Kobiety Kossaków

Kobiety Kossaków

Autorzy: Joanna Jurgała-Jureczka

Wydawnictwo: DW PWN

Kategorie: Biografie Kultura / sztuka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 336

Cena książki papierowej: 49.90 zł

cena od: 19.90 zł

Piękne, ambitne, nieodgadnione. Kobiety Kossaków żyły w cieniu artystów malarzy, chociaż to one były majętne i dobrze urodzone i to za ich posag Kossakowie kupowali swoje siedziby. Dostojne matrony i matki, które same siebie nazywały kurami domowymi; buntowniczki, malarki i literatki, chcące za wszelką cenę wyjść z cienia by pokazać swój własny talent.

Głównymi bohaterkami opowieści są kobiety związane z Kossakami:
- Aniela z Kurnatowskich Gałczyńska – teściowa Juliusza
- Zofia z Gałczyńskich Kossakowa – żona Juliusza i seniorka rodu
- Zofia z Kossaków Romańska i Jadwiga z Kossaków Unrużyna – córki Zofii i Juliusza
- Maria z Kisielnickich Kossakowa – żona Wojciecha, synowa Juliusza
- Anna z Kisielnickich Kossakowa – żona Tadeusza, synowa Juliusza oraz najmłodsze pokolenie: Jadwiga Witkiewiczowa, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Magdalena Samozwaniec i Zofia Kossak – wnuczki Juliusza

W książce wykorzystano niepublikowane materiały, wśród których znalazły się między innymi: „Pamiętniki ”Anieli z Kurnatowskich Gałczyńskiej, „Zapiski z okresu wojny” Magdaleny Samozwaniec, korespondencja Marii Kossakowej, listy jej syna Jerzego i zięciów (mężów Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i Magdaleny Samozwaniec), listy Marii do wnuczki Teresy Starzewskiej, córki Magdaleny Samozwaniec, a także bogate archiwum Zofii Kossak.

Tytuł: Kobiety Kossaków

Autor: Joanna Jurgała-Jureczka

Copyright © for the text by Joanna Jurgała-Jureczka, Warszawa 2015

Copyright © for the Polish edition by Dom Wydawniczy PWN Sp. z o.o., Warszawa 2015

Menedżer pionu wydawniczego: Monika Kalinowska

Wydawca: Katarzyna Kucharczuk

Korekta: Łukasz Mackiewicz (eKorekta24.pl)

Redakcja: Joanna Egert-Romanowska

Projekt okładki i stron tytułowych: Katarzyna Ewa Legendź

Fotoedycja: Barbara Chmielarska-Łoś

Przygotowanie wersji elektronicznej: Ewa Modlińska

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Domu Wydawniczego PWN: Marcin Kapusta

ISBN: 978-83-7705-808-4 (ePub)

ISBN: 978-83-7705-809-1 (Mobi)

Dom Wydawniczy PWN Sp. z o.o.

02-460 Warszawa, ul. Gottlieba Daimlera 2

infolinia: 801 33 33 88

www.pwn.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejsza publikacja ani jej żadna część nie może być kopiowana, zwielokrotniana i rozpowszechniana w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo.

Więcej na www.legalnakultura.pl

Polska Izba Książki

Spis treści

Prolog

Wstęp

1. ANIELA Z KURNATOWSKICH GAŁCZYŃSKA

2. ZOFIA Z GAŁCZYŃSKICH JULIUSZOWA KOSSAKOWA

3. ZOFIA Z KOSSAKÓW ROMAŃSKA

4. JADWIGA Z KOSSAKÓW UNRUŻYNA

5. JADWIGA Z UNRUGÓW WITKIEWICZOWA

6. MARIA Z KISIELNICKICH WOJCIECHOWA KOSSAKOWA

CÓRKI

MARIA PAWLIKOWSKA-JASNORZEWSKA

MAGDALENA SAMOZWANIEC

7. ANNA Z KISIELNICKICH TADEUSZOWA KOSSAKOWA

CÓRKA

ZOFIA KOSSAK SZCZUCKA-SZATKOWSKA

Epilog

Ważniejsze opracowania i dokumenty

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Patrzy na zegar swych lat

ZOFIA Z GAŁCZYŃSKICH JULIUSZOWA KOSSAKOWA

„Czeka, patrzy na zegar swych lat,

gryzie chustkę z niecierpliwości.

Za oknem świat zszarzał i zbladł…

A może za późno na gości?”

M. Pawlikowska-Jasnorzewska: Kobieta, która czeka

Przeżyła prawie dziewięćdziesiąt lat. Po jej śmierci syn Wojciech Kossak przywołał jedno z najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa: tykający miarowo zegar w paryskim mieszkaniu rodziców. Zegar wyznaczał kolejne minuty, godziny i dni długiego życia jednej z córek Anieli i Wojciecha Gałczyńskich, która odważyła się popełnić mezalians i została „malarzową”. Zegar, tak często wpisany w motyw vanitas, symbolizuje nieuchronność śmierci, marność i kruchość życia. Przypomina o przemijaniu i odchodzeniu, o konieczności rozliczenia się z przeżytych minut, godzin i dni. Przypomina, że wszystko na ziemi ma swój czas: czas rodzenia i umierania, czas odnoszenia sukcesów i gorzki czas rozczarowań, czas budowania domu i czas bezdomności.

Jakich rozliczeń dokonywała żona Juliusza Kossaka pod koniec życia? Czy rozczarowana „patrzyła na zegar swych lat” i czy rzeczywiście próbowała wówczas popełnić samobójstwo?

Była rozkosznym, utalentowanym dzieckiem i wyros­ła na niepokorną panienkę, której zachowanie niepokoiło Anielę z Kurnatowskich Gałczyńską. Chyba można wierzyć jej wnuczce, autorce Dziedzictwa, kiedy pisze, że matka zamartwiała się jej postępowaniem, ponieważ inaczej powinna zachowywać się panienka z dobrego domu. Zofię, późniejszą Kossakową, bohaterkę pierwszej części rodzinnej sagi, poznamy w momencie, kiedy siedzi na drzewie.

„Pani Aniela cofnęła się o krok przerażona, spojrzała w górę i załamała ręce.

– Sophie! – jęknęła. – Sophie! Co ty wyrabiasz?

– Już schodzę, proszę mamci! – odpowiedziano z drzewa. Po chwili przed oczami zgorszonej dziedziczki zawirowały długie cienkie nogi, para stóp klasnęła sprężyście o ziemię i druga z kolei panna Gałczyńska stanęła na ścieżce, przewyższając matkę o głowę”[32].

Taką Zofię opisała jej imienniczka, Zofia Kossak-Szczucka-Szatkowska. Była jej wnuczką, więc sporo na temat córki Anieli z Kurnatowskich wiedziała i opowiadała o niej na podstawie rodzinnych wspomnień i dokumentów. Chyba zauważyła, że łączy je wiele cech. Nie bez powodu do dziś na ścianie gabinetu pisarki zobaczymy fotografię Zofii z Gałczyńskich Kossakowej z córką, również Zofią, późniejszą Romańską. Te same imiona trzech kobiet, łączące je pokrewieństwo i cechy charakteru, a także analogie dotyczące ich losów są powodami, dla których nie raz trzeba będzie, opowiadając o którejś z nich, odwołać się do jej imienniczki.

Czytając powieść Dziedzictwo, można odnieść wrażenie, że autorka po części sportretowała siebie, przypisując nie bez powodu Zofii z Gałczyńskich Kossakowej swój sposób myślenia.

***

Wiemy już, że Zofia z Gałczyńskich, urodzona w 1834 roku w Siąszycach, córka ziemianina, patrioty i zesłańca Wojciecha Gałczyńskiego herbu Sokola i Anieli z Kurnatowskich, w wieku dwudziestu jeden lat poślubiła starszego o dziesięć lat malarza Juliusza Kossaka i tym samym popełniła mezalians. Dzisiaj nie myślimy tymi kategoroiami, ponieważ Kossakowie zapisali się na dobre w naszej kulturze i nazwisko jest rozpoznawalne, ale wówczas nikt nie miał pewności, jak potoczą się losy ubogiego malarza, i nikt nie przypuszczał, że zdobędzie aż takie uznanie.

Była postawna, czarnowłosa, podobno piękna i na pewno interesująca, bo bardzo niezależna, uparta, a może i samowolna. A kim był człowiek, w którego „jakby piorun strzelił” na jej widok?

Aleksander Piskor, autor książki Siedem ekscelencji i jedna dama, odwiedził już po śmierci Juliusza Kossaka syna artysty – Wojciecha. Umówił się z nim na rozmowę w pracowni mieszczącej się na szóstym piętrze hotelu Bristol, jak skrupulatnie zanotował. Przygotował się do tego spotkania i zebrał materiały i nieznane rysunki Juliusza Kossaka, dowiedział się też czegoś o jego młodości, a pragnąc zweryfikować, czy też poszerzyć swoją wiedzę, zadał Wojciechowi kilka pytań. Chciał wiedzieć między innymi, w jakim wieku jego ojciec, czyli późniejszy mąż Zofii z Gałczyńskich, rozpoczął „prawdziwe życie”. Wojciech Kossak, odpowiadając na to pytanie, użył sformułowań dość jednoznacznych. Widocznie w rodzinie wiedziano o tym, że w czasach młodości Juliusz hulał i w wolnych chwilach malował, że „żył pełną piersią, poznawał rozkosze istnienia”[33] i, oczywiście, romansował. Urodziwy i utalentowany młodzieniec przeżył więc już niejedno miłosne uniesienie, zanim poznał Zofię z Gałczyńskich.

Miał piętnaście lat, kiedy namalował portret siostry przyjaciela, która, choć o trzy lata od niego starsza, zechciała go zauważyć, a nawet pozwoliła się pocałować. Malował tak dobrze, że stał się modny i goszczono go w dobrych domach, a on odwdzięczał się za gościnę kolejnymi udatnymi szkicami i akwarelami. A tymczasem jego matka, „dziwna i nieodgadniona” Michałowa, nie była zadowolona, ponieważ marzyła o innej karierze dla Juliusza. „Oczami wyobraźni widziała go urzędującego za stołem sędziego, w sali ozdobionej portretem najjaśniejszego pana”[34].

Juliusz zetknął się z rodziną Gwalberta Pawlikowskiego na długo przedtem, zanim jego wnuczka – Maria, późniejsza Pawlikowska-Jasnorzewska, wyjdzie za mąż za uroczego Jasia, syna Jana, który ją ostatecznie zdradzi. Tak więc Jan Gwalbert Pawlikowski pokazał mu w Medyce swój ogromny zbiór rysunków, ponieważ dał wiarę słowom powtarzanym przez wielu, że „Kossak to młody człowiek z talentem”[35]. Taki talent trzeba było wspierać. Temperamenty malarza i zaprzyjaźnionego z nim protektora Juliusza Dzieduszyckiego były chyba podobne i od razu zapanowała między nimi harmonia „wynikająca z jednakowej fantazji i zamiłowania do życia bez granic”. Rysunki Juliusza dokumentujące „życie bez granic” nie pozostawiają cienia wątpliwości, że było ono co najmniej barwne. Wystarczy przejrzeć frywolne Przygody galicyjskiego epikurejczyka. Wojciech Kossak, syn Juliusza, podczas rozmowy z autorem Siedmiu ekscelencji… miał powiedzieć, że najszczęśliwszy okres życia ojca to czasy młodości „dziarskiej i junackiej”, a do nich należały też wesołe zabawy z udziałem pań i dziewcząt, które dzieliły łoże z panami, a rankiem, obdarowane monetami, wracały do wiejskich chałup.

Juliuszowi nie wystarczyły flirty. Szukał wielkiej miłości i nawet wydawało się, że ją znalazł. Była to podobno miłość sentymentalna i zmysłowa, a nadeszła we Lwowie. W 1847 roku do miasta przyjechał sam Franciszek Liszt i z tej okazji artyści podejmowali go obiadem. W sali Zakładu Ossolińskich znaleźli się między innymi Juliusz i gwiazda lwowskiego teatru, Aniela Aszpergowa. Ona miała trzydzieści lat, on dwadzieścia trzy. Adorował ją od dawna, ale tego dnia wyraźnie wyróżniała go spośród innych mężczyzn, uśmiechała się i pozwoliła bawić rozmową. Odprowadził ją do domu i wracał oszołomiony, choć nie pił alkoholu. Chyba było między nimi coś więcej, skoro w sztambuchu aktorki znalazły się jego akwarele przestawiające między innymi wnętrze buduaru artystki.

Nie tylko zachowane portrety, lecz także wspomnienia współczesnych świadczą o tym, że Juliusz Kossak był przystojny. Józef Kenig pisał: „Tak skończonej piękności męskiej, a przy tym tak charakterystycznej, tak oryginalnej, takiej jakiejś odrębnej, nie zdarzyło nam się spotkać”[36]. Był też lubiany, podobno pozbawiony zawiści i życzliwy. Maksymilian Gierymski powiedział, że nie znał człowieka życzliwszego dlań niż Juliusz. Życzliwość, sympatia innych towarzyszyły mu do śmierci. Józef Kenig uważał, że poczciwy charakter malarza ujawniał się nawet wówczas, kiedy rysował czyjeś karykatury[37]. Rysował je tak, żeby nikogo nie obrazić. Zatem zarówno on, jak i jego przyszła żona, Zofia z Gałczyńskich, mieli wspólną cechę, była nią umiejętność obserwowania i pokazywania świata w krzywym zwierciadle. Oboje tworzyli karykatury, parodiowali innych, ale robili to tak, żeby parodiowanych rozbawić, a nie urazić.

***

Malarz, który „za chlebem” przyjechał do Siąszyc, z pewnością nie od razu został poważnie potraktowany jako kandydat do ręki jednej z córek właściciela majątku. Fakt, że pochodzenie Kossaków zdecydowanie nie dorównywało koneksjom ich żon, na pewno był dla malarzy, a zwłaszcza Wojciecha, powodem pewnych kompleksów. Wspominają o tym i Magdalena Samozwaniec, i Zofia Kossak w Dziedzictwie. Magdalena, która, jak wiemy, zwłaszcza po wojnie bardzo lekko, nawet drwiąco traktowała ludzi podkreślających, że wywodzą się z wyższych sfer, zanotowała, że Kossak, zapytany w Siąszycach o pochodzenie, dał słowo honoru, że jest szlachcicem, i to musiało wystarczyć. Rodzina Zofii Gałczyńskiej zapewne na początku nie była zachwycona. O pochodzenie i rodzinne koligacje wypytywano młodego Juliusza, gościa Wojciecha Gałczyńskiego, i nie myli się chyba autorka Dziedzictwa, która w wyobraźni zobaczyła następującą scenę. Oto krewna, pani Melania, „jak pająk na muchę” czekała na malarza i poprosiwszy, żeby pomógł jej zwinąć włóczkę, zadała wiele pytań. Chciała dociec, czy jest z towarzystwa, czy jest kimś znacznym z urodzenia i fortuny, a malarstwo stanowi tylko zbyteczny dodatek. „Zapytany – A jaki klejnot asandzieja? – odparł: – Kossakowie są herbu własnego – Kos. Czemuż asandziej sygnetu nie nosisz? – dopytywała starsza pani, a on odparł beztrosko: Co po tytule, gdy pustki w szkatule”[38].

Być może Juliusz nie zwracał uwagi na tytuły, ale już jego syn, Wojciech, wyraźnie się ucieszył, kiedy Henryk Sienkiewicz opowiadał o jego herbie i pochodzeniu, a nawet znalazł wzmiankę o tym, że już w XVI wieku panna Kisielnicka poślubiła szlachcica – Kossaka. Teraz podobna sytuacja miała się powtórzyć, kiedy Maria z Kisielnickich została żoną Wojciecha i tym samym synową Juliusza.

***

Wojciech Gałczyński i Aniela, jak wiadomo, zgodzili się na ślub Zofii, wyprawili wesele i wyekspediowali młodych do Paryża. W Paryżu podobno stanowili tak piękną parę, że ludzie oglądali się za nimi na ulicy. Nic więc dziwnego, że znany malarz, Henryk Rodakowski, postanowił namalować portret Zofii i podobno zachwycał się jej dłońmi. Dzięki niemu i dzięki zachowanym fotografiom możemy i my podziwiać jej urodę, choć są i tacy, którzy twierdzą, że zachwyty są przesadzone, i nie dostrzegają współcześnie wybitnej urody, którą zauważano przed laty.

Pobyt w Paryżu przyniósł różne zdarzenia, ale najważniejsze na pewno były narodziny synów. Pierwszy poród, o którym wspomniała Aniela w pamiętniku, był bardzo trudny. Córka Gałczyńskiej powiła bliźnięta, a chłopcy, pojawiając się prawie równocześnie na świecie, rozwiązali tym samym problem, jaki wyniknął z powodu niefrasobliwego zaproszenia przez rodziców dwóch ojców chrzestnych. Zdawało się, że któreś zaproszenie trzeba będzie odwołać. Nie trzeba było, bo przydali się obaj.

Kolejny syn, Stefan, był podobno, w przeciwieństwie do niesfornych i żywiołowych bliźniaków, spokojny i grzeczny. Następne dzieci, tym razem dwie dziewczynki, urodziły się już w Warszawie, ponieważ Zofia i Juliusz postanowili wrócić na ziemie polskie.

Zofia już wcześniej odwiedziła strony rodzinne. Mały Wojtek, którego zabrała wówczas ze sobą, czuł się tu bardzo dobrze. Spodobała mu się polska zima, ciche lasy, sanie pełne ciepłych futer, oświetlone dwory z kolumnami, bale i kandelabry z jarzącymi się świecami.

Tymczasem Zofia nie była tym pobytem zachwycona, wręcz przeciwnie. Przeczytamy w Dziedzictwie, że wróciła do Paryża rozżalona i zapewniła męża, że więcej w rodzinne strony nie pojedzie. Część rodziny dała jej bowiem do zrozumienia, że porzuciła swoją sferę. Usłyszała nawet, jak służący sugerował, że do odwiezienia pani malarzowej wystarczy Klimek, a nie Waśko, który powozi cugowymi końmi zaprzęgniętymi do powozu użyczanego zacniejszym gościom.

W Poznańskie ostatecznie przyjechała jeszcze niejeden raz, ale chyba opowiadano w rodzinie o tym, jak potraktowano jej małżeństwo, skoro wnuczka jeden z rozdziałów Dziedzictwa zatytułowała: „Mezalians”, a jej bohaterka swoje dzieci nazwała „owocami mezaliansu”[39].

Zofia żegnała Paryż. O czym opowie dzieciom i wnukom, kiedy wspomni to miasto? Co zapamiętają trzej synowie, którzy tu przyszli na świat? Wojciech myślami będzie wracał do paryskiego mieszkania i zegara, który jednostajnym rytmem odmierzał czas. Zapamięta kołyskę i matkę, która klęczała przy niej i mówiła do swoich dzieci: „moje skarby”. Zofia Kossak, planując wydanie powieści o dziejach rodziny, pisała do Jana Nowaka Jeziorańskiego, że zamierza umieścić w powieści „dużo charakterystycznych (autentycznych) szczegółów, zabawnych lub wzruszających. Trochę o Mickiewiczu, gdyż jego przyjazd do Paryża, potem śmierć wywarła na moich dziadkach wielkie wrażenie. Całość pogodna. Świat sprzed stu lat straszliwie inny od dzisiejszego”[40]. Nie tylko Mickiewicza zapamiętali Kossakowie z czasów pobytu w Paryżu. Kiedy Lilka (Maria Pawlikowska-Jasnorzewska) zagadnęła babcię o Norwida, Zofia powiedziała: „Poczekaj, moje dziecko, Norwid, Norwid… coś sobie przypominam. A był, był taki ubogi poeta… gdyśmy z dziadzią szli na spacer, to wychodząc z domu, zawsze zostawialiśmy dla niego obiad w kuchni”[41].

Mickiewicz i Norwid, zegar w mieszkaniu i kołyska, dobre i złe dni „na paryskim bruku” należały już do przeszłości. Kossakowie zamieszkali w Warszawie, a potem przeprowadzili się do Krakowa. Zofia w wieku dwudziestu siedmiu lat urodziła córkę, którą nazwała Zofią, a mając lat trzydzieści jeden, wydała na świat Jadwigę, przyszłą matkę Witkacowej.

W Warszawie Kossakowie znaleźli się w samym środku ważnych wydarzeń i politycznych niepokojów związanych ze zbliżającym się powstaniem styczniowym. Ich syn, Wojciech, który z pierwszego pobytu na ziemi polskiej wyniósł wspomnienie rozświetlonych dworów i balowych sukien, teraz zobaczy „krainę smutku”, kobiety w żałobie i rodziny żegnające najbliższych, wyjeżdżających do powstania. Widział matkę we łzach, a ojca osowiałego.

Wspomniana fotografia, która wisi w gabinecie Zofii Kossak, wnuczki Zofii z Gałczyńskich Juliuszowej, pokazuje ją w stroju, który w tych czasach obowiązywał Polki uważające się za patriotki. Do nich na pewno należała żona Juliusza. Kobiety wówczas nosiły ciemne suknie. Zofia ma ramiona i dekolt okryte czarnym tiulem, na szyi czarną bindę z aksamitnej wstążeczki z medalionem i naszyjnik. Fryzura wygląda bardzo skromnie, włosy gładko zaczesane, splecione w warkocz ułożony wysoko na głowie w kok. W tym czasie krynoliny odchodziły już w przeszłość, a nadmiar materiału zbierano z tyłu sukni, tworząc tzw. tiurniurę. Córka Zofii jest ubrana w jasną sukienkę z ciemnymi, żałobnymi aplikacjami[42].

Dzieci Kossaków od najmłodszych lat były kształcone w domu, otrzymały też patriotyczne wychowanie. Wojciech i Tadeusz jeszcze w Paryżu słuchali opowieści starych wiarusów, pamiętających powstanie listopadowe, a potem sami wyrywali się do powstania. Przeczytamy o tym w Dziedzictwie, gdzie znajdziemy też scenę, w której razem ze Stefanem maszerują wokół stołu, tupiąc i śpiewając:

„Obok Orła znak Pogoni, znak pogoni

Poszli nasi w bój bez broni

Hu, ha! Krew gra! Duch gra!

– Kłew gła! – wtórował Stefcio, dla którego litera „r” była poważną przeszkodą”[43].

Mówiąc o wychowaniu i wykształceniu dzieci, trzeba także zauważyć, że ambitna matka chwaliła się ich postępami w nauce i talentami. Miała nawet nadzieję, że nie tylko Wojciech, ale także młodsza Zofia wybiorą, jak ojciec, drogę artystyczną. Była z niego dumna. Nie na darmo Wojciech uważał, że jego matka „umiała być żoną artysty”[44]. Nie było to zadanie łatwe i nie do takiej roli przygotowywała ją w czasach dzieciństwa i wczesnej młodości domowa nauczycielka w siąszyckim dworze.

Trzeba było zadbać przede wszystkim o to, żeby Juliusz mógł spokojnie malować, żeby malarstwo jego było doceniane i żeby dzięki sprzedaży obrazów mógł utrzymać rodzinę. Nic zatem dziwnego, że zapobiegliwa i praktyczna Zofia bardzo dbała o jego artystyczny wizerunek i sławę. On sam był pozbawiony, jak mówiono, zawiści, a może nawet ducha rywalizacji. Uwiecznił na przykład dla potomnych przebieg uroczystości jubileuszowych Jana Matejki, ale o swoim jubileuszu nie pomyślał. Co więcej, uważał, że z biegiem lat staje się coraz mniej popularny, coraz mniej sławny, coraz mniej modny. Zofia przekonywała i jego, i innych, że tak nie jest. Popularność Juliusza miała przecież wymierne korzyści. Kiedy, jak pięknie poetycko pisze jego wnuczka Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, dziadzio malował rozrzewnieniem i słońcem, po kobalt przez okno sięgał aż do nieba, za jego fotelem stali Immerglück albo Himmelblau, zapobiegliwi Żydzi kupujący jego obrazy[45]. Nieraz pozwalał się wykorzystać, a wnuczki zapamiętały wizyty matrony, babci Zofii, szeleszczącej sukniami, która wchodziła do jego zimnej i źle ogrzewanej pracowni i pytała, ile obrazów sprzedał i za jaką cenę, bo pieniądze były potrzebne na dom. On odpowiadał wymijająco: „Obyśmy zdrowi byli”.

Pieniędzy wciąż brakowało. Takich listów jak ten, który Juliusz starannie wykaligrafował do Władysława Bełzy, było więcej. Malarz pokornie prosił: „Święta za plecami, wydatki na wszystkie boki, gdyby Pan Władysław był grzeczny i pozyskał a conto tych trzech rysunków (dwóch dziś wysłanych, trzeciego w sobotę) – zł 50 […] odwrotną pocztą”[46]. Pokory Juliuszowi nigdy nie brakowało, czego nie można powiedzieć o dumnej Zofii, jego żonie. Był przecież, jak pisano, „charakteru słodkiego, wylanego i zawsze równego z odcieniem mocno optymistycznym”[47]. Może właśnie te cechy spowodowały, że nie upominał się o swoje i uwierzył, że o nim zapomniano.

Widząc jego zniechęcenie, rozumiejąc, że artystę trzeba wciąż wspierać i doceniać, że trzeba mówić o jego talencie i osiągnięciach, Zofia energicznie zabrała się do zorganizowania swojemu mężowi jubileuszu, czyniąc przygotowania w tajemnicy przed nim. Wielki jubileusz zorganizowano 12 kwietnia 1880 roku. „Wszystko się udało doskonale – pisała zachwycona. – Julo wrócił z Warszawy wesoły, odmłodniał, rozczulony tak serdecznym przyjęciem, słowem inny człowiek”[48]. Chyba nigdy się nie dowiedział, kto był prawdziwym pomysłodawcą i reżyserem uroczystości.

Nieustające problemy finansowe wymagały od początku interwencji żony. Nie było jej łatwo po raz kolejny usiąść przy biurku i błagać o pieniądze, ale robiła to coraz częściej. Do Działyńskiego napisała: „Od czasu, jak nas Pan Hrabia widziałeś tak szczęśliwych w Paryżu, dużo się zmieniło” i dołączyła prośbę o trzy tysiące rubli. Wyjaśniła, że po śmierci najdroższego ojca dużo stracili pod względem materialnym. „Nigdy tak źle nie było, jak teraz […], zaklinam Pana, nie odrzucaj mej prośby”[49]. Dramatycznie brzmiące zdania kierowała do różnych osób. Zapobiegliwa Zofia pilnowała wydatków najpierw w Paryżu, potem w Warszawie, wreszcie w Krakowie. Juliusz zarabiał ilustracjami dla „Kłosów”, więc napisała do Marcina Olszyńskiego, kierownika artystycznego tygodnika: „jeśli Pan chcesz jeszcze jakich rysunków […], przyślij Pan drzewek i plany do Siąszyc, jak Julo przyjedzie, to już ja biorę na siebie, że wyrysuje, co tylko Pan chce”[50]. Julo więc pracował na polecenie żony także podczas wakacji, ale na pewno robił to chętnie, bo Kossakowie byli bardzo pracowici.

Kiedy między nim i pracodawcą nastąpił jakiś konflikt, przejęła korespondencję, żeby, broń Boże, nie ucierpiały na tym finanse rodziny, i skłamała zgrabnie: „Julo tak ma oczy zmęczone przez ciągłe rysowanie, że mnie pozwolił się wyręczyć w napisaniu listu do dobrego Pana”[51]. Chętnie przy okazji zamieściła wzmianki o synach, którzy już dorastają, i o tym, że Wojtek maluje na dobre, Tadeusz chce zostać medykiem, a Stefan ma w klasie „reputację doskonałego ucznia”, córki zaś są już także „do książki zaprzężone”[52].

Juliusz był chyba dobrym mężem, bo był uczciwym i łagodnym człowiekiem i chociaż przed ślubem miał opinię uwodziciela, nie ma dowodów na to, że po ślubie, tak jak jego syn, nadal adorował inne kobiety. Kochał swoje dzieci, kochał wnuki i był bardzo związany z rodziną. „Dopiero wczoraj otworzyłem pudełko – pisał w liście z 10 listopada 1895 roku – bo domyślając się słodyczy czekałem z otwarciem na przyjazd mojej synowej wraz z wnukami”[53]. Magdalena Samozwaniec wspominała, że dzieciom rzucał z okien pracowni „garść karmelków”.

Na pewno razem z jego śmiercią odszedł w przeszłość najszczęśliwszy okres w życiu Zofii. Nie pisała pamiętników, nie zachowały się listy, w których opowiedziałaby o swoim cierpieniu, ale można przypuszczać, że było wielkie. Odtąd żyła dla dzieci i wnuków.

Po śmierci męża musiała się też pożegnać z domem, który sama znalazła, zagospodarowała i stworzyła. Kossakówka, „doskonałe pomieszkanie”, które przygotowała, i „ślicznie urządziła”, zadowoliło Juliusza. Miał odtąd nie tylko swoją pracownię na obrzeżach miasta, lecz także otwarty i gościnny dom, który stał się symbolicznym gniazdem rodziny i miejscem gromadzącym wielu wybitnych artystów. Wojciech Kossak pisał, że nawet Jan Matejko zazdrościł Juliuszowi otwartego domu, który „był punktem zbornym inteligencji towarzystwa krakowskiego”, a istniał „dzięki wysokiej towarzyskiej kulturze wielkiej pani”[54], czyli Zofii z Gałczyńskich Kossakowej.

To ona zadbała o ogród, posadziła lipę, pod którą siadano do posiłków przez wiele kolejnych lat. To ona zdecydowała, w którym miejscu będą klomby, gdzie warzywnik, a jako gospodyni Kossakówki „dysponowała obiady” i kierowała służbą. Potem stopniowo zaczęła tracić ukochany dom. Juliusz nie mógł już dłużej utrzymywać całej, coraz liczniejszej rodziny, więc i domu, który trzeba było sprzedać. Tymczasem Wojciech namówił narzeczoną, Marię z Kisielnickich, żeby uratowała jego gniazdo rodzinne. „Wolałbym kupić od rodziców naszą kochaną Kossaczyznę”[55] – napisał do niej, kiedy mieli zdecydować, na co przeznaczyć jej posag. W ten sposób nową gospodynią Kossakówki została Maria z Kisielnickich Kossakowa, a żona Juliusza musiała jej ustąpić miejsca. Kilka wzmianek w listach świadczy o tym, że tylko pozornie były dla siebie uprzedzająco grzeczne. Przypuszczać jednak można, że pierwszy etap utraty domu wiązał się z wielkimi emocjami. Echa tych przeżyć znajdziemy w listach Wojciecha do narzeczonej, który pisze, że matka ma serię złych humorów, „bo tak dużo iluzji pogrzebała moralnie, że już oprócz szczęścia w nas nic a nic nie zostało”[56], więc trzeba ją spróbować zrozumieć. To tajemnicze zdanie dotyczy zapewne nie tylko faktu, że kolejne dziecko się usamodzielniło, lecz także może mieć związek z perspektywą, która ją czekała. Razem z Juliuszem musiała się wyprowadzić z Kossakówki do tak zwanego Domku Babci. Nowa gospodyni, Wojciechowa, tuż po ślubie pisała w liście do swojej babki: „Święta się zapowiadają b. gwarno – szczęśliwa matka z p. Kossak – wszystkie dzieci mieć koło siebie będzie”[57]. Tego rodzaju dni szczęśliwe skończyły się jednak razem ze śmiercią Juliusza. Wtedy zaczęła się jej bezdomność. 14 lutego 1900 roku Wojciech Kossak był w Berlinie i stamtąd donosił żonie: „Musia napisała mi parę słów, że jedzie do Lwowa i że Ci dobytek w porządku oddała. Kochany, drogi dobytek”[58]. Musią nazywał matkę, która chyba właśnie wówczas napisała do niego o tym, że opuszcza na zawsze dom, który znalazła, zagospodarowała i przez lata prowadziła. Nie zabrała wszystkich swoich rzeczy. W pracowni syna zostawiła turecki namiot, który szyła mozolnie przez wiele, wiele dni.

Do końca życia pomieszkiwała w majątkach i dworach, których administratorami lub właścicielami byli zięciowie lub syn Tadeusz. Mieszkała w Kośminie, we Lwowie, w Hrusiatyczach. Często podróżowała, jak kiedyś jej matka, Aniela. Próbowała się zadomowić w różnych miejscach, ale, moim zdaniem, żadne z tych miejsc nie zastąpiło jej utraconej Kossakówki.

***

Juliuszowa i nowa gospodyni Kossakówki korespondowały ze sobą. Zachowała się część listów Zofii z Gałczyńskich Kossakowej. Nie są datowane i trudno stwierdzić z całą pewnością, kiedy zostały napisane, ale prawdopodobnie w latach 1910–1923. Do synowej zwraca się bardzo serdecznie: moja droga Marylko, moja Mańciu najdroższa, Maniusiu, Aniołku najmilszy i najrozumniejszy, Mańciu moja.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kossakowie. Biały mazur Siedem spódnic Alicji Kobiety Kossaków Tajemnice prowincji Zofia Kossak 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana