Dziennik na nowy wiek

Dziennik na nowy wiek

Autorzy: Józef Hen

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB

Ilość stron: 506

cena od: 21.55 zł

Mozaika drobnych i wielkich zdarzeń, spotkań, refleksji, lektur; panorama kilku lat życia bogatego, twórczego i pełnego. W Dzienniku na nowy wiek spotkamy Józefa Hena, który zachwycał nas kolejnymi tomami Nie boję się bezsennych nocy, ale też Hena, który wciąż na nowo powraca do nieśmiertelnych bohaterów swoich książek: Michela Montaigne?a czy Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Fascynujące jest śledzenie pisarza przy pracy ? czytając Dziennik, asystujemy przy narodzinach aż trzech książek: Mojego przyjaciela króla, Brulionów profesora T. i Pingpongisty. Poznajemy źródła inspiracji, widzimy dojrzewanie pomysłów, rozwiązań fabularnych, ewolucję postaci, a także reakcje pierwszych czytelników i radość autora; czasem irytacja z powodu niemiłej recenzji. Zainteresowania autora Nowolipia są bardzo rozległe ? czyta m.in. Bertranda Russella i Isaiaha Berlina, Henry?ego Jamesa i Maksyma Gorkiego, Gombrowicza, Herlinga-Grudzińskiego i Miłosza. Jeździ przy tym na spotkania autorskie, widuje się z przyjaciółmi, nie stroni od polityki i nie przestaje myśleć nad kolejną książką. Nienasycony apetyt na życie i niezwykła aktywność twórcza Józefa Hena wzbudzają podziw.

Józef Hen

Dziennik

Józef Hen

Dziennik

2000-2007

Copyright © Józef Hen, 2009 Copyright © by Wydawnictwo WA.B., 2009 Wydanie I Warszawa 2009

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

2000

Rok 2000 – czy to wiek dwudziesty czy dwudziesty pierwszy? Arytmetycznie nie ma wątpliwości: zamyka się w ten sposób całe tysiąclecie. Ale popatrzmy na cyfry. Na ich obraz. Jaki sugestywny! Zaczyna się nowy wiek, niewątpliwie.

O rok 2000 zahaczyłem już poprzednio, w księdze trzeciej Nie boję się bezsennych nocy. Pisałem, że przed wojną oglądałem angielski film pod takim właśnie tytułem - Rok 2000– czysta fantazja, oczywiście według Wellsa. Wysoko cywilizowane państwa prowadzą ze sobą wojnę lotniczą. Miasta aseptyczne. Pudła ze szkła i aluminium. Panowie w białych tunikach. To wtedy Słonimski zauważył, że kiedy fantazjuje się o przyszłości, przede wszystkim likwiduje się spodnie. Twórcom tego filmu rok 2000 wydawał się tak odległy, że zobaczyli inną rzeczywistość – jak z dziwnego snu. Ciekawe, czego ani Wells, ani twórcy filmu nie przewidzieli, nie przyszło im to nawet do głowy. Nie przewidzieli szlachetnie obdartych hipisów, szałów kultury masowej, Woodstock i Orkiestry Świątecznej Pomocy, tatuaży i kolczyków, islamskich samobójców, zakodowanych drzwi, telefonów komórkowych, komputera, więc i laptopa, na którym ja, niewolnik i czciciel wiecznego pióra, będę przepisywał te notatki.

Co teraz? Zacząć. Przepędzić strachy. Żadnych „ale po co? ale dla kogo?” To się okaże. Decyzja została podjęta.

Odwagi!

Styczeń

Sam w domu. Rena u siostry we Wrocławiu. Słyszała, że Ritka jest chora, oboje postanowiliśmy, że powinna w tych dniach być u niej. (W czerwcu 1941 roku, kiedy do Lwowa zbliżali się Niemcy, Rena porwała o cztery lata młodszą siostrę do pociągu ewakuacyjnego – i tak uratowała jej życie. Reszta rodzeństwa, pięcioro ich było, zginęła z rodzicami.) Ja jestem stale w otoczeniu bliskich lub co najmniej blisko bliskich – trochę samotności dobrze mi zrobi.

Telefon z życzeniami od Ludwika Stommy z Szampanii. (Huragan zerwał im gonty, dwa dni byli bez prądu i wody.)

Przeglądanie starych listów. Są trzy od mojej Mamy – krótkie, zawsze z jakąś pretensją (umotywowaną). Czekaliśmy wtedy na ojca, wciąż mieliśmy nadzieję, że żyje. Byli nawet tacy, którzy zapewniali, że go widzieli, miał dwie mocno wypakowane walizki i szykował się do powrotu. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że zamordowano go w Buchenwaldzie. I to na dwa tygodnie przed wyzwoleniem. List Stelli z pretensjami do Mamy. Bez sensu. List zniszczyłem.

W podsumowaniach literackich ubiegłego roku nie wymienia się książki o Boyu. A przecież była to świetna sprzedaż, zbliżamy się do ośmiu tysięcy. Pan Władysław Żeleński, bratanek Boya, ucieszony powodzeniem tej książki, teraz, kiedy wchodzi w setny rok życia, dzwoni do mnie z Paryża. „Doczekałem się!” Po chwili: „Ma Boy szczęście, że trafił na pana”. Trudno o wyższy komplement.

Znowu nad listami. Jakże byliśmy młodzi, jakże ufni. Autorzy tych listów – szczególnie ja, lekkomyślny debiutant – pojęcia nie mieli, co ich czeka, jak ułoży się ich życie, jakie dzieła będą ich reprezentować. Jaka będzie Polska. (Chociaż pewne postawy raczej przewidywałem.)

Osobowości były już zaznaczone – to nawet zadziwiające, do jakiego stopnia – tylko jeszcze nieobciążone bagażem, który miał narzucić Czas. Proust wiedział, dlaczego pisze to słowo wielką literą.

Noworoczne przeglądanie notatek. Rok 1986, sierpień. Coś o „stoliku”. Prawie komplet – wokół Konwickiego. Omawia się ciepłe powiewy w polityce kulturalnej. Może złudne… Za to na uniwersytecie nic się nie zmienia. Jest, jak było.

Oni mogą to wytłumaczyć po marksistowsku – mówię do Tadzia. – Że uniwersytety to dla władzy „baza”, coś zasadniczego, a kultura to tylko „nadbudowa”, można sobie pozwolić na większy luz.

Konwa kiwa głową na znak zgody. Irenę Sz. irytuje, że partia wciąż się boi uruchomienia PEN Clubu. Hałastra literacka, mówi, czuje się zagrożona. Rzecz w tym – dodaje – że oni są niezdolni i wiedzą o tym.

– Może są wśród nich i zdolni, nawet na pewno – ja na to – ale są pisarze, którzy nie zasługują na to, żeby być zdolnymi.

Holoubek: – Zapisz to, Józiu, zapisz to koniecznie!

Nie muszę tego zapisywać, nie zapomnę, bo jest to moja dawna formuła. Ale skoro Holoubek nakazał… Zapisane.

(W powieści Odejście AfrodytyStach Narbej mówi coś podobnego do bohaterki, tyle że w sposób bardziej wyidealizowany: „Natura powinna odmawiać głupcom i podlecom umiejętności składania słów i twórczej wyobraźni”. I kiedy indziej: „Są autorzy, którzy nie zasługują na dobre książki przez siebie napisane”.)

Notatka z tego samego roku l986.

„Koterie wokół czasopism literackich czy nawet kawiarniane przeobraziły się – za sprawą pań – w koterie towarzyskie. Nie napisze się nic krytycznego o Kaziku, żeby nie urazić Marysi, trzeba dać nagrodę Markowi, bo to sprawi przyjemność Ewie, a ona boryka się od pewnego czasu bez gosposi, a wiecie Krysi udało się dostać polędwicę na zapleczu sklepu dla dyplomatów. Coś takiego powiedział, no popatrz… nie puszczę drania przez próg. Co, jego? Nie czytam. Skreślony. Może sobie pisać co chce – dla mnie nie istnieje. Dyżuruję, tak, na Piwnej. Ksiądz Niewęgłowski bosko mówił.

Dawniej rozdzielało się laurki w salonach, potem w redakcjach i kawiarniach – teraz przy plackach ziemniaczanych. Czasem przy brydżu".

Konstancin, ZAiKS. Może uda mi się skupić. Pojawił się Różewicz. Przypomniał, że jestem mu winien szwedzką wódkę. (Założyłem się, że dostanie NIKE, nie dostał, ale spadł na niego deszcz innych nagród i mnóstwo wspaniałych omówień.) Dobrze sobie gwarzymy.

Wczoraj pani A., tłumaczka i bardzo stara kobieta, która często obsypywała mnie komplementami, czasem miała uwagi krytyczne, raczej przenikliwe, napadła na mnie: „Niech pan się ode mnie odczepi! Pan Marianowicz powiedział, że jeśli będę miała przykrości, to on mnie przed panem obroni!” O co chodzi? „Niech pan do mnie w nocy nie puka!” Jestem zdumiony, zaprzeczam, ale nic nie pomaga: pukam do niej i już. Nastaję na jej dziewiczość. Przede mną, wyjawia mi pani kierowniczka, pukał do niej pan Leszek K. Ale w tym turnusie go nie ma…

Rano opowiadam o tym przez telefon Zosi, z którą znamy się ponad dwadzieścia lat. „Widzisz – mówię – jakie masz szanse. Mężczyźni będą do ciebie pukać”. „Miejmy nadzieję, że nie dożyję”.

Epizodyczny typ do książki (lub komedii), znany mi z życia: łajdak, który ma za złe autorowi, że tak czarno widzi ludzi i jest pesymistą. Skąd u pana takie czarnowidztwo? Ludzie nie są tacy źli, jak pan ich widzi.

We wtorek byłem w domu. I dobrze, że byłem. Gazownicy spawający rury na klatce schodowej spalili przewody elektryczne. I teraz – ani gazu, ani prądu.

Wieczorem telefon z Paryża. „Tu Giedroyc”. W Paryżu mówi się, że ukazał się duży esej zestawiający Boya z Dmowskim – czy ja coś o tym wiem? Nie, nic nie wiem, ale wydaje mi się to trochę dziwne. „Mnie też – mówi pan Jerzy. – Ale z tymi wariatami to nic nie wiadomo. Jeśli pan się czegoś dowie, proszę do mnie zadzwonić”. Obiecuję.

„Niepokój domowy mam zapisany w trzewiach” – chyba w ten sposób napisał o sobie Montaigne. To ja. Moje dzieci wydają mi się inne – nie mają takiej maniakalnej potrzeby pewności, że w domu wszystko pod ich nieobecność jest w porządku. Bo wierzą, ufają – i tę ufność zawdzięczają nam, rodzicom. Są pewne, że każdy pojawi się w domu zdrowy i cały. Do głowy im nie przychodzi (na szczęście), że mogłoby być inaczej. Co innego ja: mnie trawi niepokój. Nie mogę wtedy skupić się na pisaniu. Żeby pisać – oddawać się czynności tak egotycznej – muszę mieć pewność, że wszyscy, od których uciekam w pisanie, są na miejscu.

Notatka z 1989 roku. O wiecznych wyrzutach sumienia. Wobec psa, że niewyprowadzony na dwór. Wobec Maryli T., że chora, pięć operacji, ja się nie odzywam, ona „dogorywa” (jak pisze) w tęsknocie do Warszawy w jakimś obcym Sztokholmie. I znowu wydaje mi się, że ja jestem winien – bo pracuję nad jakimś nowym tekstem, winien – chociaż prawie jej nie znam. (Czytam to teraz, po 11 latach. Maryla T. bez zmian, raczej wesolutka.)

Wszystkie nieszczęścia świata powodują swędzenie sumienia. Że nie współcierpię, jak wypada, nie poszczę, nie biczuję się, tylko… no tak, myślę o własnym bólu.

Nawet wobec osoby, która skrzywdziła, uderzyła dotkliwie – niepewność, czy to nie ja krzywdziłem, a może za ostro… nazbyt zasadniczo… bo jednak to niezupełnie tak… A może… Jakiś podkradający się niepokój… jakaś bezsenna noc…

Fromm (w Ucieczce od wolności): „…rządy sumienia [własnego] mogą stać się nawet surowsze od rządów autorytetów zewnętrznych…”

O ten temat zatrącam. Tylko zatrącam. Jest on zawsze obecny, goni mnie, ale ja – prawdę mówiąc – od niego uciekam.

„A gdybym zaczął mówić wszystko? Naturalnie, że boję się. Boję się ludzi, bo po co ofiarowywać im siebie z całą swoją słabością, grzechem i zgryzotami, jaka z tego byłaby korzyść? Jeszcze jeden przyczynek do tak zwanej psychologii twórczości?”

To nie ja – to Miłosz, w Roku myśliwego.Myśl zasadnicza. Może nie stale towarzysząca, bo zdemolowałaby wszelką spontaniczność, ale często obecna, wspólna wszystkim, którzy pochylają się nad kartką papieru, by zanotować coś, co doskwiera.

Edward, spowiadający mi się ze swojego niewygasłego uczucia do tamtej, zaskoczył mnie wyznaniem, które j ej przekazał (nie wiem, czy potrzebnie): „Kiedy oczy mnie nie zapiekły, kiedy przestałem odczuwać ból, kiedy myślałem o tobie ze spokojem, jak o kimś, kto się ode mnie oddalił – ogarniały mnie wyrzuty sumienia – czułem się tak, jakbym cię zdradził.

Bo to był, wydawało się, mój obowiązek; odczuwać ból, rozpaczać…"

Edward (stale o tym):

– Właściwie człowiek realizuje swoją wspólnotę z ludźmi, swoją więź z nimi – głównie przez miłość. Pomyśl: kochasz osobę obcą – wyrosłą wśród innych ścian, u innych okien, wśród innych mebli, sztućców, ręczników, z innymi pogwarkami i porzekadłami, z innym przebudzeniem i innym zasypianiem. Nigdy nie przestanę się temu dziwić. I oto uczucie rozpierające pierś. Cóż, że pełne złudzeń. Żywimy przecież i inne złudzenia. Yehudi Menuhin mówi w wywiadzie, bez skrępowania: „Zawsze byłem w kimś zakochany”. Och, tylko nie mów, że kobiety na to nie zasługują. Spróbuj.

Potrafi myśleć i w inny sposób. Kiedyś powiedział mi (a ja zapisałem):

– Szczęśliwy czasem się czuję, że nie miałem tych kobiet, które wiele lat temu urzekały mnie lśnieniem młodych oczu, wdziękiem gibkiej postaci, uśmiechem, który czarował rozkwitem warg – więc dobrze, że nie miałem tych uroczych postaci, bo pozostały urocze jak niespełnione marzenie – i nie obnoszą teraz swojej zasmucającej zwiędłości, złych przemian, jakie uczynił w nich czas i zmartwienia. Dobrze, że ich nie miałem: nie muszę się lękać spotkania z nimi. Nie muszę też hodować żadnych żalów. Możemy rozmawiać – i to całkiem przyjaźnie.

Rodzinna Europa. Inaczej czyta się książkę, którą dostało się na trzy dni, ukradkiem, od przyjaciela, co przemycił ją z Paryża, inaczej, kiedy masz książkę na własność, wiec czytasz ją bez pośpiechu, już bez dreszczu, że zostałeś dopuszczony do czegoś tajemnego. To odbiera książce smak nie tyle zakazanego owocu, ile czegoś odświętnego, pozbawia lekturę obrzędowości, poczucia, że się jest wybrańcem. Książka składa się już tylko z materii słownej, którą możemy aprobować, podziwiać nawet (lub nie), a nie z tajemnych znaków, z sygnałów rozświetlających ciemną drogę.

To samo dotyczy zapewne czytania Herlinga-Grudzińskiego, Stem-powskiego i kilku innych autorów. Czytelnik wydaje ich książki w dużych nakładach, pospolitując je, pozbawiając nimbu.

Czasopisma niegdyś nielegalne, bibuła, różne marnie powielane „Kultury Niezależne”, wciąż z nawyku gromadzone. No i po co? Nic mi za obcowanie z nimi nie grozi – więc po co to trzymać?

Luty

I znowu Rodzinna Europa:niby inaczej, ale jednak z poczuciem obcowania z czymś bliskim i ważnym, z osobowością, która budzi szacunek, a nieraz i wdzięczność. Sięgam do dawnych notatek i widzę zapis: „trzecie czytanie”. Dopisuję teraz: „czwarte czytanie”.

Zwierza się Miłosz, że pogodzenie z życiem, poczucie wspólnoty z Europą, przynależność śródziemnomorską odczuł w „moich” okolicach: nad rzeką Dordogne, koło Perigueux i Saint-Emillion. Nie pada nazwisko Montaigne'a, nie wspomina jego wieży, ale przedtem mówi o Francji jako o „kraju Montaigne'a”.

Przyznaje się do tego czy nie, ale jest to u niego odczucie nowe. Utwierdziło się ono w nim po ucieczce z Polski, wybraniu Zachodu, co nie było decyzją łatwą. W którymś z listów do Giedroycia napisał o swojej „znanej ogólnie rusofobii”. To chyba żart. Nic takiego w nim nie było. Można mu za to przypisać „kompleks Rosji”, jej literatury, obyczajowości, prawosławia, policyjnych porządków. Miał kłopoty ze sobą, z Miłoszem jako „człowiekiem Wschodu”.

Dlaczego bliższa mu się stała lewica? Popchnął go do niej nie „marksizm” – co mu przypisywała niechętna, a czasem wręcz wrogo nastawiona emigracja – ale „mój opór wobec narodowych obskurantów, przeznaczenie ukryte w komórkach mego ciała: jednostki tak czy inaczej wyłączonej ze środowiska, […] muszę mój konflikt uogólniać – tłumaczy nam mędrzec – bo kiedy jest nie tylko własny, ale bardziej powszechny, przestaje poniżać”.

Wcześniej wyznał: „Moje uczulenie na wszystko, co ma zapach «narodowy» i rodzaj fizycznego wstrętu do ludzi wydzielających ten zapach zaważyło silnie na moich losach”.

Jego „pozycja zewnętrzna”, jak to określa (zewnętrzna dzięki matce ze wsi litewskiej), pozwala mu „wniknąć w literatów pochodzenia żydowskiego, bo oni też stali przed zamkniętą bramą”. Czytam uważnie: „Mieliśmy wspólną ojczyznę: język polski. Ale oni wysilali się, żeby bramę sforsować, żeby nadać swoim dziełom wygląd ultrasłowiański, prawie nikt nie obnażał swojego rozdwojenia, nosili sztywne maski i te maski ich gniotły”.

Nie, mnie to nie dotyczy. Nigdy mi w głowie nie postało, żeby zadbać o jakąś „słowiańskość”. Jestem jaki jestem i kropka. Ale przecież napisałeś Crimen, Przypadki starościca Wolskiego, Królewskie sny – może ktoś powiedzieć. Zjawił się nawet u mnie w domu taki ktoś, przedstawił się jako dziennikarz, rzekomo po wywiad, i dość bezczelnie dał do zrozumienia, że w kręgu jego znajomych dziwią się, że ja piszę o szlachcie. Dlaczego to robię? – Bo to świetny temat – odpowiedziałem. Dla pisarza temat to kwestia najważniejsza. Temat go odszukuje. Andre Maurois (prawdziwe nazwisko Herzog) napisał wspaniałe Dzieje Anglii. Bo to był jego temat. I Anglicy pokochali tę książkę.

Miłosz: „Na długiej liście moich przywar nie umieściłbym cynizmu. Pochwalałem, mimo wszystkich jego okrucieństw, mój czas i nie chciałbym żyć w żadnym innym. Nie tęskniłem też do społeczno-gospodarczego porządku w Polsce sprzed wojny [ci z Londynu tęsknili i to wyznanie Miłosza mogło im się wydać propagandą komunistyczną] i kto marzył o jego wskrzeszeniu, był moim przeciwnikiem”. Stąd też ta „silna niechęć do przywódców AK”. Według nich „jutro musiało być świetlane, ale ktokolwiek odważał się napomknąć, że zależy ono od form ustrojowych i międzynarodowej rozgrywki, narażał się na niebezpieczeństwa nie zawsze platoniczne”.

Ale oto niespodzianka – przykra – której pisarz nie przewidywał: na jego Zniewolony umysłpowoływali się amerykańscy rasiści. „…wycinki prasowe z Alabamy, Georgii czy Południowej Karoliny wykrzywiały mi twarz: tamtejszy dziennikarz podawał mnie za sojusznika, a ja sądziłem, że występując przeciw upodleniu człowieka już tym samym jestem sojusznikiem jego Murzynów. […] Potępia nas albo ocala intencja”.

Przeskoczę do Nobla i do zwierzenia, na które zdobył się (brać przykład!) w Roku myśliwego.Przyznaje, że cały pobyt w Polsce, w 1981 roku, powrót po trzydziestu latach, to: „Niesamowity triumf, moralna przypowieść, baśń: mądrzy bracia przegrali, wygrał głupi Jaś. Jeżeli w centrum moich namiętności było pisarstwo (a było), jeżeli w centrum pisania jest potrzeba uznania (a jest), powrót do Polski w sławie był szczytem mojej biografii”.

To dobrze, imponujące nawet, że Miłosz odważył się na szczerość – nie udawał, nie krygował się, podzielił się z nami swoją radością, poczuciem triumfu.

Nie musiał. Szczerość nie jest warunkiem koniecznym dla tworzenia wartościowej literatury. Ani, jak mogliśmy się przekonać, dla wartościowej politycznej działalności. Szczerość nie jest opozycją kłamstwa; opozycją kłamstwa jest prawda. Życie nie każe nam mówić wszystkiego, wystarczy, jeśli jesteśmy dyskretni, taktowni. Takt – tego ja bym się naiwnie domagał, gry fair, dżentelmeństwa. I nie uważam się bynajmniej za idealistę. E.T., niebieskooka asystentka na wydziale psychologii, opowiadała kiedyś o tym, jak rozmawiała o mnie ze swoim profesorem, którego przedstawiała jako przewodnika życiowego (w dzisiejszej polszczyźnie: guru). Profesor był jej zdaniem atrakcyjnym mężczyzną: bródka, golf, fajka, gęste włosy opadające szronem na czoło. Częstował ją kawą, mówił „dziecinko”. (Być może, profesor nie istniał, E.T. bawiło konstruowanie rzeczywistości.) Otóż pan profesor, pykając z namysłem fajkę, miał mnie komplementować, że moje pisarstwo jest „szczere”. „Szczerość – powiedziałem, chmurniejąc – nie jest kategorią literacką”.

Wolałbym, żeby dostrzegł u mnie kilka dobrze napisanych zdań.

Kapryśna pamięć podsuwa czasem zapisywaczowi not nieoczekiwane prezenty – przypomniała mi się dyskusja na ten temat w radzieckiej prasie literackiej, dawno dawno temu, bo w kilka miesięcy po śmierci Stalina. Dlaczego mi się ona tak wpisała w archiwum mózgu? – pewnie dlatego, że wyczuwało się wtedy pierwsze, delikatne jeszcze, powiewy ciepła, pierwsze oznaki tego, co nazwano (sięgając do określenia z początków panowania Aleksandra II) „odwilżą”. (Niewielką powieść pod tym właśnie tytułem napisał Ilja Erenburg, szybko ją u nas wydano, tłumaczył Jan Brzechwa.) W miesięczniku „Nowyj Mir” ukazał się obszerny szkic pt. O szczerości w literaturze.Autor? Autor? Mam: Liwszyc, ceniony literaturoznawca. Liwszyc, podbudowując swój wywód licznymi cytatami, zaatakował literaturę radziecką za brak szczerości. Na tym, twierdził, polega jej słabość. (Dziś myślę, że chodziło mu o zakłamanie, ale jak o tym napisać wprost – kłamaliście, oszukiwaliście ludzi i siebie – trzeba posłużyć się jakimś bardziej wysublimowanym pojęciem.) Czytelnicy przyznawali Liwszycowi rację: tak, tak, święte słowa, brak szczerości, otóż to.

W dyskusji zabrał głos Ilja Erenburg. Polemizował ze stanowiska racjonalisty. Ależ szczerość o niczym nie decyduje! Weźmy, mówił, Nikołaja Niekrasowa, autora pełnego współczucia dla ludzi pokrzywdzonych poematu Komu się na Rusi dobrze dzieje.Przecież ten poeta to był kawał drania: karciarz, szuler, oszust, a poemat jest humanistyczny, ocieka dobrocią. Ważna jest wymowa, intencja, siła artystyczna, a nie to, czy autor, sławiąc dobro, sam był aniołem dobroci. I drugi przykład: reakcyjny publicysta Katkow. Ten na pewno w swoim polakożerstwie i żydożerstwie, w głoszeniu nienawiści, był szczery. Czy mamy go za to szanować? My tu, w dzisiejszej Polsce, potrafilibyśmy wymienić niejednego szczerego głosiciela nienawiści, może nawet w sutannie księżowskiej, szczerego też w swojej chciwości, kabotynizmie, megalomanii, którym nie potrafi się oprzeć, szczery aż do samoogłupienia. (A niewykluczone, że jest po prostu głupi.) Co do szczerości innych przesławnych nienawistników nie jestem przekonany, nie mam zdania, wydaje mi się, że powoduje nimi przede wszystkim interes.

Winston Churchill, wspominając w swoich pamiętnikach konferencję Wielkiej Trójki w Teheranie (1943): „W czasie wojny prawda jest tak cenna, że powinna być otoczona ochroną z wielu kłamstw”.

A jednak ten spór o znaczenie szczerości coś upraszcza: nie bierze pod uwagę możliwości rozdwojenia osobowości, rozłamu autorskiego ego. Przy biurku może to być inna osobowość niż ta poza biurkiem. Nad kartką papieru, szukając słów i obrazów, piszący ulega dyktatowi jakiejś nie zawsze ujawnianej cząstki duszy. Budzi się w nim współczucie lub rozpala go nieznana mu dotychczas nienawiść. Daje upust zawiści, wściekłości – lub tęsknocie za dobrocią. Po ostatniej kropce podpisuje tekst. Czyta go: brzmi nieźle, czytelnicy popłaczą się ze wzruszenia. On sam też ma łzy w oczach. Szczere. Wstaje zza biurka i wraca do swoich ponurych intryg.

I odwrotnie. Jeszcze przy kawie był miły, żartobliwy, uprzejmy. A za biurkiem chce torturować, wieszać i posyłać dzieci (cudze) z granatami na śmierć.

Pociągiem do Łodzi. Do przedziału wchodzi rozradowana, zadbana pani w krótkim futrze, z jedenastoletnim (jak się zdaje) synkiem. Mówi do niego „kotku”, on się do niej tuli. Pani, bliska czterdziestki, niebrzydka, ciemnowłosa i ciemnooka, czyta coś z zajęciem, czoło wydaje się myślące. Wchodzi konduktor, pani okazuje mu dwie legitymacje, konduktor salutuje. Może żona dygnitarza kolejowego? Wśród książeczek o lakierowanych okładkach dostrzegam foldery z Łazienek. Aha, wypad z prowincji do stolicy. Pani częstuje synusia kanapkami i zagranicznymi sokami. Żona kolejarza z wysokiego szczebla – zdecydowałem.

Zgadzało się. Pani zaczęła szybko mówić, głosem wysokim, niemal gdacząc. Aureola myśli ulotniła się z czoła, inteligencja umknęła z oczu, pani z każdą chwilą, w miarę jak gdakała, traciła na atrakcyjności. Synek zaczął na mnie spoglądać nieprzyjaźnie; zdaje się, że wyobraził sobie, że usiłuję poderwać mamę, która czegoś jest nazbyt rozmowna. A ja byłem po prostu uprzejmy. (To czasem wprowadza w błąd.) Zaproponowała mi napój, podziękowałem. Ona: „A my pijemy i siusiamy” – powiedziała i roześmiała się.

Łódź, Poleski Ośrodek Sztuki. Spotkanie, poświęcone tym razem książce Błazen – wielki mąż, prowadzi, jak zwykle, pan Marcin Filipowicz, który o Wisławie Szymborskiej mówi „ciocia”.

Kto inny mógłby dostać zawrotu głowy od komplementów, które dziś usłyszałem. Ja jestem zbyt doświadczony (w sensie: doświadczyłem na własnej skórze różności), żeby się tym przejmować. Odnotowuję w myśli: aha, świetnie, to znaczy nieźle. Podpisałem chyba z 20 egzemplarzy, co jak na tę placówkę, oddaloną od centrum miasta, jest dużo. Ludzie stali w kolejce jacyś radośni, poruszeni, kochają Boya – i dzięki temu, troszeczkę, i mnie. Dwaj panowie objawiają wdzięczność za tę książkę. Jeden z nich zwierza się, że przeczytał całą Komedię ludzką Balzaca. Wyczyn, szkoda gadać. Pani opowiada o córce, że kupiła mojego Błazna na lot do Ameryki, a kiedy skończyła czytać – dokładnie tak jak pewna dziewczyna w Poznaniu – „mamo, rozryczałam się”. Ja do dziewczyny, która podsuwa pomięty egzemplarz: „Widać, że było czytane”. Licealistka uśmiecha się: „Dwa razy”. Napisałem w dedykacji: „pod trzecią lekturę”.

Zacząłem trochę rozkojarzony, chaotycznie, ale dzięki paru pikantnym anegdotom nikt tego chyba nie zauważył. Pan Filipowicz był pewny, że panie będą rozpytywały o kochanki Boya, o Krzywicką, bo była tu niedawno Agata Tuszyńska ze swoim Długim życiem gorszycielki,ale nic podobnego, nie padło ani jedno takie pytanie. Zdaje się, że uczestnicy skupili się na powodzi nazwisk, tytułów, cytatów, wydarzeń wreszcie. Jeżeli czai się gdzieś w mózgu skleroza, to nie dotyczy mojej wiedzy o Boyu, mojego wieloletniego współżycia z nim. Z dawnych łódzkich znajomych, bywalców „Honoratki” sprzed trzydziestu lat z grubym hakiem, pojawiła się urodziwa, dziewczęca pani muzykolog, Hania Iżykowska, i jak zwykle przy takich okazjach, obrzędowe niemal, wzajemne „nic się nie zmieniłeś!”, „ty też!”, oboje rozpoznawalni, sukces.

Łódź, Poleski Ośrodek Sztuki. Sam, w pokoiku na drugim piętrze. Niby wszystko, co konieczne, tu jest, ale jest i jakiś dyskomfort. Nie można stąd wyjść. Nie ma radia (powinienem był zabrać ze sobą swoje). Gdzieś na dole portier z pieskami. Cisza. Gdyby ktoś odsiadywał podobny areszt za ścianą, porozumiewalibyśmy się ze sobą, wystukując więzienny alfabet.

Po wszystkich komplementach, po wybuchach wzruszenia – wraca smutek codzienności. To zdrowe i przywraca właściwe proporcje. No to skorzystajmy z tej samotności i odnotujmy to i owo.

Wczoraj w Pałacu Prezydenckim – spotkanie tzw. noworoczne z twórcami. Kwiat aktorstwa w komplecie. Z literatów – na ogół roczniki z gatunku, według określenia Marianowicza, „jak ty świetnie wyglądasz”. Rozmowa z nową atrakcyjną prezydencką panią minister, Jolantą Szymanek-Deresz – o Jaśku Sz., koledze Maćka ze szkoły filmowej, który już dziesięć lat siedzi w więzieniu, skazany za morderstwo wyrokiem, będącym, naszym zdaniem, oczywistą pomyłką sądową. Pani Jolanta zna sprawę, bardzo przejęta, „pierwsza, która trafiła na mój stół”. Ale decyzja zapaść może dopiero po nowych wyborach – teraz czas jest niesprzyjający, atakuje się Kwaśniewskiego (podobnie jak przedtem Wałęsę) za ułaskawienia. Jasiek musi czekać…

Z Grażyną Barszczewską w barku „Europejskim” na rogu Krakowskiego Przedmieścia. Przekazuje mi tekst Hemara, z którego zniknęło jakieś słowo, wyraźnie go brak, ja powinienem coś z tym zrobić. (Próbowałem, nie bardzo mi się to udało, najwyraźniej mi Hemar nie leży.)

Dzisiaj, na krótko przed wyjazdem do Łodzi, w tej samej kawiarence z niedawno rozwiedzioną Zosią. Jej przyjaciółka Ewa (przyjaźń od przedszkola) mówi to samo co ja: „Codziennie rano, kiedy się budzisz, powinnaś skakać ze szczęścia, że tego skurwiela nie ma obok. Że nikt nie wrzeszczy. Jesteś wolna! Suchy chleb jeść – niż znosić to, co ty znosiłaś!” Zosia komentuje: „Bo tylko ona i ty znaliście podszewkę tego małżeństwa”. Wszystkich innych on wprowadza w błąd: użala się nad sobą, jaki biedny, pokrzywdzony, a ona bez serca, tak, tak… takie są kobiety…

Madzia opowiada o Finlandii. W szkole socjalizm. Podręczniki bezpłatne, obiad dostają wszystkie dzieci. W Helsinkach samochód nadal może stać na ulicy niezamknięty, nikt nie ukradnie. Wytłumaczenie tego niezwykłego zjawiska jest, moim zdaniem, proste: nie kradnie się, bo nie ma paserów, nikt nie przerabia numerów, policjanci nie uczestniczą w zyskach. Żeby były kradzieże samochodów, musi być zorganizowany cały rynek, paserzy, przekuwacze, przerzuty przy współudziale policjantów. I celników.

Przygotowujemy z wydawcą Kwiecieńdo wznowienia. Wydawca czaruje, że wszedł w tę imprezę przez sentyment dla swojego ojca, który brał udział w forsowaniu Nysy w szeregach 2. Armii. Wstęp Michała Komara, moje zdjęcie, biogram, tekst Jackiewicza, w którym Alek utrzymuje, że „woli Hena od Hemingwaya”. Niech mu będzie. Młoda, ładna redaktorka uprzedza z uśmiechem: „Na pieniądze niech pan lepiej nie liczy”.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Oko Dajana. Pingpongista Ja, deprawator Królewskie sny Błazen - wielki mąż Bruliony Profesora T. Powrót do bezsennych nocy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Gdańsk jako wspólnota Strach. Trump w Białym Domu Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary