Stara baśń

Stara baśń

Autorzy: Józef Ignacy Kraszewski

Wydawnictwo: Zielona Sowa

Kategorie: Lektury szkolne

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 280

cena od: 5.84 zł

W książce zamieszczono: opatrzony przypisami tekst utworu; krótko zaprezentowane wiadomości wstępne; komentarze do tekstu na margine sach; życiorys autora; streszczenie utworu; omówienie problematyki. Ponadto wyróżniono znane cytaty i uwzględniono szerokie margines y, na których można robić notatki.

Józef Ignacy Kraszewski

STARA BAŚŃ

Wydawnictwo Zielona Sowa

Kraków

Projekt graficzny serii:

Mariusz Pająk

Ilustracja na okładce:

Zbigniew Seweryn

Opracowanie graficzne okładki:

Jolanta Szczurek

Redakcja:

Magdalena Sukiennik

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2008

ISBN 978-83-265-0096-1

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (012) 266-62-94, tel. (012) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

J.....e K........e

Z powinszowaniem Nowego Roku

przesyła

Autor

Dnia 1 stycznia 1876

Drezno

**(J.....e K.......e – Jadwidze Kuleszance.)**

TOM PIERWSZY

I

Poranek wiosenny świtał nad czarną lasów ławą, otaczającą widnokrąg dokoła. W powietrzu czuć było woń liści i traw młodych, zlanych rosą, świeżo w ciągu kilku takich poranków z nabrzmiałych pączków rozwitych. Nad strumieniami, wezbranymi jeszcze resztką wiosennej powodzi, złociły się łotocie **(Łotoć – kaczeniec; roślina z rodziny jaskrowatych.)**, jak bogate szycie na zielonym kobiercu. Wschód słońca poprzedzała uroczysta cisza. Tylko ptastwo zaczynało budzić się w gałęziach i niespokojnie zrywało się z noclegów. Już słychać było świergot i świsty, i nawoływania drobnej drużyny. Wysoko pod chmurami płynął orzeł siwy, kołując i upatrując pastwy **(Pastwa – łup, ofiara; dziś wyraz ten obecny tylko w zwrotach: stać się pastwą czegoś, rzucić kogoś na pastwę.)** na ziemi. Zawiesił się czasem w powietrzu i stał nieruchomy, a potem dalej majestatycznie żeglował. W borze coś zaszeleściało i umilkło. Stado dzikich kóz wyjrzało z gąszczy na polankę, popatrzało czarnymi oczyma i pierzchnęło. Zatętniało za nimi – cicho znowu.

Z drugiej strony słychać łamiące się gałęzie; zaszeleścił łoś rogaty – wyjrzał, podniósł głowę, powietrza pociągnął chrapami, zadumał się – potarł rogami po grzbiecie i z wolna poszedł w las nazad. I znowu słychać było łom **(Łom – tu: odgłos łamania.)** gałęzi i ciężkie stąpanie.

Spod gęstych łóz zaświeciło oczów dwoje: wilk ciekawie rozglądał się po okolicy. Tuż poza nim, położywszy uszy, pierzchnął przelękły zając, skoczył parę razy i przycupnął.

I milczenie było, tylko z dala ozwała się poranna muzyka lasów. Trąciło o nie skrzydło wiosennego powiewu i gałęzie grać zaczęły. Każde drzewo grało inaczej, a ucho mieszkańca puszcz rozeznać mogło szmer brzozy z listki młodymi, drżenie osiczyny bojaźliwe, skrzypienie dębów suchych, szum sosen i żałośliwe jodeł szelesty.

Szedł wiater, stąpając po wierzchołkach puszczy i głośniej coraz odpowiadały mu bory, coraz bliżej, silniej coraz muzyka grała pieśnią poranną. Ponad lasy płynęły zarumienione chmury jak dziewczęta, które się ze snu zerwały zbudzone i uciekały, czując, że obcy pan nadchodzi. Szare zrazu niebo błękitniało u góry, rozłacało się u dołu; obłoczki białe jak z rąbku obsłonki pościeli rozwiewał wiatr po lazurach. Słońce strzeliło promieniami ku górze. Noc uciekała. Widać było ostatki cieniów i mroków, roztapiające się w dnia blasku. Nad strumieniami i łąkami jak dymy ofiarne zakipiały pary przejrzyste, ulatując z wolna ku niebu i ginąc w powietrzu. Ukośne promienie słońca ciekawie zaglądały w głębiny, śledząc, co się przez noc rozrosło, zazieleniało, wykwitło.

Razem z szumem lasu zawtórował chór ptaków, wszczął się gwar wielki, ożyły w świetle łąki, zarośla, puszcze i powietrzne szlaki. Wracało życie. W promieniach wirowały, zwijały się, kręciły niespokojne, skrzydlate dzieci powietrza, coś szczebiocąc do siebie, do chmur i do lasów. Kukułki odezwały się z dala, dzięcioły-kowale już kuły drzewa. Był dzień.

U skraju lasu, nad rzeką leniwą, która go przerzynała, wśród gęstych drzew, gdzie cień schował się jeszcze, widać było kupkę gałęzi, niby szałas naprędce sklecony: kilka kołków wbitych w ziemię, a na nich nacięte konary jodłowe. Obok tuż było wygasłe ognisko spopielałe i kilka w nim niedopalonych głowni. Poniżej w zielonych, bujnych trawach, na sznurach do kołów poprzywiązywanych, pasły się dwa małe, grube, gęstym i najeżonym jeszcze, zimowym włosem okryte konie. Szelest jakiś w lesie znać je nastraszył, poznały nieprzyjaciela, nastawiły uszy, rozdęły chrapy, zaczęły niecierpliwie nogami kopać ziemię. Jeden z nich zarżał, a echo po lesie poniosło ten dziki głos, który się rozległ i powtórzył słabiej za łąką.

Z szałasu pokazała się głowa, cała włosami okryta długimi, zarosła rudo. Dwoje oczów ciemnych skierowało się naprzód ku koniom, potem ku niebu, ruch się dał słyszeć pod gałęziami. Wkrótce potem, rozgarniając je, wydobył się spod nich człowiek słusznego wzrostu, krępy i barczysty. Długim leżeniem i snem skostniałe wyciągnął członki, ziewnął, strząsnął się, popatrzał na niebo, potem na konie. Te, zobaczywszy go, z wolna zaczęły się zbliżać ku niemu. Nadstawił uszu bacznie. Nic słychać nie było... prócz szumu lasu, śpiewu ptastwa, mruku strumienia.

Człowiek wyglądał dziko, włos bujny, poplątany spływał mu kudłami na barki i osłaniał niskie czoło, tak że oczy wprost spod nich patrzały. Reszta twarzy także była zarosła, ledwie część policzków, zarumienionych snem i chłodem, dobywała się spod wąsów i brody, wśród których ust prawie znać nie było. Sukienna, wełniana, gruba odzież brunatnego koloru okrywała mu ramiona, pod szyją spięta na guz i pętlę. Nogi miał też suknem i skórą poobkręcane, a stopy obwite nią i opasane sznurami. Spod rękawów sukni krótkich dobywały się ręce silne, włosem okryte i opalone. Twarz miała wyraz przebiegły, na pół zwierzęcy, pół człowieczy, zuchwały razem i ostrożny. Oczy biegały żywo. Ruchy ciała zręczne i silne nie dawały wieku odgadnąć, choć młodość już pozostawił za sobą.

Postawszy chwilę, mężczyzna wrócił ku szałasowi i nogą silnie kopnął w ścianę jego, nie mówiąc słowa.

Poruszyło się coś żywo za gałęźmi i wnet spod nich wypełzło chłopię, wydobyło się zza liści, zerwało rześko na nogi. Wyrostek mógł mieć lat z piętnaście, krzepki był i nieco do starego podobny. Twarz mu jeszcze nie porastała, włosy miał krótko ucięte, odzież grubą a wyszarganą, z sukna i płóciennych chust złożoną. Na nogi wstawszy, oczy przetarł kułakami. Ledwie miał czas resztę snu z powiek opędzić, gdy starszego głos, chropawy, w mowie dziwnej, obcej, której na tej ziemi nikt, oprócz nich dwu, nie rozumiał, zawołał:

– Gerda, do koni, słońce weszło!

Usłyszawszy ten rozkaz, poparty lekkim potrąceniem w plecy, chłopiec zbiegł ku koniom, odwiązał sznury, skoczył na grzbiet jednemu z nich i poprowadził je o kilka kroków dalej, gdzie trochę piaszczystego, suchego brzegu do wody przystęp dawało. Na piasku widać też było ślady kopyt koni, które już tam wprzódy napoju szukały. Konie zaczęły pić chciwie. Chłopię siedzące na jednym ziewało, z ukosa poglądając ku staremu, który około szałasu się krzątał, mrucząc coś sam do siebie. Byłali to poranna modlitwa?

Na ostatek konie, napojone, podniosły głowy i jak zadumane słuchały lasów szumu. Chłopak je sznurem pognał ku szałasowi. Tu już nagotowane leżały suknem i skórką poobwijane juki, które stary począł na konie zarzucać i przywiązywać. Milczący pomagał mu wyrostek. Na grzbiety koniom zawieszono sukno grube i skóry. Gdy wszystko było w pogotowiu, stary wlazł jeszcze pod szałas i po chwili wyszedł z niego uzbrojony. U pasa miał siekierkę jak młot grubą, krótki nóż w pochwie skórzanej, na plecach łuk, przez drugie ramię procę i krótką pałkę drewnianą, krzemieniem nabijaną, którą przed sobą uczepił na koniu. Chłopak też ściągnął swój oręż z ziemi, nóż do pasa i siekierkę, którą do ręki wziął, lekko na grzbiet konia wskakując. Starszy się jeszcze obejrzał na noclegowisko, patrząc, czy czego nie zapomniał na nim, rękami popróbował sakiew na grzbiecie powiązanych i konia swego pod kłodę poprowadziwszy, skoczył nań zręcznie.

Już mieli ruszyć z miejsca i starszy się rozglądał, aby wybrać drogę, gdy z gęstwiny naprzeciw, rozgartując ostrożnie leszczynę i kaliny, niepostrzeżona, po cichu wysunęła się głowa ludzka. Ciekawie, zrazu z jakąś obawą, dwoje oczu jasnych przypatrywało się podróżnym. Zza gałęzi widać tylko było włos płowy, co je otaczał, młodą twarz, ledwie zarostem pokrytą, białe zęby w ustach, na pół podziwieniem otwartych.

Podróżny tymczasem ku słońcu poglądał i na bieg rzeki. Ponad jej brzegami drogi żadnej śladu widać nie było. Zdawał się chcieć upewnić, czy ma ją przebrnąć, czy z nią, czy przeciwko niej się puścić. Konie rwały się już do pochodu niecierpliwie, obrócone na wschód łbami. Starszy pomyślał trochę, oczyma łąkę zmierzył, trzęsawiska i bór, potem zwrócił się na piaszczyste wybrzeże, kędy konie pojono. Tu stanąwszy, myślał pewnie, czy bród znajdzie, bo oczy utopił w wodzie, jakby mierzył jej głębinę. Byłby teraz i tę głowę mógł dojrzeć w krzakach, co go szpiegowała, ale się ostrożnie schowała, tylko gałązki opadły i drżały. Powoli konie wchodziły w wodę, która tu nie była grząską ni głęboką, zanurzyły się po brzuchy, zdawało się, że popłyną, ale tuż się znalazła ława piaszczysta i oto już brzeg drugi. Obaj podróżni wylądowali szczęśliwie, ledwie pomoczywszy nogi.

Drugim brzegiem, wyższym nieco i suchszym, wygodniej kroczyć było, choć tuż, tuż, za gęstwiną coś szeleściało dziwnie. Zwierz spłoszony, myślał podróżny.

Naokół oprócz noclegowiska śladu człowieka nie dostrzegło oko. Bór, jak go stworzył Bóg, ku niebu wyrosły bujno, pnie grube, jak słupy proste, oschłe z gałęzi od dołu, u góry w zielone wieńce ubrane. Gdzieniegdzie zwalona burzą kłoda, na pół przegniła, pół z kory opadła, pogięte od wichru wyrostki i poschłe od zgrzybiałości, mchami jak futrem na starość odziane olbrzymy.

Jechali. Na wzgórzu coś bielało nieopodal. Pod dębem leżał kamień wyżłobiony jak misa, nad nim drugi stał, gruby i niezgrabny. Ręka niewprawna wyrzeźbiła na nim ludzką twarz straszliwą, czapką okrytą u góry. Starszy wstrzymał się trochę, zobaczywszy znak u drogi, obejrzał niespokojnie dokoła i mijając go, splunął nań z pogardą.

W tej chwili świst się dał słyszeć dziwny z krzaków i drzewce ze strzały utkwiło na piersi, w grubej sukmanie starszego. Ledwie poczuwszy pocisk, nie wiedząc jeszcze, czy do broni ma się brać, czy do ucieczki, obracał głowę, gdy chłopak krzyknął. Druga strzała utkwiła mu w nodze. A z lasu dał się słyszeć śmiech, śmiech dziki jakiś, straszny, niby wycie zwierzęce, niby okrzyk człowieka. Zachichotało, rozległo się, zamilkło. Sroka siedziała na kamieniu, na czapce i podniósłszy skrzydła, krzyczała, śmiechowi wtórując, a miotała się, jakby i ona groziła.

Konie, głosami tymi podżegnięte, przyspieszyły kroku, ale nieprzyjaciela już ani widać, ani słychać nie było. Cisza panowała nad lasami, drzewa tylko uroczyście szumiały.

Starszy mężczyzna kłusował naprzód, konia pędząc skoro, chłopak, który strzałę wyszarpnął z nogi, spieszył za nim, pochylony na szyi swojego. Przebiegli tak stai **(Staje – dawna miara długości i powierzchni gruntu.)** kilkoro, aż nie słysząc nic, nie widząc pogoni, zwolnili kroku. Starszy się dopiero obejrzał na chłopca, ze zbladłą twarzą, z zaciętymi usty, z wytrzeszczonymi oczyma przylgłego do konia. Nie miał nawet czasu od strzały tkwiącej w piersi się uwolnić. Przebiła ona sukno i znać uwięzła w ciele, bo choć w szybkim biegu ugięła się i opadła ku dołowi, trzymała się jeszcze. Tu dopiero, na polance, konia ściągnąwszy, starszy obejrzał się na strzałę i zręcznie ją pocisnąwszy, choć syknął z bólu, wydobył, obejrzał ciekawie i do skórzanego na plecach worka wsunął. Strzała miała z kości białej wyrobione ostrze cienkie, na którego końcu widać było krwi kropelkę.

– Pioruny by w nich biły i burze! – zawołał, warcząc, rudy. – Gdzieś się w krzakach znalazło oko, co podpatrzyło i pomściło za bałwana! Tyś ranny w nogę, Gerda?

Chłopak z oczyma jeszcze obłąkanymi trwogą, milcząc, na nogę skaleczoną wskazywał. Rana jego głębsza była, bo płachty nie wstrzymały strzały.

– No, nic to, jedna strzała polańska – zamruczał starszy – oni ich nie zatruwają. Obawiałem się, aby ich tam więcej nie było. Znać jeden rozbójnik, niestraszny. Nie ważył się, zobaczywszy, żeśmy zbrojni, ale może nawołać innych, narobić wrzawy. Uchodzić trzeba.

Spojrzał na słońce.

– Trzymaj się konia, a puść go za mną. Spieszyć trzeba, żeby nas w tym nie zaskoczyli lesie, póki nie dojedziemy do znajomych. Z południa na miejscu będziemy.

Chłopak milczał, starszy coś mruczał jeszcze, ku górze patrzał, konia sznurem ściągnął i polecieli gęstwiną, nad brzegiem się ciągle trzymając, bez drogi. Rzeka gościniec znaczyła.

Puszcza wciąż dzika, niezamieszkała, milcząca. Raz z dala na wodzie postrzegli jakby głowę ludzką, z ciemnym, przylgłym do niej włosem, i dwoje rąk wiosłujących około niej. Lecz gdy się tętent dał słyszeć, znikła, wir tylko było widać nad powierzchnią wody. Minęli ją i wyszła znowu z głębiny. Na włosach czarnych dokoła opleciony był wianek z łotoci. Oczyma strzelała za nimi. Trochę dalej czółno maleńkie jak łupinka ślizgało się, płynąc z biegiem, ponad nim białą chustę widać było. Gdy tętent dał się słyszeć, znikła płachta na dnie i czółenko jak wąż wsunęło się między trzciny, łozy, wiszary **(Wiszary – zarośla, gąszcz.)**, których tylko wierzchy się chwiały. Kilka kaczek zerwało się przestraszonych, wyciągnęły szyje, sznurem leciały gdzieś dalej, plusnęły i padły.

Podróżni wciąż biegli brzegiem, to szybciej, to wolniej. Dwa razy konie poili zmęczone i jechali dalej bez spoczynku, a słońce też podnosiło się coraz wyżej, grzało coraz mocniej. Choć w lesie świeżo było i chłodno, od łąk i piasków zalatywał oddech gorący.

Nie zmieniła się okolica – bór ciągle szumiał nad rzeką. Gdzieniegdzie w piasku między pagórkami świeciło jeziorko – szerzej rozlewały się wody, to ściskały wśród parowu. Mieniały się tylko drzewa, sosny i jodły, potem zielonych liści brzozy i lipy, i osiki, i dęby, na pół jeszcze śpiące, a głuche na wiosnę. Gdzieniegdzie żółtawą ławą leżał piasek, to kępiasta trzęsawica, którą okrążać musieli. Przed nimi z dala pomykał zwierz, z łąk pierzchały całe stada łosi i jeleni, dobijając się do lasu, na którego kraju stawały, patrzały jeszcze ciekawie i gnały dalej, znikając im z oczów. Naówczas łomot stad spłoszonych konie straszył i pędziły żywiej, stuliwszy uszy, póki sił stało.

Gerda ciągle ręką chwytał za nogę zranioną, czuł, że mu krew ciekła jakby ciepły sznurek, wijący się aż do stopy, i w skórzanym obuwiu zbierała się u nogi, czerwonymi kroplami sącząc **(Sącząc – powinno być: sącząc się; częste opuszczanie zaimka zwrotnego się jest cechą charakterystyczną stylu Kraszewskiego.)** szparami chodaka. Ale skarżyć się nie śmiał, zawijać rany hubą z drzew lub liśćmi, co by krew zatamowały, nie było czasu. Starszemu też trochę krwi pokazało się między palcami ręki. Otarł je o końską grzywę, nie troszcząc się o to. Rozpatrywał się wciąż po okolicy, dawniej znać sobie pamiętnej, jakby szukając miejsca do spoczynku. Lecz nierychło, nierychło zwolnili biegu.

Tu rzeka, płynąc nizinami równymi, szerzej się rozlewała wśród błot świeżą zielonością okrytych. Ze wzgórza nagiego, na którym stali, widać było łąki i trzęsawiska, wśród nich moczary i jeziorka mnogie, opasane gajami. Kilka strumieni zbiegało się tu z borów ku rzece. Las, wśród którego stanęli, wypalony był i zeschły na znacznej przestrzeni. Gąszcze, co go podszywały, spłonęły do szczętu, daleko więc w głąb jego sięgnąć było można okiem i dojrzeć nieprzyjaciela.

Tu starszy z konia się zsunął, rzucił go, nie patrząc i legł na ciepłym piasku, obu rękami pot kroplisty ocierając z czoła. Zmęczony był; piersi mu się podnosiły, a że krwawymi palcami dotknął twarzy, i ją też sobie całą okrwawił.

Ujrzawszy to, chłopak uląkł się i krzyknął.

– Co ci to, Gerda? Czyś ty mężczyzna? Czy się matka twoja omyliła, że ci nie wdziała chust i spódnicy? Kropla krwi, a tyle strachu i wrzasku?

Chłopak mu dopiero wskazał na własną twarz jego.

– Nie o moją mi strach – rzekł – choć skórznie **(Skórznie – miękkie obuwie skórzane.)** mam jej pełne, ale o waszą. Twarz, ojcze, macie we krwi całą.

Starszy na ręce swe popatrzył, rozśmiał się tylko i nic nie odpowiedział. Gerda tymczasem, na ziemi siadłszy, nogę ranną rozzuł i począł czyścić obuwie, potem ranę ocierać i okładać hubą. Stary patrzał na to obojętnym okiem.

W milczeniu dobyli potem z sakiew suszone mięso i placki, które starszy na ziemi rozłożył. Poszedł się wprzód obmyć w wodzie i dłonią jej do ust zaczerpnąć. Gerda za jego przykładem zwlókł się też do wody. Siedli jeść w milczeniu. Konie na chudej trawie leniwie się pasły.

Z lasu wyleciała sroka. Uwiesiła się na suchej gałęzi nad głową starego, pochyliła ku niemu i krzyczała. Zdawała się zagniewana, trzepała skrzydłami, podlatywała coraz bliżej, wołała coś, jakby na gwałt zbierając drugie. Nadciągnęła w pomoc wtóra i trzecia i wrzaskliwie to podlatywały, to przysiadały się przy nich. Stary, który się chciał zdrzemnąć, zniecierpliwiony, łuk napiął i strzelił. Nie ranił żadnej, zerwały się z krzykiem, zawirowały w powietrzu i wróciły krakać nad nimi. Gerda z głową zwieszoną, na rękach sparty, nad końmi czuwał. Las milczał, niebo było czyste, owad tylko, wywołany słońcem do życia, brzęczał, gromadami unosząc się w powietrzu.

Po krótkim spoczynku na konie siedli znowu. Stary się do chłopca zwrócił:

– O strzałach, o krwi, o niczym ani słowa tam... Najlepiej, byś nie mówił nic i niemego udawał... Niemcami oni nas tam zowią, choć my ich język rozumiemy. Słuchaj, co gadać będą, zda się to zawsze, ale udawaj że ci ta mowa obca. Tak lepiej – milczeć.

Spojrzał nań, czekając, by mu Gerda oczyma odpowiedział. Jechali dalej a dalej. Słońce już się z wolna spuszczać zaczynało ku zachodowi. Brzeg rzeki wyniosły coraz się zniżał, wilgotniejsze otaczało ich powietrze, cień zalegał boru ściany, gdy w dali, nad zaroślami, pokazał się słup dymu siny. Stary, zobaczywszy go, drgnął z radości czy niepokoju, chłopak też weń oczy wlepił i zwolnili koniom biegu.

Dokoła się las rozlegał stary, wysoki, gęsty, a łąka nad rzeką zwężała, płynącą ścieśnionym korytem. W prawo otwarła się łąka, dokoła zasiekami drzew zrąbanych otoczona. Poza nią z szałasów jakichś, chałup z drzewa i chrustu, opasanych tynami **(Tyn – wał z drzewa i ziemi tworzący ogrodzenie o charakterze obronnym.)** wysokimi, dobywał się ów słup siny.

Zbliżając się ku budom, coraz je lepiej rozeznać można było. U brzegu podniesionego trochę rzeki stały w prostokąt, szczelnie zewsząd zamknięte. Od łąki odgradzały je kłody drzew i tyny, pokopane doły i powbijane pale. Na jednym z nich tkwiła zawieszona biała, od deszczów wypłukana, od słońca zwapniała czaszka końska. Dachy pokryte były kawałami dartymi drzewa, wiszarem i gałęźmi, ściany w słupy z chrustu plecione. W pośrodku tylko z kłód ogromnych w zrąb zbudowana wznosiła się chałupa-dwór, do której szopy wkoło przytykały, z nią razem obejście tworząc, w środku którego małe znajdowało się podwórze.

Dojeżdżając, rudy podróżny zwolnił koniowi biegu, oczyma szukając, czy kogo nie zobaczy. Nie widać było żywej duszy. Wahał się jeszcze, jak dać znać o sobie, gdy u brzegu rzeki, na ogromnym, zbłąkanym tu od wieków kamieniu ujrzał siedzącego starca, który niepostrzeżony, od dawna go śledził oczyma. Ubrany był cały w bieli, nic nie mając na sobie, oprócz odzieży z płótna grubego. Nogi miał bose, głowę siwą, nieokrytą. Ogromna, długa do pasa broda piersi mu osłaniała. Biały, wysoki kij trzymał w ręku. Koszulę na wierzch włożoną i do kolan spadającą obejmował pas czerwony. Żadnej zresztą nie miał ani ozdoby, ni broni. U nóg jego dwa psy leżały do wilków podobne, zaczajone, przypadłe do ziemi, oczyma krwawymi wiodące za podróżnymi. Drgały, leżąc i czekając, kiedy się rzucą. Twarz starca spokojna była i poważna, ogorzała, ze skórą jakby spękaną, tak ją fałdy i marszczki pokryły całą siecią gęstą. Nad oczyma siwymi dwa krzaki bujnych brwi sterczały najeżone. Suchą szyję, którą obnażoną widać było spod koszuli, jak twarz pokrajaną, brunatną, niby węże sine oplatały żyły pod skórą nabrzmiałe.

W chwili gdy podróżny starca zobaczył, ten właśnie na psy zawołał groźno, ręką im wskazując w tył, za siebie, a kij podnosząc do góry. Podróżni stanęli, rozglądając się ciekawie.

– Pokłon wam, stary Wiszu – rzekł, z konia nie zsiadając, podróżny, uchyliwszy tylko głowę – pokłon wam. Każcie waszym psom do zagrody, boby nas porozdzierały, a my starzy znajomi i dobrzy przyjaciele, choć nie swoi, a nie wrogi.

Słowa te powoli wyrzekł starszy łamaną mową Serbów nadłabiańskich **(Serbowie nadłabańscy – Serbowie połabscy, szczep słowiański osiadły między Salą, Odrą i Górami Sudeckimi.)**, usiłując przybrać postawę i twarz uprzejmą.

Stary patrzał, nic jeszcze nie odpowiadając. Na psy naprzód zakrzyczał groźno, aby szły precz, ukazując im zagrodę, bo warczały i zęby szczerzyły, patrząc na przybyszów, i coraz to się ku nim targały. Nie chciały odchodzić. Gospodarz huknął w dłoń. Na głos ten zza tynu ukazała się ostrzyżona głowa parobczaka, który rozkaz zrozumiawszy, psy zawołał, wpędził do obejścia i zamknął za nimi wrota. Słychać je było szczekające i wyjące w szopie.

– Zdrów bywaj, Hengo! Cóżeście to znowu tak daleko w nasze lasy zawędrowali? – rzekł gospodarz.

Rudy, powoli z konia zlazłszy i dawszy go chłopcu, który na swoim pozostał, zbliżał się z wolna do starego.

– Ha, po świecie się tak człek włóczy, ciekaw zobaczyć, jak tam gdzie ludzie żyją – począł mówić – przy tym też jakaś zamiana zrobi się może. Lepiej w spokoju mieniać, czego u jednych zbytek, a drugim brak, niżeli napadać zbrojno, a z życiem razem wydzierać. Ja, wy wiecie, człowiek spokojny, zaopatruję, komu czego trzeba... aby żyć.

Stary się czegoś zadumał.

– Nie bardzo u nas mieniać jest na co. Skór i futer dosyć pewnie u siebie macie, bursztynu u nas niewiele. Myśmy też nie zwykli bardzo do rzeczy, które wozicie, swoim się radzi obchodzić. Igła z ości tak szyje, jak żelazna.

Popatrzał stary na ziemię i znowu się sobie zadumał.

– Zda się to przecież, co ja wożę – mówił powoli Hengo. – A skąd byście wzięli wszystko, co się z kruszcu robi, gdybyśmy wam tego nie dostawili? Do Winedy **(Wineda, Wineta – według Adama z Bremy, historyka kościołów północnych z XI w., starożytne miasto słowiańskie nad ujściem rzeki Odry. Helmold, kronikarz z XII w., mówi o Winecie jako o przeszłości.)** daleko.

– Albo to kości, rogu i kamienia nie dosyć – rzekł stary Wisz, wzdychając. – Był czas, że się ludzie tym obchodzili i dobrze im z tym było. Jakeście wy i drudzy wędrowni podwozić zaczęli swoje błyskotki, niewiasty nam popsuliście, chce im się ziarnek świecących na szyję i iglic gładkich, i guzów, i wszystkich tych zabawek, bez których teraz żadna nie stąpi. Nic by to nie było – ciągnął dalej, patrząc więcej w ziemię niż na przybyłego kupca – ale wy, wy dróg się do nas uczycie, tajemnice nasze wywozicie stąd i tak samo przyjść może napaść, jak przyszły świecidła.

Hengo po kryjomu błyskiem oczów bystrym zmierzył starego Wisza i rozśmiał się:

– Próżna to obawa – rzekł – nikt o napaściach nie myśli. Ja nie jeżdżę cudzego podpatrywać, ale swoje mieniać. Wy mnie przecie znacie, nie pierwszy raz jestem u starego Wisza. Ja przyjaciel wasz, żonę miałem z waszej krwi, serbską córkę, a z niej oto tego chłopca, który choć języka waszego nie umie, przecie w nim trocha tamtej krwi zostało.

Wisz, który na kamieniu siadł, a na leżący naprzeciw drugi wskazał Hendze, pokiwał tylko głową.

– Żonę mieliście Serbkę znad Łaby – odezwał się – mówiliście mi o tym. Ale jakeście do niej przyszli, hę? Pewnie nie po jej woli?

Rozśmiał się Hengo.

– Starzy jesteście – odparł – wam tego mówić nie trzeba. A gdzie to na świecie niewiast się o ich wolę pytają? Gdzie się inaczej żonę bierze, jak ręką zbrojną? Tak jest u was, u nas i na całym świecie, bo one woli nie mają.

– Nie wszędzie – wtrącił stary. – Młodym woli nie dają, a stare u nas szanują. Choć im rozumu odmawiają, przecie duchy przez nie mówią i wiedzą one więcej niż my... te wiedźmy **(Wiedźma – kobieta „wiedząca”, odczytuje znaki i wróżby, potrafi przepowiadać przyszłość.)** nasze.

Potrząsł głową. Milczeli chwilę.

– Na noc was o gościnę proszę – odezwał się Hengo. – Co mam z sobą w węzełkach, pokażę. Zechcecie co wziąć, dobrze, a nie będzie zgody, nie pogniewamy się o to.

– O gościnę prosić nie trzeba – zawołał Wisz, wstając – kto raz spał pod dachem naszym, zawsze ma pod nim spocząć prawo! My wam radzi. Kołacz i piwo, i mięso się znajdzie, baby strawę wieczorną już warzą. Chodźcie ze mną.

Wisz wstał z kamienia i przodem go wiodąc, ku wrotom się skierował.

II

Gdy stary, na kamieniu siedząc, rozmawiał z przybylcem z tej ziemi, którą krajem „niemych”, języka narodu nieznających, zwano, zza tynu i zagród głów ciekawych zaczęło się ukazywać mnóstwo.

Rzadkością to było, ażeby w taką lasów głębinę i puszcz wnętrza docisnąć się śmiał obcy człowiek. Więc gdy się ukazali ludzie i konie nieznane, a parobczak począł psy zamykać, co żyło w zagrodzie, choć z dala i przez tynu wierzchołki, przez płotów szpary, biegło się dziwić obcemu. Widać było białe chusty niewiast zamężnych, włosy dziewcząt z wiankami zielonymi, głowy mężczyzn z długimi włosy i postrzyżone parobków, i dziecinne oczy przelękłe spośród gęstych kudełków, którymi się im czoła jeżyły. Podnosiły się one nagle i niknęły, ukazywały i pierzchały. Stare nawet baby, drżąc, wyglądały zza płota, a że się obcego lękały, rwały trawę i ziemię, rzucając je na wiatr, i pluły przed się, aby im jakiego nie rzucił czaru.

Stara Wiszyna, a imię jej było Jaga, zobaczywszy, że się wiodą ku wrotom z gościem rudym, wystąpiła, usta zakrywając fartuchem, naprzeciw mężowi, dając mu gwałtowne znaki, aby z nią pomówił na osobności. Już się do wrót zbliżali, które im otwierać miano, gdy im zastąpiła drogę.

– Po co tu obcego, Niemca, wiedziecie? – szepnęła wylękła. – Możnaż to wiedzieć, co on z sobą niesie? Jakie on uroki rzucić może?

– Ten ci to sam, Hengo znad Łaby, co to naszyjniki przywoził i szpilki, i noże; przecie się nam nic nie stało. Nie ma się go co obawiać, bo kto za zyskiem goni, temu czary nie w głowie.

– Źle mówicie, stary mój – odparła Wiszowa – gorsi to ludzie od tych, co z nożami i maczugami napadają. Ano, wola twoja, nie moja.

I szybko ustąpiła, mrucząc, nie oglądając się już za siebie, aż weszła do dworu wewnątrz zagrody. A że na inne niewiasty, w podwórku po kątach poprzytulane, skinęła, pierzchnęły wszystkie, chowając się, gdzie która mogła. Parobków tylko kilku i dwu synów gospodarza zostało.

Hengo wszedł, rozglądając się trwożliwie, choć męstwem nadrabiał. Chłopak jego, z konia nie złażąc, z nim wjechał w podwórze. Ludzie wszyscy stali, patrząc na nich ciekawie i szemrząc między sobą. Wisz prowadził do świetlicy.

Chata w zrąb na mech budowana, stara, w pośrodku się wznosiła wyżej nad inne szopy. Drzwi do niej wiodły z progiem wysokim, ale obyczajem starym bez zamku żadnego, bo ich nigdy nie zawierano. Z sieni w lewo była izba wielka. Tok w niej ubity gładko, posypany był zielem świeżym, w głębi ognisko z kamieni stało, na którym nigdy ogień nie gasnął. Dym się dobywał z niego przez nieszczelny dach ku górze. Ściany i belki, i wszystko szkliło się od niego czarno. Dokoła przy ścianach ławy na pniach były przymocowane. W rogu stał duży stół, a za nim dzieża do mięszania chleba, białym płótnem okryta. Nad nią wisiały wianki już poschłe i wiązki różnego ziela. Na stole, ręcznikiem szytym zasłanym, chleb też nadkrojony leżał i nóż przy nim mały. U drzwi, na ławie stał ceber z wodą i czerpakiem. W kącie, w głębi widać było żarna małe i kilka bodni **(Bodnia, bednia – kubeł drewniany, duża dzieża drewniana.)** chustami poosłanianych. Niewielkie okno, zasuwane wewnątrz okiennicą, stało teraz otworem, tyle światła wpuszczając, ile go do rozpatrzenia się w izbie było potrzeba.

Gdy Wisz i Hengo przestąpili próg, stary podał rękę gościowi i pokłonił mu się, mówiąc, a zarazem wskazując:

– Oto chleb, oto woda, oto ogień i ława. Jedzcie, pijcie, ogrzejcie się, spocznijcie, i niech dobre duchy będą z wami.

Hengo się niezgrabnie pochylił.

– Błogosławieństwo temu domowi! – odezwał się, krztusząc. – Niech go choroba omija i smutek.

To mówiąc, na ławie przysiadł, a Wisz, ukroiwszy chleba kawałek, rozłamał go z nim i do ust podnosząc, zjadł, co też i obcy uczynił.

Trwało to chwilę. Gość już był uroczyście przyjęty i pozyskał prawa pewne. Niewiasty się nie ukazywały, ale że na cudzoziemca przez szpary patrzeć musiały, znać było z tego, że szepty i stłumione śmiechy dolatywały do uszu jego.

– Teraz – odezwał się Hengo po chwili – kiedyście mnie przyjęli w gościnę, póki jeszcze dzień jasny, pokażę wam, co wiozę z sobą. Niech oczy widzą, że zwodnictwa nie ma, a jest popatrzeć na co!

Stary nic nie mówił. Ruszył się tedy ku drzwiom; jeden z czeladzi do szopy go poprowadził, gdzie już konie z chłopcem stały. Gerda spoczywał, na drzewie siadłszy, ciekawie się rozglądając i przysłuchując. Sakwy przy nim na ziemi leżały. Hengo ujął z nich dwie i z taką siłą i zręcznością zarzucił je sobie na ramiona, jakby unikał pomocy obcej lub chciał się popisać ze zręcznością. Przez podwórze też niosąc je, umyślnie zdawał się stąpać lekko i zwinnie, jakby wcale obarczony nie był. Pochyliwszy się nieco we drzwiach, wszedł do dworu i tu przy okienku, około ławy szerokiej, sznury rozplątywać począł.

Chłopcy domowi ciekawym go otoczyli kołem. Z wielką wprawą i zręcznością Niemiec sakwy otworzył, pomyślał chwilę i obejrzawszy się ku staremu, zaprosił go ku sobie.

– Ale cóż to? Wy sami tylko – odezwał się – a niewiastom waszym ani nawet oczów nacieszyć nie dozwolicie? Jam już człek niemłody, mnie też ani się wstydzić, ani lękać nie macie powodu.

Wisz zawahał się nieco, potem ręką dał znak i sam podszedł ku drzwiom bocznej komory. Tu stara Jaga na straży stała, drzwi sobą zapierając, ale nie pomogły groźby jej i obawy, gdy stary gospodarz dał swobodę, niewiastki i dziewczęta tłumnie wpadły do izby. Pędziła je ciekawość, a strach hamował i zaledwie wparły się do świetlicy wąskimi drzwiami, poczęły nazad uciekać. Pierwsza, co rudego Niemca oczy spotkała, krzyknęła i cofnęła się, za nią jak pierzchliwe stado pobiegły inne. Śmiechy, szepty i łajania Jagi razem zmieszane słyszeć się dały.

Hengo tymczasem, klęcząc przy ławie, dobywał z sakiew coraz coś nowego, ukradkiem ku drzwiom spoglądając. Oczy jego tam i sam ciekawie biegały, choć udawał, że tylko towarem swym jest zajęty. Lękając się i pragnąc, walcząc ze strachem i ciekawością, dziewczęta jak woda na jeziorze, to się ode drzwi na izbę posuwały, to cofały nagle, jakby do komory nazad uciekać chciały. Niemiec, którego bystre oczy najwięcej siały trwogi, coraz mniej na pozór zważał, co się tam za nim działo, niby nie widział, niby się nie zajmował niczym, tylko towarem, który na ławie rozkładał.

A było go podostatek, świecił i porywał oczy. Leżały naprzód igły długie do spinania chust, misternie się zamykające, a posplatane tak z kruszcu jasnego, jak gdyby plecione były ze lnu lub wełny. Niektóre z nich miały guzy błyszczące, inne poplątane były jak łodygi kwiatów, gdy zwiędną. Do wyboru było dosyć. Leżały dalej naszyjniki bogate, obwieszane blaszkami, kółkami i dzwoneczkami. Hengo je sobie do szyi przykładał, nic nie mówiąc, a pokazując, jak się na suknie bogato i pięknie wydawały. Jedne naszyjniki plecione były jak dziewcząt kosy, inne gładkie, z mocnego kruszcu, szyi od pocisku i strzały bronić mogły. Na długim sznurze cała kopa może kolców kruszcowych wisiała, nanizanych jak obwarzanki, które na rękach noszono. Były większe i mniejsze, i takie, co wężem rękę niewieścią aż do łokcia opasać mogły. Drugie, dla mężczyzn przeznaczone, mocniejsze były i grubsze. Pierścieni też miał Hengo do wyboru bogactwo wielkie, kowanych i plecionych, wyrzynanych mądrze i ozdobnie.

Dla mężczyzn powabniejsze były siekierki, długie noże z pochwami, dłuta i kliny, na ramiona kładzione kręgi, których ani miecz, ani strzała przebić nie mogła. Te gdy na ławę wykładać począł, rzucili się chciwie parobcy, aż oczy im do nich zaświeciły i ręce zadrżały. Stary Wisz nawet przystąpił bliżej, a temu, z pochwy skórzanej wydobywszy go, podał Hengo mieczyk błyszczący, wykrojony jak liść kosaćca, u pięści piękną rękojeścią opatrzony. Gospodarz w prawą go rękę ująwszy, uśmiechnął się, rad przypatrując się ostrzu, które od słońca świeciło.

– Lepsze to – zawołał, śmiejąc się, Hengo – od waszych starych kości i kamieni! Więcej wytrzyma, lepiej broni i wnukom służyć będzie! Czy człowieka, czy zwierzę dzikie, byle prawica silna, zmoże; a doma też tym wiele zrobić potrafi, kto umie.

Gdy to mówił, a męski sprzęt ów ukazywał parobkom, niewiasty się powoli, jedna drugą naciskając, zbliżyły tak, iż prawie głowami nad ławą zawisły, pożerając oczyma spinki, pierścienie, naszyjniki i kolce.

Hengo ostrożnie zwrócił na nie oczy. Wszystkie odziane były w bieli; przecież wśród czeladzi i służby rozeznać było łatwo między nimi dwie hoże niewiastki **(Niewiastka – tu: synowa.)** gospodarza i dwie córki jego, w zielonych wiankach, z kosami długimi. Grubszym płótnem okryta czeladź z tyłu się trzymała.

Z dwojga dziewcząt jedna, ta, która najbliżej stała, piękną była tak, że i między najcudniejszymi mogła otrzymać pierwszeństwo. Lice też miała bielsze i mniej opalone, znać może więcej siedząc za tkackimi krosnami, niż po polu biegając. Biała i rumiana, z usty różowymi, wielkie oczy szafirowe wlepiała z kolei w pierścienie, to w cudzoziemca, to nimi wodziła po siostrach i braciach. Lecz wzrok się jej nie palił do tych błyskotek. Ręce trzymała na piersiach złożone, a śmielej rozglądała się niż towarzyszki. Na białej koszuli jej spływał sznur nieforemnych obłamów bursztynu, do których niebieskie i czerwone ziarna się mieszały. Na głowie ruciany wianuszek świeży zieleniał wesoło. Twarze innych śmiały się dziecinnie, jej lice smutno i poważnie patrzało. Między wszystkimi zdawała się panią.

Hengo parę razy spojrzał ku niej; dziewczę zarumienione cofnęło się nieco, lecz wnet, odzyskawszy śmiałość, na pierwsze miejsce wróciło. Niemiec wziął nieznacznie z ławy jeden z pierścieni i na palcu go potrzymawszy przeciw oknu, wyciągnął ku dziewczynie.

– Niech to będzie mój gościniec za gościnę – rzekł, podając go pięknej córce Wisza, która zmieszana, dumnie spoglądając, cofnęła się i potrząsnęła głową.

– Przyjmijcie go, on wam szczęście przyniesie – rzekł Niemiec.

Nie mówiąc nic, nie posuwając ręki, dziewczyna cofnęła się powoli. Ojciec na nią spojrzał, potrząsła głową i skryła się za inne. Hengo więc podał go drugiej siostrze, która zapłonąwszy mocno, rękę wyciągnęła fartuszkiem okrytą i podarek z radością przyjęła. Wnet bratowe i czeladź skupiły się około niej, aby to cudo oglądać. Szybko pobiegły z nim do komory, do matki. Słychać było szeptanie długie, jakby gniewne, a po chwili wyszła obdarowana, w końcu fartuszka niosąc zawinięty kawałek bursztynu ciemnego. Spojrzała na ojca, który głową skinął, i nic nie mówiąc, na ławie go przed Niemcem położyła.

– Weź to – rzekł Wisz – nam się za gościnę podarków brać nie godzi.

Z uśmiechem Hengo zabrał bursztyn, obejrzał go i wpuścił do worka, który miał pod suknią. Nim to jednak uczynił, splunął nań nieznacznie, aby czary odpędzić.

Wisz zamyślony stał, na kiju się oparłszy, nóż obejrzany położył i milczał posępnie. Chłopaki szeptały między sobą, to biorąc ostrożnie z ławy siekierki i noże, to je z żalem nazad składając. W oczach ich łatwo czytać było, że się im tych skarbów chciało, ale gospodarz jeszcze się był nie odezwał, a bez niego nic się tu nie działo. Był głową domu i panem. Woli swej nikt tu nie miał, jeśli on mu jej nie podał. Hengo, co miał pod ręką, rozłożywszy, patrzył zwycięsko po otaczających.

Niewiasty wróciły, parobczaki stały, milczenie panowało w izbie. Wtem oczy starego padły na coś leżącego wśród innych ozdób na ławie, czego znać nie widział w życiu. Był to świecący krzyż z uszkiem do noszenia na szyi. Błyszczał tak jakoś, że oczy wszystkich zwrócił na siebie.

– A to co jest? – zapytał stary, wskazując.

Hengo, zdaje się, że dopiero teraz postrzegł, iż go wydobył, i pochwycił skwapliwie.

– A, to?! – zawołał zmieszany. – To jest znak dla ludzi innej wiary niż wasza, który im szczęście przynosi...

– Namże on by nie przyniósł szczęścia? – zapytał Wisz.

Hengo zamilkł i schował go do worka. Nastąpiła znowu chwila milczenia. To schowane tak szybko godło tajemnicze obudzało ciekawość, lecz Niemiec już się z nim ukrył.

– Trudno się temu oprzeć – odezwał się gospodarz – kiedy samo co pod dach przychodzi, a do życia pomóc może. Za dawnych czasów ledwie u księdzów **(Ksiądz – pierwotnie pan, kneź.)** i żupanów **(Żupan – u dawnych Słowian naczelnik terytorium (żupy) zamieszkiwanego przez większą liczbę rodów, piastujący to stanowisko z wyboru.)** coś podobnego widzieć było można, teraz i my, kmiecie, ważyć się na to musimy. Nie wyjdzie z domu dziewka, żeby jej do wiana nie dać kolców i szpilek.

Skinął na starszego syna, poszeptał mu na ucho; wyszło ich zaraz dwu z izby. Wisz na ławie siadł i po jednemu odkładać począł, co dla siebie i swoich chciał zatrzymać. Wybrał piękny miecz liściasty, siekierek kilka, młotków, nożyce, kilka pierścieni, dwa naszyjniki z wisiadłami. Myślał i liczył, czy tego będzie dosyć.

Wtem Hengo zdjął z ławy dwa chrzęszczące naramienniki i podniósł je do góry.

– Staremu Wiszowi by się to zdało – zawołał – i przystało!

– Po co? – rzekł gospodarz. – Chyba, aby mi synowie włożyli do mogiły. Na wojnę iść już nie myślę, na to są chłopcy dorosłe, a doma, co mi po tym?

– Rzekliście: do mogiły – odezwał się Hengo – niech was bogowie długo chowają, ano, i do grobu to wziąć nie szkodzi, wszak ci u was zwyczajem, że na stos się ubiera i zbroi, jak takiemu bogatemu kmieciowi przystało.

Stary ręką zamachnął w powietrzu.

– Co mi tam! – rzekł. – Chcieć i brać łatwo, ale co dać za to? Nie bardzośmy zapaśni.

– Jużcić choć bursztyn i skóry macie, bo wam tu do morza bliżej, a i w ziemi go tu kopiecie.

Wisz patrzał na drzwi, skąd się powrotu synów spodziewał. Ukazali się też wkrótce oba, jeden dźwigając wór duży, drugi na plecach niosąc pęk spory skór różnych, powiązanych pyskami. Rozłożono je na ziemi, Niemiec chciwie w worku grzebać zaczął, aż mu oczy błyszczały. Wydobywał po jednemu bryły mułem i ziemią okryte, gdzieniegdzie jasnymi obłamy połyskujące. W tych zdawał się świecić jakby zamknięty płyn jakiś, który stężał i zmarzł na kamień. Skóry też zwierza zabitego zimą włosem świeciły lśniącym, a gdy Niemiec palcami ich próbować zaczął, nic mu w nich szerści nie pozostawało.

Dopiero się targ rozpoczął, milczący, bez słowa, Hengo odkładał, co mieć pragnął, stary głową trząsł i odrzucał. Razy kilka tak liczono skóry i to, co na stole leżało, ważono w rękach kawały bursztynu, ujmowano i dodawano. Wisz, to Niemiec trzęśli głową. Jeden, to drugi coś ustępował, jeden narzucał, to drugi. Szło to powoli, niekiedy przestankami dzielone długimi, w ciągu których umowa zerwaną się zdawała. Hengo niby swój towar chciał pakować, chłopcy skóry brać zaczynali. Ociągano się z tym jednak, aż nareszcie Hengo rękę wyciągnął i stary w nią uderzył dłonią. Zgoda zawartą została. Wisz zagarnął, licząc, swój nabytek i natychmiast rozdzielać go począł wśród powszechnych oznak radości. Ściskano go za kolana. Dwór cały odezwał się wykrzykami. Niemiec wiązał skóry i pakował bursztyny. Pot mu ciekł z czoła, napił się wody i usiadł na ławie.

– Patrzcież no – odezwał się gospodarz – ileśmy to wam dać musieli, a wiele od was bierzemy! We dwie garście się to zmieści. Czemu wasze ma być takie drogie, a nasze takie tanie?

Hengo uśmiechać się począł.

– Naprzód – rzekł – tom ci ja niemal stawił życie, wioząc wam tu towar do dworu. Niezdrowo to przedzierać się lasami. A to, co ja wożę, tego ziemia nie rodzi ani ludzie robią, ale duchy po pieczarach mieszkające, które małych człowieczków mają postać. Oni aż do wnętrzności ziemi za tym kruszcem wdzierać się muszą. Taki człowiek, jak ja, wiele światu przejechać musi, zanim się do nich dostanie i cokolwiek wyprosi. Ani dzień, ani dwa, ale miesiące i lata wędrować trzeba, nim się człowiek do nich dobije. Życie się stawi co dzień i od dzikiego zwierza, i od obcych ludzi, którzy radzi złupić podróżnego. Choć się rzeki i góry, i parowy zna, często się zbłądzi, głodem przymrze, nie dośpi, a rad, kto wyjdzie ze skórą całą. Co za dziw, że dużo wziąć potrzeba? Wam w las pójść za zwierzem, którego u was pełno, to zabawka, bursztyn samo wyrzuca morze albo ziemia rodzi.

Wisz milczał, słuchając. Parobcy i synowie rozstąpili się ku ognisku i w głąb świetlicy, każdy chwaląc tym, co otrzymał. Niewiasty, szepcząc, kryły się w komorze i jedna tylko córka gospodarza, piękna Dziwa, w przymkniętych drzwiach wyglądała ciekawie.

Rozmawiali powoli, słuchano ich pilnie.

– A jeśli wam tak ciężko i niebezpieczne – mówił stary – po co wędrujecie? Macie swoją chatę i pole?

Hengo brwi namarszczył:

– Dlaczego wy na łowy idziecie, choć zwierz bywa dziki? Człowiek się rodzi do swojego życia i odmienić go nie może. Nie tyle za bogactwami goni, co za dolą swoją, która go w świat pędzi. Narody całe płynęły nieraz kędyś ze wschodu, ze starych siedzib na nowe. Albo to im tam ziemi brakło? Tak i mnie duch mój włóczyć się każe.

– A dużoście już świata zjeździli? – zapytał Wisz.

Hengo się uśmiechnął.

– Tak dużo, że nie zapamiętam, z ilu rzek piłem wodę, przez wiele gór wierzchołkim się przedzierał. Widziałem dwa morza, a języków, którem słyszał, nie zliczę, a ludzi różnych...

– Przecież ze wszystkich narodów naszych pono najwięcej – odezwał się stary. – My, Polanie, rozmówić się możemy i z tymi, co u Odry, i co nad Łabą siedzą, i z Pomorcami, i z Ranami **(Rany – plemię zamieszkujące wyspę Rubię, prawdopodobnie lutyckie.)** na Ostrowiu, i z Serby **(Serby – Serbowie (Sorbowie) połabscy.)**, i z Chrobaty **(Chrobaty – Chrobaci, mieszkańcy Chrobacji, krainy umieszczanej najczęściej na terenie wschodniej Galicji, Małopolski, północnych Moraw i Czech lub północnego podkarpacia.)**, i Morawiany, i aż do Dunaju... i dalej. A któż policzy... jest nas jako gwiazd na niebie.

– Hm – mruknął Hengo – i nas też niemało.

– A ziemi też dla wszystkich dosyć – dokończył Wisz. – Każdy u siebie doma ma, czego mu trzeba: ziemię matkę pod nogami, słonko nad głową, wodę w strumieniu, chleb w rękach.

Hengo słuchał milczący.

– Tak ci jest – rzekł – przecie jedni drugich nachodzą i z głodu, i z chciwości, i dla niewolnika, gdy go zabraknie.

– Dzieje się tak u was – przerwał stary – my wojny nie pragniemy ani w niej smakujemy. Nasi bogowie pokój miłują, jako my.

Niemiec się skrzywił.

– Kto wam tu co zrobi? – mruczał. – Kraj szeroki, pustynie, łatwo by wejść, ale wynijść trudno.

– Myśmy też – rzekł Wisz – od was się nauczyli bronić i wojować, bośmy tego dawniej nie znali. Prawda, że tam, u zachodu, wasze duchy lepszy oręż kują, ale i nasz kamień stary i pałka niczego.

– Myśmy już o kamieniu zapomnieli – odezwał się Hengo – pogrzebaliśmy stare młoty po mogiłach i już ich prawie nie widać. Nie zdał się już teraz kamień, gdy o kruszec łatwo, a ludkowie nasi po pieczarach coraz więcej go znoszą.

– My też mamy go od morza i lądu, z różnych stron przywożonego – ciągnął Wisz. – Przecie dzieci uczymy kamień szanować, bo go pierwsi bogowie pokazali, jak obrabiać, praojcom naszym. I każdemu do grobu wkładamy młot, siekierę bożą, kamienną, aby się u swoich bogów nią wyświadczył, kim jest i skąd idzie. Inaczej by go nie poznali. A będzie tak na wiek wieków i u wnuków naszych.

Hengo słuchał z zaciekawieniem. Wtem stary podniósł się z ławy i sięgnął ręką na półkę, ponad dzieżę chlebną, gdzie rzędem leżały młoty i siekiery kamienne, pooprawiane w drzewo i powiązane mocno. Ujął ich kilka w rękę, pokazując Niemcowi.

– Po dziadach, pradziadach myśmy je odziedziczyli – mówił – biły one ofiary bogom i łby wrogom, i zwierzom rogi. Gdyby nie kamień, nie byłoby człowieka i życia. Z kamienia powstał człowiek i kamieniem żył. Z niego wyszedł ogień pierwszy, żyto kamień starł na mąkę – i błogosławiony jest. Wasz kruszec zjada woda i ziemia, i powietrze, a kamienia nieśmiertelnego nic nie pożre.

To mówiąc, młoty swe z poszanowaniem na półce położył.

W ciągu rozmowy niewiasty służebne koło ogniska się kręciły, rozpalając je. Przez drzwi od komory otwarte dozorowała je Jaga. Pracowały z nimi niewiastki i córki, tylko Dziwa w wianku, z założonymi rękami z dala się temu zachodowi przypatrywała. Najmłodszą była w domu, najpiękniejszą i najukochańszą, a pieśni najśliczniejsze śpiewała. Matka ją najciekawszych baśni uczyła, ojciec najstarszymi podaniami karmił. Wiedzieli wszyscy, że ją duchy nawiedzały, że w snach szeptały jej o tym, o czym nikt, ani ojciec, ani matka, ani siostry nic nie wiedzieli. Kto chciał wiedzieć przyszłość, jej pytał: pomyślała, popatrzyła, powiedziała. A pieśni się u niej rodziły tak, jak na wiosnę nad strumieniem kwiat. Gdy na rozstajach i u świętych zdrojów ofiary składano, nikt tam nie przodował, tylko ona jedna, i szanowali ją wszyscy, a z młodzieży nikt nawet spojrzeć na nią nie śmiał zuchwale. Wszyscy wiedzieli, że ją sobie duchy wybrały za oblubienicę. Dlatego gdy drugie siostry i bratowe same w las się iść lękały, tam gdzie duchy latają, unosząc się nad strumieniami, nad jeziory, nad górami i wąwozy, Dziwa szła śmiało, wiedząc, że się jej nic złego nie stanie, że niewidzialna ręka zwierza i wilkołaka odegna, smoka i węża nie dopuści.

U ogniska warzyła się i piekła wieczerza, a że gość był w chacie, dostatniejsza niż powszednio. Ćwierć kozłowa obracała się u ogniska, w wielkim garncu warzyło mięsiwo z krupami. Jaga też zawczasu w cebrzyk drewniany utoczyć kazała piwa, jeden z chłopców przyniósł miodu, który tylko dla gości dawano. Znać było dostatek w domu, bo i nabiału nie brakło, zwierzyny, kołacza i chleba.

Wszystko to na stół zniesiono, a Wisz skinieniem gościa zaprosił, sam siadłszy w rogu, gdzie jego miejsce było. Niżej na ławach synowie, a niżej jeszcze parobcy. Dziewki i niewiasty, nie śmiejąc usiąść z mężczyznami, służyły. W milczeniu zabrano się do mięsa, palcami go odrywając, tylko Hengo, noża na skórzanym pasku dobywszy, dla siebie krajać go zaczął. Na ten obcy zwyczaj dziwnie patrzano, bo krom **(Krom – oprócz.)** chleba dużego, wszystko się palcami brało i jadło. Postawiono przed siedzącymi garnuszki i czerpaczki z wodą, piwem i miodem. Wisz zlał trochę na ziemię. Głodny podróżny raczył się i popijał do syta, a nierychło mu na myśl przyszło, iż dziecko głodne w szopie przy koniach zostawił. Szepnął więc coś staremu Wiszowi, który głową pokiwał.

– Jedzcie spokojnie – rzekł – nie zapomną o nim. U nas obyczaj nie tylko o panu pamiętać, ale i o sługach, a gdybyście psy mieli z sobą i te by głodu nie zaznały. Zwierzęta też, którym bogowie mowę odjęli, kto wie, co w sobie noszą? Przecie naszą mowę rozumieją, w życiu nas strzegą, a po śmierci żałują.

Mówił to, właśnie patrząc na psy swoje, które dobywszy się z zamknięcia, gdy zwietrzyły wieczerzę, wcisnęły się do chaty i pod stół, kości gryząc, które im rzucano.

Słońce się miało ku zachodowi, gdy najadłszy się i napiwszy, Wisz wstał. Tuż za nim wszyscy z ław ruszyli. Podniósł się i Hengo. Miejsce opróżniając dla niewiast, wyszli na podwórko z chaty.

Stary, na kiju się opierając, Niemca z sobą powiódł ku rzece, dawszy mu wprzód sakwy zrzucić w szopie, bo się nazajutrz do dnia w drogę wybierał. Siedli znowu oba na tych samych kamieniach nad wodą. W łozach śpiewały słowiki, nad błotami zwijały się czajki krzykliwe i niespokojne, w lesie kukułka coś liczyła po jednemu, a na moczarach bąk kiedy niekiedy, jak stróż na czatach, hukał z daleka. O kilkanaście kroków od nich dwa bociany, których gniazdo na szopie widać było, wieczorną odbywały przechadzkę, dziobiąc żabki przestraszone.

III

Pomilczawszy chwilę, Wisz spojrzał na Niemca.

– Dostaliście się tu szczęśliwie, a dalej dokąd myślicie?

– Dokąd? – z wolna powtórzył, jakby nie chcąc się z tym zdradzić, co zamierzał, Hengo. – Dokąd? Ot, sam dobrze nie wiem. Wy tu na znacznej przestrzeni sami ze swoimi siedzicie i panami jesteście. Ja, żem tu już raz się kiedyś zabłąkał, przywlókłem się i teraz. Dalej puszcza, iść choćby za rzeką, obłąkać się łatwo, a na złych ludzi trafić gromadę, którzy z życiem nie puszczą. Po lada jakich chałupach w lesie tłuc się nie myślę, pożytku z tego mało, ale... toć też gdzieś nieopodal kneź **(Kneź, knez – naczelnik, odpowiednik gockiej nazwy kuning.)** wasz siedzi. Gdyby do jego grodu nad jeziorem nie było daleko, puściłbym się.

Wisz brwiami siwymi ruszył, a ręką w prawo, nie mówiąc nic, pokazał.

– Jestże ci kneź na grodzie nad jeziorem, a do niego w dzień niespełna stanąć łatwo. Kneź, kneź! – powtórzył z przekąsem. – Ten kneź już sobie prawa do wszystkiej naszej ziemi rości, po wszech kniejach poluje, a ze swymi zbrojnymi ludźmi czyni, co chce. To srogi człek, jemu się w paszczę dostać – jak wilkowi głodnemu. Ano, i na wilki ludzie sposoby mają.

Niemiec zmilczał.

– Wasz ci to kneź, nie obcy – rzekł po chwili. – Trzeba przecież, żeby naród miał głowę i wodza, a co by począł, gdyby go wróg naszedł?

– Niech nas od tego bogi bronią – mówił stary. – My to wiemy: póty naszej woli, dopóki pokoju. Przyjdzie wojna, z nią iść musi niewola. A kto z wojny skorzysta? Nie my, ino kneź nasz i jego słudzy. Nam wróg chaty popali, bydło zajmie, oni niewolnika nabiorą dla siebie i łupu. Tyle z tego, że nam dzieci poginą; a kto padł w wojnie, temu i mogiły nie usypią, krucy ciała rozniosą.

I westchnął.

– Pan to jest mocny, ten, co na grodzie siedzi? – spytał Hengo.

– Bogi mocniejsze od niego – mruczał Wisz – a i gromada silną bywa. Ja nie wiem więcej, dań mu daję, jaką każe, i znać go nie chcę; ani jego, ani całego ich Leszków plemienia.

– Wyście u siebie panem – dorzucił, pochlebiając, Hengo.

– A pewnie – rzekł Wisz. – Gdybym nim tu nie miał być, toć są jeszcze ziemie puste, poszedłbym, jak ojcowie chadzali, z moimi gdzie indziej, gdzie wojna nie dochodzi i niewola. Zaorałbym nową granicę wołami czarnymi i siadł.

Jakiś półuśmieszek szyderski Niemcowi się po ustach przesunął i dodał:

– Hej no! Gdybyście mi rozpowiedzieli, a ukazali drogę do Gopła a do stołba **(Stołb – murowana wieża w dawnych grodach.)** kneziowego! Kto wie? Powlókłbym się jeszcze zobaczyć i tego świata trochę.

Gospodarz pomyślał nieco.

– Czemu nie! Próbujcie szczęścia – rzekł. – Z waszych tam już niejeden bywał, niejednego też może znajdziecie. Kneź ma żonę z niemieckiego kraju, po niemiecku rad rządziłby nami.

Wstał stary z kamienia.

– Słońce nie zaszło jeszcze. Macie dobre nogi? – zapytał. – Pójdziemy za las, na górę, skąd świata widać niemało. Stamtąd wam drogę ukażę łatwo. Chcecie za mną?

Niemiec, który łuk i procę zostawił we dworze, prawie będąc rozbrojony, zawahał się nieco.

– Tak? Z rękami gołymi? – spytał.

– Jam tu na mojej ziemi – odparł stary obojętnie – mnie tu zwierz nawet szanuje. Innej broni nie potrzebuję – dodał, róg wyjmując z zanadrza – nad tę jedną. Gdy się głos rozejdzie po lesie, zrozumieją.

Szli więc razem. Od strumienia lekko się podnosząc ku górze, zielona łąka wiodła ich ku lasom. Stary wśród zasieków znalazł przełaz i ścieżkę. Wprędce byli już wśród ciemnej gęstwiny, a tu Wisz jak w domu, choć nigdzie śladu drogi żadnej nie było, kierował się, nie patrząc prawie. Hengo drapał się za nim. Milczeli, idąc oba. Wzgórze niezbyt wyniosłe, z wolna, nieznacznie wspinało się, lasem okryte. W zaroślach ptastwa mnóstwo zlatywało z gałęzi, na których się już noclegować zabierało. Zdawały się gniewne na starego gospodarza, że ich spokój zakłócił. Mignęły sine skrzydła kraski, sroczka w białej spódniczce podniosła się, gderząc, podlatując, przysiadając i zrywając się przed nimi, aby ich łajać, przeprowadzając dalej. Spod drzewa, u którego czatował, mignął lis żółtym ogonem, zawinął się i znikł, wsunąwszy do jamy. Na gałęziach pomykały wiewiórki, ledwie dojrzane, tak zwinnie skakały z jednego wierzchołka na drugi. Stary po drodze podnosił głowę ku barciom, bo ich tu pełno było na drzewach. Reszta pszczół spóźnionych wracała z łąk, niosąc plon, cisnąc się do nich przed rosą, aby im skrzydła nie ociężały.

Szli tak coraz głębiej, a Niemcowi, nienawykłemu do pieszej wędrówki, za starym trudno było nadążyć. Wtem las się rozstąpił, polanka trawą bujną zarosła wierzch wzgórza okrywała. Wśród wielkiej, płaskiej przestrzeni wznosiła się sypana mogiła, z której widok rozlegał się na okolicę, jak oko sięgnąć mogło. Wspaniały był i wielki. Wisz, stanąwszy tu i oglądając się po swej ziemi, mógł się czuć panem. Hengo, spojrzawszy na niezmierną przestrzeń, u nóg swoich rozłożoną, stanął zdumiony i widocznie rozradowany. Dolina, którą mieli u stóp swoich, była w większej części lasami okrytą. Zachodzące słońce jaskrawym blaskiem ją oblewało, promienie czepiały się wierzchołków drzew, gdzieniegdzie odbijając się w złotych jeziorach i przeglądając – między drzewy i łąkami – we wstęgach rzek.

Patrząc nań z góry, rzekłbyś, że cały kraj ten, cały świat zarastała puszcza jedna, szeroka jak morze i jak morskie równiny siniejąca w oddaleniu. Jak fale też kołysały się bliższych drzew wierzchołki. Wśród tej ciemnej zieleni jodeł i sosen, gdzieniegdzie młodych, złocistych lip i brzóz, i majowych łąk zieloność się przebijała. Dalej ściśnięte drzewa już oku nic widzieć nie dopuszczały nad wierzchołki, nad które mało starszych samotnie strzelało ku górze. Głuchy szum zaledwie chwytało ucho. W dwóch tylko miejscach sinego dymu słupy wznosiły się ku górze, niezgięte żadnym wiatru powiewem. Na widnokręgu pasami długimi rozścielały się do snu mgły wieczorne. Wisz wskazał Niemcowi w prawą stronę.

– Tam... w końcu dnia z końmi waszymi dostaniecie się łatwo. Trzymajcie się ciągle rzeki, a minąwszy do niej wpadające strumienie, szukajcie brodu i przejedźcie na drugą stronę.

Chciał mówić dalej, gdy ucho jego, do chwytania i rozumienia najmniejszego szelestu nawykłe, coś z dala uderzyło. Zatrzymał się, głowę spuścił i słuchał. I Hengo też w dolinie pochwycił jakiś oddalony tętent głuchy, który się zdawał przybliżać. Wiszowi twarz się zachmurzyła, ręką pokazał na kierunek i spytał:

– Rozumiecie? A teraz – dodał – chodźmy, boję się, czyśmy wilka nie wywołali z lasu. Tętent słyszę. Jeżeli jedzie kto, to chyba kneziowscy słudzy, utrapiona zgraja, która nigdy z próżnymi nie odchodzi rękami. Smerdowie **(Smerdowie – tu: poddani knezia, słudzy kneziowscy.)** jego i posłańcy. Po co? Wiedzą chyba oni sami. Dokąd? Nigdzie, jak do Wisza, u którego miód stary stoi.

Stary poruszył się z żywością prawie młodzieńczą i nie patrząc już prawie na Niemca, posunął się tąż samą drogą w dół, którą na górę wchodzili. Lecz teraz pędził żywiej i przesunąwszy się przez las, spoza ostatnich drzew ujrzeli rychło zieloną łąkę, a na niej brzegiem rzeki posuwających się pięciu konnych, na których Hengo ciekawie zwrócił oczy.

Przodem jechał dowódca, parami za nim czterej inni. Łatwo w pierwszym poznać było starszego. Koń pod nim roślejszy i pokaźniejszy ubiór odznaczał kneziowego sługę. Był to barczysty chłop, z włosami długimi, które mu gruby kark okrywały. Na głowie miał czapkę ze sterczącym przy niej piórem białym. Odzież na nim z sukna jasnego, obszycie miała czerwone, u boku miecz sterczał w pochwie, na plecach łuk nad głowę się podnosił i łubiany **(Łubiany – wykonany z łubu, tzn. twardej kory drzewnej, najczęściej lipy.)** wór na strzały. Jadący za nim w rękach trzymali toporki, zbrojni też w łuki i proce, obwieszeni sakwami. Wisz, zobaczywszy jeźdźców, jak noc się zachmurzył. Porwał róg zza koszuli i trzy razy prędko raz po razu zatrąbił, do chaty znać oznajmując o nadjeżdżających.

Gdy głos ten się dał słyszeć, jezdni na koniach poruszyli się żywiej i pierwszy z nich obejrzał dokoła, szukając sprawcy. Mógł już z brzegu rzeki, nad którą jechał, zobaczyć Wisza, a ten też niezwłocznie pospieszył na przełaj ku niemiłym gościom.

– Ej, gadziny przeklęte! – mruczał, idąc. – Smoki nienasycone! Smerda pański! Bodaj ich razem obu pioruny ze skóry darły! – Odwrócił się do Niemca. – Wam to na rękę, bo was pewnie i wasze sakwy ze sobą zabiorą, ale mnie?

Hengo nie okazywał twarzą wcale, czy był rad lub nie spotkaniu.

– Juścić – rzekł – gdyby co złego groziło, prawa gościnności bronić mnie każą.

– Jeżeli ja sam siebie od nich obronię – mruknął Wisz. – Pięciu ich, nie tak to straszna rzecz, moi chłopcy powiązaliby ich na skinienie, ale u stołba znajdzie się ich dziesięć razy tyle, gdyby się mścić chcieli.

Szli co prędzej ku zagrodzie.

Smerda kneziowski, jadący przodem, konia zatrzymał, starego poznawszy, lub się domyślając gospodarza. On i jego towarzysze mniej się mu jednak niż Niemcowi przypatrywali. Czuli w nim obcego, a obcy dla nich zawsze był dobrym obłowem.

Gdy podeszli, starzec się Smerdzie pokłonił, chociaż ten mu nie myślał oddać powitania. Skłonił się i Hengo, ale mu twarz pobladła, czuł, że chciwe oczy wszystkich na niego się skierowały.

– Kogóż to z sobą prowadzicie, stary?! – zawołał Smerda. – Obcy? Skąd?

Czterej jezdni wnet go obstąpili dokoła.

– Znad Łaby jestem, przekupień, człek spokojny, nie obcy – rzekł, nabierając śmiałości trochę, Hengo. – Nie obcy, bom tu nieraz bywał z towarem. Wszędy mnie swobodnie przepuszczano.

– Znamy my tych ludzi spokojnych! – krzyknął, śmiejąc się, Smerda. – Znamy! Kto wie, na co wypatrujecie drogi po kraju, szukacie brodów po rzekach, zaciosujecie znaki po drzewach, aby potem poprowadzić...

– Spokojny człek – odezwał się Wisz powoli – dajcie mu pokój, chleb z nim łamałem.

– A mnie co do tego?! – zawołał Smerda gniewnie. – Kneź surowo zakazuje, aby się tu obcy po kraju nie wałęsali. Pójdzie z nami!

– Pojadę z wami po dobrej woli, miłościwy panie – rzekł szybko Hengo – a gdy na twarz padnę przed kneziem, łaskę u niego zyszczę, bo pan jest sprawiedliwy. Jam samowtór z chłopięciem i cóż ja zrobić mogę?

– Związać mu ręce! – krzyknął Smerda. – Ano, zobaczemy!

Gdy to mówił, dwóch pachołków skoczyło z koni, aby rozkaz jego wykonać. Smerda skierował się ku zagrodzie.

Stali tu już parobcy i synowie, stała we drzwiach stara Jaga z równie starą sługą, żadnej z młodszych niewiast widać nie było. Na znak dany przez ojca wszystkie się ukryły po kątach i zbiegły do lasu, aby się z obcymi ludźmi zuchwałymi nie spotykać. Wyjaśniła się też twarz Wisza, gdy w podwórku ani córek, ani synowej żadnej nie zobaczył.

Smerda zlazł z konia u wrót, ludzie jego także, dwu z nich poprowadziło Henga z sobą, wydrwiwając się z niego, popychając i bijąc. Ręce już miał w tył związane sznurem, którego koniec trzymał jeden z pachołków. Konie poszły do szopy, ludzie wprost kroczyli do dworu. Tu Jaga, pokłonami ich witając, zapraszała. Wisz stary szedł zamyślony i chmurny. Zaszumiało wnet w izbie, gdy obcy się do niej wcisnęli. Smerda padł na ławę, pierwsze, gospodarskie zajmując miejsce. Wołali już piwa i miodu, które zaraz niesiono, aby sobie gardła zalali. Gospodarz, nic nie mówiąc, z dala zajął miejsce na ławie.

– No, stary gospodarzu – ozwał się Smerda – wy to już wiedzieć powinniście, z czym my jedziemy. Należy kneziowi dań...

– A dawnoście ją brali? – mruknął stary.

– Myślicie się rachować z nami? Kmieć z kneziem? – rozśmiał się Smerda.

– Kmieć z kneziem, bo ja tu na tej ziemi kneziem jestem – mówił Wisz. – Ze skóry nas drzecie pod pozorem obrony.

Smerda chciał się śmiać, ale popatrzywszy na starego, rychło mu ochota odeszła. Spowolniał jakoś.

– Pijcie i niech wam tak będzie na zdrowie, jako życzę – dodał stary – a potem o sprawie.

Kneziowski sługa, pomyślawszy, stał się łagodniejszym. Czerpakiem piwa z cebra nabrawszy, począł je chciwie żłopać. Towarzysze też jego garnuszkami czerpać jęli, aby ugasić pragnienie. Hengo związany stał u progu. Chwilę trwało przerywane chlipaniem milczenie. Smerda wąsy otarł i zwrócił się do Niemca.

– Gdzie twoje konie i sakwy?

– Znajdą się jutro razem ze mną przed kneziem – rzek Hengo – proszę was, w pokoju mnie zostawcie.

– Zrobię z tobą, co chcę! – krzyknął Smerda.

Wisz chciał bronić obcego, gdy Hengo z rękami związanymi, za sobą sznur wlokąc, szybko podszedł do siedzącego na ławie Smerdy, przysunął mu się do ucha, zasłonił dłonią i żywo, długo coś mu szeptać począł. Z twarzy nie widać mu było przestrachu. Gdy mówił, z wolna lice kneziowskiego sługi mieniło się, marszczyło, rozjaśniało. Popatrzył z ukosa na Niemca, głową potrząsnął i rzekł do swoich ludzi:

– Rozwiązać mu ręce, pojedzie jutro z nami, na grodzie się z nim rozprawi.

Uwolniony tak cudownie od sznurów, które mu ręce krępowały, Hengo ze spuszczoną głową usiadł w kącie. Smerda, już co innego mając na myśli, zwrócił się do starej Jagi.

– Matko stara – zawołał – a gdzież to niewiastki i córki wasze?! Radzi byśmy na nie popatrzyli, gładkie mają liczka.

– I dlatego wam ich nie pokażą – wtrącił gospodarz. – Co wam do nich?!

A Jaga dodała:

– Nie ma ich od rana. Poszły w las wszystkie za grzybami, za rydzami, chyba i na noc nie powrócą.

– W las! – zaśmiał się Smerda, któremu zawtórowały śmiechy jego towarzyszów, piwem rozochoconych. – Oj, szkodaż to, szkoda, żeśmy ich po drodze nie spotkali! Byłoby się z kim zabawić, choćby i do jutra.

Spis treści

TOM PIERWSZY I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

TOM DRUGI I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

TOM TRZECI I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

DOPISEK

POSŁOWIE

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Stara baśń. Lektura z opracowaniem Lubonie Zygmuntowskie czasy Królewscy synowie Stara baśń Chata za wsią