Atlas: Doppelganger

Atlas: Doppelganger

Autorzy: Dominika Słowik

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 352

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 19.59 zł

Transowy, mocny, znakomity debiut, w którym to, co pospolite, brudne, tandetne na naszych oczach przeobraża się w metafizyczne i fantastyczne. W szarym blokowisku Śląska czasów transformacji odradza się Macondo i zarazem Ulica Krokodyli. Zdegradowany świat podwórek i magicznych labiryntów klatek schodowych opisany jest ostro, sugestywnie – tak dobrze znanym autorce językiem blokowego kosmosu. Przez swoje bogactwo i wielość perspektyw powieść ta może być interpretowana na wiele sposobów. Tylko od nas zależy, który z nich wybierzemy. Doppelganger. Oko, które bacznie obserwuje hipnotyczną rzeczywistość. Ucho, które wsłuchuje się w pulsujący rytm miejskich legend. Ręka, która kreśli opowieść jak nikt przed nią.

Rodzicom

Doppelgänger (dopuszczalna pisownia doppelganger) – słowo pochodzące z języka niemieckiego, oznaczające sobowtóra, cień, mitologicznego bliźniaka, rozdwojoną jaźń. Dosłownie „podwójny wędrowiec”. Według wierzeń ludowych raz ujrzany doppelganger nigdy już nie opuszcza danej osoby, chociaż między jego pojawieniami mogą wystąpić długie, nawet kilkunastoletnie przerwy. Doppelganger często błędnie utożsamiany jest przez współczesnych badaczy kultury z duchem materializującym się, widocznym, z fantasmagorycznym sobowtórem-bliźniakiem, lustrzanym odbiciem dostrzeganym kątem oka. W rzeczywistości, zgodnie z mitologią ludów koczowniczych Azji Środkowej, z której pojęcie to się wywodzi, doppelganger zazwyczaj pojawia się jako zjawisko amorficzne, wywołuje w nawiedzanym ciągły niepokój, nieokreślone pragnienia, melancholię, poczucie pustki, potrzebę nadzwyczajnej aktywności. Często osoby nawiedzane przez doppelgangera czują niemożliwy do opanowania przymus ciągłej podróży. W wielu współczesnych interpretacjach i opracowaniach doppelganger błędnie określany jest jako zły duch, zwiastun nieszczęść, mroczne odbicie pierwowzoru, soczewka naszej ciemnej natury. Warto jednak zaznaczyć, że w mitologii plemiennej przedstawiany był jako byt poszukujący, o nieokreślonym stosunku do dobra i zła, ale też bez wyraźnych inklinacji w kierunku strony jasności lub mroku.

Termin w pierwotnym swoim znaczeniu otwierał niejasną dla współczesnych badaczy kultury sferę sacrum, związaną z serią rytuałów przejścia i samotnej podróży. Funkcjonujący dziś wyłącznie w szczątkowej formie, opatrzony wtórną nazwą niemiecką, wywodzi się z tradycji koczowniczego plemienia przemierzającego pomiędzy II a V wiekiem Azję (zwłaszcza środkowo-zachodnie obszary kontynentu). Lud ten, będący w dużym stopniu zagadką dla badaczy (niektóre teorie kwestionują jego istnienie), pozostawił po sobie legendarne przekazy, których fragmenty zachowały się w starych tekstach chińskich. (...)

Ciekawość naukowców budzi fakt, że szczątki ludzkie, o typologii odmiennej niż u rdzennych mieszkańców danych terenów, przyozdobione talizmanami charakterystycznymi dla omawianego plemienia, znajduje się rozsiane po innych kontynentach, nie tylko w Azji i Europie, ale także w obu Amerykach, w Afryce, Australii oraz na niektórych wyspach Oceanii. Część znalezisk, datowanych na V–X w., początkowo wywołało sensację wśród archeologów, jako dowód na nieznane dotychczas migracje ludów, szybko jednak podważono wiarygodność wyników badań, a ich odkrywcę, irlandzkiego archeologa Johna Luscinia, pracującego w pierwszej połowie XX w. na terenie Australii i Ameryki Południowej, oskarżono o fałszerstwo. Niemniej, wiele szczątków, o znacznie późniejszym datowaniu niż odkrycia Irlandczyka, jest uznawanych za oryginalne – zgaduje się, że wzór talizmanu musiał zostać rozpowszechniony dzięki chińskim kupcom i utrzymał się, jako antyk i ciekawostka, przez kolejne wieki (odnalezione talizmany pochodzą z II–XVII w.).

Słownik terminów kultury, red. Magdalena Pleszarka

(...) zagubienie jest podświadomym pragnieniem każdego podróżnika i stanowi zarazem podstawę paradoksu podróży. Na czym więc ów paradoks polega? Jeśli w trakcie podróży zdołasz się zgubić, to znaczy obojętnym jest ci, jak w odniesieniu do reszty świata położone jest miejsce, w którym się znajdujesz, (...) można powiedzieć, że jest to pewien rodzaj szczęścia i osiągniętego celu. Otóż przed wyruszeniem w podróż każdy podróżujący był dokładnie w takim stanie – zagubienia w stosunku do reszty świata. Można takie zagubienie, z braku lepszej terminologii, nazywać domem. Wyruszenie w podróż jest tożsame z rozpoczęciem poszukiwań drugiego takiego miejsca, ale założeniem, mniej lub bardziej świadomym, tkwiącym u początków każdej podróży, jest poszukiwanie miejsca nie tylko lepszego od tego, z którego się wyrusza, lecz przede wszystkim, w jakimś sensie właściwego.

João Pardal, Ensaios sobre os fins do mundo, s. 395–396

lata dziewięćdziesiąte to były ostatnie lata prawdziwej polski, czas przejścia.

naród był wtedy przedsiębiorczy, kręciło się złote biznesy, każdy kombinował, jak mógł, biegając po ulicach z czarnym neseserem (zamykanym na szyfr, ostatni krzyk mody!), który boleśnie obijał się po nogach, gdy człowiek jechał autobusem. pół kraju było na rencie z co najmniej drugim stopniem niepełnosprawności, ale robotę mieli wszyscy, w tym państwie rencistów i inwalidów. żadna kobieta, przezornie, nigdy nie stawiała torebki na ziemi, bo wiadomo, pieniądze uciekną – dzielne, małe filary odradzającej się krajowej gospodarki. zresztą większość z nas majątki straciła w trakcie denominacji, ciężkie miliony, których nie wyrównały potem nawet obietnice wałęsy. bogactwa rodzinne, co miały nam kiedyś zostać przekazane w spadku, przepadły bezpowrotnie.

to był okres wiecznych remontów: kafelkowanie, klejenie tapet, zakup nowych kuchni, no i oczywiście nieustanny odgłos wiercenia, który mieszał się z przeraźliwym wyciem odkurzaczy. wszystko robiło się po trochu, na raty, weekendami i po pracy albo jak człowiek szedł do roboty na noc. całe lata dziewięćdziesiąte sąsiedzi wciąż wiercili, napełniając blok przeszywającym czaszkę głosem transformacji. pokoje wykładano „załatwioną” boazerią, deskami ze świeżego drzewa, które długo jeszcze ociekało złotymi, lepkimi kroplami żywicy, roztaczając w całym mieszkaniu niepokojący zapach. nie raz i nie dwa dostało się wtedy którejś sąsiadce, bo sobie żaluzje założyła w oknach, a teraz nawet w dzień ma spuszczone, żeby wszyscy widzieli, obnosi dupę jak monstrancję!

pierwsze wyprawy do marketów przepełniały nas emocjami, wejść można było tylko z imienną kartą wstępu, sprawdzaną dokładniej niż paszport na granicy usa. niektórzy szczęśliwcy mieli rodzinę w czikago, która co jakiś czas przysyłała im wielkie kartonowe paczki wypełnione kilogramami obrzydliwego, burego kakao i amerykańskimi dresami.

dorośli mówili nam, że mamy szczęście, bo za komuny ojcowie przez pierwsze pięć lat w ogóle nie widzieli swoich dzieci: dwa lata spędzali w wojsku, a następne trzy w kolejce po meble. nikt nie jadł wtedy pomarańczy czy arbuzów i dzieciom do szkoły zamiast jabłek dawało się surowego ziemniaka (zęby miały potem lepsze, zdrowsze, mocne i bielutkie, a nie, jak teraz, od czekolady popsute).

lata dziewięćdziesiąte to był czas, kiedy dziadek anny żył jeszcze i opowiadał nam swoje historie.

* * *

mieszkałyśmy z anną w tym samym bloku na osiedlu. osiedle położone było na skraju miasta, bardzo blisko kopalni. za nim, aż po samą autostradę znaczącą granicę gminy, rozciągały się pola porośnięte wysokimi, suchymi trawami.

bloków stało tam niewiele, zaledwie kilka.

nocą na osiedlu było bardzo cicho. czasami, latem, przy otwartych balkonach słyszało się głuchy odgłos kogoś wracającego z centrum, pojedyncze śpiewy rozdzierały powietrze.

– jebać jebać łks!!!

przez chwilę echo odbijało się pomiędzy blokami, po czym znowu zapadała cisza, a my czuliśmy się jakoś dziwnie, coraz pełniejsi chuj wie czego, jak mawiała melancholijnie anna.

– mazgaj, kurwo!!! – darli się koledzy pod ciemnym oknem, niezmiennie bez odpowiedzi.

anna była w moim wieku, znałyśmy się od zawsze i spędzałyśmy razem dużo czasu.

pamiętam, jak zdechł jej pies – bardzo duży, więc ciężko go było pochować. u nas na osiedlu zawsze mieliśmy problem z grzebaniem zwierząt, w polach dało się zakopać tylko te małe, drobne – ziemia, płytka, sięgała zaledwie kilkanaście centymetrów w głąb, potem zaczynały się kamienie, z których zrobiony był sufit kopalni. mniejsze, jazgotliwe kundle, z gatunku sarenek o cienkich nóżkach i wyłupiastych oczach, niewielkie, wychudzone po zimie koty, chomiki czy króliczki jeszcze się mieściły, ale duże psy (które wtedy nazywało się wilczurami, bo innych dużych psów nie znaliśmy) już nie.

kiedy więc zdechł pies anny, jej rodzice postanowili wywieźć go do lasu, na drugi koniec miasta. tata anny wsadził sztywniejące już zwierzę do sportowej torby, wziął w rękę pożyczony od sąsiada szpadel i nie zważając na podejrzliwe spojrzenia rzucane mu przez z rzadka napotykanych przechodniów, ruszył w stronę przystanku autobusowego. nie minęło jednak pół godziny, a wrócił, dziwnie zadowolony i bez torby.

okazało się, że gdy szedł na autobus, podeszły do niego dwa karki i zażądały portfela. jednak kiedy zorientowali się, że tata anny ma przy sobie tylko tysiąc złotych (sprzed denominacji oczywiście), zainteresowali się torbą. na pytanie, co w niej jest, tata anny bez namysłu odpowiedział, że „taki tam, stary sprzęt sportowy”. ale karki były nie w ciemię bite: kazały torbę otworzyć. tata, chcąc nie chcąc, rozsunął suwak i ich oczom ukazał się pysk wilczura z mętnymi oczami i wywalonym ozorem.

– ty, stary, normalnie taki sam jak kundel krzywego – stwierdził z głębokim namysłem pierwszy kark, nie wyrażając najmniejszego zdziwienia niespodziewaną formą „starego sprzętu sportowego”.

– noooooo – odpowiedział z nie mniejszym zastanowieniem drugi. po czym wymienili długie, znaczące spojrzenia i pierwszy kark odezwał się do zupełnie zzieleniałego ze strachu ojca anny.

– panie starszy, a co pan z tym pieskiem będziesz robił?

– do lasu go wiozę – odpowiedział cichutko.

– to my go sobie weźmiemy, jak pan nie masz nic przeciwko – powiedział dres i wyciągnął rękę, przejmując od przestraszonego mężczyzny sportową torbę i zasuwając dokładnie zamek. tata anny, choć lekko oszołomiony, zachował na tyle przytomności umysłu, że gdy tylko pozbawiony został ciężaru torby, pobiegł ile sił w nogach w stronę osiedla, nie dając dresom szansy na ewentualną zmianę decyzji.

ale opowiadam o tym psie nie na darmo, bo wydaje mi się, że, nigdy nie pochowany, wracał do nas jak dybuk. wilczur się nie mścił. po prostu przychodził taki nieskończony – bo ślad po nim urwał się, kiedy był zawieszony w torbie na ramieniu dresa, więc zwykle, gdy nadchodziła jesień, to dybuk-wilczur pojawiał się i my też czuliśmy się w naszych m2 czy m3 zawieszeni nad ziemią jak w sportowej torbie.

* * *

anna mnóstwo czasu spędzała u swojego dziadka. mieszkał w tym samym bloku, czasem chodziłam tam z nią, a jej babcia częstowała nas herbatą i zaśniedziałymi ze starości landrynkami.

dziadek anny znał mnóstwo świetnych sztuczek – potrafił na przykład zapalać papierosy od policzków. brał takiego papierosa w dwa palce, pocierał nim szybkim ruchem o chropowatą skórę twarzy, pokrytą niedogolonym zarostem, zupełnie jakby pocierał zapałką o traskę, i bach! – unosił triumfalnie w górę zapalone marlboro, a my klaskałyśmy, zachwycone, niczym najwierniejsza publiczność. policzki miał wielkie, nalane i czerwone, jakby za chwilę miały eksplodować. jeśli dziadek z kimś rozmawiał, to rozmówca zwykle, zamiast patrzeć mu w oczy, nie mógł oderwać wzroku od tych dziadkowych policzków. kiedy z kolei dziadek jadł, a zawsze jadł szybko i dużo, wyglądało to, jakby jego twarz od środka chciały rozerwać jakieś dwa wściekłe zwierzęta, gdy tak gwałtownie przeżuwał.

poza tym miał pół ciała zjedzone przez kiłę. kiedy byłam młodsza, myślałam, że to duże zwierzę podobne do wilka, o którym sam dziadek mówił, że je złapał na jakimś „zadupiu”. dopiero kilka lat później zrozumiałam, o co naprawdę chodziło. dziadek twierdził, że to była kiła egzotyczna, o innych objawach niż stary dobry syfilis: jego ciało przypominało szwajcarski ser. przez to musiał podobno zrezygnować z pracy marynarza (bo dziadek anny był marynarzem) – woda przeciekała mu przez te dziury, tak że szedł na dno jak kamień, a co to za marynarz, co nie umie pływać; wrócił więc do kraju i został górnikiem.

dziadek anny trzymał swoje rzeczy w wysokiej szafie. zamykał ją na klucz, tylko jednak dlatego, że w przeciwnym wypadku drzwi wciąż otwierały się z irytującym skrzypieniem. klucz zawsze tkwił w szafie, ale oczywiście żadna z nas nie miała odwagi grzebać w niej bez jego zgody. trzymał tam butelki, mniejsze i większe, z – jak zawsze twierdził, mrugając do nas porozumiewawczo – „lekarstwem”. poza tym, jeśli akurat przy nas zdarzało mu się otwierać szafę, a my z ciekawością wyciągałyśmy szyje, żeby jak najwięcej dojrzeć zza jego szerokich pleców, szybko, rozczarowane, traciłyśmy zainteresowanie, bo szafa pełna była starych gazet, śrubek poupychanych w pudełkach po margarynie i innych, zupełnie bezużytecznych przedmiotów, które dziadek, jak sam się czasami nam przyznawał szeptem, z bezczelnym uśmiechem, trzymał wyłącznie po to, żeby wkurwiać babcię.

jedna tylko półka, najwyższa, pozostawała zawsze poza zasięgiem naszego wzroku i chociaż próbowałam przekonać annę, że z pewnością była, tak samo jak inne, pełna śmieci, to ona tylko kręciła głową, po każdej wizycie coraz bardziej zdeterminowana, żeby na najwyższą półkę zajrzeć i odkryć wszystkie skarby ukrywane tam przez dziadka.

wreszcie, któregoś dnia, kiedy została w pokoju sama (co zdarzało się bardzo rzadko), szybko podsunęła rozwalające się krzesło pod szafę, wdrapując się na nie w pośpiechu. niestety, pomimo że wspinała się na palce (co było dość ryzykowne, wziąwszy pod uwagę opłakany stan krzesła) i wyciągała szyję, półka wciąż była za wysoko. wreszcie zdesperowana podniosła rękę i stękając, macała na oślep, badając dłonią regał. początkowo wydawało się, że góra szafy jest zupełnie pusta, jednak po chwili anna trafiła na jakiś przedmiot, który z trudem uchwyciła koniuszkami palców i wyciągnęła, w emocjach prawie spadając na podłogę: w dłoniach trzymała podłużne, czarne, pluszowe pudełko. annie zabiło mocniej serce, z przejęciem otworzyła futerał. w środku był wielki, okrągły, złoty medal! z wrażenia aż zaniemówiła, wpatrując się tępo w swoje odkrycie. dziadek był bohaterem wojennym!!! potem anna przez długie tygodnie chodziła po osiedlu i opowiadała w największym sekrecie każdemu, kto tylko chciał jej słuchać, że dziadek był żydem albo niemcem i walczył na wojnie.

sam dziadek ochoczo, mniej lub bardziej świadomie, utwierdzał ją w tym przekonaniu. kiedyś anna wbiegła do pokoju, akurat gdy podnosił do ust swój zwyczajowy popołudniowy „kieliszeczek”.

– a co to jest? – zapytała zaciekawiona, pokazując palcem.

dziadek odjął od warg kieliszek, który miał już, już przechylić.

– toooooooo? – zapytał przeciągle, przymrużając oczy. – to jest... – nachylił się w stronę anny, zniżając głos do chrapliwego szeptu – ... krew!!!

anna zbladła z wrażenia, a dziadek podniósł stojącą na taborecie flaszkę do góry, kręcąc nią, tak by anna mogła zobaczyć czerwony, karminowy płyn pod światło. na dnie butelki dziadek trzymał ludzkie flaki. żeby krew się nie psuła, mrugnął do wnuczki.

– chcesz zobaczyć?

zanim anna zdążyła odpowiedzieć, dziadek wygrzebał flaki nożem na talerzyk, po czym, szczerząc się, wziął je w paluchy, wsadził do ust i powoli przeżuł, połykając z lubością. otarł zamaszyście rękawem usta, tłumacząc ledwie oddychającej z wrażenia annie, że bardzo dobrze mu to robi na serce.

oczywiście była to najzwyklejsza wiśniówka, ale potem anna z wypiekami na twarzy powtarzała wszystkim, że jej dziadek pije krew rusków; twierdziła przejęta, że w swojej szafie trzyma kilkanaście takich butelek (co akurat było prawdą).

dopiero parę lat później okazało się, że znaleziony przez annę medal to order robotniczy za dwadzieścia pięć lat pracy, a dziadek, kiedy go dostał, to tak się uchlał z kolegami w knajpie na mieście, że zaczął rzucać medalem niczym dyskobol. można sobie tylko wyobrażać, jakie spustoszenie wywołał lecący przez knajpę półkilowy kawałek metalu ciskany z rozmachem pijacką ręką dziadka.

kiedy później wracał taksówką, pod domem oświadczył kierowcy, że jest królem węgla, i koniecznie chciał mu zapłacić za kurs swoim orderem, twierdząc, że to szczerozłota moneta.

– panie, nie chcę tego gówna, dawaj pieniądze – bronił się taksówkarz.

– to jest kurwa waluta, to nie jest jakiś tam rubel czy złotówka, nawet dolar przy tym to nic nie jest! – krzyczał dziadek. – panie, to jest taka waluta, że pan sobie pół województwa wykupisz!

taksówkarz, zdenerwowany, widząc, że nic nie wskóra, zapytał dziadka niewinnie:

– a to pan szanowny, skoro ma taką walutę przy sobie, to może ją sobie ulokuje w nieruchomościach? to strach takie pieniądze w tych czasach przy sobie mieć przecież.

– panie, dobrze pan gadasz... – zamyślił się dziadek i przycisnął medal do piersi.

– widzisz pan, panie szanowny, tak się składa, że ja mam akurat znajomego, który chce lokal sprzedać, hotel właściwie, w samym centrum. ale wiesz pan, on tam dużo kupców ma, bo oferta nie byle jaka, trzeba by to szybko załatwiać.

– no to na co czekamy, wieź mnie pan tam!!! – krzyknął wyraźnie podekscytowany dziadek.

następnego dnia babcia otrzymała telefon z informacją, że ma się zgłosić po swojego małżonka na miejską izbę wytrzeźwień. powiadomiono ją także, że wzmiankowany obywatel wkroczył na ową izbę o trzeciej nad ranem, w galowym mundurze, i wymachując medalem, oświadczył, że jest królem węgla i on ten burdel kupuje.

* * *

bardzo ważnym miejscem w naszym mieście była kopalnia. nikt nie znał jej prawdziwych rozmiarów. niektórzy twierdzili, że ciągnie się pod ulicami i osiedlami, niezliczona plątanina korytarzy i rozległych jaskiń wypełnionych węglem. przypominała zakopane pod ziemią ciało, którego zaledwie drobny kawałek wystaje na powierzchnię. kominy, otynkowane na żółto budynki, wieżyczki, które wyglądały jak uplecione z cienkich kolorowych drutów, zwieńczone obracającymi się zębatymi kołami przywodziły na myśl mały pałacyk czy kolorowy plac zabaw ogrodzony wiecznie rozkradanym blaszanym płotem.

kiedy wracało się do domu z innego miasta, to pierwszym znakiem, że jesteśmy już blisko, był najwyższy kopalniany komin sterczący na horyzoncie, odcinał się czarno na niebie jak patyk wbity w ziemię. jeśli było ciemno, z daleka świeciły się na nim czerwone punkciki, podobne do lampek choinkowych, które miały podobno odstraszać samoloty.

kilka lat później, z jakiegoś bliżej nam nie znanego powodu, komin postanowiono wyburzyć. pamiętam, że wszyscy staliśmy koło trzepaka, skąd oczywiście był najlepszy widok, i z otwartymi ustami patrzyliśmy, w niemym zachwycie, jak nad wybuchającym kominem pojawia się obłok w kształcie wyszczerzonej trupiej czaszki ze skrzyżowanymi piszczelami.

kopalnia swoje złote czasy przeżywała na początku lat dziewięćdziesiątych, w okresie dzikiej transformacji i drapieżnego kapitalizmu. górników można wtedy było poznać po okularach przeciwsłonecznych, których nie zdejmowali nawet do snu, bo ze względu na ciągłe przebywanie w kopalnianym mroku ich oczy były nadwrażliwe na światło. o węglu nie mówiło się inaczej niż czarne złoto i wprawiano go sobie w zęby zamiast złotych plomb. w święta zawijało się mniejsze bryły w sreberka, jak cukierki, i wieszało w miejsce bombek na choince. dzieci były też wtedy dużo zdrowsze, bo lekarze nie przepisywali, jak teraz, antybiotyku na byle ból dupy, tylko zawsze węgiel w tabletkach i wystarczyło, że dzieciak raz zjadł garść takich pigułek, a potem mógł całą zimę boso biegać, jeśliby mu się tylko spodobało, i nawet nie kichnął!

największe dochody przynosiło w tamtych czasach nielegalne wydobycie, co wcale nie było znowu takie trudne, bo niekiedy człowiek musiał tylko wbić łopatę w trawnik, żeby trafić na pokład węgla. ówcześni baronowie węglowi, drapieżne rekiny małej finansjery, dorobili się jednak przeważnie na znacznie droższym węglu wydobywanym z większych głębokości. wielu z nich pochodziło z naszego osiedla i w piwnicach mieli nielegalne, samodzielnie zbudowane wejścia do kopalni. można ich było zobaczyć na mieście, jak z piskiem opon jeżdżą wokół kościoła swoimi dostawczymi polonezami caro, otyli faceci w rozchełstanych kolorowych hawajskich koszulach. koszule były stylonowe, więc pod pachami wykwitały im wielkie ciemne plamy potu, a wokół siebie roztaczali ostry, męski, prawie zwierzęcy, piżmowy zapach, pomieszany z nadmiernymi ilościami tanich dezodorantów, którymi spryskiwali się jak perfumami, obficie zalewając sprejem całe ciało. na owłosionej piersi dyndały im złote łańcuchy i medaliki z matką boską, ładnie współgrające z różańcami przywieszonymi na samochodowych lusterkach.

z kopalni wynurzali się zmęczeni, to była przecież intensywna, wymagająca ogromnej siły, prawie tytaniczna praca. cali obklejeni węglowym pyłem, który przywierał do ich spoconego ciała, wychodzili z takimi czarnymi twarzami na miasto (oczywiście zawsze w ciemnych okularach): panował wtedy tak zwany „lans na brudną twarz”, wielu mężczyzn specjalnie przed wyjściem z domu smarowało sobie skórę kawałkami węgla i dopiero później „szło na dupy”, inaczej nie mieliby żadnych szans na wyrwanie czegokolwiek (podobno zwykli górnicy na etacie przed zjechaniem na dół kopalni wklepywali sobie w twarz krem nivea, żeby pył węglowy lepiej się przyklejał).

mieli małe, okrągłe, chciwe oczka ukryte w otłuszczonej, nalanej, zawsze czerwonej twarzy. większość była zupełnie łysa (czasem z jakimiś resztkami włosów w kępkach za uszami), ich czaszki dziwnie błyszczały w słońcu, jakby faktycznie na wielkim grubym karku osadzony mieli ostro zakończony łeb rekina. prawdziwi kowboje, polonezami jeździli szybko, a żyli jeszcze szybciej. wszystkie pieniądze z nielegalnego wydobycia wydawali na wódkę i dziewczyny, w pracy byli samotnikami, co jeszcze bardziej imponowało kobietom; nigdy nie wysługiwali się najemnymi pracownikami, każdy pilnował swojego złoża i wydobywał węgiel w pocie czoła. była to nie tylko ciężka fizyczna praca, ale często zajęcie bardzo niebezpieczne. wielu spośród ówczesnych baronów węglowych zginęło w odmętach kopalni – często w trakcie poszukiwań nowych złóż gubili drogę i nie potrafili wrócić na powierzchnię; nie na darmo nazywało się nielegalne przejścia w piwnicach „przeręblami”, bo przecież wyglądało to trochę jak nurkowanie pod lodem, jeśli odpłyniesz za daleko, już nie jesteś w stanie odnaleźć drogi powrotnej. tak, tak, to byli prawdziwi kowboje, poszukiwacze czarnego złota, mawiał z sentymentem dziadek, zupełnie jak na dzikim zachodzie, kiedy samotnicy wyruszali w góry, kaniony wyschniętych rzek, na spalone, śmiertelne pustynie w poszukiwaniu sławy i diamentów.

i chociaż widywało się ich z grubymi jak serdelki rolkami banknotów obwiązanymi gumkami recepturkami, to pieniądze wydawali równie szybko, jak je zdobywali, i poza tym, że mieli towarowe polonezy i nowe dywany w mieszkaniach, to nic więcej. często wychodzili na balkony, nawet przy trzaskających mrozach, jak prawdziwi królowie osiedla, w rozpiętych kolorowych koszulach, których poły rozwiewał wiatr, i stali tak, w kakofonii disco polo puszczanego z kaset, spoglądając, hen, na miejsce, gdzie byłby daleki horyzont, gdyby nie zasłaniały go bloki; władczym wzrokiem obejmowali swoje królestwo.

potem przyszły prywatyzacje, restrukturyzacje, nacjonalizacje, teczki ipeenowskie, dekomunizacje, lustracje, denominacje i cały prywatny, nielegalny biznes poszedł się jebać, węgiel teraz po taniości, a rekiny finansjery zaginęły bez śladu (podobno czasem można jeszcze jakiegoś spotkać pod sklepem), baronowie węglowi zniknęli tak nagle, jak się pojawili.

* * *

nie pamiętam, kiedy widziałam dziadka anny po raz pierwszy.

dziś, gdy o nim myślę, przed oczami stają mi setki nieistotnych szczegółów, cały zaginiony świat lat dziewięćdziesiątych, które dziadek objął we władanie niczym cesarz panujący udzielnie ze swojego inwalidzkiego wózka jak z tronu, ze mną i z anną w roli najwierniejszych poddanych.

dziadek nagle rozrasta się do niezwykłej konstelacji obrazów, wspomnień, zapachów, dawno zapomnianych gestów, miejsc i historii. ze swoją skórą porżniętą zmarszczkami był jak pryzmat, który rozbijał świat wokół nas, nagle piękniejszy i bogatszy, na nieskończoną ilość barw, pokazując je nam, zachwyconym, zatopionym w feerii kolorów i świateł. patrzyłyśmy więc w twarz dziadka, na blok i osiedle niczym przez pocięty, przezroczysty kryształ i tylko dlatego nie potrafię przypomnieć sobie rysów jego twarzy.

dziadek anny miał górniczą emeryturę, więc wszyscy wiedzieli, że siedzi na pieniądzach. na początku miesiąca było ich tyle, że aż kręcił się, krzywiąc i pomrukując, na swoim wózku, bo rolki banknotów uwierały go w tyłek, a milion wystawał tu i ówdzie spod dziadkowej dupy (wiadomo, chował je dobrze, żeby babcia się do nich nie dorwała).

słynął też ze swoich dziwnych przyzwyczajeń i upierdliwości, które oczywiście do białej gorączki doprowadzały babcię. bezustannie toczyli długie wojny podjazdowe, niekończące się, bezkrwawe (na ogół) batalie, z których z pewnością czerpał niemałą przyjemność.

dziadek na przykład ciągle coś gubił. zwykle były to drobiazgi: rękawiczki, czapki, szaliki, parasole, okulary czy niezliczone pęki kluczy. oburzona babcia twierdziła, że dziadek potrafi zgubić WSZYSTKO, i zazwyczaj wspominała wtedy pamiętną barbórkę, kiedy orkiestry wygrywały marsze na ulicach, a my, w szkole, jak zawsze na jesieni, z zapałem kleiłyśmy górnicze czapki z papieru. wszystkie dzieci znały na wyrywki kolory piór oznaczające górnicze rangi niczym generalskie epolety.

dziadek nawet już jako rencista i emeryt brał zawsze chlubny udział w barbórkowej zabawie. któregoś roku, pijąc w najlepsze z kolegami, musiał na chwilę opuścić towarzystwo. wrócił, odświeżony i szeroko uśmiechnięty, wykrzykując coś do swoich kompanów, którzy co prawda spojrzeli na niego dziwnie, ale najwidoczniej postanowili nie wdawać się w zbędne dyskusje. dopiero następnego dnia, kiedy dziadek wytrzeźwiał, odkrył, że poprzedniej nocy wyrzygał i spuścił w kopalnianym klopie swoją sztuczną szczękę, która przepadła na zawsze w odmętach kanalizacji. trzeba przyznać jednak, że dziadek z historii tej wyciągnął nauczkę i odtąd na barbórce rzygał tylko i wyłącznie do swojej galowej czapki górniczej, zmiana ta jednak wcale nie wywołała zachwytu babci.

poza tym dziadek bezustannie przykręcał lub odkręcał kaloryfery (zawsze odwrotnie do aktualnych babcinych preferencji), twierdząc, że mu się w złej temperaturze nalewki psują, i zamieniał dom bądź to w spływającą ukropem łaźnię, bądź w lodowate igloo. babcia uchylała okno, a dziadek natychmiast je zamykał i otwierał termostat, babcia, przeklinając na „upierdliwego starego”, podkręcała kaloryfer, a dziadek skradał się na palcach i minutę później wyłączał ogrzewanie oraz otwierał na oścież balkon, chichocząc pod nosem.

nie mógł też ścierpieć, jeśli mu coś tykało. była to ciągnąca się całymi dekadami walka, w której babcia była na z góry przegranej pozycji. dziadek prowadził z nią długoletnie potyczki, wyjmując baterie ze wszystkich budzików, zegarów ściennych, zegarków na rękę (zdarzało się, że wyciągał babci baterię z zegarka na nadgarstku, kiedy drzemała po obiedzie!), bo, jak twierdził, tykanie strasznie go wkurwiało i nie pozwalało zasnąć. babcię zalewała krew, bo sam dziadek chrapał przecież tak, że szyby się trzęsły w budynku, czasem nawet pękały i sąsiedzi się na niego do administracji skarżyli, bo cały blok nie mógł spać. podobno tym z dołu całkiem popękał od dziadkowego chrapania sufit, a tynk bezustannie sypał się im na głowę, chociaż dziadek mówił, zdenerwowany, żeby sąsiad nie pierdolił, bo wiadomo, że to od kopalni pęka, a poza tym on wcale nie chrapie.

babcia oczywiście w akcie desperacji chowała zegarki w najbardziej absurdalnych miejscach, w szufladzie pod majtkami, w słoikach z kawą, w pralce, nawet owinięte w schab w zamrażalniku! ale dziadek, niczym detektyw, krążył po mieszkaniu, nasłuchując uważnie, nieruchomiał znienacka, podobny do psa myśliwskiego, który wpadł na obiecujący trop, i zawsze, koniec końców, taki zegarek wypatrzył i bezlitośnie rozbebeszył. babci pozostawało więc wszędzie się spóźniać.

dziadek twierdził zresztą, że awersja do zegarków to marynarskie przyzwyczajenie. mawiało się bowiem, że marynarzom cisza pulsuje w ciałach, i nie była to żadna głupia metafora, po prostu na morzu tętno ich krwi synchronizowało się w naturalny sposób z ruchem morskiej wody.

na początku, zanim ciała marynarzy zestroiły się z pływami fal, czuli okropne bóle głowy (tak zwane morskie migreny), nagłe bicie serca, ucisk w klatce piersiowej i przeraźliwe łomotanie w czaszce. jednak po paru dniach dolegliwości mijały (chociaż lekki stukot w uszach pozostawał), a tętno się stabilizowało – musieli czuć się cudownie, kiedy tak ich krew pulsowała w jednym rytmie z morzem, szum wody mieszał się z szumem krwi i biciem ogromnego marynarskiego serca, zupełnie jakby ich ciało nie miało granic, tylko rozlewało się aż po horyzont.

nie zrozumiałam jednak nigdy, w jaki sposób wpływało to na dziadkową nienawiść do budzików – czy ich jednostajne tykanie przypominało mu o morzu? kiedy pytałyśmy go o to, twierdził, że zaczynamy wymyślać i mamy mu nie zawracać głowy pierdołami.

* * *

błędem jest sądzić, że wszystkie bloki są identyczne. ich pozorne podobieństwo jest bardzo mylące. ktoś przyzwyczajony do jednego stałego rozmieszczenia wewnętrznej przestrzeni bloku myśli, że układ pionów, klatek i kondygnacji jest niezmienny jak rozkład żył w ludzkim ciele. dopiero kiedy człowiek taki wchodził do obcego budynku, z zewnątrz z pozoru mniej lub bardziej identycznego temu, który już znał, nagle stawał oszołomiony zupełnie niespodziewanym wariantem wnętrza, całkowicie obcym labiryntem, przestrzenią, która zaskakiwała nowym ułożeniem. było to coś, co wydawało się nam przecież zupełnie niemożliwe, jakby układ korytarzy i mieszkań w naszym bloku był rytualny, kanoniczny i znienacka materializujące się nam przed oczami nowe warianty zaplutych słonecznikiem i petami klatek burzyły dogmat architektury, w której dorastaliśmy, wprowadzając niekończące się nowe konfiguracje tej dotychczas zamkniętej i bezpiecznej przestrzeni; nagle otwierała się, groźna, fascynująca, pociągająca, i niespodziewanie rzeczywistość nabierała nieskończonej ilości form, korytarze i klatki schodowe wystrzelały i biegły przed siebie jak drogi bez kresu, wiodące nie wiedzieć dokąd, ale z pewnością bardzo daleko od tego miejsca, w którym przecież byliśmy od zawsze. zapraszały nas, żeby nimi podążyć, zgubić się i zniknąć za horyzontem jak za blokiem.

poza tym, jeśli zwrócić baczniejszą uwagę, architektura bloków wcale nie jest, jak się dość powszechnie twierdzi, toporna, oczywista czy przypadkowa. w pozornie geometrycznej, ułożonej przestrzeni budowniczowie i projektanci umieścili bowiem dziwne, na wpół ukryte, łatwe do przegapienia przez niewprawne oko, niezidentyfikowane miejsca, które zawsze przyciągały poszukujących spokoju dresów i dzieci: załamania schodów, ciemne wnęki, pełne zakrętów korytarze prowadzące do piwnic, urywające się znienacka wielką przestrzenią ostatnie, najwyższe kondygnacje (z których można było spoglądać przez poręcze aż na sam dół, a nawet z wprawą spluwać na od czasu do czasu majaczące w prześwitach głowy). to były dziwne, nieodkryte białe plamy, zasnute dymem papierosów i oznaczone śliną, nowo podbite, wzięte we władanie terytoria. człowiek czuł się tam dziwnie, jakby w takim miejscu zbierał się punkt ciężkości całego budynku, podobny do ciasnego węzła, który stawał w gardle i jeśliby go przeciąć, to blok z pewnością by się rozleciał, ściany opadłyby powoli na cztery strony jak w kartonowej atrapie.

parking pod blokiem zastawiony był głównie polonezami baronów węglowych, które (jak zresztą każdy inny samochód w tamtych czasach) gubiły olej i potem całe osiedle poznaczone było nieregularnymi tęczowymi plamami. wyglądało to jakby magia transformacji zdrapywała z ulic monochromatyczny, szary komunizm (istniejący w naszej wyobraźni tylko w formie czarno-białych zdjęć), a z głębi przebijała, przecierała się, wyzierała inna rzeczywistość; jakby z tego poloneza caro (z kratką, dostawczego, bo wiadomo, taniej na firmę) razem z kolorowym olejem wyciekał na ulicę tłustymi plamami cudowny i magiczny kapitalizm. powoli sączył się, już, zaraz miał rozedrzeć chodnikowe płyty, rozerwać popękany, popluty ledwo co asfalt i wytrysnąć, rozlać się szeroką rzeką, niczym epifania demokracji, zalać całe osiedle, miasto, kraj, jak mawiali nasi rodzice bowiem, gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo, amen.

mężczyźni popołudniami z precyzją nastawiali dopiero co kupione wideo i zawsze był w tym element losowości, niepewność, a czasem małe niedzielne dramaty, jeśli czar par się nie nagrał. potem zasiadali dumni do telewizora, wieczorami i w weekendy, wkładając sobie rękę w spodnie, bo naoglądali się, że głowa rodziny wypoczywa tylko w taki sposób.

przy kieliszku rozpoczynali swoje opowieści z wojska, prawdziwe totemy męstwa:

– był taki jeden u nas na jednostce, co szkło wpierdalał, no mówię wam, normalnie jadł szkło, pamiętam, raz se szklanki kupiliśmy, a takie ładne szklanki, akurat tam gdzieś rzucili, a ten chuj, jak się spił, to patrzymy rano, a tam ani jednej szklanki nie ma, wszystko wpierdolił, uszka nawet, a metalowe były.

– a kiedy indziej to mieliśmy takiego dowódcę, co wypić sobie lubił, ale pieniędzy mu szkoda było, to kombinował zawsze, jak za wojskowe wypić, i uważcie sobie, taka wyrzutnia była u nas, co to kilkaset litrów na sto kilometrów paliła, cholerstwo, wielkie, ciężkie jak pieron, w takim hangarze, w garażu takim to na jednostce trzymali i uważcie sobie, jak kapitanowi na wódkę brakło, to wołał oddział, kazał wyrzutnię z garażu wytoczyć, przepchnąć dookoła placu apelowego i z powrotem do garażu, a wiadomo, cały czas pchać tylko, bez zapalania silnika, że niby ćwiczenia takie i że podzespoły w wyrzutni się przeczyszczają, podzespoły, tfu, to ruskie było przecież, podzespoły, jego jebana mać, ruski na oczy przecież podzespołu nie widział! no ale jak tak przepchnęliśmy, to przebieg się zawsze nabił i było spalanie do oficjalnego rejestru, a pieniądze na benzynę trafiały do kieszeni dowódcy.

– zresztą podobno parę lat później tak się upił, że mu całą krew przetoczyć musieli, transfuzję mu zrobili, boby się inaczej chłop przekręcił. i to był koniec jego kariery, bo sobie w delirium ubzdurał, że ta krew to od kobiety była i że ona go teraz prześladuje, no wiecie, jak duch. i z tego wszystkiego w damskich ciuchach zaczął po jednostce chodzić – jak go kiedyś generał w rajstopach pod mundurem złapał, to dostał urlop przymusowy i się skończyło.

chociaż kościści, niepozorni, z twarzami ukrytymi nieśmiało za bujnymi wąsami, byli dla nas prawdziwym przykładem męstwa i wielkiej mądrości.

na osiedlu nie było wtedy jeszcze telefonów stacjonarnych i porozumiewaliśmy się przez kaloryfery, które świetnie niosły dźwięki po całym bloku, wystarczyło tylko zastukać w rurę łyżeczką do herbaty, sygnalizując chęć kontaktu. przez długie lata był to główny argument urzędników, którzy konsekwentnie odmawiali nam założenia sieci telefonicznej.

czasem w sobotnie noce zdarzało się, że w niedalekim drink-barze ktoś robił wesele, a osiedle, zwłaszcza nocą, miało przedziwną akustykę. dźwięki odbijały się między blokami echem, tworząc jakiś rodzaj koszmarnej kakofonii, więc huk muzyki z sobotnich wesel niósł się daleko, przez osiedle przelatywały zniekształcone marnej jakości mikrofonem okrzyki wodzireja, najpewniej dużego rudego klauna z szerokim uśmiechem na trupiobiałej twarzy i błyszczącą łezką w kąciku oka: no to teraz panowie macają nóżki! i jeszcze jeden! do dna! chodziło się wtedy zwykle do sąsiada sztygara, jedynego, który miał telefon (z kablem pociągniętym wprost z kopalni), prosząc, żeby zadzwonił na policję, „bo dziecko spać nie może”.

w przeciwieństwie do telefonów, w latach dziewięćdziesiątych, dopiero co założone domofony jeszcze działały. czasem w środku nocy budził nas przeszywający dźwięk dzwonka, który rozlegał się w całym mieszkaniu. na dole ktoś z uporem dusił przycisk, dopóki wreszcie któreś z nas nie zwlekło się z łóżka i, zaspane, nie odebrało.

– marzenka jest??? – słychać było zwykle w takich wypadkach ochrypły męski głos, który z trudem wymawiał zbitki spółgłosek.

– pomyłka – odpowiadaliśmy i zirytowani odkładaliśmy słuchawkę domofonu z głośnym trzaskiem. zanim jednak zdążyło się wrócić do łóżka, przeraźliwy dzwonek domofonu znów niósł się nerwowo po całym mieszkaniu.

– taaaaak?

– marzenka, kurwa, otwórz!!! – słychać było w słuchawce błagalny głos, rozdzierający wręcz serce.

– panie, pomyłka!!!

– marzenka, no kurwa... otwórz... proszę... – domofon wypełniało szlochanie.

czasem dialog taki ciągnął się nawet ponad godzinę, a kiedy próbowało się dźwięk domofonu ignorować, jebany romeo dzwonił niestrudzony, nie zdejmując palca z przycisku i wciąż nie odnajdując swojej marzenki.

* * *

kiedy dziadek opowiadał o swoich podróżach, często uczył nas nowych, ważnych rzeczy o świecie. na przykład pokazywał nam swoją kolekcję map, a miał mapy ze wszystkich krajów i każda była inna. przed naszymi oczami wyrastały dziwne, nieznane lądy, przypominające olbrzymie narośla czy guzy, pełne nowych nazw w obcych alfabetach.

– pamiętajcie – mówił – nie dajcie się zwieść rządowej propagandzie. tak naprawdę nikt do końca nie wie, jak wygląda rozkład mórz i kontynentów. istnieje kilka prawdopodobnych wersji, ale żadna nie jest potwierdzona – kiwał głową i wyciągał wielkie zżółknięte arkusze, na których lądy wyglądały jak biegnące zwierzęta, kraje znienacka mnożyły się w setki archipelagów, a rozległe brzegi ginęły, pochłonięte zieloną wodą. pokazywał nam też, jak rozpoznać, z którego miejsca świata pochodziła dana mapa – zawsze kraj pochodzenia znajdował się na samym środku, centryczność map była ich dominującą cechą.

najbardziej fascynowały nas połączenia między lądami, pasy ziemi niczyjej, wąsie kawałki lądu ledwie wynurzające się z wody, poprzerywane kropeczkami wysp, które wyglądały jak choroba skóry czy okruchy przypadkiem rozrzucone na papierze; tysiące kolorowych plamek. były tak drobne, że nikt nawet nie fatygował się z wpisywaniem jakichkolwiek nazw – po prostu by się nie zmieściły. dziadek mówił, że mało ziemi jest tam przez wieczne upały, ląd kruszy się w palącym słońcu i zapada w morze. twierdził, że tamtejsi mieszkańcy mają twarze i ręce pokryte chropowatościami, które odcinają się białą spierzchniętą powłoczką na ciemnej karnacji, opowiadał, że czasem, zwłaszcza u dzieci, laguny krost wyglądają jak kokony, z których, koniec końców, nic się nie wykluwa.

czasami w tych krajach, zwłaszcza w pasie drobnych wysp, dziadek czuł niewymowny smutek, śpiewał rzewne piosenki, wpatrywał się tępo w dal i tęsknił za wszystkimi miejscami, w których akurat go nie było.

wspominał o tym z wielkim sentymentem, bo podobno tam, na lądach przejścia, gdzie wszelkie nazwy są wyłącznie umowne, zdarzały mu się najdziwniejsze rzeczy. czas zmieniał swój bieg, kierunki świata mieszały się ze sobą, dziadek czasem zapominał języków, którymi mówił świetnie od wielu lat, albo znienacka odkrywał, że potrafi mówić językiem zupełnie nowym, gdzie słowa bardziej podobne były do czystych dźwięków niż do liter. czasami nie widział kolorów, wszystko gubiło się w jasnoszarych tonacjach, kiedy indziej kolory były tak jaskrawe, że musiał nieustannie mrużyć oczy – od tego podobno miał tyle zmarszczek. dziadek opowiadał, że kiedyś, tuż po zejściu na ląd, zupełnie oślepł i inni marynarze musieli go prowadzić od knajpy do knajpy, podsuwać szklanki pod ręce i ostrzegać przed zbyt niskimi sufitami. mówił, że już kiedy zbliżali się do wybrzeża, coś było nie tak, coraz bliższy horyzont wpijał mu się w oczy jak cienki, gryzący sznurek, a słońce zdawało się zachodzić dokładnie pośrodku linii lądu, chociaż płynęli na wschód.

zdarzało się też, że dziadek w trakcie swoich podróży dochodził do wielkiej fortuny, którą tracił równie szybko i łatwo, jak ją zdobywał.

właśnie w krajach przejścia dziadek zaczął rozkręcać biznes przemytniczy. wtedy jeszcze nikt nie bawił się w przemyt narkotyków czy alkoholu, najbardziej opłacalnym towarem były zwierzęta tropikalne. dziadek opowiadał, że brodzili zanurzeni do pasa w przezroczystej szafirowej wodzie i wielkimi sitami, którymi zwykle kobiety przesiewały mąkę, wyławiali kilogramy drobnych, przypominających ruchome cekiny, jaskrawych rybek. potem pakowali je w nylonowe woreczki, obwieszali sobie nimi pod ubraniem całe ciało, tak że wyglądali na nienaturalnie umięśnionych, i tylko z ramion sterczały im maleńkie główki. jeśli jednak ktoś dłużej im się przyglądał, mógł dostrzec, że zarysy ich sylwetek uginają się i falują, jakby bezustannie przechodzili przez smugi dymu (ale w tamtych krajach gorące powietrze zawsze drgało z upału, więc nikogo to nie dziwiło).

przekraczali granice malutkich państewek setki razy, czasem bywając w kilkunastu jednego dnia, cena przemycanego towaru rosła bowiem wraz z liczbą przebytych odpraw. musieli tylko uważać, żeby z tego wszystkiego, przy długiej podróży przez tysiące krajów nie wrócić przypadkiem do punktu wyjścia, bo wtedy całą inwestycję szlag trafiał i trzeba było zaczynać wszystko na nowo.

dziadek mówił, że tylko raz mieli problemy na granicy. kiedy stali w kolejce na przejściu, ktoś, najwyraźniej zdenerwowany zbytnią indagacją celników, wyjął nagle spluwę i zaczął strzelać do wszystkich wokół. dziadek zdążył się schować, ale jego kumpel padł podziurawiony kulami i leżał tak w kałuży krwi wymieszanej z wodą wyciekającą z porwanych worków, a jego ciało drgało, jakby natychmiast oblazły je robaki – rybki, oblepione mokrą folią, bezskutecznie próbowały wyrwać się spod przemoczonej koszuli i spodni i dogorywały razem z dziadkowym kumplem.

dziadek opowiadał, że sam musiał zająć się usunięciem ciała, nie chciał, żeby celnicy zainteresowali się dziwnym wyglądem trupa. kiedy później zdzierał z niego wilgotne, oklejające go ubrania, wybierał zewsząd małe martwe rybki, które przypominały kolorowe kawałki skóry odpadające z martwego ciała. mówił, że ich łuski były jak drobne igiełki, wbijały się głęboko w ręce i potem dziadek długo jeszcze miał dłonie śliskie i błyszczące w słońcu setkami kolorów, jakby moczył je przez kilka godzin w benzynie.

podobno w tych krajach przejścia martwe ciała nie sztywnieją, jest tam po prostu za gorąco. dziadek mówił, że wolałby jednak, żeby ciało kumpla dotknęło rigor mortis, bo kiedy go rozbierał, bał się, że jeżeli zbyt mocno naciśnie, to skóra pęknie i ze środka wyleją się setki rybek jak z przekłutego nylonowego woreczka.

dziadek po kilku miesiącach takich podróży dorobił się małej fortuny i postanowił sobie kupić swój własny blok, z rodzaju takich, co to mają ściany pełne azbestu. nabył go gdzieś na wschodnich rubieżach, gdzie nie wiadomo, czy jeden kontynent już się kończy, czy drugi zaczyna. dziadek zawsze wspominał, że największy problem miał ze znalezieniem sprzątaczki, bo podobno nie tylko mieszkania, ale i klatki schodowe były tam wyłożone dywanami i oczywiście trzeba było to wszystko regularnie odkurzać.

pamiętam, że kiedyś tłumaczył nam, jak wyglądały sufity w jego rezydencji, zupełnie jak tutaj, o, pokazywał na róg pokoju, a my wpatrywałyśmy się w ścianę, nie za bardzo rozumiejąc, o co mu chodzi.

– widzicie? – dopytywał uparcie.

niepewnie kiwnęłyśmy głowami.

– eee tam, gówno widzicie – machnął ręką, spoglądając na nasze miny. – patrzcie uważnie, jak tam jest krzywe. no! podejdźcie sobie – popchnął nas do przodu.

faktycznie, przyzwyczajone do wyglądu bloku, początkowo nie zrozumiałyśmy, że dziadkowi chodzi o zaokrąglone rogi pokojów (wszystkie ściany i podłogi w naszym bloku były krzywe, tak że piłki same się toczyły w mieszkaniach całkiem pozbawionych kątów prostych). zupełnie jakby naszego bloku wcale nikt nie zbudował, ale wydrążył go w litej bryle betonu i cementu.

– to na butelkę jest robione – powiedział dziadek ze znawstwem.

– ale jak to na butelkę? – otworzyłyśmy szeroko oczy ze zdumienia.

– no normalnie, murarze butelką sufit wygładzali.

widząc bezdenne niezrozumienie malujące się na naszych twarzach, dziadek, stękając, podniósł się z wózka, chwycił flaszkę po piwie razem z taborecikiem, na którym stała, podszedł do kąta i wdrapał się na krzesło.

– co za skaranie boskie z tymi dziewuchami! – sapiąc i przeklinając, przyłożył butelkę do sufitu i zaczął jeździć nią w tę i z powrotem, zupełnie jakby wałkował ciasto na stolnicy. wydałyśmy głośny okrzyk zrozumienia, ale akurat w tym momencie do pokoju weszła babcia, wrzeszcząc, że co ten stary znowu wyprawia, kark sobie połamie! babcia miała oczywiście, jak zwykle, dużo racji, bo zaskoczony jej krzykiem dziadek runął z taborecika razem z butelką, chroniąc ją jednak instynktownie w ramionach, tak że sam łupnął o ziemię, aż zatrzeszczały kości, ale szkło pozostało nietknięte.

* * *

koniec roku na osiedlu czczono zawsze spektakularnymi fajerwerkami i karabinowymi seriami petard. sztuczne ognie były wtedy piękne, nie tak jak teraz, że puszczą parę zielonkawych rakiet i zadowoleni. dawniej sztuczne ognie wybuchały z hukiem (aż szyby w oknach się trzęsły!), rozlewały się ponad blokami w kwiaty, gwiazdy, smoki ziejące ogniem, formując najbardziej fantazyjne kształty o zapierających dech w piersiach kolorach. spływały potem wolno z nieba i barwne smugi długo jeszcze wisiały w powietrzu – po tym właśnie można poznać, że fajerwerki są dobrej jakości (te kiepskie, co to je kupują teraz byle gdzie, pyk i zaraz ich nie ma, dymu trochę tylko po nich zostaje i smród). tamte stare robiono z porządnego tłustego prochu, od ruskich się je przecież zawsze brało, a ci po dziewięćdziesiątym pierwszym rozkradali zaopatrzenie wojskowe i podobno sprzedawane przez nich fajerwerki przygotowywane były na bazie strzelniczego prochu wyłuskiwanego z nabojów karabinów szturmowych – stąd też naprawdę imponujące wybuchy.

zresztą wtedy była w ludziach fantazja, dresy o północy biegały sobie po trawniku, a jeden, który stał w oknie na czwartym piętrze, krzyczał do tych na dole:

– eeeee, kurwy! ale we mnie to nie traficie!

i choć faktycznie nie trafili, serce rosło, kiedy człowiek patrzył, jak z pasją, zaangażowaniem i prawdziwą radością celują w balkon.

zdarzały się też oczywiście na osiedlu historie krwawe i mrożące krew w żyłach. którejś jesieni spokój tradycyjnego niedzielnego rosołu przerwały wrzaski sąsiadki, która biegała po klatce schodowej w tę i z powrotem, gubiąc pantofle.

– policjaaaaa!!! policjaaaa!!! – wrzeszczała rozdzierająco piskliwym głosem.

dość szybko okazało się, że sąsiad z dołu chciał otruć żonę, co wywołało jej zrozumiały protest.

– do zupy mi truciznę dosypał, skurwiel... – żaliła się później pełna emocji pod blokiem.

dopiero po kilku dniach, gdy żona, zabarykadowana u mamusi, uporczywie odmawiała powrotu do domu, rzucając przy tym liczne, aczkolwiek mało przekonujące groźby dotyczące ewentualnego powiadomienia policji, sąsiad z ociąganiem przyznał się, że do zupy, owszem, dosypywał, ale nie truciznę, tylko lekarstwo.

na syfa.

okazało się, że owej nieprzyjemnej dolegliwości nabawił się w trakcie niedawnego pobytu w sanatorium, a lekarz, z oczywistych względów, przepisał kurację zarówno jemu, jak i jego partnerce. przez jakiś czas sąsiadowi udawało się dosypywać lekarstwo ukradkiem do jedzenia.

– i wszystko byłoby kurwa w porządku – opowiadał zasępiony pod sklepem – gdyby stara umiała porządnie podgrzać rosół, bo był chuj za zimny, tabletka się nie rozpuściła dobrze i jak starej coś między zębami zaczęło chrobotać w makaronie, to się, kurwa, podejrzliwa zrobiła.

piękne były zachody słońca na osiedlu, zwłaszcza jesienią, kiedy w powietrzu nasyconym wilgocią wisiały ciężko pyły i dym z opalanych gazetami i plastikowymi butelkami okolicznych domów. światło zachodzącego słońca rozpraszało się jak zorza, przybierało najbardziej fantazyjne kształty i kolory, zalewając karminami, różem i krwistą czerwienią całe osiedle; plamami barwiły się szyby bloków i twarze ludzi szybko przemykających przez ulicę w ostrym przedwieczornym zimnie (jakby naprawdę wszystkich zalała wreszcie ta długo przez nich obiecywana krew). horyzont przypominał przerywaną linię, widziało się go tylko w prześwitach między blokami, więc potem, jeśli człowiek gdzieś wyjechał i oglądał pełen, niezakłócony konfiguracją osiedlowych bloków zachód słońca, to czuł się jakoś dziwnie i nieswojo. słońce na osiedlu zawsze zachodziło, w zależności od pory roku, z lewej albo z prawej strony dzielącego resztki widocznego horyzontu komina. a komin wyglądał pięknie w tym wieczornym świetle, ciemny, prawie czarny na tle czerwonego jesiennego nieba, jakby tam właśnie zaczynało ono pękać i na osiedle wylewała się powoli noc i zima.

wieczorami powietrze wypełniał ostry zapach dymu z wypalanych okolicznych pól; natychmiast wdzierał się do mieszkań przez niedomknięte okna. kiedy wdychało się go pełną piersią, wypełniał usta i pozostawiał w nich dziwny, cierpki smak, który budził jakieś niejasne wspomnienia – obracane językiem, wypełniały jeszcze mocniej nozdrza i usta gorzkim zapachem spalenizny, ale mimo to pozostawały bezkształtne, budziły w nas tylko niepokój, poczucie straty i niejasną tęsknotę, jaką potrafią budzić tylko rzeczy nieznane i nieuchwytne. dym rozpraszał się zupełnie w późnojesiennym zimnie, zanim zdołaliśmy naprawdę go zasmakować, przegryźć i cokolwiek zrozumieć.

przez osiedle przebiegały watahy bezpańskich kundli, jeszcze bardziej ogłupiałe niż zwykle przez zbliżającą się zimę, i kiedy patrzyło się z okna, jak pędzą pomiędzy blokami, wyglądało to, jakby zżółknięty, jesienny trawnik był taflą wody, w której odbijają się klucze odlatujących z kraju ptaków, i te brudne kundle, z posklejaną błotem sierścią, były jakimś nieudolnym cieniem ptasich stad zaczerniających niebo nad osiedlem, cieniem, który bezskutecznie próbuje oderwać się od ziemi. w szaleńczym pędzie gubiły oddech, wywalały ciężko jęzory, podskakiwały znienacka do góry, szczekając głośno, jakby miały nagle polecieć i wciąż jeszcze wierzyły, że uda im się uciec przed zimą, mrozem i śmiercią.

* * *

mapy dziadka były schowane wysoko na szafie w dużym pokoju, zwinięte w zakurzone rulony, poupychane w reklamówkach i w workach na śmieci. niektóre rzucone byle jak, częściowo rozłożone, doprowadzały do szaleństwa babcię, która pomrukiwała, że utrapienie tylko z tym starym i że zaraz się w tym brudzie i smrodzie robactwo zalęgnie, i tyle z tego całego dziadostwa będzie.

zawsze kiedy znudzone zabawą przychodziłyśmy prosić dziadka, żeby pokazał nam mapy, długo się opierał, kręcił głową, ciężko wzdychając. wreszcie ustępował pod naporem naszych płaczliwych próśb i klnąc cicho pod nosem, wdrapywał się na meblościankę. nie raz i nie dwa musiał ratować się przed lawiną rulonów ułożonych na szafie tylko na słowo honoru, które nagle spadały mu na głowę, wyrzucając w powietrze chmury kurzu. zawsze wywoływało to protesty oburzonej babci, że ona, kurwa, sprząta, a my nic nie szanujemy.

zwykle w miarę snucia opowieści i oglądania kolejnych map dziadek mówił coraz szybciej, na twarzy pojawiały mu się wypieki, wołał na babcię, żeby przyniosła mu piwo, i popijając z puszki, zaczynał opowiadać ściszonym głosem najróżniejsze sekrety, zawsze najpierw każąc nam zaklinać się na boga i życie (ale szeptem, żeby babcia nie słyszała).

tak na przykład dowiedziałyśmy się, że dziadek siedział w więzieniu, o czym zresztą opowiadał z niemałą dumą. trafił tam w którymś z egzotycznych krajów, przyłapany pechowo na przemycie. w więzieniu właśnie, jak twierdził, nabawił się robaka.

po którejś z codziennych bójek, w których dziadek zawsze odnosił spektakularne zwycięstwa, zauważył drobne skaleczenie na nodze. rana, jak na wilgoć, duchotę i brud panujący wokół, zagoiła się dość szybko, jednak pod skórą, na udzie, w miejscu przecięcia, zaczęła rosnąć dziadkowi mała grudka, niewielka krostka. nie zwrócił na nią większej uwagi, dopóki któregoś dnia nie odkrył, że owa „grudka” lekko się porusza. na początku pomyślał, że go całkiem pojebało od ciągłego zamknięcia, ale kiedy rzekoma krosta osiągnęła wielkość małej śliwki i zaczęła pełzać pomiędzy górną częścią uda a kolanem, więzienny lekarz stwierdził, że to po prostu lokalna mucha złożyła dziadkowi larwę pod skórą. lekarz poinformował także dziadka z miłym uśmiechem, że może mu ową larwę wyciąć wraz z całym mięśniem (chociaż nie wyklucza amputacji), ewentualnie dziadek może się przyzwyczaić i poczekać, aż larwa sama się przepoczwarzy.

dziadek mówił, że larwa przez dwa miesiące rosła, z każdym dniem tłustsza, i coraz szybciej pełzała wzdłuż całego uda. zastanawiał się, czy kiedy osiągnie dojrzałość, przegryzie mu się przez skórę i ucieknie, tak jak obiecywał lekarz, nic takiego jednak nie nastąpiło i dziadek chodził wiecznie niewyspany, bo larwa zwiększała swoją aktywność nocami. mówił, że wyglądało to, jakby pod skórą toczyła mu się coraz większa szklana kula.

larwy były więzienną plagą, większość osadzonych prędzej czy później dorabiała się swojego własnego egzemplarza. rekordziści mieli po trzy, cztery w różnych częściach ciała. dziadek mówił, że ta epidemia larw największe wrażenie wywoływała w trakcie comiesięcznego obowiązkowego prysznica. w półmroku pełnego pary pomieszczenia przemykali nadzy mężczyźni, którym pod skórą wiły się larwy, wybrzuszając tatuaże pokrywające gęsto ciała więźniów, zupełnie jak na rozległych połaciach plaży, kiedy silny wiatr marszczy piasek. świat wydawał się przez chwilę niepewny, coś pod jego powierzchnią zaczynało buzować i załamywać kontury, jakby larwy miały zaraz wytrysnąć ospałym więźniom z twarzy, rozorać im pokryte krzywymi rysunkami plecy, wybuchnąć i rozedrzeć gorącą wodną parę, która niczym gruba folia okrywała całą łaźnię.

zresztą tatuaż w więzieniu był znakiem odwagi i najwyższego męstwa – robiono go z trujących mieszanek o nieznanym bliżej składzie, które w ciągu dekad rozpływały się po ciele, zaczerniając coraz bardziej żyły i znacząc ciało dziwnymi, nieregularnymi sińcami, póki nie dotarły do serca; były jak odwleczone w czasie wyroki śmierci i niepodważalne symbole więziennego statusu. podobno serca byłych więźniów umierających przez stare tatuaże były sczerniałe i pokurczone, zupełnie jakby ktoś próbował je jeszcze za ich życia spopielić. wśród współosadzonych ci wytatuowani budzili głęboki szacunek i respekt, bo, w przeciwieństwie do reszty, doskonale wiedzieli, że kiedyś umrą.

* * *

kiedy byliśmy mali, osiedle pełne było bogów. był bóg-bóg, jezus chrystus, matka boska, dzieciątko, duch święty, no i oczywiście bozia. bozia była bytem odrębnym, niezwykle istotnym i ściśle związanym z chlebem (najsilniej oczywiście obecna w piętkach, które miały niezwykłe zdrowotne właściwości i mnóstwo witamin). za każdym razem, kiedy kromka spadła na ziemię, trzeba ją było podnieść i pocałować, tak by bozia się nie obraziła. pokutowaliśmy potem w boże ciało, sypiąc w zachwycie garściami miękkie, pachnące płatki kwiatków. zawsze przepełniało nas poczucie winy, zwłaszcza kiedy byliśmy w grupie i jeszcze dobitniej uświadamialiśmy sobie, że rzeczy się nie wydarzały, meblościanki, przed którymi nas straszono, nigdy się nie przewracały. kiedyś w trawach pod ogrodzeniem znaleźliśmy małe koty, jeszcze ślepe i obrzydliwe, z resztkami pępowiny, które sterczały im z brzuchów. ktoś przyniósł tępy obiadowy nóż, z tych typowych, z zaokrąglonym czubkiem i kilkoma ząbkami, które rzekomo miały służyć do krojenia. tym właśnie nożem jedno z nas, otoczone przez pozostałych, bardziej rozgniotło, niż przecięło kocią pępowinę. później, w poczuciu spełnionego obowiązku, odłożyliśmy koty dokładnie tam, skąd je wzięliśmy, i nie mam pojęcia, czy potem zdechły, a jeśli tak, to jak szybko.

gdzieś mniej więcej w tym czasie mieliśmy pierwszą komunię. widać było, jak przejęci jesteśmy faktem wejścia jezusa po raz pierwszy do naszego serca, kiedy to nie tylko sukienki i garniturki powinny być białe, ale także nasze serduszka pełne czystości, bo jezus jest w naszym sercu gościem, a jak można zaprosić tak ważnego gościa w środek bałaganu. po roku chodzenia do kościoła oraz wielu miesiącach gorliwych modlitw do obrazka jezu ufam tobie, który strzelał na boki różowymi i niebieskimi promieniami, nadszedł długo wyczekiwany moment. do tej pory zawsze przecież tylko patrzyliśmy z zazdrością na tłumy dziewczynek triumfalnie maszerujących po osiedlu w białych sukienkach.

ale tak naprawdę poza czekaniem nic więcej nie zapadło nam w pamięci. anna zawsze twierdziła, że dużo wyraźniej w jej głowie tkwił obraz rocznicy komunii: wyglądaliśmy jak grupa zagubionych w czasie podróżników, kiedy szliśmy tak przez osiedle, ubrani w kuse garnitury i za ciasne sukienki, które już nie włóczyły się po ziemi jak u księżniczek. spod przykrótkich strojów wystawały, białe, bo białe, ale jednak adidasy (lakierki, dawno już za małe, leżały gdzieś schowane na szafie w przedpokoju). co chwila drapałyśmy się po głowach, bo zbyt wąskie druciane wianki kłuły nas niemiłosiernie, a włosy, ścięte przecież po pierwszej komunii, sterczały głupio we wszystkie strony. było chyba dość zimno (w maju ciepło jest tylko w niedziele), bo większość miała na sobie ortalionowe kurtki, tak wtedy modne, w jaskrawych kolorach, z podszewką, która wyglądała jak zrobiona z siatkowego podkoszulka. oczywiście z daleka błyszczały na piersi wyszyte złotą nitką hostie, niczym znak rozpoznawczy jakiegoś superbohatera. anna mówiła, że jeśli szukała w pamięci pierwszych śladów dorosłości, to zawsze przed oczami stawał jej ten obraz, kiedy powoli, skrępowani za ciasnymi ubraniami, szliśmy przez osiedle w błyszczących fioletowych, różowych, zielonych kurteczkach, rozglądając się wokół, jakbyśmy usilnie szukali czegoś, co zgubiło się bardzo dawno temu.

* * *

dziadek anny zawsze był w domu. w dużym pokoju, na środku wytartego miodowego dywanu, obok niskiej ławy stał jego wózek inwalidzki (przez dziadka z upodobaniem nazywany fotelem). mimo że dzięki metalowym kołom (które, poprzecinane charakterystycznymi szprychami, wyglądały jak koła składaka, brakowało im tylko tuningu w postaci kolorowych plastikowych koralików) można by go było bez problemu przestawiać, wózek zawsze stał dokładnie w tym samym miejscu, zwrócony w stronę okna. wchodząc do pokoju, najpierw dostrzegało się szerokie, zgarbione plecy dziadka siedzącego w wózku, na środku żółtego dywanu jak na pokrytej brudnym piaskiem wyspie. jego głowa, ze wzrokiem niezmiennie wbitym w okno, odcinała się czarnym konturem w słońcu, które przez cały dzień zalewało pokój, jakby ktoś nalewał piwo do szklanki bez dna. anna mówiła, że to bardzo dziwne, bo mieszkanie wcale nie było skierowane na południe.

dziadek wpatrywał się w okno bez przerwy. powodowało to nieustanną irytację babci, która ciągle musiała zmieniać firanki, ponieważ pozawijane za klamkami, tak żeby nie zasłaniać dziadkowi widoku, brudziły się i mięły.

obok wózka zawsze ustawiony był taboret. co prawda jak w każdym szanującym się domu przed wersalką stała ława (całe pokolenie zjadało obiad w nienaturalnej, skurczonej pozycji), ale dziadek, zwrócony do niej bokiem, nie miał zamiaru co rusz sięgać za siebie, stawiał więc szklanki z kawą i butelki piwa na niestabilnym stołeczku, którego w żadnym wypadku nie wolno było przesunąć.

czasami w trakcie naszych odwiedzin dziadek milkł nagle w środku rozmowy i wbijał wzrok w szybę. jego twarz zmieniała się wtedy w jakiś niezwykły, skomplikowany krajobraz, który nieskończenie nas fascynował, ale którego, mimo wielokrotnych wysiłków, nie byłyśmy w stanie zrozumieć. anna mówiła, że dziadek wyglądał wtedy, jakby pod szorstką, pomarszczoną, grubą skórą jego twarzy zamiast tłuszczu i kości pojawiały się rozległe, bezkresne przestrzenie, jakiś rodzaj ciemnego, otwartego morza w bezustannym ruchu, z zatopionymi odpryskami ziemi spalonej słońcem, po którym zmarszczki i obwisłe fałdy skóry przebiegały niczym fale po wodzie. kiedy w takim momencie spoglądało się na dziadka, człowiek czuł się przez chwilę, jakby dopiero co skończył kręcić się bardzo szybko wokół własnej osi.

dziadek umiał patrzeć na rzeczy – spoglądając na nie, wydobywał je, zwielokrotniał, dodawał nowe wątki, pogłębiał kolory, zmieniał kształty, rozmiary i konteksty. czasem miałyśmy wrażenie, że wiele rzeczy stało się tylko dlatego, że dziadek je zobaczył. te momenty, kiedy dziadek zastygał znienacka przed oknem, wydawały nam się jakimś niezwykłym otwarciem, zawsze miałyśmy wrażenie, że gdybyśmy spojrzały przez okno na osiedle z dziadkowego miejsca, dokładnie tak, jak patrzy on, natychmiast zrozumiałybyśmy wszystko. ale z naszego kąta pokoju, gdzie przycupnięte na wersalce siorbałyśmy herbatę, widać było tylko przeciwległe bloki, takie same jak zawsze. dlatego zamiast przez okno patrzyłyśmy w twarz dziadka i wydawał nam się nieskończenie mądry i całkiem niezrozumiały, aż miało się ochotę sięgnąć ręką i wygładzić zmarszczki na jego twarzy, zupełnie jakby rozprostowywało się pomiętą kartkę papieru, z której nie da się odcyfrować zapisanego tekstu. świat dziadka był jakąś wielką, obżartą rybą, co miała też w brzuchu nasze maleńkie osiedle, pośród wielu innych rzeczy, niekończących się konstelacji. wyobrażałyśmy sobie, że ta ryba jest jak ogromny kalejdoskop, tekturowa tuba pełna kolorowych szkiełek, w której, jeśli ująć ją w dłonie i potrząsnąć, wszystko się przelewa w ciągle zmieniających się pejzażach i konfiguracjach.

anna wiele, wiele lat później przypomniała sobie ten wyraz twarzy dziadka, kiedy spacerowała nad brzegiem któregoś z oceanów. ludzie na skalistej plaży przekrzykiwali podmuchy wiatru, pokazując sobie rękami na horyzont, gdzie zupełnie niczego nie było, tylko wiatr niósł stamtąd zimne igiełki wody, które boleśnie wbijały się w odkryte fragmenty skóry.

dopiero po śmierci dziadka anna po raz pierwszy zobaczyła pusty wózek. póki żył, bezustannie w nim przesiadywał i tylko czasem, pod jego chwilową nieobecność, fotel zarzucony był górą koców i pledów. anna dałaby sobie głowę uciąć, że dziadek w tym wózku nawet spał. kiedy więc anna po śmierci dziadka po raz pierwszy zobaczyła pusty wózek, przez chwilę wahała się, po czym powoli i ostrożnie, jakby fotel pod ciężarem jej ciała miał się rozpaść na kawałki, usiadła na starym dziadkowym miejscu. natychmiast uderzyło annę coś, z czego nigdy nie zdawała sobie sprawy: wózek był dużo niższy niż krzesła czy wersalka, pokój wyglądał z tej perspektywy na większy, a meble układały się zupełnie inaczej. kiedy jednak anna spojrzała w okno, przez które, odkąd tylko pamiętała, wyglądał dziadek, zobaczyła dokładnie to samo, co zawsze widziałyśmy z wersalki. potem twierdziła zresztą, że wszystko przez babcię, bo ta robiła porządki i odkurzając, przesunęła fotel z jego stałego miejsca.

* * *

po osiedlu krążyły wtedy różne legendy: o wódce niedopitce, o stu milionach wałęsy, o tym, jak powstały bloki.

oczywiście blok nasz zbudowali komuniści, pierwszy sekretarz siedział w wielkim dźwigu i podawał na haku prostokątne płyty, a robotnicy zgrabnie je przechwytywali, przerzucali między sobą, podśpiewując, i układali jedna obok drugiej, zupełnie jak gigantyczne puzzle. w ten sposób jeden blok gotowy był w tydzień, ba, takie małe bloki jak nasz to w dwa dni budowali.

swego czasu po parkingu chodził jeden stary, któremu na emeryturze zupełnie jebło do głowy, trzymał w garści butelkę piwa, jakby to była górnicza lampa, i zaczepiał biegające przez trawniki dzieciaki.

– czy wiecie, że wasi rodzice trzymają w piwnicach konie?

nie wiedzieliśmy.

– tak, dobre górnicze konie, z nogami grubymi jak łapy niedźwiedzia. kopyta to mają szerokie jak studzienki kanalizacyjne, takie chabety, że ho! – mówił i cmokał z zachwytem.

– nie mamy wcale żadnych koni w piwnicy – mówił jakiś odważniejszy chłopiec.

– macie, macie – z pobłażaniem tłumaczył staruch – tylko rodzice skarbówki się boją, więc się nikomu nie przyznają.

na skraju pól, tuż przy blokach, znajdowała się góra, wzniesienie z zatkniętym na czubku krzyżem. wyglądało to tak, jakby tym krzyżem ktoś chciał górę zakorkować i wystarczyłoby go wyciągnąć, a całe powietrze natychmiast by uszło i góra ległaby wokół zupełnie płaska – luźny, pomarszczony skraj pól przypominający kobiecy brzuch po porodzie.

ale krzyż nie był znakiem chrześcijaństwa czy walki ze złym duchem. stał tam po prostu niczym próba ujarzmienia rozciągających się wokół pustych pól, rozległych zarośniętych nieużytków w stonowanych brązach, żółciach i szarościach, które nie kończyły się, tylko po prostu rozcierały na horyzoncie, jakby ktoś kiepował gęstym popiołem na szklane brzegi popielniczki.

jednostajność pól zaburzały jedynie rzadko pojawiające się słupy wysokiego napięcia: te wielkie, ażurowe, jedyny wyznacznik upływającej na polach odległości. przypominały potężne, ogołocone z żagli maszty, zakopane nie wiedzieć czemu w ziemi, zupełnie jakby wielkie żeglowne statki, o których tyle opowiadał nam dziadek, miały nagle wytrysnąć spod powierzchni pól, przeorać suche połamane trawy, rozbijając je dziobem niczym fale.

zresztą z słupami też był problem, bo ziemia w polach była miejscami bardzo cienka, pod niewielką warstwą gleby zaczynały się już kopalniane szyby i pracownicy elektrowni musieli bardzo uważać, bo nieraz w trakcie wkopywania słupów zdarzyło im się przebić do kopalni i cała robota brała w dupę, trzeba było zaczynać wszystko od początku i jeszcze łatać dziury, żeby potem ktoś w nie przypadkiem nie wpadł.

tuż koło krzyża znajdowały się tak zwane rubieże osiedla, ostatnia linia bloków, skierowana w stronę pól, prawdziwy bastion, jedyna flanka, która chroniła osiedle. bardziej niż budynki, przypominały morski falochron. pokruszone, z odpadającymi tu i ówdzie fragmentami ścian, poznaczone były balkonami, które, zawsze obwieszone praniem, wyglądały, jak gdyby mieszkańcy chcieli coś ukryć i woleli, żeby nikt nie zaglądał im w okna. pod blokami znajdowały się prowizoryczne ogródki, biedne rabatki pelargonii poprzetykane resztkami żywopłotu, a pomiędzy nimi, na zapadniętych leżakach, smażyły się grube stare kobiety, prawdziwe smoczyce opalone na brunatny kolor. i tylko balkony rysowały się ostro na niebie, sterczały zawieszone nad polami jak otwarte złamania.

* * *

dziadek w swojej słynnej rezydencji mieszkał ze sprzątaczką. estelita była bardzo niska i przysadzista, z niezwykle krótką szyją i krótkimi, mocnymi rękami, którymi ledwie obejmowała miotłę. czasem, kiedy nachylona próbowała doczyścić wiecznie brudną podłogę, wydawało się, że barczyste ramiona wyrastają jej prosto z głowy.

nie wiadomo, jak estelita znalazła się we wschodnich krajach, daleko od swoich rodzinnych, gorących lądów. dziadek zaklinał się, że on sam o jej przeszłości wiedział bardzo niewiele, prawie nic, a kiedy tylko próbował zadać swojej sprzątaczce jakieś pytanie, zaczynała nagle z pasją wymachiwać ścierką, wrzeszcząc, żeby nie zawracać jej głowy, bo ma mnóstwo do roboty. dziadek potrafił świetnie imitować jej głos, dziwną mieszankę akcentów o egzotycznym zaśpiewie, brzmiącą jak wysoki ptasi trel. anna zawsze uważała, że dziadek doskonale znał całą historię estelity, ale po prostu nigdy nie chciał nam jej opowiedzieć, jak wielu z setek i tysięcy nieopowiedzianych dziadkowych historii, których istnienia mogłyśmy się jedynie domyślać.

ciężko się dziwić, że znalezienie sprzątaczki do rezydencji stanowiło nie lada wyzwanie; dopiero estelita podjęła się tytanicznej pracy wiecznego odkurzania ciągnących się hektarami dywanów, bezustannego wycierania kilometrów półek pokrytych kurzem (włącznie ze skakaniem po meblościankach, żeby wytrzeć „tam u góry”). samo odsłanianie i zasuwanie zasłon zajmowało jej codziennie dobrych kilka godzin.

blok dziadka, prawdziwa rezydencja, był znacznie dłuższy niż wyższy, ciągnął się tak daleko, że jeśli stanęło się z jednego jego końca, to nie widać było drugiego. klatki, oznaczone literami alfabetu, prowadziły do pionów pełnych ciasnych klitek. dziadek, jeszcze przed wprowadzeniem się do rezydencji, kazał połączyć wszystkie mieszkania, wykuwając dziury w ścianach, sufitach i podłogach. system przejść, prawdziwy labirynt, który w ten sposób powstał, nie miał w sobie żadnej logiki i każdy, kto zechciałby się po bloku przemieszczać, mógł łatwo zgubić się w nim na długie godziny, bezskutecznie szukając wyjścia.

oczywiście dziadek zamknął dokładnie wszystkie drzwi wejściowe – wiadomo, żeby ludzi nie kusiło. nosił przy pasie wielki pęk kluczy, które podzwaniały, obcierając mu biodro. wszystkie wyglądały zupełnie identycznie, ale dziadek zawsze bezbłędnie wyłuskiwał klucz pasujący do danych drzwi.

jednak, jak sam twierdził, pomimo całej tej ostrożności, ktoś postanowił skorzystać z jego rzekomego bogactwa, o którym po okolicy krążyły przesadzone legendy. którejś nocy włamywacz po prostu wybił szybę w jednym z mieszkań na parterze i wlazł przez balkon do środka. dziadek nie miał pojęcia, ile czasu upłynęło, zanim odkrył przestępstwo. po prostu któregoś dnia estelita, sprzątając akurat parter, zauważyła kamień leżący wśród odłamków szkła na środku dywanu. ale kiedy później dziadek sięgał pamięcią wstecz, uświadamiał sobie, że od wielu tygodni dostrzegał ślady czyjejś obecności, wszystko kładł jednak na karb niechlujstwa sprzątaczki: niedopałki papierosów zostawione tu i ówdzie w szklankach i na talerzach, wanny pełne włosów, odgłosy upuszczanych przedmiotów, gazety ze zdjęciami kobiet, którym skrupulatnie domalowywano wąsy i zaczerniano zęby.

kiedy dziadek zorientował się, że ma w rezydencji intruza, początkowo myślał, że ktoś, wszedłszy raz do budynku, zgubił się w labiryncie pokoi i nie potrafi odnaleźć drogi powrotnej. szybko jednak odrzucił tę niedorzeczną hipotezę. wystarczyło przecież wrócić na parter i otworzyć którekolwiek okno, żeby wydostać się na zewnątrz – bez wątpienia włamywacz pozostawał w mieszkaniu celowo. dziadek zaczął wieczorami wychodzić przed blok i stawał na trawniku, szukając w oknach zapalonego światła czy odbłysków telewizora: okna były ciemne. wraz z estelitą urządzał obławy po całej rezydencji; sprzątaczka biegała zasapana przez mieszkania, śmiesznie kołysząc korpulentnym ciałem i przeklinając pod nosem, że „się zachciało dziadowi na starość”. wszystko to na próżno.

niekiedy dziadek słyszał dziwne, niepokojące odgłosy w sąsiednich mieszkaniach, ale zawsze, kiedy przybiegał na miejsce, pokoje były puste, czasem tylko w powietrzu wisiał dziwny zapach, a wersalka wygrzana była czyimś ciałem. po jakimś czasie, zrezygnowany, nawet słysząc wyraźne kroki w mieszkaniu obok, nie ruszał się, w przekonaniu, że jego pościg i tak jest z góry skazany na porażkę.

estelita popołudnia zwykła była spędzać na ławeczce pod sąsiednim blokiem, gdzie zbierały się wszystkie okoliczne baby. siorbała razem z nimi kawę, szczerząc w uśmiechu zęby upstrzone czarnymi kropkami fusów. estelita, prawdziwa dusza towarzystwa, uwielbiała być w centrum uwagi, wymyślała więc najróżniejsze historie o dziadku, dokładając się ochoczo do i tak ogromnej już ilości absurdalnych plotek krążących po okolicy. mówiła na przykład, że do dziadka wcale nikt się nie włamał, tylko stary sam którejś nocy wybił szybę. „a bo po co by ją rozbitą całe czasy trzymał?”, perorowała, „jakżem ją znalazła, to potem jeszcze ze dwa miesiące były albo i dłużej, zanim jążeśmy, tę szybę, wymienili”. „i tylko przeciągi od tego były, tfu”, spluwała dobitnie. zresztą może i nie mówiła zupełnie od rzeczy, dziadek miał przecież zawsze naturę myśliwego, wokół bloku ciągnęły się nigdy nie trzebione zarośla i zapuszczony park, kto wie, co mogło stamtąd przywędrować i złapać się na rzekome dziadkowe pułapki?

dziadek anny kupił blok wraz z całym wyposażeniem. podłogi w mieszkaniach wyścielone były ciemnymi wykładzinami i pluszowymi dywanami w kwiatowe wzory, przetartymi tu i ówdzie aż do osnowy, jak mapy ukazujące codzienne trasy wędrówek poprzednich lokatorów. ściany, pokryte błyszczącymi tapetami, obwieszone były jaskrawymi pejzażami pełnymi jeleni, wodospadów i jezusów, a złote krzyże zlewały się z żółtą boazerią. pod ścianami ustawiono wysiedziane, zapadające się wersalki o konsystencji starych, zwiotczałych ciał, przykryte burymi zatęchłymi kocami i ciężkimi, sztywnymi narzutami. we wszystkich mieszkaniach pyszniła się ta sama meblościanka, w dwóch odcieniach okleiny imitującej drewno – ciemnej oraz tak jasnej i jaskrawej, że prawie żółtej. meble, chociaż identyczne, ułożone były w różnych konfiguracjach, uginały się też pod ciężarem przedziwnych bibelotów, porcelanowych figurek, zestawów szklanek w plecionych koszyczkach, pluszowych zabawek, wazoników z plastikowymi kwiatami, piętrzących się w stosach roczników starych magazynów czy zakurzonych, zżółkniętych książek. jedna rzecz tylko była niezmienna – w każdym mieszkaniu, w dużym pokoju, w samym centrum meblościanki królował przeszklony barek wypełniony rodzinnym bogactwem: grubo rżniętymi ślubnymi kryształami, które w słoneczny dzień rozsiewały wokół tęczowe plamki. wyłożony wewnątrz lustrami, odbijał nie tylko pieczołowicie ustawione naczynia, ale cały pokój, a czasem nawet i widok za oknem. lustra, upstrzone ciemnymi kropkami, były krzywe, ich powierzchnia załamywała się zupełnie niespodziewanie, tak że zwielokrotniały się wzajemnie bez końca, błyszczały kiczowato jak przeszklona dusza mieszkania i tylko estelita była na tyle odważna, żeby regularnie wszystkie barki otwierać, lustra brutalnie czyścić, a kryształy przestawiać bez żadnego pietyzmu, trzaskając nimi jak zwykłymi szklankami.

wszystkie te mieszkania wyglądały podobnie, czasem prawie identycznie, i bywało, że tylko wprawne oko mogło dostrzec różnicę w kolorze zasłon czy sposobie ustawienia szafek piętrzących się pod ścianą jak wielofunkcyjne puzzle. wędrując po pokojach, doznawało się w pewnym momencie dziwnego uczucia, jakby człowiek wciąż trafiał do tego samego pomieszczenia, nieważne, przez które drzwi wyszedł. jako że dziadek wiódł dość rozrywkowe życie i nie szczędził sobie imprez, przyjęć i prywatek, w trakcie owych zakrapianych półorgii w pijackich umysłach narodziła się niejedna legenda, która potem, za każdym razem bardziej niewiarygodna, powtarzana była bez końca w całej okolicy. należy jednak pamiętać, że na prywatkach piło się nie tylko importowany koniak, ale też nieznanego pochodzenia wódkę, a alkohol nie był jedyną dostępną używką.

przyjęcia organizowane przez dziadka głośne były w całym kraju. estelita gotowanie zaczynała trzy dni wcześniej, produkując niezliczone ilości sałatek śledziowych i placków z ciężkimi, słodkimi masami. skacząc po stołkach, nakładała czerwoną bibułkę na żarówki, by „światło było bardziej nastrojowe”. gości zjawiało się tylu, że zazwyczaj większości z nich dziadek nawet nie znał (podejrzewał wręcz, że intruz, który włamał się do rezydencji, mógł być na dziadkowych prywatkach stałym bywalcem, kto wie, czy nie wychylili nawet wspólnie jakiegoś przyjacielskiego kieliszka wódki). przybyli, usadzeni za stołami, bardzo szybko czerwienieli od wlewanego w siebie alkoholu, zaczynały się wrzaski, śpiewy i kłótnie, wywracano stoły, tłuczono kieliszki, a goście rozłazili się po całym bloku. kobiety w tamtym kraju były piękne, z wielkimi piersiami o rozlanych brązowych brodawkach (krył się w nich zwykle złoty wisiorek z matką boską). biodra miały szerokie, przychodziły z natapirowanymi zniszczonymi włosami, najpierw trochę nieśmiałe, bardzo szybko pozwalały wziąć górę swojej prawdziwej naturze i nieraz biegały przez całą rezydencję w tę i z powrotem, półnagie, boso, z fałdkami podskakującymi w rytm ich kroków, na przemian wrzeszcząc i chichocząc w ucieczce przed ciężko sapiącymi spoconymi mężczyznami w rozchełstanych koszulach. któryś z gości zaklinał się zresztą, że kiedyś w takiej szaleńczej pogoni przebiegł nagle przez pokój nie, jak inne, skąpany w świetle elektrycznym, ale pełen słońca. zanim jednak zorientował się, że coś się nie zgadza, pobiegł już dalej – oczywiście natychmiast zawrócił, ale pokój pogrążony był w zwykłym nocnym półmroku, a co gorsza, uciekająca kobieta zdążyła już na dobre się mu zgubić w labiryncie mieszkań.

* * *

w latach dziewięćdziesiątych w wakacje na osiedlu zawsze brakowało wody. zwykle zaczynało się od dziwnego szumu w kranach, co było znakiem, że należy szybko nałapać wody do wanny i plastikowych misek. potem wszyscy czatowali w oknach czy na balkonach w oczekiwaniu na beczkowóz. kiedy wreszcie się pojawiał, wtaczając się wolno na osiedle, wielka metalowa cysterna z małymi kranikami, mężczyźni chwytali za plastikowe wiaderka i biegli ustawić się w kolejce, by potem, wolno i z wyraźnym wysiłkiem, wrócić z pełnymi wiadrami do domu, prawdziwi łowcy pilnujący swojego domowego ogniska. wodę do kąpieli grzało się wtedy wieczorem w wielkim garnku, którego zwykle używano do gotowania świątecznego bigosu.

czasem taki brak wody zbiegał się z okresami długiej suszy, deszcz nie spadał, a wakacje ciągnęły się bez końca. ziemia kamieniała w doniczkach na balkonie i tylko trawnik, coraz bardziej pożółkły, wyżarty słońcem jak palce palacza plamami nikotyny, przypominał o upływie czasu. w końcu jednak nadchodziła upragniona burza i nagle studzienki, krztusząc się, wypluwały z bulgotem brązową wodę, która spływała rwącymi strumieniami wzdłuż osiedla. natychmiast na ulicę wybiegała chmara dzieci w gumiakach, niektóre boso, i wszystkie brodziły uszczęśliwione w tej mętnej wodzie, krzycząc i chlapiąc; niektórzy rzucali się w nią jak w rzekę, jakby chcieli usankcjonować jej istnienie granicznością swojego ciała.

oczywiście w lecie triumfy popularności święciły miejscowe kąpieliska, pofabryczne zalewy albo odkryte baseny z nigdy, od czasów powstania, nie wymienioną żrącą wodą. dzieci chodziły potem obsypane krostami jak ospowate: pryszczate, ale szczęśliwe. pechowcy mogli natknąć się niekiedy na pływającą minę, jeśli ktoś czasem nie dotrzymał i nasrał w szuwarach. wielokrotnie obalony też został w tamtych czasach mit, jakoby woda w basenie miała w magiczny sposób zmieniać kolor, kiedy się do niej nasika. na plażach zalegały błyszczące od potu kobiety, których obfite ciała rozlewały się poza wąziutkie ręczniki; trwały tak wiele godzin, nieruchome, z cyckami pod pachami (nieubłagana grawitacja).

woda w latach dziewięćdziesiątych krążyła po naszym osiedlu trochę jak taki zaniedbany żywioł. pamiętam, że sąsiedzi z dołu zawsze mieli o to pretensje, bo często wylewało się z pralki i potem na suficie wykwitały im ciemne mokre plamy. wody lało się wtedy zresztą, ile się komu żywnie podobało, bo raz, że nikt nie gadał żadnych pierdół o ekologii, a dwa, nie było jeszcze liczników, wszystko szło ryczałtem, więc w mieszkaniu meldowało się po prostu tylko jedną osobę.

w trakcie roztopów bloki pęczniały wodą – czasem przecież na płaskich dachach zalegały nawet kilkumetrowe zaspy, które zaczynały rozpływać się w pierwszym wiosennym słońcu, woda wsiąkała w blok, a spod śniegu powoli wychylały się anteny: wyglądały jak wychudzone, przyczajone zwierzęta czy czarne, nagle odkryte nerwy budynku. kiedy telewizor zaczynał lepiej odbierać, był to znak nieuchronnego końca zimy.

wśród dzieci krążyła wtedy legenda, że któregoś dnia przyjdzie wielka powódź i zatopi bloki, wersalki przykryte narzutami z misia będą pływać jak małe łódki. baliśmy się tej powodzi tak samo jak wybuchu gazu i choroby wściekłych krów (kto z nas zresztą nie pamiętał wielkiego potopu wciąż pokazywanego w telewizji, który zabił pół kraju).

na wielkanoc znowuż nylonowe woreczki pełne wody, zrzucane z czwartego piętra, rozbijały nam się pod stopami, rozpryskiwały jak szkło na chodniku, w jakiś absurdalny sposób co roku każąc nam balansować na krawędzi śmierci. często gromady wyrośniętych chłopców targały przestraszone dziewczyny przez całe osiedle, by wrzucić je do jakiegoś pobliskiego, półkloacznego stawu. dziewczyny szarpały się i walczyły jak dzikie zwierzęta, bez żadnej kokieterii, a chłopcy, czując początki prawdziwej męskości, klęli, wykręcali im ręce i popychali w brudną wodę, tak by upadły na twarz, czasem nawet przeciągając je bezlitośnie jeszcze kilka metrów, gdy ich ciała prężyły się, zupełnie jeszcze niekobiece, oblepione mokrymi ubraniami.

potem, kiedy już byłyśmy z anną dużo starsze, pojawiło się na mieście parę knajp. zwykle noc wyglądała tam jak cierpiący, tłusty facet, zawsze się miało poczucie obowiązku, że trzeba go zarżnąć następnym kieliszkiem. cienie padały na bezludne ulice jak szwy i często jedynym naprawdę dojmującym przeżyciem był zimny wiatr, który wiał po nerkach. było ciasno i duszno, wszystkich się znało albo udawało się, że się nie zna. nieznacznie bujaliśmy się w rytm muzyki z butelkami w ręce, tak żeby wygazowujące się piwo równo ściekało po ściankach. dużo było zwyczajowej bieli, która błyszczała na dziewczynach, kiedy tak łapały równowagę na parkiecie, błyskając jasnymi ubraniami jak cienką krą opiętą na tyłkach.

– fajnie się bawicie – czasem próbował zagadać jakiś nażelowany dresik.

– bo jesteśmy najebane! – odwrzaskiwały radośnie.

imprezę kończyło się albo nad ranem, albo nad kiblem, a wódka była wtedy zupełnie inna niż teraz, smaczna i nawet ciepła pita bez przepitki.

zimą, wraz z pierwszym śniegiem, na osiedlu robiło się jakoś ciszej, wszyscy się uspokajali, wokół mniej było kolorów, mniej światła, powietrze wypełniały jednostajne zapachy. wieczorami blok wyglądał jak wyrzucona na brzeg ryba, która bezradnie robi skrzelami, pokryta niebieską łuską migających w oknach rozbłysków telewizorów. kiedy spoglądało się przez okno, to tylko psy płowiały czasem w śniegu.

zimą najbardziej widoczne były oczywiście dzieci, kiedy wycierały aż do czarnej ziemi wielką górę usypaną pomiędzy blokami, zjeżdżając na reklamówkach i plastikowych jabłuszkach. góra, poprzecinana ciemnymi liniami, wyglądała, jakby coś rozsadzało od środka ją i całe osiedle, a dzieci zjeżdżały trochę jak po grzbietach wczesnej śmierci, wypadając z rozpędem na drogę pod przejeżdżające, rzadko bo rzadko, maluchy i polonezy. wokół bloków krążyły z piskiem opon samochody z sankami przyczepionymi do zderzaka niczym wielka kiść winogron oblepiona dzieciakami, które wrzeszczały w bezgranicznym zachwycie, kiedy sanki na zakrętach wystrzeliwały kilka metrów w powietrze. na plastyce malowaliśmy białą pastą do zębów śnieg i bałwany, co doprowadzało naszych rodziców do rozstroju nerwowego, no bo kup gdzieś zwykłą białą pastę, jak teraz wszędzie kolgejty.

pamiętam, że sąsiad z dołu miał wtedy najkrwawsze romanse. kiedyś, gdy anna po południu wracała z osiedlowego sklepu, nagle z klatki wypadł on, biegnąc boso po śniegu za rozczochraną, także bosą, kobietą, która rozrzucała wokół ubrania, książki i papiery. wreszcie dopadł ją i zaczął wyszarpywać dżinsy, które trzymała kurczowo w dłoniach, z delikatnym, wręcz czułym wyrzutem, pytając zasapany:

– pojebało cię?

przy świętach często zdarzały się u nas choroby, wręcz miniepidemie. ze wszystkich chorób najczęściej dostawało się pierdolca, zwłaszcza przed wigilią. dawniej podejrzewano, że to od żywych karpi, które na parę godzin przed egzekucją wpuszczało się do wanny. później w tej samej wannie, wieczorem, kąpała się cała rodzina (chociaż zwykle nie w tej samej wodzie). ale potem karpie kupowało się już ubite prądem i z odciętą głową, a pierdolca dostawało się mimo to, a nawet częściej i więcej.

sporo było tych historii, na przykład, jak to kiedyś ojciec anny stwierdził, że mama anny kupiła chuja, a nie karpia, i że tego i tak się nie będzie dało zjeść, bo widać, że upasiony na bagnie, ma pełno błota za skrzelami, więc on tego karpia zabijał nie będzie, jak ona sobie go kupiła, to niech sobie sama je i sama zabija. w efekcie karp przeleżał w wannie całe święta, aż zdechł.

krew człowieka zalewała, bo oczywiście lampki zawieszone na łysawej plastikowej choince jak zwykle nie działały i trzeba było sprawdzać każdą żaróweczkę po kolei, zwykle bez rezultatu. przy barszczu i wódce, kiedy wszyscy usłyszeli już swoje coroczne „zdrowia, bo zdrowie najważniejsze, szczęścia, pomyślności i czego sobie tylko życzysz”, jak zawsze odbywały się identyczne rozmowy i kłótnie.

– no ten kurdupel wałęsa wiadomo że z esbe pracował bo kartki miał powyrywane w ipeenie idź sobie kiedy chcesz sprawdź że kartek w ipeenie nie ma a przecież dokumenty wypożyczał! sam zresztą nie wyrywał tylko ten minister mu wyrywał no ten jego taki minister

– no ale to jak on mógł w esbe pracować jak był internowany!

– co z tego że był internowany myślisz że swoich nie internowali? gierka też internowali

– nie internowali tylko w willi siedział

– no to internowali

– no nie internowali go tylko siedział w willi

– i gomułkę do więzienia wsadzili

– ale potem gomułkę jaruzel w szpitalu odwiedził i go zrehabilitował

– zresztą wałęsie dali milion dolarów z usa jeszcze przed okrągłym stołem i poza tym on miał te wykłady co od nich podatku nie zapłacił i potem to tam no

– nie mógł podatku odprowadzić bo za komuny się nie płaciło podatków

– jak się nie płaciło, płaciło się, bykowe przecież było! no i wałęsa pracował dla esbe i normalnie mu płacili i w siedemdziesiątym roku pertraktował żeby milicja nie atakowała

obietnica świątecznego spokoju i ciszy przychodziła razem z niezmienną świąteczną ramówką, reklamami coca-coli i specjalnymi wydaniami gazetek z supermarketów (wtedy jeszcze pożądanych i wysyłanych tylko do wybrańców), których pastelowe barwy uspokajały wzrok. więc anna co roku myślała, jak to sobie odpocznie przez święta, i co roku, tuż przed wigilią, przypominało jej się, że jednak nie.

anna miała pretensje do siebie, że zawsze nabierała się na pozorny bezruch. na osiedlu było cicho, bo zimno, więc nikt nie wychodził na zewnątrz, a jeśli ktoś się darł, to przy zamkniętych oknach. choinki świeciły ładnie z bloku naprzeciwko, zawsze ustawione przy balkonie, nawet jeśli wiązało się to z czasowym przesunięciem mebli (w końcu co to za choinka, której nie widzą sąsiedzi). pierwszych choinek wyglądało się zresztą na początku grudnia trochę jak pierwszej gwiazdki.

zdarzały się też balkony przystrojone pojedynczymi sznurkami kolorowych lampek czy smętnie dyndającym plastikowym mikołajem, prawie jak w telewizji. anna wspominała zwłaszcza jeden rok, kiedy sąsiad z mieszkania obok przeciągnął przez niedomknięte okno i zaśnieżony balkon kabel od lampek zawieszonych na sznurkach do prania. wszyscy w niecierpliwości oczekiwali na jakieś spektakularne spięcie, ale sąsiadowi w końcu zrobiło się chyba zimno, bo odłączył lampki i zamknął okno ku ogólnemu rozczarowaniu całej rodziny anny.

pamiętam, że którychś świąt, właśnie dzięki sąsiadom i ich balkonowym ozdobom dziadek był w niezwykle dobrym humorze. od samego rana w całym pionie słychać było jego gardłowy śmiech. a dziadek nie śmiał się znowu tak często. wyglądał wtedy trochę przerażająco, zaczynał trząść się w niekontrolowany sposób, a pomarszczona skóra falowała, jakby wiatr próbował zrzucić z drzewa ostatnie gnijące liście. śmiech dziadka przypominał jakąś mieszankę dziwnego charkotu i rzężenia i brzmiał zupełnie, jak kiedy pies anny zjadł przez przypadek kości kurczaka i potem dławił się, próbując je zwymiotować (co mu się niestety nie udało, bo wszyscy wiedzą, że kości kurczaka wybuchają w psie, ości wbijają mu się w gardło, zwierzę dusi się i umiera).

dziadek swój świetny humor zawdzięczał sąsiadowi z góry, który w przededniu świąt jak zwykle do późnej nocy kłócił się ze swoją rodziną i rzucając na wszystkie strony przedmiotami oraz kurwami, nie dawał annie spać. głośne wrzaski połączone z trzaskaniem drzwiami mieszały się z głosami rodziców anny (o trzeciej nad ranem, w noc przed wigilią, zwyczajem polskich domów mielili kapustę, mak czy chuj wie co tam jeszcze).

– bombki złe? ozdoby nie takie, kurwa?! ja ci, kurwa, zrobię ozdobę! – wrzeszczał z góry sąsiad, przekrzykując się z chrobotaniem rozdrabnianego maku (mak trzeba było zmielić trzy razy maszynką do mięsa, która nie dość, że działała do dupy, to na dodatek źle się ją myło – wyglądała jak metalowe kolanko do zlewu i wyjmowano ją tylko raz do roku, na święta).

i rzeczywiście, jak anna, właściwie bez większego zdziwienia, stwierdziła w wigilijny poranek, sąsiad spełnił swoją groźbę. dokładnie na wprost jej okna, na jakimś kablu przywiązanym do sznurków balkonu piętro wyżej, zwisał dziwny kształt. po bliższych oględzinach okazał się kiciusiem, kotem sąsiadów, który z upodobaniem srał po wszystkich wycieraczkach w klatce. kiciuś, z nienaturalnie wygiętą głową, szeroko otwartym pyskiem i zmatowiałymi żółtymi ślepiami, dyndał zarzucany przez podmuchy wiatru, zupełnie sztywny, z mokrą, nastroszoną, pokrytą szronem sierścią.

jakby tego było mało, ów dramatyczny, wydawałoby się, punkt kulminacyjny nie przyniósł kresu sąsiedzkiej kłótni. anna przez sufit słyszała, że sąsiedzi kłócili się teraz, kto zdejmie kota z balkonu.

– to twój pierdolony sierściuch!

– ty masz nasrane w głowie!!! mamusia, jak to zobaczy... – szlochała sąsiadka.

– chuj z mamusią! – słychać było, jak sąsiad wykrzykiwał nie bez satysfakcji.

anna śledziła rozwój sytuacji z pewnym zainteresowaniem, relacjonując wszystko na bieżąco uradowanemu dziadkowi. kiciuś zwisał na wprost jej okna przez cały dzień, wpatrując się w nią z wyraźnym wyrzutem. prawdziwa kulminacja wydarzeń nastąpiła, kiedy, jak domyśliła się anna, do sąsiadów zawitała wieczorem wspominana wielokrotnie mamusia. po powitaniach ze wszystkimi domownikami padło nieuniknione pytanie:

– a gdzie macie moje kochanie? kiciuś, kiciuś, chodź do pańci! kici, kici, kici!

anna wstrzymała oddech, żeby nie uronić nic z dialogów, które niosły się przez cienki sufit. nawoływania się przedłużały.

– kici, kici, kici! co zrobiliście z kiciusiem? kluseczko, kiciusiu, chodź, chodź, kici, kici, kochanie moje, gdzie jesteś?

anna domyślała się, że sąsiad z góry musiał być już na skraju wytrzymałości, powstrzymywany jednak wciąż jeszcze przez żonę. wyobrażała sobie, jak na jego czerwonej nalanej twarzy pulsują żyły (wszyscy mężczyźni na osiedlu wyglądali podobnie, w nerwach twarze nabiegały im krwią, a na czole i szyi mieli znacznie więcej grubych, wybitych na zewnątrz żył niż przeciętny człowiek). nagle anna usłyszała nad głową jakiś huk, po czym rozległ się przeraźliwy ryk:

– chce mamusia wiedzieć, co z kiciusiem zrobiliśmy? zostaw mnie, kobieto, gdzie mnie trzymasz!

znów słychać było łomot, zaskrzypiał otwierany balkon.

– to, kurwa, zrobiliśmy!!!

ku swojemu zdziwieniu anna ujrzała, jak kot i kabel rozbłyskują kolorowymi migającymi światełkami, które wygrywały piskliwie we wish you a merry christmas, bujając się na wietrze w rytm melodii.

* * *

zawsze zastanawiałyśmy się z anną, ile historii zna dziadek i czy kiedyś uda nam się je wszystkie usłyszeć. czasami miałyśmy wrażenie, że znamy już każdą z dziadkowych przygód – zdarzało się przecież, że przez kilka miesięcy powtarzał nam w kółko, aż do znudzenia, wciąż te same historie, ale potem znienacka, często zgoła bez powodu, przypominały mu się jakieś niesamowite anegdoty, całe nie znane nam fragmenty dziadkowego życia, i wprawiało to nas w dziwny stan niepokoju czy lęku, bo zupełnie głupio mogłyśmy myśleć, że wiemy już o dziadku wszystko, a on z każdą taką falą nowych opowieści stawał się nagle zupełnie inną osobą i już naprawdę nigdy nie można mu było w nic wierzyć, denerwowała się anna.

dzięki sąsiadowi usłyszałyśmy na przykład historię o tańczących kotach i pięknej janice.

– tak, pamiętam, jak łowiliśmy kiedyś na oceanie – mówił zamyślony – ale nie byle jakie ryby, o nie! – podnosił wykręcony paluch do góry, po czym kazał nam stawać w dwóch przeciwległych kątach pokoju, pokrzykując na nas, że się za wolno ruszamy.

– gotowe?

potakiwałyśmy niepewnie głowami, ja zza szafy, a anna spod zasłony.

– no to teraz zamieńcie się miejscami... pięć razy!

posłusznie wykonywałyśmy zadanie.

– no ale biegnijcie! – musztrował nas z fotela.

jeśli akurat w trakcie tych manewrów do pokoju weszła babcia, dziadek zwykle bywał zdzielony szmatą (bo się przeziębią przecież, głowy rozbiją), a my odesłane do domów. gdy jednak udało nam się, zdyszanym, przebiec pokój w tę i z powrotem, dziadek uśmiechał się zadowolony i mówił tylko:

– no! to takie długie były te ryby!

dziadek twierdził, że wielkie ryby żyły tylko w jednej zatoce. podobno w smaku były obrzydliwe, ale z ich płetw, pęcherza moczowego i wątroby wyrabiano leki na potencję i afrodyzjaki. bardzo skuteczne, bardzo skuteczne, mrugał do nas, głową wskazując swoją szafkę, gdzie trzymał niezliczone ilości dziwnych buteleczek, o których do tej pory sądziłyśmy, że to maść do stóp i krople na ból głowy (oraz, oczywiście, niekończące się zapasy nalewek i wódki). zresztą nieraz widziałyśmy, jak babcia nacierała sobie tymi wszystkimi smarowidłami pięty, pomrukując z nieskrywanym zadowoleniem.

– tylko nie mówcie nic babce! – mitygował się nagle, patrząc na nas groźnie, jakby odgadywał nasze myśli. – no!

ryby już same w sobie były więc cenne, ale ich wartość podnosił fakt, że do zatoki nie można było wpłynąć ani wypłynąć z niej żadnym statkiem. wrzynała się głęboko w ląd, połać wody o kształcie wysokiego ostrokątnego trójkąta. dziadek pokazywał ją nam na mapie – na samym czubku zatoki, w najgłębszym jej punkcie, znajdowała się niewyraźna kropka: dziki port. wyglądało to, jakby ów port był jedyną przeszkodą spinającą wybrzeże, która powstrzymywała ląd przed głębokim pęknięciem, bo zatoka jak klinem wbijała się w brzeg z wielką siłą, ogromną masą wody. zresztą dziadek mówił, że podobno wielu tamtejszych mieszkańców wierzyło, że gdyby nie port, to ziemia natychmiast pękłaby pod naporem zatoki na pół, pojawiłaby się głęboka wąska szczelina, jak rzeka powstająca na opak.

od strony otwartego oceanu na całej szerokości ciągnęła się linia podwodnych skał, które tworzyły naturalną barierę, niemożliwą do przebycia nawet wpław. do zatoki można więc było się dostać tylko kilkoma wąskimi przesmykami, dokładnie jednak strzeżonymi.

– tak, tak, niczego tam nie było, tylko te ryby! – zwykł powtarzać dziadek.

całe wybrzeże pokrywały podmokłe opustoszałe lasy, a jedynym zamieszkanym miejscem w promieniu wielu kilometrów był ów osamotniony dziki port (dziadek wielokrotnie nam powtarzał, że obok zwykłych, typowych przystani mnóstwo jest na wpół ukrytych, nielegalnych dzikich portów rozrzuconych po wszystkich morzach). na ogół więc do zatoki próbowano przedrzeć się lądem, co udawało się tylko nielicznym i zajmowało co najmniej kilkanaście tygodni. na miejscu najwytrwalsi zaciągali się na któryś ze stale rezydujących w zatoce statków.

– tak, tam właśnie po raz pierwszy pływałem na pięknej janice... – opowiadał dziadek z rozrzewnieniem. zamyślał się nagle głęboko i twarz mu się marszczyła tak, że prawie nie widać było jego oczu.

dziadek pracował na dziesiątkach, jeśli nie setkach, łodzi. opowiadał nam o nich wielokrotnie, często nużąc nas niekończącymi się opisami kształtów dziobów, rozpiętości żagli, profilu burt. nigdy jednak nie wymieniał żadnej nazwy, mimo że prawie zawsze (choć za każdym razem z mniejszym przekonaniem) próbowałyśmy go o to dopytywać. dlatego, kiedy po raz pierwszy usłyszałyśmy nazwę pięknej janice, z wrażenia aż wstrzymałyśmy oddech.

wiele lat później, kiedy anna dawno już wyjechała z osiedla, zaczęłam zastanawiać się, dlaczego właściwie dziadek opowiedział nam akurat o tym statku. ktoś mógłby pomyśleć, że był do niego szczególnie przywiązany, ale wiedziałam przecież doskonale, że nie jest to prawda: dziadek z jednakową miłością opowiadał o każdej z setek łajb, które zdarzyło mu się przy nas wspomnieć, a na wielu pływał z pewnością dłużej niż na pięknej janice.

niemniej jednak chwila, w której wypowiedział tę nazwę, zmieniła nagle naszą perspektywę – wtedy wydawało nam się, że spotkał nas jakiś wyjątkowy przywilej, a przecież dzisiaj, kiedy o tym myślę, czuję się, jakby dziadek w tamtym momencie stracił w nas zupełnie wiarę. a może zrobił to ze zwykłej starczej złośliwości? tak jakby chciał nam wszystko utrudnić? i chociaż nie zdawałyśmy sobie z tego sprawy, to jego opowieści były jak wielki, do tej pory wystawiony w całej okazałości, choć niezrozumiały obraz, który nagle ktoś zasłonił, pozwalając nam spoglądać na jego fragmenty tylko przez maleńkie oczko – tym oczkiem była właśnie piękna janice. zresztą może kłamię i usprawiedliwiam się sama przed sobą. niewyraźnie pamiętam przecież, że w chwili, kiedy dziadek zaczął opowiadać o pięknej janice, poczułyśmy dziwną ulgę, niejasne wyrzuty sumienia, jakby nagle przestano od nas wymagać rzeczy nieskończenie trudnych i całkiem niezrozumiałych.

łódź została nazwana przez kapitana na cześć słynnej portowej kurwy, która wbrew swojemu przydomkowi nie szczyciła się urodą, ale słynęła z dobroci serca, za co bardzo cenili ją stęsknieni domu marynarze. piękna janice była podobno tak gruba, że kiedy ktoś jej dosiadał, zwały tłuszczu trzęsły się jak fale, niekiedy przygniatając i więżąc drobniejszych klientów. marynarze nie mówili o usługach dziwki inaczej, niż „iść popływać na pięknej janice”, a jej portowa sława przekraczała granice, lądy, morza i oceany.

wybór imienia dokonany przez kapitana nie był więc szczególnie oryginalny, jednak pojawienie się łodzi w jakimkolwiek porcie zawsze wywoływało salwy ochrypłego śmiechu. marynarze klepali się po brzuchach w rozbawieniu i klaszcząc na nich jak na bębnach, tworzyli jakiś rodzaj dziwnego aplauzu, za każdym razem, kiedy piękna janice przybijała do brzegu.

dziadek twierdził, że pomimo licznych trudności i przeszkód konkurencja w zatoce była bardzo duża, a złowienie wielkiej ryby stanowiło nie lada wyzwanie. opowiadał, że tamtejsze wody roiły się od tych imponujących stworzeń, ale niekiedy mijały długie tygodnie, ba, miesiące, zanim załodze udało się złapać chociaż jedną sztukę. to były niezwykle sprytne bestie, powtarzał dziadek, kręcąc głową z podziwem. często migały po prostu gdzieś daleko na horyzoncie, choć zdarzało się, że statek wpadał znienacka w dużą ławicę, a ryby bezczelnie wystrzeliwały z wody tuż przy burcie, czasem nawet przeskakiwały przez łódź, rwąc żagle, łamiąc maszty i zasnuwając cieniem swojego wielkiego cielska cały pokład.

– skurwiele, uwielbiają się drażnić – mawiali z szacunkiem marynarze, zadzierając głowy do góry, kiedy ryba przelatywała im nad głowami, zalewając ich twarze morską wodą. wszystkie jednak zręcznie omijały przynęty i sieci (co oczywiście jeszcze bardziej podnosiło ich rynkową wartość).

któregoś razu, wspominał dziadek, po kilku miesiącach wypływania dzień w dzień na morze, nie złowiwszy nawet jednej ryby, cała załoga siedziała osowiała przed jedną z licznych portowych knajp. sącząc kiepski miejscowy alkohol, bez przekonania grali w karty. w popołudniowym ciężkim powietrzu rozbrzmiewał tylko co jakiś czas chrapliwy śmiech znudzonych marynarzy i wrzask dzikich kocurów przebiegających przez ulicę. niektórzy przysypiali, pochrapując cicho, z głową opadającą na szeroką pierś. ław przed knajpą było za mało, więc większość mężczyzn siedziała wprost na drewnianym podeście, z nogami wyciągniętymi na opustoszałą, utwardzaną drogę. tylko konstruktor z typowym dla siebie uporem, nie zważając na wszechogarniającą wszystkich senność, przygotowywał nowe przynęty, które tym razem „miały zadziałać zupełnie bezbłędnie”. na kolanach leżało mu kilka średniej wielkości ryb, które preparował w sobie tylko znany, tajemniczy sposób. obok niego na drewnianym podeście spoczywała już jedna gotowa przynęta – zmaltretowane stworzenie oplecione misternym systemem blaszek i frędzelków. konstruktor był tak pochłonięty pracą, że nie zauważył skradającego się od dłuższego czasu w jego stronę kota, który, przyczajony, nagle wyskoczył jak sprężyna i łapiąc w pysk leżącą koło konstruktora rybę, rzucił się do ucieczki.

– ożeż ty chuju! – mężczyzna zerwał się na równe nogi, rozrzucając leżące do tej pory na jego podołku „przynęty”. zwierzę przebiegło zaledwie kilka metrów, po czym usiadło na środku ulicy, najwyraźniej mając zamiar zjeść konstruktorskie dzieło, które bynajmniej nie dla niego było przeznaczone.

– ożeż ty chuju... – powtórzył z niedowierzaniem konstruktor i ruszył w stronę kota. ten jednak natychmiast schwycił zdobycz w zęby i znowu odbiegł kilka kroków dalej. marynarze siedzący przed knajpą nagle ocknęli się z popołudniowej ospałości i z zainteresowaniem obserwowali rozwój sytuacji. po chwili mężczyzna biegał po ulicy w tę i z powrotem, zdyszany, przeklinając kota we wszystkich językach świata, nie wywierało to jednak na stworzeniu większego wrażenia; uskakiwał bez najmniejszego wysiłku, nie wypuszczając ryby z pyska i, o zgrozo, zdawał się czerpać przyjemność z tej nierównej pogoni. zdesperowany konstruktor próbował nawet trafić w bezczelną kreaturę butelką, kot jednak zgrabnie uchylał się, kiedy szkło z brzękiem rozpryskiwało się po ulicy. kilkanaście kocurów rozwalonych pod przeciwległym krawężnikiem przyglądało się temu wszystkiemu z umiarkowanym zainteresowaniem.

– zawołaj go, kici, kici! – marynarze przed knajpą zaśmiewali się do łez, bijąc się po kolanach i wrzeszcząc radośnie na widok przewracającego się po ulicy konstruktora. wreszcie mężczyzna, zrezygnowany, spojrzał jeszcze raz z pogardą na wpatrującego się w niego bezczelnie kota, siedzącego, zdawałoby się, na wyciągnięcie ręki, po czym mruknął pod nosem, przepełniony głęboką nienawiścią:

– obyś się udławił, skurwysynu – i usiadł przed knajpą, ciężko dysząc.

– co, już? – marynarze byli wyraźnie rozczarowani nagłym końcem zabawy.

– już – wycedził wściekły przez zęby. – spróbujcie sami może, co?! – wrzasnął, wyraźnie wyprowadzony z równowagi. – stawiam flaszkę temu, kto złapie tego skurwiela. – spojrzał jeszcze raz z nieskrywanym obrzydzeniem na kota, który ułożył się wygodnie na środku drogi.

kilku marynarzy, najwyraźniej nie tylko znudzonych gorącym popołudniem, ale i podochoconych wypitym alkoholem, odstawiło kufle i, wciąż jeszcze śmiejąc się, ruszyło w pogoń za snującymi się po ulicy kocurami. ich pewność siebie bardzo szybko jednak mocno ucierpiała.

gdyby akurat w tym momencie ktoś postanowił przejść się opustoszałymi ulicami portu, zobaczyłby wielkich, wyrośniętych, umięśnionych mężczyzn, którzy zataczają się na cienkich marynarskich nóżkach (po części z winy wypitego alkoholu, bardziej jednak przez brak przyzwyczajenia do lądu), bezskutecznie próbując złapać kocury, które nawet nie zadawały sobie zbyt wiele trudu, by uciec, po prosu odskakiwały na bok, kiedy marynarz rzucał się w ich stronę, tak że mężczyzna z łomotem lądował na ziemi w tumanie pyłu, pojękując i klnąc, a kot gapił się na niego z odległości nieco tylko dłuższej niż zasięg marynarskich ramion, przekrzywiając głowę, jakby chciał goniącemu go mężczyźnie bardzo dobitnie powiedzieć, co o nim myśli.

po jakiejś półgodzinie ulica pełna była kurzu, a większość marynarzy, zniechęcona, przycupnęła znów przed knajpą, na podeście, pocierając obolałe od upadków miejsca i cicho złorzecząc pod nosem. kocury, nic sobie nie robiąc z marynarskich gróźb, przechadzały się manifestacyjnie przed mężczyznami i od czasu do czasu, odwracając się do nich tyłem, wyjątkowo wymownie podnosiły do góry ogon. któryś z marynarzy zaciągnął się głęboko i splunął z obrzydzeniem w stronę najbliższego kota, trafiając go w łeb, tak że zdezorientowanym zwierzęciem aż zarzuciło.

– a tak się liczy? – wszyscy zaryczeli śmiechem, kiedy nagle ktoś wskazał ręką wylot ulicy. z zaułka właśnie wyszedł majtek, najwyraźniej uginający się pod ciężarem... kota. zwierzę było mniej więcej tego samego rozmiaru co jego oprawca. darło się przeraźliwie i machało łapami na wszystkie strony, bezradnie próbując się wyrwać z uścisku. majtek, zataczając się na boki, co jakiś czas przydeptywał kotu ogon, który, długi, włóczył się po ziemi i plątał chłopakowi pod nogami – powodowało to wręcz spazmatyczną reakcję kocura, ale mimo to majtek, zalany krwią z licznych podrapań, bohatersko nie wypuszczał zwierzęcia z uścisku.

– ale dziadek, to ten kocur był taki wielki? – pytała z niedowierzaniem anna.

– no wielki, wielki – potakiwał dziadek.

– no ale wielki jak człowiek, no, jak ty? – dopytywała pełna wątpliwości.

– a gdzie tam! – dziadek machał ręką. – co ty za głupoty wymyślasz!

– no ale przecież sam przed chwilą powiedziałeś, że był wielki jak majtek – zaczynała rozgoryczona.

– no ale przecież on miał z osiem lat!

– kto, kocur? – nie rozumiała anna.

– no majtek przecież!!! – wrzeszczał już teraz dziadek, zupełnie zirytowany, dodając pod nosem jakieś przekleństwo, a obrażona anna wciskała się w wersalkę i w milczeniu słuchała dalszej części opowiadania.

konstruktor, bardziej w akcie zemsty i desperacji niż z praktycznych pobudek, postanowił złapanego kota wykorzystać jako przynętę. ku najwyższemu zdziwieniu zarówno jego, jak i całej załogi już kilka minut od zarzucenia wędki przy burcie kotłowała się wielka ryba, wyjątkowo dorodny okaz. od tej pory łowili wyłącznie w ten sposób, łapiąc nawet kilka (!) ryb dziennie.

z tego też względu regularnie, raz, dwa razy w tygodniu, urządzali w porcie polowanie na kocury. zajmowali się tym zawsze najmłodsi majtkowie. oczywiście pozostałe załogi szybko zorientowały się w nowym sposobie połowu, jednak sporo czasu zajęło im odkrycie, jak należy kota „spreparować”, żeby ryby brały. błyskawicznie popołudniowe polowania stały się rozrywką całego portu. ludzie wylegali na ulice, siadali na krawężnikach, załogi dopingowały zawodników, a mali chłopcy, brudni, obdarci, wyobijani i bardzo drobni jak na swój wiek, przebiegali ulicami w pogoni za wrzeszczącymi kocurami, drąc się nie mniej niż one. mały majtek z dziadkowej załogi był jednak zawsze niepokonany. salwy śmiechu i głośny aplauz towarzyszyły momentom, kiedy rzucał się z krzykiem na kota, przygniatał go całym ciałem i kotłując się z nim, z trudem obejmował go zbyt krótkimi rękami i nogami, tak by zwierzę nie mogło się ruszyć.

kocury były nie tylko gigantyczne i silne, ale miały też jakiś przerażający, złośliwy wyraz pyska. zawsze pokiereszowane bliznami, potwornie śmierdziały, a ich długa sierść sterczała pozlepiana w kołtuny. mawiało się, że taki kot może pazurami rozorać rękę aż do kości, a ich pchły bywały tak wielkie, że wygryzały kawałki ciała.

złapane koty trzymano na statku żywe. przynętę zakładał zwykle najmniejszy majtek, marynarze bowiem, jeśli sięgali po kota, skręcali mu kark w uścisku, zupełnie mimowolnie, kiedy ten zaczynał się szarpać i wyrywać, a martwe zwierzęta były zupełnie bezużyteczne: ryby na nie nie brały. kotu trzeba było przeciągnąć przez kark mocną żyłkę przywiązaną do haka – na tyle delikatnie, by nie uszkodzić mu kręgosłupa, ale jednocześnie na tyle głęboko, żeby się nie zerwał. kocury zahaczone w ten sposób na długie, mocne, wygięte w pałąk wędki wrzucano do wody, a one wcale się nie topiły, tylko strosząc sierść i prychając, podskakiwały i kotłowały się na powierzchni. mawiało się, że koty tańczą na wodzie. rozbryzgiwały pianę na boki, wrzeszczały przeraźliwie, a krew cieknąca im z przekłutego karku rozlewała się po powierzchni morza szkarłatną plamą. zapach kociej posoki i gwałtowny ruch najwidoczniej zwabiały wielkie ryby, bo zwykle po krótkiej chwili zawsze jakaś wynurzała się obok statku i łapczywie pożerała zwierzę („czasem połykała go żywcem!”, zaklinał się dziadek).

ryby owe były naprawdę gigantyczne, długość ich cielska sięgała nawet kilkunastu metrów, zdarzało się, że osiągały rozmiary średniej wielkości statku. miały niezwykłą budowę anatomiczną – ich szkielety, drobne i skarłowaciałe, wyglądały, jakby zwierzęta wchłonęły w siebie jakąś maleńką rybę, wydawało się, że ich kościec nie urósł nawet o centymetr od momentu narodzin. ogromne ciało w dziewięćdziesięciu procentach składało się bowiem z tłuszczu, który osłaniał kości czasem nawet kilkumetrową warstwą. tłuszcz zawierał w sobie substancje, które sprawiały, że dla większości żywych organizmów (z wyjątkiem kilku gatunków morskich ptaków) ryby były zupełnie niejadalne; poza tym śmierdział potwornie, co czyniło go niezdatnym do jakiegokolwiek przemysłowego użytku. jedynymi fragmentami, które interesowały marynarzy, były płetwy, wątroba i pęcherz; zwykle więc nie holowano zdobyczy do portu, tylko patroszono rybę „na wodzie”.

jednak zabicie takiego potwora wcale nie było proste – tłuszcz stanowił ich naturalną, gąbczastą zbroję i marynarze, uzbrojeni nawet w najdłuższy harpun, byliby całkiem bezradni. zazwyczaj więc cała załoga chwytała za wędkę i mężczyźni wspólnymi siłami nieludzko naprężonych mięśni podciągali rybę do góry, tak by jej skrzela znalazły się ponad powierzchnią wody. ryba miotała się szaleńczo i jeśli nie zachowało się należytej ostrożności, z łatwością mogła rozbić statek w drzazgi, rzucając nim jak łupiną. po kilku minutach walki słabła jednak, dusiła się i nieruchomiała. martwe, wypełnione wyłącznie tłuszczem zwierzę unosiło się na powierzchni wody jak balonik – zwykle wtedy kilku marynarzy schodziło na rybę niczym na tratwę i przez kilka godzin cięło w pocie czoła otłuszczone cielsko, próbując dostać się do interesujących ich narządów. potem takie wybebeszone już stworzenie odcinało się z haka i statek ze świeżą zdobyczą odpływał do portu, a truchło przez długie tygodnie jeszcze unosiło się na wodzie jak malutka śmierdząca wyspa pokryta rojem żerujących morskich ptaków. w okresie najlepszych połowów cała zatoka zawalona była wielkimi, bezwładnie dryfującymi ciałami, tak że trudno było między nimi przepłynąć i truchła ocierały się o burty. dziadek wstrząsał się, kiedy przypominał sobie nieprzyjemny dźwięk grubej rybiej skóry szorującej o drewno łodzi.

nowy sposób połowów był tak skuteczny, że podobno po kilku latach wielkie ryby całkiem zniknęły z zatoki.

– tak, tak – powtarzał dziadek z wyraźnym rozrzewnieniem – teraz nikt tam już nawet tego nie pamięta... ale wiecie co? – chichotał – do dzisiaj mają polowania na kocury! coroczne święto! – wykrzykiwał, po czym wybuchał śmiechem, klepiąc się po brzuchu i ocierając łzy, jakby właśnie opowiedział nam przezabawny dowcip.

kiedy dziadek po raz pierwszy wspomniał o najmniejszym majtku, otwierałyśmy szeroko oczy ze zdumienia. nigdy wcześniej nie mówił, że pływało z nim jakiekolwiek dziecko! od tej pory przy każdej nadarzającej się sposobności zasypywałyśmy go niezliczoną ilością pytań. jak miał na imię? skąd się wziął? jak wyglądał? nie bał się wody? ale dziadek tylko machał ręką, każąc nam być cicho i nie zawracać mu głowy.

zresztą dziadek twierdził, że majtków przewinęło się przez piękną janice tyle, że całkiem mu się mieszali. wszyscy wyglądali podobnie, opowiadał, „trochę młodsi od was”, z płową czupryną i wielkimi odstającymi uszami, niesamowicie zwinni, w burych, zawsze za dużych, potarganych ubraniach, przez co wydawali się jeszcze mniejsi i drobniejsi niż w rzeczywistości.

zdarzało się, że wieczorem załoga cumowała piękną janice w porcie, a rano miejsce starego majtka zajmował nowy, i możliwe, że gdyby się nie przedstawił, to nikt nawet nie zauważyłby zmiany. raz, opowiadał dziadek, jakby na potwierdzenie swoich słów, statek miał w nocy zawinąć na parę godzin do portu. przy kolacji majtek zapowiedział, że zostanie na lądzie i znajdzie kogoś na swoje miejsce. faktycznie, rano z kajuty wyszedł chłopaczek i przecierając zaspane oczy, oświadczył, że jest „nowy”. kapitan (tylko on poza drzemiącą wachtą nie spał w nocy) spojrzał na niego zdziwiony.

– ale przecież zmieniliśmy trasę... nie było postoju!

– a, no chyba że tak... – mruknął majtek pod nosem, wzruszył ramionami i ziewając, poszedł na śniadanie.

mnie samej historia dziadka o tańczących kotach kojarzyła się zawsze z cysterną.

– pamiętam, jak ostatni raz płynąłem na pięknej janice... – zaczynał zwykle z sentymentem.

otóż załoga pięknej janice przemycała przez długi czas benzynę. żeglowali po rzekach, które pokrywały gęstą siecią jeden spośród wielu odwiedzonych przez nich lądów. dziadek twierdził, że tamtejsze rzeki były zupełnie inne, głębokie nawet na kilkadziesiąt metrów, rozlewały się tak szeroko, że nigdy nie widać było drugiego brzegu. dzięki temu właśnie mogli pływać tam na pięknej janice, która przecież była wielką łodzią przeznaczoną wyłącznie do żeglugi morskiej. rzeki wydawały się tak ogromne, twierdził dziadek, że podobno niektórzy ludzie mieszkający na ich brzegach byli przekonani, że żyją na wybrzeżu oceanu.

benzynę przewoziło się w podłużnej metalowej cysternie o okrągłym przekroju. cysternę ciągnęli zanurzoną pod wodą na lince za statkiem. było to nie lada sztuką i niezwykle ważną rolę w całym tym procederze odgrywał konstruktor. kontener nie mógł przecież, z oczywistych względów, szorować po dnie ani tym bardziej zahaczyć o którąś z licznych podwodnych skał („cholerne rzeki miały na dnie jakieś pierdolone góry”, zwykł mawiać dziadek), nawet nie wspominając o tym, że w żadnym wypadku nie powinien wystawać ponad powierzchnię wody. wszystko to regulowano za pomocą specjalnych bojek, którymi konstruktor w skupieniu obwieszał zbiornik, mamrocząc pod nosem serie niezrozumiałych obliczeń.

jeśli w którymś momencie żeglugi trafili na łódź policji rzecznej, wysyłano szybko na rufę majtka (wiadomo, dzieciakowi przecież gówno zrobią), a ten zwinnie przecinał linkę. policja zwykle w niczym się nie orientowała, a załoga po paru godzinach wracała po znoszony przez prąd ładunek.

z czasem jednak ciągłe pływanie po tych samych rzekach stało się przeraźliwie nudne (na morzu możesz płynąć w którąkolwiek stronę, tłumaczył nam dziadek, a tu tylko z prądem, pod prąd, z prądem, pod prąd, aż do usrania). któregoś dnia dziadek wpadł na szatański pomysł – odtąd w trakcie przepływania przez przybrzeżne wioski, z rzadka rozrzucone wzdłuż trasy, dziadek nie stał, jak wszyscy inni, na pokładzie, tylko spacerował po wodzie, ewentualnie majestatycznie unosił się na jej powierzchni i sunąc powoli za statkiem, wprawiał w osłupienie znajdujących się akurat na brzegu tubylców.

przed każdą kolejną wsią konstruktor za namową dziadka zmieniał bowiem liczbę bojek przymocowanych do cysterny, tak że ta przez krótką chwilę wystawała ponad powierzchnię wody. dziadek szybko wtedy do niej podpływał i wdrapywał się na metalowy kontener, który pod jego ciężarem, zgodnie z obliczeniami konstruktora, zanurzał się ledwo, ledwo co. balansując na nim na rozkraczonych nogach, wyglądał, jakby stał na wodzie jak jakiś rzeczny bożek.

z czasem dziadek nauczył się wprawiać cysternę w obroty szybkimi ruchami stóp, zupełnie jakby chodził czy nawet biegł po rzece. irytowało to kapitana, bo linka, do której przymocowany był zbiornik, skręcała się i mogła przecież w każdej chwili się zerwać. złość dowódcy szybko jednak mijała, kiedy widział, jak dziadek z poważną miną, w samych tylko mokrych slipkach (a czasem i bez nich), pozdrawia zgromadzony na wybrzeżu oniemiały tłum, wykrzykując, jak mu się zapewne wydawało, po łacinie: sum est benedicta coniunctivus! huius meus participium! doszło do tego, że pogłoska o ich przybyciu wyprzedzała statek, i kiedy dopływali do kolejnej wsi, wszyscy mieszkańcy stali już w oczekiwaniu na wybrzeżu, jakby mieli być świadkami jakiejś fantastycznej, sakralnej epifanii.

któregoś jednak dnia, kiedy dziadek jak zwykle balansował na cysternie, błogosławiąc ludzi oraz przybrzeżne szuwary, nagle od brzegu oderwała się mała łódka z pasażerami, którzy wyglądali na lokalnych policjantów. najwyraźniej zmierzali w stronę dziadka.

w tej sytuacji kapitan nie miał wyboru. bez wahania skinął głową na najmniejszego majtka, każąc mu przeciąć linkę. mały jednak nie ruszył się z miejsca. policjanci, wiosłując z zapałem, byli już tylko kilkanaście metrów od cysterny...

– no dalej! – zirytowany kapitan zaklął, wymierzając majtkowi parę kopniaków. mały, wciąż nieco się opierając, pobiegł niechętnie w kierunku rufy. wyjął zza paska wielki nóż o szerokim wygiętym ostrzu i niepewnie trzymał go w powietrzu, spoglądając na cysternę.

– szybciej!!! – wrzasnął zdenerwowany kapitan.

chłopiec, pochlipując, przeciął gwałtownym ruchem linkę, po czym stanął smutny, patrząc na oddalającego się dziadka. ocierał sobie łezki pięścią, rozmazując je po brudnej twarzy i od czasu do czasu machając ręką, w której wciąż trzymał zaciśnięty nóż.

dziadek odmachał zrezygnowany i usiadł okrakiem na cysternie, czekając na policję.

– tak właśnie trafiłem do tamtejszego pierdla jako prorok i lokalny mędrzec – kończył zwykle opowieść.

* * *

skraj naszego miasta przecinała autostrada. na przełaj, przez pola, można było dobiec do niej z bloków w pół godziny.

nie pamiętam, jak trafiliśmy nad autostradę po raz pierwszy. zapewne znaleźliśmy się tam przypadkiem, kiedy biegaliśmy w tę i z powrotem przez pola, goniliśmy może po trawach za czyimś psem, który z radością i entuzjazmem zżerał wszystkie znalezione w krzakach gówna; gubiliśmy się w polach, korzystając z tego, że nasze matki, zajęte popijaniem kawy z sąsiadką, nie mają czasu sprawdzić, czy jesteśmy w zasięgu balkonu.

to była tajemnica, o autostradzie nie wiedziały inne dzieci z osiedla, tylko nas parę.

pamiętam, że lato było wtedy bardzo upalne. staliśmy, zaskoczeni, przed metalową taśmą biegnącą wzdłuż drogi i samochody przemykały przed nami na wyciągnięcie ręki, z ogromną prędkością. było duszno, a kiepski asfalt zdawał się parować pod kołami niekończącego się sznura aut. silniki brzęczały jednostajnie i w naszych uszach dźwięk ten mieszał się z buczeniem rozdrażnionych gorącem owadów unoszących się nad polami. zbierało się na burzę, w powietrzu wisiał ciężki zapach spalin.

nie wiem, kto zaproponował, żeby przebiec na drugą stronę. potem, tego samego lata, robiliśmy to po wielekroć i uczucie zawsze było takie samo – jak tuż przed skokiem do zimnego basenu w upalny dzień. trzeba było wyczekać na lukę między samochodami, szybko dostać się na środkowy pas zieleni i przesadzając barierkę, błyskawicznie, z potwornie bijącym sercem, przebiec, zanim komukolwiek zechciałoby się zatrzymać na awaryjnym pasie, żeby nas opierdolić.

pamiętam, że raz, kiedy już wracaliśmy, zaczęło padać, jedno z nas poślizgnęło się na mokrej jezdni i upadło. wszyscy zamarli w oczekiwaniu, ale autostrada, jak nigdy, była zupełnie pusta, więc ten, który się przewrócił, szybko wstał i dołączył do reszty, a my poczuliśmy jakieś dziwne rozczarowanie. powroty przez autostradę były zupełnie inne niż przeprawianie się na jej drugi brzeg – kiedy wracaliśmy, widziałam już wszystko i byliśmy wtedy tylko po niewłaściwej stronie, więc przeraźliwym lękiem napełniała nas obawa, że tym razem mogłoby się nie udać przebiec i po raz kolejny wrócić.

po przeciwnej stronie autostrady, dokładnie na wprost miejsca, w którym staliśmy, znajdowało się niewielkie wzniesienie zasłaniające nam cały widok. zaczęliśmy się na nie wspinać, sapiąc z wysiłku. pagórek był niewysoki, ale dość stromy, co rusz więc ślizgaliśmy się, przewracając i próbując wzajemnie się wyprzedzić – każdy z nas chciał szybciej niż reszta wejść na szczyt, żeby zobaczyć, co jest po drugiej stronie.

pierwszą rzeczą, która nas uderzyła, był ciężki, słodki smród unoszący się w powietrzu. w dole, pod nami, zobaczyliśmy ogromny, szary, ruchomy rój, wielką pstrokatą plamę mrowiącą się w głębi małej kotliny o płaskim, szerokim dnie. staliśmy w milczeniu, oddychając przez usta, żeby nie czuć zapachu zgnilizny, aż ktoś nie wytrzymał i głośno zapytał, co to, a wtedy ptaki, bo były to ptaki żerujące na dzikim wysypisku śmieci, wzbiły się w powietrze i zupełnie zaciemniły niebo, krążąc długo nad naszymi głowami.

od tej pory zawsze wbiegaliśmy tam, wrzeszcząc, z rozpostartymi ramionami, a znad kup śmieci zrywały się skrzeczące chmary, nie mogliśmy uwierzyć, że tyle ptaków może być na świecie. latały, zataczając kręgi nad naszymi głowami – ci z nas, którzy kiedykolwiek byli nad morzem, przypominali sobie, jak mewy z krzykiem krążyły wieczorem nad ogromnymi przestrzeniami wody, i czuli się zupełnie tak samo jak wtedy, gdy widzieli morze po raz pierwszy. patrzyliśmy na nie, kryjąc zadarte do góry głowy pod bluzami, którymi osłanialiśmy się przed ptasim gównem, a ptaki wirowały nad nami, wrzeszcząc i łomocząc skrzydłami. staliśmy tak bez ruchu, dopóki nie rozproszyły się całkiem, zostawiając nas samych w świeżo zapadłej ciszy, pod zupełnie pustym niebem.

trwało to wszystko całe wakacje, jedno bardzo długie lato. nie wróciliśmy tam jednak ani następnego roku, ani nigdy potem. wiele lat później ktoś powiedział mi, że fetor, który wisiał w tamtym miejscu nad drogą, nie pochodził wcale, jak nam się wydawało, znad wysypiska śmieci – to był smród gnijących martwych ptaków. ginęły tam dziesiątkami, zjadając plastikowe nakrętki, nylonowe woreczki czy ostre kapsle, które rozrywały im żołądki. podobno miejsce owo miało złą sławę, bo ptaki spadały nagle w locie, wirując jak popsute, pikowały w dół i rozbijały się o szyby przejeżdżających samochodów, powodując mniej lub bardziej groźne stłuczki i wypadki.

kiedy byłyśmy z anną małe, na osiedlu było od chuja dzieci. biegały w tę i z powrotem, drąc się niemiłosiernie, tłukły czasem w znudzeniu kijem po nielicznych osiedlowych samochodach, co natychmiast wywoływało protesty czuwających w oknie sąsiadów.

– pójdziesz mi kurwa stąd?!! – wykrzykiwali, wygrażając z balkonów.

na dzieciach nie robiło to większego wrażenia, wzruszały tylko ramionami i odchodziły z godnością, poprawiając sznurówkę z kluczem dyndającym im na szyi.

w latach dziewięćdziesiątych my, dzieci, byliśmy jak oddzielne plemię, półdzikie stado panujące nad osiedlem. aroganckie i pewne siebie watahy przemykały w zabawach przez ulice jak prowadzone do ataku, wrzeszcząc i wyjąc; dzieci traciły tyle z człowieczeństwa, że dorośli przyglądali im się z dziwnym niepokojem i bezskutecznie próbowali sobie przypomnieć jakieś stare, dawno zapomniane rzeczy, które jak przez mgłę kołatały im się w głowie.

zawsze kiedy przychodziło lato, pojawiały się chrabąszcze. ogromne i ciężkie rozrywały latawce zrobione ze szpulki nici i woreczka nylonowego. latały w powietrzu jak wielkie czarne kłębki, obijając nam się o twarze i ręce. dzieci biegały hordami, łapiąc je i pakując do pudełek i słoików. najwięcej chrabąszczy zbierał mareczek. miał półprzezroczystą żółtą puszkę po kola kao, w której chrabąszcze z głośnym furkotem obijały się sennie o siebie i ścianki naczynia. kiedy nam dawno się już znudziło bieganie przez trawnik za owadami, mareczek niestrudzenie wyłapywał chrabąszcze garściami i ładował do pojemnika. potem, w zapadającym zmierzchu, siadał i długo przyglądał się puszcze, oglądając ją z każdej strony i z zaciekawieniem potrząsając. czasami dzieci podbiegały do niego.

– weź no, wypuść je, zobaczymy, jak wszystkie naraz polecą!

ale on nigdy nie dał się namówić, wiedział, że musiałby je wytrzepywać z puszki, wybierać ręką i wyrzucać bezwładne, a owady jeszcze długo gramoliłyby się w trawie, nie mogąc pojąć, że tam trawa, tu puszka, mareczek i chuj wie co jeszcze. więc zabierał zdobycz ze sobą do domu, dla pewności szczelniej dokręcając pokrywkę. pewnie zostawiał chrabąszcze na szafce z butami, biegnąc szybko przed telewizor, zapominał o nich, a rano znajdował je martwe, uduszone, przypominające pokruszone suche liście.

krzyżowało się w nas wtedy dużo śmierci. najczęściej ginęły psy, zwłaszcza te zbyt jazgotliwe, które uporczywie jak wiertarka szczekały długo w nocy. toczyliśmy zacięte walki, rzucając walającymi się tu i ówdzie po osiedlu grudami węgla. zimą ciskaliśmy w siebie śnieżkami z kamieniami w środku, celując oczywiście w głowy, ale grube wełniane czapki amortyzowały śmiertelne trafienia. osiedle roiło się też od najróżniejszych bestii, sporo było swego czasu wilków, jeszcze kiedy byliśmy mali, chowały się po żywopłotach, żeby się na nas znienacka rzucić i wyżreć nam wszystko od środka – nie na darmo dorośli ciągle mówili: „nie siedź na ziemi, bo ci wilk do dupy wejdzie”. w pobliskim lasku, który w rzeczywistości składał się z trzech łysawych drzew, wszystkie dziewczynki sikały, świecąc gołymi białymi dupami, kiedy zabawa była zbyt interesująca, żeby tracić czas na bieganie do domu. z lubością wciągaliśmy zapach benzyny, zapałek i skórzanych kurtek naszych ojców, a chłopcy nosili dumnie za gumką krótkich majtek nóż obiadowy zajebany matce.

oczywiście podejmowaliśmy jakieś środki prewencyjne, ale bez większego zaangażowania, jak na przykład, kiedy zimą chodziliśmy w jaskrawych kurtkach, tak że wyraźnie odcinaliśmy się od pokrytych śniegiem poboczy (nigdzie wtedy nie było chodników). obkładaliśmy kolana i łokcie liśćmi babek, wierząc, że nie tylko uleczą nam zaschnięte strupy, ale wyciągną też z nas cały szkodliwy azbest, którego podobno przecież pełno było w ścianach, o czym co wieczór mówili w wiadomościach.

powoli przegryzały się w nas ciała. w jedzonym mięsie, w krwi na łokciach, w zamknięciach, które pojawiały się wszędzie, było tyle nieuświadomionego erotyzmu, dziecięcej efemerycznej płci; coś przewijało się cieniem przy krawężnikach, o które potykaliśmy się, biegnąc, a mężczyźni pod sklepem za kościołem chodzili w samych tylko płaszczach i rozchylali ich poły, tak jakby palcami rozdzielali cząstki pomarańczy.

pamiętam niejasno, że z tym wszystkich łączył się sąsiad, który mieszkał w domu na rogu. zawsze trzeba było koło niego przejść, kiedy szło się do szkoły. facet był stary i pochylony do ziemi, a jedyną rzeczą, która rosła w jego ogródku, były krzaczki truskawek. często stał przed domem, patrząc na drogę, i anna mówiła, że czuła się nieswojo, jakby szła nie po asfalcie, ale po śliskim wężu, który zaraz wpełznie jej na nogę. pamiętam, że kiedyś przez osiedle jak prąd przeszła wiadomość: stary z rogu zabił żonę siekierą i teraz stoi w ogródku nad jej ciałem. pobiegliśmy tam natychmiast, a on faktycznie stał z siekierą w dłoni, a przed nim leżał ogromny biały pies z głową, która trzymała się tylko na jednym pasku skóry, jak guzik na ostatniej nitce. pies był blady i duży, wyglądał jak nieopalona dziewczynka ubrana w jasną puchową kurtkę.

świat po trosze kształtowała nam wspaniała, obfita, wyzwolona ze starego systemu kobiecość babć i matek. matki nasze były dobre, kochające, ciepłe i czułe. za komuny mieszkały w szpitalu, przyjmowano je na zamknięty oddział, a kiedy nadchodził czas, lekarze nacinali im krocza, jakby próbowali obrać bożonarodzeniową mandarynkę. potem nasze matki, już puste, podnosiły się z trudem i krążyły po szpitalu, szukając bieżącej wody.

popołudniami i w soboty sadowiły się z kolei na osiedlowych ławkach, z wprawą prawdziwego konesera komentując rzeczywistość:

– proszę ja ciebie, jakżem się przelękła wczoraj, idę po te ogórki, stary oczywiście się nie ruszy, chociaż prosisz i prosisz, idę więc po te ogórki, schodzę do piwnicy, żarówka oczywiście spalona, zauważ to sobie, ciemno jak w de, no i proszę ja ciebie, coś się leje, myślę, znowu rura pękła, do administracji trza dzwonić, ale słyszę nagle jakieś stękanie, patrzę lepiej, a to ten spod ósemki, co poloneza nowego ma, stoi i leje, normalnie stoi i leje na ścianę!

nie wolno nam było chodzić do mieszkań innych dzieci, bo to niegrzecznie. matki pilnowały nas, wychylając się co jakiś czas z okien (często wołały z balkonów, to był prawdziwy zew, ryczały niczym lwice, a nasze imię odbijało się echem od bloków i między budynkami niósł się krzyk przesycony matczyną troską, miłością i oddaniem). kazały nam też co jakiś czas przebiegać przed osiedlową ławką, na której zasiadały, dzierżąc w dłoniach duraleksowe kubki z rozpuszczalną, znoszone powoli po schodach, tak by nie uronić ani kropli (duralex, ówczesny krzyk mody i znak małego luksusu, był w tamtych czasach znacznie lepszej jakości niż dzisiaj, reklamowany jako nietłukący, faktycznie, jeśli spadł na ziemię, odbijał się od niej kilka razy jak gumowa piłeczka, bez najmniejszego uszczerbku; dzisiaj wystarczy lekko stuknąć i rozpada się w drobny mak).

mimo to czasem, wiedzeni silną pokusą i korzystając z chwilowej rodzicielskiej nieuwagi, trafialiśmy do tych cudzych mieszkań, które zwykle pachniały jakoś dziwnie, obiadem i dywanami, a na ścianach najebane było ociekających złotem obrazków świętych i pejzaży z jeleniami przy wodospadach. trzeba było zwykle zachowywać się bardzo cicho, bo ojcowie odwiedzanych dzieci spali po nocce, zabarykadowani w ciemnych pokojach. i chociaż mieszkania miały przecież dobrze nam znane konfiguracje, to zastawione obcymi meblami i pełne nowych zapachów wydawały nam się zupełnie fantastyczne, jakbyśmy nagle weszli do równoległych światów. w tych pokojach przewijały się jednak wspólne elementy, łączniki, które jak magiczne portale spajały wszystkie mieszkania w pionie w jedną rzeczywistość: łyżki o identycznych trzonkach, niekompletne wydania nigdy nie czytanego tatarkiewicza, ruskie lodówki wystane za komuny w wieloletnich kolejkach.

czasem, przy większych świętach, całe osiedle przyklejało na oknach piękne, żółto-niebieskie zdjęcia papieża i wszyscy czuliśmy się dumnie i wzniośle. czasy były wtedy prawdziwie sienkiewiczowskie i co rusz wielkie objawienie pojawiało się na parterowych oknach, maryjka błyszczała, opalizując pięknie na szybie w plamach po ludwiku, błogosławiąc naród z dobrotliwym uśmiechem, a klęczące na trawniku pod balkonem tłumy pokazywał teleexpress. niektóre dziewczynki zastanawiały się nad profesją zakonnicy, ale ostatecznie zawsze odrzucały ów prospekt ze względu na konieczność golenia głowy, bo jak wiadomo, wszystkie zakonnice pod tymi swoimi welonami były łyse.

ludzie przyjmowali wtedy gorliwie komunię świętą, która wędrowała wprost do serca, a nie do żadnych tam żołądków, i ksiądz kroczył pomiędzy klęczącymi rzędami jak czarny rycerz, rozkładając opłatki na wywalonych do przodu językach. do kościoła chodziło się na roraty, różaniec i drogi krzyżowe – proboszcz, piękny, choć łysiejący mężczyzna, rozdawał nam w drzwiach pieczątki i obrazki, a w losowaniach pod ołtarzem mogliśmy wygrać świętą figurkę.

maryjka miała różane policzki, łagodne, kojące spojrzenie, błękitne szaty, które delikatnymi fałdami okalały jej miłosierną postać z pobożnie złożonymi dłońmi, i tylko aureola za głową przypominała bardziej porcelanowy talerz przyklejony do potylicy niż znak świętości. brało się ją do domu na jedną noc, a następnego dnia trzeba było odnieść do kościoła, żeby inne dzieci też miały szansę wylosować matkę boską. raz poszczęściło się annie.

pamiętam, że przyniosła maryjkę do domu pieczołowicie owiniętą w szalik i zaczęła ustawiać ją z pietyzmem na środku segmentu. pech chciał, że musiała chyba jakoś niezdarnie machnąć ręką, bo figurka spadła i, nie przebierając w słowach, rozpierdoliła się na kawałki, a głowa potoczyła się, jak w amerykańskich filmach gangsterskich, aż pod zasłonę.

ten jawny znak nieprzychylności niebios wprawił annę w atak histerii, który na próżno starała się uspokoić babcia.

– odkupimy... nie płacz! – stwierdziła pocieszająco.

jak można maryjkę odkupić...? anna, słysząc takie bluźnierstwo, zaniosła się jeszcze większym rykiem.

– stary, zrób coś – babcia spojrzała bezradnie na dziadka, który wyraźnie rozbawiony obserwował całą sytuację ze swojego wózka. początkowo nie zareagował, ale kiedy nalegania babci stały się, mówiąc oględnie, bardziej natarczywe, a ryk anny osiągnął natężenie syreny strażackiej, dziadek, chcąc nie chcąc, zabrał się do klejenia matki boskiej.

anna siedziała na wersalce, wciąż wyła spazmatycznie, rozmazując sobie gile po czerwonej twarzy i przełykając łzy. uspokoiła się nieco dopiero, kiedy dziadek wręczył jej świeżo sklejoną figurkę. pociągnęła nosem, pochlipując jeszcze troszeczkę. spojrzała na trzymaną w dłoniach maryjkę – była znów w jednym kawałku, miała tylko nieco zawadiacko przekrzywioną głowę, a jej dobrotliwe spojrzenie nabrało jakiejś dziwnej dwuznaczności. zdołało to jednak tylko odrobinę ukoić strach i obawę anny przed boskim przekleństwem, gniewem, ogniem piekielnym i wiecznym potępieniem jeszcze za życia. szczęśliwie tyle z tego było pożytku, że kiedy anna nazajutrz w kościele oddawała figurkę, ksiądz nie zorientował się, że maryjka doznała jakiegokolwiek uszczerbku.

oczywiście nieodzownym elementem corocznych ceremonii były obchody wszystkich świętych. pogoda, jak zawsze chujowa, wilgocią potęgowała przeszywające zimno. cmentarz, pełen skaczących po alejkach ludzi, tonął w błocie, więc pięknie wypastowane, czyściutkie buty natychmiast pokrywały się obrzydliwą skorupą brudu.

groby, zasłane zniczami o najbardziej absurdalnych kształtach i kolorach, ozdobione były tu i ówdzie jaskrawymi plastikowymi kwiatami. wokół cmentarza rozstawiano odpustowe stoiska, gdzie kupowało się kolorowe cukierki w rożkowatych woreczkach, imbir, chałwę i miśki wypełnione białym lepiącym kremem z surowych jajek.

mężczyźni ubrani byli w kurtki i płaszcze rozpięte pod szyją, żaden nie nosił szalika, tak by na zewnątrz wystawał biały odświętny kołnierzyk i krawat, choć pizgało i ciupało deszczem. oczywiście wszyscy stali dumnie, z gołymi głowami, bo przecież prawdziwy słowianin zawsze wytrzyma bez czapki. u kobiet włosy sterczały natapirowane na sztywno, tak że zacinający deszcz spływał wielkimi kroplami po grubej warstwie lakieru jak po płaszczu przeciwdeszczowym.

w labiryncie alejek trwały bezskuteczne poszukiwania grobu i wszyscy grzęźli bezradnie w błocie przez dobrych kilkanaście minut, zanim wreszcie trafiło się we właściwe miejsce. przy nagrobku zgromadzona już była bliższa i dalsza, ale prawie zawsze nieznana, rodzina, trwająca niewzruszenie na stanowisku pomimo podmuchów lodowatego wiatru i padającego poziomo deszczu zmieszanego ze śniegiem. nad grobem nie wypadało bowiem stać tylko przez chwilę, o nie! trzeba tam było kolektywnie, z całą rodziną, spędzić dwie, trzy, a nawet, w gorszych latach, cztery godziny, przecież nie można, ot tak, zapalić znicz i odejść. dorośli mówili, że dawniej nie stawiało się jakichś szklanek, tfu, słoików, tylko porządne, prawdziwe świeczki, które rozlewały się, pokrywając cały cmentarz skorupą gorącego wosku, tak że groby i alejki topiły się w morzu ognia. rozmawiało się o nowszych i starszych rodzinnych historiach, wymieniając nagromadzone przez lata plotki oraz żegnając się, żarliwie, zamaszyście i z dygnięciem, w przerwach rozmowy; zawsze synchronicznie, jak na komendę, kiedy tylko ktoś dał ku temu sygnał, podnosząc sztywną od chłodu rękę do czoła. dopiero kiedy wszyscy byli już zupełnie zdrętwiali od zimna, z zatokami zalanymi po brzegi flegmą, nadchodziła pora na rosół.

* * *

rosół, tradycyjna potrawa lat dziewięćdziesiątych, jedzony był w niedzielę oraz wszystkie ważne święta, od imienin aż po boże narodzenie. oczywiście my nie mieliśmy szansy spróbować „rosołu z prawdziwej kury”, jak nasi rodzice, gdy byli dziećmi, ale i tak dzisiejszy rosół, na nadmuchanych chemią kurczakach i kostkach rosołowych, nie może się równać z tym, który jadaliśmy w latach dziewięćdziesiątych. w polskim niedzielnym rosole pływały piękne opalizujące oka – sekretem pań domu była odrobina wódki dolewana do wrzącej zupy (nie więcej niż pół szklanki na średniej wielkości garnek), co nie tylko dodawało rosołowi klarowności, ale świetnie harmonizowało z maggi, kawałkami marchewki i zieloną pietruszką.

zresztą nie tylko rosół pojawiał się na wszelkich imprezach i zjazdach rodzinnych. podstawowym specjałem była butelka coca-coli, popijanej chętnie z arkoroka przez wszystkie pokolenia. prędzej czy później zawsze ktoś, niechcący, łokciem, wylewał szklankę z colą na uprasowany świąteczny biały obrus, jakby w geście wyznaczenia prawdziwego początku imprezy, a gospodyni śpieszyła z mokrą szmatą, wkurwiona, udając, że nic się nie stało, bezskutecznie tarła ciemną plamę rosnącą pomiędzy miskami z sałatką śledziową, talerzami z szynką, marynowanymi grzybkami czy pokrojoną w słupki papryką i ogórkiem kiszonym (jadało się porządnie, a nie, jakieś tam pedalskie koreczki jak teraz).

wszyscy mężczyźni siedzieli z nogą założoną na nogę, wymachując szarymi przetartymi skarpetami pod stołem. było ciasno i człowiek ledwie się mieścił ściśnięty na krześle między blatem a ścianą. ci, którzy siedzieli na wersalce, mieli stół na wysokości ramion i główki śmiesznie sterczały im znad misek z sałatkami, fachowym jednak ruchem podnosili pod brodę talerze z rosołem, nie uroniwszy ani kropli.

zwykle na tych rodzinnych imprezach, kiedy pierwsza szklanka z coca-colą została już wylana na stół w formie chrztu, ktoś, z miną fachowca i pewnością prawdziwego specjalisty, zaczynał kolejny z serii mniej lub bardziej logicznie z siebie wynikających tematów.

– no nigdy nie dojdziemy do tej europy – stwierdzano chóralnie z jakąś dziwną satysfakcją.

– tak, bo przecież nam grozi ta zmiana biegunowości! – ktoś nagle wykrzykiwał i wszyscy kiwali ze znawstwem głowami.

– no oczywiście, mówili ostatnio, że się zmienia co dwanaście tysięcy lat – dodawano.

– tak, tak, że bieguny się zamieniają miejscami, podobno cały czas wędrują, że ten... – któryś z wujków podkreślał dobitność swoich słów, gestykulując w powietrzu kawałkiem kiszonego ogórka. wymachiwał tym ogórkiem niczym dyrygent, wybijając nim rytm rozmowy i całej imprezy. dołączali się do niego pozostali goście, co jakiś czas dosypując sobie cukru do herbaty i mieszając energicznie, tak że łyżeczki głośno dźwięczały o szkło, niczym wujkowa orkiestra. ktoś łokciem, w ferworze rozmowy, wylewał kolejną szklankę czy wsadzał rękaw w talerzyk i upierdolony majonezem klął cichutko. rozmowy toczyły się z zaskakującą prędkością, to było prawdziwe rodeo tematów, retoryczny żywioł. nikt przypadkowy nie byłby w stanie pojąć wewnętrznej logiki, według której rozmowa przechodziła brawurowo z jednego wątku na drugi. a były to rozmowy bardzo pouczające, pokolenia wymieniały się doświadczeniami, zgromadzeni goście byli przecież specjalistami w wielu dziedzinach, na dodatek wsparci wiedzą zaczerpniętą z radia i z telewizji. za stołem odbywały się prawdziwie fascynujące dialogi, pełne mądrości, arbitralnych, ale klarownych sądów i przełomowych, błyskotliwych spostrzeżeń.

wódkę pito wtedy jeszcze z porządnych kieliszków, ładnych, smukłych, na nóżce. na komendę wujka ujmowano je w dłoń, z elegancko odgiętym palcem małym i wskazującym. najpierw w geście „na zdrowie” podnoszono kieliszek do oczu, potem opuszczano go na wysokość piersi, głowa nachylała się do kieliszka, sylwetka garbiła (mężczyźni byli wtedy przeraźliwie chudzi, jeszcze wygłodzeni po komunie, więc kiedy się tak schylali, wyglądali jak worek kości, które próbują przebić się przez napiętą skórę i zbyt luźną kraciastą koszulę), przytykano do brzegu szkła otwarte usta uformowane w profesjonalne kółeczko, uważnie, by nie zamoczyć przyciętych na równo wąsów, po czym szybko, ale harmonijnie prostowano sylwetkę, przechylając do tyłu głowę wraz z przytkniętym do warg kieliszkiem. głowa osiągała maksymalne wychylenie wraz z ostatnią kroplą wódki, kieliszek szybko opadał, sylwetka znów pochylała się i przygarbiała, a kieliszek zostawał płynnie odstawiony na stół. rozlegał się piękny polski dźwięk aaaaaach, ku podkreśleniu, że wódka mocna, ale smaczna, po czym, wedle uznania, następowało powolne, jakby od niechcenia, sięgnięcie po przepitkę, szklaneczkę z herbatą czy butelkę zimnego EB. cały ten ruch wykonywano szybko, płynnie i synchronicznie, jedna kolejka zajmowała góra dwie, trzy sekundy.

poza tym dużo się też rozmawiało o polityce, o tej rozmodlonej kurwie suchockiej, jebuzku i dupku wałęsie, o kwachu, krzakleskim i kuroniu, a w tle leciał przyciszony telewizor, piękny, wypukły jak damskie pośladki.

zarówno mieszkania, jak i ludzie naznaczeni byli transformacją, jakby ktoś obserwował pośrednie stadium przepoczwarzania się. w pokojach tu i ówdzie walały się po podłodze klocki lego, widomy i niepodważalny znak dobrobytu, a ktoś przebąkiwał, przegryzając sernik:

– ja to się na kablową zdecyduję. obraz: czyściuteńki! – wykrzykiwał – ale u was to kabla nie dociągną, bo za daleko...

kobiety chodziły z zaskorupiałą trwałą na głowie, przepalone włosy układały się w stylowego barana, którego mat pięknie podkreślał błysk nieodłącznej złotej biżuterii i opalizujących zielonych cieni do oczu. dla urody zrogowaciałe pięty ścinały nożem, żadna się nie pierdoliła, jak teraz, w jakieś peelingi.

rozmawiano o dietach, a najwięcej o diecie kwaśniewskiego, prezydenta, wizjonera, znawcy słowiańskiej duszy, który odchudzał cały naród mięsem i kapustą. i owa transformacja, polityczna, fizyczna i duchowa, to nie był tylko efekt wizualny, przypadkowa uchwycona chwila. ta zmiana, przekształcenie były równoznaczne z energią, jakąś nieuzasadnioną, bezsensowną radością, kiedy ludzie byli jeszcze młodzi, kraj był młody i nikt nie pierdolił, że pije po pół.

był to przecież kraj poszukujący, naród z cudowną naiwnością dziecka dążący do znalezienia odpowiedzi, które przecież najprawdopodobniej wcale nie istnieją, jak kiedyś dawno temu, w magicznej teczce tymińskiego, a potem jeszcze w wielu innych teczkach.

* * *

jest jedna historia, której anna nigdy nie usłyszała.

kiedy zaczęła coraz częściej znikać, przepadać na długie tygodnie i miesiące, ja wciąż chodziłam w odwiedziny do jej dziadka. na początku był opryskliwy, burczał pod nosem złośliwe uwagi, głośno siorbał herbatę, całkowicie mnie ignorując. zdawkowo, znudzonym tonem odpowiadał na zadawane przeze mnie pytania.

mimo to, niezrażona, przychodziłam regularnie.

wreszcie, któregoś dnia, dziadek zupełnie niespodziewanie, ale oczywiście bez zapału, z jakim robił to, kiedy obok była także anna, zaczął mi opowiadać którąś ze swoich przygód. sprawiał wrażenie, jakby powtarzał sobie coś z pamięci, recytował zdania monotonnym tonem, żeby potem dobrze wypaść przed prawdziwymi słuchaczami. dziadek anny traktował mnie jak powietrze – często wydawało mi się, że zupełnie o mnie zapomina i po prostu głośno myśli, nie do końca zdając sobie sprawę, że wszystkie zdania wypowiada na głos.

na początku bezustannie powtarzał historie, które wcześniej słyszałam już wielokrotnie, zawsze w obecności anny. z czasem jednak zaczęły w tych przygodach przewijać się nowe szczegóły, miejsca i osoby, o których wcześniej nigdy nie wspominał. część fragmentów zupełnie pomijał, zmieniał znane mi zakończenia, aż któregoś dnia zaczął opowieść, która była zupełnie nowa.

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Projekt okładki

Oksana Shmygol

Fotografia na okładce

Jovana Rikalo/stocksy.com

Richard Buijsman

Opieka redakcyjna

Anna Rucińska-Barnaś

Korekta

Małgorzata Biernacka

Urszula Włodarska / e-DYTOR

© Copyright by Dominika Słowik

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2015

ISBN 978-83-240-3477-2

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zimowla Atlas: Doppelganger 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sól morza Jak być kochanym Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość