Wiadomość

Wiadomość

Autorzy: Tove Jansson

Wydawnictwo: Marginesy

Kategorie: Powieść, opowiadanie, poezja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 320

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 10.48 zł

Wiadomość to wybór najlepszych opowiadań Tove Jansson, którego dokonała sama Autorka. Tworzą one portret jednej z najbardziej twórczych artystek XX wieku.

Książka (wydana po raz pierwszy w oryginale w 1997 roku) była pożegnaniem Tove z twórczością pisarską, ostatnią wiadomością wysłaną do czytelników.
Opowiadanie to forma, której Tove Jansson najchętniej używała, a pisząc dla dorosłych, opanowała ją do perfekcji. Sławę przyniosły jej jednak głównie książki pisane dla dzieci, z kultowymi, tłumaczonymi na wiele języków, wielokrotnie wznawianymi opowieściami o Dolinie Muminków na czele. Tym razem widzimy inną Tove – która tworzy przejmującą, doskonale skomponowaną prozę dla dorosłych.
Prezentowane w tomie opowiadania, wybrane przez Tove Jansson do jej ostatniej książki, pochodzą ze zbiorów opublikowanych w ciągu dwudziestu lat (znalazły się tu między innymi stanowiące klasykę gatunku Wiewiórka i Dom dla lalek).

Pięć utworów (w przekładzie Teresy Chłapowskiej), które znalazły się w Wiadomości, są znane polskiemu czytelnikowi z książki Podróż z małym bagażem. Pozostałe, przetłumaczone przez Justynę Czechowską, będą pierwszym spotkaniem z Tove Jansson, jakiej nie znamy.

We wstępie do książki Philip Teir pisze: „Szkoda mi ludzi, którzy znają Tove Jansson tylko jako autorkę Muminków. Oczywiście chronologicznie trolle pojawiły się przed książkami dla dorosłych. Ale jeśli nie czytało się jej powieści i opowiadań, to jakby nie znało się Tove Jansson. Naprawdę. Z drugiej strony – jak miło pomyśleć, że ma się jeszcze tyle do odkrycia”.

Z Tove Jansson się nie wyrasta, wręcz przeciwnie: z czasem dorasta się do jej pisarstwa, o którym wciąż za mało wiemy – do książek adresowanych do dojrzałych odbiorców.

Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Philip Teir, Przedmowa, przeł. Justyna Czechowska

Dedykacja

Moi kochani wujowie, przeł. Justyna Czechowska

Wpaść na pomysł, przeł. Justyna Czechowska

Listy do Konikovej, przeł. Justyna Czechowska

Łódka i ja, przeł. Justyna Czechowska

Zakończenie roku, przeł. Justyna Czechowska

Rozmowa z Samuelem, przeł. Justyna Czechowska

Robert, przeł. Justyna Czechowska

Małpka, przeł. Justyna Czechowska

Czarno-białe, przeł. Justyna Czechowska

Mały letnik, przeł. Teresa Chłapowska

Historia miłosna, przeł. Justyna Czechowska

Dom dla lalek, przeł. Justyna Czechowska

Podróż z małym bagażem, przeł. Teresa Chłapowska

Rozładunek piachu, przeł. Justyna Czechowska

Listy do Klary, przeł. Justyna Czechowska

Wiosną, przeł. Justyna Czechowska

Wielka podróż, przeł. Justyna Czechowska

Sztuka w naturze, przeł. Justyna Czechowska

Wiewiórka, przeł. Teresa Chłapowska

Rysownik, przeł. Justyna Czechowska

Podróż z Konicą, przeł. Justyna Czechowska

O cmentarzach, przeł. Justyna Czechowska

Władysław, przeł. Teresa Chłapowska

Wilk, przeł. Justyna Czechowska

Moja przyjaciółka Karin, przeł. Justyna Czechowska

Listy, przeł. Teresa Chłapowska

Kobieta, która pożyczała wspomnienia, przeł. Justyna Czechowska

Podróż na Lazurowe Wybrzeże, przeł. Justyna Czechowska

Obrazy, przeł. Justyna Czechowska

Córka, przeł. Justyna Czechowska

Wiadomość, przeł. Justyna Czechowska

Przypisy

Tytuł oryginału: MEDDELANDE

Copyright © Tove Jansson 1998

First published by Schildts Förlags Ab, Finland. All rights reserved

Copyright © for the translation by Teresa Chłapowska

Copyright © for the translation by Justyna Czechowska

Copyright © for the polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2015

Przekład: TERESA CHŁAPOWSKA, JUSTYNA CZECHOWSKA

Redaktor prowadzący: DOROTA KOMAN

Redakcja: DOROTA KOMAN

Korekta: IRMA IWASZKO, DOROTA KOMAN

Projekt okładki, opracowanie typograficzne: ANNA POL

Łamanie, montaż: Agencja Poligraficzna Sławomir Zych

Zdjęcie na okładce © Per Olov Jansson

Warszawa 2015

Wydanie pierwsze

Książka ukazała się dzięki dofinansowaniu Finnish Literature Exchange FILI

ISBN 978-83-64700-94-1

Wydawnictwo Marginesy

ul. Forteczna 1a,

01-540 Warszawa

tel./faks: 48 22 839 91 27, 48 696 451 127

e-mail: redakcja@marginesy.com.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Philip Teir

Przedmowa

Szkoda mi ludzi, którzy znają Tove Jansson tylko jako autorkę Muminków. Jasne, chronologicznie trolle pojawiły się przed książkami dla dorosłych. Ale jeśli nie czytało się jej powieści i opowiadań, to jakby nie znało się Tove Jansson. Nie naprawdę.

Z drugiej strony – jak miło pomyśleć, że ma się jeszcze do odkrycia całą jej twórczość!

Jako licealista przez cały tydzień nosiłem w kieszeni płaszcza zbiór opowiadań Lyssnerskan (1971), egzemplarz wypożyczony z biblioteki miejskiej w Jakobstadzie. Pamiętam, że wyciągnąłem książkę na imprezie i przeczytałem jedno z opowiadań przyjacielowi, stojąc na schodach; padał śnieg. Musiałem natychmiast podzielić się z nim tekstami, które były jak sceny wzięte prosto z życia. To nie realistyczny poziom tekstów tak mnie ujął, wręcz przeciwnie: dziwnym sposobem Tove Jansson zdawała się mieć dostęp do naszych najskrytszych marzeń i nadziei. Nie znałem innego podobnego pisarza.

Jej twórczość kształtowała mnie jednocześnie ze sztuką, która stanowi część świata nastolatka: płytami Velvet Underground i Davida Bowie, filmami Woody’ego Allena, lekturą Kafki i Dostojewskiego.

Ale w Tove Jansson było coś szczególnego. Pochodziła z Finlandii. Zimowy smutek Högholmu w opowiadaniu Wilk był moim zimowym smutkiem. Artysta, który zakochał się w marmurowym tyłku w zabawnej Historii miłosnej, był fińskim artystą. Dziecko wyruszające ku przygodzie w opowiadaniu Łódka i ja opisywało morze i skały, które także ja widziałem.

Gdy w 1998 roku ukazał się zbiór opowiadań Wiadomość, gazeta „Hufvudstadsbladet” opublikowała tekst Łódka i ja jako niedzielną nowelę; wyciąłem go i powiesiłem nad łóżkiem. Jeszcze do niedawna tam była.

* * *

Tove Jansson przez całe życie malowała autoportrety. Zbiór opowiadań Wiadomość, który stworzyła na prośbę wydawcy, jest także swoistym autoportretem, prawdopodobnie ostatnim. Miała wówczas osiemdziesiąt cztery lata, zmarła dwa lata później.

Można powiedzieć, że Tove Jansson jako prozaiczka dla dorosłych dojrzała późno. Zajęcia Tove można by rozdzielić między kilka osób, a i tak wszyscy mieliby mnóstwo pracy. Była malarką, bajarką, rysowniczką komiksów, autorką książek dla dzieci, ilustratorką. Ilu jest szwedzkich autorów o podobnym spektrum działalności? Którzy z nich inspirują ilustracje na kubkach, japońskie komiksy, maskotki, którzy mają cały katalog imponującej sztuki współczesnej, a do tego są wartościowymi pisarzami? Nie potrafię wymienić ani jednego nazwiska.

Dzięki niezwykłej dyscyplinie udało jej się połączyć wszystkie te role, musiała jednak sporo poświęcić.

Do zbioru Wiadomość napisała osiem nowych opowiadań. O ile na początku spotykamy młodego twórcę, który pisze pełne tęsknoty listy do przyjaciółki w Listach do Konikovej, na końcu pojawia się bardzo stary artysta, który sam jest przedmiotem nostalgicznych wiadomości i oskarżeń („To Pani zamordowała Karin Boye”, „Oczekujemy jak najszybciej pani odpowiedzi dotyczącej motywu Muminków na papierze toaletowym w pastelach”).

A pomiędzy nimi znajdują się jej najmocniejsze historie. Niektóre z nich są tak wspaniałe, że chce je się pochłonąć od razu. Zauważyłem, że nadal, czytając Wilka, wstrzymuję oddech; wciąż jest tak dobry.

Richard Ford powiedział o opowiadaniach Alice Munro, że są mistrzowskie, ale niczego z nich nie pamięta. Podobne sądy wygłaszano na temat opowiadań Tove Jansson: że liczy się w nich atmosfera, a nie intryga, język, a nie wydarzenia.

Być może coś w tym jest. Ale jakże mogłoby być inaczej? Sztuka opowiadania właśnie na tym polega, by cały czas znajdować się na poziomie tekstu, nie gubiąc skupienia, pozostawić po sobie sformułowania, które kolejne pokolenia będą mogły badać z uwagą, nie niszcząc tekstu. Zdaje się, że Tove Jansson pisała swe nowele z tą samą ambicją i upartym skupieniem, z jakim tworzy chiński malarz z opowiadania Wpaść na pomysł, który w kółko maluje to samo drzewo, aż do skutku.

Nie czyta się Tove Jansson tylko dla języka, lecz także dla otoczenia, dla obrazów z Helsinek, dla ilustracji czasu. Prosta historia – jak Zakończenie roku – jest jak niewielka pocztówka z kręgu studenckiego lat trzydziestych, tuż przed wybuchem wojny. Gęsty emocjonalnie Dom dla lalek to wkład w literaturę gejowską w Finlandii, pierwsze tego typu opowiadanie.

Przede wszystkim wydaje się oczywiste, że Tove Jansson zarówno w serii książek o Muminkach, jak i tutaj przede wszystkim portretowała ludzi. Jej historie przypominają freski, które wykonała dla ratusza w Helsinkach w latach czterdziestych. Potrafi opisać wszystkie ludzkie typy: śmiesznych, zranionych, przyjaznych, zarozumiałych, wystraszonych i próżnych. Zawsze z tą samą czułością i humorem. Jej opowiadania są mniej kolektywne niż Muminki – bycie we dwoje pozostaje tu w centrum uwagi. A przede wszystkim twórczość artystyczna jako idea.

Kiedy teraz, po latach, czytam ten zbiór, dostrzegam to, co umknęło mi podczas pierwszej lektury. Na przykład epistolarna nowela Listy do Konikovej – na pierwszy rzut oka historia o młodzieńczej oddanej przyjaźni, o komunikowaniu się na wielką odległość – teraz wydaje mi najbardziej interesująca ze względu na to, co wydaje się ukryte między wersami.

Jest rok 1941. Eva wyjechała do Ameryki. Pisząca list Tove zarzuca przyjaciółce: „A zresztą, przemyśl dokładnie, dlaczego wyjechałaś, czy jesteś pewna powodu? Wydaje mi się, że tylko zganiasz wszystko na zbliżającą się wojnę, chcesz po prostu jeszcze raz wyruszyć, to Twoje odwieczne pragnienie, by iść dalej – i oczywiście bez umiaru ubolewać nad tym, czego sobie odmawiasz i czego chcesz się pozbyć. Nieprawdaż?”.

Czy młoda Tove Jansson rozumiała do końca powagę tej sytuacji?

Podstawą tekstu są prawdziwe listy do Evy Konikoff, jednej z kilkorga żydowskich przyjaciół Tove Jansson, do których pisała przez większą część życia. Nowela powstała dużo później, dopiero na potrzeby tego zbioru. Starzejąca się pisarka stawia naiwność młodzieńczych lat ponad polityczną sytuację otaczającego świata.

To w Listach do Konikovej Tove Jansson formułuje swój artystyczny manifest.

Jansson była śmiałą i przełomową artystką. Już w latach trzydziestych silnie sprzeciwiała się Hitlerowi i faszyzmowi; zbuntowała się wówczas przeciw niemieckim sympatiom i patriotyzmowi ojca. Nienawidziła wojny, była pacyfistką, ale nigdy nie chciała być uważana za artystkę polityczną, o ile „polityczną” nazywano sztukę tworzoną podług ideologicznych zasad.

„Wierzę w l’art pour l’art i to wystarczy!”, pisze do Evy. A zatem sztuka wyłącznie dla sztuki. Dalej w tym samym tekście czytamy: „Uważam, że każde płótno, nature morte, pejzaż, cokolwiek, tak naprawdę jest autoportretem!”. Widać to również w jej tekstach. Jej artyści są skupieni na tym, by znaleźć idealny środek ekspresji, jak ilustrator w Czarno-białym, którego myśli zajmują światło, cienie i techniczne sprawy, a nie społeczeństwo czy otaczające „izmy”.

Tej zimy, gdy ukazała się książka, napisałem wiadomość do Tove Jansson. Nie wiem, czy zdążyłem wówczas przeczytać ostatnią nowelę – wydaje mi się, że jednak nie, w przeciwnym razie pewnie bym się powstrzymał. Pod koniec życia Tove Jansson odpowiadała na blisko dwa tysiące listów rocznie, o czym przypomina nam ostatni tekst w książce, pokazując, jak irracjonalne stały się oczekiwania wobec niej. Wytłumaczeniem był szał na Muminki, będący konsekwencją japońskiej serii animowanej z lat dziewięćdziesiątych.

Czułem potrzebę kontaktu z nią, podobnie jak wielu czytelników Tove Jansson, szczególnie tych młodszych.

Zastanawiałem się, co robi autor, który pisze w ten sposób?

Jak udaje się zbudować takie zaufanie, że wydaje ci się, że mówi właśnie do ciebie?

Jakby Tove Jansson wyciągała do czytelników rękę ze słowami: Oczywiście, że tak jest, wiecie przecież, o czym mówię.

Niewielu pisarzy potrafi utrzymać taki bezpośredni kontakt. Oto fikcja, która przestaje być fikcją niemal po pierwszym zdaniu – to dlatego chcemy, by to zaufanie rozciągało się poza uniwersum tekstu. Dlatego wystawiamy się na pośmiewisko, jak Muminek goniący po plaży znikające koniki morskie w tomie Tatuś Muminka i morze.

Kilka tygodni po tym, jak wysłałem list do Tove Jansson, nadeszła odpowiedź. Wiadomość do mnie, którą przez długi czas ukrywałem, bo mimo wszystko trochę wstydziłem się, że napisałem do bardzo starego człowieka, który raczej nie miał czasu na pisanie do siedemnastoletniego mieszkańca Jakobstadu. Pisałem o tym, co mnie wtedy zajmowało: o Bogu, melancholii, moich własnych próbach malarskich, słowach w jej książkach, które mi się podobały – między innymi o słówku „jowialny” w prześmiesznych Listach od Klary.

Gdy czytam odpowiedź Tove Jansson, cieszę się jednak, że do niej napisałem.

11.3.98

Drogi Philipie,

Dziękuję za Twój osobisty list. Tak pięknie mówisz o moich opowiadaniach – ucieszyłam się, że włączasz w to nowele, to rzadkie. Zdaje się, że jesteśmy kolegami po fachu – choć od dawna niczego nie namalowałam.

Owszem, mnie również, na swój sposób, interesowała kwestia melancholii, w zasadzie to bardzo trudny do oddania motyw; łatwo stracić równowagę.

Ale „jowialny” – naprawdę uważasz, że to, co piszę, jest jowialne?

To straszne...

Masz rację, że czasem większość rzeczy zamienia się w chaotyczne dążenie do czegoś, o czym nie do końca wiadomo, czy istnieje.

Znam to. Ale człowiek i tak pracuje dalej, kiedyś może się to wyjaśni.

Oczywiście, mam nadzieję na mnóstwo rzeczy!

Życzę Ci udanej pracowitej wiosny.

Tove J.

Kobieta, która pożyczała wspomnienia

Klatka schodowa z zamalowanymi szybami w oknach była tak samo ciemna i zimna jak piętnaście lat temu. Gipsowe ornamenty na suficie częściowo odpadły. I dokładnie jak piętnaście lat temu pani Lundblad szorowała schody. Gdy na dole otworzyły się drzwi, podniosła wzrok i wykrzyknęła z autentyczną radością:

– Ależ to nasza panienka! Tyle czasu poza krajem! Dokładnie taka jak wcześniej; w samym prochowcu i bez kapelusza!

Stella wbiegła po schodach i przystanęła zawstydzona przed panią Lundblad; miały wiele wspólnego, ale nie przywykły do obejmowania się czy podawania dłoni.

– Jak tu znajomo – odezwała się Stella. – Droga pani Lundblad, jak rodzina? Charlotte? Edvin?

Pani Lundblad odsunęła wiadro i zaczęła opowiadać, że Charlotte nadal ma pożytek z motoroweru od panienki, ale obecnie tylko na wsi, gdzie wynajęli mały domek. A Edvin ma dobrą posadę w biurze ubezpieczeniowym.

– A pan Lundblad?

– Odszedł sześć lat temu – odparła pani Lundblad. – Odbyło się to spokojnie i bez cierpienia. Widzę, że panienka ma ze sobą kwiaty, są pewnie dla niej, dla tej w dawnym atelier panienki. Mamy czas na papierosa?

Usiadła na schodach. Ta sama marka papierosów co kiedyś. Tak.

– A panienka stała się sławna dzięki swoim obrazom. Czytaliśmy w gazecie, proszę przyjąć gratulacje od całej rodziny. Czy obrazy wyglądają jak wcześniej?

Stella zaśmiała się.

– Zupełnie inaczej, są wielkie, nie zmieściłyby się w drzwiach tam na górze! Takie wielkie! – Rozpostarła ramiona.

W tej chwili klatka schodowa wypełniła się nagle muzyką taneczną, i zaraz ją wyłączono. Stella poznała, to był Evening Blues.

– Melodia moja i Sebastiana. Ma jeszcze moje stare płyty...

– I tak jest cały czas, stary człowiek – wyjaśniła pani Lundblad, wyrzucając peta do wiaderka. – Pięć lat starsza od panienki i wciąż chodzi wystrojona jak na bal, cały czas, ale nikt jej nie odwiedza, tam jest pusto. Inaczej bywało, gdy panienka tam mieszkała! Ci wszyscy artyści biegający po schodach, to był wesoły czas. Całymi dniami pracowali, a wieczorem przychodzili tutaj, śpiewali, a panienka gotowała dla wszystkich spaghetti, a ta z góry doczepiała się i próbowała was naśladować. A później – pani Lundblad ściszyła głos – później miała zamieszkać tam na dłuższy czas, bo nie stać jej było na własne, tak, tak, a gdy panienka dostała stypendium i wyjechała, ona przejęła cały pokój. Przez piętnaście lat! Nie, nie, proszę nie tłumaczyć, co wiem, to moje. Czy panienka wie, jak nazywaliśmy atelier? Jaskółcze gniazdo! Ale jaskółki odleciały. I jak w starych przepowiedniach: gdy odlatują jaskółki, to znak, że dom przestaje być szczęśliwy. A jedna jaskółka nie czyni wiosny. No, już ani słowa więcej, to jakbym nic nie powiedziała. A teraz muszę wracać do szorowania. A, na tyłach mamy zainstalowaną windę. Czy zechciałaby panienka wypróbować?

– Może innym razem. Proszę powiedzieć, pani Lundblad, naprawdę wbiegałam po wszystkich tych schodach?

– Ależ tak, panienko, wbiegała panienka. Ale czas leci.

Na drzwiach było dużo nowych nazwisk.

Tak, oczywiście, że wbiegałam, może dlatego, że miałam na to ochotę, nie mogłam się bez tego obyć.

Przemalowano drzwi do atelier, ale kołatka z małym mosiężnym lwem nadal tam była, prezent od Sebastiana. Vanda zawołała ze środka:

– Kto tam? Czy to Stella?

– To ja, Stella.

Otwieranie drzwi trochę trwało.

– Och, kochana, jak miło – wykrzyknęła Vanda – że też znów tu jesteś! Otwieranie drzwi zajmuje chwilę, ale rozumiesz, tak się teraz porobiło, że człowiek musi być ostrożny... Łańcuch i zamek policyjny... Ale trzeba, po prostu trzeba – kradną! Dzień i noc człowiek się boi, przyjeżdżają w wielkich samochodach z plandekami, zabierają wszystko i odjeżdżają... Pusto, rozumiesz, pusto! Ale nie u mnie. Tu jest pozamykane. Na klucz. Ale wejdź, rozejrzyj się, jak sobie mieszkam! Kwiaty, jak miło...

Odłożyła bukiet i uporczywie obserwowała Stellę, to samo blade wgapione spojrzenie, nieco opuchnięta twarz. Ten sam natarczywy głos. Ściany nadal były białe, ale wszystko inne w tym niewielkim pokoju zostało odnowione i zmienione; przesadnie dużo mebli, lamp, ozdób i zasłon... Było gorąco. Stella zdjęła płaszcz. Zmienione pomieszczenie przeraziło ją, skurczyło się i zarosło niczym naga skała krzakami.

– Ależ siadaj – powiedziała Vanda. – Czym cię poczęstować? Wermutem? A może winem, tym zawsze was częstowałam, spaghetti i czerwonym winem! Zawsze czerwone wino i spaghetti! A więc wreszcie wróciłaś. Ileż to już lat – nie, nie będziemy teraz liczyć. No, więc jesteś. I wszystkie te kartki, które do ciebie wysłałam, a ty po prostu zniknęłaś, wielka artystka znika w wielkim milczeniu. Tak to już jest!

– Ale przecież pisałam – zaprotestowała Stella. – Dość długo. Ale kiedy się nie odzywałaś...

– Droga Stello, nie przejmuj się tym, nie myśl o tym, po prostu zapomnijmy. Teraz jesteś tutaj. Jak ci się podoba moje małe mieszkanko? Jest ciasne i bezpretensjonalne, ale przyjemne, nie sądzisz? Atmosfera.

– Bardzo ładne. Dużo ładnych mebli.

Stella zamknęła oczy, żeby przypomnieć sobie swoje atelier; tam stało biurko, tam sztalugi, skrzynki z cukrem... I okno na podwórze, bez zasłon.

– Jesteś zmęczona? – spytała Vanda. – Wyglądasz na zmęczoną. Masz cienie pod oczami. Teraz możesz odpocząć po tym wielkim świecie.

Stella odparła:

– Próbowałam sobie przypomnieć moje atelier. Tu było tak wesoło. Pomyśl, siedem lat młodości! Vando, jak długo wolno być młodym?

Vanda odparła ostro:

– Tobie udawało się to zbyt długo. Gwiazdko. Tak cię nazywaliśmy. Gwiazdka, pięknie, prawda? Byłaś tak naiwna, że wierzyłaś we wszystko, co mówiliśmy. Byle co.

Stella podeszła do okna, odsunęła firanę i wyjrzała na szare, całkiem zwyczajne, ale nadal fascynujące podwórze i na te wszystkie okna, i nagle przypomniała sobie:

– Tu stałam z Sebastianem. Patrzyliśmy w dal, poza dachami, na port i na morze, na cały świat, który mieliśmy posiąść, z którym mieliśmy walczyć i go zwyciężyć. To okno!

Odwróciła się do Vandy.

– Powiedziałaś, że wierzyłam w byle co. Ale przecież było tak wiele rzeczy, w które można było wierzyć. Warto było, prawda?

Zapadł zmrok, Vanda zapaliła światła za jedwabnymi abażurami. Powiedziała:

– Dobrze się bawiłaś w tym pokoju. Dobrze się bawiłaś przez siedem lat, aż do ostatniego przyjęcia, mojego przyjęcia pożegnalnego. Pamiętasz?

– Czy pamiętam! Wielkie słowa, byliśmy tacy natchnieni! To było chyba w czerwcu, słońce wstało o drugiej. Weszłam na stół i zawołałam: „Za zdrowie słońca!”. I ten Rosjanin, który siedział pod stołem i śpiewał, skąd on się wziął?

– Rosjanin? Był chyba jednym w tych, którym pozwalaliśmy być z nami, bo było nam go szkoda. Wielu ich było, zbyt wielu! Ale pozwalałam im przychodzić. Weźcie ich ze sobą, mawiałam, niech po prostu przyjdą. To moja zasada. Jeśli ma być przyjęcie, to tylko w wielkim stylu! Było nas dwadzieścia dwoje w tym pokoju, dwadzieścia dwoje. Policzyłam. To było jedno z moich najbardziej udanych przyjęć, jakie urządziłam dla przyjaciół.

Stella odezwała się:

– Jak to? Przecież to było moje przyjęcie?

– Tak, tak, jeśli tak wolisz, urządziłam przyjęcie na twoje pożegnanie, więc w tym sensie było twoje. Potem wyjechałaś porannym pociągiem.

– Tak, poranny pociąg... – Stella się zamyśliła. – Sebastian mnie odprowadził. Był piękny letni poranek... Obiecał, że przyjedzie za mną, gdy tylko dowie się, co z jego stypendium, gdy tylko znajdę atelier albo jakiś pokój, tani hotel, cokolwiek, gdzie moglibyśmy we dwoje pracować... Rzadko miał stałe miejsce zamieszkania, nasz adres miałam wysłać do Vandy... Żegnaj kochanie, dbaj o siebie! Pociąg zagwizdał i popędził w świat.

– Stello? Nie myśl już o tym moim przyjęciu. Ale chyba pamiętasz, że to ja tu mieszkałam. Mieszkałam tu. Powiedz szczerze, czy to nie ja tu mieszkałam? No, więc sama widzisz. – Vanda położyła dłoń na dłoni Stelli i mówiła dalej przyjaznym tonem: – Dziwne, jak pamięć nas oszukuje. Ale nie będziemy się tym przejmować, to normalne. Jesteś tu równie mile widziana jak wówczas. Byłaś taka pomocna, pomagałaś przy wszystkim, obierałaś cebulę, wylewałaś pomyje... I uczestniczyłaś we wszystkich wydarzeniach, byłaś naszą małą, biedną Gwiazdką... Poczekaj, winda...

Wyraźnie słyszały, jak jedzie winda.

– Trzecie piętro – wyjaśniła Vanda. – Dziwne, jak często staje na trzecim piętrze. No, we wszystkim, co się wydarzyło, wszystkim, a teraz siedzisz na swoim starym miejscu, między Ingegerdą i Tommim, a ja na kanapie z Bennu naprzeciwko. Sebastian przesiadywał w oknie. Ciągle rozmawialiście o sztuce, byliście zajęci tylko waszymi sprawami. Ilu z was zdobyło sławę, możesz mi to powiedzieć?

Stella westchnęła.

– Tak niewiele wiadomo o dawnych przyjaciołach, jak im poszło.

– Nie wiesz tego? Nikt z nich do ciebie nie pisał? Ależ Stello, biedactwo.

Stalla zapaliła papierosa.

– Wysłałam mój adres do ciebie, poprosiłam, żebyś go przekazała moim przyjaciołom.

– Naprawdę? Poczekaj, nie zapalił się, już, to dobra zapalniczka. Powinnaś używać zapalniczki, trzęsą ci się ręce, tylko trochę, tylko trochę, nie ma się czym przejmować. W każdym razie Sebastian zdobył sławę, w jakimś sensie. Ale wiesz, jak to jest ze sławnymi mężczyznami, zapominają, kto w nich wierzył, gdy jeszcze byli nikim. Nie dopijesz wina?

Stella spytała:

– Wiesz, co z nim? Gdzie mieszka?

Winda znów ruszyła, więc zamilkły.

– Czwarte piętro – zauważyła Vanda. – Zdaje się, że już czas nastawić spaghetti. Al Burro. Obecnie z parmegiano! Lubisz chyba parmegiano?

– Tak, poproszę. Nadal pracujesz w urzędzie miasta?

– Oczywiście, czekam na emeryturę jak wszyscy. Awansowałam na kierownika działu.

– Naprawdę? A co robisz poza tym? Masz to samo hobby, nadal chodzisz wieczorami na gimnastykę?

– Wieczorami? Zwariowałaś! W tym mieście strach chodzić po ulicach po szóstej!

Vanda poszła do aneksu kuchennego, żeby nastawić wodę. Nakryła do stołu.

– Chcesz obejrzeć zdjęcia Jaski?

Był to piękny album z dość słabymi zdjęciami grupy młodych ludzi, na maskaradzie, na plaży na wietrze, ze sztalugami w drodze dokądś, rozbrajające zdjęcia, obojętne dla kogoś, kogo tam nie było.

Stella powiedziała:

– To było na Hamnholmie. Stałam koło Sebastiana, miałam białą sukienkę. Widać kawałek sukienki.

Vanda zerknęła i odparła:

– Ależ to nie ty, to ktoś inny. Prześwietliło się, więc odcięłam kawałek brzegu. Używasz keczupu?

– Nie. Wiesz, gdzie jest Sebastian?

– Być może wiem. Ale widzisz, to tajemnica, obiecałam, że nikomu nie dam adresu. Cokolwiek by o mnie mówić, jestem lojalna. Zresztą to nie było na Hamnholmie, tylko Äggskär. Ciebie wtedy nie było. Pamięć człowieka jest dziwna, prawda? Niektóre rzeczy znikają, innych nigdy się nie zapomina. Czy twoje wspomnienia są dla ciebie ważne? Szczerze, zastanów się. Tamten czas, gdy było wam tak łatwo, ten pokój. Tęsknisz, prawda?

– Już nie – odparła Stella. – Woda się chyba gotuje.

Ale woda się nie gotowała, gaz się skończył.

– Tak mi przykro – powiedziała Vanda. – Wybaczysz mi!? Mogłabym zejść na dół i pożyczyć od pani Lundblad, ale ona jest taka niemiła...

– Daj spokój. Pewnie sprząta schody.

– Spotkałaś ją? Co mówiła?

– No, rozmawiałyśmy o tym i o owym.

– Ale co mówiła o mnie?

– Nic.

– Jesteś pewna?

– Tak, nic nie mówiła. Vando, tu jest gorąco, czy możemy na moment otworzyć okno?

Wiosenny wieczór wpadł do pokoju, chłodny i przynoszący ulgę.

– To okno – powiedziała Vanda. – Tu staliście i śmialiście się, ty i Sebastian. Śmialiście się z nas, tak było. Co was tak śmieszyło? Z kogo się naśmiewaliście?

Głos Vandy, głucho natrętny i nieunikniony, zdenerwował Stellę, w nagłej złości odparła:

– Z nikogo! Albo ze wszystkich, ze wszystkiego. Z czegokolwiek, bo byliśmy szczęśliwi! Patrzyliśmy na siebie i wybuchaliśmy śmiechem, to była zabawa. Czy to tak trudno zrozumieć?

– Ale czemu się złościsz? – wystraszyła się Vanda.

– Jestem zmęczona. Za dużo mówisz.

– Naprawdę? Bez sensu, nie pomyślałam. Widzę przecież, że nie czujesz się najlepiej. Zmieniłaś się. Czy coś jest nie tak? Powiedz, Stello? Usiądź na kanapie. Zdenerwowały cię te fotografie? Przecież to tylko niewinne stare zdjęcia, o które trzeba dbać!

– Tak, masz rację. Są niewinne. To atelier również było niewinne. To było miejsce, gdzie wszystko było przyjazne i oczywiste, ludzie tu pracowali i ufali sobie, było porządne, rozumiesz? Kiedy nie mogę zasnąć, myślę o atelier.

– Masz problemy z zasypianiem? To niedobrze. Bardzo niedobrze. Stello, posłuchaj mnie, nie jesteś do siebie podobna. Rozmawiałaś z jakimś lekarzem? O tym, że zapominasz... Choć może to nie takie groźne, nie myśl o tym.

– Winda! – wykrzyknęła Stella. – Znowu jedzie. Nie słyszysz, że jedzie winda?

– Czwarte piętro.

Vanda zamknęła okno i napełniła kieliszki. Mówiła dalej:

– Czasami kupował mi płyty, choć były bardzo drogie. Inni wielcy artyści też przychodzili od czasu do czasu z płytami. Nawet mała ja... Tańczyliśmy. Aż do wschodu słońca. Wiesz, co wtedy robiłam? Wchodziłam na stół, wznosiłam toast i krzyczałam: „Zdrowie słońca!”. A gdy przyjęcie się skończyło i wszyscy poszli do domu, został tylko Sebastian i ja... Stello? Nastawić muzykę? Starą płytę, dostałam ją od niego. Evening Blues.

– Nie, nie teraz.

Stellę bolała głowa, nieznośny ból w skroniach. Winda znów ruszyła, prawie na samą górę. W tym odmienionym pokoju został tylko jeden przedmiot, który poznawała: półka na książki. Wyciągnęła rękę i jej dotknęła.

– Zbiłam ją sama pewnego wieczoru – powiedziała Vanda. – Dobrze zrobiona, nie sądzisz?

Stella wybuchnęła:

– To nieprawda! To moja stara półka, którą sama zrobiłam!

Vanda opadła na oparcie krzesła, uśmiechnęła się i powiedziała:

– Ależ się przejmujesz! Jakaś stara półka. Weź ją sobie, daję ci ją w prezencie. Stello, biedactwo, martwię się o ciebie. Gdzie zgubiłaś swoje gwiezdne spojrzenie? Co się dzieje, nie możesz mi po prostu powiedzieć, o co chodzi? I znowu bierzesz papierosa. Za dużo palisz. Niezdrowo wyglądasz. Przestań, proszę cię. Nie próbuj przypominać sobie, jak było kiedyś, robisz się tylko niepewna i smutna. To było dawno; te lata dały ci się we znaki. A zresztą, co znaczy jakaś półka – nic. Pomyśl o czymś przyjemnym. Pamiętasz Tommiego? Był taki miły, lubił cię. Mawiał: „Musimy dbać o naszą małą Gwiazdkę, wszystko jej się podoba, przyjmuje byle co, jest naszym małym wiadrem z pomyjami, gdzie wszystko można wrzucić, gdzie wszystko się zmieści...”.

Stella jej przerwała:

– Nie rozmawiajmy już o tamtych czasach. Mogłybyśmy porozmawiać o tym, co dzieje się teraz. Tam na zewnątrz.

– Co masz na myśli, mówiąc „na zewnątrz”?

– Na świecie. Wielkie przemiany, wszystkie groźne i ważne wydarzenia dookoła. Mogłybyśmy o tym porozmawiać. – Widziała, że Vanda nie rozumie, więc dodała: – To, o czym czytamy w gazetach.

– Nie kupuję gazet – odparła Vanda. – No więc Tommi lubił cię. Wszyscy moi przyjaciele cię lubili, możesz mi wierzyć, i nie miało to nic wspólnego z politowaniem...

– Winda! – wykrzyknęła Stella – znowu winda!

– No i co z tego?

– Czekasz na kogoś czy boisz się?

– Czego?

– Złodziei, Vando, rabusiów, którzy przychodzą i zabierają ci rzeczy!

Vanda spojrzała na gościa i rzekła:

– Nie bądź dziecinna. Tutaj nikt nie wejdzie. – Po chwili mówiła dalej: – Przypominasz mi kogoś, kogo było nam bardzo szkoda, przychodziła tu tylko na jedzenie. Jadła i jadła, i nigdy się nie odzywała. Dziwne, jesteś do niej podobna. Biedactwo. Wszędzie za mną chodziła. I wiesz, co mi kiedyś powiedziała: Jesteś taka silna, powiedziała, jesteś jak silny prąd... Człowiek chodzi szybciej, żyje! A potem zniknęła. Nikt nie wiedział, co się z nią stało, i nikt się tym nie przejmował... Stello? Co się z tobą dzieje, niedobrze ci?

– Tak – odparła Stella. – Źle się czuję. Masz aspirynę?

– Oczywiście, natychmiast... Biedactwo, połóż się na kanapie. Tak, tak, nalegam. Okropnie wyglądasz, musisz odpocząć. Nic nie mów. Obiecaj mi, że pójdziesz na badania, to takie proste.

Nadszedł wielki sen, pokój zniknął. Natrętny głos dalej szeptał:

– Dobrze ci? Jesteś u mnie w domu, możesz zapomnieć, wyluzować się... Przychodzą, wszyscy wracają do mojego pokoju, stoją za drzwiami, czekają, słyszę ich, pozwalam im wejść, a oni mówią i mówią... Zmartwienia, zmartwienia, zmartwienia... A potem mówię ja. Całkiem szczerze, zgodnie z prawdą, trzeba być szczerym, czyż nie? Nie mam racji? Nie trzeba zbyt wiele mówić, ale przemyśleć, przemyśleć, prawda? Teraz marzniesz! Poczekaj, przykryję cię, dokładnie, aż po szyję... Nie, nie, pozwól mi się tobą zająć – czy nie mam racji? Człowiek musi mieć odwagę na szczerość.

Stella wrzasnęła:

– Zostaw mnie!

Ale koc przykrył jej twarz, a głos mówił dalej:

– Powiedziałam mu to, co myślałam, szczerze, powiedziałam, ona cię dusi, pozbądź się jej...

– Winda! – krzyknęła Stella, ucisk na chwilę zelżał, skoczyła do góry i wybiegła z pokoju.

Vanda dalej siedziała na kanapie.

– Stello? Czego szukasz?

– Torby, mojej torby.

Vanda zaśmiała się i zauważyła:

– No, ja jej raczej nie ukradłam. Pewnie gdzieś jest, zamknęłam drzwi na klucz. Siadaj, nie martw się. Opowiem ci, jak to jest. Napij się jeszcze wina. Nie? Widzisz; gdy człowiek jest w domu, w swoim pokoju, gdzie wszystko do niego należy, wszystko tam jest, wszystko, co się wydarzyło, co tu powiedziano siedzi w ścianach, otacza człowieka jak ciepła peleryna i staje się coraz gęstsze... Nie wierzysz mi? Mam dowody! Mam to nagrane. Bądź tak dobra i posłuchaj, to zrozumiesz.

Był to niezrozumiały chaos głosów i warczącej muzyki, Vanda krzyknęła:

– Słyszysz, prawda? Oto dowód. O, stłukł się kieliszek, słyszałaś...

Stella stała w drzwiach, obejmując torbę i płaszcz.

– Vando, wypuść mnie! Pozwól, że już pójdę.

– Nie idź jeszcze, proszę cię, jeszcze nie, zostań jeszcze trochę, tylko chwilę, tak dawno się nie widziałyśmy, mamy sobie tak dużo do opowiedzenia... Czego się boisz, wcale nie jest późno, ulice nie są jeszcze groźne, jeszcze długo, możesz wziąć później taksówkę, zejdę z tobą na dół i zadbam, żeby nic się nie stało... Stello? Nie musisz się bać, no wiesz, jeśli w torbie masz dużo pieniędzy, jeśli boisz się, że cię okradną...

– Już zostałam okradziona – odparła Stella. – Wypuść mnie!

Vanda podeszła do drzwi i dotknęła jej ramienia.

– Stello, chodzi o półkę? Weź ją. Z chęcią ci ją oddam. Jest mała, zmieści się do taksówki. Nie patrz tak na mnie, nie bądź niemiła...

Jej ręka zatrzymała się, Stella wzięła ją w swoją dłoń, nic nie mówiąc, czekała, aż się uspokoi. Vanda otworzyła drzwi i odsunęła się. Stella zeszła po schodach z uczuciem nagłego i beztroskiego wyzwolenia. Na półpiętrze odwróciła się, żeby pomachać, ale drzwi były już zamknięte. Usłyszała Evening Blues, ale muzyka zaraz ucichła.

Miasto spowiła gęsta mgła, pierwsza wiosenna mgła. To dobrze; to znak, że wkrótce puszczą lody.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Lato Słoneczne miasto Córka rzeźbiarza Wiadomość Zwierciadło pęka w odłamków stos Pamiętniki Tatusia Muminka 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Góra Tajget Sześć światów Hain