały lot samolotem, z pewnością nie miał pojęcia, jak niezwykłą przygodę szykuje dla niego życie.

ROZDZIAŁ 2

Nowe życie

We Francji jest kilka wspaniałych klubów piłkarskich, których tradycja dumnie wytrzymuje porównania ze sławnymi drużynami Anglii, Włoch i Hiszpanii, niemniej jednak Brest – klub Michela Goby w czasach, gdy przyjechał do niego siostrzeniec Didier – z całą pewnością do nich nie należy. Oficjalnie nazywa się Stade Brestois 29 i w 1981 roku, na krótko przed przyjazdem Didiera, wygrał drugą ligę francuską, jednakże Michel nie zagrzał długo miejsca w najwyższej klasie rozgrywkowej i tylko jeden sezon grał w pierwszej lidze. Chociaż przystojny reprezentant Francji, pomocnik David Ginola – grający później w Newcastle United i Tottenhamie Hotspur – oraz późniejszy kolega klubowy Didiera z Chelsea, Claude Makélélé, w początkach swojej kariery krótko gościli w Breście, klub ten właściwie nie może się pochwalić żadnymi sławami. Do dzisiaj jego jedynym dużym triumfem jest mistrzostwo drugiej ligi, a jego stadion – Stade Francis-Le Blé – może pomieścić zaledwie trochę ponad 10 tysięcy widzów. Niski status Brestu w jakimś sensie dobrze pasuje do rodzimego miasta drużyny.

Choć Brest był niegdyś pełnym życia miastem portowym oraz bazą morską, w której budowano okręty wojenne dla Napoleona, w latach 80. XX wieku bardzo, wprawdzie nie z własnej winy, odbiegał od wizerunku „La Belle France” z turystycznych plakatów. Podczas II wojny światowej Niemcy założyli w Breście potężną bazę łodzi podwodnych, a brytyjskie i amerykańskie bombowce bombardowały ten rejon, aby zniszczyć nazistowskie instalacje i zapobiec wychodzeniu w morze śmiercionośnych okrętów atakujących statki aliantów na Atlantyku. W rezultacie bombardowania zniszczyły niemal każdy budynek w mieście. Została tylko garstka, a w efekcie późniejszej powojennej odbudowy w latach pięćdziesiątych XX wieku pejzaż miasta wypełnił się siatką ulic, zabudowanych brzydkimi modernistycznymi budynkami z betonu, mieszczącymi biura i mieszkania.

W Breście mieszkało ok. 100 tysięcy osób, a dwa razy tyle w najbliższym sąsiedztwie. Miasto nie umywało się więc do tętniącego życiem, zatłoczonego Abidżanu. Didier po raz pierwszy słyszał wówczas, jak jego szkolni koledzy mówią nie tylko po francusku, którym to językiem sam władał, choć nie bez akcentu, lecz także w starożytnym języku tamtych terenów, bretońskim; daleko spokrewnionym z językiem celtyckim, do dziś używanym jeszcze w niektórych rejonach Kornwalii i Walii.

Z uwagi na bliskie sąsiedztwo morza rejon Brestu słynął i słynie do dziś z najrozmaitszych ryb i skorupiaków, choć mały Didier z pewnością chętnie zajadał miejscowe maślane ciasteczka Traou Mad (coś w rodzaju kruchych herbatników) i oczywiście pyszne bretońskie naleśniki, crêpes.

Wokół miasta ciągnęły się długie, piaszczyste plaże u stóp wysokich, granitowych urwisk i Brest, położony na daleko wysuniętym krańcu Półwyspu Bretońskiego – choć latem roiło się w nim od turystów, odpoczywających na plażach, jachtach i deskach windsurfingowych – nawet w lipcu i sierpniu był narażony na ataki sztormów. Dla uwielbiającego sporty chłopca nie było tu nic do roboty, podobnie jest zresztą i dzisiaj. Jednym z niewielu sportowych wydarzeń w mieście jest morderczy wyścig kolarski Paryż – Brest – Paryż, odbywający się od 1891 roku, którego uczestnicy w ciągu mniej więcej dziewięćdziesięciu godzin nieprzerwanej jazdy przebywają 1200 kilometrów.

Jednakże nic z tego nie było ważne dla Didiera, kiedy czekał na powrót wujka Michela z wyjazdowych meczów w odległych zakątkach Francji. Podczas takich powrotów, często późno w nocy, zawsze miał ze sobą koszulkę, otrzymaną po spotkaniu od któregoś z graczy przeciwnej drużyny. W miarę, jak kolekcja koszulek Didiera rosła, ten – jak każdy zakochany w futbolu chłopak – marzył, aby powtórzyć wyczyny swoich bohaterów, do których, jak później przyznał, zaliczali się wszyscy legendarni strzelcy grający we Francji: Jean-Pierre Papin, Niemiec Rudi Völler i Chorwat Alen Bokšić. Cała trójka strzelała gole dla mocnych klubów, na wszystkich wielkich stadionach Europy, choć Bokšić po krótkiej karierze w Middlesbrough, gdzie był najlepiej opłacanym zawodnikiem angielskiej Premiership, wskutek kontuzji zakończył błyskotliwą karierę. Wszyscy ci piłkarze mieli wiele wspólnego: na pewnym etapie każdy z nich grał w biało-bladoniebieskiej koszulce zamożnej i świetnie grającej Marsylii. To nie był przypadek, że Didier najbardziej podziwiał właśnie graczy Olympique Marsylia, a więc klubu, który miał odegrać tak ważną rolę w jego własnym życiu i karierze. Wszystko to jednak było lata świetlne przed nim, gdy Michel Goba pakował i rozpakowywał walizki i jeździł na mecze w prowincjonalnych francuskich miastach i miasteczkach, starając się zarobić na utrzymanie rodziny.

Po Breście próbował szczęścia w Angoulême, stutysięcznym mieście niecałe 100 kilometrów od Bordeaux, którego miejscowy zespół tylko przez trzy lata był na szczycie. W tym okresie na trybunach klubowego stadionu zasiadła rekordowa widownia – 10 820 osób, a rekord ten utrzymał się do dzisiaj. To wiele mówi o pozycji drużyny, której status do tej pory waha się między amatorstwem a zawodowstwem.

Następnym przystankiem Goby była Dunkierka – klub ten mógł poszczycić się jedynie udziałem w półfinale Pucharu Francji w 1929 roku. W ciągu następnych pięćdziesięciu lat nie uzyskał podobnego sukcesu. Jednakże samo miasto ma swoje miejsce w historii. To z plaż Dunkierki w maju i czerwcu 1940 roku flotylla 600 małych łodzi ewakuowała blisko 350 tysięcy brytyjskich i francuskich żołnierzy pod silnym ostrzałem Luftwaffe, ale tutejsza piłka nożna praktycznie się nie liczyła. Didier pewnie często się zastanawiał, co za dziwne życie prowadzi jego wuj, wędrując z miasteczka do miasteczka, żeby grać przed nieliczną publicznością za pieniądze, które ledwie starczały na przeżycie. Teraz był już jednak starszy, miał osiem lat i po trzech latach pobytu we Francji przyszedł czas, żeby wrócić do domu.

Jakie radosne musiało go czekać powitanie! Z jednej strony on, jeszcze mały chłopiec, który dzielnie radził sobie bez „mamy” i „papy”, a z drugiej jego rodzice, stęsknieni hałaśliwych powrotów najstarszego syna ze szkoły do domu, skąd zaraz szybko wybiegał, by pograć w piłkę z kumplami. Życie Didiera w domu potoczyło się tak, jakby nigdzie nie wyjeżdżał: często to właśnie on był organizatorem piłkarskich zmagań w dzielnicy Yopougon i razem z kolegami nie raz grali na pustym, lub nie, parkingu, zrzuciwszy koszulki, żeby zaznaczyć bramki na pokrytej ceglastoczerwonym pyłem ziemi.

Didier i reszta dzieciaków kopiących złachaną piłkę nie mieli pojęcia o obawach, jakie dręczyły ich rodziców. Gospodarka kraju, która w latach osiemdziesiątych XX wieku już się chwiała, teraz była w takim stanie, że cierpiała na tym cała społeczność.

W Abidżanie mieszkało 30 tysięcy obywateli francuskich, wliczając batalion piechoty morskiej, ale stanowili oni drobny ułamek zróżnicowanego etnicznie społeczeństwa, w którym żadna z grup nie miała pełnej kontroli ani władzy. W tym olbrzymim tyglu, w którym różnice plemienne wciąż bardzo się liczyły, trwały ciągłe spory. Choć teoretycznie w kraju panowała demokracja, jak na ironię była to „demokracja” jednej partii. Rząd zaś do tego stopnia kontrolował prasę, że wolności obywatelskie i krytyka władzy uległy znacznemu ograniczeniu. Pojawiła się korupcja, dotąd szeroko rozpowszechniona w krajach sąsiednich, rosły niepokoje wśród studentów, a wąska, uprzywilejowana klasa biurokratów i właścicieli ziemskich świetnie prosperowała, przez co trudności, jakie przeżywali zwykli obywatele, tym bardziej rzucały się w oczy. We wrześniu 1989 roku dokonane już wcześniej zmiany w strukturze politycznej rządu sprawiły, że u władzy znaleźli się reprezentanci wszystkich dużych grup etnicznych, jednakże gospodarki nic już nie mogło uchronić przed upadkiem.

Światowe ceny kawy i kakao były niskie, a eksport drewna – trzeciego co do wielkości źródła dewiz dla kraju – niemal całkiem ustał wskutek nadmiernego zniszczenia lasów. Dwa nadmorskie pola naftowe, których eksploatacja miała uniezależnić kraj od dostaw energii z zagranicy, nie spełniły oczekiwań i trzeba je było zamknąć. Pozostały po nich tylko zagraniczne pożyczki do spłacenia. Wszystko to rujnowało życie iworyjskiego społeczeństwa, ale jak zawsze najbardziej cierpieli najbiedniejsi, wśród których wzrosła przestępczość i narkomania.

Drogbowie także to odczuli. Oboje stracili pracę w banku i ich przyszłość malowała się w czarnych barwach. Jedno było pewne. Jedenastoletni wówczas Didier musiał powrócić do Francji.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Didier Drogba 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia