Listy do rodziny, przyjaciół, wydawców

Listy do rodziny, przyjaciół, wydawców

Autorzy: Franz Kafka

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: EPUB

Ilość stron: 544

Cena książki papierowej: 59.00 zł

cena od: 36.67 zł

Nigdy dotąd w Polsce niepublikowane listy Franza Kafki.
Wybrał, przełożył i komentarzem opatrzył Robert Urbański. Współpraca: Anna Urbańska.


Czy Kafka pisał wiersze? Czy był zakochany w innych kobietach oprócz Felicji i Mileny? Jakie książki czytał? Lubił chodzić do teatru? Co jadał? Jak znosił walkę z chorobą? I z kim dzielił się swymi przemyśleniami?
Mniej lub bardziej zaskakujące odpowiedzi może przynieść lektura nigdy dotąd w Polsce niepublikowanej korespondencji Franza Kafki. Począwszy od wpisu do pamiętnika, który zrobił, mając siedemnaście lat, przez kartki pocztowe, dedykacje oraz listy, kończąc na tym ostatnim, napisanym do rodziców dzień przed śmiercią - to historia życia ujęta w obszernej korespondencji.
Listy do szkolnych kolegów Kafki (m.in. Oskara Pollaka, Oskara Bauma) oraz późniejszych oddanych przyjaciół (Maksa Broda, Feliksa Weltscha, Roberta Klopstocka), do kobiet, z którymi był związany, poza znanymi już Felicją i Mileną, do rodziców i sióstr, głównie do najmłodszej, ukochanej Ottli, do wydawców (m.in. Kurta Wolffa) oraz wielu innych przedstawicieli kultury i sztuki - wszystkie one kryją mnóstwo skarbów. Można w nich odnaleźć fragmenty utworów Kafki, dowiedzieć się, które lektury szczególnie go zajmowały, jaki miał stosunek do najbliższych mu osób, jak się układały jego relacje z wydawcami, czym był pochłonięty na co dzień, jak znosił trudy miłości. Można obserwować nie tylko ewolucję poglądów czy sposobu myślenia Kafki, lecz także stylu pisania - od młodzieńczej kwiecistości, metaforyzacji języka do późniejszej lapidarności.
Listy... to szansa na obcowanie z prawdziwymi perłami epistolografii.

Zainteresuje Cię to, kochana Ottlo, że w hotelu Pod Rumakiem po drugiej stronie zjadłem pieczeń jagnięcą z ziemniakami i borówkami, potem omlet, a do tego wypiłem buteleczkę wina jabłkowego. W tym samym czasie dużą ilością mięsa, którego, jak wiadomo, nie mogę pogryźć, częściowo nakarmiłem kota, a częściowo tylko uświniłem podłogę. Potem przysiadła się do mnie kelnerka i rozmawialiśmy o Falach morza i miłości, na które postanowiliśmy pójść niezależnie od siebie wieczorem. To smutna sztuka.
z listu do Ottli Kafki, 25 lutego 1911

Droga Minze, z pewnością wolno wysyłać takie listy, a zwłaszcza takie. Inne, bardziej spójne, mniej roztargnione mogą często wbrew woli zakrywać istotę rzeczy, taki kruchy list, rozpadający się na kilka osobnych wątków, niczego nie zakrywa, wtedy tak naprawdę tylko od siły wzroku zależy, ile się dostrzeże, taki list jest poufny, jakby się było w tym samym mieszkaniu, oddzielonym wprawdzie przez tysiąc pokojów, których drzwi jednak rzędem stoją otwarte, tak że można Panią, nawet jeśli rzecz jasna tylko bardzo małą i niewyraźną, zobaczyć w ostatnim pokoju, a to, co widać, Minze, nie wydaje mi się ani bardzo piękne, ani bardzo wesołe, ani bardzo dobre.
z listu do Minze Eisner, luty 1920

To i wiele innych rzeczy przemawia za wizytą, ale zbyt wiele przemawia przeciw. Po pierwsze ojciec nie będzie mógł przyjechać prawdopodobnie z powodu trudności paszportowych. To oczywiście odbiera wizycie dużą część sensu, przede wszystkim jednak matka będzie przez to, ktokolwiek inny by jej towarzyszył, za bardzo na mnie skupiona, skoncentrowana, a ja wciąż nie jestem bardzo piękny i w ogóle wart oglądania. [...] A jeśli dołożycie do tego, że mogę mówić tylko szeptem, a i to nie za często, wy też chętnie przesuniecie wizytę.
z listu do Julie i Hermanna Kafków, 2 czerwca 1924

Robert Urbański (ur. 1976) - dramaturg, tłumacz, literaturoznawca. Kierownik literacki Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy, dla którego napisał sztuki Wschody i Zachody Miasta (2003, wersja TV 2005), Szaweł (2004), Operacja "Dunaj" (2006) i Łemko (2007). Jest współscenarzystą (wraz z Jackiem Kondrackim) polsko-czeskiego filmu fabularnego Operacja "Dunaj" w reżyserii Jacka Głomba oraz współautorem powieści pod tym samym tytułem (W.A.B. 2009).<

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

Wybrał, przełożył i komentarzem opatrzył Robert Urbański

Współpraca Anna Urbańska

Redaktor serii: Adam Pluszka

Redakcja: Magdalena Kędzierska-Zaporowska

Korekta: Mariola Hajnus, Elżbieta Jaroszuk

Indeks zestawiła: Elżbieta Jaroszuk

Redakcja techniczna: Alek Radomski

Projekt okładki i stron tytułowych: Studio Page Graph,

na podstawie koncepcji graficznej mamastudio

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Skład i łamanie:

ISBN 978-83-7747-363-4

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

1900

Do Selmy Kohn [1]

Wpis do pamiętnika

Jak wiele słów jest w tym tomiku!

Powinny pamiętać! Tak jakby słowa mogły pamiętać!

Słowa są bowiem złymi alpinistami i złymi górnikami.

Nie przynoszą skarbów ze szczytów gór ani z głębin kopalni!

Ale istnieje żywa pamięć, która delikatnie pogładziła wszystko, co warte wspomnienia, jakby pieszczotliwą dłonią. I gdy z tych popiołów powstanie płomień, lśniący i gorący, gwałtowny i silny, a Ty wpatrzysz się weń niby zaklęta, wówczas…

Ale nie można niezdarną dłonią i topornym narzędziem wpisać się w tę nieskalaną pamięć, można tylko na te białe, skromne strony. To uczyniłem 4 września 1900 roku.

Franz Kafka

1902

Do Oskara Pollaka [2]

Praga, 4 lutego 1902

Gdy szedłem z Tobą w sobotę, stało się dla mnie jasne, czego nam potrzeba. Piszę jednak do Ciebie dopiero dziś, takie rzeczy muszą się bowiem uleżeć. Gdy rozmawiamy ze sobą, słowa są twarde, idzie się po nich jak po podłym bruku. Najsubtelniejsze tematy zaczynają powłóczyć nogami i to nie nasza wina. Niemal stoimy sobie na drodze, uderzam w Ciebie, a Ty – nie ośmielę się, a Ty…

Doszedłszy do spraw, które nie mają zgoła nic wspólnego z ulicznymi kamieniami albo z „Kunstwartem” [3], nagle widzimy, że mamy kostiumy z maskami, niezgrabnie gestykulujemy (zwłaszcza ja, tak), a potem nagle stajemy się smutni i zmęczeni. Czy byłeś już z kimkolwiek tak zmęczony jak ze mną? Dość często chorujesz. Wtedy pojawia się moje współczucie i nie mogę nic zrobić, nic powiedzieć, i pojawiają się słowa spazmatyczne i niedorzeczne, jakie – i to lepsze – dostaniesz od byle kogo, a potem milknę ja i milkniesz Ty, i Ty będziesz zmęczony, i ja będę zmęczony, a wszystko jest jakimś głupim rozgoryczeniem i nie opłaca się ruszyć palcem. Ale żaden nie chce tego drugiemu powiedzieć ze wstydu czy ze strachu albo – widzisz, boimy się siebie nawzajem, albo ja…

Rozumiem jednak, że jeśli latami stoi się pod obrzydliwym murem, a on nie chce się nawet nadkruszyć, człowiek się męczy. A przecież mur martwi się o siebie, o ogród (jeśli jest), Ty zaś zaczynasz się gniewać, ziewasz, boli Cię głowa, nie wiesz, o co chodzi.

Musiałeś przecież zauważyć, że zawsze gdy spotykamy się po dłuższym czasie, jesteśmy rozczarowani, niezadowoleni, póki nie przywykniemy do tego niezadowolenia. Musimy więc zasłaniać się słowami, aby nie widzieć ziewania.

***

Przestraszyłem się, że nie zrozumiesz całego tego listu. Czego on chce? Bez zakrętasów, woali i brodawek. Kiedy z sobą rozmawiamy, przeszkodą są dla nas rzeczy, o których powiedzieć chcemy, lecz nie potrafimy, i tylko wypowiadamy je tak, że się nawzajem nie rozumiemy, wręcz ignorujemy, wręcz wyśmiewamy (ja mówię: „Miód jest słodki”, ale mówię to cicho lub głupio czy stylistycznie nieprawidłowo, Ty zaś mówisz: „Piękna dziś pogoda”. Ta rozmowa już zmierza w złym kierunku), a ponieważ stale próbujemy i nigdy nie wychodzi, stajemy się zmęczeni, niezadowoleni, twardogłowi. Gdybyśmy próbowali pisać, byłoby łatwiej, niż kiedy mówimy – moglibyśmy bez żenady mówić o ulicznych kamieniach i o „Kunstwarcie”, bo to, co lepsze, byłoby bezpieczne. O tym jest ten list. Czy to napad zazdrości?

Nie mogłem wiedzieć, że będziesz czytać również tę ostatnią stronę, i tak oto nagryzmoliłem te dziwactwa, chociaż nie należą one do listu.

Rozmawiamy ze sobą trzy lata, w niektórych sprawach nie ma wręcz tego, co moje i co Twoje. Często nie umiałbym powiedzieć, co jest ze mnie, a co z Ciebie, a być może i z Tobą tak będzie.

Cieszę się więc niezwykle, że chodzisz z tą dziewczyną. To Twoja rzecz; mnie ona jest obojętna. Ale często rozmawiasz z nią nie tylko z uwagi na samą rozmowę. Może się zdarzyć, że będziesz z nią szedł gdzieś tu czy tam albo w Roztoku, a ja będę siedział w domu za biurkiem. Rozmawiasz z nią, a w środku zdania ktoś wyskakuje i się kłania. To ja z moimi nieociosanymi słowami i kanciastymi minami. Trwa to przez mgnienie oka i już mówisz dalej. Siedzę w domu przy biurku i ziewam. Już tak się czułem. Czyżbyśmy się od siebie oddalali? Czy to nie dziwne? Czy jesteśmy wrogami? Jesteś mi bardzo drogi.

Do Oskara Pollaka

Liboch, st. [4] nadejścia: 12 sierpnia 1902

Jeśli kto leci przez świat w siedmiomilowych butach, od lasów czeskich do lasów Turyngii, wiele wysiłku kosztuje, żeby go złapać albo choć musnąć palcami skrawek jego płaszcza. Nie może on z tego powodu się złościć. Teraz jest więc za późno na Ilmenau. Ale w Weimarze – jest w tym chociaż jakiś ostateczny cel? – będzie Cię oczekiwał list wypełniony po brzegi dziwactwami, które właśnie wskutek długiego leżenia we wspomnianym miejscu nabiorą mocy i subtelności. Miejmy nadzieję,

Twój Franz

Do Oskara Pollaka

Praga, st. 24 sierpnia 1902

Siedziałem przy moim pięknym biurku. Nie znasz go. Jakżebyś mógł. Jest to mianowicie po mieszczańsku pomyślane biurko, które ma wychowywać. Tam, gdzie są zwykle kolana piszącego, ma ono dwa przerażające drewniane szpice. A teraz uważaj. Kiedy piszący siądzie spokojnie, ostrożnie, i pisze coś mieszczańskiego, jest mu dobrze. Ale biada, jeśli się zacznie ekscytować i ciało choćby trochę zadrży – wówczas niechybnie ma się owe szpice w kolanach, a jakiż to ból. Mógłbym Ci pokazać granatowe siniaki. I ma to znaczyć: „Nie pisz nic, co wywołuje emocje, i nie pozwól przy tym ciału drżeć”. Siedziałem więc przy swoim pięknym biurku i pisałem drugi list do Ciebie. Wiesz, jeden list jest jak baran przewodnik stada, podobnie jak on ciągnie za sobą dwadzieścia listów-owiec.

Brr, oto raptownie otwarły się drzwi. Kto tu wszedł bez pukania? Nieuprzejmy typ. Ach, to ukochany gość. Pocztówka od Ciebie. Dziwnie było z tą pierwszą pocztówką, którą tu dostałem. Czytałem ją niezliczoną liczbę razy, zanim nie poznałem całego Twego abecadła, i dopiero gdy wyczytałem więcej, niż było tam napisane, nadeszła pora, by to przerwać i zniszczyć list. Zrobił rach-ciach i był martwy.

Wyczytałem oczywiście to jedno, co było tam rozwlekle ujęte i zgoła niemiłe w lekturze: ze złym, przeklętym Krytykusem [5] w sobie idziesz przez kraj, a tego się robić nie powinno.

Ogólnie jednak zwodnicze i fałszywe wydaje mi się to, co piszesz o Narodowym Muzeum Goethego [6].Wkroczyłeś z urojeniami i szkolnymi przemyśleniami, zacząłeś wkrótce zrzędzić na nazwę. „Muzeum” jest wprawdzie dobre, ale „narodowe” wydaje się jeszcze lepsze, bynajmniej nie jako objaw bezguścia albo desakralizacja czy coś podobnego, jak piszesz, lecz jako najsubtelniejsza, cudownie arcysubtelna ironia. To bowiem, co piszesz o pracowni, Twojej największej świętości, nie jest znów niczym innym jak urojeniem i szkolną refleksją z odrobiną germanistyki – niech ją piekło pochłonie.

Do diabła, to było łatwe, utrzymywać w porządku ową pracownię, a następnie zrobić z niej „muzeum dla narodu”. Każdy cieśla i tapicer – jeśli był tym właściwym, który wiedział, jak cenić łyżkę do butów należącą do Goethego – był w stanie to zrobić i zasługiwał na wszelkie pochwały.

Wiesz jednak, co jest najświętszą rzeczą, jaką możemy w ogóle mieć jako pamiątkę po Goethem… Ślady stóp po jego samotnych spacerach przez kraj byłyby tym właśnie. A teraz przychodzi żart, wyborny, przy którym dobry Pan Bóg gorzko płacze, a piekło dostaje całkiem piekielnych spazmów ze śmiechu – tego, co najświętsze w kimś obcym, mieć nigdy nie możemy, tylko to, co własne – oto żart, nader wyborny. Podawałem Ci go już kiedyś w drobniutkich kawałkach – w ogrodach Chotka [7]; ani nie płakałeś, ani się nie śmiałeś, nie jesteś bowiem ani dobrym Panem Bogiem, ani złym diabłem.

Tylko zły Krytykus (szpetota Turyngii) żyje w Tobie i to jest ów podrzędny diabeł, którego powinno się jednak pozbyć. I tak chcę ku Twemu pożytkowi i pobożności opowiedzieć Ci dziwną historię, jak ongiś […], nad którego duszą niech Bóg świeci, został zwyciężony przez Franza Kafkę.

Gonił za mną bezustannie, gdziekolwiek ległem czy stanąłem. Gdy leżałem na murze winnicy i patrzyłem na krajobraz, i być może spoglądałem na coś drogiego lub słuchałem tego, co tam daleko za górami, możesz być pewien, że nagle ktoś dość hałaśliwie podniósł się za murem, uroczyście powiedział: „Mee, mee”, i dostojnie wyraził swój trafny pogląd, że piękny krajobraz zdecydowanie zasługiwałby na rozprawę. Wyłożył szczegółowo plan gruntownej monografii lub miłosnej sielanki i udowodnił, że jest faktycznie przekonujący. Nie mogłem mu przeciwstawić nic prócz siebie, a to było dość mało.

***

Nie wyobrażasz sobie, jak mnie to wszystko teraz dręczy. Wisielczy humor i wiejskie powietrze były wszystkim, co Ci opisałem, a jaskrawy dzień, który kłuje w oczy, jest tym, o czym napiszę Ci teraz. Był tutaj wuj z Madrytu [8] (dyrektor na kolei), ze względu na niego byłem też w Pradze. Krótko przed jego przybyciem miałem dziwny, niestety bardzo dziwny pomysł, aby go prosić, nawet nie prosić, zapytać, czy nie umiałby mi pomóc wydobyć się z tego wszystkiego, czy nie mógłby mnie gdzieś poprowadzić, gdzie wreszcie mógłbym szybko i śmiało wziąć się do pracy. A więc dobrze, ostrożnie zacząłem. Nie ma potrzeby opowiadać Ci tego ze szczegółami. On zaczął mówić z namaszczeniem, choć jest skądinąd bardzo miłym człowiekiem, pocieszał mnie, dobrze, dobrze. Koniec, kropka. Natychmiast zamilkłem, nic już właściwie nie chcąc, i w ciągu tych dwóch dni, które z jego powodu spędziłem w Pradze, choć byłem przy nim cały dzień, już o tym nie rozmawialiśmy. Dziś wieczór odjeżdża. Jadę jeszcze na tydzień do Liboch, potem na tydzień do Triesch [9], potem z powrotem do Pragi, a potem do Monachium, studiować, tak, studiować. Czemu stroisz miny? Tak, tak, będę studiował. Właściwie po co Ci to wszystko piszę? Wiedziałem chyba, że to było beznadziejne, po co miałoby się własne nogi. Po co Ci o tym napisałem? Żebyś wiedział, jaki jest mój stosunek do życia, które podskakuje teraz na kamieniach jak marny dyliżans pocztowy, kolebiący się z Liboch do Dauby [10]. Musisz mieć zatem współczucie i cierpliwość dla

Twojego Franza

Ponieważ nie pisałem do nikogo więcej, nie byłbym zadowolony, gdybyś powiedział komuś o moich niekończących się listach. Nie rób tego. Jeżeli zechcesz mi odpowiedzieć, co byłoby nader miłe, możesz jeszcze przez tydzień na stary adres: Liboch-Windischbauer, później Praga, Zeltnergasse 3.

Do Oskara Pollaka

Liboch, koniec sierpnia / początek września 1902

Przedziwny jest czas, który tu spędzam, co pewnie zauważyłeś, a ja potrzebowałem tak przedziwnego czasu, czasu, gdy godzinami leżę na murze winnicy i gapię się na deszczowe chmury, które nie chcą stąd odejść, albo na dalekie pola, które stają się coraz dalsze, kiedy ma się w oczach tęczę, albo gdy siedzę w ogrodzie i opowiadam dzieciom bajeczkę (zwłaszcza sześcioletniej blondyneczce, o której kobiety mówią, że jest milutka), albo buduję zamki z piasku, albo bawię się w chowanego, albo rzeźbię stoły, co – Bóg mi świadkiem – nigdy dobrze nie wychodzi. Przedziwny czas, czyż nie?

Albo gdy idę przez pola, które stoją teraz całe brązowe i żałosne, z porzuconymi pługami, całkiem srebrzyście jednak lśniącymi, gdy potem mimo wszystko przyjdzie owo późne słońce i rzuci na bruzdy mój długi cień (tak, mój długi cień, być może przejdę jeszcze po nim do Królestwa Niebieskiego). Czy dostrzegłeś już, jak cienie późnego lata tańczą na zoranej, ciemnej ziemi, jakby były żywe? Czy dostrzegłeś, jak ziemia podnosi się ku jedzącej krowie, jak ufnie się podnosi? Czy dostrzegłeś już, jak ciężka, tłusta gleba kruszy się pod zbyt delikatnymi palcami, jak dostojnie się kruszy?

Do Oskara Pollaka

Praga, st. 20 grudnia 1902

Praga nie popuszcza. Żadnemu z nas. Ta mateczka ma szpony. Dlatego trzeba uciekać albo… Musielibyśmy podpalić ją z dwóch stron, na Wyszehradzie i na Hradczanach, wówczas moglibyśmy się uwolnić. Być może rozważysz to do karnawału.

Wiele już przeczytałeś, ale przykrej historii wstydliwego dryblasa i nieuczciwego w swym sercu nie znasz. Jest bowiem nowa i trudna do opowiedzenia.

Wstydliwy dryblas ukrywał się w starej wsi między niskimi domkami i ciasnymi uliczkami. Uliczki te były tak wąskie, że gdy dwóch szło razem, musieli się w sąsiedzkiej przyjaźni ocierać o siebie nawzajem, a tak niskie były izby, że gdy wstydliwy dryblas prostował się na taborecie, wystawiał swą wielką, kanciastą łepetynę przez strop i był zmuszony nieumyślnie patrzeć z góry na słomiane dachy.

Nieuczciwy w swym sercu mieszkał w wielkim mieście, które upijało się co wieczór i co wieczór szalało. To właśnie jest szczęście miast. A jakie było to miasto, taki był i nieuczciwy w swym sercu. To właśnie szczęście nieuczciwych.

Pewnego dnia przed Bożym Narodzeniem dryblas siedział, przycupnąwszy przy oknie. W izbie nie było miejsca na jego nogi; wyciągnął je zatem wygodnie przez okno, gdzie się przyjemnie bujały. Swoimi niezgrabnymi, chudymi, pająkowatymi palcami dziergał wełniane pończochy dla wieśniaków. Szare oczy nadziewał wręcz na druty, gdyż było już ciemno.

Ktoś lekko zapukał w drewniane drzwi. Był to nieuczciwy w swym sercu. Dryblas rozdziawił gębę. Gość uśmiechnął się. I dryblas już zaczął się wstydzić. Zawstydzały go: jego wzrost, wełniane pończochy i izba.

Ale z tego wszystkiego nie poczerwieniał, tylko pozostał jak przedtem żółty niby cytryna. I z trudnością i wstydem ruszył swe kościste nogi, i wstydliwie wyciągnął do gościa dłoń. Ciągnęła się przez całą izbę. Następnie wyjąkał coś miłego w wełniane pończochy.

Nieuczciwy w swym sercu siadł na worku mąki i uśmiechnął się. Również dryblas się uśmiechnął, a jego oczy popełzły z zażenowaniem ku błyszczącym guzikom kamizelki gościa. Ów podniósł powieki i z jego ust wyszły słowa. Były one elegancikami w lakierkach oraz angielskich krawatach i z błyszczącymi guzikami, a gdyby zapytać je ukradkiem: „Wiesz, czym jest krew z krwi?”, któreś odpowiedziałoby zjadliwie: „Tak, mam angielski krawat”. A ledwie wyszły z ust, stanęły na czubkach butów i były wielkie, potem zaczęły sunąć w podrygach ku dryblasowi, pełznąć ku niemu, szczypiąc i gryząc, i wepchały się z wysiłkiem do jego uszu.

Dryblas zaczął się wówczas niepokoić, jego nos węszył po izbie. Boże, czemu powietrze jest tu tak duszne, stęchłe, nieświeże!

Nieznajomy nie przestawał. Opowiadał o sobie, o guzikach kamizelki, o mieście, o swoich uczuciach – barwnie. A opowiadając, kłuł dryblasa w brzuch ostro zakończoną laską. Ten drżał i szczerzył zęby – kiedy nieuczciwy w swym sercu przestał, był zadowolony i uśmiechał się, dryblas wyszczerzył zęby i grzecznie odprowadził gościa do drewnianych drzwi; tam wyciągnęli do siebie ręce.

Dryblas znów był sam. Płakał. Wycierał pończochami wielkie łzy. Bolało go serce, a nie mógł o tym nikomu powiedzieć. Ale niezdrowe pytania wspinały się od jego nóg do duszy.

Dlaczego do mnie przyszedł?

Bo jestem wysoki?… Nie, bo?…

Płaczę, współczując sobie czy jemu?

Ostatecznie kocham go czy nienawidzę?

Przysyła go mój Bóg czy mój diabeł??

Tak to dławiły wstydliwego dryblasa znaki zapytania.

Znów wziął się do pończoch. Nieomal wkłuł sobie druty w oczy. Było bowiem jeszcze ciemniej.

A więc rozważ to sobie do karnawału.

Twój Franz

Spis treści

1900

1902

1903

1904

1905

1906

1907

1908

1909

1910

1911

1912

1913

1914

1915

1916

1917

1918

1919

1920

1921

1922

1923

1924

Słowo od tłumaczy

Wykaz nazw miejscowości

Przypisy

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Proces Listy do rodziny, przyjaciół, wydawców Proces Proces Proces Proces 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Czapkins Becoming Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi