Fatum

Fatum

Autorzy: Karin Slaughter

Wydawnictwo: Buchmann

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 496

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 4.50 zł

 

 

Karin Slaughter jest ważnym, nowym punktem na kryminalnej mapie świata.

Val McDermid

 

Lena Adams nie mogła przypuszczać, że upragniony powrót do pracy zacznie się tak źle. Na komisariat policji w Heartsdale, spokojnym miasteczku w stanie Georgia, wtargnęło dwóch uzbrojonych mężczyzn, zabili trzech policjantów, kilku innych ranili, przetrzymują zakładników. Lena bardziej niż kiedykolwiek jest zdeterminowana, by rozwiązać tę sprawę - wśród zabitych jest jej wieloletni szef i przyjaciel, Jeffrey Tolliver.

Kilka lat wcześniej komendant Tolliver wybiera się z doktor Sarą Linton na romantyczne wakacje na Florydę. Po drodze zmienia jednak zdanie i postanawia pokazać jej swoje rodzinne miasteczko. Miły urlop szybko zamienia się koszmar: w domu przyjaciół Jeffreya dochodzi do strzelaniny, ginie włamywacz. Sprawa zabójstwa okaże się trudniejsza, niż mogło się na początku wydawać; a co najgorsze, nie będzie jedyną, którą trzeba będzie rozwiązać. Trupów będzie przybywać. Upiorne miasteczko zmusi Jeffreya i Sarę, by zmierzyli się z jego najgłębiej skrywanymi tajemnicami.

Czy to możliwe, by po latach ponownie dopadł ich koszmar Sylacugi?

 

Karin Slaughter jest jedną z lepszych autorek kryminałów w Ameryce.

"The Washington Post"

 

FA­TUM

KA­RIN SLAU­GH­TER

prze­ło­żył An­drzej Lesz­czyń­ski

Warszawa 2013

Ty­tuł ory­gi­na­łu In­de­li­ble

Co­py­ri­ght © 2004 by Ka­rin Slau­gh­ter

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Re­dak­cja Han­na Smo­liń­ska

Ko­rek­ta Ka­ta­rzy­na Hu­me­niuk, Anna Ga­jew­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny Krzysz­tof Kieł­ba­siń­ski

ISBN 978-83-7881-197-8

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

i Mi­chał La­tu­sek / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Spis treści

Dedykacja

1, 8.55

2, 9.22

3, 1991, niedziela

4, 10.15

5, niedziela

6

7, 11.45

8, poniedziałek

9

10, 13.32

11, poniedziałek

12

13, 13.5814.15

14, poniedziałek

15

16, 14.50

17, poniedziałek

18, wtorek

19

20

21, 15.09

22, wtorek

23, 15.17

24, wtorek

25, 15.50

Epilog

Podziękowania

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla D.A.

jak mo­rza głę­bo­kie, a góry wy­so­kie

1

8.55

No, pro­szę! Kogo tu przy­nio­sło?! – huk­nę­ła Mar­la Simms, mie­rząc Sarę czuj­nym spoj­rze­niem znad kra­wę­dzi dwu­ogni­sko­wych oku­la­rów w srebr­nej dru­cia­nej opraw­ce. Se­kre­tar­ka ko­mi­sa­ria­tu po­li­cji trzy­ma­ła w po­wy­krę­ca­nych ar­tre­ty­zmem pal­cach ja­kieś ko­lo­ro­we cza­so­pi­smo, ale na­tych­miast je odło­ży­ła, da­jąc tym sa­mym znać, że ma dużo cza­su na roz­mo­wę.

– Cześć, Mar­lo. Co sły­chać? – wy­ce­dzi­ła Sara, si­ląc się na odro­bi­nę sło­dy­czy w gło­sie, cho­ciaż ce­lo­wo przy­szła do ko­mi­sa­ria­tu w cza­sie prze­rwy na kawę.

Star­sza pani po­pa­trzy­ła na nią z lek­ką dez­apro­ba­tą, co praw­da sła­bo za­uwa­żal­ną, bo ką­ci­ki ust mia­ła sta­le wy­gię­te ku do­ło­wi, lecz Sara le­d­wie się po­ha­mo­wa­ła przed gry­ma­sem nie­chę­ci. Mar­la na­ucza­ła w nie­dziel­nej szkół­ce dla dzie­ci przy ko­ście­le pier­wot­nych bap­ty­stów już od dnia za­ło­że­nia pa­ra­fii i wciąż po­tra­fi­ła wzbu­dzać strach w każ­dym, kto przy­szedł na świat w mia­stecz­ku po roku 1952.

– Dość dłu­go się tu nie po­ka­zy­wa­łaś – od­par­ła, świ­dru­jąc ją wzro­kiem.

– No cóż – mruk­nę­ła Sara, pró­bu­jąc po­nad ra­mie­niem se­kre­tar­ki zaj­rzeć w głąb ga­bi­ne­tu Jef­freya.

Drzwi były otwar­te, ale za biur­kiem nikt nie sie­dział. W sali ogól­nej tak­że ni­ko­go nie było, co ozna­cza­ło, że Jef­frey praw­do­po­dob­nie znaj­do­wał się gdzieś na ty­łach. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że może po pro­stu obejść sta­no­wi­sko Mar­li i bez wy­ja­śnie­nia ru­szyć w głąb bu­dyn­ku, jak czy­ni­ła to wcze­śniej set­ki razy, ale in­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy pod­po­wia­dał jej, że wy­jąt­ko­wo nie po­win­na prze­kra­czać tego mo­stu bez opła­ce­nia myta.

Mar­la od­chy­li­ła się na krze­śle i skrzy­żo­wa­ła ręce na pier­siach.

– Pięk­ną mamy po­go­dę – oznaj­mi­ła.

Sara obej­rza­ła się na prze­szklo­ne drzwi wej­ścio­we i wi­docz­ną za nimi Main Stre­et. Po­wie­trze fa­lo­wa­ło nad roz­grza­nym as­fal­tem. Pa­no­wa­ła taka du­cho­ta, że od­no­si­ła wra­że­nie, jak­by sie­dzia­ła w pa­rów­ce w sa­lo­nie ko­sme­tycz­nym.

– To praw­da.

– Ale się wy­stro­iłaś z sa­me­go rana. – Mar­la zmie­rzy­ła tak­su­ją­cym spoj­rze­niem lnia­ną gar­son­kę, któ­rą Sara wy­bra­ła do­pie­ro po wy­rzu­ce­niu nie­mal wszyst­kich ubrań z sza­fy. – Cóż to za oka­zja?

– Nic spe­cjal­ne­go – skła­ma­ła. Uświa­do­mi­ła so­bie na­gle, że ner­wo­wo prze­stę­pu­je z nogi na nogę i prze­bie­ra pal­ca­mi po rącz­ce swo­jej tecz­ki, jak­by z czter­dzie­sto­lat­ki zmie­ni­ła się na­gle w pierw­szo­kla­sist­kę.

W oczach star­szej pani po­ja­wi­ły się trium­fal­ne bły­ski. Prze­cią­gnę­ła jesz­cze tro­chę na­pię­te mil­cze­nie, po czym za­da­ła obo­wiąz­ko­we py­ta­nie:

– Jak się mie­wa two­ja mama i resz­ta ro­dzi­ny?

– Dzię­ku­ję, do­brze. – Sara usi­ło­wa­ła za­cho­wać obo­jęt­ny ton.

Nie była tak na­iw­na, by wie­rzyć, że ży­cie pry­wat­ne jest jej wy­łącz­ną spra­wą, sko­ro w ca­łym hrab­stwie Grant trud­no było na­wet kich­nąć, żeby za­raz nie za­dzwo­nił ktoś z są­siedz­twa z sa­kra­men­tal­nym: „Na zdro­wie”. Nie mia­ła jed­nak za­mia­ru w ja­ki­kol­wiek spo­sób uła­twiać in­nym zbie­ra­nia in­for­ma­cji o swo­jej ro­dzi­nie.

– A co u two­jej sio­stry?

Otwo­rzy­ła już usta, żeby od­po­wie­dzieć, gdy nad­szedł ra­tu­nek w po­sta­ci Bra­da Ste­phen­sa, któ­ry po­tknął się w pro­gu ko­mi­sa­ria­tu. Omal nie ru­nął jak dłu­gi na po­sadz­kę. Zdo­łał zła­pać rów­no­wa­gę, ale spa­dła mu czap­ka i po­to­czy­ła się do nóg Sary, a cięż­ka ka­bu­ra z pi­sto­le­tem i pał­ka za­wie­szo­na na dru­gim boku za­ko­ły­sa­ły się sze­ro­ko ni­czym dwa do­dat­ko­we ra­mio­na. W idą­cej za nim gro­mad­ce kil­ku­let­nich dzie­ci roz­le­gły się tłu­mio­ne chi­cho­ty.

– Uff – syk­nął Brad, spoj­rzał na nią, po­tem na swo­ich pod­opiecz­nych, wresz­cie zno­wu na nią. Pod­niósł czap­kę z pod­ło­gi i za­czął ją wy­cie­rać z ku­rzu, o wie­le sta­ran­niej, niż to było ko­niecz­ne.

Sa­rze prze­mknę­ło przez gło­wę, że na­wet nie po­tra­fi oce­nić, co jest bar­dziej że­nu­ją­ce, peł­ne drwi­ny chi­cho­ty ośmior­ga dzie­się­cio­lat­ków czy wi­dok z tru­dem po­wstrzy­mu­ją­cej uśmiech le­kar­ki, któ­ra zna­ła go od nie­mow­lęc­twa.

Naj­wy­raź­niej do­szedł do wnio­sku, że to dru­gie wpra­wia go w więk­sze za­kło­po­ta­nie, gdyż od­wró­cił się do dzie­ci i oznaj­mił z prze­ko­na­niem:

– Znaj­du­je­my się, rzecz ja­sna, w bu­dyn­ku ko­mi­sa­ria­tu, gdzie po­li­cjan­ci zaj­mu­ją się swo­imi spra­wa­mi. Oczy­wi­ście po­li­cyj­ny­mi. Sto­imy te­raz w lob­by…

Jesz­cze raz zer­k­nął na Sarę. Okre­śle­nie miej­sca, w któ­rym się znaj­do­wa­li, mia­nem „lob­by” było zde­cy­do­wa­ną prze­sa­dą, gdyż przed­sio­nek ko­mi­sa­ria­tu miał nie wię­cej niż dzie­sięć me­trów kwa­dra­to­wych, a w do­dat­ku na wprost drzwi wej­ścio­wych stał goły be­to­no­wy mur, ścia­nę po pra­wej zdo­bił sze­reg opra­wio­nych w ram­ki zdjęć tu­tej­szych funk­cjo­na­riu­szy z zaj­mu­ją­cym cen­tral­ne miej­sce wiel­kim por­tre­tem Mac An­der­sa, je­dy­ne­go po­li­cjan­ta w hi­sto­rii miej­sco­wych służb, któ­ry stra­cił ży­cie pod­czas wy­ko­ny­wa­nia swo­ich obo­wiąz­ków.

Na wprost tej swo­istej ga­le­rii, za wy­so­kim kon­tu­arem o bla­cie kry­tym be­żo­wym la­mi­na­tem, było usy­tu­owa­ne sta­no­wi­sko Mar­li, któ­re od­dzie­la­ło go­ści od sali ogól­nej. Se­kre­tar­ka nie na­le­ża­ła do ko­biet szcze­gól­nie ni­skiej po­stu­ry, lecz za­awan­so­wa­ny wiek wy­giął jej syl­wet­kę w nie­mal ide­al­ny kształt zna­ku za­py­ta­nia. Do tego za­wsze mia­ła oku­la­ry zsu­nię­te na czu­bek nosa, i Sarę – któ­ra tak­że mu­sia­ła już wkła­dać oku­la­ry do czy­ta­nia – nie­ustan­nie ku­si­ło, by je po­pra­wić, le­d­wie mo­gła się po­wstrzy­mać przed tym od­ru­chem. Oczy­wi­ście nig­dy by się na to nie od­wa­ży­ła. Mar­la wie­dzia­ła ab­so­lut­nie wszyst­ko o miesz­kań­cach mia­stecz­ka, a na­wet o ich psach czy ko­tach, o niej wie­dzia­no nie­wie­le. Była bez­dziet­ną wdo­wą, jej mąż zgi­nął na fron­cie w cza­sie dru­giej woj­ny świa­to­wej. Od uro­dze­nia miesz­ka­ła przy uli­cy Hem­lock, czy­li dwie prze­czni­ce od ro­dzin­ne­go domu Sary. Ro­bi­ła na dru­tach, na­ucza­ła w szkół­ce nie­dziel­nej, a przede wszyst­kim pra­co­wa­ła na ca­łym eta­cie w ko­mi­sa­ria­cie po­li­cji, gdzie od­bie­ra­ła te­le­fo­ny i pró­bo­wa­ła za­pa­no­wać nad wiecz­nie po­roz­rzu­ca­ny­mi ster­ta­mi pa­pie­rzysk. Szcze­rze mó­wiąc, nie­wie­le to mó­wi­ło o ży­ciu pry­wat­nym Mar­li Simms. A Sara była prze­ko­na­na, że w cią­gu osiem­dzie­się­ciu z górą lat mu­sia­ły w nim na­stą­pić ja­kieś waż­ne wy­da­rze­nia, na­wet je­śli ko­bie­ta spę­dzi­ła całe ży­cie w tym sa­mym domu, w któ­rym się uro­dzi­ła.

Wska­zu­jąc ob­szer­ne po­miesz­cze­nie za sta­no­wi­skiem se­kre­tar­ki, Brad tłu­ma­czył da­lej dzie­ciom:

– A tam de­tek­ty­wi i funk­cjo­na­riu­sze, tacy jak ja, pro­wa­dzą wszyst­kie spra­wy… roz­ma­wia­ją przez te­le­fon i w ogó­le… prze­słu­chu­ją świad­ków, spi­su­ją ra­por­ty, wpro­wa­dza­ją dane do kom­pu­te­ra…

Umilkł stop­nio­wo, uświa­do­miw­szy so­bie, że chy­ba nikt go nie słu­cha. Więk­szość dzie­cia­ków le­d­wie mo­gła do­strzec su­fit sali ogól­nej nad kon­tu­arem. Zresz­tą, na­wet gdy­by było in­a­czej, wi­dok oko­ło trzy­dzie­stu biu­rek usta­wio­nych w pię­ciu rzę­dach i po­roz­dzie­la­nych roz­ma­ity­mi re­ga­ła­mi oraz me­ta­lo­wy­mi szaf­ka­mi na akta i tak nie przy­kuł­by ich uwa­gi. Sara po­my­śla­ła, że cała gru­pa za­czy­na te­raz gorz­ko ża­ło­wać, iż nie zo­sta­ła dzi­siaj na lek­cjach w szko­le.

– Za parę mi­nut po­ka­żę wam cele, w któ­rych trzy­ma­my aresz­to­wa­nych… – pod­jął Brad. Zer­k­nął ner­wo­wo na Sarę, jak­by się bał, że za chwi­lę wy­tknie mu oczy­wi­stą nie­ści­słość, po czym wy­ja­śnił: – To zna­czy… nie aresz­tu­je­my ich tam, tyl­ko za­my­ka­my już po aresz­to­wa­niu. Prze­trzy­mu­je­my za­trzy­ma­nych w ce­lach.

W za­pa­dłej na­gle ci­szy wy­raź­nie dał się sły­szeć ner­wo­wy chi­chot do­bie­ga­ją­cy gdzieś z tyl­nych rzę­dów wy­ciecz­ki. Sara, któ­ra zna­ła więk­szość jej uczest­ni­ków ze swo­jej prak­ty­ki w przy­chod­ni dzie­cię­cej, po­wio­dła po gru­pie kar­cą­cym wzro­kiem. Dzie­ła do­ko­na­ła Mar­la, pod­no­sząc się ener­gicz­nie z miej­sca, aż gło­śno za­skrzy­pia­ło jej ob­ro­to­we krze­sło. Le­d­wie wy­tknę­ła gło­wę nad kon­tu­ar, chi­cho­ty umil­kły jak no­żem uciął.

Mag­gie Bur­gess, któ­rej ro­dzi­ce dba­li o re­pu­ta­cję ośmio­lat­ki dużo bar­dziej, niż moż­na by ocze­ki­wać, od­wa­ży­ła się ode­zwać śpiew­nym gło­si­kiem:

– Dzień do­bry, dok­tor Lin­ton.

Sara ski­nę­ła gło­wą.

– Wi­taj, Mag­gie.

– Uff – syk­nął po­now­nie Brad, jak­by chciał w ten spo­sób za­ma­sko­wać głę­bo­ki ru­mie­niec, któ­ry po­ja­wił się na bla­dych po­licz­kach. Sara zwró­ci­ła uwa­gę, że jego spoj­rze­nie zde­cy­do­wa­nie za dłu­go za­trzy­ma­ło się na jej no­gach. – No więc… wszy­scy zna­cie dok­tor Lin­ton.

Mag­gie unio­sła wzrok do nie­ba.

– No pew­nie – pi­snę­ła, a jaw­na iro­nia obec­na w jej gło­sie wy­wo­ła­ła ko­lej­ną falę chi­cho­tów.

– Po­win­ni­ście wie­dzieć, że dok­tor Lin­ton jest nie tyl­ko pe­dia­trą, ale tak­że na­szym pa­to­lo­giem – cią­gnął Brad men­tor­skim to­nem, cho­ciaż mó­wił o rze­czach po­wszech­nie zna­nych. Nie bez po­wo­du był przed­mio­tem wie­lu żar­tów w na­pi­sach zdo­bią­cych ścia­ny to­a­let w pod­sta­wów­ce. – Jak się do­my­ślam, przy­szła dzi­siaj na ko­mi­sa­riat w spra­wie służ­bo­wej. Mam ra­cję, pani dok­tor?

– Oczy­wi­ście – od­par­ła Sara, wcie­la­jąc się w rolę oso­by rów­nej mu sta­tu­sem, cho­ciaż do­sko­na­le pa­mię­ta­ła, jak za­le­wał się rzew­ny­mi łza­mi na samo wspo­mnie­nie o za­strzy­ku. – Przy­szłam na roz­mo­wę z ko­men­dan­tem w spra­wie, nad któ­rą wspól­nie pra­cu­je­my.

Mag­gie już otwo­rzy­ła usta, żeby za­pew­ne wy­pa­plać ja­kąś za­sły­sza­ną od ro­dzi­ców prze­ra­ża­ją­cą plot­kę na te­mat sto­sun­ków łą­czą­cych Sarę z Jef­frey­em, ale szyb­ko ugry­zła się w ję­zyk, gdy znów groź­nie za­skrzy­pia­ło krze­sło Mar­li. Sara obie­ca­ła so­bie w du­chu, że w naj­bliż­szą nie­dzie­lę pod­czas na­bo­żeń­stwa w ko­ście­le po­dzię­ku­je Bogu za tę nie­świa­do­mą in­ter­wen­cję se­kre­tar­ki. Mar­la ode­zwa­ła się jed­nak to­nem rów­nie wy­zy­wa­ją­cym jak mała Mag­gie:

– Le­piej pój­dę spraw­dzić, czy ko­men­dant Tol­li­ver bę­dzie mógł cię przy­jąć.

– Bar­dzo dzię­ku­ję – od­par­ła Sara, po­spiesz­nie re­wi­du­jąc swo­je po­sta­no­wie­nie co do wi­zy­ty w ko­ście­le.

– No więc… – mruk­nął Brad, wciąż strze­pu­jąc pal­ca­mi kurz z czap­ki. – Może przej­dzie­my da­lej? – Otwo­rzył wa­ha­dło­we drzwicz­ki kon­tu­aru, żeby prze­pu­ścić swo­ich pod­opiecz­nych, ski­nął gło­wą Sa­rze i mruk­nął: – Pani wy­ba­czy. – Po czym ru­szył za nimi.

Po­de­szła do ścia­ny za­wie­szo­nej zdję­cia­mi i po­pa­trzy­ła na zna­jo­me twa­rze. Nie li­cząc okre­su na­uki w col­le­ge’u oraz prak­ty­ki w Gra­dy Ho­spi­tal w Atlan­cie, ona rów­nież całe ży­cie spę­dzi­ła w hrab­stwie Grant. Więk­szość męż­czyzn uwiecz­nio­nych na fo­to­gra­fiach gry­wa­ła z jej oj­cem w po­ke­ra. Młod­si za cza­sów jej dzie­ciń­stwa byli mi­ni­stran­ta­mi w tu­tej­szym ko­ście­le czy też pil­no­wa­li po­rząd­ku pod­czas me­czów lo­kal­nej dru­ży­ny fut­bo­lo­wej, gdy mia­ła kil­ka­na­ście lat i bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­ła po­de­rwać Ste­ve’a Man­na, ka­pi­ta­na klu­bu sza­cho­we­go. Za­nim wy­je­cha­ła do Atlan­ty, Mac An­ders przy­ła­pał ją wła­śnie ze Ste­ve’em w nie­dwu­znacz­nej sy­tu­acji na ty­łach baru „Ho­use of Chi­li­dogs”. Kil­ka ty­go­dni póź­niej jego wóz pa­tro­lo­wy sze­ścio­krot­nie prze­ko­zioł­ko­wał w cza­sie po­ści­gu za pi­ra­tem dro­go­wym, z cze­go Mac nie wy­szedł z ży­ciem.

Aż wstrzą­snął nią dreszcz na to wspo­mnie­nie i prze­mknął po ple­cach ni­czym od­ra­ża­ją­cy do­tyk ła­pek bie­gną­ce­go pa­ją­ka. Szyb­ko prze­su­nę­ła się do na­stęp­nej gru­py zdjęć, któ­re uka­zy­wa­ły ob­sa­dę ko­mi­sa­ria­tu w chwi­li ob­ję­cia przez Jef­freya sta­no­wi­ska ko­men­dan­ta. Prze­niósł się z Bir­ming­ham i wszy­scy od­no­si­li się scep­tycz­nie do jego umie­jęt­no­ści, zwłasz­cza po tym, jak przy­jął do służ­by Lenę Adams, pierw­szą po­li­cjant­kę w hi­sto­rii hrab­stwa Grant. Sara od­szu­ka­ła ją na zdję­ciu gru­po­wym. Lena trzy­ma­ła bro­dę wy­zy­wa­ją­co za­dar­tą ku gó­rze, w jej oczach tli­ły się bły­ski za­cię­to­ści. Obec­nie w ca­łym hrab­stwie słu­ży­ło kil­ka­na­ście ko­biet, jed­nak­że Adams na za­wsze mia­ła za­cho­wać pal­mę pierw­szeń­stwa. Mu­sia­ła wte­dy od­czu­wać nie­sa­mo­wi­tą pre­sję oto­cze­nia, choć zda­niem Sary ani tro­chę nie nada­wa­ła się do roli mę­czen­ni­cy. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, od­zna­cza­ła się pa­ro­ma ce­cha­mi cha­rak­te­ru, któ­re Sara uwa­ża­ła za od­ra­ża­ją­ce.

– Po­wie­dział, że mo­żesz wejść – ode­zwa­ła się Mar­la, sta­jąc w wa­ha­dło­wych drzwicz­kach. – To smut­ne, nie­praw­daż? – za­py­ta­ła, ru­chem gło­wy wska­zu­jąc zdję­cie Mac An­der­sa.

– Cho­dzi­łam jesz­cze do szko­ły, kie­dy zgi­nął.

– Więc ci nie po­wiem, co zro­bi­li temu by­dla­ko­wi, któ­ry ze­pchnął go z dro­gi – wy­ce­dzi­ła Mar­la z nie­skry­wa­ną sa­tys­fak­cją w gło­sie.

Sara i tak wie­dzia­ła, że pod­czas aresz­to­wa­nia gli­nia­rze tak ska­to­wa­li po­dej­rza­ne­go, że stra­cił jed­no oko. Ben Wal­ker, któ­ry był wte­dy ko­men­dan­tem, w ni­czym nie przy­po­mi­nał Jef­freya.

Mar­la otwo­rzy­ła sze­rzej wa­ha­dło­we drzwicz­ki i po­wie­dzia­ła:

– Sie­dzi nad ja­ki­miś pa­pie­ra­mi w po­ko­ju prze­słu­chań.

– Dzię­ki – mruk­nę­ła Sara i po raz ostat­ni rzu­ci­ła spoj­rze­nie na zdję­cie Maca, za­nim ru­szy­ła do sali ogól­nej.

Ko­mi­sa­riat po­wstał w po­ło­wie lat trzy­dzie­stych, kie­dy to wła­dze le­żą­cych bli­sko sie­bie miast He­arts­da­le, Ma­di­son oraz Avon­da­le po­sta­no­wi­ły po­łą­czyć jed­nost­ki po­li­cji i stra­ży po­żar­nej we wspól­ne służ­by hrab­stwa. Wcze­śniej mie­ści­ła się w tym bu­dyn­ku hala tar­go­wa miej­sco­wej spół­dziel­ni rol­ni­czej. Bur­mistrz od­ku­pił ją za psi grosz, gdy zban­kru­to­wa­ły ostat­nie spół­dziel­cze go­spo­dar­stwa rol­ne. W trak­cie prze­bu­do­wy cał­ko­wi­cie za­tra­co­ny zo­stał cha­rak­ter gma­chu, cze­mu nie za­ra­dzi­ły na­wet licz­ne re­mon­ty w ko­lej­nych dzie­się­cio­le­ciach. Z jed­ne­go ob­szer­ne­go pro­sto­kąt­ne­go po­miesz­cze­nia prze­kształ­co­ne­go w salę ogól­ną wy­od­ręb­nio­no je­dy­nie ga­bi­net ko­men­dan­ta w jed­nym rogu i ła­zien­kę w dru­gim. Syn­te­tycz­na ciem­na bo­aze­ria nadal śmier­dzia­ła za­tę­chłym dy­mem ty­to­nio­wym, po­cho­dzą­cym jesz­cze sprzed wpro­wa­dze­nia ry­go­ry­stycz­nych prze­pi­sów an­ty­ni­ko­ty­no­wych. Pod­wie­sza­ny su­fit spra­wiał wra­że­nie po­kry­te­go gru­bą war­stwą ku­rzu bez wzglę­du na czę­sto­tli­wość wy­mia­ny pły­tek, a te­ra­ko­ta na pod­ło­dze wciąż za­wie­ra­ła azbest, to­też Sara za­wsze wstrzy­my­wa­ła od­dech, ile­kroć szła po spę­ka­nej czę­ści po­sadz­ki przed drzwia­mi ła­zien­ki. Zresz­tą, w tej czę­ści sali i tak mu­sia­ła­by wstrzy­my­wać od­dech, gdyż nic tak wy­mow­nie nie świad­czy­ło o do­mi­na­cji męż­czyzn w tu­tej­szej po­li­cji, jak cha­rak­te­ry­stycz­na woń roz­ta­cza­ją­ca się u wej­ścia do ła­zien­ki ko­mi­sa­ria­tu.

Pchnę­ła ra­mie­niem cięż­kie że­la­zne drzwi prze­ciw­po­ża­ro­we, od­dzie­la­ją­ce salę ogól­ną od tyl­nej czę­ści ko­mi­sa­ria­tu. To skrzy­dło do­bu­do­wa­no przed pięt­na­stu laty, kie­dy bur­mistrz wpadł na po­mysł za­ro­bie­nia do­dat­ko­wych pie­nię­dzy za prze­trzy­my­wa­nie aresz­tan­tów z są­sied­nich hrabstw. Po­wstał wte­dy blok miesz­czą­cy trzy­dzie­ści cel, salę kon­fe­ren­cyj­ną oraz po­kój prze­słu­chań, ro­bią­cy w tam­tych cza­sach wra­że­nie wręcz luk­su­so­we­go, tyle że ze­sta­rzał się wy­jąt­ko­wo szyb­ko i na­wet mimo po­ło­żo­nej nie­daw­no świe­żej far­by wy­glą­dał nie­mal rów­nie ob­skur­nie jak star­sza część ko­mi­sa­ria­tu.

Stu­ka­jąc ob­ca­sa­mi po ka­fel­kach pod­ło­gi, prze­szła pra­wie na sam ko­niec dłu­gie­go ko­ry­ta­rza i za­trzy­ma­ła się przed drzwia­mi po­ko­ju prze­słu­chań, żeby wy­gła­dzić spód­ni­cę i zy­skać tro­chę na cza­sie. Od daw­na nie była już tak zde­ner­wo­wa­na przed spo­tka­niem z by­łym mę­żem, we­szła jed­nak do środ­ka z na­dzie­ją, że ni­cze­go po niej nie wi­dać.

Jef­frey sie­dział przy dłu­gim sto­le za­wa­lo­nym ster­ta­mi do­ku­men­tów i za­pi­sy­wał coś w no­tat­ni­ku. Był bez ma­ry­nar­ki, rę­ka­wy ko­szu­li miał pod­wi­nię­te. Na­wet nie pod­niósł gło­wy, kie­dy we­szła, mu­siał ją jed­nak za­uwa­żyć, bo gdy chcia­ła za­mknąć za sobą drzwi, rzekł:

– Zo­staw otwar­te.

Sta­nę­ła nad nim i po­sta­wi­ła tecz­kę na brze­gu sto­łu. Kie­dy wciąż nie pod­no­sił wzro­ku znad pa­pie­rów, za­czę­ła się za­sta­na­wiać, czy huk­nąć go tą tecz­ką po gło­wie, czy może ra­czej rzu­cić mu się do stóp. Po­dob­ne mie­sza­ne uczu­cia to­wa­rzy­szy­ły jej przez cały okres zna­jo­mo­ści z Jef­frey­em, to zna­czy pra­wie od pięt­na­stu lat, przy czym, jak do­tąd, to on za­wsze się przed nią ka­jał, jesz­cze nig­dy nie było od­wrot­nie. Do­pie­ro nie­daw­no, czte­ry lata po roz­wo­dzie, zdo­ła­li jako tako uło­żyć sto­sun­ki mię­dzy sobą. Trzy mie­sią­ce temu po­pro­sił ją, by po­wtór­nie za nie­go wy­szła, bo ura­żo­na duma nie po­zwa­la­ła mu się po­go­dzić z od­rzu­ce­niem nie­za­leż­nie od tego, ile razy Sara tłu­ma­czy­ła mu swo­je po­wo­dy. Od roz­wo­du spo­ty­ka­li się wy­łącz­nie na grun­cie za­wo­do­wym, jej zaś bra­ko­wa­ło już po­my­słów na wy­szu­ki­wa­nie no­wych pre­tek­stów.

Tłu­miąc gło­śne wes­tchnie­nie roz­pa­czy, mruk­nę­ła:

– Jef­frey?

– Wy­star­czy, jak po­ło­żysz tam swój ra­port – rzekł, ru­chem gło­wy wska­zu­jąc wol­ny róg sto­łu, jak­by cał­ko­wi­cie po­chła­nia­ło go pod­kre­śla­nie nie­któ­rych wy­ra­zów w spi­sa­nych no­tat­kach.

– Są­dzi­łam, że bę­dziesz chciał go przej­rzeć ra­zem ze mną.

– Od­kry­łaś coś nie­zwy­kłe­go? – za­py­tał, przy­su­wa­jąc so­bie ko­lej­ną ster­tę do­ku­men­tów i wciąż nie pod­no­sząc wzro­ku.

– Owszem. Zna­la­złam w dol­nym od­cin­ku je­li­ta mapę z za­zna­czo­nym miej­scem ukry­cia ja­kie­goś skar­bu.

Nie dał się zła­pać na tę przy­nę­tę.

– Opi­sa­łaś to w ra­por­cie?

– Oczy­wi­ście, że nie – syk­nę­ła roz­pacz­li­wym to­nem. – Nie mam za­mia­ru dzie­lić się taką for­tu­ną z urzę­dem po­dat­ko­wym.

Ob­rzu­cił ją ostrym spoj­rze­niem, świad­czą­cym wy­raź­nie, że nie po­dzie­la jej po­czu­cia hu­mo­ru.

– Nie są­dzisz, że zmar­łym na­le­ży się tro­chę wię­cej sza­cun­ku?

Za­wsty­dzi­ła się i na krót­ko od­wró­ci­ła gło­wę.

– Jaka jest two­ja opi­nia? – za­py­tał.

– Śmierć z przy­czyn na­tu­ral­nych. W prób­kach krwi i mo­czu ni­cze­go nie wy­kry­to. Nie zna­la­złam też żad­nych po­dej­rza­nych śla­dów na cie­le w trak­cie oglę­dzin zwłok. Mia­ła prze­cież dzie­więć­dzie­siąt osiem lat. Ode­szła w spo­ko­ju pod­czas snu.

– To do­brze.

Przy­glą­da­ła się, jak da­lej coś za­pi­su­je. Mia­ła na­dzie­ję, iż w koń­cu do­trze do nie­go, że ona nie za­mie­rza jesz­cze stąd wy­cho­dzić. Miał pięk­ny cha­rak­ter pi­sma, któ­re­go pod żad­nym po­zo­rem nie moż­na by się spo­dzie­wać po by­łym gra­czu fut­bo­lo­wym, a obec­nie po­li­cjan­cie. W pew­nym sen­sie za­ko­cha­ła się w nim mię­dzy in­ny­mi wła­śnie z po­wo­du tego pięk­ne­go cha­rak­te­ru pi­sma.

Ner­wo­wo prze­stą­pi­ła z nogi na nogę.

– Usiądź – za­pro­po­no­wał w koń­cu, wy­cią­ga­jąc rękę po ra­port.

Przy­su­nę­ła so­bie krze­sło, usia­dła, wy­ję­ła do­ku­men­ty z tecz­ki i po­da­ła mu. Po­spiesz­nie prze­biegł je wzro­kiem.

– Pro­sta spra­wa – mruk­nął.

– Już roz­ma­wia­łam z jej dzieć­mi – od­par­ła, czu­jąc się nie­swo­jo na brzmie­nie tego sło­wa, jako że naj­młod­szy syn zmar­łej był trzy­dzie­ści lat od niej star­szy. – Wie­dzą, że ich po­dej­rze­nia były bez­za­sad­ne.

– Do­brze – po­wtó­rzył Jef­frey, skła­da­jąc pod­pis na ostat­niej stro­nie ra­por­tu. Odło­żył go na brzeg sto­łu, za­ło­żył skuw­kę na pió­ro i za­py­tał: – To wszyst­ko?

– Mama prze­sy­ła ci po­zdro­wie­nia.

Z wy­raź­nym ocią­ga­niem za­py­tał:

– A co u Tess?

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, nie wie­dząc, co od­po­wie­dzieć, gdyż jej sto­sun­ki z sio­strą znacz­nie się po­gor­szy­ły od cza­su roz­wo­du z Jef­frey­em. Po­sta­no­wi­ła więc spy­tać wprost:

– Jak dłu­go za­mie­rzasz to jesz­cze cią­gnąć?

Na pew­no zro­zu­miał, o co jej cho­dzi, po­stu­kał jed­nak pal­cem w roz­ło­żo­ne pa­pie­ry i rzekł:

– Mu­szę się z tym wszyst­kim upo­rać do roz­pra­wy, któ­ra za­czy­na się w przy­szłym mie­sią­cu.

– Do­brze wiesz, że nie o to py­ta­łam.

– Nie są­dzę, byś mia­ła pra­wo od­zy­wać się do mnie tym to­nem. – Od­chy­lił się na opar­cie krze­sła. Wi­dać było, że jest prze­mę­czo­ny. Bez­pow­rot­nie znik­nął uśmiech, któ­ry nie­mal za­wsze wid­niał na jego war­gach.

– Do­brze sy­piasz?

– To po­waż­na spra­wa – mruk­nął.

Sara po­my­śla­ła jed­nak, że po­wód nie­wy­spa­nia może być cał­kiem inny.

– Cze­go na­praw­dę chcesz?

– Nie mo­że­my po pro­stu po­roz­ma­wiać?

– O czym? – Od­chy­lił się z krze­słem do tyłu, ba­lan­su­jąc na dwóch no­gach. Nie do­cze­kaw­szy się od­po­wie­dzi, do­dał: – No więc?

– Chcia­łam tyl­ko…

– Co zno­wu? – prze­rwał jej i wy­dął war­gi. – Prze­cież roz­ma­wia­li­śmy na ten te­mat set­ki razy. Nie wie­rzę, byś mo­gła mi po­wie­dzieć coś no­we­go.

– Chcia­łam się z tobą zo­ba­czyć.

– Po­wie­dzia­łem już, że je­stem za­wa­lo­ny ro­bo­tą.

– Ale kie­dyś ją skoń­czysz…

– Saro!

– Jef­frey! – spa­ro­wa­ła od­ru­cho­wo. – Je­śli w ogó­le nie chcesz się ze mną wi­dy­wać, po­wiedz to wprost i nie szu­kaj wy­mó­wek. By­wa­li­śmy nie­jed­no­krot­nie bar­dziej za­wa­le­ni ro­bo­tą i ja­koś znaj­do­wa­li­śmy czas dla sie­bie. Je­śli do­brze pa­mię­tam, wła­śnie dzię­ki temu ła­twiej przy­cho­dzi­ło nam to znieść. – Wska­za­ła pię­trzą­ce się przed nim pa­pie­rzy­ska.

Z hu­kiem po­sta­wił z po­wro­tem krze­sło na czte­rech no­gach.

– Nie ro­zu­miem, do cze­go zmie­rzasz.

Po­sta­no­wi­ła jesz­cze raz za­ry­zy­ko­wać.

– Na przy­kład do sek­su.

– Wszę­dzie mogę so­bie zna­leźć part­ner­kę.

Sara unio­sła brwi, ale po­wstrzy­ma­ła się od zło­śli­we­go ko­men­ta­rza. To, że Jef­frey fak­tycz­nie mógł so­bie w każ­dej chwi­li zna­leźć inną part­ner­kę, było jed­ną z pod­sta­wo­wych przy­czyn roz­wo­du. Się­gnął po pió­ro, żeby wró­cić do ro­bie­nia no­ta­tek, lecz gwał­tow­nym ru­chem wy­rwa­ła mu je z ręki. Pró­bu­jąc stłu­mić de­spe­ra­cję w swo­im gło­sie, syk­nę­ła:

– Uwa­żasz, że tyl­ko po­wtór­ny ślub umoż­li­wił­by nam po­wrót do nor­mal­no­ści?

Od­wró­cił szyb­ko gło­wę, naj­wy­raź­niej roz­ba­wio­ny jej re­ak­cją.

– W koń­cu by­li­śmy już mał­żeń­stwem – przy­po­mnia­ła – i omal nie skoń­czy­ło się to dla nas ka­ta­stro­fą.

– Owszem. Pa­mię­tam.

Zde­cy­do­wa­ła się zgrać swo­ją kar­tę atu­to­wą.

– Mógł­byś wy­na­jąć swój dom na przy­kład stu­den­tom z col­le­ge’u.

Za­my­ślił się na chwi­lę i za­py­tał:

– Niby dla­cze­go miał­bym to ro­bić?

– Żeby się prze­pro­wa­dzić do mnie.

– I żyć z tobą w grze­chu?

Za­śmia­ła się.

– Od kie­dy to sta­łeś się taki re­li­gij­ny?

– Od cza­su, gdy twój oj­ciec za­siał we mnie lęk przed karą bo­ską – od­parł na­tych­miast z cał­kiem po­waż­ną miną. – Zro­zum, Saro, ja chcę mieć żonę, a nie tyl­ko ko­goś do łóż­ka.

Za­kłu­ło ją to okre­śle­nie.

– Tak o mnie my­ślisz?

– Sam już nie wiem – bąk­nął, jak­by do­pa­dło go po­czu­cie winy. – Zmę­czy­ło mnie to sza­mo­ta­nie się na koń­cu smy­czy, za któ­rą po­cią­gasz tyl­ko wte­dy, kie­dy czu­jesz się sa­mot­na.

Otwo­rzy­ła już usta, ale od­po­wiedź nie prze­szła jej przez gar­dło.

Jef­frey po­krę­cił gło­wą i mruk­nął po­jed­naw­czo:

– Prze­pra­szam. Nie chcia­łem cię ura­zić.

– Za­tem my­ślisz, że przy­szłam tu ro­bić z sie­bie idiot­kę, bo do­ku­cza mi sa­mot­ność?

– Po­wie­dzia­łem prze­cież, że ni­cze­go już nie je­stem pe­wien poza tym, że na­praw­dę mam kupę ro­bo­ty. – Wy­cią­gnął rękę. – Czy mo­gła­byś mi od­dać pió­ro?

Jesz­cze moc­niej za­ci­snę­ła je w pal­cach.

– Na­praw­dę chcę być z tobą.

– Prze­cież wła­śnie je­steś. – Wy­cią­gnął dłoń jesz­cze da­lej.

Zła­pa­ła go lewą ręką za nad­gar­stek.

– Tę­sk­nię za tobą – po­wie­dzia­ła. – Bar­dzo mi cie­bie bra­ku­je.

Wzru­szył lek­ko ra­mio­na­mi, ale nie cof­nął ręki. Po­spiesz­nie przy­ci­snę­ła do swo­ich warg jego pal­ce pach­ną­ce atra­men­tem i owsia­nym kre­mem na­wil­ża­ją­cym, któ­re­go uży­wał w ta­jem­ni­cy przed wszyst­ki­mi.

– Brak mi do­ty­ku two­ich dło­ni.

Wpa­try­wał się w nią nie­ru­cho­mym wzro­kiem. Prze­cią­gnę­ła jego pal­ca­mi po swo­ich war­gach i za­py­ta­ła:

– A ty nie tę­sk­nisz za mną?

Prze­krzy­wił nie­co gło­wę i po­now­nie lek­ko wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Zro­zum, że na­praw­dę chcę być z tobą. Za­le­ży mi… – Zer­k­nę­ła szyb­ko przez ra­mię, żeby się upew­nić, że w ko­ry­ta­rzu ni­ko­go nie ma, po czym szep­tem przed­sta­wi­ła mu pro­po­zy­cję tego, za co sza­nu­ją­ca się pro­sty­tut­ka na­li­czy­ła­by po­dwój­ną staw­kę.

Jef­frey aż roz­dzia­wił usta i oczy roz­sze­rzy­ły mu się ze zdu­mie­nia.

Za­ci­snął pal­ce na jej dło­ni i rzekł z ocią­ga­niem:

– Nie ro­bi­łaś tego od na­sze­go ślu­bu.

– No cóż… – Uśmiech­nę­ła się lek­ko. – Te­raz znów nie je­ste­śmy mał­żeń­stwem, praw­da?

Za­sta­na­wiał się wciąż nad ku­szą­cą pro­po­zy­cją, gdy roz­le­gło się do­no­śne pu­ka­nie w fu­try­nę otwar­tych drzwi. Za­re­ago­wał tak, jak­by tuż nad uchem ktoś wy­pa­lił mu z re­wol­we­ru. Wy­szarp­nął rękę z jej uści­sku i po­de­rwał się z krze­sła.

Frank Wal­la­ce, jego za­stęp­ca, ode­zwał się nie­śmia­ło:

– Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam…

Jef­frey zro­bił po­iry­to­wa­ną minę, tyle że Sara nie po­tra­fi­ła oce­nić, czy to ona jest po­wo­dem tej iry­ta­cji, czy też po­ja­wie­nie się Fran­ka.

– O co cho­dzi?

Wal­la­ce zer­k­nął na te­le­fon wi­szą­cy na ścia­nie i od­parł:

– Nie odło­ży­łeś słu­chaw­ki.

Jef­frey nadal przy­glą­dał mu się w mil­cze­niu.

– Mar­la pro­si­ła, bym ci prze­ka­zał, że w lob­by cze­ka ja­kiś chło­pak. – Wy­cią­gnął z kie­sze­ni chu­s­tecz­kę i otarł spo­co­ne czo­ło. – Wi­taj, Saro.

Otwo­rzy­ła już usta, żeby od­po­wie­dzieć, lecz za­sko­czył ją wi­dok Fran­ka.

– Do­brze się czu­jesz?

Skrzy­wił się i przy­ci­snął rękę do brzu­cha.

– Chy­ba coś mi za­szko­dzi­ło.

Wsta­ła i przy­tknę­ła dłoń do jego po­licz­ka. Skó­rę miał lep­ką od potu.

– Je­steś od­wod­nio­ny. – Zła­pa­ła go za rękę i za­czę­ła mie­rzyć puls. – Po­wi­nie­neś dużo wię­cej pić.

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

Jesz­cze przez chwi­lę wpa­try­wa­ła się w tar­czę ze­gar­ka, po czym za­py­ta­ła:

– Wy­mio­to­wa­łeś? Mia­łeś roz­wol­nie­nie?

Po­ru­szył się ner­wo­wo, naj­wy­raź­niej zmie­sza­ny.

– Nic mi nie jest – bąk­nął, prze­cząc oczy­wi­stym fak­tom. – Ślicz­nie dziś wy­glą­dasz.

– Cie­szę się, że w koń­cu ktoś to za­uwa­żył – od­par­ła, po­sy­ła­jąc Jef­frey­owi zna­czą­ce spoj­rze­nie.

Ten za­bęb­nił pal­ca­mi o brzeg biur­ka, wciąż tak samo po­iry­to­wa­ny.

– Idź do domu, Frank. Kiep­sko wy­glą­dasz.

Wal­la­ce po­pa­trzył na nie­go z wy­raź­ną ulgą.

– Je­śli nie po­pra­wi ci się do ju­tra, za­dzwoń do mnie – po­wie­dzia­ła Sara.

Ski­nął gło­wą i zwró­cił się do Jef­freya:

– Nie za­po­mnij o tym chło­pa­ku cze­ka­ją­cym w lob­by.

– Kto to jest?

– Ja­kiś Smith. Nic wię­cej nie wiem… – Zno­wu przy­ci­snął rękę do brzu­cha i jęk­nął gar­dło­wo. Po­spiesz­nie od­wró­cił się do wyj­ścia, rzu­ca­jąc przez ra­mię: – Prze­pra­szam.

Jef­frey za­cze­kał, aż Frank się od­da­li, po czym syk­nął:

– Wszyst­ko na mo­jej gło­wie.

– Prze­cież sam wi­dzia­łeś, jak on się czu­je.

– Na szczę­ście wra­ca dziś Lena – rzekł, na­wią­zu­jąc do by­łej part­ner­ki Fran­ka. – Po­win­na się sta­wić na służ­bie o dzie­sią­tej.

– I co z tego?

– Nie na­tknę­łaś się jesz­cze na Mat­ta? Dzwo­nił rano i pró­bo­wał się wy­mó­wić cho­ro­bą, ale ka­za­łem mu przy­jeż­dżać na ko­mi­sa­riat.

– Po­dej­rze­wasz, że dwóch naj­star­szych ran­gą śled­czych spe­cjal­nie się za­tru­ło, żeby nie spo­tkać dzi­siaj Leny?

Jef­frey pod­szedł do te­le­fo­nu i od­wie­sił słu­chaw­kę na wi­deł­ki.

– Pra­cu­ję tu już od pięt­na­stu lat i jesz­cze nig­dy nie wi­dzia­łem, żeby Matt Ho­gan ku­po­wał chiń­skie żar­cie.

Może i coś w tym było, Sara wo­la­ła jed­nak trak­to­wać te przy­pad­ki jak zwy­kły zbieg oko­licz­no­ści. Nie­za­leż­nie od tego, co Frank mó­wił o Le­nie, z pew­no­ścią nie była mu obo­jęt­na. W koń­cu pra­co­wa­li ra­zem pra­wie przez dzie­sięć lat. Wie­dzia­ła z wła­sne­go do­świad­cze­nia, że po tak dłu­gim cza­sie trud­no po pro­stu o kimś za­po­mnieć.

Jef­frey prze­łą­czył apa­rat na gło­śnik i wy­brał nu­mer we­wnętrz­ny.

– Mar­la?

Roz­le­gła się se­ria trza­sków i po chwi­li do­le­ciał głos se­kre­tar­ki.

– Słu­cham, ko­men­dan­cie.

– Czy Matt się już po­ja­wił?

– Jesz­cze nie. Za­czy­nam się mar­twić, czy nie roz­cho­ro­wał się na do­bre.

– Jak tyl­ko przy­je­dzie, po­wiedz mu, że go szu­ka­łem. Nadal ktoś tam na mnie cze­ka?

– Tak. I za­czy­na się po­wo­li de­ner­wo­wać – od­par­ła ści­szo­nym gło­sem.

– Za­raz przyj­dę. – Prze­rwał po­łą­cze­nie i mruk­nął pod no­sem: – Nie mam cza­su na żad­ne po­ga­węd­ki.

– Jeff…

– Mu­szę spraw­dzić, o co cho­dzi – rzu­cił i wy­szedł z po­ko­ju.

Ru­szy­ła za nim ko­ry­ta­rzem pra­wie bie­giem, chcąc go do­go­nić.

– Je­śli skrę­cę so­bie kost­kę w tych prze­klę­tych szpil­kach…

Zer­k­nął na jej buty.

– Czyż­byś my­śla­ła, że jak przy­drep­czesz tu z nie­przy­zwo­itą pro­po­zy­cją, w szpil­kach i gar­son­ce, od razu za­cznę cię bła­gać, że­byś po­zwo­li­ła mi do sie­bie wró­cić?

Ro­sną­ce za­kło­po­ta­nie do­pro­wa­dzi­ło ją do zło­ści.

– Jak to jest, że gdy mi na tym za­le­ży, mó­wisz o nie­przy­zwo­itych pro­po­zy­cjach, ale gdy nie mam ocho­ty, a mimo wszyst­ko to ro­bię, jest to wy­łącz­nie kwe­stią sek­su?

Za­trzy­mał się przed że­la­zny­mi drzwia­mi prze­ciw­po­ża­ro­wy­mi z ręką na klam­ce.

– To nie w po­rząd­ku.

– Pan też tak uwa­ża, dok­to­rze Freud?

– Dla mnie to nie jest za­ba­wa, Saro.

– A my­ślisz, że dla mnie jest?

– Nie wiem, z ja­kim za­mia­rem tu przy­szłaś – syk­nął ze zło­ścią, a lo­do­wa­te bły­ski w jego oczach zmro­zi­ły ją do szpi­ku ko­ści. – W każ­dym ra­zie nie mogę tak dłu­żej żyć.

Po­ło­ży­ła mu dłoń na ra­mie­niu i szep­nę­ła:

– Za­cze­kaj. – Kie­dy nadal wpa­try­wał jej się pro­sto w oczy, zmu­si­ła się, by wy­znać: – Ko­cham cię.

Uśmiech­nął się lek­ce­wa­żą­co.

– Dzię­ki.

– Pro­szę. Prze­cież nie­po­trzeb­ny nam urzę­do­wy świ­stek, by­śmy mo­gli so­bie na­wza­jem po­wie­dzieć, co na­praw­dę czu­je­my.

– Czy nadal do cie­bie nie do­cie­ra, że mnie on jed­nak jest po­trzeb­ny? – wy­ce­dził, otwie­ra­jąc drzwi.

Wkro­czy­ła za nim do sali ogól­nej, lecz ura­żo­na duma na­ka­za­ła jej zwol­nić kro­ku. Kil­ku funk­cjo­na­riu­szy z pa­tro­li i de­tek­ty­wów przy­stą­pi­ło już do pra­cy, sie­dzie­li przy swo­ich biur­kach i pi­sa­li ra­por­ty, bądź roz­ma­wia­li przez te­le­fon. Brad za­cią­gnął grup­kę swo­ich pod­opiecz­nych w kąt przy eks­pre­sie do kawy, gdzie za­pew­ne tłu­ma­czył dzie­ciom, ja­kie­go typu fil­trów pa­pie­ro­wych na­le­ży uży­wać w tym urzą­dze­niu albo ile ły­że­czek kawy trze­ba wziąć na dzba­nek na­po­ju.

W lob­by sta­ło dwóch mło­dych lu­dzi. Je­den tkwił w nie­dba­łej po­zie, opar­ty ra­mie­niem o ścia­nę, dru­gi cze­kał przed sta­no­wi­skiem Mar­li. Sara do­my­śli­ła się, że to wła­śnie on chciał się wi­dzieć z Jef­frey­em. Oce­ni­ła, że Smith jest bar­dzo mło­dy, mniej wię­cej w wie­ku Bra­da. Ubra­ny w czar­ną pi­ko­wa­ną skó­rza­ną kurt­kę, za­pię­tą pod szy­ję mimo sierp­nio­we­go upa­łu, z wy­go­lo­ną do gład­kiej skó­ry gło­wą. Na­wet gru­be ubra­nie nie było w sta­nie ukryć jego mu­sku­lar­nej, atle­tycz­nej syl­wet­ki. Ner­wo­wo wo­dził spoj­rze­niem po ca­łej sali, na ni­kim nie za­trzy­mu­jąc dłu­żej spoj­rze­nia. Do tego przy każ­dym ob­ro­cie gło­wy zer­kał na drzwi fron­to­we, jak­by uważ­nie lu­stro­wał uli­cę przed ko­mi­sa­ria­tem. W sa­mej jego po­sta­wie było coś, co ka­za­ło go wią­zać z woj­skiem, a co do­dat­ko­wo na­si­li­ło po­de­ner­wo­wa­nie Sary.

I ona za­czę­ła się roz­glą­dać po sali, pró­bu­jąc zi­den­ty­fi­ko­wać obiekt za­in­te­re­so­wa­nia Smi­tha. Jef­frey za­trzy­mał się na chwi­lę przy jed­nym ze sta­no­wisk, żeby za­mie­nić parę słów ze swo­im pod­wład­nym. Prze­su­nął ka­bu­rę z bro­nią bar­dziej do tyłu i przy­siadł na brze­gu biur­ka, żeby wpi­sać coś do kom­pu­te­ra. Brad wciąż tłu­ma­czył coś dzie­ciom, trzy­ma­jąc rękę na tkwią­cym za pa­sem po­jem­ni­ku z ga­zem łza­wią­cym. Poza tym w sali na­li­czy­ła jesz­cze pię­ciu po­li­cjan­tów, wszy­scy byli za­ję­ci spi­sy­wa­niem ra­por­tów albo mo­zol­nym stu­ka­niem w kla­wi­sze kom­pu­te­rów. Po­czu­cie bli­żej nie­okre­ślo­ne­go za­gro­że­nia prze­szy­ło ją ni­czym wstrząs elek­trycz­ny. Mia­ła wra­że­nie, że ob­raz przed ocza­mi na­gle za­dzi­wia­ją­co się wy­ostrzył.

Fron­to­we drzwi otwo­rzy­ły się z ci­chym szu­mem i do środ­ka wszedł Matt Ho­gan. Na jego wi­dok Mar­la po­wie­dzia­ła:

– No, je­steś wresz­cie. Wszy­scy tu na cie­bie cze­ka­ją.

Mło­dzie­niec po­spiesz­nie wsu­nął dłoń pod połę kurt­ki, a Sara krzyk­nę­ła ostrze­gaw­czo:

– Jef­frey!

Wszyst­kie gło­wy zwró­ci­ły się w jej kie­run­ku, ona jed­nak nie spusz­cza­ła z oczu Smi­tha, któ­ry bły­ska­wicz­nie wy­szarp­nął zza pa­zu­chy ob­rzyn­ka z opi­ło­wa­ną lufą, wy­mie­rzył Mat­to­wi w twarz i na­ci­snął oba spu­sty.

Krew i sza­ra tkan­ka mó­zgo­wa try­snę­ły na oszklo­ne drzwi ni­czym roz­py­lo­ne z węża pod wiel­kim ci­śnie­niem. Ho­gan, z krwa­wą mia­zgą w miej­scu twa­rzy, po­le­ciał do tyłu i grzmot­nął ple­ca­mi o drzwi, w któ­rych szy­ba po­pę­ka­ła pro­mie­ni­ście, ale się nie stłu­kła. Dzie­ci pod­nio­sły chó­ral­ny pisk, a Brad po­spiesz­nie pchnął je na pod­ło­gę i zwa­lił się na całą gru­pę, przy­gważ­dża­jąc ją swo­im cię­ża­rem do po­sadz­ki. Wy­bu­chła bez­ład­na strze­la­ni­na. Je­den z po­li­cjan­tów zwa­lił się na zie­mię u stóp Sary z wiel­ką dziu­rą w pier­si, a jego pi­sto­let wy­pa­lił od ude­rze­nia o ka­fel­ki i z brzę­kiem po­to­czył się w głąb sali. Wszę­dzie do­ko­ła sy­pa­ły się okru­chy szkła z roz­trza­ski­wa­nych fo­to­gra­fii, w po­wie­trzu la­ta­ły róż­ne przed­mio­ty pod­ry­wa­ne z biu­rek przez po­ci­ski. Spa­da­ły mo­ni­to­ry kom­pu­te­rów, sy­pa­ły się iskry, roz­cho­dził się swąd pa­lo­nej izo­la­cji. Do­ku­men­ty fru­wa­ły ni­czym su­che li­ście mio­ta­ne po­ry­wa­mi gwał­tow­ne­go wia­tru, a huk wy­strza­łów był tak ogłu­sza­ją­cy, że Sara od­nio­sła wra­że­nie, iż lada mo­ment po­pę­ka­ją jej bę­ben­ki.

– Ucie­kaj! – wrza­snął Jef­frey.

W tej sa­mej chwi­li po­czu­ła ostre ukłu­cie w po­li­czek i bły­ska­wicz­nie przy­tknę­ła dłoń do miej­sca, w któ­rym ja­kiś odła­mek roz­ciął jej skó­rę. Uświa­do­mi­ła so­bie, że klę­czy na pod­ło­dze za biur­kiem, cho­ciaż nie mia­ła po­ję­cia, jak się tu zna­la­zła. W po­śpie­chu dała nura za naj­bliż­szą me­ta­lo­wą szaf­kę na akta. Swąd pro­chu tak moc­no dra­pał w gar­dle, jak­by się na­pi­ła żrą­ce­go kwa­su.

– Te­raz! – huk­nął Jef­frey przy­kuc­nię­ty parę biu­rek da­lej.

Z lufy jego pi­sto­le­tu za­czę­ły raz za ra­zem blu­zgać bia­łe ję­zy­ki ognia, kie­dy pró­bo­wał osło­nić jej od­wrót. Na­gle całą fron­to­wą czę­ścią bu­dyn­ku wstrzą­snął po­tęż­ny huk, po­tem dru­gi.

– Tędy! – krzyk­nął Frank kry­ją­cy się za że­la­zny­mi drzwia­mi prze­ciw­po­ża­ro­wy­mi i strze­la­ją­cy zza nich na oślep w kie­run­ku lob­by.

Je­den z funk­cjo­na­riu­szy rzu­cił się do uciecz­ki na tyły ko­mi­sa­ria­tu i otwo­rzył sze­rzej drzwi, na krót­ko od­sła­nia­jąc przy­cup­nię­te­go za nimi Wal­la­ce’a. W dru­gim koń­cu sali inny gli­niarz pró­bo­wał sko­czyć na ra­tu­nek dzie­ciom, lecz tyl­ko skrzy­wił się gwał­tow­nie z bólu, zwa­lił na pod­ło­gę i po­czoł­gał za osło­nę re­ga­łu. W po­wie­trzu było już gę­sto od dymu, swąd pro­chu dła­wił w gar­dle, a w lob­by huk strza­łów tyl­ko przy­bie­rał na sile. Sarę ob­le­ciał śmier­tel­ny strach, gdy roz­po­zna­ła cha­rak­te­ry­stycz­ny ter­kot pi­sto­le­tu ma­szy­no­we­go. Ban­dy­ci byli świet­nie przy­go­to­wa­ni na rzeź.

Ktoś za­wo­łał:

– Dok­tor Lin­ton!

Chwi­lę póź­niej po­czu­ła na swo­jej szyi parę drob­nych dzie­cię­cych rą­czek. Mag­gie Bur­gess ja­kimś cu­dem zdo­ła­ła się prze­do­stać aż tu­taj, a Sara in­stynk­tow­nie ob­ję­ła ją i przy­tu­li­ła do sie­bie. Do­strze­gł­szy to, Jef­frey się­gnął do ka­bu­ry na no­dze i gwał­tow­nym wy­ma­chem ręki dał jej znać, żeby sko­czy­ła z dziew­czyn­ką do wyj­ścia, gdy bę­dzie je osła­niał. Szyb­ko ścią­gnę­ła z nóg szpil­ki i przy­cza­iła się w kuc­ki za sza­fą. Mia­ła jed­nak wra­że­nie, że mi­nę­ła cała wiecz­ność, za­nim Jef­frey w koń­cu wy­chy­lił się zza biur­ka i za­czął strze­lać z obu pi­sto­le­tów jed­no­cze­śnie. Po­de­rwa­ła się na nogi, do­pa­dła drzwi prze­ciw­po­ża­ro­wych i wci­snę­ła małą w ob­ję­cia Fran­ka. Mimo że kule świ­sta­ły w po­wie­trzu i na wszyst­kie stro­ny bry­zga­ły odłam­ki roz­trza­ska­nych ka­fel­ków, po­spiesz­nie wy­co­fa­ła się na czwo­ra­kach pod osło­nę że­la­znej szaf­ki na akta.

Ob­ma­ca­ła się bły­ska­wicz­nie, żeby spraw­dzić, czy nie zo­sta­ła ran­na. Była cała za­krwa­wio­na, ale zo­rien­to­wa­ła się, że to nie jej krew. Frank po­now­nie uchy­lił drzwi pro­wa­dzą­ce na tyły bu­dyn­ku i po­ci­ski za­bęb­ni­ły o nie ze zdwo­jo­ną siłą. Wy­cią­gnął rękę i znów za­czął na oślep od­po­wia­dać ogniem w kie­run­ku lob­by.

– Ucie­kaj! – krzyk­nął po­now­nie Jef­frey, szy­ku­jąc się, by znów za­pew­nić jej osło­nę.

Ona jed­nak nie mo­gła ode­rwać wzro­ku od na­stęp­ne­go dziec­ka kry­ją­ce­go się za kil­ko­ma prze­wró­co­ny­mi krze­sła­mi. Roz­po­zna­ła zna­ne­go jej z przy­chod­ni Rona Ca­rve­ra, któ­ry wy­glą­dał na rów­nie prze­ra­żo­ne­go jak ona. Unio­sła obie ręce, da­jąc mu na migi znać, żeby po­zo­stał na miej­scu, do­pó­ki ko­men­dant nie za­cznie strze­lać. Ale chłop­czyk nie wy­trzy­mał i rzu­cił się w jej kie­run­ku z ni­sko po­chy­lo­ną gło­wą i bro­dą wbi­tą w pier­si, sze­ro­ko wy­ma­chu­jąc rącz­ka­mi. Jef­frey po­spiesz­nie za­czął strze­lać, chcąc od­cią­gnąć od nie­go uwa­gę ban­dy­ty uzbro­jo­ne­go w pi­sto­let ma­szy­no­wy, lecz po­cisk tra­fił Rona w nogę i omal nie ode­rwał mu sto­py. Chło­piec zwa­lił się na bok i w pa­ni­ce za­czął się gwał­tow­nie czoł­gać, od­py­cha­jąc się od te­ra­ko­ty na­wet zra­nio­ną nogą, byle tyl­ko jak naj­szyb­ciej wy­do­stać się z sali.

Kie­dy padł wresz­cie w ob­ję­cia Sary, po­czu­ła, że jego ser­dusz­ko tłu­cze się w osza­la­łym ryt­mie ni­czym spło­szo­ny ptak w klat­ce. Bły­ska­wicz­nym ru­chem ścią­gnę­ła z Rona ba­weł­nia­ną ko­szul­kę, szarp­nię­ciem ode­rwa­ła rę­kaw i zro­bi­ła z nie­go pro­wi­zo­rycz­ny opa­tru­nek na sil­nie krwa­wią­cej no­dze chłop­ca. Resz­tą ko­szul­ki przy­wią­za­ła dyn­da­ją­cą na skraw­ku cia­ła sto­pę, mo­dląc się w du­chu, by w szpi­ta­lu dało się ją ura­to­wać.

– Niech mnie pani nie za­bie­ra do wyj­ścia – chli­pał mały. – Pro­szę, dok­tor Lin­ton. Niech mnie pani stąd nie ru­sza.

– Mu­si­my wyjść, Ron­ny – od­par­ła, si­ląc się na su­ro­wy ton.

– Pro­szę! Niech mnie pani nie za­bie­ra! – za­pisz­czał gło­śniej.

– Sara! – krzyk­nął Jef­frey.

Przy­tu­li­ła Rona do sie­bie i wyj­rza­ła zza szaf­ki w ocze­ki­wa­niu na sy­gnał. Jak tyl­ko Jef­frey za­czął strze­lać, z chłop­cem w ra­mio­nach po raz dru­gi sko­czy­ła do drzwi prze­ciw­po­ża­ro­wych.

Le­d­wie wy­nu­rzy­li się w przej­ściu, chło­piec za­czął wierz­gać i hi­ste­rycz­nie pisz­czeć na cały głos:

– Nie! Ja nie chcę! Pro­szę mnie zo­sta­wić!

Za­kry­ła mu dło­nią usta i po­bie­gła, le­d­wie zwra­ca­jąc uwa­gę na do­tkli­wy ból w dło­ni, gdy zęby ma­łe­go wbi­ły jej się głę­bo­ko w skó­rę. Frank wy­cią­gnął ręce i wy­rwał Rona z jej ob­jęć. Za­nim od­wró­cił się i po­gnał ko­ry­ta­rzem, ją tak­że pró­bo­wał zła­pać pod pa­chę, ale wy­szarp­nę­ła się i po­bie­gła z po­wro­tem za osło­nę szaf­ki na akta, roz­glą­da­jąc się za po­zo­sta­ły­mi dzieć­mi. Ja­kiś po­cisk świ­snął jej tuż koło ucha, lecz nie ba­cząc na za­gro­że­nie, sko­czy­ła w głąb sali.

Dwu­krot­nie pró­bo­wa­ła po­li­czyć, ile jesz­cze dzie­ci zo­sta­ło pod opie­ką Bra­da, ale z po­wo­du kul świsz­czą­cych w po­wie­trzu i pa­nu­ją­ce­go wo­kół cha­osu za każ­dym ra­zem tra­ci­ła ra­chu­bę. Za­czę­ła się więc roz­glą­dać za Jef­frey­em. Do­strze­gła go ja­kieś pięć me­trów da­lej, prze­ła­do­wu­ją­ce­go broń. Le­d­wie ich spoj­rze­nia się ze­tknę­ły, po­le­ciał na­gle do tyłu, jak­by szarp­nię­ty za ra­mię, i zwa­lił się mię­dzy biur­ka. Za nim kwia­tek spadł z pa­ra­pe­tu, a do­nicz­ka roz­trza­ska­ła się w drob­ny mak. Cia­łem Jef­freya wstrzą­snę­ły dresz­cze, kil­ka razy kon­wul­syj­nie wierz­gnął no­ga­mi i znie­ru­cho­miał. Nie­spo­dzie­wa­nie w sali za­pa­dła ci­sza. Sara dała nura pod naj­bliż­sze biur­ko, wciąż ma­jąc w uszach huk gwał­tow­nej ka­no­na­dy. Do­tarł do niej tyl­ko hi­ste­rycz­ny pisk Mar­li, któ­rej głos to wzno­sił się, to opa­dał, ni­czym za­wo­dze­nie sy­re­ny.

– Boże… – szep­nę­ła, pró­bu­jąc pod biur­ka­mi ro­zej­rzeć się po sali.

Przy brze­gu kon­tu­aru w se­kre­ta­ria­cie za­uwa­ży­ła Smi­tha sto­ją­ce­go z dwo­ma pi­sto­le­ta­mi w rę­kach i roz­glą­da­ją­ce­go się w po­szu­ki­wa­niu ja­kie­go­kol­wiek ru­chu. Jego ko­le­ga stał obok, mie­rząc z pi­sto­le­tu ma­szy­no­we­go o dłu­giej lu­fie w drzwi fron­to­we. Smith pod roz­pię­tą czar­ną kurt­ką miał ka­mi­zel­kę ku­lo­od­por­ną i na pier­si umo­co­wa­ne dwie ka­bu­ry z ko­lej­ny­mi pi­sto­le­ta­mi. Ob­rzy­nek le­żał na kon­tu­arze. Obaj męż­czyź­ni sta­li na otwar­tej prze­strze­ni, lecz nie było już komu do nich strze­lać. Sara pró­bo­wa­ła so­bie przy­po­mnieć, ilu po­li­cjan­tów znaj­do­wa­ło się w sali, ale było to po­nad jej siły.

Wy­ło­wi­ła ja­kieś po­ru­sze­nie na lewo od sie­bie. W tej sa­mej chwi­li padł po­je­dyn­czy strzał, po­cisk z brzę­kiem od­bił się od me­ta­lo­wej szaf­ki na akta, ale to­wa­rzy­szył temu stłu­mio­ny okrzyk. Roz­legł się też zdu­szo­ny pisk któ­re­goś dziec­ka. Roz­płasz­czy­ła się na pod­ło­dze, żeby le­piej wi­dzieć całą prze­strzeń sali. Doj­rza­ła w od­le­głym ką­cie le­żą­ce­go nie­ru­cho­mo Bra­da, któ­ry sze­ro­ko roz­po­star­ty­mi ra­mio­na­mi przy­ci­skał swo­ich pod­opiecz­nych do po­sadz­ki. Wszyst­kie dzie­ci za­no­si­ły się od szlo­chu.

Ran­ny gli­niarz, któ­ry padł nie­da­le­ko nich, za re­ga­łem z pa­pie­ra­mi, pró­bo­wał jesz­cze unieść broń. Do­pie­ro te­raz roz­po­zna­ła w nim Bar­ry’ego For­dha­ma, funk­cjo­na­riu­sza z pa­tro­lu miej­skie­go, z któ­rym tań­czy­ła na ostat­nim balu po­li­cyj­nym.

– Odłóż to! – wrza­snął Smith. – Sły­szysz?! Odłóż broń!

Bar­ry jed­nak wciąż pró­bo­wał w nie­go wy­mie­rzyć, choć nie był w sta­nie utrzy­mać w ręku pi­sto­le­tu, któ­re­go lufa chwia­ła się na wszyst­kie stro­ny. Chło­pak z pi­sto­le­tem ma­szy­no­wym od­wró­cił się po­wo­li w jego stro­nę i z prze­ra­ża­ją­cą pre­cy­zją od­dał po­je­dyn­czy strzał w gło­wę Bar­ry’ego. Jego czasz­ka huk­nę­ła o re­gał i za­bi­ty osu­nął się na pod­ło­gę. Za­nim Sara zdą­ży­ła się przyj­rzeć dru­gie­mu ban­dy­cie, ten jak­by nig­dy nic od­wró­cił się z po­wro­tem do drzwi fron­to­wych ko­mi­sa­ria­tu.

– Kto jesz­cze?! – ryk­nął Smith. – Kto tam zo­stał?!

Sara usły­sza­ła za sobą ja­kiś szmer. Za­uwa­ży­ła tyl­ko nie­wy­raź­ną syl­wet­kę, gdy któ­ryś z oca­la­łych de­tek­ty­wów rzu­cił się w otwar­te drzwi ga­bi­ne­tu Jef­freya. Na­tych­miast po­sy­pał się za nim grad kul. Chwi­lę póź­niej roz­legł się brzęk wy­bi­ja­ne­go okna.

– Zo­stać na miej­scach! – wrza­snął ban­dy­ta. – Wszy­scy mają zo­stać tam, gdzie są!

Z ga­bi­ne­tu ko­men­dan­ta do­le­ciał pisk dziec­ka, cze­mu to­wa­rzy­szył ko­lej­ny brzęk wy­bi­ja­nej szy­by. Ja­kimś cu­dem okno w ścian­ce dzia­ło­wej od­dzie­la­ją­cej ga­bi­net od sali ogól­nej zo­sta­ło nie­tknię­te. Smith wy­bił je te­raz jed­nym strza­łem. Sara za­sło­ni­ła gło­wę rę­ko­ma, gdy do­oko­ła po­sy­pa­ły się odłam­ki szkła.

– Kto tam jesz­cze jest?! – krzyk­nął Smith, ła­du­jąc za­pa­so­wy ma­ga­zy­nek do pi­sto­le­tu. – Po­ka­zać się, bo in­a­czej za­strze­lę rów­nież tę star­szą pa­nią!

Gło­śniej­szy wrzask Mar­li urwał się wraz z od­gło­sem wy­mie­rzo­ne­go jej po­licz­ka.

Sara po­now­nie od­szu­ka­ła wzro­kiem Jef­freya le­żą­ce­go bli­żej środ­ka sali. Mo­gła stąd do­strzec tyl­ko jego ra­mię i od­rzu­co­ną w bok rękę. Le­żał na wznak. Nie ru­szał się. Przy jego ra­mie­niu na pod­ło­dze szyb­ko po­więk­sza­ła się ka­łu­ża krwi. Pi­sto­let, któ­ry wcze­śniej trzy­mał w ręku, te­raz le­żał w jego roz­war­tej dło­ni. Dzie­li­ło ją od nie­go pięć biu­rek, ale na­wet z tej od­le­gło­ści mo­gła do­strzec na jego pal­cu błysz­czą­cy zło­ty sy­gnet dru­ży­ny pił­kar­skiej z Au­burn.

Gdzieś z pra­wej do­le­ciał ją stłu­mio­ny szept:

– Saro!

Frank ku­cał za uchy­lo­ny­mi drzwia­mi prze­ciw­po­ża­ro­wy­mi, trzy­ma­jąc broń w po­go­to­wiu. Ener­gicz­nym ru­chem ręki dał jej znak, żeby sko­czy­ła do wyj­ścia, ale po­krę­ci­ła gło­wą. Po­wtó­rzył więc z na­ci­skiem:

– Saro!

Znów po­pa­trzy­ła na Jef­freya, bła­ga­jąc go w my­ślach, żeby się po­ru­szył, dał ja­kiś znak ży­cia. Z kąta pod eks­pre­sem do kawy do­la­ty­wa­ły tłu­mio­ne przez strach szlo­chy dzie­ci przy­ci­ska­nych przez Bra­da do pod­ło­gi. Nie mo­gła ich tam zo­sta­wić. Dała to Fran­ko­wi do zro­zu­mie­nia, wska­zu­jąc gru­pę szyb­kim ru­chem gło­wy. Prych­nął ze zło­ścią.

– Kto jesz­cze zo­stał?! – po­wtó­rzył Smith. – Po­ka­zać się na­tych­miast, bo jak nic za­strze­lę tę sta­rą sukę! – Mar­la pi­snę­ła gło­śniej, ale za­głu­szył ją wrzask ban­dy­ty: – Kto tam jesz­cze jest, do kur­wy?!

Sara chcia­ła już od­po­wie­dzieć, kie­dy roz­legł się głos Bra­da:

– Je­stem tu­taj.

Sara nie­mal od­ru­cho­wo prze­śli­znę­ła się na czwo­ra­kach do na­stęp­ne­go biur­ka, ma­jąc na­dzie­ję, że cała uwa­ga Smi­tha jest sku­pio­na na Bra­dzie. Wstrzy­ma­ła od­dech, spo­dzie­wa­jąc się w każ­dej chwi­li ko­lej­nych strza­łów.

– A gdzie są dzie­ci?!

– Tu­taj, ze mną – od­po­wie­dział Brad nad­zwy­czaj spo­koj­nym gło­sem. – Nie strze­laj. Zo­sta­łem tyl­ko ja i trzy małe dziew­czyn­ki. Nie za­mie­rza­my ci się prze­ciw­sta­wiać.

– Wstań!

– Nie mogę, czło­wie­ku. Mu­szę osła­niać dzie­ci bę­dą­ce pod moją opie­ką.

– Pro­szę, nie… – za­czę­ła hi­ste­rycz­nie Mar­la, ale na­tych­miast uci­szy­ło ją ude­rze­nie w twarz.

Sara za­mknę­ła na chwi­lę oczy, pró­bu­jąc wró­cić my­śla­mi do swo­jej ro­dzi­ny i przy­po­mnieć so­bie wszel­kie nie­do­mó­wie­nia, ja­kie zo­sta­ły mię­dzy nimi. Za­raz jed­nak ode­pchnę­ła od sie­bie te roz­wa­ża­nia i spró­bo­wa­ła się skon­cen­tro­wać na dzie­ciach le­żą­cych w ką­cie sali. Wciąż wpa­try­wa­ła się w pi­sto­let spo­czy­wa­ją­cy na otwar­tej dło­ni Jef­freya, jak­by od nie­go wszyst­ko te­raz za­le­ża­ło. Roz­wa­ża­ła swo­je szan­se, gdy­by uda­ło jej się nie­po­strze­że­nie do­paść bro­ni. Dzie­li­ły ją od niej jesz­cze czte­ry biur­ka. Tyl­ko czte­ry. Prze­nio­sła wzrok na wy­cią­gnię­tą w bok rękę Jef­freya. Wciąż le­żał nie­ru­cho­mo. Na­wet nie drgnął.

Smith nadal był za­ję­ty Bra­dem.

– Gdzie masz pi­sto­let?!

– Przy so­bie.

Rzu­ci­ła się za na­stęp­ne biur­ko, ale źle ob­li­czy­ła od­le­głość, omal nie huk­nę­ła w nie gło­wą, to­też w po­śpie­chu dała nura za sto­ją­cy obok ni­ski re­ga­lik za­sła­nia­ją­cy wi­dok na przej­ście mię­dzy rzę­da­mi biu­rek.

– Zro­zum, czło­wie­ku, że mam tu kil­ka ma­łych, bez­bron­nych dziew­czy­nek. Nie od­wa­żył­bym się strze­lać stąd do cie­bie. Na­wet nie wy­ją­łem pi­sto­le­tu z ka­bu­ry.

– Rzuć go na śro­dek.

Sara znów wstrzy­ma­ła od­dech i gdy usły­sza­ła brzęk bro­ni o pod­ło­gę, prze­sko­czy­ła do na­stęp­ne­go biur­ka.

– Nie ru­szaj się! – wrza­snął Smith.

Za­sty­gła bez ru­chu. Spo­co­ne sto­py śli­zga­ły się po te­ra­ko­cie, po­nad­to cią­gnę­ły się za nią dwie gru­be krwi­ste smu­gi na ka­fel­kach. Z im­pe­tem omal nie wy­nu­rzy­ła się po dru­giej stro­nie biur­ka, zdo­ła­ła wy­ha­mo­wać w ostat­niej chwi­li.

– Pro­szę! – za­wy­ła Mar­la.

Tym ra­zem od­głos ude­rze­nia był jesz­cze gło­śniej­szy. Ob­ro­to­we krze­sło w se­kre­ta­ria­cie za­skrzy­pia­ło ża­ło­śnie, jak­by roz­dzie­ra­no je na czę­ści. Sara wy­cią­gnę­ła się na pod­ło­dze i po­pa­trzy­ła pod biur­ka­mi w samą porę, by do­strzec wa­lą­ce się bez­wład­nie cia­ło Mar­li. Z ust pry­snę­ła jej śli­na prze­mie­sza­na z krwią, a pro­te­za po­to­czy­ła się po te­ra­ko­cie.

– Ka­za­łem ci się nie ru­szać! – ryk­nął Smith i z wście­kło­ścią kop­nął krze­sło, któ­re za­krę­ci­ło się jak bąk i od­je­cha­ło pod ścia­nę.

Wstrzy­mu­jąc od­dech, Sara wyj­rza­ła ostroż­nie zza rogu w kie­run­ku Jef­freya. Dzie­li­ło ich już tyl­ko jed­no biur­ko, ale było prze­su­nię­te i ta­ra­so­wa­ło dal­szą dro­gę. Gdy­by się zza nie­go wy­nu­rzy­ła, zna­la­zła­by się na li­nii strza­łu ban­dy­tów. Ale za to mo­gła stąd doj­rzeć dziew­czyn­ki w ką­cie. Znaj­do­wa­ły się trzy biur­ka da­lej. Gdy­by tyl­ko zdo­ła­ła do­się­gnąć pi­sto­le­tu… Na­gle ser­ce po­de­szło jej do gar­dła. Cóż mo­gła­by zdzia­łać na­wet uzbro­jo­na, sko­ro dzie­się­ciu wpra­wio­nych po­li­cjan­tów nie po­tra­fi­ło się obro­nić przed na­past­ni­ka­mi?

Przy­szło jej do gło­wy, że mia­ła­by za sobą ele­ment za­sko­cze­nia. Prze­cież Smith i jego kum­pel nie mie­li po­ję­cia o jej obec­no­ści w sali. Mo­gła­by ich za­sko­czyć.

– Gdzie masz za­pa­so­wą broń? – za­py­tał ban­dy­ta.

– Słu­żę w pa­tro­lu miej­skim. Nie no­szę za­pa­so­wej…

– Nie kłam!

Smith strze­lił w kie­run­ku Bra­da, lecz za­miast spo­dzie­wa­ne­go okrzy­ku bólu da­lej pa­no­wa­ła ci­sza. Sara jesz­cze raz spoj­rza­ła tuż nad pod­ło­gą, pró­bu­jąc doj­rzeć, czy Brad przy­pad­kiem nie zgi­nął na miej­scu. Na­po­tka­ła szkli­sty wzrok trzech roz­sze­rzo­nych z prze­ra­że­nia par oczu. Dziew­czyn­ki były w głę­bo­kim szo­ku. Pa­nicz­ny strach do resz­ty ode­brał im głos.

Prze­dłu­ża­ją­ca się ci­sza za­le­ga­ła w sali ni­czym ob­łok tru­ją­ce­go gazu. Sara do­li­czy­ła aż do trzy­dzie­stu je­den, za­nim pa­dło ko­lej­ne py­ta­nie Smi­tha:

– Je­steś tam jesz­cze?

Przy­ci­snę­ła dłoń do pier­si w oba­wie, że gło­śny ło­mot ser­ca zdra­dzi jej kry­jów­kę. Nie wie­dzia­ła, co się sta­ło z Bra­dem. Oczy­ma wy­obraź­ni uj­rza­ła tru­pa z krwa­wą mia­zgą za­miast gło­wy i sze­ro­ko roz­rzu­co­ny­mi ra­mio­na­mi, przy­gważ­dża­ją­ce­go swo­im cię­ża­rem do pod­ło­gi trzy prze­ra­żo­ne dziew­czyn­ki. Aż za­ci­snę­ła po­wie­ki, pró­bu­jąc wy­pę­dzić ten ob­raz z my­śli.

Od­wa­ży­ła się jesz­cze raz wyj­rzeć zza rogu biur­ka na Smi­tha, któ­ry tkwił nie­ru­cho­mo do­kład­nie w tym sa­mym miej­scu, gdzie Mar­la wi­ta­ła ją na ko­mi­sa­ria­cie le­d­wo kil­ka­na­ście mi­nut temu. W jed­nym ręku trzy­mał cięż­ki pi­sto­let ka­li­bru dzie­więć mi­li­me­trów, a w dru­gim ob­rzy­nek. Na ka­mi­zel­ce ku­lo­od­por­nej pod roz­pię­tą skó­rza­ną kurt­ką za­uwa­ży­ła nie tyl­ko dwie do­dat­ko­we ka­bu­ry z pi­sto­le­ta­mi, ale tak­że pas z za­pa­sem na­bo­jów do strzel­by. Dru­gi pi­sto­let miał te­raz we­tknię­ty za pa­sek dżin­sów na brzu­chu, a obok nie­go sta­ła na pod­ło­dze dłu­ga czar­na ny­lo­no­wa tor­ba spor­to­wa, za­wie­ra­ją­ca praw­do­po­dob­nie dal­szy za­pas amu­ni­cji. Jego ko­le­ga stał za kon­tu­arem, wciąż mie­rząc z pi­sto­le­tu ma­szy­no­we­go w drzwi fron­to­we. Wy­glą­dał na spię­te­go, go­to­we­go do dzia­ła­nia. De­li­kat­nie mu­skał pal­cem spust bro­ni. Ner­wo­wo żuł gumę i na Sarę te ryt­micz­ne ru­chy jego szczę­ki po­dzia­ła­ły jesz­cze bar­dziej de­ner­wu­ją­co niż wy­krzy­ki­wa­ne groź­by Smi­tha.

– Je­steś tam czy nie? – po­wtó­rzył ban­dy­ta. – No jak? Nic nie sły­szę!

– Je­stem – ode­zwał się po chwi­li Brad.

Sara ode­tchnę­ła z ulgą i roz­luź­ni­ła mi­mo­wol­nie na­pię­te mię­śnie ra­mion. Roz­płasz­czy­ła się na pod­ło­dze i szyb­ko oce­ni­ła, że naj­lep­szą dro­gą do­tar­cia do Jef­freya bę­dzie prze­czoł­ga­nie się za osło­ną prze­wró­co­ne­go re­ga­łu. Po­wo­li ru­szy­ła, przy­wie­ra­jąc ca­łym cia­łem do zim­nych ka­fel­ków i wy­cią­ga­jąc ręce da­le­ko przed sie­bie. Wresz­cie, do­się­gnę­ła czub­ka­mi pal­ców man­kie­tu jego ko­szu­li. Za­ci­snę­ła po­wie­ki i prze­su­nę­ła się jesz­cze tro­chę. Pi­sto­let le­żą­cy w jego dło­ni był bez ma­ga­zyn­ka. Ostro skar­ci­ła się w du­chu, bo prze­cież po­win­na o tym pa­mię­tać, gdy­by się tyl­ko do­brze za­sta­no­wi­ła. Jef­frey prze­ła­do­wy­wał broń, kie­dy zo­stał tra­fio­ny, i upu­ścił trzy­ma­ny ma­ga­zy­nek, któ­ry od­je­chał ja­kiś metr da­lej po śli­skiej pod­ło­dze. Do­ko­ła wa­la­ły się na­bo­je, te­raz już cał­kiem bez­u­ży­tecz­ne. W gło­wie ko­ła­ta­ło jej tyl­ko, że nie po­win­na być za­sko­czo­na tym wi­do­kiem, tak samo jak zim­ną skó­rą, gdy w koń­cu zdo­ła­ła za­ci­snąć pal­ce na jego nad­garst­ku, w któ­rym nie dało się wy­czuć pul­su.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Układanka Dobra córka Ostatnie tchnienie Serce jak lód Ofiara Miasto glin 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer