Prowincja pełna snów

Prowincja pełna snów

Autorzy: Katarzyna Enerlich

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 272

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 20.67 zł

Prowincja pełna snów opowiada o snach, z których nie chcemy się budzić, o czarach codzienności i uświadamianiu sobie, że szczęście to stan duszy.

Bohaterka książki zajmuje się dorastającą córeczką, pisze książki, dużo podróżuje, prowadzi pensjonat dla praktykujących jogę, medytuje, zbiera zioła, zajmuje się ogrodem i tak jest tym wszystkim zajęta, że nie zauważa własnej samotności. Kiedy w jej życiu pojawia się COŚ, o czym już niemal zapomniała, czuje się jak we śnie.
To nie tylko opowieść o prostym życiu na prowincji, o sile kobiet i sztuce uważności w codzienności. To również, jak zwykle w książkach Katarzyny Enerlich, spotkanie z ciekawymi acz prostymi smakami, które każdy może odkryć w swojej kuchni.

KATARZYNA

ENERLICH

PROWINCJA

pełna snów

Copyright © 2015, Katarzyna Enerlich

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-201-8

Zdjęcia rodzinne z archiwum domowego Romualdy Komosińskiej.

Projekt okładki: Maciej Sadowski

Opracowanie redakcyjne: Wydawnictwo MG

Korekta: Agnieszka Zielińska

Skład: Jacek Antoniuk

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com

Potrzebny mi jest towarzysz. Potrzebna mi jest bliskość pokrewnego człowieka. Pragnę jakiejś poręki świata wewnętrznego, którego istnienia postuluję. Wciąż tylko trzymać go na własnej wierze, dźwigać go wbrew wszystkiemu siłą swej przekory – jest trudem i udręką Atlasa. Czasem zdaje mi się, że tym wytężonym gestem dźwigania trzymam nic na swoich barkach. Chciałbym móc na chwilę złożyć ten ciężar na czyichś ramionach, rozprostować kark i spojrzeć na to, co dźwigałem. Potrzeba mi wspólnika do przedsięwzięć odkrywczych. To, co dla jednego człowieka jest ryzykiem, niemożliwością, na głowie postawionym kaprysem – odbite w czterech oczach staje się rzeczywistością. Świat jak gdyby czekał na tę spółkę: zamknięty dotychczas, ciasny, bez dalszych planów – dojrzewać zaczyna kolorami dali, pękać i otwierać się w głąb.

Bruno Schulz w liście do Tadeusza Brezy w 1934 roku

Na kamiennych schodach mojego domu stała piękna młoda kobieta, oświetlona blaskiem mocnej żarówki na ganku. Jej oczy i włosy były czarne jak smoła. Patrzyłam na nią pytająco. Skromnie ubrana, w dłoniach trzymała lekko podniszczoną torebkę.

– Добрый день. Я Вера из Сибири[1]… – powiedziała cicho.

Miała około trzydziestu lat. Pachniała czymś słodkim, jakby budyniem malinowym połączonym z mydłem. Tak pachniały rzeczy kupowane kiedyś od Rosjan na mrągowskim ryneczku. Zawsze zastanawiałam się, skąd bierze się ten zapach, i dopiero teraz pomyślałam, że może ich mydła tak pachną. Miała na sobie powyciągany czarny sweter ze złotą nitką i tandetne chińskie dżinsy. Nieco przechodzone już beżowe klapki wykrzywiały lekko jej stopy na boki. Gęste włosy spięła w wysoki kucyk, tak że ich pasma swobodnie spływały na ramiona. Była taka naturalna, choć najwyraźniej bardzo zmęczona. Bez śladu makijażu, z twarzą lekko wychudłą, pociemniałą. Wilczyca nie na darmo szalała, przeczuwając kolejne tąpnięcie w moim życiu; pies ma jakiś dodatkowy instynkt.

Nagle wszystko przestało być ważne. Pierwsze warsztaty w Babie Jodze[2], które miały się rozpocząć lada dzień. Obecność w moim życiu Ireneusza, do którego zaczynałam czuć coś więcej niż tylko sympatię. Moje nowe życie, które budowałam z takim trudem przez ostatnie miesiące. Marzenia, plany, nadzieje. Nagle okazały się nieistotne. To właśnie nietrwałość i zmiana są jedyną stałą. Najważniejszym prawem Wszechświata. Stojąc tego dnia na ganku przed moim ukochanym domem, poczułam to szczególnie boleśnie.

Gdy niespodziewanie dotyka nas ręka złego losu, myślimy: tylko nie teraz. Dopiero po jakimś czasie wszystko zaczyna się wyjaśniać, splatać ze sobą, i życie znowu nabiera sensu. Gdy Wiera przekraczała próg mojego domu, wszystko było jeszcze niewyjaśnione, otwarte – jak drzwi, przez które ją właśnie wpuściłam.

Rozdział I

O tym, że pszczoła żądli tylko raz. Moje życie pokochała chyba jakaś kąśliwa osa.

Był podobny do niej, przynajmniej na zdjęciu.

Na szczęście. Nie zniosłabym widoku jasnych oczu i morelowej skóry w dziecięcym wydaniu. Ale miał chyba jego uśmiech, choć przecież mogło mi się wydawać. Czasem na pierwszy rzut oka widzimy coś, co potem zupełnie ginie, i zastanawiamy się, jak to możliwe, że coś takiego w ogóle zauważyliśmy. Tak bywa w przypadku pierwszej fascynacji kimś nowo poznanym. Kiedy dowiadujemy się o nim więcej i przychodzi rozczarowanie, zapominamy o pierwszym wrażeniu. Zastępuje je drugie i trzecie; stają się już ważniejsze, rozstrzygające.

Miał dopiero siedem miesięcy. I na imię Żenia. Czyli Evgen. Po polsku Eugeniusz. Był zdrowy i silny.

– To takie mądre dziecko – zapewniała.

Urodził się w lutym. Dokładnie piątego lutego. Co wtedy robiłam? Pewnie był mroźny dzień, jeden z tych, które nadają porankom metaliczny smak. Być może padał śnieg, a ja musiałam rano wstać, żeby odśnieżyć podwórze. Zosia pojechała potem do przedszkola, o ile nie była to sobota ani niedziela. W tej chwili nie przyszło mi nawet do głowy, żeby to sprawdzić. Być może Janusz parzył kawę w naszej włoskiej kafeterce. A ja rozpaliłam ogień w kominku. Na śniadanie mogła być jajecznica albo placki z twarogu. Kanapki raczej nie, bo rzadko je jedliśmy. Częściej owsiankę, zwłaszcza zimą. Wzmacniała i rozgrzewała, szczególnie gdy dodałam do niej imbiru.

Jak jeszcze mógł wyglądać mój dzień? Może byłam w urzędzie, by załatwić sprawy związane z budową Baby Jogi. Krajobraz za oknem nie był jeszcze przecięty nowym domem – niegdysiejszym marzeniem Wojtka. Powietrze trwało bez ruchu, wiatr nie musiał omiatać krawędzi budynku, a czerwony ukośny dach nie wbijał się w linię horyzontu.

Może rozmawiałam tego dnia z Bronią? Może coś pisałam? Tak wiele chwil ulatnia się z pamięci, wymazujemy z niej dokładne daty i godziny, zostają tylko cienie. Czułam się jak tragarka cieni, nie mogąc sobie przypomnieć, co robiłam w tamtych nieważnych chwilach i dlaczego dla kogoś innego były one najważniejsze w życiu.

Może byłam na cmentarzu u Wojtka?

Urodziła go niemal w samo południe. Zapytałam bezwiednie o godzinę. Godzina urodzin podobno więcej mówi o człowieku niż dzień, miesiąc i rok. Jakoby właśnie w godzinie tkwi najwięcej istotnych wskazówek. Godzina jest kluczem do serca, duszy i przyszłych zdarzeń. Zdradzając komuś godzinę narodzin, odchylasz podszewkę siebie; pokazujesz, jak bardzo jesteś autentyczny. Zadałam jej to pytanie mimochodem, jakby zagadując swoje myśli; wypierając prawdę. Obchodziłam ją w kółko, znacząc ślady niczym stado saren wokół paśnika. Jakbym nie chciała do niej dotrzeć albo ona nie chciała dotrzeć do mnie.

– To jego dziecko. Na pewno. Z nikim innym… – szeptała cicho po rosyjsku. Rozumiałam ją; należałam przecież do pokolenia, które musiało uczyć się rosyjskiego od piątej klasy szkoły podstawowej.

Nie wiem, czy te słowa nie dotknęły mnie bardziej niż wszystkie inne raniące słowa, jakie padły wcześniej w moim życiu, choć i tamte bolały, bo mówiły o zdradzie, o braku uczucia, o kłamstwie i innych wymierzonych we mnie niegodziwościach. Jednak fakt, że ta kobieta z nikim innym… był najboleśniejszy, bo rozsadzał niczym mróz w szczelinach kamienia pewną zwartą całość, jaką niewątpliwe była moja pamięć o Wojtku.

Nie od razu to do mnie dotarło. Nawet uśmiech dziecka, czający się nieśmiało w fotografii, przypominający mi bezwiednie uśmiech mojego zmarłego męża, nie przekonywał mnie ostatecznie. Ze zdjęcia patrzył na mnie niczemu niewinny czarnowłosy i czarnooki chłopiec, tak podobny do niej, a jednak w jakiś sposób również przypominający mi mojego męża. Niechciany przeze mnie pogrobowiec, całkowicie bezbronny, potrzebujący tylko ciepła i mleka matki, a nie mojej niechęci i obarczania winą za fakt, że się w ogóle zjawił na tym świecie.

– Więc jednak… – powiedziałam po polsku. Zdziwiłam się, że zrozumiała. Odpowiedziała po polsku, lekko tylko zacinając się, jakby odgrzebywała słowa z pamięci.

– Więc jednak? Co to znaczy? Co chce pani powiedzieć?

Spojrzałam na nią zdziwiona. Jak miałam jej wytłumaczyć, że właśnie tej zdrady bałam się najbardziej, że przeczuwałam ją, kiedy wyjeżdżał na Syberię? Kiedy dowiedziałam się, że zamieszkał w domu Wiery, młodej miejscowej kobiety, od razu poczułam, że coś go z nią połączy. Jak miałam jej wytłumaczyć, że do dziś nie włączyłam jego aparatu, który przysłali mi wraz z jego rzeczami, bojąc się, że znajdę tam zdjęcia, których tak bardzo nie chciałam zobaczyć? Że dręczy mnie teraz myśl, czy w ogóle mnie kochał, skoro tak łatwo, po kilku miesiącach od rozstania, mógł posiąść ciało innej kobiety?

– Zna pani polski – skonstatowałam tylko niechętnie.

– Tak. Przodkowie byli Polakami. Trudniej mówić. Więcej rozumiem.

– Czego pani chce?

– Porozmawiać.

Siedzieliśmy przy kuchennym stole. Janusz[3], ona i ja. Ireneusz[4] spał już na górze, zmęczony podróżą. Kermel[5], zmieszany i zdezorientowany, opuścił nas niemal od razu, gdy tylko spojrzał na nasze twarze. Pewnie się domyślił, że to jakaś sprawa zza grobu – język był tu zaiste czuły i trafny. Dobrze, że jego pracownik, Waldek, którego również zaprosiłam tego dnia na kolację, nie przyjął mojego zaproszenia. Nie chciałabym, by moje rodzinne sprawy stały się tematem całej wsi.

Próbowałam spojrzeć na tę sprawę całkiem z boku, jakbym nie była jedną z jej bohaterek. Rozejrzałam się po mojej kuchni. Panował w niej nieład, bo w ostatnich dniach byłam tak bardzo zajęta przygotowaniami do kursów, że nie miałam kiedy posprzątać. Naczynia piętrzyły się na suszarce, szafki i okap nosiły ślady użytkowania. Zielony obrus na stole pasował do rolet o niemal identycznym kolorze. Zasłonięte do połowy, nie pozwalały naszym domowym sprawom wydostać się na zewnątrz. Niebo za oknem pociemniało, wyglądało jak grube samodziałowe płótno. Czułam, że jestem bezradna wobec życia. Oto musi jeszcze wybrzmieć coś, co sprawi, że bardziej spokornieję wobec wyroków losu – pomyślałam.

Janusz nie odzywał się ani słowem, tylko taksował nas wzrokiem. Zaproponował herbatę i chyba z ulgą oddalił się do kuchennych szafek, by tam pozorować krzątaninę. Wiedziałam jednak, że udaje, bo zwykle nie przyrządzał herbaty tak długo. Chciał po prostu za wszelką cenę odsunąć moment bycia z nami przy stole.

Właśnie dowiedział się, że ma wnuka. Skądinąd wymarzonego wnuka, którego nie dała mu żadna z Wojtkowych żon. Tak często o tym mówił, tak bardzo zachęcał nas, byśmy pomyśleli o dziecku. Czy gdybym się wtedy zgodziła, zresztą wbrew sobie, miałabym teraz córkę lub syna z uśmiechem Wojtka, a może nawet z jego twarzą? I moje dziecko otrzymałoby w darze przyrodniego brata?

Janusz tak bardzo chciał przekazać swoje geny. Podobno kiedy się czegoś bardzo chce, los nas wysłuchuje, choć rzadko spełnienia mają formę, jakiej się spodziewaliśmy.

– Przepraszam – wyszeptała. Ukryła twarz w dłoniach. Pomyślałam, że to ona spakowała rzeczy Wojtka do worków i odesłała je do Polski, wiedząc, że trafią do jego żony i na chwilę odciski jej własnych palców zetkną się z odciskami moich. Domyślałam się, że boleśnie przeżywała swoją żałobę. Nie współczułam jej jednak. Nie miałam również współczucia dla jej dziecka. Miałam żal, że pozwoliła mu przyjść na świat.

Chciała mnie poznać. I prosić o pomoc. Dostała w pakiecie Janusza, czyli gotowego dziadka dla Żeni, choć tego nie brała pod uwagę. Pochodziła ze starej mazurskiej rodziny. Usiłowała opowiedzieć mi jakąś zawiłą rodzinną historię o przodku, nie pamiętam, w jakiej linii, jakby tym chciała usprawiedliwić swój przyjazd, ale tylko niechętnie machnęłam ręką. Powiedziałam sucho:

– Do rzeczy.

Gdy mówiła, wyłamywała długie, szczupłe palce i widać było, że się bardzo denerwuje. Dlaczego jednak znalazła w sobie dość siły, by zburzyć mój spokój? Czy naprawdę musiała to robić? Patrzyłam na te jej dłonie, jakby należały do zbrodniarki. Zabrały mi Wojtka, nawet jeśli na krótkie, nic nieznaczące chwile. Używała ich przecież, gdy się z nim kochała. Musiała chwytać go za włosy i wpijać się nimi w tę przestrzeń między włosami a skórą. Wszystkie kobiety tak robią, czy u nas, czy na dalekiej Syberii. A on pewnie brał ją za te palce, może je całował, nim w nią wszedł, a może robił to również wtedy, gdy już był w niej i gdy zostawiał w niej swoją wilgotną rozkosz. Te same palce kurczyły się z bólu, były jak barometry odczuć, gdy samotnie rodziła ich pogrobowca, niechciany owoc grzechu, o którym nie miałam pojęcia; zdrady, która odebrała mi na zawsze obraz mego męża. Mimo wszystko wierzyłam, że jej nie kochał, że pociągało go tylko jej gościnne ciało, przynoszące na chwilę rozkoszne spełnienie.

Nie wiem, skąd znalazłam wtedy w sobie tyle spokoju. Dopiero gdy wyszła, coś pękło we mnie i rozpłakałam się bezradnie. Jednak podczas całej rozmowy nie okazałam cienia słabości, choć z pewnością byłam blada jak płótno.

Przyjechała do jakiejś kuzynki, która mieszkała w Olsztynie. Urodziła dziecko, chciała zapewnić mu godną przyszłość, więc nie mogła nadal sprzedawać w małym wiejskim sklepiku w miejscu, gdzie nikt jeszcze nie słyszał o cywilizacji. W akcie desperacji wynajęła cały dom naukowcom z uniwersytetu, który przyjechali na kolejny staż, i zdecydowała się przenieść do Polski. Podjęła decyzję, że w ojczyźnie przodków zacznie nowe życie. We wsi Bolszoje Koty, w której mieszkała całe życie, nie było już dla niej miejsca. Straciła to, co zawsze znała, a zyskała małego Żenię, który nigdy nie miał poznać swojego ojca.

– Ta katastrofa, w której zginął… Zupełnie nie wiedziałam, co robić. Teraz nie jestem już sama. Jest przecież Żenia. Muszę myśleć o nim. Wpadłam na myśl, że może w Polsce uda mi się znaleźć pracę i zacząć żyć od nowa – powiedziała. Jak dla mnie, brzmiało to bardzo naiwnie i patetycznie. Prawdziwe życie nie jest takie proste. Tego typu bajki mogła sobie od razu wyrzucić do śmieci. Myślałam tylko o tym, że przyjechała, żeby zburzyć mój spokój. Chciała mnie wziąć na litość. Postanowiłam, że nie dam sobą w żaden sposób manipulować.

Choć nie chciałam jej słuchać, nie dała mi wyboru. Tłumaczyła się ze swojej decyzji. Mówiła, że tamta daleka rodzina z Olsztyna, do której przyjechała, na jakiś czas zgodziła się ją przygarnąć. Aż znajdzie pracę i opiekę nad dzieckiem. Opłacili też jej przylot do Polski, a raczej pożyczyli pieniądze na podróż. Obiecała, że zwróci, jak tylko stanie na nogi.

– Jeśli mi się nie uda, wrócę na Syberię i będę żyła, jak żyłam. Długi powoli spłacę. Ale chcę spróbować.

Nie pytałam, czy Wojtek dał jej jakieś pieniądze. W ogóle nie pytałam o niego. Nie chciałam usłyszeć niczego, co miałoby jakikolwiek związek z nimi dwojgiem.

– Adres pani znalazłam w rzeczach Wojtka. Był na listach od pani.

No tak, pomyślałam. Do tej pory w tej całej układance brakowało mi tylko tego elementu – jak mnie tu znalazła. A to przecież takie proste.

– Wiedziała pani, że ma żonę? – zapytałam.

– Tak. Mówił mi o pani. I że panią kocha. I że jesteście dopiero co po ślubie. To razem… my… to były tylko trzy razy. Naprawdę, proszę mi wierzyć.

– Proszę, bez szczegółów – ucięłam, zagryzając z całej siły wargi. Poczułam przypływ agresji. Miałam ochotę wyrzucić ją za drzwi. Za to, że dokładnie policzyła każdą z tych nocy, które spędziła z Wojtkiem!

– Jest pani pewna, że to jego dziecko? – odezwał się wreszcie Janusz.

– Tak.

Podała mi kolejną fotografię. Byli na niej razem, Wojtek i Wiera. Lekko, jakby od niechcenia, obejmował ją w pasie. Miała taką szczupłą kibić. Teraz, po urodzeniu dziecka, jej sylwetka nieco się zdeformowała, ale wtedy była naprawdę gibka, wiotka i młodzieńcza. Pomyślałam o tym z lekką zazdrością. Wojtek patrzył w obiektyw nieco zmrużonymi oczami, jakby chcąc ukryć swoje spojrzenie. Czy nie chciał, by ktoś w jego oczach odczytał, co czuł do tej kobiety? Czy byli już po pierwszym razie? A może po kolejnym? Nieznośna myśl nie dawała mi spokoju. Na pewno wykorzystywał te chwile, kiedy współlokatorzy zasnęli, i wykradał się, by spędzić z nią noc.

A teraz ona prosiła nas o pomoc.

– Nie mam do kogo się zwrócić. A to przecież jego dziecko. Więc może pani. Albo pan… Przecież jest pan ojcem Wojtka. To pana wnuk… – szeptała cicho, ocierając łzy.

Czułam się jak ostatnia idiotka. Opłakiwałam Wojtka niemal codziennie, wciąż nosiłam wdowią obrączkę. O mało nie postradałam zmysłów przez jego śmierć, a tymczasem…

– Zjawia się tu pani nagle, bez uprzedzenia. Chyba pani wie, że śmierć mojego męża bardzo mnie dotknęła. Jak pani może być tak infantylna… – powiedziałam, mieszając rosyjski z polskim i zbierając ze stołu kubki z resztkami wystygłej już herbaty.

Na kartce zapisała nam numer telefonu i adres rodziny w Olsztynie.

– Bardzo was proszę.

Obok kartki położyła zdjęcie małego Żeni. Tamto z Wojtkiem zabrała. Wyszła, mówiąc cicho dobranoc, nie czekając, aż ją odprowadzimy. Zamknęła drzwi niemal bezszelestnie. Że też mnie się to nigdy nie udaje. Dopiero teraz zauważyłam, że pod domem czekała taksówka. Wiera wsiadła do niej, nie oglądając się za siebie.

Dopiero po jej wyjściu emocje wzięły górę. Wrzuciłam kubki do zlewu z taką siłą, że jeden z nich pękł. Cisnęłam go z wściekłością do wiadra.

– Uspokój się. – Janusz zabrał mi z dłoni gąbkę do naczyń. – Ja pozmywam. Zbudzisz cały dom.

Rozdział II

O tym, że praca jest najlepszym lekarstwem na smutki. Tak mówią mądrzy ludzie. Czasem jednak bywa formą zapomnienia, nie uleczenia.

Akurat teraz! Akurat teraz, gdy ruszam z Babą Jogą! Akurat, gdy już odbudowałam się jakoś z ruin, mój świat musiał zawalić się po raz drugi! To okrutne. Czułam się, jakbym była w złym śnie, z którego nie mogłam się obudzić.

Myśl o Wierze, o Wojtku i małym Żeni nie dawała mi spokoju. Nie miałam w sobie kobiecej czułości dla tego dziecka, jakbym próbowała je obwiniać, że się w ogóle poczęło w miękkich czeluściach tamtej kobiety. Gdyby go nie było, nie byłoby dowodu na zdradę. Ona by tu nie przyjechała. O niczym bym się nie dowiedziała, a pamięć o Wojtku obrastałaby szlachetną patyną, z czasem olbrzymiałaby i stawała się coraz czystsza i niczym niezarysowana. Teraz jego pomnik leżał na gruzach pamięci, a ja próbowałam zebrać się w sobie, bo przecież istniałam w jakiejś codzienności, w jakimś tu i teraz oczekującym ode mnie gotowości.

Nazajutrz rano rozpoczynał się pierwszy turnus warsztatów jogi; przed drewnianymi drzwiami pensjonatu powiewała już zielona wstążka, którą na oczach uczestników chciałam przeciąć wraz z Ireneuszem. Miało być pięknie i dobrze, mimo iż jeszcze nie wszystko w Babie Jodze było takie, jakie być powinno. Mieliśmy… A teraz? Co mam robić? Najchętniej schowałabym się w mysią dziurę albo wyjechała daleko stąd z jedną małą walizką pełną książek i chustek do nosa. Nie mogłam jednak tego zrobić, musiałam tkwić na miejscu, a wredny dybuk nie zważał na moje męki i wychodził ze ścian mojego domu, złośliwie chichocząc.

Zasnęłam dopiero koło czwartej nad ranem. Kiedy już nie miałam siły rozmyślać i płakać. Nie chciałam też rozmawiać z Januszem, choć on próbował nawiązać ze mną kontakt po tym, jak Wiera odjechała. Odrzuciłam jego propozycję przejścia przez to wspólnie, a on nie upierał się. Widać znał mnie już trochę i wiedział, że rany liżę w samotności. Dopiero gdy już tak nie bolą, wychodzę do świata i pokazuję się w lepszej formie. Nie lubię odsłaniać bolesnego wnętrza.

Następnego dnia rano wstałam z bolącą głową i szumami w uszach. Po raz pierwszy zaczęłam zastanawiać się, kiedy na skutek licznych przeżyć tąpnie moje zdrowie. Odsuwałam od siebie tę niechcianą myśl, a jednocześnie czułam, że żyję trochę na kredyt i że mój organizm i tak dość długo się broni. Szumy w uszach i zawroty głowy, które właśnie poczułam, zaniepokoiły mnie. Wykąpałam się i zajęłam codzienną krzątaniną. Zosię zawiózł do przedszkola Janusz, miałam więc chwilę, by przygotować śniadanie Ireneuszowi.

Tuż po obiedzie mieli się zjawić pierwsi uczestnicy warsztatów, więc czasu nie było wiele. Być może ta świadomość zmotywowała mnie na tyle, że odsunęłam od siebie rozmyślania o Wojtku, Żeni i Wierze. Musiałam być perfekcyjną panią domu, organizatorką zajęć, a przede wszystkim silną kobietą. Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko odpechnąć na razie złe myśli. W chwili, gdy to zrobiłam, poczułam ulgę. Jakbym wyparła najboleśniejsze. Dlaczego niby miały mnie obchodzić losy Wiery i jej dziecka? Czemu pozwoliła Wojtkowi spać ze sobą? Przecież doskonale wiedziała, że on ma ułożone życie i żonę, która czeka na niego w Polsce. Nie musiała być taka gościnna! Poza tym nie mogło być dla niej tajemnicą, że w ten właśnie sposób robi się dzieci?

Dziwiła mnie przy tym lekkomyślność Wojtka, który przecież zawsze mi powtarzał, że nie chce mieć dzieci i temat antykoncepcji mieliśmy przegadany, a tymczasem… Myśli okrutne i bolesne, pełne technicznych przypuszczeń i możliwości kłębiły mi się w głowie, aż spowodowały uderzenie silnych mdłości. Miałam dość. Musiałam odsunąć od siebie te dywagacje i przywołać myśli zgoła inne, o których kiedyś powiedziałabym, że są zwykłymi zajmującymi głowę pierdołami.

Zaczęłam więc skupiać się na faktach: że ładny mamy dziś dzień, choć to połowa września i coraz nam dalej do słońca. Pomyślałam o babim lecie i pewnej legendzie wschodniopruskiej o Czarodziejce Jezior. Właśnie ta legenda tłumaczy sentyment ludzi do Mazur oraz fakt, że wciąż tu powracają. Według niej po mazurskich jeziorach pływa w olchowej łódeczce Czarodziejka Jezior i nitkami babiego lata oplątuje serca tych, którzy tu latem przybywają. Oplątani nią, wracają tu potem co roku. Historia ta niezmiennie mnie wzruszała i często tak właśnie tłumaczyłam sobie ową miłość do Mazur. I wtedy przyszedł mi na myśl Kermel i to, jak się zachował poprzedniego dnia. Wciąż czułam na moich palcach uścisk jego dłoni, silny i szorstki.

Zmiana toru myśli zadziałała na mnie ożywczo, choć nagle poczułam też cień zawodu. Bo to Kermel, a nie Ireneusz, przysłał mi w prezencie posążek Buddy, a ja chyba bym wolała, by Budda był pomysłem tego drugiego. Zresztą przez długi czas myślałam, że to prezent od niego. Nawet traktowałam to jako znak, że Irkowi trochę na mnie zależy, tym bardziej, że uczucia Kermela nie były mi do niczego potrzebne. Wiedziałam, że mu się podobam, ale sama myśl o tym wywoływała we mnie odruch niechęci. To jego problem, że się zakochał – pomyślałam nawet, krojąc w plastry dojrzałego pomidora.

Tego dnia postanowiłam zrobić na śniadanie razowy omlet z pomidorami – licząc na to, że Irkowi zasmakuje. Czułam się znów kobietą, którą cieszy fakt, że gotuje dla mężczyzny. Dotąd łączyły nas tylko wspólne pomysły i pasje, nic więcej. Ale może to jest właśnie najważniejsze? Może tędy prowadzi droga do pięknej przyjaźni? Zrywałam w ogródku koper, który o tej porze roku był już mocno dojrzały, choć wysiewałam go po raz drugi. Wrześniowy ogród jest bowiem przerośnięty i wydaje na świat tylko najcięższe owoce: kabaczki, cukinie i dynie. Minął czas lekkich i pełnych zielonej wody ogórków i wiotkich liści sałat, których dobrym duchem jest wilgotny Księżyc. Świat powoli chylił się ku jesieni i ogród karmił nas inaczej, dodając jeszcze mięsiste grube pomidory, z których robiłam przeciery. A część suszyłam na zimę, by je potem dodawać do sałat.

Rozmyślania o mężczyznach pojawiających się w moim życiu pozwalały mi na odegnanie ciężkich trosk, na które nie mogłam sobie teraz pozwolić. Musiałam być spokojna, uśmiechnięta, tryskać dobrym humorem. Za chwilę miałam przyjąć kolejną z życiowych ról, tym razem była to rola gościnnej i zapobiegliwej gospodyni w Babie Jodze. Nie mogłam przywitać gości kamienną twarzą i oczami pełnymi łez.

Mimo to Ireneusz od razu zauważył, że nie jestem w formie. Wystarczyło, że zszedł na dół, a już zapytał:

– Coś się stało? Masz jakiś problem?

– Po prostu źle spałam.

– Nic cię nie boli?

– Ależ skąd. Długo nie mogłam zasnąć, to pewnie emocje, dziś w nocy odeśpię zaległości.

Było mi jednak miło, że się zatroszczył. Ale skoro on zauważył w mojej twarzy ból, widocznie nie najlepiej potrafiłam go ukryć.

Zaparzyłam Irkowi kawę z cynamonem i wtedy na podwórku pojawiła się toyota Kermela. Nie wszedł jednak do domu, a tylko czekał przy aucie. Niedługo potem wrócił też Janusz. Wysiadł z mojej vitarki, podszedł do kamieniarza i obaj zagłębili się w najwyraźniej ciekawej dla nich dyskusji. Po chwili ruszyli w stronę pensjonatu. Nie interesowało mnie, co robią. Chciałam być tylko z Ireneuszem, który właśnie zasiadał do stołu.

Przy śniadaniu kończyliśmy dogadywać szczegóły wcześniej ustalonych w e-mailach spraw. Pokazał mi wydrukowany już program zajęć i zapytał, czy nie zechciałabym pojechać z nim, żeby dokupić brakujących mu jeszcze drobiazgów.

– Przy okazji pokazałabyś mi miasto.

Zgodziłam się natychmiast, zapowiedziałam jednak, że musimy wrócić koło południa, bo muszę przygotować uroczystą kolację, którą przywitamy gości.

– Dziękuję za pyszne śniadanie – zadowolony odsunął od siebie talerz. Kwadrans później wyszliśmy na podwórko. Zawołałam w otwarte drzwi Baby Jogi, że jedziemy do miasta. Janusz odkrzyknął: „Dobrze”, po czym wsiadłam do ireneuszowego auta. W kuchennym oknie pensjonatu zamajaczyła twarz Kermela. Udawałam, że go nie zauważyłam.

Zaparkowaliśmy w centrum, w okolicy parafii ewangelickiej, w bocznej uliczce o nazwie współbrzmiącej z przeznaczeniem: Kościelna. Podobno kiedyś ktoś umieścił nad wejściem do kościoła napis: „Gehet in Gottes Thore frölich ein mit Danken”, co znaczy: „Wejdźcie radośnie w Bramy Boże z wdzięcznością”. Podobne napisy, mówiące o przywiązaniu do Boga i jego dobroci, widniały w wielu kościołach. Myślę, że te słowa pisane na ścianach były niczym barwne obrazy w kościołach katolickich; tworzyły dialog ze Stwórcą.

W mieście panował codzienny rejwach, inny niż letni. Letni jest bowiem barwniejszy. Wakacyjne tłumy są niczym krew, wsączają się w każdy zakamarek i rozpływają się na boki. Latem ciekawscy turyści zaglądają dosłownie wszędzie – a to na tył kamienicy, a to w tamten zaułek, a to w ścieżkę żwirową, którą na co dzień nie chodzą przecież mieszkańcy, bo wiedzą, że prowadzi donikąd. Kąpią się w przypadkowych miejscach, nie tylko przy plaży, czasem mają ochotę schłodzić się tam, gdzie akurat są, może być to nawet fontanna. Tak zachować się mogą tylko ci, którzy tu na co dzień nie mieszkają, bo w nich tętni zapał neofitów: nie obrośli tym miejscem, nie przyzwyczaili się do jego wyglądu i za nic mają przyzwyczajenia mieszkańców. Ci zaś przemierzają znane sobie szlaki, doskonale wiedząc, co czyha za każdym zakrętem i ile minut zajmie im dojście od mola do ratusza, a od ratusza do targowiska.

Latem uliczna ciekawość sprawia, że nawet auta stają w przypadkowych miejscach, a nie w ustalonym wcześniej porządku regulowanym znakami drogowymi.

Gdy odchodzą ciepłe dni, wraz z nimi zanikają barwne plamy sukienek i rozwiane włosy kobiet, nie ma już krzywizn męskich łydek wystających spod krótkich spodenek i asymetryczności wielkich paluchów w lekkich sandałach. Zanika wartkość uliczek: nie są już ożywionymi arteriami. Gdy miasto z końcem lata pustoszeje, na ulicę wychodzimy jedynie my, mieszkający tu na stałe, wędrujący w ustalonych kierunkach, załatwiający codzienne sprawy, a nie spacerujący tylko dla przyjemności czy zabicia czasu. Żwirowe ścieżki, tyły kamienic oraz dziwne labirynty przejść i bram będą odkrywane przez kolejnych przybyszów dopiero za rok.

Dziś miastem władał właśnie taki rejwach codzienności. Zwykliśmy w tym stanie mówić, że jest zwyczajnie. Ireneusz chciał kupić mydło, gazety, baterie do zegarka, koszulkę do ćwiczeń, chciał również się ostrzyc. Miałam być jego przewodnikiem, byśmy wszystkie te sprawy załatwili jak najszybciej i wrócili do Baby Jogi przed pierwszymi gośćmi. Chodziliśmy więc znanymi mi na pamięć drogami, rozmawiając ze sobą mimochodem, ale były to raczej opowieści Ireneusza o ostatnio prowadzonych warsztatach. Choć jemu wydawało się, że uważnie słucham, nie wiedziałam, o czym mówi. Moje myśli uciekały. Krążyły wokół wczorajszego wieczornego gościa.

Wróciliśmy dość wcześnie, Ireneusz poszedł do siebie na górę, a ja zajrzałam jeszcze do Baby Jogi. Kermel z Januszem obchodzili właśnie pomieszczenie po pomieszczeniu w myśl zasady o pańskim oku. Mijaliśmy się spojrzeniami. Kermel miał posępną minę, na twarzy Janusza malowało się roztargnienie. Na pewno nie przestawał myśleć o wczorajszej wizycie, ale ani ja z nim o niej nie rozmawiałam, ani on mnie nie zagadywał. Zauważyłam tylko, że kartę z numerem telefonu oraz zdjęcie małego Żeni odłożył na półkę w kredensie, jakby chciał odsunąć tym samym swoje myśli od tematu. Dzień zbiegł na ostatnich przygotowaniach i nagle była już trzecia trzydzieści; należało jechać po Zosię do przedszkola. Poprosiłam Janusza, by to on ją przywiózł, a sama wstawiłam na gaz garnek zupy, informując Janusza i Kermela, że dziś tylko tyle, nie zdążę więcej, ale za to wieczorem będzie wspólna kolacja.

– Czy ja też mam na niej być? – zapytał pan Zygmunt.

– Zapraszam. Jest pan wszak współtwórcą tego miejsca – odpowiedziałam sucho, w pamięci mając silny uścisk jego palców.

– Współtwórcą może tak, ale czy mile widzianym?

– Nie wiem, o co panu chodzi.

– Pani Ludmiło…

– Tak?

– Czy ma pani do mnie jakiś żal?

– Nie, skąd.

– Po waszych minach widzę, że wczoraj coś się wydarzyło. Nie chce pani o tym mówić?

– Niekoniecznie.

– Gdyby jednak chciała pani z kimś o tym pomówić, to jestem. Czasem lepiej powiedzieć coś zupełnie obcej osobie niż komuś bliskiemu.

– Nie jest pan zupełnie obcy…

– Naprawdę? – Jego oczy pojaśniały.

– Znamy się przecież – ucięłam krótko, nie dając mu cienia nadziei, że może być dla mnie kimś bliższym niż tylko kamieniarzem i osobą, która dopilnowała wszystkich prac przy budowie pensjonatu.

Kermel pochylił głowę, wyraźnie widziałam napięcie na jego karku.

– Siadamy do stołu! – krzyknęłam, nalewając zupę do wazy. Po schodach zszedł Ireneusz i rozmowa się w naturalny sposób zakończyła. Jedliśmy w milczeniu; nie czułam smaku zupy. Nie czułam w ogóle niczego… Moje życie znów docierało do mnie jak przez watę. Wracały myśli o zdradzie Wojtka i o tym, jak głupio się wydała. O tym, że znów jestem tak bardzo sama i że chyba temu kolejnemu ciosowi już nie podołam. Dziś przy życiu trzyma mnie rozpoczynający się turnus, ale co będzie za tydzień? Za około trzy tygodnie, w pierwszym tygodniu października, zaraz po ślubie Martina[6], miałam w swoim kalendarzu kilka spotkań w okolicach Wrocławia, co wiązało się z wyjazdem na drugi koniec Polski. Dziś nawet nie potrafiłam o tym myśleć.

Sprawę Wiery chciałam odsunąć od siebie możliwie jak najdalej. Już sam fakt, że nie miałam ochoty o tym mówić, świadczył, że wypierałam wszystko, co usłyszałam poprzedniego wieczora. Wiedziałam jednak, że wreszcie będę musiała do tego wrócić. I jeśli nie ja to zrobię, zrobi to za mnie Janusz. Wyczuwałam w nim ogromne napięcie – właśnie dowiedział się, że został dziadkiem, spełniło się jego ogromne marzenie, ale owoc okazał się zatruty. Sytuacja, w jakiej się oboje znaleźliśmy, nie pozwalała mu się cieszyć.

Tuż po piątej na podwórko wjechał pierwszy samochód na śląskich tablicach. Wysiadły z niego trzy kobiety w różnym wieku. Przywitałyśmy się.

– Majka.

– Ewa.

– Agnieszka.

– Ludmiła.

– Ireneusz.

– Ireneusz to nasz nauczyciel.

Krótka prezentacja. I tak na razie nie zapamiętamy swoich imion. Pamięć przyjdzie z czasem. Zaczniemy się kojarzyć, mówić o sobie, nasze wspólne tygodniowe przeżycia pozostawią w nas jakieś ślady. Odsuwałam myśli o Wierze i Żeni. Uśmiechałam się. Odgrywałam pięknie swoją rolę. Miałam w sobie tak dużo siły, by nikomu nie okazać, że mój świat pękł po raz kolejny. Na jak długo miało mi jej wystarczyć?

Zosia była wciąż z nami, kompletnie zaaferowana tym, że dzieje się coś nowego. Ona tak lubiła nowe sytuacje. Była otwartym i ciekawskim dzieckiem, wręcz pożądała towarzystwa i uwagi. Nic dziwnego, jedynaczka. Nie żałowałam jednak swojej decyzji o tym, że nie będę miała więcej dzieci. Zrobiłam to świadomie i z pełnym przekonaniem. Niech każdy w życiu robi to, do czego czuje się powołany – wyjaśniałam zainteresowanym. Teraz, kiedy w życiu pojawił się Żenia… Czułam się dziwnie. Jakbym coś przegrała. Ona dała Wojtkowi dziecko, a ja tego nie chciałam. Ale przecież nie tylko ja, to była nasza wspólna decyzja. Choć wiedziałam, że to chwilowe emocje, że miną, jak mija wszystko co dobre i złe, na razie nie mogłam odpędzić złych wrażeń. Dość. Nie myśleć o tym. Zabrałam Zosię na podwórko.

Wskazałam gościom miejsce na tarasie Baby Jogi. Stały tam dwa drewniane stoły i krzesła – bardzo różne, zbierane, skąd się dało, jak powiedział Janusz. Nawet nie wiedziałam, kiedy się tym zajął, a w sumie potrzebowaliśmy porządnie urządzonego tarasu, bo ludzie lubią się wieczorem gromadzić, by jeszcze przed snem odetchnąć świeżym powietrzem. Janusz był jednak niezastąpiony! Rozmawialiśmy kiedyś, że trzeba by w przyszłości zamówić ładny komplet drewnianych mebli ogrodowych, ale zostawiliśmy to na koniec, poza tym jesienią rozpoczną się wyprzedaże i dostaniemy wszystko o wiele taniej. A musieliśmy się przecież liczyć z każdym groszem. Obawiałam się, że na razie będziemy do Baby Jogi dokładać i moje spotkania autorskie nadal będą musiały być głównym źródłem dochodu.

Zjeżdżali się kolejni goście. Wyszłam ich przywitać, Ireneusz pokazywał kolejnym grupom Babę Jogę, prowadził na górę jak gospodarz. Co chwila było słychać głosy podziwu:

– Jak tu pięknie!

– Ojej, jaki wspaniały drewniany dom!

– Oj, jakie ładne łóżko.

– Jaka pościel…

Cieszyły mnie te zachwyty, zwłaszcza że przecież jeszcze nie wszystko było skończone, a już robiło dobre wrażenie. Naprawdę się starałam. Chciałam jednak, by to miejsce urządzone było prosto, bez niepotrzebnego zadęcia i przepychu, bo tylko prostotę w życiu się naprawdę docenia. Gdy świat nie jest zabałaganiony i przeładowany, widać wyraźniej pojedyncze rzeczy lub miejsca. Mają silniejsze kontury i nie rozmywają się na tle innych. Moja Baba Joga właśnie taka miała być. Łóżka proste i solidne. Zasłony w oknach naturalne, bawełniane lub z koronki. Podłoga drewniana o naturalnej barwie. Poręcze wygodne, by pasowały do dłoni. Pościel biała lub dwukolorowa, z prostymi wzorami i z materiału w dobrym gatunku. W całym pensjonacie królowały kolory ziemi, bez żadnych złotych lub krzyczących nowoczesnych ozdób.

Na podwórko zajeżdżały kolejne auta. Parkowały ciasno jedno obok drugiego.

– Jak się zakwaterujecie, o dziewiętnastej trzydzieści zapraszam na dół, do kuchni! – zakomenderował Ireneusz, który najwyraźniej świetnie się czuł w roli głównodowodzącego.

W Babie Jodze zrobiło się gwarno, początkowo liczyłam jeszcze ludzi, ale po jedenastej osobie stwierdziłam, że wystarczy, bo przecież i tak wiem, że pensjonat ma, jak to się mówi, pełne obłożenie, i że nawet sam Irek musi nocować w moim domu, bo nie starczyło dla niego pokoju. Cieszyłam się naprawdę szczerze i prawie zapomniałam o Wierze i Żeni, a jak tylko mi się przypominali, zaraz odsuwałam tę myśl, mówiąc: nie teraz. Pomyślę o tym później. Albo w ogóle. Nic mnie to nie obchodzi. Nie musiała…

Byłam okrutna w swoich myślach i nagle poczułam przypływ radości, że nie jestem na jej miejscu, że mam życie w miarę ułożone, że oto dzieje się wokół mnie coś ciekawego, nowego, na co jednak sama zapracowałam. I poczułam coś w rodzaju satysfakcji, że każdy ma to, na co zasłużył. Ale potem złapałam się na tej myśli jak na czymś złym, bo przecież nie znam Wiery i nie wiem, jaką jest kobietą, poza tym że piękną i że powinnam o niej jednak pomyśleć, bo ostatecznie to jest dziecko Wojtka. Wciąż uśmiechałam się i radowałam ze wszystkimi, byłam miła i bardzo uprzejma. A jednak gorzkie myśli zatruwały mi radość tego wieczoru.

O dziewiętnastej trzydzieści miało być pierwsze spotkanie organizacyjne w kuchni Baby Jogi i późniejsza niż zwykle kolacja, ale chcieliśmy, by wszyscy dojechali. Jedno małżeństwo przybywało do nas aż z Krasnegostawu i już wcześniej informowali, że przyjdą później. Dojechała Bronia, przyszła też Ania. Obie obiecały, że będą mi pomagać. Przed kolacją mieliśmy dokonać uroczystego otwarcia Baby Jogi. Czekałam jeszcze na Kermela. Odegrał przecież bardzo ważną rolę, najważniejszą zaraz po Januszu, a może nawet równolegle z nim? Czuwał nad wszystkim, a jego kamienne ścieżki, podjazd i podmurówka były przedmiotem wielu westchnień i zachwytów. Małgosia z Natalką również dotarły, mała trzymała w ręku wiązankę jesiennych kwiatów: nawłocie i astry. Zrobiło mi się miło, zdałam sobie jednak sprawę, że nie ma tu ze mną najbliższej osoby. Wojtka. Tak bardzo chciałabym, żeby w tej chwili stał obok mnie, ale tamten, jeszcze sprzed czasu zdrady. Jeszcze bez Wiery i Żeni… Podobno umarłym szybciej się wybacza. Nie wiedziałam, czy wybaczyłam, czułam jednak, że jego śmierć jest przez to, co zrobił, inna, jakby mniej bolesna. Odarcie ze złudzeń pozbawiło mnie części żałoby. Nie byłam już tą samą wdową co wcześniej.

Czym prędzej porzuciłam te myśli. Poczułam na sobie spojrzenie Janusza, który musiał mi się przyglądać już od dłuższego czasu. Kiedy ja spojrzałam na niego, uciekł wzrokiem, zmieszany. Wiedziałam jednak, że martwi się o mnie. Znowu założyłam na twarz uśmiechniętą maskę gospodyni i zaklaskałam w dłonie.

– Zapraszam wszystkich na zewnątrz! Dziś chcemy uroczyście otworzyć naszą Babę Jogę. Dla wszystkich to pierwszy raz i mam nadzieję, że wrócicie z naszych warsztatów radośni i pełni wrażeń!

Po chwili staliśmy przed drzwiami, a ja mocowałam wstążkę, którą naszykowałam już wcześniej, gdy jeszcze Żeni i Wiery nie było w moim życiu. Rozejrzałam się wokół. Gdzie jest ten Kermel?! Obiecywał przecież, że będzie!

Spojrzałam pytająco na Janusza. Wzruszył ramionami i gestem pokazał mi, że zadzwoni. Przedłużałam więc całą ceremonię, opowiadając o tym, jak doszło do powstania Baby Jogi. W innych okolicznościach wspomniałabym o zmarłym mężu, dziś jednak nie mogłam tego zrobić; bałam się, że nie wytrzymam i wybuchnę płaczem. W tej chwili odczuwałam tak silny żal do Wojtka, że nie byłam w stanie nawet o nim mówić, choćby w kilku zdaniach. Powiedziałam więc o moim teściu, który tego nie słyszał, bo usilnie próbował połączyć się z Kermelem. Mieliśmy już rozpocząć przecinanie, kiedy nagle wtrąciła się Bronia. Weszła na kamienny schodek i oznajmiła, że też ma swoje do powiedzenia.

– Los połączył mnie z Ludmiłą jakiś czas temu, wówczas jednak nie wiedziałam, że dane mi będzie być z nią tak blisko. To wspaniała i ciepła osoba, pisarka, czego na pewno wam nie powiedziała. W wolnych chwilach będzie prowadzić Babę Jogę, a ja wraz z nią. Dumna jestem z tego, że zaprosiła mnie do współpracy. Będę tu dla was warzyć potrawy jak najbardziej oryginalne i zdrowe. Chcę wam również powiedzieć, że mam prywatnie u Ludmiły wielki dług wdzięczności, bo bez niej nie byłoby mojego życia teraz, i dziękuję losowi, że postawił ją na mojej drodze, a moje życie zyskało całkiem nowy smak i zapach. I mam dla niej na otwarcie Baby Jogi pewien prezent. Myślę, że jej się spodoba, bo jest to rzecz, którą sobie kiedyś upatrzyła, ale nie kupiła, i postanowiłam, że tą rzeczą sprawię jej teraz niespodziankę.

Patrzyłam na nią wzruszona. Mówiła tak ładnie, wszyscy słuchali z uwagą. Zdziwiona, zastanawiałam się, co też może być w paczce, którą dopiero teraz zauważyłam. Rozejrzałam się po podwórku i nagła czułość podeszła mi do gardła. Przecież jeszcze niedawno nie wiedziałam, co mam zrobić ze swoim życiem, a teraz jestem tutaj, u siebie, przed zbudowanym właśnie pensjonatem, i witam pierwszych gości. Ludzi, którzy przyjechali do mnie ćwiczyć jogę i żyć zdrowo! Mam naprawdę wiele powodów do radości i nie pozwolę, by przyćmiły ją myśli o Wierze i Żeni! Zajmę się tym kiedyś, nie dziś. Nie chcę o tym teraz myśleć. Chwila, która jest teraz, już nigdy się nie powtórzy.

Spojrzałam wzruszona na Bronię, która wyciągała w moim kierunku ręce z pakunkiem. Wzięłam w dłonie sporą, ciężką paczkę i zaczęłam ją powoli rozwijać. Słyszałam wokół siebie szepty: och, co to jest? Sama byłam równie ciekawa. Jeszcze jedna warstwa papieru i moim oczom ukazał się… piękny gobelin z wilkiem. Na szmaragdowozielonym tle był wyszyty czarny wilk o oczach obwiedzionych złotą nitką. Był tak realistyczny, że miało się wrażenie, jakby wychodził z tkaniny prosto na oglądającego. Dzieło sztuki znalezione w zwyczajnym szmatlandzie, wyciągnięte spod lady przez sprzedającą tam Marzenkę! Zwrócił moją uwagę, bo był naprawdę piękny. Nie wiem, dlaczego go wtedy nie kupiłam. Były chwile, że bardzo tego żałowałam, a teraz… Mam go! Kupiła go Bronia, która tam wtedy również była. To było jedno z naszych pierwszych spotkań[7].

– Broniu! Bardzo ci dziękuję! Zawiśnie na ścianie w kuchni, byśmy mogli go wszyscy podziwiać! – Rzuciłam się jej w ramiona, niemal płacząc ze wzruszenia.

[1] Dzień dobry. Jestem Wiera z Syberii.

[2] Historia pomysłu na Babę Jogę oraz przyjaźni z Ireneuszem opisana została w Prowincji pełnej szeptów.

[3] Janusz – ojciec Wojtka.

[4] Ireneusz – instruktor jogi, bliski przyjaciel Ludmiły.

[5] Kermel – niezwykły murarz, którego dziełem była Baba Joga.

[6] Martin – pierwszy mąż Ludmiły i ojciec ich córki, Zosi. Ich wspólna historia została opisana w Prowincji pełnej marzeń i Prowincji pełnej gwiazd.

[7] Historia przyjaźni Ludmiły z Bronią została opisana w Prowincji pełnej czarów.

Spis treści

Rozdział I

O tym, że pszczoła żądli tylko raz. Moje życie pokochała chyba jakaś kąśliwa osa.

Rozdział II

O tym, że praca jest najlepszym lekarstwem na smutki. Tak mówią mądrzy ludzie. Czasem jednak bywa formą zapomnienia, nie uleczenia.

Rozdział III

O tym, że nie trzeba szukać, a czekać. W czekaniu jest pokora, która zawsze zostaje nagrodzona.

Rozdział IV

O tym, że początek jesieni to czas melancholii. Zmieniają się również nasze smaki. Ale zawsze może być pięknie.

Rozdział V

O tym, że wystarczy chwila, by zmienić życie. Trzeba tylko postawić pierwszy krok.

Rozdział VI

O mazurskich szeptach i przywiązaniu do ludowych czarów.

Rozdział VII

O kobiecie w podróży, pewnej grze i blaskach życia, gdy do domu daleko.

Rozdział VIII

Opowiadanie Uli. O mężczyźnie zaklętym w popiół.

Rozdział IX

Błędne koło szczęścia.

Rozdział X

O wrocławskich spotkaniach i odkryciach piękna na rubieżach.

Rozdział XI

O Chatce Górzystów i magii samotnych podróży.

Rozdział XII

O wybieganej historii mojego miasta i okolic, czyli rzecz o Tymnikowie.

Rozdział XIII

Dziadek na czatach, czyli warmińskie ścieżki i rzecz o duchu.

Rozdział XIV

O zdrowym życiu, dobrym jedzeniu i wielkich dyniach w ogrodzie.

Rozdział XV

O historii pewnej dychy i że czasem trudno jest oddać to samo, co się wzięło, zawsze jednak trzeba się starać.

Rozdział XVI

Bo jesteś tym, co jesz. Zaiste.

Rozdział XVII

O tym, dlaczego czasem kamienie powracają.

Rozdział XVIII

O spotkaniach, bibliotekach, miejscu w podróży i pewnej utracie pamięci.

Rozdział XIX

O mijanych kilometrach i pewnych zbiegach okoliczności, które tylko na chwilę bywają bolesne

Rozdział XX

O cieple w sercu, otwartym oknie i pewnym wyznaniu w odwrotnej kolejności.

Rozdział XXI

O pięknych powrotach, już we dwoje.

Rozdział XXII

O tym, że zima, co pokrywa świat, przygotowuje nas tylko na wiosnę.

Rozdział XXIII

O Pieninach, które można podzielić na dwa państwa, i burzy w górach, która brzmi zupełnie inaczej

DZIĘKUJĘ…

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Piękno z pól i łąk Wiatr od jezior Rzeka ludzi osobnych Prowincja pełna złudzeń Pod słońcem prowincji. Zapiski z prostego życia. Potrawy z pór i ziemi Prowincja pełna snów 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy