Chłypa

Chłypa

Autorzy: Tomasz Bilski

Wydawnictwo: self-publishing

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 5.99 zł

Heniek Chłypa zabił człowieka. Był pijany. Teraz jest trzeźwy i musi stawić czoła rzeczywistości, od której nie ma ucieczki.

Kuba, brat zabitego, ma swoje problemy z prawem. Niewiele może zdziałać będąc na warunkowym, wraca jednak w rodzinne strony, by wyrównać rachunki. Prędzej czy później znajdzie Chłypę.

1

Tomasz Bilski

Chłypa

Wydanie I

© Copyright by Tomasz Bilski

ISBN: 978-83-941231-0-9

www.shortbook.pl

www.facebook.com/shortbookpl

2

Zima okryła świat świeżą pościelą śniegu,

zabielając pola i lasy, pokrywając skrzącym

się puchem zapadłe dachy domów i stodół, dziurawe

ulice i polne drogi. Potem zima pozwoliła swej

pościeli zżółknąć i zszarzeć, jak brudzą się niezmie-

niane miesiącami prześcieradła. Świat, chowający

swe niedoskonałości pod perłowym płótnem, teraz

3

okryty był szarą, mokrą ścierką.

Heniek Chłypa wpatrywał się w boleśnie po-

wykrzywiane gałęzie drzewa na granatowym tle ga-

snącego nieba. Widział w nich coś groteskowego,

jakieś ponure, magnetyczne piękno, które napawało

go lękiem i wiedział o nim tylko tyle, że musi

się w nie wpatrywać.

- Jedziesz? – Spytał kierowca starej Skody

Favorit. Chłypa nie zauważył, gdy ten nadjechał.

Niby słyszał dźwięki; rzężenie silnika, skrzypienie

śniegu pod oponami, nawet poczuł ciepło bijące

z samochodu, nie zwrócił jednak na nie uwagi, wciąż

bezmyślnie zapatrzony w czarne gałęzie.

- Ty to Heniek jesteś wykręt, no rusz dupę!

Szeroka i płaska twarz Chłypy z pomarszczonym

czołem i rozdziawionymi ustami zwróciła się do kie-

rowcy.

- A gdzie jedziemy? – Zapytał Chłypa.

- Do braci Jojo.

4

Chłypa skrzywił się i znów spojrzał na chwilę

w stronę gałęzi. A gdyby tak być ptakiem, czarną

wroną na takiej gałęzi? Odwrócił wzrok od drzewa

i wbił spojrzenie w śnieg pod stopami.

- Adam... – zaczął – a nie możemy się sami napić?

- Daj spokój Heniek. Boisz się ich?

- Nie. – Powiedział bez przekonania. Zaczął

wiercić butem dziurę w śniegu. – Nie lubię ich.

- „Nie lubię ich” – przedrzeźniał go Adam. –

Nie zachowuj się jak dziecko, wsiadaj.

Chłypa westchnął. Ostatecznie zaschło mu w gar-

dle, a wódka to zawsze i wszędzie jest wódka,

nieważne czy z braćmi Jojo, czy bez nich. Wsiadł

do auta i ruszyli w stronę sąsiedniej wioski, mijając

stare gospodarstwa o szarych ścianach, krzywe,

zapadłe dachy, drewniane słupy podtrzymujące

kable, jak struny gitary. Wszystko to malowane

czarnym atramentem na szarym tle wieczornego

5

śniegu.

Ledwie minęli tabliczkę z przekreślonym napisem

„Wółczyce”, a na horyzoncie, pod lasem, zama-

jaczyły już pojedyncze, żółto-pomarańczowe światła

Grzędowa.

***

Duży Jojo siedział w fotelu, w ręku trzymając

pilota. Rechot, wydobywający się z głębi jego

olbrzymiej fizjonomii, bardziej przypominał

urywany wrzask niż śmiech.

- HA! HA! HA! – Jak rozkazy.

Mały Jojo nie panował nad sobą, trząsł się

pochylony do przodu, prawie wstając z krzesła i cały

czerwony na twarzy po prostu ryczał. Co innego

najmłodszy z trójki braci, Glista, który chichotał

spazmatycznie, co rusz pociągając nosem.

Każdy z nich przewyższał Chłypę przynajmniej

o głowę. Heniek, skoro o nim mowa, też się śmiał,

6

choć nic a nic nie zrozumiał z ich żartu; nie śmiać się

byłoby mu jednak głupio. Zasłaniał usta, jakby chciał

złapać coś, co chce z nich wyskoczyć. Tylko Adam

był poważny, trochę sposępniały. Wodził po

wszystkich zaczepnym, niebezpiecznym wzrokiem.

- Zdrowie – krzyknął Duży Jojo, między jednym

wrzaskiem śmiechu, a drugim.

Wszyscy podnieśli kieliszki ze stolika i wypili.

Zamilkli i można było lepiej usłyszeć muzykę

wyjącą z telewizora. Po chwili znowu zaśmiali się

krótko i skończyli, a Chłypa rozchichotał się

zupełnie, zerkając co rusz to na jednego, to na

innego.

- A ty z czego ryjesz? – Spytał Mały Jojo patrząc

Chłypie w oczy.

Chłypę obleciał strach. Nie wiedział co powie-

dzieć, wzruszył tylko ramionami i uśmiechnął się

głupio.

- Dajcie mu spokój – powiedział Adam.

7

- A co tam u braciszka? – Powiedział Duży Jojo

do Adama i ściszył telewizor. – Dalej siedzi?

- A co ma być? – Oburzył się Adam, aż zatrzęsły

się bujne loki okalające jego wąską twarz. – Siedzi.

- Długo jeszcze? – Spytał Mały Jojo, uśmiechając

się, jakby powiedział coś zabawnego.

- Chyba nie – odpowiedział Adam. – Ale nie

wiem dokładnie, nie gadam z nim.

- A gdzie siedzi? – Dopytywał Duży Jojo.

- Pytałeś się już – powiedział Adam czerwieniąc

się na twarzy. – We Wronkach.

- A może siedzi za granicą? Jak go ostatnio

widzieli to wracał z Niemiec, z niezłą kasą.

– Nie siedzi za granicą, tylko za kratami. –

Powiedział dosadnie Adam, patrząc Dużemu Jojo

w oczy. – Pamiętasz co było w Lizaku? Pobił

do nieprzytomności trzy osoby i teraz siedzi.

Duży Jojo patrzył jeszcze chwilę na Adama,

po czym pogłośnił telewizor.

8

- Wóda się skończyła – zauważył Glista. – Mamy

coś jeszcze?

Chłypa odczuł dziwny niepokój. Był już pijany,

miał jednak ochotę na więcej – jeszcze się nie dobił.

- Nie – odpowiedział Mały Jojo, spoglądając

na Adama. – Trzeba by do miasta jechać.

Duży Jojo znowu ściszył telewizor, żeby móc coś

spokojnie powiedzieć.

- Niech Chłypa jedzie. Adama mieliśmy pilnować

pod nieobecność Kuby.

- Nie puszczę swoim autem – powiedział Adam. –

On nie ma nawet prawka.

- Umiesz jeździć, Chłypa? – Spytał Mały Jojo.

- Umiem – odpowiedział Chłypa unikając kon-

taktu wzrokowego.

- No to nawet lepiej, że nie masz prawka, bo nie

masz nic do stracenia – powiedział Mały Jojo

i ryknął śmiechem.

9

- To już lepiej ja pojadę – powiedział Adam.

- Nie – zaprotestował Duży Jojo. – Niech Chłypa

jedzie, po chuj masz ryzykować?

- Najwyżej pojedź z nim – zaproponował Glista.

- Ja pojadę – powiedział niepewnie Chłypa. – Nie

martwcie się.

Adam spojrzał na niego – nie wyglądał tak źle,

a Adam sam miał już mocno w czubie i w rzeczy

samej bał się prowadzić.

- Dobra – powiedział. – Jedziemy we dwóch.

***

Jechali wąską drogą między polem, a lasem,

przedzierając spokój nocy rykiem silnika, smutnym

jak ćwiartka wódki. Żółte reflektory Skody

rozświetlały noc, ukazując zaśnieżoną drogę.

Z prawej powoli mijali czarne konary sosen i cienkie

pnie brzóz, z lewej rozpościerała się rozległa, pusta

równina, na środku której rosło samotne, potężne

10

drzewo.

- Staniesz przy Ce-Pe-eNie – powiedział Adam.

Był rozdrażniony, wiercił się, jakby coś go swędziało

pod swetrem. – Nie będziemy wjeżdżać do miasta,

po co ryzykować.

- Pewnie. – Powiedział Chłypa. Siedział blisko

kierownicy i pochylał się mocno do przodu. Dłonie

miał spocone, choć w aucie było zimno. – Ale to

jeszcze kawał drogi. Mówiłem, żeby tam nie iść.

I tak musimy sami kupić wódkę.

- Daj spokój. Zawsze już będziesz się ich bać?

Musisz się czasem postawić, pokazać jaja, walnąć

pięścią w stół. A nie, taki rozmamłany tam siedzisz

i sam nawet nie wiesz, z czego rechoczesz.

W głowie Chłypy zakotłowały się napędzane

wstydem i alkoholem myśli. Chciał coś powiedzieć

na swoją obronę, jakoś się wytłumaczyć, ale nie wie-

dział jak. Nie jest przecież mięczakiem, ciotą

ani popychadłem – choć tak się czuł. Emocje

11

piętrzyły się, niczym lawina zaczęta od małego

kamyczka. Drobne słowa i myśli mnożyły się przez

siebie, tworząc w głowie Chłypy coraz bardziej

karykaturalny i żałosny obraz samego siebie.

Atmosfera w samochodzie zgęstniała w sposób

namacalny; Chłypa wdychał napięcie o krwistym,

metalicznym posmaku, pił prosto z powietrza zgniło-

słodkawy, nienazwany lęk przed tym, co się zobaczy

w lustrze i gorzkawy gniew na wszystko dookoła,

na cały, niesprawiedliwy świat, na siebie samego.

Zeszkliły mu się oczy, i tak już przekrwione,

w których odbijała się zalodzona droga, wślizgująca

się pod maskę auta. Silnik warczał coraz głośniej,

odpowiadając gniewem na gniew, agresją na agresję.

W końcu te wszystkie zgęstniałe emocje uderzyły

Chłypę jak taran, dusząc w piersiach, mącąc wzrok.

Poczuł, że musi coś Adamowi wytknąć, odszczekać,

bo inaczej pęknie i rozpadnie się na kawałki.

- Ja nie mam brata – jęknął, wiedząc, że celuje

12

w czuły punkt. – Nie mam Kuby, za którym mogę

się schować.

- O co ci kurwa chodzi? – Adam wściekł się, pod-

nosząc głos, przechodzący na przemian z pisku

we wrzask i z wrzasku w pisk. – A za mną to kto się

chowa? Cioto zasrana! Ja ci tyle pomogłem,

a ty co? ... co ci strzeliło? ... ty do mnie tak? ... no co

tak się gapisz? ... krew mnie zaleje ...

Jasny, warczący punkcik auta, mknący przez

spokój nocy, a w środku gniew, pociski strachu

walące z ust do uszu, z uszu do duszy, z duszy do ust.

- Tylko Kuba i Kuba, a co cię to, kurwa,

obchodzi? – Adam zaczął się miotać, walnął pięścią

w schowek, który miał przed sobą. – Zaraz

go rozwalę, no aleś mnie tym wkurwił, a jak rozwalę

ten pieprzony schowek to masz przejebane,

rozumiesz? Dochodzi coś do ciebie ty cioto?

Chłypa patrzył na wykrzywiającą się, podłużną

twarz Adama, na której szalała burza brązowych

13

loków. Adam prawie płakał w swoim pijackim,

obelżywym bełkocie, zaczął mamrotać coś o Kubie,

o dzieciakach, o nienawiści, o bezsilności i para-

liżującym strachu – Czy wiesz co to kurwa znaczy?

I co ty mi gadasz? – A Chłypa patrzył tylko na niego,

czując, że przegrywa, że nie potrafi się obronić.

Chaos wewnątrz auta narastał. Mały, jasny

punkcik, jakim widać go było z lotu ptaka, z coraz

głośniejszym wrzaskiem silnika rozsadzał noc. Coraz

szybciej sunął przez śnieg i lód – pocisk żółtego

światła, zostawiający za sobą czerwoną smugę.

Adam zamarł, przełamując krzyki ciszą, a raczej

warkotem silnika, który był dla nich niczym cisza.

Spojrzał na umykające mu w zawrotnym tempie

drzewa, aż mu się w głowie zakręciło i wódka

podeszła do gardła. Chłypa starał się jechać środkiem

drogi, ale auto co chwilę zjeżdżało na boki.

Nie zwalniał, widząc, jakie zrobiło to wrażenie

na Adamie. Zarzuciło tyłem, ale Chłypa wyszedł

14

z poślizgu.

- Nawet kurwa jeździć nie umiesz. – Powiedział

Adam, próbując ukryć strach.

- Nie?! – Zawył Chłypa, nie poznając własnego,

zduszonego głosu. – To nie!

Chłypa bez zastanowienia, z czystej, des-

trukcyjnej wściekłości szarpnął kierownicą w prawo,

przechylając się całym ciałem aż na Adama. Auto

z hukiem i warkotem wskoczyło prosto w konar

jednego z drzew i zamilkło naprawdę, całkowicie,

jakby go nigdy nie było. Wysoka brzoza aż się za-

kołysała, czubkiem trącając inne drzewo, gdy jej

stopy poszarpanym uściskiem objęła Skoda.

Noc znów była cicha i tylko czarna wrona

zaskrzeczała, aż echo poniosło się po świecie.

***

Chłypa obudził się i miał wrażenie, że pas bezpie-

15

czeństwa mocno go trzyma, że wręcz przytula

go, by mu ulżyć, nie była to jednak prawda, nikt

nie chciał go wówczas przytulać. Chłypa rozejrzał

się i zaczął wyć – wyć jak zwierzę, jakby mu ktoś

nogę obcinał na żywca, jakby koszmar okazał

się jawą i w tym akurat było ziarno prawdy.

Nie mógł pojąć, co zrobił, nie mógł uwierzyć,

że to on do tego doprowadził, on sam i że to już jest

nieodwracalne, że nie da się jakoś cofnąć czasu. Cały

był w strugach krwi, pokaleczony, poobijany. Obok

niego leżało bezwładne ciało Adama, który przebił

swoją głową schowek i klęczał teraz martwy pod

siedzeniem. Krew zalała mu twarz, gdzieniegdzie

już zastygła; wciąż jednak pojedyncze krople

skapywały mu z brody.

***

- Ale masz przejebane. – Powiedział Duży Jojo,

16

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Trzy dni w domu Chłypa 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sól morza Jak być kochanym Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość