Nie boję się bezsennych nocy. Tom 1

Nie boję się bezsennych nocy. Tom 1

Autorzy: Józef Hen

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 832

Cena książki papierowej: 89.90 zł

cena od: 31.91 zł

 

 

"Dziennika nie prowadzę. Ale nauczyłem się kłaść obok tapczanu mały notesik, czasem jakieś luźne kartki i długopis. W bezsenne noce, kiedy myśli rozpoczynają swoją męczącą gonitwę, zapalam lampkę i usiłuję je uchwycić. Na chwilę pierzcha udręka. Przestaję bać się bezsennych nocy". Tymi słowami Józef Hen rozpoczyna swoje zapiski z lat powojennych. Krótkie, kilkustronicowe notatki, często skupione wokół jednego wydarzenia, dzieła czy jednej postaci, sprawiają wrażenie pisanych jakby od niechcenia, a wciągają jak najlepsze powieści autora. Znajduje w nich odbicie najnowsza historia Polski, od ostatnich dni II wojny światowej, w której autor uczestniczył, aż po rok 2000, czas podsumowań. Refleksje i wspomnienia Hena, często odważnie idące pod prąd, przenikliwe, wymykające się schematom, przeradzają się w wielką opowieść będącą świadectwem całej epoki, o której dziś nazbyt często nam się wydaje, że wszystko już wiemy. Trzy tomy dzienników pt. Nie boję się bezsennych nocy... po raz pierwszy ukazały się w latach 1987, 1992 i 2001. Niniejsze wznowienie zostało przez autora przejrzane i uzupełnione. Lata przedwojenne i wojenne Józef Hen opisał w książkach Nowolipie (1991) i Najpiękniejsze lata (1996), a tom jego najnowszych zapisków to Dziennik na nowy wiek (2009).

 

Montaigne utrzymywał, że ma prawo pisać o sobie, bo ten jeden przedmiot zgłębił jak nikt, w nim jest uczeńszy od wszystkich uczonych. Dziś wiemy, że nie ma nic mniej pewnego niż próba zgłębienia samego siebie. Żałosna jest nasza wiedza o sobie! Znamy tylko fakty - a o nich też nasza wiedza jest chwiejna. Pewne jest tylko to, co zostało utrwalone - notatki z podróży, spotkania z ludźmi, jakieś drukowane fragmenty, które wydają mi się istotne - wszystkie te świadectwa przytaczam tu na tych samych prawach, co owe zapiski czynione w bezsenne noce.

(fragment)

Jó­zef Hen

Nie boję się bez­sen­nych nocy

Co­py­ri­ght © Jó­zef Hen, 1987, 1992, 2001, 2004

Au­to­ra re­pre­zen­tu­je Agen­cja Li­te­rac­ka San­dy­kat Au­to­rów

Co­py­ri­ght © by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie III, po­pra­wio­ne i uzu­peł­nio­ne

War­sza­wa

Spis treści

Z księgi pierwszej

Z księgi drugiej

Z księgi trzeciej

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Z księgi pierwszej

Dzien­ni­ka nie pro­wa­dzę. Ale na­uczy­łem się kłaść obok tap­cza­nu mały no­te­sik, cza­sem ja­kieś luź­ne kart­ki i dłu­go­pis. W bez­sen­ne noce, kie­dy my­śli roz­po­czy­na­ją swo­ją mę­czą­cą go­ni­twę, za­pa­lam lamp­kę i usi­łu­ję je uchwy­cić. Na chwi­lę pierz­cha udrę­ka. Prze­sta­ję bać się bez­sen­nych nocy.

My, któ­rym dzie­ciń­stwo przy­pa­dło na cza­sy przed­wo­jen­ne, mamy więk­sze wy­czu­le­nie na szcze­gół oby­cza­jo­wy te­raź­niej­szo­ści niż lu­dzie, któ­rzy w tej te­raź­niej­szo­ści wy­ro­śli. Tro­chę tak, jak za­gra­nicz­ni tu­ry­ści, któ­rym rzu­ca się w oczy to, cze­go kra­jo­wiec nie do­strze­ga.

Bo w grun­cie rze­czy je­ste­śmy tu nie­raz tu­ry­sta­mi – w cza­sie. Przy­by­li­śmy z in­ne­go wy­mia­ru, zwie­dza­my więc tę te­raź­niej­szość, przy­pa­tru­je­my się jej, pra­cu­je­my z „kra­jow­ca­mi w cza­sie”, ro­bi­my coś z nimi i dla nich – z ża­ło­sny­mi zresz­tą re­zul­ta­ta­mi. To, co tu­byl­com w cza­sie jest dane, my mu­si­my zdo­by­wać. Tym sa­mym mo­że­my dojść do lep­szych wy­ni­ków niż oni, ci młod­si. Ale to nie prze­szka­dza temu, że cza­sem nam się wy­da­je, że wszyst­ko wo­kół dzie­je się na niby, czu­je­my w spo­sób nie­ja­sny, że po go­ści­nie w te­raź­niej­szo­ści w koń­cu wró­ci­my do swo­ich, do przed­woj­nia i opo­wie­my im, tym swo­im, jak to za gra­ni­cą cza­su było. Ale zro­bią oczy!...

Wbrew po­wierz­chow­nym są­dom, nie jest zbyt trud­no za­cho­wać tak zwa­ną „po­sta­wę”, kie­dy się jest prze­śla­do­wa­nym czy kie­dy po­no­si się po­raż­kę. O wie­le trud­niej za­cho­wać god­ność, mo­ral­ność, kie­dy się jest zwy­cięz­cą, kie­dy się dys­po­nu­je lo­sem in­nych. Umieć prze­gry­wać to sztu­ka, ale nie taka wiel­ka. Umieć wy­gry­wać – to sztu­ka o wie­le trud­niej­sza.

*

O pu­łap­kach czy­ha­ją­cych na zwy­cięz­cę mo­głem się prze­ko­nać w roku 1945 w Niem­czech, po sfor­so­wa­niu Nysy. Trze­ba dużo od­por­no­ści, a tak­że umie­jęt­no­ści spoj­rze­nia na sie­bie z boku, żeby wyjść z ta­kiej pró­by bez wsty­du. Ale je­śli się uda­ło, po­zo­sta­je coś na całe ży­cie, jak ka­pi­tał, z któ­re­go moż­na czer­pać. Do­pie­ro dzi­siaj zda­ję so­bie spra­wę, że nig­dy nie zo­sta­łem tak bez­względ­nie zmu­szo­ny do zmie­rze­nia się z sobą, do się­gnię­cia w głąb sa­me­go sie­bie, jak wte­dy i tam.

Pre­sja i po­ku­sa, ja­kiej zo­stał pod­da­ny mło­dy Nie­miec, któ­ry zna­lazł się w na­szym kra­ju w cha­rak­te­rze zwy­cięz­cy, roz­grze­szo­ny z góry przez Füh­re­ra z każ­de­go nad­uży­cia, upa­trzo­ny przez nie­go na pana pod­bi­tych mas – nie wiem, czy­śmy się nad tym za­sta­na­wia­li. Nie idzie mi tu o za­wo­do­wych mor­der­ców czy o prze­ko­na­nych i po­rwa­nych kul­tem swo­je­go wo­dza hi­tle­row­ców – aż ta­kim hu­ma­ni­stą nie je­stem – idzie wła­śnie o prze­cięt­ne­go mło­de­go Niem­ca z tak zwa­nej przy­zwo­itej ro­dzi­ny o pew­nych li­be­ral­nych tra­dy­cjach. Na­gle wszyst­ko mu wol­no, buta i prze­moc są za­le­ca­ne, prze­ciw­ko so­bie ma pol­skich pod­lu­dzi, wro­gów, któ­rych trze­ba ujarz­mić. Po to, żeby taki „po­rząd­ny Nie­miec” za­cho­wał się na­praw­dę przy­zwo­icie, mu­siał być w dwój­na­sób po­rząd­nym.

Wpraw­dzie nam nikt nie wma­wiał, że je­ste­śmy her­re­nvol­kiem i nikt z ni­cze­go nie miał za­mia­ru nas roz­grze­szać, nie zna­czy to wca­le, że na­sza sy­tu­acja była ła­twa. Bo i my prze­ciw so­bie mie­li­śmy wro­ga – tych sa­mych nad­lu­dzi, któ­rzy nas mor­do­wa­li – i na do­miar pa­ła­li­śmy żą­dzą ze­msty. Na kim? Ci wro­go­wie, na któ­rych na­ty­ka­li­śmy się w zaj­mo­wa­nych miej­sco­wo­ściach, to były naj­czę­ściej wy­lęk­nio­ne i zre­zy­gno­wa­ne ko­bie­ty, otu­ma­nie­ni star­cy, wy­głod­nia­łe dzie­ci. Je­śli tra­fił się ja­kiś mło­dy czło­wiek, to naj­chęt­niej mó­wił Hi­tler ka­putt i przy­zna­wał nam we wszyst­kim ra­cję. Mod­ne jest dzi­siaj wy­ra­że­nie „spraw­dzić się”; mło­dzi lu­dzie mó­wią, że zro­bi­li to czy tam­to, bo chcie­li się spraw­dzić. Otóż my­śmy się tam też spraw­dza­li, po­wstrzy­mu­jąc się od ro­bie­nia pew­nych rze­czy – spraw­dza­li­śmy się w ten spo­sób bar­dziej, niż gdy­by­śmy uczest­ni­czy­li w ja­kimś po­cią­ga­ją­cym sza­leń­stwie.

By­ło­by to jesz­cze trud­niej­sze, gdy­by nie ist­nia­ło na tym pa­do­le coś ta­kie­go jak zwy­kłe ludz­kie współ­czu­cie. Na szczę­ście, jest ono wpi­sa­ne w na­sze losy. I to ono po­ma­ga­ło wy­pro­sto­wać za­gro­żo­ną du­szę...

W te­le­wi­zji Ptak Sza­niaw­skie­go, w reż. R. Bera, na pew­no do­bry, ale ja za­raz przy­po­mnia­łem so­bie spek­takl w na­szym gim­na­zjum i wiem, że już żad­ne przed­sta­wie­nie tej sztu­ki tam­te­mu nie do­rów­na. Cóż za uro­cza rada miej­ska! Da­niel Rud­nic­ki z kla­sy przed­ma­tu­ral­nej (zmarł kil­ka ty­go­dni temu) sza­lał jako bur­mistrz. Sy­pa­li­śmy się ze śmie­chu. To był praw­dzi­wy te­atr: mło­dzi chłop­cy przy­pra­wi­li so­bie bro­dy, wąsy, brzu­chy i ły­si­ny – i uda­wa­li te­try­ków i dzi­wa­ków. Czy nie na tym po­le­ga ko­me­dia, żeby uda­wać? Ubo­le­wa się, że pu­blicz­ność szek­spi­row­ska mu­sia­ła w ro­lach ko­biet oglą­dać męż­czyzn, ale za­ba­wa w Wie­czo­rze Trzech Kró­li z prze­bra­ny­mi w nie­wie­ście suk­nie ak­to­ra­mi była na pew­no sza­lo­na. Nie­daw­no w Pro­chow­ni po­zwo­lo­no so­bie na za­bieg od­wrot­ny: wszyst­kie role w Wie­czo­rze Trzech Kró­li gra­ły ak­tor­ki – i była to po­dob­no za­ba­wa jak nig­dy.

U Bera uda­wa­nia było mniej. Sta­ry ak­tor grał sta­re­go rad­cę, jesz­cze star­szy – sta­re­go woź­ne­go. Tro­chę jak­by mniej te­atru... A zresz­tą przy te­le­wi­zo­rze w obo­rach było dusz­no, na­gle po­czu­łem ucisk w ser­cu i mu­sia­łem opu­ścić sal­kę. (Dan­ka Kon­wic­ka ru­szy­ła za mną i za­py­ta­ła, jak się czu­ję. Ta­kie rze­czy się pa­mię­ta). Aha, czy­li wte­dy nie te­atr był inny, ale ja tro­chę inny. Niech wam bę­dzie. A jed­nak tam­to przed­sta­wie­nie, to szkol­ne, było we­sel­sze. Naj­lep­sze!

Dzien­ni­ki Ka­ro­la Irzy­kow­skie­go mogą być groź­ną prze­stro­gą, jak ła­two po­paść w ego­tyzm i ob­se­sję. Trze­ba się strzec. Czy mogę być pew­ny, że nie mam swo­je­go mola za­wi­ści? Któż nie ma swo­je­go Boya, wspa­nia­łe­go prze­ciw­ni­ka, któ­ry o nas wca­le nie dba; uro­cze­go, z po­wo­dze­niem, a nade wszyst­ko re­ali­zu­ją­ce­go swo­je książ­ki! Może dla­te­go Irzy­kow­ski uwa­żał się za więk­sze­go pi­sa­rza niż Boy, że miał taki ską­py do­ro­bek? Wszyst­ko było do na­pi­sa­nia – a mag­ma za­mie­rzeń jest taka ko­lo­ro­wa, taka na­stro­jo­wa... I ja mu­szę prze­stać no­sić w so­bie te po­wie­ści, któ­re od lat pro­jek­tu­ję, prze­lać je na pa­pier, niech się wresz­cie sta­ną – i niech skoń­czą się te wszyst­kie za­dę­cia.

Dzien­ni­ki Irzy­kow­skie­go po­ka­zu­ją sob­ka, za­wist­ni­ka, zwłasz­cza zaś ko­goś o psy­chi­ce gra­fo­ma­na. Jed­na mło­dzień­cza po­wieść, kil­ka to­mów bar­dzo in­te­re­su­ją­cych prac kry­tycz­nych, ję­zy­ko­wo nie­cie­ka­wych, eg­zem­pli­fi­ka­cyj­nie chy­bio­nych i za to Aka­de­mia Li­te­ra­tu­ry, naj­wyż­sze za ży­cia uho­no­ro­wa­nie pi­sa­rza – i jesz­cze temu nie­do­piesz­czeń­co­wi mało! (Gwo­li spra­wie­dli­wo­ści, trze­ba przy­po­mnieć zbiór ese­jów o fil­mie X Muza, pra­cę nie­wąt­pli­wie pio­nier­ską).

Ani jed­ne­go do­bre­go sło­wa o ko­le­gach. Jest też taka nie­mi­ła chwi­la, z wkro­cze­niem Niem­ców, kie­dy wy­da­je się, że au­tor tych dzien­ni­ków jest we­wnętrz­nie go­tów na ko­la­bo­ra­cję – gdy­by tyl­ko oku­pan­to­wi przy­szło na myśl po­rząd­nie go uho­no­ro­wać! (Na szczę­ście, nic się ta­kie­go nie zda­rzy­ło. I Irzy­kow­ski po­dob­no brał udział w nie­le­gal­nym na­ucza­niu). Szu­ka­łem, co na­pi­sał o śmier­ci Boya. Żad­nej re­ak­cji! Do­pie­ro pół roku póź­niej od­no­to­wał, że się mar­twi, bo „ubył prze­ciw­nik”. A że tra­gicz­nie zmarł świet­ny pi­sarz? A odro­bi­na eks­pia­cji za to, że mu za­tru­wał ży­cie? Ani śla­du...

Tak, te dzien­ni­ki to ostrze­że­nie. Szcze­gól­nie te uwa­gi, w któ­rych ujaw­nia się za­wiść, ubie­ga­nie się o na­gro­dy; ktoś tam źle na­pi­sał, ktoś nie do­ce­nił, ktoś prze­oczył. Po la­tach – ja­kie to wy­da­je się ża­ło­sne! Na­tu­ral­nie, jest rze­czą smut­ną, kie­dy do­bre­go pana Cze­cho­wa szar­pie ja­kiś ło­buz. Ale han­dry­cze­nie się o to, żeby w ka­wiar­ni uzna­wa­li, żeby wspo­mnia­ła B., żeby na­pi­sa­ła L. – to bez­na­dziej­ne, i w prze­zwy­cię­że­niu tych cią­go­tek Irzy­kow­ski mi po­mógł.

*

Le­ża­łem po ciem­ku, roz­my­śla­jąc o wszyst­kim na­raz – o dal­szym ży­ciu, o sa­mot­no­ści Jó­zia Brodz­kie­go, o tych upior­nych sta­rusz­kach, z któ­ry­mi dzie­lę czte­ro­po­ko­jo­wy pen­sjo­nat ZA­iKS-u w Kon­stan­ci­nie. Roz­bu­dzi­ło mnie to cał­ko­wi­cie. Jest pół­noc. Za­pa­li­łem świa­tło, by za­pi­sać pew­ną myśl o Irzy­kow­skim.

Czy ją jesz­cze pa­mię­tam? Chy­ba tak: a więc ma ra­cję An­drzej Ki­jow­ski, kie­dy pi­sze (Irzy­kow­ski bez­bron­ny), że pa­mięt­nik o umie­ra­ją­cej cór­ce jest nie­przy­zwo­ity. I cóż z tego, że wszyst­ko szcze­re? (Np. kie­dy Irzy­kow­ski-oj­ciec no­tu­je, że có­recz­ka za­wo­ła­ła do nie­go: „Ty sta­ra pa­pu­go!”). Ale jest to szcze­rość li­te­ra­ta, któ­ry cie­szy się, że ma ką­sek dla przy­szłe­go czy­tel­ni­ka. Jest to szcze­rość wy­se­lek­cjo­no­wa­na pod spe­cjal­nym ką­tem. Nie jest to szcze­rość wzglę­dem sie­bie! My­ślę, że naj­trud­niej jest od­gro­dzić się w dzien­ni­ku – od czy­tel­ni­ka. Mam na my­śli, by nie ro­bić za­pi­sków pod ką­tem ich przy­szłe­go suk­ce­su li­te­rac­kie­go. Szcze­rość ste­ro­wa­na jest dia­bła war­ta. Wsty­dli­wość, na­wet pew­na hi­po­kry­zja, kie­dy są umo­ty­wo­wa­ne lę­ka­mi we­wnętrz­ny­mi – wię­cej mogą po­wie­dzieć o au­to­rze niż szcze­re wy­zna­nie, że nie mia­ło się sto­sun­ku z upra­gnio­ną ko­bie­tą, bo brzuch roz­bo­lał.

W tym sa­mym nu­me­rze „Twór­czo­ści” Igor Ne­wer­ly – Sło­wo o „Ma­łym Prze­glą­dzie”. Epi­ta­fium wstrzą­sa­ją­ce – nie mniej niż opo­wia­da­nia Adol­fa Rud­nic­kie­go. Mowa o tych naj­zdol­niej­szych, naj­wraż­liw­szych, o nie­zwy­kłych chłop­cach i dziew­czę­tach, któ­rych obiet­ni­ce się nie speł­ni­ły; otru­to ich i spo­pie­lo­no. Ile cu­dow­nej mło­dzie­ży, zna­ko­mi­tej dzie­ciar­ni! Dla mnie były to po­sta­ci le­gen­dar­ne, sła­wy więk­sze od po­etów „Wia­do­mo­ści Li­te­rac­kich” – ta Lu­sia z Czę­sto­cho­wy, Lej­zor z Gę­siej, Efra­im, Em­kott, Sa­lu­niek z Bru­ko­wej, Ane­ri, je­de­na­sto­let­nia au­tor­ka po­wie­ści Dy­cia z Za­mo­ścia – ob­ser­wo­wa­łem ich roz­wój, za­chwy­ca­łem się ich pió­rem, pi­sa­łem i ja do „Ma­łe­go Prze­glą­du”, ale na­wet nie ma­rzy­łem o tym, żeby im do­rów­nać. Czy­ta­łem Ne­wer­le­go ze ści­śnię­tym gar­dłem, koń­czy­łem za­la­ny łza­mi.

Mój Ma­ciek, kie­dy re­la­cjo­no­wa­łem ro­dzi­nie epi­zod z Kor­cza­kiem na Umschlag­plat­zu, zmie­nił się na twa­rzy. Wy­szedł z po­ko­ju na ko­ry­tarz i usły­sza­łem wes­tchnie­nie dziec­ka. Bied­ny Ma­ciuś, ile się jesz­cze do­wie, ile na­pa­trzy...

*

Po­ko­le­nie po­etów-in­te­lek­tu­ali­stów, wy­cho­wan­ków Pe­ipe­ra (Ma­szy­na, Mia­sto, Masa), z Przy­bo­siem na cze­le – wiecz­ni stu­den­ci. Wciąż coś za­ku­wa­ją, wciąż zda­ją eg­za­mi­ny. I cią­gle się boją, że coś prze­oczą i oka­żą się igno­ran­ta­mi. Nie szko­dzi, je­śli pi­sarz przy­zna się, że nie ma po­ję­cia, co to jest ra­chu­nek róż­nicz­ko­wy. Albo że nie wie, kto to był ten czy ów eks­klu­zyw­ny fran­cu­ski po­eta. Go­rzej, je­śli się nie wy­zbę­dzie na­ro­wów pry­mu­sa, je­śli ko­niecz­nie chce się wy­ka­zać, że na­dą­ża, że wie, co mod­ne, i pierw­szy pod­no­si rękę, pę­dząc od razu do ta­bli­cy. Tak więc, je­śli He­isen­berg ogła­sza, że jest bli­ski sfor­mu­ło­wa­nia „teo­rii je­dy­ne­go pola”, Przy­boś szyb­ko śpie­szy do­ka­zać, że on na­dą­ża i do­ce­nia – na­plótł, zda­je się, na ten te­mat głupstw. Mo­głem go za­pew­nić, że nic w nas od tej teo­rii się nie zmie­ni, że nie ma się czym przej­mo­wać, i szko­da, że tego nie uczy­ni­łem. Po­dob­nie Wa­żyk: wpa­ko­wał te­raz swo­ją nową wie­dzę z teo­rii in­for­ma­cji Wie­ne­ra do roz­pra­wy o wer­sy­fi­ka­cji, co słusz­nie wy­kpił Iwasz­kie­wicz. W do­brym wier­szu, za­uwa­ża Iwasz­kie­wicz, „in­for­ma­cja” nie za­tra­ca się. Prze­ciw­nie, fe­no­men po­ezji po­le­ga na tym, że roz­bu­dza wy­obraź­nię czy­tel­ni­ka i po­zwa­la pra­co­wać sa­mo­dziel­nie, wy­zwa­la „in­for­ma­cje” ukry­te głę­bo­ko w pa­mię­ci, a na­wet bu­dzi wzru­sze­nie, czy­li uru­cha­mia wca­le skom­pli­ko­wa­ną apa­ra­tu­rę „in­for­ma­cji” do­dat­ko­wych. W na­szych cza­sach ist­nie­nie dzie­dzi­ny opie­ra­ją­cej się na­wet naj­bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­ne­mu sche­ma­to­wi me­cha­ni­stycz­ne­mu – jest pew­ną po­cie­chą. Może dla­te­go dok­try­ne­rzy mie­li za­wsze tyle kło­po­tów z krnąbr­ną Pa­nią Sztu­ką...

*

Jesz­cze o dzien­ni­kach Irzy­kow­skie­go. Nie­wąt­pli­wie, są­dzić o ca­łym Irzy­kow­skim na pod­sta­wie tego, co za­pi­sy­wał, jest uprosz­cze­niem i może na­wet czymś nie fair. Żeby go po­znać, mu­sie­li­by­śmy – prócz tych no­ta­tek, za­wsze w koń­cu przy­pad­ko­wych – wie­dzieć, cze­go nie za­pi­sy­wał. Ale na­wet gdy­by pro­wa­dził dzien­ni­ki skru­pu­lat­nie, to czy od­da­ły­by one w peł­ni jego my­śli? Tak­że dzien­ni­ki Pe­py­sa (to, co z nich zna­my) wię­cej mó­wią o ów­cze­snej oby­cza­jo­wo­ści niż o nim sa­mym.

Za­pi­su­je się czę­sto my­śli w oczy­wi­sty spo­sób nie­słusz­ne, na­wet głu­pie (i zda­jąc so­bie spra­wę, że głu­pie) – pod wpły­wem im­pul­su, z prze­ko­ry, z roz­go­ry­cze­nia – ale to nie zna­czy, że czło­wiek bę­dzie się przy tych my­ślach upie­rał. Ot, skrob­nął so­bie, żeby ulżyć ser­cu. I po­tem, po la­tach, za to od­po­wia­dać? Być oce­nia­nym w in­nym cza­sie przez ko­goś, kto ma inne kło­po­ty, czy­ta w in­nej tem­pe­ra­tu­rze, w in­nym kon­tek­ście, z dy­stan­sem wła­śnie do tej spra­wy (a z bra­kiem dy­stan­su do in­nych, bar­dziej dla nie­go istot­nych)? Ten czy­tel­nik przy­szło­ści, ten „póź­ny wnuk”, nie musi być mą­drzej­szy od au­to­ra w ogó­le – jest mą­drzej­szy tyl­ko od au­to­ra tej jed­nej nie­szczę­snej no­tat­ki.

Ży­cie we­wnętrz­ne nie­mal z re­gu­ły nie daje się ująć w no­tat­ce, któ­ra za­wsze jest ro­dza­jem post­scrip­tum. Nie tyl­ko my­śli, ale i sta­ny uczu­cio­we giną. (Od­twa­rza je cza­sem twór­czość). Nig­dy nie do­wie­my się, jak na­praw­dę za­re­ago­wał Irzy­kow­ski na śmierć Boya. Z tego, że w dzien­ni­kach nie ma o niej wzmian­ki, nie wy­ni­ka wca­le, że przy­jął ją obo­jęt­nie. Może wzdra­gał się no­to­wać? A może roz­bo­la­ła go gło­wa i odło­żył rzecz „do ju­tra”? A może w po­ko­ju było zim­no i pal­ce mu ścier­pły, ogar­nę­ła go apa­tia – Boże mój, ten Boy, roz­strze­la­ny, po­my­śleć – mó­wi­łem, że ba­wi­da­mek, a on zgi­nął jak mę­czen­nik – kto mógł prze­wi­dzieć...

Nie, to nie­zu­peł­nie tak, że­bym się nie bał bez­sen­nych nocy. Ty­tuł tej książ­ki za­wie­ra cząst­ko­wą tyl­ko praw­dę – od­czu­wam to co­raz czę­ściej i co­raz do­tkli­wej.

I nie­praw­dą jest, co chy­ba już zdą­żył za­uwa­żyć czy­tel­nik, że skła­da­ją się na tę książ­kę tyl­ko strzę­py od­no­to­wa­ne przy noc­nej lamp­ce. Mon­ta­igne utrzy­my­wał, że ma pra­wo pi­sać o so­bie, bo ten je­den przed­miot zgłę­bił jak nikt, w nim jest uczeń­szy od wszyst­kich uczo­nych. Dziś wie­my, że nie ma nic mniej pew­ne­go niż pró­ba zgłę­bie­nia sa­me­go sie­bie. Ża­ło­sna jest na­sza wie­dza o so­bie! Zna­my tyl­ko fak­ty – a o nich też na­sza wie­dza jest chwiej­na. Pew­ne jest tyl­ko to, co zo­sta­ło utrwa­lo­ne – no­tat­ki z po­dró­ży, spo­tka­nia z ludź­mi, ja­kieś dru­ko­wa­ne frag­men­ty, któ­re wy­da­ją mi się istot­ne – wszyst­ko, co przy­ta­czam tu na tych sa­mych pra­wach, co owe za­pi­ski czy­nio­ne w bez­sen­ne noce.

Zresz­tą, nie idzie tu o „żyw­szą zna­jo­mość mo­jej oso­by” (co było – tak to przy­najm­niej za­zna­czał w przed­mo­wie – ce­lem Mon­ta­igne’a). Może to ko­goś do­tknie, ale wolę zwie­rzyć się, że nie dbam o to. Idzie o coś ogól­niej­sze­go: o nasz czas – o prze­ka­za­nie pew­nych do­świad­czeń, zda­rzeń, za­sko­czeń (nie śmiem po­wie­dzieć: prze­my­śleń) – tego, co nie­sie ży­cie. Naj­chęt­niej zło­żył­bym tę książ­kę z tego, co po­wi­nie­nem był na­pi­sać o in­nych i o tych wszyst­kich, z któ­ry­mi się ze­tkną­łem. Nie żeby wy­sta­wiać im świa­dec­two czy na­gro­bek – nie ży­wię ani ta­kich am­bi­cji, ani nie mam ta­kich moż­li­wo­ści. Ale żeby po­świad­czyć nie­po­wta­rzal­ność każ­de­go ist­nie­nia. Od­ręb­ność. Eg­zo­tycz­ność na­wet. Je­śli jest tu tego mniej, niż­bym chciał, to dla­te­go, że nie za­wsze uda­wa­ło mi się owo naj­waż­niej­sze uchwy­cić. Cza­sem ma się wszyst­kie fak­ty, ale nie umie się po­wie­dzieć, co one ozna­cza­ją. Ilość tu nie ma zna­cze­nia: wy­star­czy jed­no słów­ko, uśmiech, ja­kiś gry­mas – żeby zo­ba­czyć nasz wspól­ny los.

Je­śli cze­goś nie zdo­ła­łem od­no­to­wać – choć­by z opóź­nie­niem, roz­pa­mię­tu­jąc wstecz – to już prze­pa­dło, ni­cze­go nie do­pi­szę. „Nie ma­lu­ję swo­jej isto­ty”; ani jej przejść z jed­ne­go wie­ku w dru­gi, ani z go­dzi­ny na go­dzi­nę – po­nie­waż nie ma­lu­ję sie­bie. Nie pi­szę książ­ki! Tak, to jest naj­istot­niej­sza ce­cha utwo­ru, któ­ry te­raz po­wsta­je: że nie jest to książ­ka na­pi­sa­na. Skle­jam ją, ze­sta­wiam, mon­tu­ję se­kwen­cja­mi jak film na sto­le mon­ta­żo­wym, ale za­wsze – wła­śnie jak mon­tu­je się film – z go­to­wych ma­te­ria­łów. Nie mogę oczy­wi­ście obie­cać, że nie będę w ten za­pis in­ge­ro­wał – ja­kąś do­dat­ko­wą re­flek­sją, czy choć­by tyl­ko peł­nym żalu wes­tchnie­niem. Nie mogę też obie­cać, że coś bar­dzo oso­bi­ste­go nie weź­mie w któ­rymś mo­men­cie góry – w koń­cu je­stem jed­nym z bo­ha­te­rów tej książ­ki i nie naj­mniej waż­nym. Jed­nym z tych lu­dzi, z któ­ry­mi przy­pa­dek ze­tknął mnie w ży­ciu. Zwią­za­łem się sam z sobą. Jak to się sta­ło? Nig­dy mnie to nie prze­sta­nie zdu­mie­wać.

Dzien­ni­ki Le­cho­nia czy­tam z uczu­ciem przy­gnę­bie­nia. Nie ze wzglę­du na po­ziom – jest roz­ma­ity, cza­sem dno, cza­sem coś bły­sko­tli­we­go, zwy­kle zresz­tą jest to od­no­to­wa­na aneg­do­ta, na ogół sza­rzy­zna – ale ze wzglę­du na tę śle­pą ulicz­kę, w któ­rą czło­wiek po­tra­fi wpę­dzić sie­bie i jesz­cze są­dzi, że to ta­kie waż­ne, dla nas wszyst­kich waż­ne, żeby w niej tkwił. Nie przy­jął po­sa­dy w „Gło­sie Ame­ry­ki”, żeby „nie tra­cić cza­su” – i oto wi­dzi­my, jak zmu­sza się do pi­sa­nia, do pro­zy, za­pa­trzo­ny w Pro­usta, w Mau­ria­ca (cho­ciaż go nie­na­wi­dził), naj­wy­raź­niej nie ma­jąc po­ję­cia, co to jest pro­za, kon­flikt, dra­ma­tur­gia. Opo­wia­da o swo­ich po­sta­ciach, snu­je me­an­dry ich lo­sów (wszyst­kie te snu­cia na uży­tek dzien­ni­ka prze­zna­czo­ne­go do dru­ku) i na­bie­ra­my po­dej­rze­nia, że ta po­wieść nie ist­nie­je, że jest mi­sty­fi­ka­cją. Tak zresz­tą są­dził Sło­nim­ski.

Co­dzien­nie na­rze­ka, że nie pi­sał, że dzień zszedł mu na ni­czym. Tra­ge­dia, oczy­wi­ście, ale tyl­ko wte­dy, kie­dy kro­iła się wiel­ka po­wieść. Dzien­nik po­dob­nych na­rze­kań może po­wstać tak­że pod pió­rem gra­fo­ma­na. Wal­ka z ma­te­ria­łem, zma­ga­nie się z te­ma­tem – to in­te­re­su­ją­ce, kie­dy po­wsta­je z tego Dok­tor Fau­stus. Je­śli nie – to ża­ło­sne.

Do co­dzien­ne­go pen­sum na­le­ży od­no­to­wy­wa­nie snów: wszyst­kie bez wy­jąt­ku sno­bi­stycz­ne. Wiel­ki świat, mo­nar­cho­wie, raz na­wet Na­po­le­on. I pa­mię­ta każ­dy sen, zdu­mie­wa­ją­ce!

Cza­sem – o po­trze­bie mi­ło­ści. To by mo­gło ura­to­wać jego dzien­nik. Gdy­by pi­sał śmia­ło, na­wet bez­czel­nie – je­śli nie jak Mon­ta­igne, to jak Céli­ne. Ale tu­taj Le­choń za­cho­wu­je dys­kre­cję, cza­sem wsty­dli­wość. Może to bu­dzić sza­cu­nek, ale dzien­ni­ka nie wzbo­ga­ca.

Pru­szyń­skie­go na­zy­wa „zdraj­cą”, nie po­tra­fi i nie chce zro­zu­mieć, że ktoś może wy­brać inną dro­gę do Pol­ski niż on. Rzecz cie­ka­wa, że to on z ca­łej piąt­ki ska­man­dry­tów oka­zał się naj­bar­dziej „nie­złom­ny”. Ta nie­złom­ność była za­miast. Tyl­ko ją miał do za­ofia­ro­wa­nia – nie wier­sze, nie pro­zę. Za­cią­żył na jego po­sta­wie wzór ro­man­tycz­ny, za­pa­trzył się w Sło­wac­kie­go – ale Sło­wac­ki two­rzył do ostat­nie­go tchnie­nia, każ­de do­zna­nie prze­ku­wał na po­ezję, pod ko­niec był pra­wie pu­stel­ni­kiem, a nie sa­lo­now­cem, któ­rym Le­choń po­zo­stał do ostat­nich dni. Wy­da­je się, że nie da się po­go­dzić „by­wa­nia” z twór­czo­ścią. Wzór Pro­usta: „by­wam”, ale na­gle rzu­cam wszyst­ko w dia­bły, za­my­kam się w czte­rech ścia­nach – i pi­szę. Za­łóż­my, że i Le­cho­nia stać było na wiel­ką po­wieść (w co wąt­pię), np. ze śro­do­wi­ska przed­wo­jen­nej dy­plo­ma­cji, ale on wła­śnie na­pi­sać ją mógł tyl­ko w kra­ju, mię­dzy ludź­mi, któ­rzy tę po­wieść będą czy­tać, pod ich nie­ja­ko na­po­rem. Po­nie­waż był na­ło­go­wym czy­tel­ni­kiem, ko­ne­se­rem, ga­da­czem, ozdo­bą sa­lo­nów i ka­wiar­ni – pro­spe­ro­wał­by zna­ko­mi­cie wła­śnie w PRL, kra­ju, gdzie moż­na błysz­czeć w eli­cie li­te­rac­kiej, nic nie two­rząc, i na­wet do­cze­kać się za to ho­no­rów.

Cze­go ocze­ki­wał? Woj­ny, jak wy­ni­ka ze wszyst­kich uwag. A po zwy­cię­stwie, żeby było jak przed woj­ną, przed wrze­śniem. Pod tym wzglę­dem wy­kwint­ny pan nie róż­nił się od prze­cięt­ne­go koł­tu­na bez po­czu­cia rze­czy­wi­sto­ści, bez ro­zu­mie­nia tego, że pro­ces dzie­jo­wy to­czy się nie­ustan­nie. (Przy­cho­dzi mi na myśl, że może ja go krzyw­dzę, że może tro­szecz­kę, tro­szecz­kę pi­sał dla przy­po­do­ba­nia się czy­tel­ni­kom „Wia­do­mo­ści” lon­dyń­skich, któ­rzy to wła­śnie chcie­li prze­czy­tać). Le­choń, świa­dec­two tego skła­da nam w dzien­ni­kach, chciał tyl­ko jed­ne­go – na ja­wie i śniąc: żeby wszyst­ko było jak daw­niej, żeby zno­wu były sa­lo­ny, hra­bi­ny, puł­kow­ni­cy, am­ba­sa­do­ro­wie – ci sami am­ba­sa­do­ro­wie, ten sam Łu­ka­sie­wicz i ten sam Lip­ski – i może jesz­cze rzecz­po­spo­li­ta po­etyc­ka u Mor­sti­na.

Prze­klę­ty świat, któ­ry mu to wszyst­ko od­jął! Cze­ka na po­wrót tego wszyst­kie­go – tak­że na po­wrót mło­do­ści, tak­że na po­wrót nad­szarp­nię­te­go zdro­wia – a tym­cza­sem pi­sze po­wieść. Albo tyl­ko uda­je, że pi­sze.

Nie­któ­rzy jego ró­wie­śni­cy szyb­ko po­ła­pa­li się, że sa­lo­ny będą za­wsze, tyl­ko z in­ny­mi ludź­mi; za­wsze będą ja­kieś hra­bi­ny, ja­cyś puł­kow­ni­cy, am­ba­sa­do­ro­wie, ja­cyś Lip­scy i Łu­ka­sze­wi­cze, tyl­ko w tro­chę in­nej kon­fi­gu­ra­cji. [...] Po­peł­nił sa­mo­bój­stwo aku­rat w tym cza­sie, kie­dy pu­bli­cy­sty­ka w kra­ju na­bie­ra­ła roz­ma­chu. W na­ro­dzie jest wię­cej w środ­ku, niż się wy­da­je tym, któ­rzy ko­lej­no tra­cą swo­je sa­lo­ny.

Od mło­dzień­czych lat – za­pie­kły tra­dy­cjo­na­li­sta. Po­cząt­ko­wo – mam na my­śli po­czą­tek dzien­ni­ków – wy­da­je mu się, że bez nie­go nie ist­nie­je na­ród pol­ski: wszy­scy zru­sy­fi­ko­wa­ni. Po­tem jak­by na­bie­rał dy­stan­su, roz­glą­dał się, uczył. Ze zdzi­wie­niem stwier­dza, że w Pol­sce pi­sze się po pol­sku i cza­sem nie­źle (wy­mie­nia Kot­ta, Ne­wer­le­go, Wie­cha). Za­chwy­ca go wstęp Sta­wa­ra do wy­bo­ru pism Boya, nikt z kry­ty­ków emi­gra­cyj­nych tak nie pi­sze. Za­chwy­ca się al­bu­mem Wit Stwosz. Pie­ni się na Ka­zi­ka Bran­dy­sa, że pro­za „re­ży­mo­wa”. Ale nie­na­wi­dzi też prze­by­wa­ją­ce­go na emi­gra­cji Mi­ło­sza – wście­ka­ją go su­per­la­ty­wy o tej po­ezji „bez rymu, bez ryt­mu”, któ­rej nie­ste­ty nie ro­zu­mie. Sam za­my­śla wiersz – zwie­rza się – i prze­wi­du­je, że bę­dzie tam rym „róży-bu­rzy”.

Nie­na­wi­dzi Ge­ne­ta, Sar­tre’a i jego „ban­dy”. Uwiel­bia Clau­de­la. Na szczę­ście – tak­że Ca­mu­sa. Co­raz bar­dziej nie­na­wi­dzi Coc­te­au i Gide’a. Tak­że Iwasz­kie­wi­cza. Swo­ją mi­łość naj­pierw na­zy­wa N.O. (Naj­droż­szą oso­bą), gdzieś na koń­cu roz­szy­fro­wu­je, że cho­dzi o męż­czy­znę. Ale ma­rzy mu się oże­nek z Ewą Cu­rie: ślub z cór­ką Ma­rii Skło­dow­skiej-Cu­rie to coś, co by go za­do­wo­li­ło.

I wciąż wy­ty­ka ko­muś brak ma­nier. Ein­ste­ino­wi, że do fo­to­gra­fii wy­wa­lił ję­zyk; ko­muś in­ne­mu, że nie w ma­ry­nar­ce, bez kra­wa­ta. Do­pie­ro pod ko­niec ży­cia, kie­dy zo­ba­czył na no­wo­jor­skiej uli­cy Faulk­ne­ra byle jak ubra­ne­go, przy­szło mu na myśl, że sam stra­cił dużo cza­su na prze­bie­ra­nie się w smo­kin­gi i fra­ki, któ­re uwiel­biał.

Pierw­szy to­mik wier­szy – Na zło­tem polu – wy­dał ma­jąc lat trzy­na­ście. Cu­dow­ne dziec­ko...

Kwie­cień 1965. Świę­ta spę­dzam z dzieć­mi w Obo­rach. Jest zim­no i mo­kro. Sło­nim­scy, Brze­chwo­wie, Róża Cze­kań­ska-Hey­ma­no­wa, Cho­ro­mań­scy, Ku­śnie­wi­czo­wie, Smo­lar­ski (któ­re­go Ku­śnie­wi­czo­wie chcie­li­by otruć), Le­win, Ne­wer­ly z żoną.

Ma­ciek na krót­ko przed wy­jaz­dem do Obór zde­cy­do­wał, że nie bę­dzie ma­ry­na­rzem, tyl­ko czar­no­księż­ni­kiem. Do tego po­trzeb­na mu, po­wia­da, kuch­nia al­che­micz­na, co ma kosz­to­wać nie­ma­ło. Żeby za­ro­bić na kuch­nię, Ma­ciek ma swo­je spo­so­by: bę­dzie lo­ka­jem i raj­fu­rem. Lo­ka­jem u ja­kie­goś sta­re­go pana, któ­ry mu za­pi­sze cały swój ma­ją­tek. – A więc bę­dziesz czy­hać na jego śmierć? – Kie­dy on i tak umrze! – Ale im szyb­ciej umrze, tym le­piej dla cie­bie, więc bę­dziesz ży­czył so­bie jego śmier­ci. – Kie­dy on i tak już bę­dzie sta­ry – od­po­wia­da Ma­ciek nie­win­nie... Po­czu­łem się bez­sil­ny: naj­trud­niej dziec­ku wy­tłu­ma­czyć, że coś jest nie­etycz­ne. Ta­kie trud­no­ści mie­li chy­ba mi­sjo­na­rze z mo­ral­no­ścią dzi­kich. Więc może i tu­taj po­wi­nie­nem po­wo­łać się na re­li­gię? Ale po­wie­dzia­łem coś in­ne­go: że je­śli chce być czar­no­księż­ni­kiem, to po­trzeb­ne są nie pie­nią­dze, tyl­ko siła cza­ro­dziej­ska.

– To to mam – od­po­wie­dział bez na­my­słu Ma­ciek.

Wy­buch­nę­li­śmy z Ma­dzią śmie­chem, Ma­ciek nie ro­zu­miał dla­cze­go: po­trzeb­ne mu są tyl­ko pie­nią­dze na kuch­nię al­che­micz­ną. To, co jest nie­uchwyt­ne, nie­spraw­dzal­ne – może so­bie przy­pi­sać; z pie­niędz­mi jest go­rzej – musi je odzie­dzi­czyć.

Ma­ciek, pod świe­żym wpły­wem Pa­ran­dow­skie­go, chce re­sty­tu­ować wia­rę w bo­gów grec­kich. On wie­rzy w Zeu­sa, Po­sej­do­na, Oke­ano­sa i tak da­lej i do­ma­ga się, żeby nie ob­ra­żać jego uczuć re­li­gij­nych.

Nie zdzi­wi­łem się spe­cjal­nie, kie­dy po po­wro­cie z sa­mot­ne­go spa­ce­ru za­sta­łem na sto­le kart­kę przy­bi­tą moim fiń­skim no­żem, a na niej wy­pi­sa­ną proś­bę, że­bym mu ten nóż po­da­ro­wał. Pod­pis brzmiał: „Dra­pież­ny ty­grys”.

Te­raz jest w War­sza­wie. Za­dzwo­ni­łem do domu: był sam. – Weź się do od­ra­bia­nia lek­cji. – Nie mogę, ta­tu­siu, pi­szę sztu­kę. – A pręd­ko ją skoń­czysz? – Nie­dłu­go. – To po­tem od­rób lek­cje. – Do­brze, ta­tu­siu.

Ro­zu­miem, że ta sztu­ka jest waż­niej­sza od lek­cji, pa­mię­tam to do­sko­na­le, że mia­łem mnó­stwo spraw waż­niej­szych niż od­ra­bia­nie lek­cji, tyl­ko ro­dzi­ce na ogół tego nie ro­zu­mie­li.

Dzi­siaj mama przy­wie­zie mi tę sztu­kę do prze­czy­ta­nia, tak się umó­wi­łem, bo Ma­ciek chciał mi ją prze­czy­tać przez te­le­fon.

*

To jest, oka­zu­je się, sztu­ka non stop. Pi­sze się ją i pi­sze. Bo­ha­te­rem jest Jo­wisz. Są jego uro­dzi­ny, ukoń­czył dwa ty­sią­ce lat i za­sta­na­wia się we wstęp­nym mo­no­lo­gu, czy bo­go­wie coś z tej oka­zji zor­ga­ni­zu­ją, czy „nie za­po­mną o sta­rym Jo­wi­szu”. Bar­dzo ład­ne. W tym wie­ku za­peł­nia­łem ze­szyt ja­kąś bzdur­ną opo­wie­ścią o Cy­ga­nie Ka­smo, peł­ną przy­gód i tę­ten­tu ko­pyt, gdzieś na Dzi­kich Po­lach. Koń­czy­ło się to osia­dłym ży­ciem Cy­ga­na, któ­ry zo­sta­je sto­la­rzem. (Chcia­łem wte­dy być sto­la­rzem. „Cze­mu nim nie zo­sta­łeś?” – nie może od­ża­ło­wać moja cór­ka). Po dwóch la­tach za­uwa­ży­łem, ku swo­je­mu wsty­do­wi, że ro­bi­łem błę­dy gra­ma­tycz­ne, i znisz­czy­łem swo­je dzie­ło, żeby śla­du nie zo­sta­ło. Ma­ciuś błę­dów nie robi, a w swo­jej sztu­ce użył ca­łe­go apa­ra­tu mi­to­lo­gicz­ne­go, wy­stę­pu­ją tu ne­re­idy, fau­no­wie i coś tam jesz­cze.

*

Ma­ciek ko­cha się w Ar­man­dzie Be­jart. Umie­ścił ją na bal­ko­ni­ku (więc i Ju­lia!) dru­gie­go pię­tra am­ba­sa­dy szwedz­kiej na Ba­ga­te­li. Ko­le­gów, któ­rzy nie wie­rzą w ist­nie­nie Ar­man­dy, pro­wa­dzi tam, po­ka­zu­je pa­ła­cyk i bal­ko­nik – i to ich prze­ko­nu­je.

„Ar­man­dę” za­wdzię­cza Mo­lie­ro­wi, w któ­rym się roz­czy­tu­je. Usy­tu­owa­nie – spa­ce­ro­wi z ta­tu­siem do Ła­zie­nek. Po­słu­cha­li­śmy tro­chę kon­cer­tu pod po­mni­kiem Cho­pi­na, po­tem po­szli­śmy do pa­ła­cu Na Wo­dzie, był za­mknię­ty, za­glą­da­li­śmy przez okna, ob­ser­wu­jąc rzeź­by i stiu­ki. I któż mógł przy­pu­ścić, że wszyst­ko to za­mie­ni się w dwu­czę­ścio­wą „po­wieść”, a dzie­ło to bę­dzie za­miesz­cza­ne w od­cin­kach w ga­zet­ce szkol­nej. Ma­ciek zło­ści się, że dają mu od­cin­ki zbyt krót­kie, uwa­ża, że to go ośmie­sza. „Oni po­my­ślą, że ja nie po­tra­fię wię­cej na­pi­sać”. Czy się pła­ci od łok­cia, czy nic, wszę­dzie ta sama wal­ka o ar­ku­sze.

Me­cha­nizm in­spi­ra­cji nie inny niż u za­wo­dow­ca – mimo że po­wieść Mać­ka jest fan­ta­stycz­na. Zna­lazł się o zmierz­chu w Ła­zien­kach, sły­szy prze­dziw­ną mu­zy­kę, ale Cho­pi­na na po­mni­ku nie ma, bo to Cho­pin sam gra, zszedł z po­mni­ka, by za­siąść przy for­te­pia­nie. A po­tem Ma­ciek idzie da­lej, sły­szy ja­kieś szep­ty i chi­cho­ty, chrzę­stli­we sze­le­sty wśród li­ści (tak!). Wcho­dzi do pa­ła­cu (drzwi cu­dow­nie się przed nim otwie­ra­ją), a za nim wta­cza się zgra­ja mi­to­lo­gicz­na: Dio­ni­zos z ba­chant­ka­mi. Ra­czą Mać­ka am­bro­zją i bo­daj ko­pyt­ka­mi i sma­żo­ny­mi kar­to­fel­ka­mi (wszyst­kim w ogó­le, co lubi). A po­tem za­pra­sza­ją na Olimp. (Dal­szy ciąg na­stą­pi).

Pru­szyń­ski. Mógł się wy­da­wać ulu­bień­cem bo­gów. Świet­ne po­cho­dze­nie, bły­sko­tli­wy umysł, ta­lent pi­sar­ski, ko­nek­sje i ko­li­ga­cje, urok oso­bi­sty. Od po­cząt­ku, od sa­me­go star­tu – miał wiel­bi­cie­li. Miał i nie­przy­ja­ciół, ale sam cha­rak­ter tej nie­chę­ci („kon­ser­wa­tyw­ny pa­nicz war­cho­lą­cy na zjaz­dach lu­do­wców”) przy­da­wał mu tyl­ko po­pu­lar­no­ści. Po­tem woj­na, front i rany, peł­na tem­pe­ra­men­tu pu­bli­cy­sty­ka, re­da­go­wa­nie „Pol­ski” (pi­sma wy­da­wa­ne­go przez am­ba­sa­dę w Kuj­by­sze­wie dla wy­chodź­stwa pol­skie­go w ZSRR), przy­jaźń z Si­kor­skim, nie­za­leż­na po­sta­wa wo­bec prą­dów emi­gra­cyj­nych, pierw­sze opo­wie­ści. Kie­dy Ksa­we­ry Pru­szyń­ski wró­cił w roku 1945 do Pol­ski, nie miał jesz­cze lat czter­dzie­stu, a był już kimś w ro­dza­ju kla­sy­ka. Wie­dział o tym. No­sił to brze­mię w spo­sób przy­po­mi­na­ją­cy ra­czej wzo­ry ro­syj­skie. Było tra­dy­cją tam­tej­szej li­te­ra­tu­ry, że pi­sarz sław­ny uwa­ża za swój obo­wią­zek pa­tro­no­wać pi­sa­rzo­wi po­cząt­ku­ją­ce­mu, moż­na wska­zać cały łań­cuch nie­rwą­cych się dło­ni – od Dzier­ża­wi­na bło­go­sła­wią­ce­go li­ce­ali­ście Pusz­ki­no­wi, aż po tych wszyst­kich, któ­rych pro­te­go­wał, jesz­cze za ca­ra­tu, Mak­sym Gor­ki. Pro­tek­cjo­nizm Ksa­we­re­go Pru­szyń­skie­go, wy­ro­kiem lo­sów pol­skich, był jesz­cze pod­bu­do­wa­ny mo­ty­wa­cją po­li­tycz­ną. W przed­mo­wie do mo­jej książ­ki Ki­jów, Tasz­kient, Ber­lin wy­ja­śnia, dla­cze­go ją pi­sze: chciał, żeby au­tor pierw­szej książ­ki o woj­sku pol­skim na Za­cho­dzie po­le­cił czy­tel­ni­ko­wi pierw­szą książ­kę o woj­sku pol­skim na Wscho­dzie. Był w tym wier­ny so­bie i swo­je­mu pru­szyń­skie­mu po­wo­ła­niu: łą­czyć dwa świa­ty, dwie orien­ta­cje, dwie dro­gi do Pol­ski. Nie bę­dzie w przy­szłej Pol­sce, pi­sał na emi­gra­cji jesz­cze, w ar­ty­ku­le Na­sze nie­bez­pie­czeń­stwa, nie bę­dzie więc w Pol­sce „no­wej Pierw­szej Bry­ga­dy, ani no­wej Dru­giej Bry­ga­dy... Nie bę­dzie... tych wszyst­kich li­nii po­dzia­łu”. Przed­mo­wę za­ty­tu­ło­wał cy­ta­tem z wier­sza Bro­niew­skie­go: Ze wszyst­kich na świe­cie Nor­we­gii...

Na­tra­fi­łem na tę przed­mo­wę, kart­ku­jąc dwa opa­słe tomy Wy­bo­ru pism pu­bli­cy­stycz­nych, na­tra­fi­łem nie­ocze­ki­wa­nie; szu­ka­łem Pru­szyń­skie­go i na­gle zo­ba­czy­łem swo­je na­zwi­sko. Ta­kie za­sko­cze­nie nie za­wsze jest szczę­śli­we, cza­sem bu­dzi nie­po­kój. Więc sło­wo jest aż tak upar­te! A co, gdy­bym się krę­po­wał te­raz swo­jej książ­ki, gdy­by mnie draż­ni­ła jego przed­mo­wa? Prze­czy­ta­łem ją i na­raz za­uwa­ży­łem pe­wien błąd: oto w tek­ście swo­im po­da­je Pru­szyń­ski, że zo­stał ofi­ce­rem z mia­no­wa­nia Si­kor­skie­go w Bu­zu­łu­ku w grud­niu 1942 roku. Tak wy­dru­ko­wa­no w „Od­ro­dze­niu”, tak było w obu wy­da­niach Ki­jo­wa. Się­gną­łem po ma­szy­no­pis przed­mo­wy: też jest rok 1942, to on sam się po­my­lił, za nim pu­ści­li błąd wszy­scy re­dak­to­rzy, mnie też za­su­ge­ro­wał. Błąd cha­rak­te­ry­stycz­ny. Wy­da­rze­nia wo­jen­ne były tak za­gęsz­czo­ne, że w rok po Pocz­da­mie już się wy­da­wa­ło, że epo­pe­ja ar­mii An­der­sa w ZSRR la­ta­mi się cią­gnę­ła, pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści była to spra­wa mie­się­cy. Si­kor­ski od­wie­dził ZSRR w grud­niu, ale roku 1941, wte­dy mia­no­wał Pru­szyń­skie­go ofi­ce­rem, w mar­cu na­stęp­ne­go roku na­stą­pi­ła pierw­sza ewa­ku­acja do Ira­nu, w sierp­niu było już po wszyst­kim.

*

„Przy­sze­dłem na świat na roz­dro­żu świa­tów i cza­sów, kul­tur i wiar, mów i ras, warstw i na­ro­dów, w gru­dnio­wy śnież­ny dzień, kie­dy była za­dym­ka, kie­dy sa­nie wy­sła­ne po ży­dow­skie­go «cy­ru­li­ka» – le­karz już był, ale tra­dy­cja, no i grzecz­ność wy­ma­ga­ły owe­go cy­ru­li­ka – nad­je­cha­ły w peł­ni dnia przy świe­tle ka­gan­ka, nie­sio­ne­go na dłu­gim jak lan­ca kiju przez kon­ne­go po­słań­ca. W kuch­ni dwor­skiej i «ludz­kiej», przy «kan­ce­la­rii», «skar­bo­wym» i cze­lad­nej, na gan­ku od sta­jen cu­go­wych cze­ka­li tak­że od rana chło­pi, ol­brzy­mi czar­ni chło­pi w ko­żu­chach ba­ra­nich o sil­nym odo­rze skó­ry, łoju i potu”.

Dzie­ciń­stwo, jak stwier­dza sam Pru­szyń­ski, bar­dziej z XVIII niż z XX wie­ku. Pa­nicz był Po­la­kiem, jego gu­wer­nant­ką była fran­cu­ska ma­de­mo­isel­le. Ale wspo­mnia­ni przez Pru­szyń­skie­go chło­pi byli Ukra­iń­ca­mi. Wieś le­ża­ła za Zbru­czem, w po­wie­cie sta­ro­kon­stan­ty­now­skim, „na czar­nym szla­ku” na­jaz­dów ta­tar­skich, i na­zy­wa­ła się Wo­li­ca Kie­re­kie­szy­na, bo jej za­ło­ży­ciel, szlach­cic Kie­re­kie­sza, był z po­cho­dze­nia Ta­ta­rem. Pru­szyń­ski, Eu­ro­pej­czyk o mon­gol­skich ry­sach, mi­ło­śnik śre­dnio­wiecz­nych tu­mów nad­reń­skich, tłu­macz współ­cze­snej li­te­ra­tu­ry fran­cu­skiej (Mal­raux, Mar­tin du Gard), był jed­nym z nie­licz­nych mię­dzy­wo­jen­nych pi­sa­rzy, któ­rych na­praw­dę in­te­re­so­wa­ło pi­śmien­nic­two ukra­iń­skie. W Po­dró­ży po Pol­sce bił na alarm: wska­zy­wał, jak – na sku­tek głu­po­ty, szo­wi­ni­zmu, cia­sno­ty umy­sło­wej osad­ni­ków woj­sko­wych – ma­le­ją szan­se pol­skie na Ukra­inie, ro­sną szan­se ra­dziec­kie i, nie­ste­ty, nie­miec­kie.

Za­wsze miał od­wa­gę spoj­rze­nia w oczy fak­tom. W cy­to­wa­nym tu szki­cu au­to­bio­gra­ficz­nym, po­wsta­łym na emi­gra­cji, kie­dy to prze­szłość ja­wi­ła się tę­sk­nią­cym ró­żo­wa i lek­ka, utka­na z mgieł, wes­tchnień i ga­la­re­ty – Pru­szyń­ski zdo­by­wa się na bluź­nier­stwo. Stwier­dza­jąc, że w Pol­sce mię­dzy­wo­jen­nej dla jego kra­ju lat dzie­cin­nych „za­bra­kło miej­sca”, jako że zo­stał za Zbru­czem, do­da­je: „A cza­sem, kie­dy po­my­ślę o pa­cy­fi­ka­cjach Tar­no­polsz­czy­zny, Be­re­zie i Łuc­ku, o cer­kwiach chełm­skich bu­rzo­nych w r. 1938, o Hryn­kach i wie­lu, wie­lu in­nych rze­czach, o któ­rych prze­cięt­ny Po­lak nig­dy nie do­wie­dział się na­wet czę­ści praw­dy, to jed­nak my­ślę, że le­piej, iż go za­bra­kło”...

*

Był nie­uchwyt­ny. Za­wsze w po­dró­ży. Naj­czę­ściej, jak mi się wy­da­je, w au­to­bu­sie. (Gdzieś, jesz­cze przed woj­ną, zwie­rzał się, że naj­wię­cej wi­dzi się z au­to­bu­su). I rzecz za­baw­na: kie­dy Ka­zi­mierz Wyka twier­dzi w swo­jej przed­mo­wie, że sły­szy w ryt­mie pro­zy Pru­szyń­skie­go stu­kot ma­szy­ny do pi­sa­nia, to mnie przy­po­mi­na się, że mie­li­śmy w „Żoł­nie­rzu Pol­skim” rę­ko­pis ar­ty­ku­łu z oka­zji Za­du­szek, na­ba­zgra­ny źle za­tem­pe­ro­wa­nym ołów­kiem, li­te­ry były duże i krzy­we, „pi­szę w pę­dzą­cym au­to­bu­sie”, do­no­sił, i tęt­no tego ar­ty­ku­łu, ury­wa­ne, po­śpiesz­ne, sko­ja­rzy­ło mi się na za­wsze z ryt­mem pra­cy prze­grza­ne­go sil­ni­ka, z dud­nie­niem kół pod­ska­ku­ją­cych na wy­bo­jach. Kie­dyś za­te­le­fo­no­wa­no do mnie z „Od­ro­dze­nia”, mó­wi­ła se­kre­tar­ka: „Jest pan Pru­szyń­ski, roz­ma­wia z re­dak­to­rem, pro­sił, żeby pan go tu ła­pał”. Ła­pię go. Obiad, po­tem ko­la­cja – i po­wódź aneg­dot, fak­tów, fa­ce­cji, cu­rio­sów, cy­ta­tów za­chod­nich, sło­wiań­skich i orien­tal­nych, z fran­cusz­czy­zny i ta­tarsz­czy­zny, po­li­ty­ki, li­te­ra­tu­ry, ja­dło­spi­su, bro­war­nic­twa, wi­niar­stwa, go­rzel­nic­twa, z hi­sto­rii Ko­ścio­ła, ma­lar­stwa, oby­cza­jów, stro­jów i bru­der­sza­ftów, a wszyst­ko z ogrom­ną swa­dą i pro­sto­tą, bez prze­chwa­łek, ale i bez, trze­ba to po­wie­dzieć, fał­szy­wej skrom­no­ści. A po­tem zno­wu wy­jazd – naj­pierw do Że­la­zo­wej Woli, po­tem na Wa­wel: spraw­dzo­ne, stoi; skok do Rab­ki, gdzie prze­by­wa­ły dzie­ci, ko­rek­ta Ka­ra­be­li z Me­sche­du, za­licz­ka, i zno­wu za­nu­rze­nie się w Pol­skę, go­spo­dar­ska kon­tro­la, in­wen­ta­ry­za­cja i we­ry­fi­ka­cja ruin, oł­ta­rzy, zam­ków, ar­chi­wów, an­ty­kwa­ria­tów, kop­ców, wierzb i chat, po­tocz­ków, wier­chów, knajp na roz­sta­ju, szos, ka­tedr, lu­dzi, któ­rzy zo­sta­li, i lu­dzi, któ­rzy ode­szli. Zwłasz­cza tych ostat­nich.

Je­śli szla­chec­kość prze­bi­ja się, czy też na­wet cią­ży na jego pi­sar­stwie, na sty­lu wy­po­wie­dzi, to jed­nak nie było w nim nic ze zde­kla­so­wa­ne­go zie­mia­ni­na. Żad­nych tra­gicz­nych kom­plek­sów. Co dało Pru­szyń­skie­mu po­cho­dze­nie, prócz fran­cu­skiej ma­de­mo­isel­le i zna­jo­mo­ści wie­lu eg­zo­tycz­nych i fo­to­ge­nicz­nych, ale już ob­umie­ra­ją­cych re­aliów? „Nade wszyst­ko była świa­do­mość, że prze­szłość Rze­czy­po­spo­li­tej jest na­szą wła­sną prze­szło­ścią” – od­po­wia­da. Jest spad­ko­bier­cą tam­tej Pol­ski, od­cho­dzą­cej w prze­szłość, współ­wło­da­rzem ist­nie­ją­cej, a więc od­po­wie­dzial­nym za pań­stwo, gra­ni­ce, los ludu pol­skie­go. Za cią­głość kul­tu­ral­ną. Tę rolę sa­mo­zwań­cze­go ku­sto­sza, któ­rą za­ob­ser­wo­wa­łem u nie­go, speł­niał, jak wy­ni­ka z pism, może jesz­cze w więk­szym stop­niu przed woj­ną, kie­dy, mi­mo­jaz­dem, wciąż się o coś upo­mi­nał i awan­tu­ro­wał, o za­mek w Wi­śniow­cu (dla­cze­go od­da­ny na kino), o Świę­ty Krzyż (dla­cze­go wię­zie­nie), o park w Ho­ro­cho­wie (w któ­rym by­wał Ma­bly), o por­ce­la­nę z Kor­ca, o Łuck, Krze­mie­niec, Sta­ry Olek­si­niec, za­mek w Dub­nie, ko­ściół w Ko­zi­nie.

Kie­dy inni pe­ne­tro­wa­li Bra­zy­lię, Ma­da­ga­skar, Ja­po­nię, to Pru­szyń­ski – nie z bra­ku de­wiz! – przy­sy­łał alar­mu­ją­ce re­por­ta­że z Ło­dzi, Czę­sto­cho­wy, Piń­ska, Da­wid­gród­ka, Ślą­ska, Wo­ły­nia. A je­śli już za­gra­ni­ca, to nie żad­ne pal­my, zwrot­ni­ki, cze­ko­la­do­we biu­sty, tyl­ko coś bliż­sze­go, jak ko­szu­la cia­łu: Cze­cho­sło­wa­cja, Ru­mu­nia (re­zul­tat po la­tach: zna­ko­mi­ty szkic Ar­cha­nioł z ościen­ne­go mo­car­stwa o że­la­zno­gwar­dzi­ście Co­dre­anu), Wę­gry, Ju­go­sła­wia, Zwią­zek Ra­dziec­ki, spra­wy ukra­iń­skie. A przede wszyst­kim Gdańsk! Po­dzi­wiać in­tu­icję: dwu­dzie­sto­pię­cio­let­ni dzien­ni­karz ka­rie­rę swo­ją roz­po­czął od re­por­ta­żu z Gdań­ska. Był rok 1932, Hi­tler jesz­cze nie do­szedł do wła­dzy. Pru­szyń­ski daje swo­jej książ­ce ty­tuł: Sa­ra­je­wo 1914, Szan­ghaj 1932, Gdańsk 193.?

Chłon­ny umysł, by­stry ob­ser­wa­tor, jest pre­kur­so­rem nas wszyst­kich, któ­rym pod­czas wo­ja­ży za­wsze od­bi­ja się Pol­ską. Skok do krwa­wią­cej w woj­nie do­mo­wej Hisz­pa­nii nie był wy­jąt­kiem od re­gu­ły, prze­ciw­nie, to był skok w sam gąszcz spraw bo­le­snych dla Po­la­ków. Po­dob­nie ma się rzecz z re­por­ta­ża­mi pa­le­styń­ski­mi, któ­rych peł­ną prze­ko­ry od­wa­gę „w la­tach sza­le­ją­ce­go an­ty­se­mi­ty­zmu” pod­kre­śla w swo­jej przed­mo­wie Ka­zi­mierz Wyka. Po­dróż do Gre­cji daje Pru­szyń­skie­mu naj­pierw oka­zję do roz­wa­żań o pol­skim ru­chu spół­dziel­czym, a na­stęp­nie zaś do roz­wa­żań o nę­dzy pol­skiej wsi: nie re­for­ma rol­na i nie zrów­na­nie za­rob­ków ją zli­kwi­du­ją – do­wo­dził, po­le­mi­zu­jąc z nie byle kim, bo z samą Ma­rią Dą­brow­ską – tyl­ko stwo­rze­nie warsz­ta­tów pra­cy, uprze­my­sło­wie­nie kra­ju; wie­my dziś, że miał ra­cję.

*

„Je­stem li­be­ra­łem” – tak okre­ślił się w roz­mo­wie ze mną Pru­szyń­ski. Re­la­cjo­no­wał wte­dy swo­ją roz­mo­wę z ja­kąś wy­so­ko po­sta­wio­ną oso­bi­sto­ścią, nie pa­mię­tam, o kogo cho­dzi­ło, może o Bie­ru­ta. Pa­mię­tam za to błysk w oczach Pru­szyń­skie­go, iro­nicz­ny, niby to smęt­ny, jak­by ro­bił ko­muś ka­wał, „trud­no, taki już je­stem”. Bo li­be­rał to nie ide­olo­gia – to cha­rak­ter. Po­dob­nie jak, na prze­ciw­nym bie­gu­nie, skłon­ność do fa­szy­zmu. Uro­dzo­ny na sty­ku wiar i ras, nie miał uprze­dzeń do żad­nej, na­uczył się sza­no­wać wszyst­kie, do­szu­ki­wać war­to­ści w każ­dej. Może to w nim wła­śnie było wiel­ko­pań­skie, że ce­nił w lu­dziach przede wszyst­kim au­ten­tycz­ność, nie­pod­szy­wa­nie się, wier­ność za­sa­dom, ide­owość, al­tru­izm, hu­ma­nizm. „Nie lubi pan Igna­tie­wa?” – spy­ta­ła go pod­czas woj­ny He­le­na Usi­je­wicz. Szło o daw­ne­go ce­sar­skie­go ge­ne­ra­ła i dy­plo­ma­tę, któ­ry w Kuj­by­sze­wie oka­zy­wał Po­la­kom sym­pa­tię. Pru­szyń­ski od­po­wie­dział: „Jako czło­wiek, a tro­chę jako Po­lak znacz­nie bar­dziej wolę sta­rych bol­sze­wi­ków od neo­fi­tów z daw­ne­go cza­su”.

„Kon­ser­wa­tyw­ny pa­nicz” orien­to­wał się le­piej w pra­gnie­niach „ludu” niż za­wo­do­wi znaw­cy za­gad­nie­nia. Nie ogra­ni­czał tę­sk­not wsi do mor­gów i chu­do­by, wy­star­czy wspo­mnieć wy­mow­ny ty­tuł szki­cu – Wola wła­dzy. Ro­man­tycz­ny spad­ko­bier­ca ha­seł pol­skich ja­ko­bi­nów, prze­jął tak­że dzie­dzic­two po­zy­ty­wi­stów. Nie był anar­chi­stą, jak za­rzu­ca­li mu en­de­cy. Tę­sk­nił do pra­cy kon­struk­tyw­nej, ma­rzy­ły mu się fa­bry­ki, au­to­stra­dy, za­po­ry, sta­wiał Po­znań­skie za nie­ro­man­tycz­ny do­bry przy­kład. Miał od­wa­gę pa­trze­nia na kon­flikt pol­sko-bol­sze­wic­ki z boku – i jak­że po­tra­fił być w tym dra­stycz­ny, jak wy­jąt­ko­wy! „Uwa­ża­my na­szą wal­kę pod Ra­dzy­mi­nem za tak słusz­ną, tak na­tu­ral­ną! W oczach Za­cho­du nie za­wsze tak wy­glą­da­ła. W oczach Za­cho­du była czę­sto uza­sad­nie­niem do na­zy­wa­nia Pol­ski żan­dar­mem Eu­ro­py, na­jem­ni­kiem ka­pi­ta­li­zmu, pa­rob­kiem ob­cych mo­carstw”. (Wola wła­dzy, 1936).

Cho­ry na Pol­skę. Bo ta jego mi­łość do kra­ju to była mi­łość roz­pacz­li­wa, bo­le­sna, wszyst­ko­wie­dzą­ca, mi­łość peł­na wy­rzu­tów i swa­rów. Jak u Że­rom­skie­go. Jak u Wy­spiań­skie­go. Jak u tylu in­nych – wiel­kich, ale tak cał­ko­wi­cie od­da­nych temu jed­ne­mu spa­la­ją­ce­mu uczu­ciu, że świa­tu nie­zna­nych i nie­po­trzeb­nych.

Za­sta­na­wia­ją­ca jest w pro­zie be­le­try­stycz­nej Pru­szyń­skie­go ta mno­gość bo­ha­te­rów mil­czą­cych, gorz­kich, z ra­na­mi w du­szy i na cie­le, wy­raź­nych al­ter ego au­to­ra, a prze­cież obar­czo­nych świa­do­mo­ścią klę­ski. Oto Ma­nu­el z Odejść i po­wro­tów roz­my­śla w czoł­gu pod­czas kam­pa­nii nor­mandz­kiej: „Da­rem­ność. Głu­cha, za­wist­na nie­chęć do każ­dej kry­tycz­nej my­śli; nie­wol­ni­czy, by­dlę­cy kult dla naj­głup­szej chwal­by tego, co swoj­skie, ze swoj­ską głu­po­tą na cze­le. Peł­ne zwy­cię­stwo klik, kla­nów i kast prze­ciw sa­mot­nej jed­no­st­ce i bier­nej, bez­rad­nej ma­sie”. Zo­sta­ła już tyl­ko w od­wo­dzie ro­dzin­na zie­mia. W niej znaj­du­je po­cie­chę zre­zy­gno­wa­ny bo­ha­ter opo­wia­da­nia W Gie­wał­do­wej. Roz­wią­zu­je szcze­niac­ki od­dzia­łek „par­ty­zanc­ki” i idzie z chło­pa­ka­mi za wy­gon, raki ło­wić. „...ob­lał go nurt rze­ki swo­jej, naj­bar­dziej swo­jej, zim­ny, zmy­wa­ją­cy wszyst­ko, uzdra­wia­ją­cy, wra­ca­ją­cy siły, spo­kój i moc. Nurt był wart­ki bar­dzo, jak­by się śpie­szył, aby ob­myć to wszyst­ko, co było i na­ro­sło, i aby wy­gła­dzić to wszyst­ko wo­da­mi za­po­mnie­nia”.

Pu­bli­cy­sta przy­zna­je się do po­raż­ki, wi­ta­li­sta znaj­du­je po­cie­chę w zim­nym nur­cie rze­ki, pi­sarz znaj­dzie może uj­ście w pro­zie be­le­try­stycz­nej...

Za­pew­ne, Pru­szyń­ski nie wy­bie­rał swo­je­go losu. Jak my wszy­scy. Klę­ska była nie w nim, ale poza nim... Ta jego za­cie­kła po­le­mi­ka z Pol­ską na­su­wa mi jesz­cze jed­no na­zwi­sko. Sło­wac­ki! Po­wierz­chow­nych sko­ja­rzeń moż­na wy­li­czyć bez liku: są­siad z po­bli­skie­go Krze­mień­ca, sym­pa­tyk i znaw­ca kwe­stii ukra­iń­skiej, za­wsze mło­dzień­czy, bo też, jak Pru­szyń­ski, nie zdą­żył się ze­sta­rzeć. Waż­niej­sze jest co in­ne­go. W spo­rze Pru­szyń­skie­go z Pol­ską jest coś, co przy­po­mi­na po­sta­wę i ar­gu­men­ta­cję, ostrość i bez­kom­pro­mi­so­wość Gro­bu Aga­mem­no­na i Do au­to­ra Trzech Psal­mów. Tu i tam głów­nym prze­ciw­ni­kiem jest „cze­rep ru­basz­ny”, tu i tam atak na „pa­wia i pa­pu­gę”.

Oczy­wi­ście, styl Pru­szyń­skie­go jest inny, ję­zyk no­wo­cze­sny, ar­gu­men­ty ra­cjo­nal­ne. Ale pa­tos ten sam! „Na­uka hi­sto­rii jest trze­bio­na z tego wszyst­kie­go, co mo­gło­by two­rzyć w umy­słach nie­bez­piecz­ne ho­ry­zon­ty po­rów­na­nia. Mamy po­ra­żo­ne zwo­je mó­zgo­we pa­mię­ci. W mro­ku na­sze oczy wi­dzą nie­do­brze. To, że jest mrok, do­strze­ga­ją, a tak­że szu­ka­ją win­nych tego, że tak jest. Ale doj­rzą tyl­ko Ży­dów i ma­so­ne­rię, pańsz­czy­znę na­wet i szlach­tę, i en­de­cję, i jesz­cze raz Ży­dów, i jesz­cze raz zie­mian. Tyl­ko jed­ne­go nie doj­rzą. Praw­dy”.

Któż jest więc wi­nien? Duch cza­sów sa­skich. Za od­ro­dze­nie tego du­cha obar­czył Pru­szyń­ski od­po­wie­dzial­no­ścią rzą­dy przed­wrze­śnio­we. „Po­czu­cie wsty­du za wrze­sień” – to jego wy­ra­że­nie – ka­za­ło mu być w po­tę­pie­niu bez­względ­nym. Wo­bec tam­tych li­be­rał nie chciał być li­be­ral­ny. Je­śli miał coś do za­rzu­ce­nia ge­ne­ra­ło­wi Si­kor­skie­mu w po­cząt­ko­wym eta­pie jego dzia­łal­no­ści, to przede wszyst­kim mięk­kość wo­bec lu­dzi Ozo­nu.

Co wi­dzi­my, ana­li­zu­jąc spu­ści­znę cza­sów sa­skich? Że Pol­ska „po­pa­dła pod jarz­mo wpły­wo­wych klik, ko­te­ryj i ma­fij”. W ar­ty­ku­le za­ty­tu­ło­wa­nym wła­śnie tak – Pu­ści­zna cza­sów sa­skich – od­bi­ja się go­rycz i obrzy­dze­nie do in­tryg i na­stro­jów emi­gra­cyj­nych. Od tych, któ­rzy rzu­ca­ją ka­lum­nie i od­trą­bia­ją in­fa­mię („W Pol­sce, jak wia­do­mo, do­brze zor­ga­ni­zo­wa­ne są nie woj­ny, ale na­gon­ki”), od­wo­łu­je się Pru­szyń­ski do masy żoł­nier­skiej. Chce jej wy­ja­śnić, dla­cze­go on sam jest taki nie­gład­ki i skąd to na nie­go uja­da­nie. „Oni ro­zu­mie­ją do­brze, że na dro­dze ich po­wro­tu (do wła­dzy) stoi przede wszyst­kim nie­za­leż­ny pi­sarz, ja­kiej­kol­wiek po­li­tycz­nej ma­ści, byle nie­za­leż­ny. Wie­dzą, że gdy­by nie tacy pi­sa­rze, oni by już daw­no, przy pol­skim bra­ku praw­dzi­wej opi­nii pu­blicz­nej, sta­nę­li na Ka­pi­to­lu wła­dzy obie­ma no­ga­mi. Oni wie­dzą. Ale cho­dzi tak­że o to, abyś i ty, czy­tel­ni­ku, wie­dział”.

„Pol­ska – pi­sał – za­pła­ci­ła gru­bo za to, że uwa­ża­ła my­śle­nie i wol­ność sło­wa za luk­sus. Pol­ski nie stać na bar­dzo wie­le luk­su­sów. Pol­ski nie stać na luk­sus me­ga­lo­ma­nii na­ro­do­wej. Pol­ski nie stać na luk­sus trom­ta­dra­cji, na luk­sus ka­dzi­dlar­stwa, na luk­sus wa­ze­li­ny... A i wresz­cie, nie stać Pol­ski na luk­sus nie­my­śle­nia”.

„To wszyst­ko są fak­ty – po­wie­dział mi o swo­ich opo­wie­ściach. – Nig­dy nie wy­my­śli­łem żad­nej fa­bu­ły”. „A Trę­bacz z Sa­mar­kan­dy?” – za­py­ta­łem. Ski­nął gło­wą. „Tak, Trę­bacz jest wy­jąt­kiem. To kom­po­zy­cja. Ale wła­śnie o Trę­ba­czu wszy­scy my­śle­li, że jest to praw­dzi­we wy­da­rze­nie, do tego stop­nia, że An­ders ka­zał za­rzą­dzić śledz­two – cho­dzi­ło o tę nie­dziel­ną zbiór­kę na ryn­ku – kto dał roz­kaz, skąd ta sa­mo­wo­la”. (W roku 1956 by­łem po­now­nie w Sa­mar­kan­dzie. Oka­za­ło się, że Pru­szyń­ski po­dał błęd­ną to­po­gra­fię. W opo­wia­da­niu zbiór­ka mia­ła się od­być na sta­rym ryn­ku, „na wprost me­cze­tu, w któ­rym leżą pro­chy wiel­kie­go Ti­mu­ra”. Otóż mau­zo­leum Ti­mu­ra znaj­du­je się poza Sta­rym Mia­stem, na­to­miast przy sta­rym ryn­ku wid­nie­ją ma­low­ni­cze ru­iny me­cze­tu Bibi-Cha­nym, żony po­tęż­ne­go wład­cy).

Za­wsze pod­kre­ślał, że jest dzien­ni­ka­rzem – nie­raz, jak się wy­da­je, przez prze­ko­rę czy ko­kie­te­rię. Tak­że – przez przy­wią­za­nie do za­wo­du. Wy­bór pism pu­bli­cy­stycz­nych su­ge­ru­je, że ar­tyzm jego pió­ra rósł wraz z doj­rze­wa­niem be­le­try­sty. Więc to sama woj­na na to wpły­nę­ła? Bar­dzo moż­li­we. Wstrząs spo­wo­do­wa­ny klę­ską wrze­śnio­wą przy­spie­sza doj­rze­wa­nie. Po­głę­bia­ją się my­śli, za­czy­na się wię­cej wi­dzieć, le­piej ro­zu­mieć sie­bie i in­nych. No­stal­gia po­wo­du­je zwrot ku kra­jo­wi lat dzie­cin­nych, tak owoc­ny u wiel­kich pi­sa­rzy. Od­le­gły kraj za­czy­na pach­nieć i na­bie­rać barw. To, co ode­szło, do­ma­ga się zmy­sło­wej ewo­ka­cji. Tę­sk­no­ta do ży­we­go ję­zy­ka, pie­tyzm dla pol­sz­czy­zny uczu­la na sło­wo, wzmac­nia pla­stycz­ność opi­su. (Po po­wro­cie do War­sza­wy to wła­śnie naj­bar­dziej ude­rzy Pru­szyń­skie­go w zruj­no­wa­nej sto­li­cy: że tłum mówi po pol­sku). Są u nie­go opi­sy – za­chwy­ca się Ma­ła­chow­ski – któ­re chcia­ło­by się znać na pa­mięć. Ma ra­cję. Woj­nę re­la­cjo­nu­je nam ar­ty­sta z bo­żej ła­ski. Opis bom­bar­do­wa­nia niby w zwol­nio­nym fil­mie. W pięk­nym szki­cu Któ­rzy ode­szli („Od­ro­dze­nie”, 1947) znaj­du­je­my rze­czo­wy opis po­cze­kal­ni księ­żow­skiej, w któ­rym czu­je się cię­żar i gę­stość pa­le­ty ma­lar­skiej, kształt i kon­sy­sten­cję sło­wa. Albo ka­den­cja opi­su pierw­sze­go wie­czo­ru w War­sza­wie – wid­mo­wej za­ba­wy ta­necz­nej w „Po­lo­nii”. Albo do­zna­nia w czoł­gu, kie­dy re­por­ter wy­łą­cza bez­u­ży­tecz­ny wzrok i jest cały w słu­chu. Naj­istot­niej­sze jed­nak dla warsz­ta­tu przy­szłe­go be­le­try­sty jest to, że po­głę­bia się ob­ser­wa­cja psy­cho­lo­gicz­na, ro­śnie ga­le­ria ka­pi­tal­nych syl­we­tek ludz­kich.

W czerw­cu 1950 roku na szo­sie nie­miec­kiej zgi­nął zna­ko­mi­ty pro­za­ik, znaj­du­ją­cy się do­pie­ro u pro­gu swo­jej twór­czej dzia­łal­no­ści. Obok póź­niej­szej o rok śmier­ci Bo­row­skie­go (któ­re­go był ad­mi­ra­to­rem), odej­ście Pru­szyń­skie­go jest naj­do­tkliw­szą stra­tą na­szej po­wo­jen­nej li­te­ra­tu­ry.

A prze­cież opo­wie­ści Pru­szyń­skie­go nie mia­ły u nas do­brej pra­sy. „Kuź­ni­ca” krzy­wi­ła się, że ain­te­lek­tu­al­ne, ga­wę­dziar­skie. Więc i te zna­ko­mi­te szki­ce, i nie­zwy­kle in­te­re­su­ją­ca Opo­wieść o Mic­kie­wi­czu dłu­go mu­sia­ły cze­kać na druk.

Kil­ka lat temu za­brał głos Adolf Rud­nic­ki. Na­pi­sał w Nie­bie­skich kart­kach: „Prze­czy­ta­łem Pru­szyń­skie­go. To cudo”.

Chleb rzu­co­ny umar­łym Woj­dow­skie­go: czy­tel­ni­cy współ­uczest­ni­czą­cy nie mogą tej książ­ki udźwi­gnąć, prze­ry­wa­ją lek­tu­rę po stu stro­nach. Naga praw­da jest nie do znie­sie­nia. Oka­zu­je się, że czy­tel­ni­ka trze­ba za­jąć, „za­ba­wić” – na­wet pi­sząc o tra­ge­dii get­ta. Ale czy moż­na to ro­bić bez po­czu­cia świę­to­kradz­twa? Tyl­ko wte­dy to jest uspra­wie­dli­wio­ne, kie­dy nad­rzęd­nym ce­lem jest coś w ro­dza­ju pro­pa­gan­dy uczuć. No i kie­dy ten efekt zo­sta­nie osią­gnię­ty.

To okrop­ne – i w ja­kimś stop­niu nie­mo­ral­ne – że książ­ka o get­cie, je­śli ma speł­nić swo­je za­da­nie i je­śli nie chce być tyl­ko do­ku­men­tem, musi mieć w so­bie coś z be­le­try­sty­ki, za­wie­rać te same in­gre­dien­cje, co opo­wieść o nie­po­wo­dze­niu mi­ło­snym. W zna­ko­mi­tej książ­ce Woj­dow­skie­go tra­ge­dia prze­wa­ża nad wszyst­kim in­nym, usu­wa w cień na­wet pro­ble­ma­ty­kę mo­ral­ną (któ­ra Adol­fo­wi Rud­nic­kie­mu za­stę­po­wa­ła be­le­try­stycz­ny „kon­flikt”) – sztu­ka wy­da­je się nie­obec­na. Oto dziw­ne losy książ­ki o wiel­kim te­ma­cie: jest ona nie do prze­ży­cia, tak jak nie mo­gli prze­żyć jej bo­ha­te­ro­wie. Nie ma w niej żad­ne­go po­cie­sze­nia.

W wol­nych chwi­lach – Scho­pen­hau­er. Co­raz czę­ściej ła­pię się na tym, że dla nas jest to przy­kład opty­mi­sty, a nie pe­sy­mi­sty, za ja­kie­go ucho­dził.

Jesz­cze, że na­wet naj­wspa­nial­szy fi­lo­zof nie może być tak czu­łym ob­ser­wa­to­rem du­szy ludz­kiej jak wraż­li­wy pi­sarz i za­wsze po­peł­ni ja­kieś uogól­nie­nie, któ­re rów­na się uprosz­cze­niu. A to dla­te­go, że fi­lo­zof dąży do wy­ło­że­nia dok­try­ny, któ­rej za­wsze umkną róż­ne sub­tel­no­ści ży­cia – wy­mi­ja je cza­sem ce­lo­wo – pi­sarz zaś, nie ma­jąc obo­wiąz­ku kon­stru­owa­nia teo­rii, może iść krok w krok za swo­ją po­sta­cią, może bez­tro­sko śle­dzić me­an­dry jej do­znań psy­chicz­nych, oczy­wi­ście o ile jest na ta­kie sub­tel­no­ści wy­czu­lo­ny. Pro­usta nie za­do­wa­la ja­kieś je­dy­ne wy­tłu­ma­cze­nie po­stę­po­wa­nia po­sta­ci, po­ka­zu­je nam zło­żo­ność mo­ty­wów, czę­sto zu­peł­nie sprzecz­nych.

Cie­ka­we, że Mon­ta­igne po­stę­pu­je po­dob­nie. Bo Mon­ta­igne, któ­ry jest przede wszyst­kim czło­wie­kiem pió­ra, też nie wy­kła­da dok­try­ny i na­wet ener­gicz­nie się prze­ciw niej za­strze­ga. Cho­ciaż nie daje nam opo­wie­ści sfa­bu­la­ry­zo­wa­nej, kreu­je po­stać głów­ną – sie­bie sa­me­go – w ca­łej jej zło­żo­no­ści. Mon­ta­igne zresz­tą sta­le pod­kre­śla, że nie na­le­ży do fi­lo­zo­fii, tyl­ko ba­da­cze nie za­wsze chcą go słu­chać.

Z pa­nią Ma­ry­lą (Ru­blo­wą) roz­ma­wia­my w Kry­ni­cy o Ksa­we­rym Pru­szyń­skim. Zna­ła go do­brze, ostat­nie lato przed­wo­jen­ne spę­dzi­li ra­zem. Pru­szyń­scy, opo­wia­da, zu­bo­że­li bar­dzo po re­wo­lu­cji, wszyst­ko stra­ci­li. Ksa­we­ry i jego brat Mie­czy­sław mie­li spodnie w ła­tach i w szko­le czu­li się nie­swo­jo, dry­bla­sy z ma­lu­cha­mi. Przez te łaty Ksa­we­ry nie lu­bił pod­cho­dzić do ta­bli­cy i ła­pał dwó­je. Stąd, z tej bie­dy może, póź­niej­sza ostroż­ność ma­te­rial­na, cho­ciaż Ksa­we­ry w swo­im szki­cu au­to­bio­gra­ficz­nym tłu­ma­czył to dzie­dzicz­no­ścią: „Wszy­scy Pru­szyń­scy byli za­wsze ską­pi”. Przy­wa­ra, je­śli się ją dzie­dzi­czy przez ileś tam po­ko­leń, prze­sta­je być wsty­dli­wa, sta­je się do­dat­kiem do her­bu. Więc za­wsze ubo­gi krew­ny, mówi pani Ma­ry­la, wszę­dzie ży­wio­ny i trzy­ma­ny z ła­ski. Ale i krnąbr­ny, dum­ny. Stra­cił przed woj­ną po­sa­dę w ra­diu – sam o tym mó­wił – bo skry­ty­ko­wał ja­kąś bar­dzo po­pie­ra­ną książ­kę. (Czy nie Le­pec­kie­go?) Oj­ciec za­strze­lo­ny w sześć­dzie­sią­tym roku ży­cia przez ja­kie­goś chło­pa (ojca lub na­rze­czo­ne­go) za uwie­dze­nie Ukra­in­ki. (To była fan­ta­zja p. Ma­ry­li – pro­stu­je pan Mie­czy­sław Pru­szyń­ski, brat Ksa­we­re­go i rów­nież au­tor. Rze­czy­wi­stość, na­pi­sał do mnie, była mniej ro­man­tycz­na. Za­bi­ły go ko­nio­kra­dy, ska­za­ne po­tem na ka­tor­gę). Bo oj­ciec był strasz­ny uwo­dzi­ciel – pi­sze Ksa­we­ry – i miał szczę­ście do ko­biet. „Któ­re­go ja nie odzie­dzi­czy­łem” – do­da­je. „Jak z tym było?” – py­tam pani Ma­ry­li. „Ależ miał ogrom­ne po­wo­dze­nie!”. „Więc to była ko­kie­te­ria?”. „Nie, nie miał pew­no­ści sie­bie”. I jesz­cze: „Wie pan, on się jed­nak uwa­żał za tro­chę in­ne­go Po­la­ka. Jak­by tro­chę Ru­si­na. Ci Po­la­cy, mó­wił z ta­kim uśmiesz­kiem, o tu, w ką­tach ust two­rzy­ły mu się ta­kie zło­śli­we do­łecz­ki”. I jesz­cze: „Pa­mię­tam ostat­ni jego od­czyt – o wy­da­rze­niach w Cze­cho­sło­wa­cji. Prze­po­wia­dał woj­nę, nie­mal datę, wszyst­ko. Jed­no pań­stwo wyj­dzie zwy­cię­sko z tej woj­ny, po­wie­dział. Chwi­lę od­cze­kał. I za­koń­czył: Ro­sja. I ukło­nił się”.

„Boy – opo­wia­da pani Ma­ry­la – był w moim lwow­skim miesz­ka­niu w przed­dzień aresz­to­wa­nia. Za­my­ślo­ny, za­lęk­nio­ny, oczy ta­kie wiel­kie, na­iw­ne, prze­ra­żo­ne. Wie­dział, co go cze­ka, ale nie chciał się ra­to­wać. Był tra­gicz­ny. Ro­sja­nie bar­dzo go ho­no­ro­wa­li, z ogrom­ną czcią się do nie­go od­no­si­li. Kie­dyś chcia­łam pójść na jego wy­kład o li­te­ra­tu­rze fran­cu­skiej. «To ja nie pój­dę!» – za­wo­łał prze­ra­żo­ny. Twier­dził, że bę­dzie mó­wił bez sen­su. Był bar­dzo nie­śmia­ły”.

W Rop­czy­cach. Na sali mło­dzież miej­sco­we­go li­ceum: dziew­czę­ta śmia­łe; chłop­cy, sku­pie­ni w so­bie, ro­bią wra­że­nie za­wsty­dzo­nych. Z do­bro­tli­wą iro­nią słu­cha­ją nud­ne­go, peł­ne­go fra­ze­sów re­fe­ra­tu kie­row­ni­ka wy­dzia­łu kul­tu­ry. Fra­ze­sy na­uczy­li się pusz­czać mimo uszu: ot, taki ry­tu­ał, i na ra­zie nie przy­cho­dzi im do gło­wy, że w świe­cie do­ro­słych może to od­by­wać się in­a­czej.

Wes­tchnę­li pew­nie cięż­ko, kie­dy przy­szła ko­lej na mnie: jesz­cze je­den do „tru­cia”. Ale zda­je się, że ich za­sko­czy­łem. Za­czą­łem od tego, że skry­ty­ko­wa­łem po­ję­cie „trud­ne­go” po­ko­le­nia. Nie po­ko­le­nie jest trud­ne – ży­cie jest trud­ne. Nie mia­łem bez­tro­skiej mło­do­ści, ale przy­najm­niej wia­do­mo dla­cze­go. Na­sza sy­tu­acja była prost­sza, jed­no­znacz­ny wy­bór sam się na­rzu­cał. Oni będą mie­li kło­po­ty z do­ko­na­niem wy­bo­ru. Świat war­to­ści jest płyn­ny.

Po wie­czo­rze wy­bie­gła za mną ja­kaś dziew­czyn­ka, żeby mi po­wie­dzieć, że trze­ba ro­bić wię­cej ta­kich rze­czy w te­le­wi­zji, jak Nie ma Al­ber­ty­ny. W Rop­czy­cach! Pro­ust! Gdy­by So­kor­ski zda­wał so­bie spra­wę, co trzy­ma w ręku, pusz­czał­by może mniej chał... Albo od­wrot­nie, za­blo­ko­wał­by te­le­wi­zję tak, że nic war­to­ścio­we­go nie mo­gło­by się już prze­śli­znąć.

Po­tem w Rze­szo­wie – uro­czy­stość otwar­cia bi­blio­te­ki. U wej­ścia wy­sta­wa mo­ich ksią­żek, z por­tre­tem au­to­ra. Na sto­le tro­chę al­ko­ho­lu. Pani Han­ka, bi­blio­te­kar­ka, i ja, obo­je bez obia­du, ła­pie­my po so­lan­ce i ka­wał­ku kieł­ba­sy. Boję się, że od wód­ki ję­zyk mi się bę­dzie plą­tać. Bo w pro­gra­mie jest jesz­cze mój wy­stęp.

Czy­ta­łem Kło­pot z psem. W dys­ku­sji ja­kaś pani po­wie­dzia­ła, że to „jak z ży­cia”, bo ona zna się na tre­su­rze psów i lubi zwie­rzę­ta. Skie­ro­wa­ła całą dys­ku­sję na to, ja­kie zmyśl­ne są zwie­rza­ki. Na szczę­ście inna pani, po­że­racz­ka ksią­żek, za­czę­ła mó­wić o Kwiet­niu. Oka­za­ło się, że w ja­kimś wie­czo­rze zga­dy­wa­nek wy­gra­ła dzię­ki zna­jo­mo­ści Kwiet­nia – ser­wis. Jest więc po­ży­tek z li­te­ra­tu­ry...

*

W Rze­szo­wie pani Han­ka za­pro­wa­dzi­ła mnie do sy­na­go­gi, od­re­mon­to­wa­nej, miesz­czą się w niej te­raz sale wy­sta­wo­we, a w nad­bu­dów­ce – pra­cow­nie ma­lar­skie. Obok mniej­sza sy­na­go­ga, z po­ło­wy XVIII wie­ku, ta duża jest z koń­ca XVII. Opo­dal sy­na­gog – skwer z po­mni­kiem-mau­zo­leum żoł­nie­rzy ra­dziec­kich. Co tu było przed­tem? Cmen­tarz ży­dow­ski. Chwi­la za­kło­po­ta­nia. Kie­row­ca, czer­wo­ny na twa­rzy, tłu­ma­czy, że nie moż­na było trzy­mać cmen­ta­rza w środ­ku mia­sta. Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście... Na sy­na­go­dze ja­kiś dzie­ciak na­pi­sał kre­dą: „burz­ni­ca”. Ta nowa ety­mo­lo­gia domu Bo­że­go za­słu­gu­je na uwa­gę. Jest w niej zło­wiesz­czy, cho­ciaż nie uświa­do­mio­ny, dow­cip.

Zmar­ła żona na­sze­go li­sto­no­sza. Nie mie­li dzie­ci, mie­li tyl­ko sie­bie. W dwa dni po jej po­grze­bie roz­no­sił po daw­ne­mu li­sty, wy­so­ki, przy­gar­bio­ny jak za­wsze, i po daw­ne­mu ucie­szo­ny, że ma dla mnie ja­kieś ho­no­ra­rium. A ja da­łem mu, za­miast zwy­cza­jo­wej koń­ców­ki – dwa razy wię­cej. Zu­peł­nie jak­bym go chciał tymi zło­tów­ka­mi po­cie­szyć. Było to głu­pie i ja­kieś roz­pacz­li­we w ujaw­nie­niu nie­zręcz­no­ści i roz­ter­ki. Bo mu­siał mi niby być wdzięcz­ny (za ten zwięk­szo­ny na­pi­wek!), a rów­no­cze­śnie tą po­cie­chą speł­nia­łem czyn nie do koń­ca mo­ral­ny, za­kłó­ca­łem tok ża­ło­by, smut­ku na­leż­ne­go jej i jemu.

Ale z dru­giej stro­ny nie mo­głem oka­zać się obo­jęt­ny i dać tyle, co za­wsze. Im bar­dziej zaś po­więk­szał­bym swój na­pi­wek, tym bar­dziej moja gor­li­wość sta­wa­ła­by się nie­mo­ral­na. Ten skrom­ny nad­da­tek sto­sun­ko­wo naj­le­piej za­ła­twiał obu­stron­ną roz­ter­kę. Był jak uścisk dło­ni. Ale nie­mę­ski: nie­śmia­ły i pe­łen wąt­pli­wo­ści.

1967. Spod pa­ra­so­la ka­wiar­ni, któ­rej sto­li­ki za­gar­nę­ły dużo chod­ni­ka, przy­pa­tru­ję się po­to­ko­wi lu­dzi i sa­mo­cho­dów. Tym ra­zem jest to Bel­grad, uli­ca Te­ra­zi­je. My­ślę o tym, że wi­dok ob­ce­go tłu­mu, spie­szą­ce­go za swo­imi spra­wa­mi, już nie na­pa­wa mnie me­lan­cho­lią. Jest na­wet coś po­cie­sza­ją­ce­go w tym, że ist­nie­ją spo­łecz­no­ści, któ­rym na­sze oso­bi­ste smut­ki są obo­jęt­ne, któ­re nie mają nam za złe na­szych ob­se­sji i klęsk, po­ni­ża­ją­cych nas gdzie in­dziej. Uciecz­ka w nie­zna­ne, wy­tchnie­nie od świa­do­mo­ści, że wszyst­ko coś zna­czy. W ta­kim ob­cym świe­cie wszyst­ko prze­sta­je zna­czyć.

Je­śli coś na­pa­wa za gra­ni­cą smut­kiem, to nie me­tro­po­lie ki­pią­ce i po­chło­nię­te sobą, ale wła­śnie graj­doł­ki, w któ­rych ob­ser­wu­je­my, ku na­sze­mu za­sko­cze­niu, te same co w na­szej sto­li­cy gry in­te­re­sów i am­bi­cji, in­try­gi, pod­sta­wia­nie nóg, ob­mo­wy, tar­go­wi­sko próż­no­ści, od­bi­te w ma­łym, skrze­czą­cym błoc­ku-mi­kro­ko­smo­sie. Wi­dzi­my swo­je wła­sne ka­ry­ka­tu­ral­ne od­bi­cie i to jest na­praw­dę znie­chę­ca­ją­ce. Chce się krzyk­nąć: „Lu­dzie, prze­stań­cie! Ko­piu­je­cie tyl­ko ory­gi­nał, któ­ry roz­gry­wa się gdzie in­dziej (to zna­czy u nas) – na więk­szą ska­lę!”. Tak bym krzyk­nął – i był­bym szcze­ry, bo­wiem tyl­ko na­sze wła­sne zma­ga­nia mają wa­lor au­ten­ty­ku. Resz­ta – to pod­ra­biac­two.

*

Sta­ry re­ży­ser krzy­czy: „Kontr-re­wo­lu­cja!”. Za­ła­twia tym sło­wem każ­de zja­wi­sko, któ­re­go nie ro­zu­mie. Mło­dzi na­pie­ra­ją. Sta­ry re­ży­ser przy­glą­da im się zdu­mio­ny. Cze­go chcą? Skąd ten cy­nizm? Skąd to kry­ty­kanc­two? Wszyst­kie­go im mało! A przy­szli na go­to­we. To my, mówi sta­ry re­ży­ser, przez czte­ry lata w par­ty­zant­ce z ka­ra­bi­nem w ręku!... Przez czte­ry lata nie tknął ko­bie­ty i śli­wo­wi­cy! Był za­kaz, par­ty­zant­ka sta­ła się czymś w ro­dza­ju za­ko­nu – re­ży­ser sam wspo­mi­na o tym ze zdu­mie­niem, ale przy­się­ga, że za­kaz był czymś ab­so­lut­nie obo­wią­zu­ją­cym. (O tej par­ty­zanc­kiej asce­zie Po­la­cy słu­cha­ją z nie­do­wie­rza­niem. Za­pach krwi i sa­mo­go­nu, odór tru­pów i cie­pło ko­bie­ce­go cia­ła, le­gen­da róż­nych „Ko­men­dan­to­wych” – two­rzą wciąż jesz­cze szcze­gól­ną aurę pol­skich opo­wie­ści i fil­mów na te­mat oku­pa­cji. Ki­wa­my grzecz­nie gło­wa­mi, ale nie prze­sta­je­my się dzi­wić).

A prze­cież i ten re­ży­ser nie od razu stał się czer­wo­ny. Był doj­rza­łym męż­czy­zną, kie­dy tra­fił do par­ty­zant­ki. Przed woj­ną po­pi­sy­wał się jako tan­cerz, ba­let­mistrz (dziś jesz­cze im­po­nu­je zwin­no­ścią), zaj­mo­wał się fo­to­gra­fią ar­ty­stycz­ną, wy­da­wał al­bu­my i brał na­gro­dy. Po­tem, w 1944, jako ten, któ­ry miał pew­ne po­ję­cie o ka­me­rze i ru­chu (ba­let!), za­czął krę­cić fil­my. Naj­pierw do­ku­men­tal­ne, a po­tem fa­bu­lar­ne. Przed woj­ną Ju­go­sła­wia nie mia­ła ki­ne­ma­to­gra­fii, za­ini­cjo­wa­li ją ama­to­rzy, tacy jak mój ba­let­mistrz. Do pew­ne­go cza­su wszyst­ko szło do­brze; były par­ty­zant miał sto­sun­ki, mar­kę, nie mu­siał za­bie­gać o sce­na­riu­sze i pro­sić o ła­ska­wą zgo­dę na skie­ro­wa­nie fil­mu do pro­duk­cji. Stop­nio­wo jed­nak coś za­czę­ło się zmie­niać w świe­cie fil­mo­wym. Nowe idee, nowe tech­ni­ki. Re­cen­zen­ci po­zwa­la­li już so­bie na kry­ty­kę. Sce­na­riu­sze prze­sta­wa­no mu pod­su­wać. Eks-par­ty­zant (wca­le jesz­cze nie taki sta­ry) dzi­wił się tro­chę i cze­kał. I uśmie­chał się pod wą­sem: jesz­cze do mnie wró­ci­cie. Wresz­cie zro­zu­miał, że trze­ba sa­me­mu coś za­pro­po­no­wać. Po czte­rech la­tach na­krę­cił wresz­cie film. Zno­wu o par­ty­zant­ce. Oglą­da­łem go, mo­dląc się w du­chu, żeby mi się spodo­bał. Ale mi się nie spodo­bał.

To był film zro­bio­ny tak, jak­by w cią­gu tych dwu­dzie­stu lat nic nie za­szło – za­rów­no od stro­ny tech­ni­ki, jak i tre­ści. Więc par­ty­zan­ci są w ko­tle. Więc z ko­tła wy­cho­dzą. Ale czte­rech zo­sta­je, żeby za­trzy­mać na so­bie nie­miec­ki po­ścig. Z ko­lei Niem­cy są wstrzą­śnię­ci, skąd u tych lu­dzi taki hart du­cha. (Jest rze­czą cha­rak­te­ry­stycz­ną, że lu­dzie wal­czą­cy o naj­słusz­niej­szą w świe­cie spra­wę nie znaj­du­ją sa­tys­fak­cji tak dłu­go, do­pó­ki nie uzna ich bo­ha­ter­stwa tak­że wróg. Jest w tym na­iw­ne łak­nie­nie spra­wie­dli­wo­ści, czy może ja­kaś oso­bli­wa próż­ność). Niem­cy idą za par­ty­zan­ta­mi krok w krok, pod­pa­tru­ją ich za­cho­wa­nie, któ­re­go są cie­ka­wi, a poza tym chcą śla­dem tych czte­rech do­trzeć do jed­nost­ki par­ty­zanc­kiej. Chcą zro­zu­mieć par­ty­zanc­ką du­szę. Kie­dy ła­pią wresz­cie naj­bar­dziej war­chol­skie­go z tych czte­rech, bio­rą go za de­zer­te­ra, ale ten, umie­ra­jąc, na­wet kro­pli wody od nich nie przyj­mu­je. I sko­nał par­ty­zant, a chó­ry re­ży­ser­skie unio­sły wy­so­ko w nie­bo, po­nad ska­ły i wą­wo­zy (od­jazd ka­me­ry he­li­kop­te­rem), lu­do­wą serb­ską pieśń. Sło­wo „kraj” (któ­re ozna­cza „ko­niec”) wita się z ulgą. Nie moż­na znieść ta­kie­go na­si­le­nia pa­to­su, na­tręt­nej dy­dak­ty­ki, tych pło­ną­cych szla­chet­no­ścią i fa­na­ty­zmem czte­rech par oczu, i wresz­cie re­ży­ser­skiej po­gar­dy dla zwy­kłej ludz­kiej sła­bo­ści.

*

Oglą­da­nie fil­mów ma­ce­doń­skich jest nie tyl­ko mi­łym obo­wiąz­kiem (sko­ro je­stem go­ściem fil­mow­ców Ju­go­sła­wii), ale i czymś w ro­dza­ju do­szko­le­nia. Film hi­sto­rycz­ny po­zwa­la zro­zu­mieć skom­pli­ko­wa­ną hi­sto­rię tego kra­ju. Na­zy­wa się Za­ma­chow­cy z Sa­lo­nik i opo­wia­da o gru­pie de­spe­rac­kich pa­trio­tów, któ­rzy, do­pro­wa­dze­ni do roz­pa­czy obo­jęt­no­ścią Eu­ro­py wo­bec spra­wy ma­ce­doń­skiej, po­sta­no­wi­li zwró­cić na swój kraj uwa­gę ak­ta­mi ter­ro­ru. Za­ma­chy mia­ły być wy­mie­rzo­ne tak, by i Eu­ro­pa je od­czu­ła – po kie­sze­ni: a więc Bank Ot­to­mań­ski (ka­pi­ta­ły fran­cu­skie), pocz­ta głów­na, sta­tek z tu­ry­sta­mi za­gra­nicz­ny­mi, elek­trow­nia (jest noc kar­na­wa­ło­wa i na­głe wy­łą­cze­nie prą­du prze­ry­wa za­ba­wę dy­plo­ma­tycz­ną). W prze­ci­wień­stwie do ter­ro­ry­stów na­szych cza­sów, przez któ­rych giną nie­win­ni lu­dzie – w sa­mo­lo­tach, na lot­ni­skach, dwor­cach, sta­dio­nach spor­to­wych – ci z Sa­lo­nik pra­gną, aby nie było ofiar przy­pad­ko­wych. Ofia­ra­mi będą oni sami – tak po­sta­no­wi­li: że zgi­ną, wal­cząc z Tur­ka­mi do ostat­nie­go. Je­den z nich prze­żył jed­nak ową strasz­li­wą noc 1903 roku i jego re­la­cja zo­sta­ła spi­sa­na. Po­słu­ży­ła ona te­raz za pod­sta­wę sce­na­riu­sza. Czy stra­ceń­czy gest mło­dych lu­dzi po­mógł spra­wie ma­ce­doń­skiej – któż to w koń­cu wie? Wy­bu­chło wkrót­ce po­wsta­nie, okrut­nie przez Tur­ków stłu­mio­ne. W dzie­sięć lat póź­niej Tur­cy zo­sta­li prze­pę­dze­ni, ale Sa­lo­ni­ki, cen­trum po­wstań­cze, przy­pa­dły Gre­cji. O sze­ściu zaś ter­ro­ry­stach z Sa­lo­nik robi się fil­my w Ju­go­sła­wii.

A ja­kie to kino? Bar­dzo zaj­mu­ją­ce. Sze­ro­ki ekran, nie­złe tem­po, wie­le in­te­re­su­ją­cych kre­acji ak­tor­skich, spraw­ny sce­na­riusz, do­brze punk­tu­ją­cy emo­cje. Dużo strze­la­ni­ny. Dla lu­dzi, któ­rych spra­wa ma­ce­doń­ska nic nie ob­cho­dzi, czy­li dla więk­szo­ści wi­dzów świa­ta, jest to dziw­na awan­tu­ra, coś jak Sied­miu wspa­nia­łych, gdzie Tur­cy od­gry­wa­ją rolę czar­nych cha­rak­te­rów. Film ten za­ku­pi­ły po­dob­no róż­ne kra­je. „A Tur­cja?” – py­tam. „Nie – od­po­wia­da­ją ze śmie­chem. – Tur­cja nie ku­pi­ła”. Rzecz war­ta na­my­słu. Wy­świe­tla się prze­cież w róż­nych kra­jach fil­my wo­jen­ne, wy­pro­du­ko­wa­ne przez ki­ne­ma­to­gra­fie „nie­przy­ja­ciel­skie”. My­ślę, że Za­ma­chow­cy z Sa­lo­nik nie mogą li­czyć na po­wo­dze­nie w Tur­cji nie dla­te­go, że Tur­cy są w tym fil­mie bez­względ­ny­mi oku­pan­ta­mi, ale dla­te­go, że ży­cie Tur­ka się w nim nie li­czy. Kie­dy Ma­ce­doń­czyk strze­la, Tur­cy pa­da­ją jak mu­chy. Wy­pusz­cza­ją broń z ręki, chwy­ta­ją się za ser­ce, wyją z bólu, a re­ali­za­to­rzy się cie­szą. Tur­cy umie­ra­ją ko­micz­nie – i tego widz tu­rec­ki nie znie­sie. Film na­praw­dę pa­trio­tycz­ny wy­ma­ga pew­ne­go sza­cun­ku dla ra­cji stro­ny prze­ciw­nej. Je­śli nie dla ra­cji po­li­tycz­nych, to przy­najm­niej dla ra­cji ist­nie­nia.

*

W barw­nym prze­wod­ni­ku po Ochry­dzie naj­pierw są zdję­cia je­zio­ra, ża­gló­wek, dom­ków cam­pin­go­wych, a do­pie­ro da­lej fo­to­gra­fie cer­kwi, ikon, sta­re­go za­mczy­ska z X wie­ku. Naj­pierw roz­ko­sze dnia dzi­siej­sze­go, na dru­gim pla­nie – atrak­cje hi­sto­rycz­ne. Ale za to ja­kie! Stąd pro­mie­nio­wa­ło na Sło­wiańsz­czy­znę chrze­ści­jań­stwo, na sto lat przed Dą­brów­ką ru­szy­li na Mo­ra­wy Kon­stan­ty (póź­niej zwa­ny Cy­ry­lem) i Me­to­dy, a po nich ich ucznio­wie – Kli­ment i Naum. Zwłasz­cza świę­ty Kli­ment, pa­tron Ma­ce­dońsz­czy­zny – cóż za po­stać! Apo­stoł, uczo­ny, li­te­rat, pro­pa­ga­tor, mąż sta­nu, świet­ny or­ga­ni­za­tor. To on wła­śnie był twór­cą zre­for­mo­wa­ne­go sło­wiań­skie­go al­fa­be­tu, któ­ry na cześć swe­go mi­strza Kon­stan­te­go-Cy­ry­la (au­to­ra „gła­go­li­cy”, al­fa­be­tu na­zbyt jesz­cze grec­kie­go) na­zwał „cy­ry­li­cą”. Na osiem­dzie­siąt lat przed Miesz­kiem I dzia­ła w Ochry­dzie uni­wer­sy­tet, nie­wąt­pli­wie naj­star­sza uczel­nia Sło­wiańsz­czy­zny. Ufun­do­wał go ten sam uczo­ny Kli­ment, któ­re­go wy­pu­kłe, prze­cho­dzą­ce w ły­si­nę czo­ło, dłu­ga siwa bro­da, mą­dre oczy spo­zie­ra­ją na nas z fre­sków dzie­siąt­ków cer­kwi. Naj­pięk­niej­sza z nich jest ma­leń­ka i sta­reń­ka cer­kiew pod we­zwa­niem wła­śnie św. Kli­men­ta, z fre­ska­mi mi­strzów Eu­sta­che­go i Mi­cha­ła, ze zbio­rem trzy­dzie­stu pię­ciu naj­rzad­szych ikon.

Za­nim po­je­dzie­my do Ochry­dy, cze­ka nas zwie­dza­nie za­byt­ków oko­lic Sko­pje. We wsi Ne­re­zi, na gó­rze Wod­no, wzno­szą­cej się nad sa­mym mia­stem, przy­cup­nę­ła mała cer­kiew­ka, któ­ra nosi imię św. Pan­te­lej­mo­na, a po­cho­dzi z XII wie­ku. Ci­chut­ka, scho­wa­na za wiej­skim par­ka­nem, ukry­wa na ścia­nach praw­dzi­we skar­by, kru­che i wy­ma­ga­ją­ce czu­łej ręki. Pro­wa­dzi się tam pra­ce, zwie­dza­nia nie ma; wszę­dzie tacz­ki, ki­lo­fy, stem­ple. Ale nas wpusz­cza­ją, bo dla fil­mow­ców świat stoi otwo­rem. W cia­snym, ciem­nym i roz­ko­pa­nym wnę­trzu ro­bot­ni­cy do­bie­ra­ją się do fun­da­men­tów, któ­re trze­ba wzmoc­nić. Za skrzy­żo­wa­niem be­lek roz­róż­niam ja­kieś pla­my, bez­kształt­ne i na pierw­szy rzut oka bez­barw­ne jak na­cie­ki, i do­pie­ro po chwi­li uświa­da­miam so­bie, że jest to słyn­ne Opła­ki­wa­nie Chry­stu­sa, dla któ­re­go zjeż­dża­ją tu znaw­cy z ca­łe­go świa­ta. Ma­ria po­chy­lo­na nad na­gim cia­łem Je­zu­sa to­nie we łzach, rysy jej twa­rzy stę­ża­ły w cier­pięt­ni­czym skur­czu. Na sto lat przed Giot­tem mi­strzo­wie ma­ce­doń­scy ze­rwa­li z mar­two­tą i hie­ra­tycz­no­ścią bi­zan­tyj­skie­go ma­lar­stwa, twa­rze za­czę­ły wy­ra­żać roz­pacz i ból, ludz­kie cia­ło prze­sta­ło być sztyw­ną atra­pą po­kry­tą fał­da­mi szat, po­chy­li­ło się, ręce swo­bod­nie się­gnę­ły po miecz i pió­ro. W tym jed­nym tu­tej­si mi­strzo­wie wy­prze­dzi­li wło­skie Od­ro­dze­nie. Cze­mu za­trzy­ma­li się w pół dro­gi? Czy dla­te­go, że za­bra­kło na tej dro­dze Dan­te­go i Pe­trar­ki, za­bra­kło współ­to­wa­rzy­szą­cej li­te­ra­tu­ry? Czy też za­bra­kło we­nec­kich kup­ców, burz­li­we­go roz­wo­ju miast, ja­kim po­prze­dzo­ny zo­stał wło­ski re­ne­sans? Kie­dy w To­ska­nii za­czę­ło się qu­at­tro­cen­to, na Bał­ka­nach pa­no­wa­li już Tur­cy. Bar­ba­rzyń­stwo za­trium­fo­wa­ło. O żad­nym roz­wo­ju nie mo­gło już być mowy.

Opusz­cza­my ci­che Ne­re­zi, by sto­czyć się ser­pen­ty­na­mi opro­mie­nio­ny­mi po­ran­nym słoń­cem. W dole wi­dać dział­ki wi­no­gron, pa­pry­ki i ku­ku­ry­dzy, pa­no­ra­mę Sko­pje, z jego wie­żow­ca­mi roz­rzu­co­ny­mi na dłu­go­ści 25 ki­lo­me­trów. I zie­lo­ną rze­kę Var­dar z Ka­mien­nym Mo­stem, przy­po­mi­na­ją­cym sta­ry most w Pi­zie. Dro­ga pro­wa­dzi po­śród zie­lo­nych gór, kre­do­wych skał, ja­snych prze­pa­ści, przez ciem­ne lufy tu­ne­li, od któ­rych hu­czy w uszach.

*

Cią­gnie mnie za Ka­mien­ny Most, na dru­gą stro­nę rze­ki Var­dar, do czar­szyi, czy­li tu­rec­kiej dziel­ni­cy Sko­pje. Moi ma­ce­doń­scy opie­ku­no­wie nie mogą tego zro­zu­mieć. Kie­dy tyl­ko zo­sta­wia­ją mnie sa­me­mu so­bie, pę­dzę na Wschód, na lula-ke­bab do du­ka­nu Ali Re­fi­ka. Przy­rzą­dza to da­nie nad roz­ża­rzo­nym wę­glem drzew­nym pięt­na­sto­let­ni syn Ale­go. Czas tu za­stygł, przy­najm­niej po­zor­nie, mię­dzy tymi wą­ski­mi ulicz­ka­mi z kra­mi­ka­mi i wy­zie­wa­mi rynsz­to­ków. W od­da­li tro­chę ci­chych, sa­mot­nych mi­na­re­tów i ko­puł. Nie wol­no bu­rzyć i nie wol­no tu ni­cze­go eu­ro­pe­izo­wać – oczy­wi­ście ze­wnętrz­nie. Te rze­czy mają swój urok, wła­dza o tym wie, trwa­ją jako re­zer­wat.

Cią­gnie mnie w zgiełk ba­za­ru. Ale oto roz­cza­ro­wa­nie: ba­zar jest nie­zgieł­kli­wy, pu­sta­wy, snu­ją się po nim apa­tycz­nie męż­czyź­ni ży­la­ści, nie­chluj­ni, śnia­dzi, w nie­bie­skich po­mię­tych spodniach. Sprze­da­ją pest­ki, dy­nie, orze­chy, nie naj­lep­sze po­mi­do­ry, ob­tłu­czo­ne jabł­ka, sta­re że­la­stwo. Wy­sia­du­ją kra­węż­ni­ki chod­ni­ków i dys­ku­tu­ją. Tyl­ko bar­dzo po­wierz­chow­ny ob­ser­wa­tor może im współ­czuć i dzi­wić się tej zgo­dzie na jed­no­staj­ność ży­cia. Ja, któ­ry po­zna­łem ba­za­ry tasz­kienc­kie i sa­mar­kandz­kie, i jesz­cze dra­ma­tycz­ny ba­zar Jan­gi-Julu, wiem, że co­dzien­nie to­czy się na nich pa­sjo­nu­ją­ca gra. Że są one gieł­dą, ka­wiar­nią, sa­lo­nem i rzym­skim fo­rum za­ra­zem. Że by­wal­ca cią­gnie do nich jak do nar­ko­ty­ku. Kto raz da się sku­sić, bę­dzie już od­wie­dzał ba­zar co­dzien­nie, tak jak ten czy ów musi co­dzien­nie o pew­nej po­rze za­siąść w swo­jej ulu­bio­nej ka­wiar­ni.

Kra­mi­ki cią­gną­ce się wzdłuż wą­skich uli­czek nie są mniej in­te­re­su­ją­ce od wi­tryn na Wiel­kich Bul­wa­rach. Wy­kań­cza­nie to­wa­ru od­by­wa się na na­szych oczach. Tu­taj jesz­cze mo­że­my sami po­dzi­wiać pra­cę rąk ludz­kich. To przy nas ry­marz wy­kra­wa z ar­ku­sza skó­ry sze­ro­kie rze­mie­nie, przy nas na­bi­ja je oku­cia­mi z mo­sięż­nej bla­chy. Wi­dzi­my, jak pra­cu­je złot­nik – „kra­sar”, jak krę­ci ro­żen­ki z ke­ba­bem w oknie swo­je­go du­ka­nu szasz­ły­karz. Na­wet ad­wo­kat przyj­mu­je swo­je­go klien­ta przy drzwiach otwar­tych. To za­dzi­wia­ją­ce, jak duża jest ilość szyl­dzi­ków z na­pi­sem AD­WO­KAT. Tak tego dużo, że za­czy­nam po­dej­rze­wać, iż to sło­wo ozna­cza tu coś in­ne­go, na przy­kład biu­ro pi­sa­nia po­dań. Za­glą­dam przez otwar­te drzwi do wnę­trza: za biur­kiem sie­dzi star­szy pan w oku­la­rach, przed nim pię­trzy się stos pa­pie­rów. A obok sku­lo­ny w udrę­ce klient. Ani chy­bi: wi­zy­ta u ad­wo­ka­ta. Wśród tu­tej­szych me­ce­na­sów jest kil­ku Su­lej­ma­nów (a więc Sa­lo­mo­nów – imię w sam raz dla ad­wo­ka­ta, któ­ry musi umieć i z próż­ne­go na­lać), jest Ali, Ah­med, Said, ale są i Ko­sto­wo­wie, Sto­ja­now­scy, Mi­tro­wi­cze. Ma­ce­doń­czy­cy i Tur­cy współ­ży­ją w czar­szyi w zgod­nym, po­wol­nym ryt­mie i wca­le nie­ła­two ich od­róż­nić. Mają na­wet, jak wi­dać, po­dob­ne kło­po­ty z pra­wem. Ktoś wy­ja­śnia mi, że pra­wo jest mło­de, róż­ni się za­rów­no od tu­rec­kie­go, jak i kró­lew­skie­go, nie mogą się w nim ro­ze­znać lu­dzie, któ­rzy do­pie­ro co wy­do­by­li się z anal­fa­be­ty­zmu, po­trzeb­ny im jest wy­spe­cja­li­zo­wa­ny do­rad­ca. Ale moż­li­we, my­ślę so­bie, że za ci­chy­mi, odra­pa­ny­mi mu­ra­mi wą­skich uli­czek ki­pią na­mięt­no­ści i pie­niac­two. I kie­dy tak spa­ce­ru­ję wśród kra­mi­ków ob­wie­szo­nych wy­szy­wa­ny­mi san­da­ła­mi, drew­nia­ny­mi cho­da­ka­mi, ko­lo­ro­wą uprzę­żą, czer­wo­nym je­dwa­biem koł­der, fe­za­mi z cięż­kie­go fil­cu, sta­ry­mi la­tar­nia­mi, mie­dzia­ny­mi dzba­na­mi, kie­dy sły­szę dzwo­nie­nie młot­ków wy­kle­pu­ją­cych me­ta­lo­wy czan do do­mo­we­go wy­ro­bu śli­wo­wi­cy, z tru­dem mogę uwie­rzyć, że w tym re­zer­wa­cie cza­sów za­mierz­chłych naj­le­piej po­wo­dzi się – ad­wo­ka­tom.

Ale i inni bie­dy nie kle­pią. W dzi­siej­szym świe­cie lu­dziom z ma­łych ob­skur­nych kra­mi­ków po­wo­dzi się nie­raz wy­śmie­ni­cie. W cza­sach ta­śmo­wej pro­duk­cji rę­ko­dziel­nic­two zno­wu sta­je się opła­cal­ne. Kto umie przy­bić ze­lów­kę, za­ra­bia wię­cej niż ten, kto ob­słu­gu­je au­to­mat szy­ją­cy buty. Po­ja­wia się moda na „ręcz­ny wy­rób”. Tu­ry­ści szpe­ra­ją po czar­szyi, żeby ku­pić mar­ne i naj­czę­ściej brzyd­kie san­dał­ki dla­te­go tyl­ko, że są zro­bio­ne ręcz­nie. Wi­dzia­łem w Bi­to­li złot­ni­ka po wyż­szych stu­diach pla­stycz­nych, któ­ry za nic w świe­cie nie opu­ścił­by czar­szyi. Tu­taj każ­dy jego wy­rób nosi pięt­no ory­gi­nal­no­ści „wscho­du”, poza czar szy­ją był­by pod­ra­biac­twem, „za­ko­piańsz­czy­zną”. Trzy­ma­nie się czar­szyi to biz­nes.

Obok ad­wo­ka­tu­ry, złot­nic­twa, ry­mar­stwa, szew­stwa, obok bla­cha­rzy, trum­nia­rzy – naj­więk­szym po­wo­dze­niem cie­szą się szkla­rze, któ­rzy zaj­mu­ją się nie tyl­ko wpra­wia­niem szyb i wy­ci­na­niem lu­ster, ale tak­że opra­wą ob­ra­zów. Al­lah, ja­kie ob­ra­zy! Nie zo­ba­czy­cie tego w War­sza­wie, choć­by­ście spe­ne­tro­wa­li wszyst­kie ba­za­ry i bra­my! Grzesz­ni­ca z Mag­da­li, po­chy­lo­na nad Ewan­ge­lią, jest jesz­cze do­syć tra­dy­cyj­na, może na­wet za­wę­dro­wa­ła tu z na­szych oko­lic – wraz ze swo­ją buj­ną pier­sią wy­my­ka­ją­cą się spo­za roz­chy­lo­nej sza­ty. Ale ba­sza piesz­czą­cy tłu­stą oda­li­skę w stro­ju bi­ki­ni, pod­czas gdy po­zo­sta­łe pa­nie plu­ska­ją się w ba­se­nie ha­re­mu – to już po­emat tu­rec­ki. A trzy roz­śpie­wa­ne hu­ry­sy – ja­kież mają lu­bież­ne spoj­rze­nia! I ja­kie prze­le­wa­ją­ce się ze sta­ni­ków i mi­ni­spód­nic kształ­ty! Ga­daj­cie, co chce­cie, ci Tur­cy przy­najm­niej wie­dzie­li, cze­go od ko­biet chcą, i nie uda­wa­li, że po­do­ba im się ko­ścio­trup w spód­ni­cy za­sła­nia­ją­cej łyd­ki.

Im­pe­rium ot­to­mań­skie cho­ro­wa­ło dłu­go, ale ko­niec jego pa­no­wa­nia w Ma­ce­do­nii przy­szedł nie­spo­dzie­wa­nie, z ty­go­dnia na ty­dzień. No­ta­ble ucie­kli, lud­ność tu­rec­ka po­zo­sta­ła. Tyle że nie­daw­ni pa­no­wie sta­li się mniej­szo­ścią. I cóż, żad­nych tarć na­ro­do­wo­ścio­wych nie ma. Moż­na wy­snuć po­krze­pia­ją­cą re­flek­sję.

Re­dak­tor se­rii: Adam Plusz­ka

Ko­rek­ta: Syl­wia San­dow­ska-Do­bi­ja, Elż­bie­ta Ja­ro­szuk

Re­dak­cja tech­nicz­na: Alek Ra­dom­ski

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych: Stu­dio Page Graph, na pod­sta­wie kon­cep­cji gra­ficz­nej ma­ma­stu­dio

Fo­to­gra­fia wy­ko­rzy­sta­na na I stro­nie okład­ki: © Ma­ciej Hen

Fo­to­gra­fia 1: fot. Wik­tor Szo­stak

Fo­to­gra­fie 2 i 3: © Ma­ciej Hen

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o. o. in­for­mu­je, że do­ło­ży­ła na­le­ży­tej sta­ran­no­ści w ro­zu­mie­niu art. 355 par. 2 ko­dek­su cy­wil­ne­go w celu od­na­le­zie­nia ak­tu­al­ne­go dys­po­nen­ta au­tor­skich praw ma­jąt­ko­wych do fo­to­gra­fii 1.

Z uwa­gi na to, że przed od­da­niem ni­niej­szej książ­ki do dru­ku po­szu­ki­wa­nia te nie przy­nio­sły re­zul­ta­tu, Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o. o. zo­bo­wią­zu­je się do wy­pła­ce­nia sto­sow­ne­go wy­na­gro­dze­nia z ty­tu­łu wy­ko­rzy­sta­nia zdję­cia ak­tu­al­ne­mu dys­po­nen­to­wi au­tor­skich praw ma­jąt­ko­wych, nie­zwłocz­nie po jego zgło­sze­niu się do Gru­py Wy­daw­ni­czej Fok­sal Sp. z o. o.

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, Fok­sal 17

tel./fax (22) 646 05 10, 828 98 08

biu­ro@gwfok­sal.pl

www.wab.com.pl

Skład i ła­ma­nie: ma­nu­fak­tu­ra

ISBN 978-83-7881-024-7

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Wy­daw­nic­two W.A.B.

i Mi­chał La­tu­sek / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Oko Dajana. Pingpongista Ja, deprawator Królewskie sny Błazen - wielki mąż Bruliony Profesora T. Powrót do bezsennych nocy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy