Czarne bataliony

Czarne bataliony

Autorzy: Piotr Gociek

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 480

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 19.15 zł

Czeka Was masowy przeszczep wyobraźni.

Piotr Gociek sprawdza się nie tylko jako publicysta, ale jest też doskonałym pisarzem, którego wyobraźnia zaskakuje na wielu frontach. Tajemnica, orwellowski niepokój i obce fascynujące światy są niebywałą mieszanką historii, współczesności oraz futuryzmu. Jego książki odznaczają się popkulturowym miksem, błyskotliwości i poczuciem humoru. „Czarne Bataliony” to opowiadania, które nie podlegają jednoznacznej klasyfikacji. Takiej prozy nie powstydziłby się nawet Lem.

Ceniony publicysta spróbował swoich sił w literaturze i z sukcesem wkroczył na pole królowej polskiej literatury – fantastyki.

Rzeczywistość jest przesiąkliwa jak benzyna. Nawet fantastyka nie zdoła się od niej uwolnić. Podobnie jak zbrodnia sprzed lat kala szczęśliwą komunistyczną utopię z tytułowego opowiadania „Czarne Bataliony”. Na tym właśnie polega siła tej prozy.

Andrzej Pilipiuk

Spis treści

Karta tytułowa

CZOŁG

Janek Poranek i jego goście

Dzień oligarchy

Opowieść Wowy

Podróż Trzech Króli

Gdzie jest generał

Chłopiec z plakatem

Inicjatywa oddolna

Czarne bataliony

Posłowie

Karta redakcyjna

Okładka

Nazywali go po prostu CZOŁG.

Stał na rogu ulic niedaleko wejścia do stacji metra. Ostatniej stacji na tej linii. Musiał przyjechać nocą. Może przyleciał? Nie takie rzeczy są dziś możliwe, przekonywał Gruby. Samoloty nurkujące pod wodą. Rakiety z tysiąca kilometrów trafiające w kuchenną kratkę wentylacyjną. Drony szpiegowskie mniejsze niż ręka dorosłego człowieka. Mogą być i latające czołgi.

Wieczorem go nie było, rankiem już był. Z lufą uniesioną pod kątem trzydziestu stopni. Stał między wymalowaną na chodniku ścieżką rowerową a starym przystankiem autobusowym.

Najlepiej z całej paczki miał Robik. Widział CZOŁG z okien mieszkania na trzecim piętrze. Blok Robika był najnowszy spośród zbudowanych wokół skrzyżowania, ale nie całkiem nowy. Starzy Robika wprowadzili się tu, jeszcze zanim się urodził, a przecież dopiero co ­skończył dziesięć lat. Na dole bloku, w przyziemiu, podobno był kiedyś sklep z hinduskimi meblami i restauracja, w której serwowano pierogi.

– Szkoda, że ją zamknęli – narzekał Gruby. – Stamtąd byłby widok!

Największe działo CZOŁGU wycelowane było w pierw­sze piętro nad restauracją.

Od początku mówili po prostu CZOŁG, z respektem, jaki wymuszała potężna stalowa bryła obrośnięta antenami i działkami. Pierwszy w necie opisał go Treśniak, który jako jedyny z grupy Grubego miał naprawdę dobrze działającego smartfona. Zobaczył CZOŁG w poniedziałek rano, kiedy ojciec odprowadzał go do metra.

Metro znowu jeździło, ale na peronach nie było już drewnianych ławek, tylko stragany. Większość ludzi chciała coś sprzedać, niewielu kupowało. Na składanych stolikach piętrzyły się komputery, książki, ubrania, tostery, kuchenki mikrofalowe, sportowe buty, łyżwy. Najlepiej schodziło puszkowane żarcie, części do rowerów i najprostsze mobajle – takie, które działały w nowej sieci.

– Szybciej, nie oglądaj się! – ponaglił Treśniaka ojciec, kiedy po raz pierwszy zobaczyli CZOŁG. Dorośli byli dobrzy nie tylko w ponaglaniu, ale także w udawaniu, że nie widzą tego, co widzą. Ojciec Treśniaka spuścił głowę, przyspieszył kroku i ciągnął za sobą syna jak wór kartofli.

Treśniak próbował zrobić fotkę CZOŁGU. Jak rewolwerowiec, z biodra, wysuniętym z kieszeni do połowy smartfonem. Był pierwszym z osiedla, ale nie ostatnim, któremu się nie udało. Gruby orzekł potem, że to jakieś zakłócające pole, forma elektronicznej obrony dziwnego pojazdu. Gruby ciągle się mądrzył, bo jego stary był jakimś ważnym specem od elektroniki. Kiedyś służył w wojsku, potem zatrudnił się w ministerstwie. Teraz pracował dla nowych. Gruby też nie był głupi.

Chłopcy z osiedla sprawdzali to potem jeszcze kilka razy, zawsze z tym samym rezultatem. Każdy, kto próbował sfotografować albo sfilmować CZOŁG, widział na displeju tylko srebrnoszarą drobną kaszę. Jeśli ktoś podchodził za blisko, ryzykował spalenie sprzętu, niszczonego na odległość dziwnym wyładowaniem.

Ojciec wepchnął tamtego dnia Treśniaka do najbliższego składu metra i zdążył jeszcze na do widzenia burknąć: „Nic nie widziałeś”, ale jego syn wiedział lepiej. W tunelach metra, inaczej niż kiedyś, smartfony nie miały zasięgu. Nie była to jedyna rzecz, jaka ostatnio zmieniła się na gorsze. Ale zaraz po wyjściu na powierzchnię Treśniak wysłał na DoSie ten pierwszy wpis:

@Tresniak: krwa fa Czołg obok przejscia do KGalery

Zanim wszedł do szkoły, na łolu pojawiły się już odpowiedzi:

@Gruby: KGalery nie trzeba tak bardzo pilnować xD

@SandraR: Tresniak co wyjarales

@Cipior: dupa Sandry pod galerom tez wyglonda jak czolg

Robik miał do szkoły na popołudnie. Wszyscy to wiedzieli. I mieszkał naprzeciwko Galerii, którą kilka lat temu obudowano stojący wcześniej pośrodku brzydkiego parkingu hipermarket i pętlę autobusową. Z okien jego mieszkania widać było wejście do metra, wejście do Galerii i w ogóle całe skrzyżowanie, ostatnie przed lasem, gdzie mieściły się także zakłady remontowe wagonów metra. Dlatego naprawdę zagrzało się w DoSi dopiero, kiedy dopisał swoje.

@Robik: widzę go z balkonu

@Cipior: Sandra daje robikowi

@SandraR: cipior ty huju

@Gruby: wieczorem w ce ha...

Potem nastąpiła awaria Dobrej Sieci. A kiedy połączenie wstało, nikt już nie był w stanie znaleźć wpisu Treśniaka. Ani Robika. Awarie zdarzały się często. Awarie DoSi jeszcze częściej.

Wieczorem spotkali się w chacie – „ce ha”, to właśnie miał na myśli Gruby, który zresztą sam wymyślił kryptonim. Gruby nie był głupi.

Właściwie była to zwykła drewniana wiata, stojąca w lesie, w miejscu, gdzie krzyżowały się dwie ścieżki. Po ścieżkach kiedyś jeździli ludzie na rowerach, spacerowały matki z wózkami, biegali dżogerzy. Robik raz powiedział, że chyba to pamięta. Że jak był bardzo mały, starzy zabierali go na wycieczki do lasu. Po drugiej stronie, na polanie, płonęły ogniska i małe grille, a za nią, na ceglastych kortach pod wielkimi namiotami grywano w tenisa. Można było iść jeszcze dalej, aż do ogrodu botanicznego. Teraz już nikt tam nie chodził. Nie było ogrodu. Nie było kortów. Las kończył się kilometr za chatą, podwójnym pasem kolczastego ogrodzenia rozpiętego na betonowych słupach. Co było po drugiej stronie? Jedni mówili, że baza. Inni, że lotnisko. „Jakby, kurwa fa, baza nie mogła mieć lotniska” – zżymał się Gruby.

Chata-wiata została. A z nią drewniany piknikowy stół, poczerniały od wilgoci. Butwiejące ławy z grubych bali przepiłowanych na pół. Wąskie deszczułki okrywające ukośny dach jak drewniane łuski.

W dniu, kiedy pojawił się CZOŁG, pierwszy na miejsce przybiegł Treśniak. Przyjemnie zmęczony leżał teraz na ławie wyszlifowanej kiedyś przez tysiące zadków spacerowiczów, którzy przed laty zatrzymywali się tu na kanapki i colę. Czasem, gdy chłopcy z paczki chcieli sobie nawzajem podokuczać, fantazjowali, że siedzą w miejscu, gdzie akurat niegdyś gromadziły się najgrubsze i najbardziej odrażające paniusie, których tłuste dupska ociekały tłustym potem. Co oczywiście oznaczało, że ten, kto siedział w miejscu zajętym dawniej przez najtłustsze z nich, łapał dziś największego syfa.

Robik miał swoją własną metodę – biegł sprintem ile miał sił, potem chwilę truchtał i znowu rzucał się w szaleńczy bieg. Podobno podpatrzył to na treningach piłkarskich gwiazd, których plakatami wytapetował cały pokój.

Na końcu przycwałował Gruby. Toczył się przez las jak nosorożec. Opadł na ławkę i ciężko dyszał.

Rodzice rok temu zakazali im przychodzenia do chaty.

– Nigdy więcej tam nie pójdziesz! – groził wtedy Grubemu ojciec kościstym paluchem.

Ojciec Grubego był chudy jak szkieletor. Chłopaki śmiały się, że syna kupił albo adoptował, bo wcale nie byli do siebie podobni.

– Obiecaj! Obiecaj mi, że nigdy już nie pójdziesz do lasu!

Wszyscy musieli to obiecać. Zeszłego lata, kiedy zginął Lesio.

To Gruby wymyślił sposób.

– Obiecaliśmy, że nigdy tu nie przyjdziemy – tłumaczył, o co mu chodzi. – Nie było mowy o bieganiu.

Od tej pory przybiegali więc do chaty z poczuciem, że przestrzegają danego słowa.

– Opowiadaj, Robik – wysapał Gruby.

Opowieści były podobne. CZOŁG został już zauważony przez wszystkich, choć większość dorosłych postępowała tak, jak ojciec Treśniaka, i udawała, że w salonie nie ma słonia. CZOŁG nie poruszał się, nikt z niego nie wychodził, nikt do niego nie podjeżdżał. Na czarnej, chłonącej promienie słońca powierzchni nie dało się zauważyć żadnego włazu czy wizjera. Tak jakby cały pojazd odlany był z jednego kawałka mrocznej stali.

– Nie ma śladów – rzekł Robik.

– Jakich śladów?

– No właśnie żadnych. Po gąsienicach albo po kołach. Z mojego balkonu widać wyraźnie. A przecież stoi na ziemi.

– Mokrej ziemi – dodał Treśniak. – Buty miałem rano całe uwalone. Ja też nie widziałem śladów.

– Czyli co, przyleciał? – Gruby zerkał podejrzliwie zza okularów. Szkło w lewej soczewce było pęknięte.

– Mógł przylecieć. Ale w nocy nic nie było słychać.

– Ty też nie słyszałeś? – Gruby zerknął na Robika.

– Nic a nic.

Gruby się zamyślił.

Kiedy myślał, był bardzo podobny do swojego starego. Podobnie przygryzał wargi, krzywił usta i zawzięcie wędrował wzrokiem po ziemi, jakby miał w oczach jakiś specjalny promień, który prześwietla ziemską skorupę na wskroś.

Czasem trwało to długo, bo choć Gruby był bystry, to lubił – jak sam podkreślał, a brzmiało to jak zdanie ze starych seriali – „przemyśleć wszystkie opcje”. Tym razem też kazał im trochę czekać. Treśniak leżał na ławie z plecaczkiem pod głową, opierał uniesione nogi o młode drzewo i zabijał czas, bawiąc się smartfonem. Robik grzebał patykiem w grubym dywanie starych liści i próbował wyprowadzić Treśniaka z równowagi, wymyślając niestworzone historie.

– Tamta turystka nazywała się Knurella Ruchawica – dogadywał. – I była tak gruba, że trzeba ją było karmić koparką. Kiedy srała, to ziemia się trzęsła. Ostatnio podobno srała właśnie obok miejsca, gdzie teraz leżysz. Drzewo, którego dotykasz, wyrosło prosto z gówna Knurelli. A teraz opowiem ci, co takiego wysrała. I jak, i gdzie dokładnie rzygała...

Treśniak nie słuchał. Podniósł wzrok dopiero, kiedy chwilowo skończył przeglądać DoSie.

– Kurwa fa. Nie ma nic o CZOŁGU.

Robik nie rezygnował.

– Knurella wysrała kiedyś ciężarówkę tak wielką, że zmieściłyby się na niej trzy twoje czołgi...

– Idziemy na Skarpę – odezwał się nagle Gruby. Oznaczało to, że przejrzał już „wszystkie opcje”. – Siwy nam pomoże.

Treśniak pokręcił głową.

– Ściemnia się. Stary mnie zabije.

– Jutro. – Robik zeskoczył z ławki. – Zerwę się z ostatniej lekcji.

Gruby popatrzył na nich z namysłem.

– Jutro – zgodził się.

Wracali bez pośpiechu, chcąc wydłużyć ostatnie chwile poza domem. Robik schodził ze ścieżki, kopał jakichś wyimaginowanych przeciwników, ścinał patykiem szczyty zarośli. Treśniak potykał się co chwila, bo ciągle zaglądał do smartfona. Z powrotem nie musieli biegać, to też wymyślił i wytłumaczył im Gruby. Przecież obietnica złożona starym dotyczyła chodzenia do lasu (czego nie robili, gdyż biegali), a na temat wracania z lasu nikt im nigdy niczego nie mówił.

W połowie drogi usłyszeli szum. Narastał, a w miarę jak się zbliżał, dało się w nim wyróżnić dźwięki pojedynczych silników. Zatrzymali się i zadarli głowy. Po chwili trzy maszyny wściekle mielące powietrze wirnikami przemknęły tuż nad czubkami drzew. Nieoznakowane. Tak jak CZOŁG. Nieoznakowane, więc nie wiadomo, do kogo należące, tłumaczył kiedyś taki śmieszny stary gość w telewizji, którego program zresztą pokazywano właśnie w poniedziałki, co oznaczało, że jego fryzurę przypominającą kaczy kuper Treśniak zobaczy na teleściance, kiedy wróci do domu. Może i były nieoznakowane, ale wszyscy wiedzieli, do kogo należały. Do nowych.

Kiedy śmigłoloty zniknęły, zorientowali się, że dotarli do miejsca, w którym obok ścieżki znajdowały się dwa groby: stary i nowy. Prawdziwy i mniej prawdziwy. Na krzyżu wbitym w grób stary była czarno-biała tabliczka, której treść znali na pamięć. I zawsze wisiał na nim mały wieniec, choć nigdy nie udało im się wyśledzić, kto i kiedy go przynosi.

Grób nowy nie był właściwie grobem, to znaczy dorośli nie uznaliby go za taki. Pochowali tam to, co zostało im po Lesiu. Konsolę, wrotki, dwie książki. Kilkanaście gier. Komiksy o Wilczych Żołnierzach, dziś zakazane. Wszystko wrzucili do płaskiej jamy i przykryli cienką warstwą ziemi. Lesiu należał przecież do paczki.

Rodzice Lesia byli nowocześni i kazali w szpitalu skremować jego ciało. Po osiedlu krążyły niestworzone opowieści o odszkodowaniu, jakie dostali od rządu. Ale czy to mogła być prawda? Gdyby byli bogaci, czy nadal mieszkaliby w starym bloku z wielkiej płyty, gdzie matka Lesia przesiadywała całe dnie na balkonie owinięta w kraciasty koc?

Gruby uważał, że Lesiowi należy się prawdziwy grób, nawet i symboliczny. Wybrał miejsce i zeszłego lata postawił na nim krzyż, mały i krzywy. Teraz więc patrzyły na siebie dwa krzyże: stary, żeliwny i nowy, drewniany.

We wtorek nie poszli na Skarpę. Rano ogłoszono Święto Dzielnicy, które miało odbyć się po południu. Gruby i Treśniak słyszeli nawet w szkole próby sprzętu nagłaśniającego. W lokalnej DoSi pełno było reklam, klipów, piosenek i quizów zachęcających do wspólnego świętowania. Smartfon Treśniaka strasznie mulił, dane spływały na niego wolno i z przerwami. Nikt nie pytał o to, skąd nagle ta feta, skoro w zeszłym roku Święto było w czerwcu, a teraz jest kwiecień. Na dużej przerwie wokół stacjonarnych terminali przy stołówce tłoczyły się pierwszaki i grały w stabilizację.

– Jutro – powiedział Gruby, patrząc, jak opiekunki młodszych klas, wyprzedzając dzwonek, próbują zaganiać swoje stadka do sal.

– Jutro – powtórzył Treśniak.

Ale jutro to jutro, a dziś było dziś. Dziś tymczasem oznaczało, że nadchodzi głośne, męczące popołudnie. Rodzice czekali przed szkołą, wyłuskiwali swoje dzieci z tłumu i maszerowali na Święto. Nie wypadało się spóźnić. Termin był inny niż zwykle, ale scena stała tam, gdzie zawsze: na ogromnym skwerze przy placu zabaw w centrum Dzielnicy, niedaleko wielkiego kościoła.

Po Grubego przyszła tylko matka, po Treśniaka zgłosili się obydwoje starzy. I Gruby, i Treśniak czuli się z tym dziwnie, jakby znów mieli po sześć lat i trzeba ich było przyprowadzać do szkoły i odbierać po lekcjach. Ale na gimnazjalistów uczących się w tym samym budynku też czekały delegacje rodziców. Na Święto rodziny miały stawiać się w komplecie. Po co ryzykować, kiedy wiadomo, że oczy stójkowych nie próżnują, a raporty nie płoną?

Dudnienie słychać było z daleka. Wyciekające ze wszystkich zakątków Dzielnicy strumyczki mieszkańców z wolna łączyły się w ciemną plamę otaczającą oddzieloną barierkami scenę. „Nigdy nieee.... nie było tak spokojnieee... w sercu myyyym i kraju myyyym...” – śpiewała Tarika. Teledysk do jej piosenki wyświetlany był na wielkiej teleściance z tyłu sceny, podczas gdy przy mikrofonie dwie dwunastolatki – Gruby rozpoznał bliźniaczki Kowalskije – gibały się na różne strony i imitowały śpiew.

Wiersze o stabilizacji recytował inny duet: dyrektor szkoły, zwany powszechnie Czerwonym Ryjem, bo lubił wypić i było to po nim widać, oraz jego córka Tamara.

Kiedy pojawił się Robik, a jego starzy uznali, że nie muszą pilnować go cały czas – bo wystarczy, by był w zasięgu wzroku obok swoich kolegów – powiedział z wyraźnym zdumieniem:

– Jaja z CZOŁGIEM jak balony.

Z jego opowieści wynikało, że spektakl „nic się nie stało” nabierał rozmachu. Ludzie wychodzili z domów, z metra, z nielicznych otwartych wciąż sklepów w Galerii KBT („U Nas Zakupy: Komfortowo Błyskawicznie Tanio”) i po prostu omijali CZOŁG, nie zwracając na niego uwagi.

– Jak w jakimś horrorze! – zachłystywał się Treśniak. – No kurwa fa! Normalnie armia ślepych zombie!

Gruby poszedł ustawić się w kolejce po darmowe pierożki. Od niedawna Święta Dzielnicy miewały swoje zalety. Na przykład żarcie za fri. Oprócz pierożków można było jeszcze dostać małe suszone rybki, których Gruby nie znosił. Ale starzy Robika narzekali, że kiedyś wybór był większy. Oczywiście narzekali, kiedy zdawało im się, że nikt nie słyszał. Tyle że nikt nie wymyślił jeszcze sposobu na to, by powiedzieć coś w absolutnej tajemnicy w domu, gdzie mieszka obdarzony mieszczącym się w normie słuchem dziesięciolatek.

– Przed państwem zespół Stabilizacja! – zakrzyknął tymczasem ze sceny ubrany w trójkolorowy dres, krótko ostrzyżony animator kultury z urzędu Dzielnicy. Impreza się rozkręcała, do pierożków podano siwuchę i wkrótce wszyscy nieskładnym chórem zaczęli ryczeć piosenkę o królu, co zrobić może wszystko, absolutnie wszystko (bo królowie wszystko mogą), tylko jednej rzeczy nie potrafi: nakazać, by go ktoś pokochał.

Wieczorem w telewizji wystąpił ojciec Grubego. Siedział w tok szole gościa zasuwającego dokładnie te same kity co Kaczy Kuper, ale pracującego na innym kanale. Prywatnym. Nie było widać różnicy, tylko dżingle puszczano bardziej kolorowe. Ojciec Grubego opowiadał, że pracował kiedyś dla starych i było niefajnie, a teraz pracuje dla nowych i jest lepiej. Poza tym postępuje stabilizacja. Ale są tacy ludzie, którzy powtarzają głupie plotki, próbują wpinać się w sieci inne niż DoSia, co jest przecież niebezpieczne, bo mnóstwo tam wirusów, złośliwych softłerów i szkodliwych treści. A on wie, co mówi, bo się na tym zna. I żeby mieć oczy szeroko otwarte, bo prowokacji nie brakuje.

Robik stał przy oknie. Oczy miał szeroko otwarte.

Patrzył na CZOŁG.

W środę też nie wybrali się na Skarpę.

Gruby nie przyszedł do szkoły. Przez cały dzień nie odbierał telefonu.

Późnym popołudniem Treśniak przyszedł do Robika. Trochę pograli w nowe „Need For Speed”, wersję z monstrualnymi, a mimo to słitaśnie rozpędzonymi ciężarówkami, a potem z balkonu patrzyli na CZOŁG. Póki matka Robika ich nie przegoniła.

Ciekawe, ile wyciąga na godzinę – napisał na KidKonekcie Robik.

Gruby się nie odzywa – odpisał Treśniak.

Nocą śmigłoloty znów krążyły nad lasem.

Czwartek był ciepły.

Spotkali się przy starej poczcie, która swego czasu zamieniona została w sklep z używanymi ubraniami. Sklep szybko zbankrutował, kiedy Daleka Zagranica wprowadziła sankcje i transporty przestały przychodzić. Ciuchy z Bliskiej Zagranicy nie były takie fajne i mało kto chciał je kupować. „Dalekie zagranice, bliskie zagranice – kurwy i ladacznice” – głosił napis wykonany bordowym sprejem na szybie dawnej poczty.

Umówili się na czwartą po południu. Musieli się spieszyć. Wyprawa na Skarpę, do Siwego, nie była taką prostą sprawą. Dawne drogi, ścieżki spacerowe i przejścia zostały odcięte przez ogrodzenie zbudowane wokół wielkiego placu budowy. Na budowie nic się nie działo, ale górne ogrodzenie było pod napięciem. Od dołu, od podstawy Skarpy, dostępu broniła woda. Czasem żałowali, że nie mieszkają w wieżowcach na wschodnich krańcach Dzielnicy. Rozciągał się stamtąd imponujący i mocno pobudzający wyobraźnię widok na olbrzymie rozlewisko, z którego wystawały opuszczone budynki Królewskiego Miasteczka, z gigantyczną kopułą pośrodku. Wielka powódź, która przyszła w roku narodzin Robika, zmiotła wały stojące wzdłuż rzeki i zrównała z ziemią część starego parku wokół pałacu. Wałów już nie odbudowano. Działy się inne rzeczy.

Najpierw musieli pomaszerować w przeciwnym kierunku, w stronę lasu, potem zejść pomiędzy drzewami do nieużywanej od dawna autobusowej krańcówki. Tu zaczynały się kłopoty, czyli dobra zabawa. Wzdłuż ogrodzenia dało się przejść tylko wtedy, gdy umożliwiał to stan wody. Wiosna tamtego roku była sucha, więc pas odsłoniętej gliniastej ziemi pozwalał czasem nawet, by cała trójka szła obok siebie, jak dziewczyny obgadujące koleżanki na spacerach wokół szkolnego boiska.

Naprawdę niebezpiecznie robiło się u wylotu tunelu. Często płynęły z niego masy brudnej, brązowej wody. Wielka, nieregularna wyrwa w Skarpie ciągnęła się w głąb ziemi pod Dzielnicą. Miała tędy wieść szeroka, wielopasmowa droga, którą zdążono wprawdzie wytyczyć, ale nigdy nie ukończono. Chłopcy czasem fantazjowali, że wybierają się w prawdziwą podziemną podróż, wyposażeni niczym odkrywcy z gier komputerowych: w latarki na kaskach, zwoje wytrzymałych sznurów, które w decydującym momencie uratują komuś życie, specjalne pakiety żywnościowe ogrzewające się samoczynnie po zerwaniu plomb z naklejki, manierki i kubki z logo jakiegoś słynnego towarzystwa geograficznego. Na marzeniach się kończyło. Nawet Siwy odradzał im wchodzenie do tunelu. A Siwy wiedział, co mówi. Kiedy Gruby go naciskał, wiercił dziurę w brzuchu, schlebiał słowami: „Z tobą na pewno bylibyśmy bezpieczni” albo „Z tobą byśmy się nie bali”, Siwy uśmiechał się smutno i powtarzał tylko: „Może kiedyś”. „Kiedy?” – pytał Gruby. „Jak będziesz bardzo duży” – ucinał dyskusję dziwny stary człowiek wsparty o kule i nieustannie potrząsający długimi siwymi włosami.

Siwy mieszkał w piętrowym, ceglastym domku, który musiał mieć chyba ze sto lat. Domek ukryty był w zdziczałym ogrodzie przyklejonym do podnóża Skarpy. Sam Siwy miał zdaniem Robika niewiele mniej niż sto lat – przynajmniej tak sądził, dopóki nie zobaczyli go na zdjęciu obok ojca Grubego. Wyglądali na nim jak koledzy z jednej klasy, tylko że mieli na sobie prawdziwe mundury. Srebrne gwiazdki na ramionach, srebrne guziki. Siwy nie lubił tego zdjęcia. „Przysięgaliśmy na ptaka i na dwa kolory” – zbył kiedyś Grubego, który zapytał, co właściwie robili z ojcem w tamtej jednostce.

Dom Siwego był małym wehikułem czasu. Wszystko pochodziło w nim z tych lat, kiedy śpiewano inne piosenki, a gładkie miglance z telewizji opowiadały trochę inne rodzaje kłamstw. Miał nawet kilka bakelitowych aparatów telefonicznych, jakie można było teraz ujrzeć tylko w starych wojennych serialach. Miał gazety o zapomnianych już tytułach, miał książki, w których ilustracje w ogóle się nie ruszały, a kartki trzeba było przewracać palcami. Stare lunety, lornetki, aparaty fotograficzne, noże sprężynowe. W garażu trzymał kosz do starego motocykla znaleziony kiedyś w lesie, skórzane mapniki i nawet jedno opakowanie prawdziwych nabojów – długich jak palec dorosłego człowieka, ale nieco węższych, zakończonych lśniącymi czubkami. Nawet ich nie chował. Stały na stole, pomiędzy zakurzonymi kuflami, świecznikami, w których nigdy nie widzieli żadnej świeczki, i stertami pożółkłych papierów. Ustawione w małym kartonowym pudełku, odbijały światło z kilku niewielkich lamp rozmieszczonych w kątach garażu. Całkiem jakby Siwy chciał, żeby przypominały mu o czymś ważnym, o czym nigdy i za nic w świecie nie można zapomnieć.

Przed domem Siwego stała mała kapliczka, w której próżno było szukać świętej figurki czy świętego obrazka. Widniały na niej dwie daty: „1940” i „201...” – ta druga była nie do końca czytelna, bo ktoś skuł ostatnią cyfrę. Kiedyś tuż obok kapliczki i ceglanego domku wiodła wąska asfaltowa droga, skrót z Królewskiego Miasteczka do Dzielnicy, wspinający się na Skarpę zakrętem – w kształcie zawijasa, jak mówił Gruby, lub rodła, jak mówił Siwy. Teraz z jednej strony było rozlewisko, z drugiej osuwająca się ziemia. Z drogi ocalał tylko krótki kawałek. Czasem rysowali na nim kredą trasy dla zdalnie sterowanego samochodu Treśniaka.

Siwego nie było w domu.

Wyglądało na to, że już nigdy może go nie być.

Ostrożnie stawiali stopy w tenisówkach między okruchami szkła z rozbitych szyb. Drzwi wejściowe leżały wyrwane, jakby pstryknął w nie złośliwy olbrzym. Największy pokój robił dziwne wrażenie. Sprzęty pozostały, ale poza tym był pusty. Zniknęły wszystkie papiery, gazety, książki i filmy. W kuchni leżały rozbite talerze.

Ktokolwiek tu był, zabrał nie tylko Siwego.

Robik i Treśniak łazili po domu, Gruby pozostał na dole. Minę miał taką, jakby znów rozważał wszystkie opcje.

Mobajla położył na stole.

Jedno z okien wychodziło wprost na rozlewisko. Pomiędzy opuszczonymi budynkami Królewskiego Miasteczka brodzili jacyś ludzie – drobne, ciemne figurki schylające się w poszukiwaniu czegoś, co będą mogli wymienić albo sprzedać. Nie spieszyli się, pora była dobra, poziom wody niski. Łodzie Policji Rzecznej nie mogły wpływać w kanały, które kiedyś były ulicami – za płytko. Królewskie kanały, mówił na nie Siwy, i dodawał, że mogłyby zachować dawne nazwy ulic. Kanał Sarmacki, Kanał Branickiego. Tylko co to właściwie są te „sar macki”, żartował wtedy Robik, jakieś specjalne macki? A Siwy patrzył na niego, jakby miał ochotę Robika zdzielić swoją inwalidzką kulą.

Dawne czasy.

Gruby poszedł do garażu. Siwy nie miał samochodu, ale trzymał tam wiele innych, znacznie ciekawszych rzeczy. Garaż też już ktoś zdążył przeszukać i zniknęły z niego kartony wypełnione papierzyskami i starymi, wypalanymi płytami CD. Ale to, czego szukał Gruby, zostało.

Kiedy wyszedł, miał w ręce sztywny futerał z brązowej, popękanej skóry, wyglądający trochę jak pysk płowego psa. Schował go do plecaka, a potem schylił się jeszcze, bo coś zaciekawiło go w zeszłorocznej trawie obok ścieżki ułożonej z kwadratowych chodnikowych płyt. Złoty błysk.

Kiedy Robik i Treśniak zbiegli znów na dół, Gruby otrzepywał ręce.

– Idziemy.

Więc poszli. Nie rozmawiali po drodze o Siwym.

W ogóle nie rozmawiali.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

W miasteczku K., trochę na prawo od Wisły, trochę na lewo od Bugu, żył sobie pewnego razu człowiek cichy, spokojny i poczciwy, a zwano go – Janek Poranek. Zwano go tak, kiedy był młody, jak i później, kiedy K. stało się słynne w całym kraju, świecie i wszechświecie (za sprawą Janka Poranka właśnie).

W rzeczywistości jego nazwisko brzmiało Morgin, ale Janek miał bardzo dowcipnych przyjaciół (nie było ich wielu, lecz nadrabiali to niesłychanym poczuciem humoru), którzy już w szkolnych czasach, kiedy nadeszła kolej na naukę języka angielskiego, bardzo szybko poczęli wołać na niego „Janek Good Morgin”. A potem, żeby było jeszcze śmieszniej – „Janek Good Morgning”. Z czego pod koniec liceum zrobiło się ostatecznie Janek Poranek i tak już zostało. Nie wszyscy łapali ten żart, to fakt. Na przykład chaBetezy, żelowe chromonosy z Betelgezy. Wiecie które. Te o chromych nosach.

Co do tego, że Janek był good – nie mogło być żadnych wątpliwości. O jego poczciwości najlepiej zaświadczyć może fakt, że zarówno w latach młodszych, jak i potem, kiedy stał się już całkiem dorosłym i popularnym obywatelem miasteczka K., w jego życiu prywatnym nie było żadnych kobiet.

Nie chodzi broń Boże o to, że Janek Poranek przejawiał jakieś skłonności ku płci męskiej – nie, na to był zdecydowanie zbyt poczciwy. Po prostu kobiety, które próbowały kręcić się wokół Janka, szybko odkrywały, że naprawdę jest on duszą czystą, dobrotliwą, przepojoną dobrem oraz uczynnością na wskroś, na wylot i na sto dziesięć procent. Traciły więc nim zainteresowanie błyskawicznie, kobiety bowiem, jak wiadomo, poszukują w mężczyznach, nawet tych najlepszych, głównie ich gorszych części, tak by miały wieczorami czym się martwić lub co zwalczać, bo życie kobiet bez martwienia się lub posiadania czegoś do zwalczania potrafi być zadziwiająco puste.

Janek Poranek nie miał więc narzeczonej, żony lub choćby przyjaciółki, nie było też nikomu nic wiadomo o tym, żeby korzystał z usług bardzo nielicznych w miasteczku K. profesjonalistek (dokładnie trzech, w tym jednej czarująco szpetnej). Na to także był zbyt poczciwy. No i pewnie nigdy nawet nie przyszło mu to do głowy.

Poczciwość sprawiła też, że edukację zakończył z wynikiem średnim, co niepomiernie dziwiło przybywających w późniejszych latach do miasteczka K. biografów Janka z całego uniwersum (włączając w to nigdy i niczemu niedziwiących się Fuksów z konstelacji Liry). Dlaczego, zapytacie?

Nie posiadając w sobie ani odrobiny hucpiarstwa, chytrości, szczwaności, bezczelności i zdolności do oszukiwania, Janek Poranek oceniany był przez nauczycieli jedynie na podstawie swoich prawdziwych osiągnięć. Które były obiektywnie dobre, ale to akurat, jak dobrze wiecie, nie ma nic wspólnego ze szkolnymi ocenami. Nic tak przecież nie irytuje nauczycieli, przełożonych, generałów czy polityków, jak ludzie poczciwi, uczciwi i dobrze się uczący. Istnienie takich osobników wytrąca ich z pielęgnowanego sumiennie przekonania, że wszelcy powierzeni im wychowankowie to istoty złośliwe, podstępne i tępe, choć wynalazcze, gdy idzie o różne bezeceństwa.

Janek Poranek mimo swej pilności i poczciwości często obrywał więc niezasłużone pały, a niekiedy brał także w skórę za nic, podczas gdy jego dalece mniej subordynowanym i utalentowanym kolegom wiele spraw uchodziło na sucho.

– Jaki był Janek Poranek? – pytali często wysłannicy z dalekich gwiazd, pragnący jakimś unikatowym szczegółem ubarwić obszerne hasła pisane do multimedialnych galaktycznych encyklopedii. – Co go interesowało? Jakie miał pasje?

Otóż interesowało go niewiele, a pasje miał skromne i nieliczne. Były to szachy, kontemplacja oraz naukowa fantastyka.

– Co to są szachy? – zapyta ktoś z Framitozy, przelewając się w swoim akwarium.

– Cóż to jest kontemplacja? – zdziwi się podobny do dmuchanego worka na śmieci reporter z HiBri 3. O naukową fantastykę nie zapyta na szczęście nikt, gdyż jest to dziedzina literatury uprawiana z powodzeniem oraz wielce szanowana w niemal wszystkich układach gwiezdnych – z wyjątkiem Ziemi, ale o tym później.

Zacznijmy od szachów. Trudno w to dziś uwierzyć, ale w owym czasie, choć rozpowszechnione na Ziemi, nie były znane we wszechświecie. Ani w zamieszkanych, ani w inteligentnych układach (uwierzcie mi, używam tego rozróżnienia nie bez powodu). Jeśli ktoś chciałby wskazać dwie rzeczy, które Ziemia dała innym światom, wystarczy powiedzieć „szachy” – i już po sprawie. A druga rzecz? Drugą rzeczą był Janek Poranek.

Wróćmy jednak do tych chwil niewinnych, kiedy jeszcze na orbicie Ziemi nie parkowały transmisyjne satelity podprzestrzenne galaktycznych systemów informacyjnych.

Spójrzcie, oto miasteczko K., a w nim skwer ocieniony akacjami. Wśród akacji stoi pomnik Mikołaja Kopernika, pierwszego Polaka w kosmosie (o tym może innym razem). Pośrodku skweru leży placyk graniasty czterokanciasty, pokryty siwym asfaltem, który osypuje się po brzegach, podgryzany przez trawę. A pod akacjami, na asfalcie, wymalowana jest wielka szachownica. Na szachownicy zaś stoją figury szachowe wielkości średnio odkarmionego gimnazjalisty.

Wiatr, deszcz, słońce i czas zaokrągliły nieco ich kanciaste kształty oraz odmieniły kolory. Białe piony i figury przybrudzone na skutek upływu lat są teraz jasnoszare, a figury i piony niegdyś czarne obecnie stały się ciemnoszare. Nic to, grać można nadal i to się liczy. A to nie koniec atrakcji, bo dookoła wielkiej, wymalowanej na asfalcie szachownicy stoi także wianuszek cementowych stolików na pordzewiałych nóżkach. Na każdym stoliku również wymalowana jest szachownica. I przy każdym stoją wtopione w asfalt metalowe ławeczki.

Każdego dnia na skwerze zbierała się grupka zapalonych szachistów i kibicujących im obywateli miasteczka K. Już od rana grali emeryci i renciści, niekiedy wspomagani przez wagarowiczów z pobliskiego liceum.

Po południu skład grupy ulegał zmianie: staruszkowie o najsłabszym zdrowiu oraz kibice nadużywający wina owocowego Szmer Sfer chwiejnym krokiem udawali się do domu lub po ostatnią, zabójczą flaszkę do sklepu sieci Mróweczka. Ich miejsce zajmowali nowi gracze, którzy po pracy zdążyli zjeść w domu obiad i wymknąć się na skwer. Wśród nich był Janek Poranek, który nie musiał akurat nikomu się wymykać, bo mieszkał sam, w niedużym lokalu komunalnym na poddaszu. Nie było mu tam źle. Przez okno w dachu patrzył w gwiazdy.

Jak to się stało, że gwiazdy spojrzały na niego?

Choć znajdziecie na ten temat sprzeczne informacje w niezliczonych gwiezdnych monografiach, biografiach i kartografiach Janka Poranka (te ostatnie sporządzane są dla inteligentnych i tworzących nomadyczne cywilizacje zakaźne grup bakteryjnych), prawda jest taka, że wszystko zaczęło się właśnie na skwerze, zwanym też niekiedy placykiem.

Na placyku bowiem nie tylko szachy wypełniały umysły zgromadzonych tam mieszkańców miasteczka K. Przedmiotem nieustannych dysput były także sprawy krajowe oraz międzynarodowe, ze szczególnym uwzględnieniem kryzysów, wojen i wszelkich innych przesileń. Chyba was to nie dziwi? Wszak polityka i wojna to tylko przedłużenie szachów innymi środkami.

Podczas gdy na szachownicach placyku odbywały się epickie batalie, zbite piony i figury słały się gęsto, a śmiałe eksperymenty doświadczonych graczy obalały lub potwierdzały mity nieomylności pewnych wariantów Spasskiego, Tala czy Fischera, powietrze nad stolikami grzało się od wypowiedzi na inne tematy.

Były to między innymi: sytuacja strategiczna na Morzu Chińskim, zmiana układu światowych sił w wyniku eksploatacji złóż gazu łupkowego, spór o Antarktykę i wojna o Antarktydę (czasem odwrotnie), katastrofalne kłopoty upadłych państw Afryki, kryzys tajwański, kryzys ukraiński, kryzys irlandzki, kryzys gibraltarski, wcielenie Hongkongu do Chin, kryzys cypryjski, kryzys panamski, kryzys somalijski, kryzys cejloński, no i nade wszystko przewlekły kryzys na Bliskim Wschodzie, który to Bliski Wschód nie był ani bliski, ani wschodni, bo leżał akurat bardzo daleko i bardzo na południe od miasteczka K. Ale przecież nie będziemy spierać się o szczegóły.

(Tu kilka słów wyjaśnienia dla czytelników spoza Drogi Mlecznej. Wszystkich zainteresowanych szczegółowym opisem przyczyn niezliczonych ziemskich kryzysów odsyłamy do fundamentalnych prac znanego badacza z Tralfamadorii, Lodo Jaramurta, który przez wiele lat mieszkał wśród Ziemian i o wiele za dużo palił. Badacz ów, udatnie udający miejscowego pisarza Kurta Vonneguta jr., jako pierwszy wskazał na niepokojące zjawisko utrzymującej się nieustannie nierównowagi chemicznej w mózgach homo sapiens, o czym obszernie poinformował w raporcie pod roboczą nazwą „Break­fast Of Champions”).

Wśród barwnej gromadki toczącej fundamentalne spory oraz zacięte szachowe boje na placyku Janek Poranek wyróżniał się tym samym, czym wcześniej wyróżniał się w szkole – to znaczy tym, że się nie wy­różniał.

Do czasu.

Po latach mogę to przyznać: moje poszukiwania punktu zero, punktu, w którym wszystko się zmieniło, a Janek stał się chlubą polskiej ziemi i w ogóle Ziemi, spełzły na niczym, mówię to z pełnym poczuciem klęski i nie pociesza mnie wcale fakt, że równie fatalnie zakończyły się próby podejmowane przez dysponujących nieograniczonymi funduszami przedstawicieli prasy galaktycznej. To ja powinienem coś znaleźć – w końcu byłem szkolnym kolegą Janka Poranka, jego krajanem, mieszkańcem tego samego miasteczka K., lichym szachistą, bywalcem placyku i samozwańczym kronikarzem placykowych wydarzeń.

Widywałem Jana Morgina każdego dnia, popijałem z nim mętną lemoniadę, a wieczorami miętową herbatę z lodem, gapiłem się leniwie w to samo ­popołudniowe słońce szukające schronienia za spółdzielczym bankiem i rozpaczliwie próbowałem bronić się przed matem nie dalej niż w dwudziestym trzecim posunięciu (oczywiście ta sztuka nigdy mi się nie udała).

I co? I pstro.

Nikt nie pamiętał, kiedy i jak Janek Poranek zmienił się z poczciwca w lokalną atrakcję. Ciężko na to sam zapracował, to pewne. Ale choć nieznany jest nam moment, wiemy dziś więcej o metodzie, która zaprowadziła go na szczyt. Wiąże się ona bezpośrednio z drugą pasją Janka Poranka, którą była kontemplacja.

Wcale nie żartowałem, wspominając, że patrzył w gwiazdy. Potrafił tak czynić godzinami, choć z równym zainteresowaniem delektował się widokiem deszczu, tęczy czy wiatru strząsającego na placyku liście akacji. Najobficiej wpisywane do szkolnych dzienników uwagi co do zachowania Janka wytykały mu, że „nie uważa na lekcjach”, „udaje, że nie słyszy, co się do niego mówi” albo po prostu, że „gapi się za okno”.

To nie tak, kochani, nie tak.

Janek myślał.

Faktycznie sprawiał wtedy wrażenie nieobecnego. Wzrok robił mu się nieco szklisty, twarz zastygała. Niekiedy można było pomyśleć, że potrafi dojrzeć, co kryje się za horyzontem. Oczy mógł mieć półprzymknięte – ale to nie reguła – i oddychał wolniej niż zwykle.

Niektórzy nazywali to transem, lecz nie mieli racji. Janek zawsze świadomy był tego, co dzieje się dookoła. A dokąd w rozmyślaniach podróżował – tego nie wiedział nikt.

To znaczy: wtedy nie wiedział tego nikt.

Kontemplacja, szachy i sytuacja międzynarodowa. Wszystko to łączy się w przypadku Janka Poranka; dobrze też byłoby nie zapominać o zwykłym męskim prężeniu torsu i fiutka (jakby co, to mam na myśli metaforę). Szachiści zebrani na placyku w miasteczku K. stanowili nieznośną gromadkę, bo każdy uważał, że ma rację. O ile w szachach dysputy można było rozstrzygnąć bez trudu, na szachownicy, o tyle spory o zamorskie kryzysy nigdy nie wygasały. Wszak każdy z wymądrzających się placykowiczów uważał, że jego opinie i domysły są słuszne.

Janek nie brał udziału w tych maratonach pojękiwań, utyskiwań i przekrzykiwań. Często więc pytano go, co sądzi o tym czy tamtym, ale nikt specjalnie nie przejmował się jego odpowiedziami, bo były dziwne i enigmatyczne. Na przykład: „Prezydent nie może jej przyjąć” albo „Wódz musi oddać bydło”.

Nie wiadomo, kto pierwszy zauważył, że z pozoru absurdalne stwierdzenia Janka Poranka były w istocie bardzo do rzeczy. Jednak dało się to dostrzec dopiero po pewnym czasie. Tak właśnie było ze słynną sentencją o wodzu i bydle, wypowiedzianą przez Janka w trakcie dyskusji nad wojną domową w Sudanie Południowym.

Tak się bowiem złożyło, że wódz i generał Charlie (dajmy sobie spokój z jego prawdziwym imieniem w narzeczu Dinka) niespodziewanie ogłosił, że oddaje skradzione Nuerom bydło i przystępuje do rozmów pokojowych bez warunków wstępnych. Walki wokół Dżuby ustały.

Jankowi Porankowi udało się także właściwie wskazać receptę na zakończenie walk na Sri Lance, na przełamanie recesji w Japonii oraz sprawiedliwy podział pastwisk w Argentynie podczas krótkiego, acz intensywnego kryzysu znanego jako przesilenie wołowe. Odgadł również, pod wodzą jakiego trenera Anglicy zostaną mistrzami świata w piłce nożnej, celnie wskazał przebieg rurociągu transirańskiego, nie mówiąc już o przewidzeniu, za kogo powinna wyjść piękna Marianna, szefowa niewielkiej galerii handlowej w centrum miasta, którą odziedziczyła po swoim tłustym, wyjątkowo nieprzyjemnym, wiecznie chorym na serce i obecnie nieżywym ojcu.

O rękę Marianny ubiegało się trzech poważanych obywateli: radny C., major B. i notariusz R. Zdaniem Janka – głośno zresztą wygłoszonym pół roku przed ślubem – jedynym właściwym wyborem był radny C. Niestety, Marianna tego nie wiedziała. Dwa tygodnie po ostatnim weselnym toaście wybrany przez nią notariusz porąbał ją w napadzie szału siekierą. Miesiąc później major B. wysłany został na ósmą zmianę w Syrii i wyleciał w powietrze, kiedy jego wóz wjechał na minę pułapkę. Radny C. został zaś wkrótce wiceprzewodniczącym rady miejskiej, a kilka lat potem burmistrzem i żyje szczęśliwie oraz bogato do dziś, jako jeden z najbardziej poważanych obywateli miasteczka K. Podobno wciąż ma na biurku zdjęcie Marianny.

Janek Poranek wiedział, co mówi.

Tylko my nie wiedzieliśmy, że warto go słuchać.

Poranek tymczasem pomału zaczynał być traktowany jako ktoś w rodzaju lokalnej znakomitości, ktoś pośredni między jasnowidzącym szaleńcem a świętym starcem (choć oczywiście nie był ani szaleńcem, ani starcem, ani świętym).

Nie był także jasnowidzem. Miał inny dar.

Ale o tym później.

Najpierw o tym niezwykłym dniu, który każdy w miasteczku K. będzie pamiętał do końca życia. Dniu lądowania.

Było tak: latający spodek pojawił się nad miasteczkiem K. znienacka. W sobotnie popołudnie. Wcale nie skierował się nad placyk (co byłoby zrozumiałe w świetle późniejszych wydarzeń), tylko okrążył kilka razy rachityczną Starówkę i wylądował pośrodku placu Kupieckiego, czasem zwanego także ryneczkiem.

Na placu było pusto, bo w sobotnie popołudnia handlu już nie ma. Latający spodek wylądował z impetem, wzniecając chmurę brudnych papierzysk, petów, resztek warzyw i innego badziewia, które zwykle pozostaje po handlarzach i klientach. Wcale nie wyglądał jak spodek. Raczej jak pękata filiżanka odwrócona do góry dnem.

Kiedy śmieci opadły, z latającej filiżanki wytoczyły się dwie dziwaczne postacie, przypominające nieco marchewki na sterydach. Przybysze zignorowali rozdziawione japy miejscowych żulików, którzy przed licznymi na placu Kupieckim sklepami obalali najtańsze piwa. Nie zwrócili też uwagi na piszczące ze strachu dzieci ani na ujadanie bezdomnych psów. Bez zbędnych ceregieli popłynęli ulicą Wąską w stronę placyku z ­akacjami, gdzie jak zwykle w sobotnie popołudnie toczyły się szachowe rozgrywki.

Kiedy piszę „popłynęli”, mam na myśli fakt, że poruszali się, nie dotykając ziemi. Nie można jednak nazwać tego lataniem. Płynęli w takim sensie, w jakim nad piachem planety Tatooine poruszał się pojazd Luke’a Skywalkera. Wiecie, który pojazd. Taki pustynny kabriolet.

Płynęli ulicą Wąską, a ich nać powiewała na wietrze. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że te splątane wiechcie wyrastające z czubka marchwiowatych kombinezonów były antenami podprzestrzennej komunikacji nadświetlnej.

Byłem wtedy na placyku i powiem wam jedno – jeśli ktoś wam wyzna, że nie zastygł na widok przybyszów w głębokim zdumieniu, ten kiep, kłamca i konczita parówa. Wszystkim opadły szczęki, co do joty.

Wyobraźcie sobie tę scenę – stoimy tak, zmartwiali niczym szachowe figury, a dwie marchewkowe postacie, wysokości dwóch metrów każda, suną w stronę asfaltowej szachownicy. Mijają zaparkowane wokół placyku samochody, wzbijają trochę kurzu na żwirowanej ścieżce, aż wreszcie zatrzymują się nie dalej jak dwa metry od nas. A my stoimy jak zaczarowane posągi.

Chwila trwa. I zmienia się w parę chwil, a potem nawet w dłuższą chwilę.

Wreszcie jeden z emerytów reaguje po ziemsku, to znaczy niezbyt mądrze i agresywnie: wyciąga z kieszeni starą finkę.

– Chłopaki – powiedział wtedy niespodziewanie Janek Poranek – spokojnie. To do mnie.

Wówczas w absolutnej ciszy rozległ się ostry dźwięk. To wypuszczona z rąk osłupiałego właściciela stara finka brzęknęła o asfalt.

A Janek przymknął oczy. Wszystko na chwilę jakby zatrzymało się w czasie. Nawet druciane wiechcie na czubach kosmicznych marchwiaków przestały powiewać.

– Pozwólcie im upaść – rzekł wreszcie Janek.

I wtedy dopiero stała się rzecz dziwna: marchwiaki zatrzepotały nerwowo tą swoją błyszczącą nacią, skłoniły się nisko przed Jankiem Porankiem, obróciły na czubku i popłynęły z powrotem ku swojej kosmicznej filiżance. Najpierw jednak pokłoniły się pomnikowi Mikołaja Kopernika.

Wszystko to nie trwało dłużej niż kwadrans. Statek odleciał i po chwili zdawać się mogło, że nic się nie wydarzyło.

Przez następne dni mieszkańcy miasteczka K. tak właśnie się zachowywali – jakby nic się nie wydarzyło. Psychologia zna takie przypadki. Kiedy przydarzy nam się coś zbyt daleko wykraczającego poza zwykłe doświadczenie, czasem decydujemy się po prostu to zignorować.

Zignorowaliśmy więc pierwszą w historii wizytę obcych. Wyparliśmy – jak powiedzieliby psychoterapeuci.

Ale trzy dni później zdarzyła się następna.

Tym razem nie było żadnego lądowania. Najpierw w wieczornym powietrzu (było już po zachodzie słońca) pojawiła się szeroka na dwa palce i bardzo ruchliwa iskierka. Zaczęła szybko zataczać kręgi mniej więcej trzymetrowej średnicy, latając od góry do dołu, całkiem jakby próbowała uszyć ze świetlistej smugi kokon.

We wnętrzu zakreślonego przez iskierkę obszaru zmaterializował się osobnik wyglądający jak pasikonik w tużurku. Skrzeknął dwa razy, podskoczył i znieruchomiał w oczekiwaniu.

– A nać gdzie? – mruknął emerytowany właściciel finki, tym razem dużo spokojniej przyglądający się niespodziewanej wizycie.

– Pst! – uciszył go sąsiad, uważający zapewne (i słusznie), że nie należy przeszkadzać Jankowi Porankowi w koncentracji. I Janek odpowiedział, szepcząc coś o żółtych karłach i liniach demarkacyjnych.

Iskierka-zwiadowca przestała latać w kółko. Wymalowała w powietrzu kilka figur przypominających hieroglify i wystrzeliła w górę. Pasikonik w tużurku skrzeknął, skłonił się przed statuą Kopernika i zdematerializował się równie szybko, jak wcześniej pojawił.

Tego było już za wiele dla obywateli spokojnego miasteczka K. Jeszcze tego samego wieczora, wkrótce po tym, jak placyk opustoszał, do Jana Morgina zadzwonił burmistrz Dwurura z pretensjami, dlaczego nie poinformował władz miejskich, że z Warszawy przyjeżdża telewizja.

– Bo nie przyjechała – odparł Janek Poranek.

I miał rację. Miało jeszcze sporo czasu upłynąć, nim „spotkania trzeciego stopnia w K.” zaczęły być relacjonowane przez ziemskie media.

Sława galaktyczna wyprzedziła rozgłos lokalny. Jak? Już wyjaśniam.

Zapewne wiecie, że nikt nie jest prorokiem we własnym kraju ani nawet we własnym miasteczku K. Okoliczne cywilizacje dowiedziały się o talencie Janka grubo wcześniej niż rządy ziemskich mocarstw, nie mówiąc o władzach powiatu K.

A było tak: jeden z szachowych znajomych Janka Poranka był stryjecznym bratem znanego lotnika Stana Pawlovskiego, który przekwalifikowany został na kosmonautę, kiedy trzeba było poprowadzić na orbitę prom kosmiczny „Endurance”. Pawlovski, zapalony szachista, korespondował obficie z krewnym żyjącym w miasteczku K., biorąc w ten sposób na odległość udział w partiach szachów oraz wszelakich dysputach. Kilka razy przeczytał w listach o dziwacznych prognozach Janka Poranka.

Myślał o nich nie za często – ale myślał.

Pomyślał na przykład o Janku podczas misji promu „Enudrance”, wisząc pięćset kilometrów nad Ziemią.

I to wystarczyło.

Tak się bowiem złożyło, że żyjemy w dość uczęszczanej części kosmosu, wypełnionej różnego rodzaju sprzętem komunikacyjnym, nasłuchowym, szpiegowskim i charytatywnym (jak choćby sondy programu MPW, o którym później). Nie mówiąc o zwykłych bojach sygnałowych, dzięki którym międzygwiezdne transportowce skręcają zwykle na skrzyżowaniu przed Układem Słonecznym, żeby nie przepychać się przez nasz zatłoczony system (osiem planet to zadziwiająca rozrzutność).

Wśród sprzętu nasłuchowego pozostawionego w pobliżu Ziemi znajdowały się między innymi myślołapy. Nie były to urządzenia najnowsze i najsprawniejsze. Z łowieniem myśli na powierzchni planety nie dawały sobie rady. Ale myśli Stana Pawlovskiego nudzącego się w promie wychwyciły bez trudu. Zapisały, wzmocniły i posłały dalej.

Myślołapy należały do najbliższej Ziemi obcej cywilizacji: ćwokowatych i dość powolnych Rigelian z Alfa Centauri Bb. Byli oni tak leniwi, że nie chciało im się myśleć samodzielnie, stworzyli więc system myślołapów, które rozrzucono po okolicznym kosmosie, by przesyłały na Alfa Centauri Bb przechwycone myśli innych cywilizacji. Trochę to trwało, bo lenistwo Rigelian udzielało się w ich macierzystym układzie nawet prawom fizyki, więc wszystko działo się tam wolniej: niższa była prędkość światła, prędkość dźwięku i stała grawitacyjna. Nawet liczba pi wynosiła tam około 1,7 – bo Rigelianom nie chciało się doliczyć do 3,14. Nie sądźcie jednak Rigelian zbyt surowo. Pamiętajcie, że na powierzchni ich planety temperatura wynosi około 1200 stopni Celsjusza, więc ich powolność jest uzasadniona – gdyby przyspieszyli, musieliby się w tych warunkach okropnie pocić.

Wróćmy jednak do Janka Poranka. Kiedy informacja o jego talencie trafiła za sprawą myśli Stana Pawlovskiego z orbity Ziemi do myślołapa Rigelian, sprawa była przesądzona. Z ich sieci komunikacyjnej wieść drogą wymiany trafiła do następnych infosfer tworzonych przez kolejne cywilizacje i szybko obiegła całą Galaktykę.

Tak doszło do wizyty marchewkowych obcych (w rzeczywistości mieszkańców Bety Taurani) oraz pasikonika w tużurku (był to przybysz z Cefeidy wykorzystujący skomplikowany system holograficzny, więc nie wiadomo, jak naprawdę wyglądał, nie mówiąc już o tym, że wciąż nie mamy pojęcia, jak wpadł na pomysł z tużurkiem).

Prawda była jednak dużo gorsza – opisani powyżej goście wcale nie byli pierwsi. Poprzedziło ich co najmniej kilka delegacji, których przybycia nie zauważono, bo niechcący doskonale wmieszali się w ziemską biosferę. Na przykład przedstawiciele agresywnego reżimu z Lalande 21185 byli właściwie nie do odróżnienia od tłustych, końskich much tak popularnych na Ziemi.

Ich wyprawa niepozbawiona była elementów tragicznych. Zanim rój bzyczących Lalandczyków dotarł na poddasze Janka Poranka i zadał swoje pytanie, kilku przybyszów zostało zamordowanych uderzeniami ogona krowy pasącej się na trawiastych przedmieściach K. Dwóch zaś połknęły w locie szpaki. Krowy i szpaki zostały zresztą dzięki temu zapisane w archiwach lalandzkich komputerów jako istotne elementy systemu obrony Ziemi. Tragedii było więcej. Aquagrundlanie z Aquariusa wybrali na miejsce lądowania aquapark pod miasteczkiem K., co skończyło się bardzo źle, bo nadmiernie chlorowana woda okazała się dla nich ­trująca.

„Galaktyczny Kanarek”, jedna z bulwarówek ukazujących się w Małym Obłoku Magellana, zasugerował kiedyś, w jednym ze swoich najbardziej skandalizujących tekstów, że przybyszem z kosmosu, który nie uzyskał odpowiedzi na swoje pytanie, lecz został schwytany przez potwornego Janka Poranka, był Flirx z planety Flirix. Flirxowie wyglądali jak szerokie szare krawaty, toteż opublikowana w „Galaktycznym Kanarku” fotografia Janka w szerokim szarym krawacie narobiła sporo hałasu. Zapewniam was, że był to zwykły fotomontaż. Janek – potwierdzą to wszyscy, którzy go znali – nosił wyłącznie wąskie krawaty i nigdy szare. Proszę tylko nie oskarżać go teraz o rasizm. Gdyby poznał bliżej i polubił jakiegoś Flirxa, z pewnością zawiązałby go sobie pod szyją.

Co było potem – wszyscy wiedzą, nie będę więc marnował miejsca na opowieść o tym, jak z olbrzymim opóźnieniem także ziemskie media i politycy (a polskie na samym końcu) odkryli, że w miasteczku K. mieszka znakomitość na skalę pangalaktyczną. Jako jeden ze szkolnych znajomych Janka Poranka zaznaczę jedynie, że z dużą przykrością przyjmuję trwające do dziś dąsy najwyższych ziemskich oficjeli. Mają oni do Janka dwie nieustające pretensje. Pierwszą, że nie ujawnił się przed władzą zawczasu. Cóż, nie tylko moim zdaniem byłaby to najlepsza droga do zamknięcia w psychiatryku, takim luksusowym jak mój. Czy naprawdę sądzą, że był na Ziemi choć jeden polityk, który uwierzyłby w wyznanie o treści: „Dzień dobry, nazywam się Janek Poranek i z całego wszechświata przylatują do mnie po poradę obcy”?

Druga pretensja tyczy tego, co stało się z Ziemią już po pierwszym kontakcie, czy też – jak zauważyliście – pierwszych kontaktach. A właściwie tego, że nic się nie stało. Okazało się bowiem, że skądkolwiek kosmici nie przybywali i jakkolwiek długo nie przebywali na naszej planecie, nie interesowały ich ani trochę więzi dyplomatyczne, oficjalne misje, wymiany proporczyków, doświadczeń czy towarów. Przez stulecia żyliśmy w strachu, że obcy pojawią się pewnego dnia z laserami albo pochodniami odebrać nam życie i wolność, a w najlepszym przypadku kobiety. Cóż, to także ich nie interesowało. Nie chcieli oglądać naszych obrazów, czytać naszych książek i gazet (to akurat, pamiętając o ich poziomie, dość łatwo zrozumieć), poznawać historii, inwestować w nieruchomości czy otwierać ambasad. Nie chcieli nawet naszych kobiet.

Chcieli tylko Janka Poranka.

Przywódcy wszystkich ziemskich narodów byli z tego powodu śmiertelnie obrażeni i uważali, że sprawcą tej obojętności jest sam Janek. Że – jak ujął to amerykański wiceprezydent – „coś im głupiego nagadał”. Rządy kilkunastu największych krajów chciały nawet za te domniemane winy przykładnie ukarać zarówno Janka, jak i pozostałych mieszkańców miasteczka K. Szybko jednak zrezygnowały, gdy odkryły, że przybysze nie tylko odwiedzają naszego krajana, ale także strzegą jego bezpieczeństwa, uważając go za dobro wyjątkowo cenne i wyjątkowo rzadkie. Niedowiarków ostatecznie przekonała demonstracja siły w wykonaniu wysłanników gatunku Larvae habilis z galaktyki Gryfa, którzy na zorganizowaną przez SAS próbę wywiezienia Janka Poranka do Anglii zareagowali czasowym teleportowaniem pałacu Buckingham, Whitehall, Westminsteru i British Museum na Księżyc.

A potem wszystko się uspokoiło.

Ziemia musiała nauczyć się żyć po nowemu – ze świadomością, że jest wprawdzie peryferiami peryferii zadupia wszechświata, które kompletnie nikogo nie interesują, ale ma za to wszechświatowego celebrytę.

Cóż było robić. Zaczęliśmy produkować pamiątki.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Dawnośmy się nie widzieli.

Trochę czasu upłynęło od chwili, kiedy poprzednio pisałem opowiadania. Trochę. Dokładnie trzydzieści lat. Byłem wtedy zadurzonym w fantastyce nastolatkiem, dla którego największą atrakcję pod słońcem stanowiły wyprawy na konwenty: pierwszym była klubowa impreza we Wrocławiu (rok 1984), potem legendarny pionierski Polcon w Błażejewku pod Poznaniem. Wiem, co mówię. Byłem tam. A nawet z kolegami z klubu wystawialiśmy wtedy kabaret SF. Z jakimi kolegami? Andrzej Krawczyk był świetnym grafikiem i komiksiarzem. Nie wiem, co dziś się z nim dzieje. A Janusza Onufrowicza pewnie znacie – jest aktorem znanym ze sporej liczby telewizyjnych seriali. Pisuje także teksty piosenek i książki.

Szybko odkryłem, że istnieje jeszcze większa frajda od czytania fantastyki i jeżdżenia na konwenty – pisanie fantastyki. Wydawało się przy tym dość proste (tyle przecież przeczytałem!), ale takie nie było. Pierwsze próby bezlitośnie (i słusznie) miażdżyli koledzy z fandomu, którym poddawałem je pod ocenę. Wielki dług wdzięczności zaciągnąłem u tych, którzy choć widzieli nędzę mych poczynań, życzliwie zachęcali mnie do dalszych prób. Nigdy im za to nie podziękowałem, więc czynię to teraz. Zacne to grono: Andrzej Drzewiński, Robert Szmidt, Andrzej Ziemiański. Dzięki za Letni Obóz Fantastyki w Sulistrowiczkach, za lekcje kanasty, literatury i picia piwa. Krytyki nie szczędzili koledzy i koleżanki z klubu SOKIBUS-F: prezesica-tygrysica Agnieszka Makowska (wszyscyśmy się w niej durzyli) i poczciwy Karol Skrzekut. Potem zaś zawsze mogłem liczyć na życzliwy miażdżing swych przedsięwzięć w wykonaniu Macieja Parowskiego i Marka Oramusa. A później teksty (nieliczne) czytali Rafał Ziemkiewicz i Jarosław Grzędowicz. Dziękuję.

Po opublikowaniu kilku opowiadań w fanzinach, po wyróżnieniu na konkursie literackim „Fantastyki” (rok 1987 – wygrał wtedy debiutant Marek S. Huberath, a drugie miejsce zdobył debiutant Andrzej Sapkowski: cóż za zacne towarzystwo) i chwilowym nawrocie do pisania fantastyki na początku lat 90. (czego efektem był „Zaścianek” opublikowany w „Fenixie” oraz „Podróż Trzech Króli”, o której więcej niżej) zająłem się w życiu zupełnie innymi sprawami. I tak marzenie numer jeden (wydać zbiór opowiadań w wieku lat 18) oraz marzenie numer dwa (wydać zbiór opowiadań przed rokiem 2000) nigdy się nie ziściły. I dobrze.

Przez cały czas fantastyka była jednak obecna w moim życiu: czytałem, oglądałem, recenzowałem, redagowałem, a w nocnym programie RMF FM udało mi się nawet wyemitować całkiem sporo rozmów z pisarzami tak różnych generacji, jak Mike Resnick i Robert Sheckley. Teraz mogę się przyznać: tak, cały czas także pisałem. Po trochu, po kawałku, tu szkicując pomysł, tam dialog, gdzie indziej odnotowując fajnie brzmiące nazwisko lub potencjalny tytuł.

I tak minęło dwadzieścia lat.

Nigdy nie porzuciłem myśli o pisaniu na serio, zawsze jednak odkładałem je na później. Kiedyś, kiedy będę miał mniej roboty w radiu. Kiedy mniej będę musiał pisać do gazety. Kiedy będę wiódł spokojniejsze życie. Aż pewnego dnia zrozumiałem, że takie „kiedyś” oznacza po prostu „nigdy”.

Musiałem więc sprawę przemyśleć. I przemyślałem. Wniosek był oczywisty: jeśli chcesz, by coś było zrobione, zrób to po prostu. I tak wydarzyła się w moim życiu powieść „Demokrator” (2012), którą być może część z Was już zna. Dlaczego akurat ona? To proste, w pewnym momencie odkryłem, że uskładałem do niej ponad sto stron notatek.

Nie mogło być inaczej. Dlaczego? To proste. Lubię opowiadać historie.

I nie mogłem przestać.

Pisanie to nie tylko zawód. Pisanie to stan umysłu. A precyzując: to sposób odbierania rzeczywistości. To tryb działania, którego nie da się zmienić. Wyobraźcie sobie radio, w którym znajdziecie gałkę do ściszania dźwięku, ale nie znajdziecie wyłącznika. Możecie skręcić głośność tak, że w pokoju zapanuje cisza. Ale czy to znaczy, że radio nie gra? Gra. Tylko Wy go nie słyszycie.

Pisarz pisze głównie wtedy, kiedy nie pisze. Nasiąka rzeczywistością jak gąbka, łowi niuanse, chwyta pomysły, wchłania wrażenia. Potem przetwarza je po swojemu i pokazuje światu: zobaczcie, co ulepiłem. A na początku była tylko kora, sznurek i folia po czekoladzie.

Krótko mówiąc: kiedy nie pisałem i nie wydawałem książek, i tak czułem się pisarzem, bo pomiędzy wszystkimi obowiązkami życia codziennego cały czas wiedziałem, że część umysłu pracuje w trybie pisania. Tyle tylko, że opowiadałem te historie do szuflady i nigdy nie miałem czasu, by je dokończyć. Co oczywiście jest kiepską wymówką: wszyscy mamy tyle samo czasu. Dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Zatem: dawnośmy się nie widzieli.

Nasze ponowne spotkanie to także efekt tego, że mam wielkie szczęście do wydawców. Sławek Brudny, który wydał „Demokratora” (2012, II wyd. 2014), uwierzył w tę debiutancką powieść po przeczytaniu kilkudziesięciu stron i stał się jej wielkim orędownikiem – najlepszym, jakiego mogła mieć. Robert Łakuta, Eryk Górski, Kuba Jabłonka z Fabryki Słów (a także cała reszta fabrycznej ferajny) z entuzjazmem i radością wkręcili się szybko w moje kolejne projekty i wszystko wskazuje na to, że będziemy razem przez jakiś czas. (Jak długi? Im więcej „Czarnych batalionów” kupicie, tym dłużej).

Zapraszam Was na stronę internetową piotrgociek.pl i demokrator.com, spotkacie mnie także na Twitterze – @PiotrGociek – oraz na FB (strona oficjalna i prywatna). Aha, no i jeszcze jest e-mail piotr@piotrgociek.pl, ale pamiętajcie, że przekazuję go Wam w całkowitej konfidencji. Nie udostępniajcie go obcym (we wszelkich znaczeniach tego słowa) oraz ludziom, którzy nie lubią fantastyki.

A teraz słów kilka o tekstach, z okazji których się spotykamy.

CZOŁG

Robert A. Heinlein jest jednym z moich ulubionych pisarzy, nie tylko fantastycznych. Był autorem z tego arcyciekawego pokolenia, które zdążyło posmakować życia jeszcze przed drugą wojną światową, potem zapadło się w otchłań tej wieloletniej apokalipsy, by powrócić z głęboką, choć może cyniczną wiedzą o ludzkiej naturze. Generacja Heinleina to generacja Johna D. MacDonalda, genialnego autora kryminałów o Travisie McGee. To generacja aktorów takich jak John ­Wayne i reżyserów takich jak John Ford (odrobinę starszy od wymienionych, ale mentalnie bardzo podobny). Nie ćwiczyli opowiadania historii na kursach creative writing ani dzięki czytaniu recenzji skwaśniałych frustratów w napuszonych magazynach. Ich świat i życie pełne były niezwykłych postaci i zajmujących opowieści, rzemiosła uczyli się od amerykańskich klasyków i z niezliczonych, cudownie kiczowatych, ale jakże zajmujących historyjek tworzących wczesną popkulturę XX wieku. Bohaterowie ich książek to żywe, wielowymiarowe postacie, jakże różne i prawdziwsze od kartonowych ludzików zaludniających literaturę gatunków.

Przez lata udało mi się zgromadzić wszystkie wydane w języku angielskim książki Heinleina, ze wspomnieniami z podróży włącznie. Był czas, gdy czułem się od nich uzależniony: tydzień bez godziny z Heinlei­nem wydawał się stracony. Mógłbym długo rozprawiać o ulubionych powieściach RAH-a, ale gdy ktoś zapyta o ulubione opowiadanie, nieodmiennie odpowiadam: „Wolni ludzie”.

To tekst, w którym właściwie nie ma fantastyki. Jego bohaterowie to grupa rebeliantów walczących w amerykańskich lasach przeciwko tajemniczemu okupantowi. Nie wiemy, kim jest agresor – może Ruscy, może Niemcy, a może przybysze z kosmosu. W każdym razie mechanizmy rządzące okupacją są uniwersalne. Są ci, którzy kolaborują; są ci, którym jest wszystko jedno; są wreszcie ci, którzy choć nie mają żadnych szans, walczą z bronią w ręku. Wolni ludzie. Nie muszę chyba mówić, że taka opowieść mocno rezonuje w umyśle i sercu każdego, kto polską historię traktuje poważnie.

„Wolni ludzie” Heinleina to nie literatura fantastyczna, to po prostu literatura. Postawcie to opowiadanie obok opowiadań Hemingwaya czy Steinbecka – nie znajdziecie różnicy w wykonaniu. O ilu autorach science fiction można coś takiego powiedzieć?

„CZOŁG” to dalekie echo mojej fascynacji tamtym tekstem Heinleina, ale przede wszystkim dziecko rosyjskiej agresji na Ukrainę. Nie chciałem tu niczego naśladować, raczej spróbować wynaleźć na polskim, a nawet warszawskim gruncie historię o wrogu bez twarzy i efekcie jego obecności wśród zwykłych ludzi. Opowiadanie to powstało chyba najszybciej ze wszystkich, jakie widzicie w tym tomie. Pewnego wiosennego popołudnia w Nieporęcie wyjąłem z kieszeni notes i zanotowałem pierwsze zdanie. A potem przez tydzień nie byłem w stanie myśleć o niczym innym – musiałem napisać ten tekst. Nie mogłem spokojnie zasnąć, nim tego nie zrobiłem. To także moje domowe, „kabackie” opowiadanie. Miejsca, które w nim opisuję, nie mają nazw, ale bardzo łatwo zidentyfikuje je każdy, kto spaceruje po Kabatach, Lesie Kabackim, Skarpie, Wilanowie. Czasem sam nie wiem, co o tym myśleć. To trochę przerażające: wyglądać przez okno i widzieć wnętrze własnej głowy.

Janek Poranek i jego goście

„Janek Poranek” to najbardziej niesforne dziecko z gromadki, którą dziś Wam przedstawiam, co zresztą chyba widać po jego anarchicznym humorze i beztrosce. Było to jedyne opowiadanie w ostatnich latach (a mam tu na myśli zarówno te napisane, jak i tylko naszkicowane), którego nie miałem gotowego w głowie, siadając przy klawiaturze. Nie wiedziałem, kto właściwie opowiada nam tę historię i z jakiego powodu – a jest to podstawowe zadanie, które wypełnić powinien pisarz, zanim zacznie pracę.

Zaryzykowałem i pozwoliłem mojej imaginacji wędrować swobodnie, samemu będąc ciekawym, dokąd mnie zaprowadzi. Szybko okazało się, że ścieżka wiedzie do tych dawnych lat, kiedy jako małolat pochłaniałem z wypiekami na twarzy opowiadania guslarskie Kira Bułyczowa oraz Lemową „Cyberiadę”. Kiedy już udało mi się uchwycić ton tej opowieści, pozwoliłem sobie na wrzucenie do niej żartów wywiedzionych także z innych młodzieńczych lektur. A potem poszedłem ciemną ścieżką przez nieznany las. Przyznam, że kilka razy gubiłem się po drodze, zanim znalazłem polankę z napisem „właściwe zakończenie”. Nie pytajcie mnie tylko, dlaczego przybysze odwiedzający Janka kłaniają się przed pomnikiem Mikołaja Kopernika. Cały czas mam nadzieję, że jeszcze kiedyś o tym napiszę – jak tylko poznam odpowiedź.

A tak naprawdę to chciałbym kiedyś opisać nieznaną podróż Ijona Tichego.

Dzień oligarchy

Komu wierzyć? Tym, którzy przekonują, że bogacze to ludzie jak my, czy tym, którzy widzą w nich przedstawicieli niemal innego, obcego gatunku? Połowa amerykańskiej literatury kręci się wokół tej zagadki – sięgnijcie po „Wielkiego Gatsby’ego” F. Scotta Fitzgeralda, sięgnijcie po Jacka Londona i Toma Wolfe’a. I ja chętnie się pospieram, zanim jednak zasiądziemy przy kufelku Smadnego Mnicha, chciałbym zwrócić uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze, nasi wschodnioeuropejscy bogacze należą do innego plemienia niż bogacze prawdziwi, to znaczy tacy, którzy zarobili pieniądze, bo na przykład w coś zainwestowali, coś wynaleźli, wymyślili, wspomogli rewolucyjny projekt, wprowadzili na rynek nowy towar lub usługę albo i nowy sposób życia (jak na przykład zakupy w hipermarkecie czy galerii handlowej czy pływanie wycieczkowymi liniowcami). Polscy oligarchowie zwykle mają pieniądze dlatego, że w odpowiedniej chwili transformacji ustrojowej ich polityczni kumple oddali im kawałek gospodarki do swobodnego pasożytowania. Model prywatyzacji gospodarki rosyjskiej, ukraińskiej czy polskiej bywa, niestety, zadziwiająco podobny. Po drugie, moje podejście do bogactwa jest takie samo, jak scenarzystów Marvela do supermocy: wielka siła oznacza także wielką odpowiedzialność.

Pan Bóg, jak wiadomo, potrafi pisać prosto także po liniach krzywych, niewykluczone więc, że będziemy jeszcze kiedyś świadkami wielkiego nawrócenia polskich oligarchów, których przecież może dotknąć przemiana równie głęboka (no dobra, nawet niech będzie choćby w jednej dziesiątej tak głęboka) jak Jacka Fulczyka w moim opowiadaniu. Zanim jednak ten dzień nie nastąpi, będę przypominał, bo warto: czym różni się dobry bandzior od złego bandziora? Otóż czasem po tym pierwszym zostaje (niechcący) coś dobrego.

Odwołajmy się do przykładów z mekki współczesnej zorganizowanej przestępczości, czyli USA. Zobaczymy tam piękne drogi zbudowane tylko dlatego, że skorumpowanym politykom potrzebny był gładki asfalt do przewożenia nielegalnie pędzonej gorzałki. Bootleggerzy zniknęli, ale drogi pozostały. Zobaczymy szpitale i przytułki zakładane przez żony gangsterów, ale działające do dzisiaj. Co pozostanie po polskich oligarchach? Może tylko to opowiadanie.

Opowieść Wowy

Wkrótce po ukończeniu powieści „Demokrator” zdałem sobie sprawę, że nie skończyłem jeszcze z superbohaterami. Po pierwsze, sam „Demokrator” był dzieckiem nie tylko fascynacji rosyjską literaturą od Bułhakowa po Strugackich, ale i wiele zawdzięczał komiksom – takim, jak choćby „Watchmen”. Po drugie, podczas lat pracy nad powieścią igrałem na różne sposoby z ideą superbohaterów różnego rodzaju osadzanych w najróżniejszych dekoracjach – od autentycznych pejzaży Czeczenii po alternatywne dzieje Europy. „Opowieść Wowy” to efekt tych igraszek – podejrzewam, że nie ostatni.

Jednocześnie gdybym miał wskazać najbardziej polityczne opowiadanie w tym zbiorze, byłby to właśnie ten tekst. Nie dlatego, że powstał, by załatwić jakiś polityczny interes – tak oczywiście nie było. Nie uprawiam polityki za pomocą literatury. „Opowieść Wowy” ma czytelnika trochę zabawić, a trochę przestraszyć, czy raczej skłonić do zastanowienia się nad kilkoma poważniejszymi sprawami. Najistotniejszą z nich jest kwestia woli. I tu dotykamy polityki. Wola jest bowiem podstawą polityki. Nie zasoby, nie badania opinii publicznej, nie marketing, nie kampanie wyborcze. Jak we wszystkim, rzecz sprowadza się do podstawowego wyboru: robimy/nie robimy.

Dziś często mawia się, że wola, a czasem w ogóle działanie, są w polityce nieważne, niepotrzebne, a nawet szkodliwe. Wszystko „robi się” samo, bo świat jest nadskomplikowany. Że mamy czasy postnowoczesności, globalizacji i turbokapitalizmu. Że dzięki temu nastanie wieczny pokój, bo w czasach skomplikowanych więzów ponadnarodowych i międzynarodowych współzależności gospodarczych nie ma już mowy o tradycyjnych rodzajach konfliktów: wszyscy skazani są na współpracę ze wszystkimi. Wszyscy płyną w jednej łódce i muszą unikać gwałtownych ruchów. Pęta ich strach przed swoistym ekonomicznym efektem motyla: kichnięcie maklera na giełdzie w Hongkongu może skończyć się tsunami ekonomicznym w Brazylii, a kłopoty właścicieli nieruchomości na Florydzie wpędzą strefę euro w recesję. Skoro wszystko jest rozdrobnione, zatomizowane i nie do ogarnięcia, bo jednocześnie osobne i zarazem połączone na tysiące sposobów, to dawne wojny nie mają sensu.

Myślę, że jest inaczej. Skoro wszystko jest nieogarniętym bezkształtem, to wygra ten, kto będzie miał odwagę wyciągnąć dłonie, zagarnąć, co chce, i kształtować po swojemu. Nikt mu się nie przeciwstawi, bo utraciwszy nieco, będzie bał się utracić więcej, a postnowoczesne, globalistyczne złudzenie będzie mu podpowiadać, że zamiast bić się o swoje, zamiast odebrać to, co utracone, trzeba nauczyć się omijać słonia w salonie, a w ogóle najlepiej udawać, że go tam nie ma. Nie muszę chyba Was informować, jak nazywa się jedyny w Europie przywódca, który działa, wychodząc z tych właśnie założeń.

Podróż Trzech Króli

Tylko raz w życiu zdarzyło mi się tak mocno kłócić o własne opowiadanie. Było to jesienią 1994 roku w Warszawie, kiedy w nieistniejącej już knajpie Al Capone na placu Bankowym spożywaliśmy chłodne piwo z Darkiem Toruniem, wtedy redaktorem „Magii i Miecza”. Było ostro, Darek objechał mnie okrutnie, oskarżając o bluźnierstwo, wysadzanie w powietrze zachodniej kultury i inne podobne przewiny.

Lubiłem Al Capone, zwłaszcza w te wieczory, kiedy przeżywające w tamtych latach dni chwały polskie firmy fonograficzne wyprawiały w nim party z okazji premiery nowych płyt. Szczególnie dobrze pamiętam huczną imprezę uświetniającą wejście na rynek albumu T.Love „BesT.Love”. Nie dość, że szampan, piwo i mocniejsze trunki lały się strumieniami, to jeszcze całość zakończyła się wyprawą do Riviery Remont w bardzo miłym towarzystwie, z Muńkiem Staszczykiem i Kasią Nosowską na czele. Niewiele też brakowało, by jedna z długich dyskusji w Al Capone prowadzonych przeze mnie z Grześkiem Szulcem (Wydawnictwo ISA) zakończyła się (z mojej strony) pisaniem długaśnej powieści fantasy wzorowanej nieco na Stephenie R. Donaldsonie (tak, ten pomysł też mam gdzieś zanotowany, jeśli chcecie wiedzieć więcej, zapytajcie mnie kiedyś o drzwi. A właściwie Drzwi). Na szczęście nic z tego nie wyszło, inaczej zamiast pisać dziś posłowie do „Czarnych batalionów”, wycinałbym las na Alasce czy też gdziekolwiek, gdzie nie musiałbym tłumaczyć się z koszmarnej książki, która w dodatku ukazała się drukiem.

Wracając do „Podróży Trzech Króli” – nie byłoby tego opowiadania, gdyby nie wiersz T.S. Eliota o tym samym tytule. Znajdziecie go w niemal każdym porządniejszym wyborze poezji Eliota, choć w różnych przekładach, najczęściej Krzysztofa Boczkowskiego (najnowsze tłumaczenie to chyba dzieło Antoniego Libery). Ja najbardziej lubię jednak wersję, którą Jerzy Pietrkiewicz zamieścił w zestawionej przez siebie „Antologii liryki angielskiej”.

Opowiadanie, które kiedyś streszczałem Darkowi Toruniowi, a potem ostatecznie napisałem, jest właściwie prozatorską wariacją na temat z Eliota. Z niego zaczerpnąłem nie tylko frazę „wielbłądy kładły się w śniegu”, ale także pytanie: co naprawdę oznaczały narodziny w Betlejem? Wiersz Eliota przesiąknięty jest melancholią, która bije ze wspomnienia narratora, świadka wielkiej zmiany, jednego z trzech monarchów podróżujących do Betlejem. U źródeł mojego pomysłu leży dwuznaczność terminów, jakimi określać się zwykło owych bohaterów. Trzej królowie, ale także trzej magowie. Zadałem więc sobie pytanie: a gdyby naprawdę byli magami? Znaczy praktykami magii, rzucającymi zaklęcia? Co wtedy oznaczałyby dla nich narodziny w Betlejem?

Fakt, że fabuła odbiega od wersji znanej z Ewangelii, nie został wywołany moimi bluźnierczymi zapędami, ale jest logicznym następstwem przyjętego przeze mnie założenia.

Wersja „Podróży Trzech Króli”, jaką znajdziecie w tym zbiorze, może się niektórym wydać znajoma. Mniej więcej do połowy jest to opowiadanie, które opublikowałem w 1997 roku w magazynie „Nowy Talizman”. Po latach zdecydowałem się jednak znacząco przerobić tekst, któremu mocno brakowało w pewnym momencie dynamiki i konsekwencji. Tak więc śmiem twierdzić, że to premiera. I że jestem z tej wersji o wiele bardziej zadowolony.

Gdzie jest generał

Na początek zwracam autorom to, co autorskie: słowa „Czekamy na ciebie, czerwona zarazo” i kolejne linijki pochodzą z wiersza „Czerwona zaraza”, ostatniego, jaki w swoim życiu napisał Józef Szczepański pseudonim „Ziutek”, powstaniec warszawski i świetny poeta. To on jest autorem między innymi słynnego „Pałacyku Michla”. Zginął 10 września 1944 roku. Armia Czerwona czekała wtedy po drugiej stronie Wisły, aż Warszawa się wykrwawi. Gorąco polecam cały tekst (znajdziecie go w Internecie), jak i płytę z piosenkami „Ziutka” nagraną między innymi przez Tomka Budzyńskiego i De Press.

„Wypnij na Kremlu pierś po medale...” to słowa z wiersza nieznanego autora napisanego w czasach stanu wojennego. Zaczyna się on tak: „Za słowa kłamstwem splugawione / Za mundur bratnią krwią splamiony / Za ręce siłą rozłączone / Za oczy dziecka przerażone / Obróć swój tryumf w partyjnej chwale / Naród dziękuje Ci generale”.

„Zegarmistrz światła” to oczywiście cytat ze słynnej piosenki Tadeusza Woźniaka z 1972 roku.

Szczegóły dotyczące zestrzelenia polskiego samolotu nad Czechosłowacją zaczerpnąłem ze świetnego reportażu Zbigniewa Górniaka w „Nowej Trybunie Opolskiej”. Według czeskiego odpowiednika IPN nie ma wątpliwości, że rozkaz zestrzelenia wydał osobiście Wojciech Jaruzelski. Wybaczcie, ale wzdragam się przed użyciem słowa „generał” w stosunku do tego zbrodniarza.

Kto jest ciekaw szczegółów biografii Jaruzelskiego, tego odsyłam do książki profesora Jerzego Eislera „Siedmiu wspaniałych”, biografii pióra Pawła Kowala, biografii pióra Lecha Kowalskiego „Generał ze skazą” oraz zachęcam do czekania na przygotowywaną dopiero obszerną biografię, którą pisze Piotr Gontarczyk. Znajdziecie w nich wszystko: opowieści o tym, jak Jaruzelski fałszował swoją biografię, jak służył stalinowskiej wojskowej bezpiece, jak gorliwym był utrwalaczem „władzy ludowej”, o jego roli w prześladowaniu kleryków i w czystkach antysemickich, o krwi na rękach, która zaschła po interwencji peerelowskich wojsk na Czechosłowację, po masakrze robotników w grudniu 1970 roku i po stanie wojennym.

Głęboką odrazą napawa mnie fakt pochowania tego człowieka z państwowymi honorami, a to, że nie został osądzony za swoje zbrodnie, dobitnie pokazuje, jak wypaczonym państwem jest III RP. Podobnie jak kreowanie go przez ostatnie dwie dekady na celebrytę z kolorowych magazynów.

Po śmierci Jaruzelskiego głośno było o jego rzekomym nawróceniu. Znalazł się nawet ksiądz, który twierdzi, że to w jego obecności komunistyczny zbrodniarz wyznał grzechy i pojednał się z Bogiem. Cóż, odpowiadam, w takim razie dlaczego urna z jego prochami nie przekroczyła w dniu pogrzebu progu kościoła?

Pomyślałem, że może i ktoś odwiedził Jaruzelskiego przed śmiercią. Ale na pewno nie ksiądz. Stąd to opowiadanie.

Chłopiec z plakatem

Nasz rozum spogląda w przyszłość, nasze serce patrzy w przeszłość. Ta prawidłowość nie tylko pomaga zrozumieć wiele z tego, co nam się przytrafia, ale także leży u podstaw wielu opowieści. Fantastyka na pewno jest miejscem, w którym z tej dwoistości skorzystać można szczególnie interesująco. Sięgam pamięcią i przypominam sobie choćby „Światło minionych dni” i wiele innych utworów.

„Chłopiec z plakatem” wszedł do mojej głowy któregoś bardzo upalnego warszawskiego dnia, kiedy w metrze ogłoszono awarię. Nie wiem, z jakiego powodu, pamiętam tylko, że byłem wtedy na stacji Centrum i nie śpieszyłem się nigdzie. Przez dłuższą chwilę siedziałem na ławeczce w chłodnym powietrzu otulającym podziemny peron i odsuwałem od siebie moment, kiedy będę musiał wyjść na powrót w skwar. To chyba wtedy pierwszy raz uderzył mnie fakt, jak bardzo numery bilbordów i plakatów podobne są do numerów telefonicznych. W pierwszej wersji była to historia o chłopaku, który zakochuje się w dziewczynie z plakatu i odkrywa pewnego dnia, że wybierając numer, może do niej zadzwonić. Choć zanotowałem ten pomysł, to pewnie szybko bym o nim zapomniał, gdyby nie fakt, że często podróżuję metrem. Za każdym razem, widząc bilbordy na stacji Centrum, przypominałem sobie o koncepcie, aż wreszcie, kiedy kilkakrotnie się przekształcił w mojej głowie, nie miałem innego wyjścia, jak pozwolić mu przybrać kształt gotowej opowieści, napisać to opowiadanie.

Inicjatywa oddolna

Niestety, umowa zawarta z przedstawicielem pewnej wpływowej grupy kapitałowej nie pozwala mi na podzielenie się z Wami szczegółami na ten temat. Jedno oko miał brązowe, a drugie czarne – tyle tylko powiem. A może wszystko tylko mi się przyśniło?

Czarne bataliony

„Człowiek z Wysokiego Zamku” to jedna z moich ulubionych książek Philipa K. Dicka i chyba najlepsza historia alternatywna, jaką w życiu czytałem. Nie tylko dlatego, że była pierwsza (pierwsza w moich rękach, bo historycy fantastyki odeślą Was do dzieł wcześniejszych), ale także dlatego, że jej lektura pozostawia metafizyczny dreszcz, czyli coś dużo ważniejszego od podziwu nad wyjątkowo zgrabną żonglerką postaciami i motywami wyrwanymi z prawdziwej historii, by ułożyć je w nowy sposób.

Często zastanawiałem się nad tym, jak w świecie „Człowieka...” wyglądać mogła nasza część Europy. Odpowiedź przyniosła mi znakomita książka reporterska Krzysztofa Kąkolewskiego „Co u pana słychać?” (było też wydanie rozszerzone: „Biała Księga. Sprawa Dolezalka”). Z książki tej poznałem Alexandra Dolezalka, Ottona von Fircksa i innych hitlerowskich planistów, pracujących w okresie II wojny światowej nad projektem Generalplan Ost. Plan Wschodni Hitlera nie tylko zakładał zagładę licznych narodów Europy Środkowej i Wschodniej, zawierał także szczegółowe wskazówki na temat tego, jak wyglądać będzie niemiecka Europa. Wszystkim rekomenduję tę wstrząsającą lekturę – kto raz pozna obraz tego ponurego świata pełnego obozów śmierci, obozów pracy i obozów „reprodukcyjnych”, ten nigdy już go nie zapomni i bardzo uodporni się na dzisiejsze bajeczki Berlina o tym, jak niesprawiedliwe jest demonizowanie Niemców za ich wyczyny z tamtych lat.

W oparciu o „Co u pana słychać?” zacząłem kiedyś szkicować fabułę opowiadania, roboczo zatytułowanego „Człowiek z Niżnych Bagien”, którego akcja miała rozgrywać się w świecie podobnym do tego stworzonego przez Dicka, ale na terenie dzisiejszej Syberii. Nie było to trudne, imperialne marzenia Niemców spisane przez Dolezalka wydawały się właściwie gotowym materiałem na książkę. Jednak ilekroć próbowałem zanurzyć się w ten świat, czułem, jakbym popadał w najgłębszą otchłań depresji. Nie chciałem pisać tak ponurej książki, więc po prostu odłożyłem ją do szuflady.

Latem 2000 roku zabrałem ze sobą na wakacje świeżo wydaną wtedy w Polsce książkę Wiktora Suworowa „Ostatnia republika”. To trzeci tom trylogii rozpoczętej słynnym „Lodołamaczem”. W swoich książkach Suworow, uciekinier ze Związku Sowieckiego i były oficer GRU, gromadzi dowody na rzecz tezy, że atak hitlerowskich Niemiec na Rosję Stalina był wyprowadzonym w ostatniej chwili uderzeniem uprzedzającym. Sowieci bowiem szykowali się w tym czasie do uderzenia na Niemcy i całą Europę Zachodnią. Teza Suworowa wydaje mi się prawdziwa, ale to temat na inne rozważania. Dla historii „Czarnych batalionów” ważne jest co innego – po lekturze „Ostatniej republiki” prócz wielu innych rzeczy w głowie został mi sugestywny obraz Związku Sowieckiego, który po wieloletnich bojach „ogarnia cały świat”. Jaka republika miała być przyjęta do Światowego Związku Rad ostatnia – rozważa Suworow – może chilijska? Albo nowozelandzka?

Zacząłem wtedy zastanawiać się nad powrotem do „Człowieka z Niżnych Bagien”, ale w innych dekoracjach. Czyli nad historią alternatywną, w której to nie Niemcy, ale Sowieci okazali się jedynymi ostatecznymi zwycięzcami II wojny światowej. Im dłużej myślałem nad tą historią, tym bardziej – rzecz jasna – wydawała się ponura. Nasz los byłby przesądzony, niezależnie od tego, czy zatriumfowałby terror brunatny, czy czerwony. Szkoda czasu na pisanie rzeczy oczywistych, pomyślałem, ale sam pomysł ukorzenił się na dobre w moim ogródku z zasadzonymi, ale niewyhodowanymi jeszcze opowiadaniami. Przymierzałem się do różnych rozwiązań – jednym z nich miał być nawet dodany do kolekcjonerskiego wydania epilog „Demokratora” napisany specjalnie w scenerii świata Gorodopolis. Niezależnie od dekoracji, żeby w jakikolwiek sposób napisać tę historię, potrzebowałem jednak morału. Choć odrobiny szczęśliwego zakończenia. Cóż, miarą straszliwego losu, jaki światu gotowali Hitler i Stalin, niech będzie fakt, że to, jak puentuję „Czarne bataliony”, uważam – w pewnym sensie – za szczęśliwe zakończenie.

Na koniec...

...zaznaczam, że posłowie do następnego zbiorku będzie dużo krótsze.

W ciągu ostatnich lat zebrałem pomysły, notatki, szkice do bardzo wielu historii. Część z nich zdecydowałem się napisać, część sama zdecydowała, że powinna zostać napisana, a potem podstępnie mnie do tego wykorzystała. To opowieści czasem bardzo różne, nie tylko w tematyce i stylu, ale także tonacji. Układając „Czarne bataliony”, nie chciałem, by był to zbiór nadmiernie rozwichrzony, pominąłem więc pewne koncepty, a nawet gotowe już (prawie) opowiadania. Układa się z nich kolejny zbiór, który roboczo zatytułowałem „Damy radę”. Zaplanowałem do niego opowieści, które wywiedzione są z innych opowieści. Wszyscy jesteśmy przecież ulepieni nie tylko z osobistych doświadczeń, ale także z książek, jakie przeczytaliśmy, i obejrzanych filmów. Od Juliusza Verne’a po Williama Gibsona, od mówiących zwierząt doktora Dolittle po mówiących obcych George’a Lucasa. Ale o tym wszystkim może innym razem.

Los kolejnego zbioru leży w Waszych dłoniach. Jeśli będziecie chcieli go przeczytać, to pewnie się ukaże. W końcu czym jest literatura bez czytelników? Nie sądzicie chyba, że będę siedział sam w kącie i głośno mówił do siebie. A ponieważ Fabryka Słów nieustannie przynudza (dzięki, chłopaki!), że woleliby powieść, to pewnie będzie i powieść.

O jednym mogę zapewnić.

Tak łatwo się mnie nie pozbędziecie.

copyright © by Piotr Gociek

copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., lublin 2014

wydanie i

isbn 978-83-7964-013-3

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

projekt i adiustacja autorska wydania Eryk Górski, Robert Łakuta

projekt okładki Szymon Wójciak

redakcja Karina Stempel-Gancarczyk

korekta Agnieszka Pawlikowska

skład oraz opracowanie okładki „Grafficon” Konrad Kućmiński

skład wersji elektronicznej pan@drewnianyrower.com

sprzedaż internetowa

zamówienia hurtowe

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

tel./faks: 22 721 30 00

www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

wydawnictwo

Fabryka Słów sp. z o.o.

20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a

tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91

www.fabrykaslow.com.pl

e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl

www.facebook.com/fabryka

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Analfabet III RP Kreta Subiektywnie POgrobowcy. Po co partii Petru Polska POzamiatane. Jak Platforma Obywatelska porwała Polskę Czarne bataliony Demokrator 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha