Śmierć czeskiego psa

Śmierć czeskiego psa

Autorzy: Janusz Rudnicki

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 172

cena od: 23.98 zł

Śmierć czeskiego psa, najnowsza książka Janusza Rudnickiego, to zbiór znakomitych opowiadań, w których sowizdrzalski duch i groteska łączą się z nostalgią i przeczuciem śmierci. Obywatel Niemiec Adam Kowalski, mimowolny przemytnik ślimaków winniczków z Czech, zostaje pomylony z obywatelem Niemiec Adamem Kowalewskim, przemytnikiem papierosów z Polski, i aresztowany. Emerytowany nauczyciel, w dwudziestą rocznicę śmierci swojej żony, wyrusza w podróż na Sycylię do Taorminy z prozą Iwaszkiewicza pod pachą. Zakochuje się w młodej artystce cyrkowej i przyjmuję posadę klauna, traci głowę, pieniądze i bilet powrotny do Polski. Mieszkańcy Zgorzelca pielgrzymują do Görlitz, aby nie całkiem honorowo oddać Niemcom polską krew Bohaterowie Rudnickiego nigdzie nie są u siebie i nigdy nie są do końca sobą. Polacy, Czesi i Cyganie z niemieckimi paszportami. Umarli wracający pomiędzy żywych, żywi kochający umarłych. Człowiek przemienia się tu w zwierzę. Artysta zmaga się z własną seksualnością i fałszuje własną przeszłość. Pod piórem Rudnickiego ich historie nabierają niezwykłej siły wyrazu.

Rudnicki słyszy myśli i zna słowa, a w narracyjnej brawurze ocala to, co najistotniejsze.

prof. Jerzy Bralczyk

Literatura to sztuka słowa, nic więcej. To zdolność posiadania własnego języka. Wyobraźnia, szaleństwo pochodzi od słowa. Mało kto ma swój język. Prawdziwy pisarz go ma. Rudnicki go ma. Wyjątkowo indywidualny. Z błahej sytuacji potrafi zrobić wizje świata. Ma to, co rzadkie, co go wyróżnia, ma talent.

Wiesław Myśliwski

Poznać jego rękę. Jego pismo. Jego całego.

Olga Tokarczuk

Czytam go i zaśmiewam się, pomrukuję, chrząkam, smarkam.

Wojciech Kuczok

Ja­nusz Rud­nic­ki

ŚMIERĆ CZE­SKIE­GO PSA

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2009

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2010

Spis treści

Dedykacja

Teksty pierwszeŚmierć czeskiego psa

Robaczywy pacierz

W kosmosie

Jednoblatówka

Na wyciągu

Tu stacja Kędzierzyn-Koźle!

Na barykadzie

Zawał mam

Cierpienia głupiego Augusta

Na wzgórzu

Na cmentarzu

Teksty drugieAndersen, Andersen

Na ambonie

W Pradze

Osoba pierwsza liczby jak najbardziej pojedynczej

Jeżdżąc

Alma

Księga skarg i zażaleń

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

tak po pro­stu: Zen­ko­wi Ma­ślo­nie

TEKSTY PIERWSZE

Śmierć czeskiego psa

Parę lat temu Cy­ga­nie oku­po­wać za­czę­li obóz kon­cen­tra­cyj­ny w Ber­gen-Bel­sen. Wal­cząc w ten spo­sób o przy­zna­nie im w Niem­czech sta­tu­su gru­py mniej­szo­ścio­wej. O od­szko­do­wa­nia, za wte­dy. Wal­czyć naj­le­piej tam, gdzie się wte­dy gi­nę­ło, dla­te­go Ber­gen-Bel­sen. Dla­te­go rów­nież strajk gło­do­wy w Da­chau (!). Ża­den jed­nak waż­ny chuj na pro­te­sty ich, choć tak spek­ta­ku­lar­ne, spe­cjal­nej uwa­gi nie zwra­cał. To po­wód, dla któ­re­go pro­te­sto­wa­li tak dłu­go, aż się z tym pro­te­stem zży­li, do­słow­nie. Obóz w Ber­gen-Bel­sen stał się, na dłu­gi czas, póki nie usu­nę­ła ich po­li­cja, no­wym ich do­mem.

Dzie­wią­ta rano. Sie­dzę na łóż­ku. Gło­wa zwie­szo­na. Oczy za­mknię­te. Bo go­łę­bie gru­cha­ły, od świ­tu. Zno­wu. Je­den go­łąb, w za­sa­dzie. Sym­bol mi­ło­ści, po­ko­ju i Du­cha Świę­te­go. So­li­sta. Je­den gor­szy od wie­lu. So­li­sta iry­tu­je, chór usy­pia. Więc zno­wu le­ża­łem na tych swo­ich ple­cach, klnąc.

Wsta­ję, czła­pię do skrzyn­ki na li­sty, jed­na w niej re­kla­ma, „Duży Sklep” ma ju­bi­le­usz, czter­dzie­ści dzie­więć lat na ryn­ku. Idę do „Du­że­go Skle­pu”, może coś ku­pię. Nic nie ku­pu­ję, wy­cho­dzę, prze­cho­dzę obok roż­na, kur­cza­ki po ce­nach ju­bi­le­uszo­wych, pół za dwa euro, z buł­ką. Ku­pu­ję, jem, na ław­ce, słoń­ce i po­go­da. Jem rę­ka­mi, tak lu­bię.

Prze­cho­dzi sta­ry czło­wiek ze sta­rym psem, pies ku­le­je i on ku­le­je, boję się o kurę, ale on ma też kurę i jego pies nie zwra­ca na mnie uwa­gi.

Sta­ry czło­wiek sia­da na na­stęp­nej ław­ce, kar­mi psa, pies je. Ja też. Te­le­fon mi dzwo­ni, w kie­sze­ni, nie mogę ode­brać, ręce mam tłu­ste, jem prze­cież rę­ka­mi. Jem, a te­le­fon gra, ja­kaś mu­zycz­ka, tak był już usta­wio­ny, za każ­dym ra­zem chcę ją zmie­nić na sy­gnał, ale dzwo­nią do mnie tak rzad­ko, że za każ­dym ra­zem za­po­mi­nam.

Ław­ka, słoń­ce, kur­czak i ta ra­do­śnie zi­dio­cia­ła mu­zycz­ka.

Prze­cho­dzą dwie ko­bie­ty, mó­wią po pol­sku, Po­lki.

Pierw­sza: – Po­patrz, wi­dzisz, jak taki że­brak ma tu do­brze? Ław­ka, słoń­ce, kur­czak, mu­zy­ka, pik­nik przez całe ży­cie.

Dru­ga: – Skąd wiesz, że to że­brak?

Pierw­sza: – Jak skąd, nie wi­dzisz? Chcesz, to się mo­że­my za­ło­żyć.

Dru­ga: – A jak to spraw­dzi­my?

Pierw­sza: – Pie­nią­dze mu dam.

Dru­ga: – Prze­stań. Ja my­ślę, że to Cy­gan.

Prze­cho­dzą, od­cho­dzą, zja­dłem, idę do domu. W domu kła­dę się, śpią­cy je­stem po tym zgru­cho­ta­nym świ­cie. Nie­zbyt uda­na ta pierw­sza po­ło­wa dnia. Ale też nie naj­gor­sza. Były gor­sze. Ach tam, przed­po­łu­dnia albo po­po­łu­dnia, ile to już dni ca­łych spa­dło mi ze scho­dów.

Zo­ba­czę, co przy­nie­sie dru­ga po­ło­wa dnia. Je­śli nic, nie będę na­rze­kał, mia­łem, z dru­giej stro­ny, dużo uda­nych po­po­łu­dni i wie­czo­rów, czło­wiek nie po­wi­nien wy­ma­gać za wie­le. Je­śli już jest sa­mot­ną boją na mo­rzu co­dzien­no­ści, praw­da?

Za­sy­piam, może coś mnie obu­dzi, je­śli nic, nie będę na­rze­kał, na­wet jak­bym chciał, bo jak tu na­rze­kać, kie­dy się śpi?

Bu­dzi mnie, szcze­ka­nie psa, w te­le­fo­nie. Te­le­fon mnie bu­dzi, a w te­le­fo­nie szcze­ka pies. Pies do mnie dzwo­ni? Za chwi­lę na pierw­szym pla­nie głos męż­czy­zny. Nie­wy­raź­ny, mięk­ki. Taki, któ­ry chwy­cić moż­na gołą ręką za dzią­sła. Głos sta­re­go męż­czy­zny mówi, pyta, czy to ja przy­kle­iłem na słu­pie ogło­sze­nie, że mogę wy­pro­wa­dzać psa.

Ja mó­wię, że ja.

On mówi, no to wła­śnie ja już dzwo­ni­łem do pana dzi­siaj w tej spra­wie, ale nikt nie od­bie­rał.

Ja mó­wię, ach, rze­czy­wi­ście, ktoś dzwo­nił, ale ja­dłem wła­śnie kur­cza­ka, rę­ka­mi, bo „Duży Sklep”, koło mnie, ma ju­bi­le­usz, ro­zu­mie pan, nie mo­głem ode­brać.

On mówi, „Duży Sklep”?! Ja... ja też tam by­łem, kur­cza­ka ku­pi­łem dla psa i...

Ja mó­wię, pana pies ku­le­je, praw­da?

On mówi, ku­le­je! Ja też. A skąd pan...

Ja mó­wię, py­tam, i kar­mił go pan kur­cza­kiem na ław­ce?

On mówi, na ław­ce! Skąd pan... a, to pan? Pan sie­dział na ław­ce obok i jadł?

Ja mó­wię, ja. I py­tam, a to pan wte­dy do mnie dzwo­nił?

On mówi, no ja. I pyta, a ta... ta mu­zycz­ka to...

Ja mó­wię, to mój te­le­fon, za­miast sy­gna­łu, za­po­mi­nam zmie­nić na sy­gnał, bo, wie pan, rzad­ko ktoś dzwo­ni...

On mówi, praw­da, jaki ten świat mały. Pan na ław­ce, ja na ław­ce... I pyta, to co, może pan przyjść?

Ja mó­wię, mogę, py­tam, kie­dy?

On mówi, dzi­siaj, te­raz, je­śli pan może.

Ja mó­wię, mogę. Tyl­ko... gdzie?

On mówi, no tak, to sta­rość, ma pan coś do pi­sa­nia?

Po­da­je mi ad­res, na­zwi­sko i mówi. Że na­zwi­sko przy dzwon­ku na dole na­pi­sał ręką, nie­wy­raź­nie, ale ja, wie pan, mówi, tak pi­szę, jak mó­wię, a mó­wię tak, jak mó­wię, bo nie mam już zę­bów.

Idę, będę wy­pro­wa­dzał, cze­mu nie. Mia­łem już kie­dyś psa, mia­łem, aż mi zdechł. Bok­ser­ka, Asta. Cho­ra była, we­te­ry­narz po­wie­dział, że przyj­dzie ją uśpić, da tru­ci­znę. Le­ża­ła nie­ru­cho­ma w kuch­ni i pa­trzy­ła na mnie. Nig­dy nie da­wa­łem jej kur­cza­ka, żeby nie za­szko­dzi­ły jej ko­ści. Wy­sze­dłem, ku­pi­łem pół z roż­na, zja­dła na le­żą­co. Przy­szedł we­te­ry­narz i po­dał jej śro­dek na­sen­ny, a ona po nim tę ostat­nią wie­cze­rzę zwy­mio­to­wa­ła, i zde­chła. Miesz­ka­łem wte­dy w blo­ku za­raz przy le­sie, po­sze­dłem do lasu, wy­ko­pa­łem dziu­rę, wró­ci­łem, po­cze­ka­łem, aż się ściem­ni, bo po co mi cyrk na osie­dlu, po­ło­ży­łem ją na san­ki, bo śnieg już spadł, a ona cięż­ka, i po­sze­dłem. Cho­dzę z nią tam i z po­wro­tem, bo nie za­pa­mię­ta­łem do­brze miej­sca, a ciem­no, szu­kam tej dziu­ry, nie ma. Zo­sta­wi­łem ją, bo trud­no san­ki cią­gnąć mię­dzy drze­wa­mi, i szu­kam da­lej sam, cho­dzę i klnę na sie­bie, aż w koń­cu jest, zna­la­złem, ko­pa­łem ją dla niej, a sam mało do niej nie wpa­dłem, na­resz­cie, idę po nią, idę i idę, nie ma, nie mogę jej zna­leźć! Co jest, co jest?! Asta?! Samo mi się z gar­dła wy­rwa­ło, jesz­cze tro­chę, a za­czął­bym gwiz­dać. Zna­la­złem ją w koń­cu, pra­wie na nią wcho­dząc, i po­cho­wa­łem, my­śląc, że jak czło­wiek ma dziu­rę, to nie ma psa, a jak ma psa, to nie ma dziu­ry, nie? No i tak to.

Je­stem, dzwo­nię, wcho­dzę, idę po scho­dach, bu­tów pod drzwia­mi tyle, że na­su­wa mi się myśl o Oświę­ci­miu. Przed­sta­wiam się. On mówi, że źle się czu­je, pod­le, a psa trze­ba wy­pro­wa­dzać dwa razy dzien­nie, nie daje już rady. Mówi, że ku­le­je, pies też, cza­sa­mi trze­ba go zno­sić ze scho­dów, albo wno­sić, już mu za cięż­ko. A jesz­cze tyle bu­tów na klat­ce, że przejść nie moż­na, Tur­cy tu miesz­ka­ją, dla­te­go. Mówi, że­bym dał mu jeść, mi­skę mu po­dał, to się do mnie przy­zwy­czai. Haf-haf, szcze­ka, to zna­czy, on szcze­ka, i mówi, że tak szcze­ka pies po cze­sku. W wio­sce Me­dlov Králo­vá go ku­pił, pięk­na na­zwa, praw­da? On się w tej wio­sce uro­dził, dla­te­go psa stam­tąd przy­wiózł, żeby tu mu, haf-haf, po cze­sku szcze­kał, a nie ro­bił ja­kieś tam wau-wau. To jego cze­ska kro­plów­ka, ten pies.

Po­da­ję psu mi­skę, pies je. Pies zjadł. On mówi, że mogę z nim wyjść, do par­ku, i że jak wró­cę, to się roz­li­czy­my.

Ja mó­wię, żar­tu­ję, że nie ma spra­wy, że do­ga­da­my się le­piej niż przy Za­ol­ziu.

On się śmie­je pierw­szy, ja ostat­ni.

Scho­dzę z psem po scho­dach, każ­dy sto­pień dla nie­go to Wiel­ka Par­du­bic­ka. Bio­rę go na ręce, cięż­ki, scho­dzi­my, szlag by tra­fił te buty. Idzie­my uli­cą, trzy­mam smycz, pies za mną. Po­wo­li. Na­gle ka­ret­ka, jak spod zie­mi, mu­sie­li przed skrzy­żo­wa­niem włą­czyć sy­gnał. Prze­je­cha­ła, cią­gnę smycz, nic, opór. Od­wra­cam się, pies leży, nie ru­sza się. Wo­łam go, cią­gnę, pies leży. Pod­cho­dzi ko­bie­ta w cią­ży, po­chy­la się nad psem, do­ty­ka jego szyi, mówi, że zdechł. Cięż­ko jej się pod­nieść, z tym brzu­chem, po­ma­gam jej wstać, mówi, że tego jesz­cze bra­ko­wa­ło, żeby jej te­raz wody ode­szły, py­tam, czy za­dzwo­nić po ka­ret­kę, mówi, że nie, że to jesz­cze za wcze­śnie i że­bym za­jął się psem.

Mó­wię, że dam so­bie radę, że jej brzuch waż­niej­szy. Bio­rę psa na ręce, cięż­ki jak te­le­wi­zor, i od­cho­dzę. Idę z nim na ław­kę, sia­dam z nim na ław­ce, sie­dzi­my na ław­ce. Jego cze­ski łeb na mo­ich pol­skich ko­la­nach. Pu­kam go lek­ko po łbie. Głasz­czę, że niby śpi, nie chcę ro­bić sen­sa­cji. My­ślę, co da­lej. Tak­sów­karz mi go nie weź­mie. Nieść go do domu na rę­kach? Cięż­ki, ale nie mam in­ne­go wyj­ścia. Wsta­ję, chcę go nieść jak dziec­ko, tak jak trzy­ma się dziec­ko, żeby mu się od­bi­ło, z gło­wą na ra­mie­niu, ale on za duży, więc nio­sę go tak, że wisi mi przez ręce, nio­sę go tak, jak żoł­nierz albo stra­żak nie­sie dziec­ko, któ­re ran­ne albo po­pa­rzo­ne. Lu­dzie się ob­ra­ca­ją, ko­men­tu­ją, py­ta­ją, co się sta­ło, mó­wię, że był uśpio­ny do ope­ra­cji i cięż­ko mu się obu­dzić, bo sta­ry. Dzie­ci mnie py­ta­ją, jak się na­zy­wa, nie wiem, za­po­mnia­łem za­py­tać, a Czech za­po­mniał mi po­wie­dzieć, ta jego sta­rość, więc wy­my­ślam, mó­wię, że Pe­pik, dzie­ci idą za mną, krzy­czą, Pe­pik, Pe­pik, obudź się, co­raz wię­cej tych dzie­ci.

Tyle ich, że kro­czę na cze­le ma­łe­go po­cho­du, robi się ko­rek, bo przy­sta­ją za­cie­ka­wie­ni kie­row­cy, dru­dzy na nich trą­bią... ale ma po­grzeb, cze­ski prze­sie­dle­niec ze wsi Me­dlov Králo­vá.

Pięk­na na­zwa... Me­dlov Králo­vá.

Nie wiem, co ro­bić, wi­dzę za­kład na­pra­wy te­le­wi­zo­rów, star­czy tego po­cho­du, wcho­dzę. Ko­bie­ta na wi­dok mój z psem i tłu­mu za oknem mdle­je, wy­cho­dzi z za­ple­cza męż­czy­zna, wi­dzi mnie, psa i Le­żą­cą, za­mie­ra, jest więc tak, że za­kład na­pra­wy te­le­wi­zo­rów za­mie­nia się w ga­bi­net fi­gur nie­ru­cho­mych, w któ­rym je­dy­ny zwie­dza­ją­cy w mo­jej po­sta­ci kła­dzie psa na zie­mi, za­my­ka drzwi i cuci Le­żą­cą. Le­żą­ca wsta­je, mó­wię, co się sta­ło, nie słu­cha­ją mnie, Le­żą­ca pró­bu­je zwol­nić ze „Stój, milcz!” Sto­ją­ce­go, szko­da mi cza­su, roz­glą­dam się, szu­kam du­że­go kar­to­nu, wi­dzę duży kar­ton, wkła­dam do nie­go psa, wło­żo­ny, pa­trzę przez okno, czy już pu­sto, pu­sto, wy­cho­dzę, cięż­ki ten kar­ton, trzy­mam go na ra­mie­niu, my­ślę, żeby za­dzwo­nić po tak­sów­kę, te­raz prze­cież mogę, sta­wiam kar­ton na zie­mi, chcę dzwo­nić po tak­sów­kę, nie mam nu­me­ru, zo­sta­wiam kar­ton na zie­mi, wra­cam do za­kła­du, Sto­ją­ce­mu już le­piej: sie­dzi, Le­żą­ca nad nim: stoi, pro­szę o nu­mer tak­sów­ki, dają mi, dzwo­nię, za­ma­wiam tak­sów­kę, wy­cho­dzę, kar­to­nu nie ma.

Znik­nął.

Pa­trzę w pra­wo, w lewo, nie ma.

Gdzie ten kar­ton?!

Ktoś stoi na przy­stan­ku, wy­glą­da jak kon­tro­ler, chy­ba kon­tro­ler, py­tam o kar­ton, przed chwi­lą go tu po­ło­ży­łem i nie ma. Ten te­le­wi­zor? Cy­ga­nie wzię­li, pod­je­cha­li sa­mo­cho­dem i wzię­li, to pana był? No to ukra­dli, zło­dzie­je, ja wszyst­ko wi­dzę, wszyst­ko krad­ną.

I jak tu prze­łknąć taki fakt? Kra­dzie­ży te­le­wi­zo­ra w po­sta­ci psa? Zie­mia krę­ci się dzi­siaj moim kosz­tem. Jak dzwon bije mi ser­ce. I biją mi dzwo­ny w uszach, nic nie sły­szę. Py­tam Kon­tro­le­ra, czy sły­szy dzwo­ny, ale on mnie nie sły­szy, krzy­czy, że­bym mó­wił gło­śniej, bo dzwo­ny biją, z ko­ścio­ła obok. A mię­dzy jed­nym ude­rze­niem dzwo­nu a dru­gim, jak­by było mało, coś trą­bi, ob­ra­cam się, tak­sów­ka, tak­sów­karz pyta, czy to ja, przez ko­mó­recz­kę, za­ma­wia­łem tak­só­wecz­kę, mó­wię, że ja, i do gło­wy wpa­da mi myśl, któ­rej wy­paść nie daję, bo co? Mam wró­cić i co? Po­wie­dzieć Sta­re­mu Cze­cho­wi? Że pies zdechł? Jaką mu twarz za­in­sce­ni­zo­wać, kie­dy po­wie, do­brze, ale gdzie on? Co po­wie­dzieć, że po­peł­nił sa­mo­bój­stwo, po czym od­da­lił się, czy że ukra­dli mi go, żeby oglą­dać te­le­wi­zję?

Dla­te­go py­tam Kon­tro­le­ra, w któ­rą stro­nę po­je­cha­li, z tym kar­to­nem, Kon­tro­ler po­ka­zu­je w któ­rą, py­tam, ja­kim au­tem, Kon­tro­ler mówi ja­kim, dziw­nym, po­dob­nym do po­grze­bo­we­go, wsia­dam do tak­sów­ki, mó­wię, co się sta­ło, mó­wię, że mu­si­my przed­się­wziąć coś w ro­dza­ju po­ści­gu, Tak­sów­karz pyta, tak mi­mo­cho­dem, za ja­kim sa­mo­cho­dem, mó­wię za ja­kim, je­dzie­my.

Tak szyb­ko, że Chry­stus le­d­wo utrzy­mać się może na krzy­żu.

Tak­sów­karz prze­ję­ty po­ści­giem, ja jesz­cze bar­dziej, a do tego, na­gle, ja­kieś idio­tycz­ne dźwię­ki w ra­diu, w ra­diu? Nie, to mój te­le­fon, nie od­bie­ram, to Sta­ry Czech, na pew­no on, skrzy­żo­wa­nie, w któ­rą stro­nę te­raz? Re­zy­gnu­ję, to nie ma sen­su, chcę wy­sia­dać, Tak­sów­karz mówi, że­bym się nie pod­da­wał i nie wy­sia­dał, i że jak­by w gło­wie so­bie po­ły­żecz­ko­wać, to myśl tu moż­na za­sto­so­wać, że nie ma mia­no­wi­cie ta­kiej ko­szu­li na świe­cie, któ­rej nie moż­na roz­pra­so­wać. Tak­sów­karz mówi, że tak mówi jego żona, bo uczo­na, i że on zna ta­kie miej­sce, w któ­rym ich, Cy­ga­nów, naj­wię­cej. W któ­rym sie­dzą oni dnia­mi, i sie­dzą no­ca­mi, sie­dzą jak w skan­se­nie, w ca­łym tym Ber­gen-Bel­se­nie, prze­czu­cie go jesz­cze nie za­wio­dło, nig­dy, snaj­per myli się raz, a tak­sów­karz prze­nig­dy.

Dzi­wię się, Ber­gen-Bel­sen to obóz kon­cen­tra­cyj­ny, no wła­śnie, mówi Tak­sów­karz, no wła­śnie, dro­gi pa­nie, tam się wła­śnie roz­bi­li Cy­ga­nie. Wa­ham się, tro­chę da­le­ko od Ham­bur­ga, mam się nie mar­twić, on wy­łą­czy licz­nik, bę­dzie inny prze­licz­nik, je­dzie­my?

Je­dzie­my. Szyb­ko je­dzie­my. Pra­wie tak jak hi­sto­ria ko­łem się to­czy.

Je­ste­śmy. Tak­sów­karz sta­je pod bra­mą, pod bra­mą auta, wśród aut po­dob­ne do po­grze­bo­we­go. Tak­sów­karz po­cze­ka, ma wy­mów­kę, boi się o tak­sów­kę, wcho­dzę do obo­zu sam. Sto­ję w bra­mie. W obo­zie pło­nie ogni­sko, roz­sia­ne tu i tam mat­ki kar­mią przy­ssa­ne do nich tu i tam nie­mow­lę­ta, dzie­ci ba­wią się w cho­wa­ne­go, męż­czyź­ni gra­ją w kar­ty. Sto­ję w bra­mie, pa­trzą na mnie.

Za­chód, słoń­ce mam z tyłu, za ple­ca­mi, z przo­du dłu­gi cień.

Mat­ki prze­sta­ją kar­mić, dzie­ci wy­cho­dzą z kry­jó­wek, męż­czyź­ni prze­sta­ją grać. Szu­kam ocza­mi kar­to­nu, nie wi­dzę. Pod­no­si się je­den z męż­czyzn, chy­ba waż­ny, idzie w moim kie­run­ku. My­ślę, co mu po­wie­dzieć, może, że jak mi nie od­da­dzą mo­je­go kar­to­nu z psem, to odej­dę, ale wró­cę nocą i wszyst­kich ich tu pod­pa­lę?

Otwie­ram usta, ale Waż­ny jest szyb­szy, niem­czy­zną po­ła­ma­ną w kil­ku miej­scach mówi, wi­tam pana w na­szych tra­gicz­nych pro­gach, jest pan pierw­szym Niem­cem, któ­ry nas pod­wie­dza. Jest pan czło­wie­kiem, któ­ry spie­szy się na ra­tu­nek ho­no­ru na­ro­du nie­miec­kie­go. Czy weź­mie pan, w tym związ­ku, udział w za­pro­sze­niu na ko­la­cję wspól­ną z nami?

Mó­wię, chwi­lecz­kę, za­raz wró­cę, idę do Tak­sów­ka­rza, mó­wię, żeby wra­cał, ja zo­sta­ję, tłu­ma­czę mu dla­cze­go, mó­wię, że są rze­czy, któ­rych od­mó­wić nie moż­na.

Tak­sów­karz mówi, że­bym stąd ucie­kał, że tu coś się kroi, wi­dział dużo po­li­cji, i się tro­chę boi.

Nie mogę, mó­wię, nie mogę, miesz­kam w tym kra­ju od dwu­dzie­stu lat i wy­pa­da, że­bym coś dla nie­go zro­bił, a nie mścił się tyl­ko za dru­gą woj­nę świa­to­wą, cho­ciaż to jed­no z mo­ich hob­by.

Tak­sów­karz ro­zu­mie, mówi, że­bym zo­stał z Bo­giem, od­po­wia­dam, że nie, żeby le­piej on z nim zo­stał, bo w jego za­wo­dzie kie­row­cy Bóg waż­niej­szy, tak­sów­karz dzię­ku­je za od­da­nie mu Boga, wsia­da i od­jeż­dża, ja wra­cam.

Cze­ka­ją już na mnie przy Wiel­kim Ogni­sku, do­sta­ję ho­no­ro­we miej­sce i kwia­ty, męż­czyź­ni za­czy­na­ją grać, ko­bie­ty za­czy­na­ją tań­czyć, dzie­ci sia­da­ją u mo­ich stóp. Roz­no­szą je­dze­nie z roż­na, do­sta­ję ta­lerz z dy­mią­cym mię­sem, głod­ny je­stem, pół kur­cza­ka przez cały dzień to mało, jeść za­czy­nam, rę­ka­mi, tak lu­bię.

Sie­dzę i jem z tymi, któ­rzy za­miesz­ka­li na zie­mi swo­ich do­słow­nie wy­ga­słych przod­ków.

Prze­ły­kam pierw­szy kęs, dziw­ny smak, py­tam, co to za mię­so, Waż­ny mówi, nie­waż­ne, waż­ne, że sma­ku­je, pa­trzę na ro­żen, pa­trzę na mię­so i w jed­nej se­kun­dzie ga­snę, wy­sia­da mi ki­ne­skop.

Po­ły­kam ci ja kro­plów­kę Sta­re­go Cze­cha?

Sła­bo mi, ze­mdlał­bym, gdy­by nie ja­kieś idio­tycz­ne dźwię­ki, te­le­fon mi dzwo­ni. Nie mogę ode­brać, ręce mam tłu­ste, jem prze­cież rę­ka­mi, tak lu­bię, przez obóz prze­cho­dzą dwie Po­lki, jed­na mówi, wi­dzisz, Cy­gan, mo­głam się za­ło­żyć.

Robaczywy pacierz

Przy­pa­dek Ada­ma Ko­wal­skie­go miał miej­sce w Ham­bur­gu. W Ham­bur­gu wzię­li Ada­ma Ko­wal­skie­go i za­mknę­li. Bo się po­my­li­li. Sze­ro­ko ko­men­to­wa­ny w Niem­czech skan­dal, mię­dzy in­ny­mi przez „Spie­gla”. Cy­ta­ty z li­stów wię­zio­nych Po­la­ków rów­nież są au­ten­tycz­ne.

Ja to nic, mnie w koń­cu wy­pusz­czą, to się musi wy­ja­śnić, ale te śli­ma­ki w moim ba­gaż­ni­ku, w tym upa­le! Bied­ne win­nicz­ki, prze­cież to się, cho­le­ra, po­du­si, niby i tak na śmierć, do zje­dze­nia, ale jed­nak... Kur­wa, no nie po­pier­do­lo­ne te Niem­cy?!

Wziąć i za­mknąć czło­wie­ka, za nic, jaki zno­wu list goń­czy?! Ja i szmu­giel pa­pie­ro­sów? Prze­cież ja na­wet nie palę! Trze­ci ty­dzień tu sie­dzę, śni mi się to? No i te śli­ma­ki w ba­gaż­ni­ku, one w ba­gaż­ni­ku, a ja tu. Ile wy­ży­je taki śli­mak?

Nie po­pier­do­le­ni ci Cze­si? Pre­ten­sje mają, że w Pol­sce że­śmy na­sze wy­zbie­ra­li, to te­raz u nich. My­śmy te śli­ma­ki wzię­li w swo­je ręce, jak spra­wę, pod­ję­li­śmy ini­cja­ty­wę, je­ste­śmy w Unii czy nie? A oni na nas, że my im śli­ma­ki wy­kra­da­my. Taki śli­mak wie, po ja­kiej czoł­ga się zie­mi? Po mo­raw­skiej czy po pol­skiej? Niech też zbie­ra­ją u nas, kto im bro­ni? Ale im się nie chce, nie każ­de­mu się chce zbie­rać to, co się ru­sza. Na­cho­dzić się trze­ba, na­schy­lać. A nam się chce. W Niem­czech wy­cią­ga­my szpar­gle z zie­mi, z drzew zry­wa­my jabł­ka, w Cze­chach zbie­ra­my śli­ma­ki. Dla Fran­cu­zów. Nie po­pier­do­le­ni ci Fran­cu­zi, żeby ta­kie coś jeść?

Było tak, za­jeż­dżam pod dom, po ca­łym dniu jaz­dy z Czech, wy­cho­dzę z auta, otwie­ram ba­gaż­nik, a tu ich mo­rze. Z ko­szów po­wy­ła­zi­ły. Klnę. I wi­dzę pod moją klat­ką dwóch fa­ce­tów. Pa­trzą na mnie, ja na nich. Ner­wo­wy się ro­bię, prze­cią­gam się, że niby ner­wo­wy się nie ro­bię, oni pod­cho­dzą, za­my­kam ba­gaż­nik, oni py­ta­ją, czy ja to ja, czy na­zy­wam się tak, jak się na­zy­wam, Adam Ko­wal­ski. Na­zy­wam. Uro­dzo­ny tego i tego dnia tego i tego roku? Uro­dzo­ny. Ale co, o co cho­dzi, pa­no­wie z po­li­cji? Z po­li­cji, kry­mi­nal­nej. Mamy na­kaz aresz­to­wa­nia. Kogo, mnie?!

Te­raz już ja­koś idzie, po pra­wie trzech ty­go­dniach, po­da­nia po­ma­gam na­szym pi­sać, bo gdzie oni po nie­miec­ku, oni na­wet po pol­sku nie, i li­sty, czy­ta­ją mi na głos, a ja im po­pra­wiam. Te­raz to już le­piej, ale ten po­czą­tek? Ta bia­ła cela, do któ­rej mnie wsa­dzi­li? Ta­kie­go bia­łe­go ko­lo­ru jesz­cze nie wi­dzia­łem, jak­by mnie ktoś do bu­tel­ki z mle­kiem wsa­dził, za­mknął ją i prze­wró­cił do góry no­ga­mi.

Sie­dzia­łem tam i my­śla­łem o Po­wsta­niu War­szaw­skim. Żeby nie zwa­rio­wać. Li­czy­łem w gło­wie, bo gdzie, co na­stę­pu­je: je­śli przy­jąć licz­bę ofiar Po­wsta­nia jako dwie­ście ty­się­cy, a każ­dej z ofiar dać pół­to­ra me­tra wzro­stu, bo trze­ba uwzględ­nić dzie­ci, to wy­cho­dzi trzy­sta ty­się­cy me­trów, czy­li ki­lo­me­trów trzy­sta. Taką dłu­gość mia­ły­by zwło­ki zry­wu na­ro­do­we­go, któ­ry je­dy­ne co, kur­wa, osią­gnął, to ze­rwał temu na­ro­do­wi ścię­gna. Do Gdań­ska wy­star­czy, w po­wie­wach zdo­by­li­by Po­wstań­cy so­poc­kie molo. A gdy­by zro­bić z Nich koło? No ile w ob­wo­dzie ma taka War­sza­wa? Na ręce wo­kół jej szyi star­czy­ło­by z na­wiąz­ką. Spraw­ców tej si­nej ob­wod­ni­cy czci się jak bo­ha­te­rów, a prze­cież ten „szczyt” pol­skiej tak­ty­ki woj­sko­wej był błę­dem tra­gicz­nym tak, że za­miast do Ksiąg Pa­mię­ci Na­ro­do­wej tra­fić po­wi­nien do Księ­gi (w) Ro­dza­ju Gu­in­nes­sa, co nie? W piz­dę i no­żem.

Ci Cze­si coś tam tłu­ma­czy­li, ale nie wie­dzia­łem, o co cho­dzi. Te­raz wiem, je­den tu mi po­wie­dział, tych win­nicz­ków nie moż­na zbie­rać w maju, wio­sną, tyl­ko w paź­dzier­ni­ku, je­sie­nią. Bo te z wio­sny nie na­da­ją się do je­dze­nia, nie­do­bre są. Może o to Cze­chom cho­dzi­ło, przede wszyst­kim, a nie o to, że zbie­ra­my...

I po­ka­zu­ją mi le­gi­ty­ma­cje, przed do­mem. Py­ta­ją o do­wód, jesz­cze bar­dziej ner­wo­wy się ro­bię, nie mogę go zna­leźć, w port­fe­lu, w kie­sze­niach, mó­wią, żeby iść z nimi, że je­stem aresz­to­wa­ny za szmu­giel pa­pie­ro­sów, ja?! Po­ka­zu­ją mi na­kaz, z Cot­t­bus, w Cot­t­bus to ja tyl­ko raz by­łem, w dzie­ciń­stwie! Pa­trzę, niby ja, na­zwi­sko się zga­dza, data uro­dze­nia się zga­dza, co jest! Ale miej­sce uro­dze­nia się nie zga­dza! Krzy­czę, żem nie­win­ny, że to po­mył­ka!

Je­den daje mi tu w celi proś­bę do tłu­ma­cze­nia: Pro­szę wy­so­ki sąd o przy­dzie­le­nie mi na roz­pra­wę tłu­ma­cza nie­miec­kie­go, bo w ogó­le nie znam ję­zy­ka nie­miec­kie­go, za co bar­dzo z góry dzię­ku­ję.

Nie wie, co po­pier­do­lił. Idio­ta.

Wy­ja­śni się, jak po­mył­ka, to się wy­ja­śni, mó­wią mi po dro­dze, na po­ste­run­ku od­da­ję rze­czy, port­fel, han­dy, tor­bę... Jest do­wód, zna­lazł się! Pa­trzą po­bież­nie na dane i do celi mnie. I po mnie.

A te Mo­ra­wy to ład­ne.

W celi ro­ze­brać się mam, do maj­tek, na su­fi­cie ka­me­ra, pró­bu­ję przy­kryć ją ma­te­ra­cem, do celi wpa­da ich sze­ściu czy sied­miu, biją mnie, hor­ror.

Zbie­ra­łem te śli­ma­ki i my­śla­łem, ład­ne te Mo­ra­wy.

Cho­dzi­łem po celi jak zwierz, od ścia­ny do ścia­ny, z kąta w kąt, od drzwi do okna, i my­śla­łem, i my­śla­łem, o po­pier­do­lo­nej po­li­cji nie­miec­kiej i jej po­pier­do­lo­nym aresz­cie, o po­pier­do­lo­nych Fran­cu­zach, po­pier­do­lo­nych Cze­chach i ich śli­ma­kach, któ­re za­mie­nią mój po­pier­do­lo­ny ba­gaż­nik w po­pier­do­lo­ny grób ma­so­wy. Jak mnie nie wy­pusz­czą. I chu­ja, nie wy­pu­ści­li.

Ko­bie­ty. Je­den po­ka­zał mi list od żony: Ko­cha­nie, na po­cząt­ku mego li­stu wia­do­mo­ści do­bre, a po­tem złe, bo ich wię­cej. To zna­czy, co do do­brych, to ich w ogó­le nie ma.

Pierw­szej nocy nie mo­głem za­snąć. Wi­dzia­łem ba­gaż­nik mo­rza śli­ma­ków. Ru­cho­me mo­rze ba­gaż­ni­ka śli­ma­ków. Ru­cho­my ba­gaż­nik mo­rza śli­ma­ków. Mor­ski ba­gaż­nik ru­cho­mych śli­ma­ków. Nie mo­głem za­snąć, li­czy­łem te śli­ma­ki i li­czy­łem, aż co­raz wię­cej z nich za­czę­ło za­mie­niać się w ba­ra­ny, wte­dy za­sną­łem.

Bra­tu mia­łem od­mó­wić? Po­wie­dział, chodź, po­je­dziesz do Ham­bur­ga przez Mo­ra­wy, tam po­zbie­ra­my, we dwój­kę szyb­ciej, we dwój­kę wię­cej, do­sta­niesz sto euro i po­je­dziesz do Nie­miec. Bra­tu od­mó­wić? I po­je­cha­li­śmy. Po­zbie­ra­li­śmy.

Ład­ne te Mo­ra­wy.

Że­gna­my się, ja od­jeż­dżam, on stoi. Sil­nik mu nie chce za­pa­lić. To co, na linę i cią­gnę go, do warsz­ta­tu w... Uni­ce­vie? Chy­ba Uni­cev. Ale wcze­śniej prze­ło­ży­li­śmy te śli­ma­ki do mo­je­go ba­gaż­ni­ka, bo co, jak­by mu jego ba­gaż­nik w warsz­ta­cie otwo­rzy­li? Cze­ka­my, Cze­si na­pra­wia­ją. Czas leci. Po chuj mi były te gli­sty w sko­ru­pach?

Nie wy­trzy­ma­łem, za­czą­łem wa­lić do drzwi, rę­ka­mi, no­ga­mi, i krzy­czeć, żem nie­win­ny, żeby mnie wy­pu­ści­li, że co to za tor­tu­ry, i wy­pu­ści­li mnie. Do izo­lat­ki, kur­wa. Skur­wy­sy­ny. Dzie­więć dni sam, tyl­ko w majt­kach i je­den koc. Wszyst­ko bia­łe. Pie­kło jest też na pew­no bia­łe. A te ro­ba­czy­we my­śli też. Po­tem prze­nie­śli mnie do wię­zie­nia. Nie chcia­łem ad­wo­ka­ta, na po­cząt­ku nie, bo my­śla­łem, że za­raz się wszyst­ko samo wy­ja­śni, po­tem nie, bo my­śla­łem, że jak się samo nie wy­ja­śni­ło, to ja to pier­do­lę, nie będę się­bro­nił, niech mnie trzy­ma­ją, im dłu­żej, tym więk­szy będą mie­li skan­dal. Nie krzy­cza­łem już, nie pro­te­sto­wa­łem. I sta­łem się więź­niem wzo­ro­wym. Jak cię aresz­tu­ją, każ­dy twój ruch, każ­dy twój sprze­ciw po­gar­sza two­ją sy­tu­ację. Nic nie mów. Nie ru­szaj się. Za­cho­wuj się tak, jak­by zo­ba­czył cię wąż. Albo re­kin, wi­dzia­łem w te­le­wi­zji re­por­taż, jak re­ki­ny ata­ku­ją lu­dzi, na Flo­ry­dzie chy­ba. Nie wol­no się ru­szać, każ­dy ruch to o jed­no szarp­nię­cie zę­ba­mi wię­cej.

Na po­cząt­ku mego li­stu, na po­cząt­ku mego li­stu. Pi­szą do żon, dają mi do spraw­dze­nia, czy nie ma błę­dów, i za­czy­na­ją pra­wie za­wsze tak samo: Na po­cząt­ku mego li­stu. Skąd to się wzię­ło, na po­cząt­ku mego li­stu? Tak nas uczy­li, nie wiesz, jak za­cząć, za­cznij, że za­czy­nasz. Na po­cząt­ku mego li­stu... a gdzie, kur­wa?! Prze­cież wi­dać, że po­czą­tek. Ba­ra­ny.

W koń­cu brat mówi w Cze­chach, jedź, wiem, że się do niej spie­szysz, jedź. Po­je­chał­bym już daw­no, mó­wię, gdy­by nie te śli­ma­ki. To wy­rzuć je po dro­dze na ja­kąś łąkę. I zo­sta­wi­łem go, po­je­cha­łem. Do niej. Na pierw­szym par­kin­gu za mia­stem otwie­ram ba­gaż­nik, wy­cią­gam pierw­szy kosz, krzy­czy ja­kiś Czech do in­nych Cze­chów, że ja to na pew­no je­den z tych pol­skich łow­ców śli­ma­ków, kur­wa, za­my­kam ba­gaż­nik, od­jeż­dżam, sta­ję na na­stęp­nym, to samo, otwie­ram ba­gaż­nik i już mnie z da­le­ka po­ka­zu­ją pal­ca­mi, po­ka­zu­ją na ta­bli­ce re­je­stra­cyj­ne, ktoś je tam spi­su­je, a chuj z wami i wa­szy­mi śli­ma­ka­mi! Pier­do­lę, od­dać chcę, a zlin­czu­ją mnie za to, że niby bio­rę, pier­do­lę, gaz do de­chy, w Niem­czech je wy­pusz­czę, za karę, żeby użyź­nia­ły zie­mię by­łe­go wro­ga.

Wszy­scy nasi przed są­dem tu wy­my­śla­ją to samo. Że ro­dzi­na w Pol­sce cho­ra, a ich ko­bie­ty w cią­ży. Może wyj­dę na za­wia­sach, ale pa­mię­taj, mamo, ty je­steś bar­dzo cho­ra na ser­ce, oj­ciec jest śle­py, a ja mam dziec­ko. Księ­gi Na­ro­du i Piel­grzym­stwa Pol­skie­go. W piz­dę i no­żem. I chu­jem po oczach, kur­wa.

Za gra­ni­cą nie wy­pu­ści­łem. Na­przód za­po­mnia­łem, bo o niej my­śla­łem. A po­tem, za Ber­li­nem, jak so­bie przy­po­mnia­łem, to do Ham­bur­ga było już bli­sko, po­my­śla­łem, wy­pusz­czę je w Ham­bur­gu, w par­ku, z zie­mi mo­raw­skiej do nie­miec­kiej, tacy będą z nich emi­gran­ci.

Cze­mu ona mnie nie szu­ka? Na po­li­cję nie zgło­si, że mnie nie ma, że za­gi­ną­łem? Wiel­ka mi mi­łość, pol­sko-nie­miec­ka. Przy­je­cha­ła ze Wschod­nich, z Ro­sto­ku, stu­dio­wać tu, sla­wi­sty­kę, po­ma­ga­łem jej w ro­syj­skim, po­ma­ga­łem zna­leźć pierw­sze miesz­ka­nie, po­ma­ga­łem się urzą­dzić, po­ma­ga­łem, po­ma­ga­łem, po­ma­ga­łem, aż do­szło do pierw­sze­go szczy­tu, pol­sko-nie­miec­kie­go, ona w dole, ja w gó­rze, pa­trzy­ła na mnie jak na my­śli­we­go... Pod ko­niec tego bi­la­te­ral­ne­go sto­sun­ku prze­krzy­wi­ła gło­wę i jej oczy po­kry­ły się mgieł­ką, jak sa­ren­ka, sar­na... Prze­je­cha­na przez tra­ban­ta, bo co, ge­nów się nie ukry­je, ko­niec, na rurę niech idzie za­ra­biać! Przyj­dę kie­dyś na jej strip, jak wyj­dę, usią­dę przy ostat­nim sto­li­ku i krzyk­nę do niej przez całą salę, tańcz, kur­wo, bo rura rdze­wie­je!

Kur­wa, za­po­mnia­łem o mat­ce! Po­pra­wiam cu­dze li­sty, a do niej nie pi­szę nic. Ale co jej na­pi­sać, że co? Że sie­dzę, bo się ko­muś coś po­je­ba­ło? A jak nie na­pi­szę, to ona oczy so­bie wy­pła­cze. Mat­ka, mat­ka, co to niby jest? To jesz­cze go­rzej niż ja­kaś obca ko­bi­ta. Obca ko­bi­ta mnie nie ob­cho­dzi, a taka to mnie krę­pu­je. Bo mnie uro­dzi­ła. A jesz­cze bądź tu do niej po­dob­ny, prze­cież to, kur­wa, cho­re jest! Oj­ciec gdzieś żyje w Pol­sce, ja­kieś wi­do­ków­ki na świę­ta gry­zmo­li, nie wiem, o co cho­dzi. A ja z mat­ką tu, w Ham­bur­gu, jak ja­kiś... nie wiem, gu­zik z pę­tel­ką. Mat­ka ku­le­je, in­wa­lid­ką jest. A ja in­for­ma­ty­kiem.

Tego też nie­źle po­je­ba­ło, z tym ro­we­rem: Ko­cha­na ma­mu­siu, ko­cha­ny ta­tu­siu! Na po­cząt­ku mego li­stu wrzuć­cie mi do li­stu 60 euro, bo jak do­sta­nę de­port, to wy­rzu­cą mnie na gra­ni­cy i jak mam wró­cić do Su­wałk? A jak wró­cę, to na­wet nie wej­dę do domu, tyl­ko od razu wsią­dę na ro­wer i po­ja­dę szu­kać pra­cy i wszyst­ko wam od­dam.

Na­pi­sa­łem mat­ce, że w pierw­szych sło­wach mego li­stu na­przód wia­do­mość zła, je­stem w wię­zie­niu. A w dru­gich do­bra, to po­mył­ka, cho­dzi o ja­kiś prze­myt pa­pie­ro­sów. A w trze­cich sło­wach, że na pew­no za­raz wyj­dę, być może jesz­cze za­nim ten list do mamy do­trze. Do­tarł, nie wy­sze­dłem.

Syn­ku, szu­ka­łam Cię wszę­dzie, by­łam na po­li­cji, po­wie­dzie­li mi, gdzie je­steś. Już by­łam u ad­wo­ka­ta, jak przy­szedł Twój list. Wkrót­ce wszyst­ko się wy­ja­śni. PS A może to kara bo­ska za to, że jako mat­ka tak je­stem Ci obo­jęt­na?

Dnia po­by­tu dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go kla­wisz ka­zał mi się pa­ko­wać. Ad­wo­kat wy­ja­śnił wszyst­ko w cią­gu paru mi­nut. Po­rów­nał miej­sca uro­dze­nia i za­dzwo­nił na po­li­cję w Cot­t­bus. Po­szu­ki­wa­ny był Adam Ko­wa­lew­ski. Nie ja, Adam Ko­wal­ski. Urzęd­nik prze­ję­zy­czył się na kla­wia­tu­rze. Przy­pa­dek, ja i ja­kiś Ko­wa­lew­ski uro­dze­ni w tym sa­mym cza­sie. Ale, kur­wa, gdzie in­dziej. Od­da­li mi rze­czy i wy­sze­dłem.

Mat­ka stoi za bra­mą, idzie do mnie, kuś­ty­ka, wy­cią­ga ręce. O, ja pier­do­lę.

Aresz­tu­ją cię, kur­wa, w bia­ły dzień, pod two­im do­mem. Do­wia­du­jesz się, że je­steś po­szu­ki­wa­ny li­stem goń­czym. Za­my­ka­ją cię. Każ­dy twój ruch jak w ba­gnie, im bar­dziej się chcesz unieść, tym bar­dziej się za­pa­dasz...

Jak czło­wiek przy­cho­dzi na świat, to tak z ni­cze­go wpa­da w coś. To tak jak­by ja­kiś areszt, nie? Obo­jęt­ne co, kur­wa, zro­bisz, bli­żej je­steś je­ba­nej w dupę śmier­ci. Pier­do­lę, nic nie będę ro­bił. Wiem, gdzieś czy­ta­łem, czło­wiek jest z na­tu­ry do­bry, bo bar­dziej pa­mię­ta to, co do­bre, a za­po­mi­na o tym, co złe, ale ja pier­do­lę, ja będę pa­mię­tał tyl­ko to, co złe. Skoń­czy­łem in­for­ma­ty­kę, chcia­łem szu­kać pra­cy, pier­do­lę, nie będę szu­kał pra­cy. Skoń­czy­łem kurs że­glar­ski, chcia­łem że­glo­wać, pier­do­lę, nie będę że­glo­wał. Nie ma ża­gló­wek. Są mo­to­rów­ki. Bia­łe. Wszyst­ko jest bia­łe. Nie ma mo­rza, są śli­ma­ki, bia­łe. Po któ­rych jeż­dżą wście­kłe mo­to­rów­ki. Za­ko­cha­łem się, chcia­łem się że­nić, pier­do­lę, nie będę się że­nił. Jesz­cze, idio­ta, ślub ko­ściel­ny chcia­łem brać. Bóg też jest bia­ły, pier­do­lę tę całą Trój­cę i każ­de­go z nich z osob­na. W nic nie będę wie­rzył. Będę po­je­ba­ną li­te­rów­ką po­je­ba­ne­go urzęd­ni­ka z po­je­ba­ne­go mia­sta Cot­t­bus, któ­re tak samo jest po­je­ba­ne jak każ­de inne mia­sto na świe­cie. Będę do za­sra­nej bia­łej śmier­ci sie­dział w gni­ją­cej sko­ru­pie mo­je­go gni­ją­ce­go cia­ła i to bę­dzie cała moja za­sra­na, ro­ba­czy­wa eg­zy­sten­cja. W ca­łym tym za­sra­nym ro­ba­czy­wym ba­gaż­ni­ku, ja­kim jest ży­cie. Jeb­cie się w ko­la­no, wszy­scy.

W kosmosie

Już pięć lat po tym ślu­bie, a ona w każ­dą rocz­ni­cę ob­ra­żo­na, zna­czy, wiesz, ob­ra­żo­na, ob­ra­żo­na, ale koł­drę od­chy­li, nie? ale wte­dy, po tym we­se­lu za­raz, to kłaść się z nią było strasz­nie, i wsta­wać strasz­nie, no więc ten ślub, to we­se­le, zna­czy, aleś się wy­mo­dził, po­wie­dzia­ła, wy­mo­dził, kur­wa, sześć stów za gar­ni­tur, dwie za buty, to co? dru­gi ślub, nie? i ostat­ni, nie? pięć­dzie­siąt pięć mi stuk­nę­ło, dał­byś? a ona też, suk­nia, na gło­wie ka­pe­lu­sik, jak gwiaz­da jaka, wy­na­ję­li­śmy knaj­pę „Ko­smos”, wiesz któ­rą, tę koło par­ku, gwiaz­da w ko­smo­sie, do­bre, nie? wy­na­ję­li­śmy, i co? i we­se­le, nie? moja ro­dzi­na to tam chuj, oj­ciec umarł, mat­ka umar­ła, ale jej, jej to jak Cy­ga­nie, sze­ściu bra­ci, każ­dy żonę i dzie­ci, no to z każ­dym po se­cie, z pierw­szym pierw­sza seta, jeb! z dru­gim dru­ga, jeb! z trze­cim trze­cia, jeb! moja mówi, nie pij tyle, bo se wy­ko­lę­du­jesz, ale gdzie tam! z czwar­tym czwar­ta, jeb! z pią­tym pią­ta, jeb! z szó­stym szó­sta, jeb! i dęt­ka, wy­ko­lę­do­wa­łem so­bie, do­pie­ro ko­la­cja, a ja jak czołg, coś tam jesz­cze wy­pi­łem i łeb w dół, na stół, idź na dwór, mówi, prze­wietrz się, może ci po­mo­że, na­wet nie wiem, jak wy­sze­dłem, obu­dzi­łem się, to ja­sno się ro­bi­ło, pod drze­wem, na tra­wie w par­ku, co ja tu, kur­wa, ro­bię, my­ślę, pod­no­szę się pi­ja­ny jesz­cze i do kum­pla, He­nia, czę­sto pi­je­my w par­ku, to może z nim, idę, miesz­ka nie­da­le­ko, pu­kam, otwie­ra mi jego mat­ka, za­spa­na, py­tam, gdzie He­niuś, a ona mówi, He­niuś prze­cie na two­im we­se­lu, zgu­bił się?

Kur­wa! no, wy­obra­żasz so­bie?! za gło­wę się ła­pię, ciem­no mi w oczach, a ona, co się sta­ło?! gdzie mój syn?! gdzie He­niuś! jaki syn, ko­bie­to? le­d­wo nowe ży­cie za­czą­łem i już prze­je­ba­ne, a pani mi tu o synu! ja?! to pan do mnie przy­lazł, nie ja do pana, gdzie mój syn?! i ła­pie mnie za ma­ry­nar­kę, i nie pusz­cza, pu­ści, jak jej po­wiem, co z He­niu­siem, a chuj z He­niu­siem, ty sta­ra wiedź­mo! puść mnie, może tam jesz­cze sie­dzą! i wy­rwa­łem się, lecę do „Ko­smo­su”, ale nie wcho­dzę, pa­trzę przez okno, moja sie­dzi przy sto­le i pła­cze, koło niej ktoś tam z ro­dzi­ny, He­niu śpi na sto­le, wejść, nie wejść? wcho­dzę, nogi mi się trzę­są ze stra­chu, na pierw­szym sto­le przy wej­ściu wi­dzę fla­chę, iść do niej czy nie? co to da? nie po­sze­dłem, wzią­łem wód­kę i spier­do­li­łem, co by to dało, jak­bym po­szedł, spier­do­li­łem do par­ku, po­ło­ży­łem się w krza­kach, jak dzik, żeby mnie nikt nie zna­lazł, i co, i wy­pi­łem, całą, i za­sną­łem, śpię, śpię, coś mnie bu­dzi, coś mnie jak­by szczy­pie, boli, otwie­ram oczy, a to dzie­ci! dzie­ci, kur­wa, ja­ki­miś pa­ty­ka­mi i ka­mie­nia­mi we mnie rzu­ca­ją, a ja jesz­cze pół­przy­tom­ny, to mó­wię, dzie­ci, daj­cie jesz­cze z dzie­sięć mi­nut, co?

Jednoblatówka

Wi­dać mnie, ty­łem, nie­ru­cho­me­go. Sie­dzę w pu­stym po­ko­ju, na kar­to­nie. Tro­chę zmę­czo­ny, bo się sam, jako czło­wiek po­je­dyn­czy, go­ni­łem.

Wpro­wa­dzi­łem się, do­pie­ro co. W kar­to­nie tro­chę bie­li­zny, przy­bo­ry to­a­le­to­we, parę nu­mer­ków z urzę­du, któ­re po­bra­łem tyl­ko tak, na do­wód, że je­stem, i dwa re­kwi­zy­ty, pe­ru­ka i ciem­ne oku­la­ry. Tro­chę się ru­szam, jed­ną ręką, dru­gą, nogą, gło­wą, mogę się gdzieś po­dra­pać, coś na­wet za­nu­cić, mogę roz­wią­zać so­bie sznu­rów­kę, a po­tem za­wią­zać, ale poza tym nic. Sa­mot­ność to obec­ność cia­ła w (da­nym) po­miesz­cze­niu, prze­czy­ta­łem gdzieś.

Lek­ki deszcz, lek­ki deszcz bęb­nić za­czy­na o pa­ra­pet, nie mam pa­ra­so­la, mam co ro­bić, mam po co wyjść, ku­pię pa­ra­sol.

Wy­cho­dzę, pa­dać prze­sta­je, nie ku­pu­ję pa­ra­so­la. Lu­dzie idą w jed­ną stro­nę, lu­dzie idą w dru­gą stro­nę, po­trą­ca­ją mnie, sto­ję po­środ­ku chod­ni­ka jak Je­zus przy­bi­ty do Chry­stu­sa, co ro­bić? Wra­cać i sie­dzieć czy zo­stać i stać? Czasz­ka pęka w ima­dle ta­kie­go wy­bo­ru. Mu­szę coś ku­pić, żeby nie zwa­rio­wać. Ar­ty­ku­ły spo­żyw­cze nie li­czą się, ża­den chleb, ża­den owoc, żad­ne mię­so, i tak da­lej, nie za­ła­twią spra­wy, prze­ciw­nie, jako ele­men­tar­ne po­gor­szą sy­tu­ację, po­mi­ja­jąc już fakt, że mam je w lo­dów­ce. Wcho­dzę do skle­pu z ja­ki­miś ar­ty­ku­ła­mi in­ny­mi, wy­prze­daż mi­kro­sko­pów. Mi­kro­sko­pów?! Fakt wy­prze­da­ży cze­goś ta­kie­go za­ska­ku­je na­wet mnie, w związ­ku z czym za­sta­na­wiam się przez chwi­lę, czy nie ku­pić dwu, żeby się ze­mścić na so­bie za to, że da­łem się za­sko­czyć, ku­pu­ję jed­nak je­den, dwa ska­ry­ka­tu­ro­wa­ły­by moją de­spe­ra­cję i zruj­no­wa­ły mnie fi­nan­so­wo.

Wi­dać mnie, ty­łem, nie­ru­cho­mo sie­dzą­ce­go. Obok na zie­mi roz­pa­ko­wa­ny mi­kro­skop. Nie ro­bię nic, nie dra­pię się, nie nucę, nie ru­szam żad­ną z koń­czyn. Wsta­ję, pa­ku­ję mi­kro­skop, wy­cho­dzę, wcho­dzę do skle­pu, chcę od­dać mi­kro­skop, sprze­daw­ca pyta, czy stwier­dzi­łem ja­kąś wadę, nie stwier­dzi­łem, stwier­dzi­łem, że nie mam nic do po­więk­sze­nia, sprze­daw­ca my­śli, że to żart, pa­trzy na mnie chwi­lę, wi­dzi, że nie, bie­rze mi­kro­skop i od­da­je mi pie­nią­dze.

Sto­ję przy­bi­ty po­środ­ku chod­ni­ka. Żeby nie zwa­rio­wać, cze­piam się ukry­tej ka­me­ry, uda­jąc, że ta mnie fil­mu­je. Uda­ję, że nie uda­ję, że nie wi­dzę, że mnie fil­mu­je. Na­kła­dam twarz lek­ko po­strze­lo­ne­go aman­ta. Mru­żąc lek­ko oczy, wy­glą­dam jak coś gła­ska­ne­go po grzbie­cie. Przy­mil­nie się uśmie­cha­jąc, jak coś pęk­nię­te­go w oko­li­cy gło­wy. Przy­śpie­szam kro­ku, jak­bym coś so­bie przy­po­mniał, zwal­niam, jak­bym nad czymś usil­nie my­ślał. Pa­trzę ni stąd, ni zo­wąd na nie­bo, jak­by tam Bóg wie co prze­la­ty­wa­ło. Albo na zie­mię, jak­by tam nie wiem co le­ża­ło. Na czer­wo­nym świe­tle wier­cę się tak, jak­by po dru­giej stro­nie coś roz­da­wa­li i to coś się koń­czy­ło. Drzwi do klat­ki otwo­rzyć pró­bu­ję nie tym klu­czem, klu­cze do sie­bie po­dob­ne jesz­cze bar­dziej niż lu­dzie, krę­cę po­iry­to­wa­ną gło­wą, w koń­cu znaj­du­ję wła­ści­wy, wcho­dzę, nie wi­dać mnie.

Wi­dać mnie. Wy­glą­dam jak naga, po­rzu­co­na, sie­dzą­ca odło­giem kość bytu. Noc na du­szy i czar­no przed oczy­ma (Se­ne­ka). Ra­tu­je mnie głód, siła jego po­tę­gi. Roz­le­ciał­bym się, gdy­bym nie mu­siał jeść. Je­stem w kuch­ni. W kuch­ni jest lo­dów­ka, w któ­rej to, co wy­żej, a nad nią to, co jesz­cze wy­żej, czy­li ty­tuł. Ty­tuł jest sta­ry, ty­tuł jest brud­ny. Dziu­ry ma. Trze­ba go wy­mie­nić na nowy.

Ścią­gam sta­ry blat, od­sta­wiam go i mie­rzę dziu­rę po nim, żeby po­dać dłu­gość przy za­ku­pie no­we­go. Za­miast zmie­rzyć po pro­stu dłu­gość sta­re­go, idio­ta. Mę­czę się, mie­rzę, metr zwi­ja­ny, nie skła­da­ny, wzrok sła­by, ręce krót­kie. Jest tak, cza­sa­mi, że przy­dał­by się ktoś po dru­giej stro­nie. Przy­trzy­mał­by dru­gi ko­niec, po­wie­dział, wy­cho­dzi metr czter­dzie­ści. I po­szedł.

Metr czter­dzie­ści, tyle mi wy­szło. Nie­du­żo. Może bę­dzie ja­kaś resz­tów­ka, za bla­ty do me­tra pięć­dzie­siąt pła­ci się mniej, o wie­le.

„Bau­markt”. Las bla­tów, wszyst­kie wy­so­kie jak drze­wa. Znaj­du­ję je­den, tyl­ko dwa me­try, py­tam przy­ci­na­ją­ce­go bla­ty, czy nie mógł­by skró­cić mi go o sześć­dzie­siąt cen­ty­me­trów, bo po­trze­bu­ję tyl­ko metr czter­dzie­ści, i na­kle­ić kart­kę z na­pi­sem „resz­tów­ka”, że­bym przy ka­sie mniej za­pła­cił…

Nie mógł­by.

Ach, nie? Od­cho­dzę, wra­cam, py­tam, dla­cze­go w za­sa­dzie nie mógł­by, pyta, dla­cze­go ja w za­sa­dzie nie mógł­bym ku­pić dwóch me­trów, od­kroi mi po za­ku­pie sześć­dzie­siąt cen­ty­me­trów i będę miał swo­ją dłu­gość.

Ach, tak? Od­cho­dzę, wra­cam, py­tam, nie robi na panu wra­że­nia fakt, że je­stem naj­wy­bit­niej­szym ży­ją­cym jesz­cze pi­sa­rzem pol­skim? Oraz to, że je­stem głod­ny, po­nie­waż nie mam na czym przy­go­to­wać so­bie je­dze­nia?

Nie robi.

Wra­cam za go­dzi­nę, jako ktoś inny. W pe­ru­ce, ciem­nych oku­la­rach i w in­nym ję­zy­ku. Po an­giel­sku pro­szę Przy­ci­na­ją­ce­go, żeby uciął mi pięć­dzie­siąt cen­ty­me­trów z tego dwu­me­tro­we­go, Przy­ci­na­ją­cy upew­nia się, zdzi­wio­ny, czy tyl­ko tyle, po­twier­dzam, uci­na, od­cho­dzę, skrę­cam z bla­tem-ki­ku­tem w re­ga­ły, od­kła­dam go mię­dzy coś tam, wy­cho­dzę ze skle­pu, wra­cam za go­dzi­nę jako ja, nie­dba­le prze­cha­dzam się wzdłuż i wszerz re­ga­łów, pod­cho­dzę do wia­do­me­go miej­sca i mó­wię z uda­wa­nym zdzi­wie­niem, o, to mam szczę­ście, z nie­ba mi spadł ten pół­to­ra­me­tro­wy blat, jako resz­tów­ka! Pro­szę skró­cić mi go o dzie­sięć cen­ty­me­trów. Przy­ci­na­ją­cy przy­ci­na, bar­dzo po­wo­li, i sły­chać, jesz­cze bar­dziej niż dźwięk piły, że do szczel­nie za­mknię­tych drzwi jego mó­zgu puka upar­cie pew­na myśl. Od­cho­dzę, on pa­trzy na mnie tak, jak­bym mu za­bił mat­kę i po­strze­lił ojca, pła­cę przy ka­sie mniej niż za mi­kro­skop, wy­cho­dzę, deszcz. Na tak­sów­kę tro­chę za bli­sko, na pie­cho­tę tro­chę za da­le­ko, ale trud­no, idę.

Z bla­tem na gło­wie.

Raz dziw­nie po­chy­la­jąc się do przo­du, bo cięż­ki, raz dziw­nie po­chy­la­jąc się do tyłu, bo cięż­ki. Raz zie­mię wi­dząc w związ­ku z tym, raz nie­bo.

Zie­mia jest sza­ra, kro­ple desz­czu, któ­re na nią spa­da­ją, wi­dzę z góry.

Nie­bo jest sza­re, kro­ple desz­czu, któ­re z nie­go spa­da­ją, wi­dzę z dołu.

Ob­ra­cam się, krę­cę się z bla­tem wo­kół sie­bie jak la­tar­nia mor­ska, któ­rą za­le­wa­ją fale pa­ra­so­li. Lu­dzie coś mó­wią, od­su­wa­ją się ode mnie, ktoś za mną krzy­czy, coś roz­trza­sku­ję, być może gło­wę, któ­ra nie zdą­ży­ła się od­su­nąć. Od­wra­cam się, zno­wu krzyk za mną, zno­wu się od­wra­cam, zno­wu krzyk za mną.

Pode mną krew bez żył, nade mną żyły bez krwi, ucie­kam z nim na uli­cę, pisk opon, huk bla­chy o bla­chę, desz­czu o blat, ciem­no się robi.

Wi­dać mnie, idę po­wo­li jak koń z nie­wo­li, za któ­rym wście­kłe sta­do me­cha­nicz­nych. Ich klak­so­ny za mną, ich klak­so­ny przede mną, nade mną księ­życ, pod nim ja. Po­chy­la­jąc się w przód, po­chy­la­jąc się w tył, zwi­jam dy­wan tego tek­stu.

Na wyciągu

Prze­klę­ty, kto wy­my­ślił wy­ciąg krze­seł­ko­wy jed­no­oso­bo­wy.

Sia­dam na krze­seł­ku, za­my­kam ba­rier­kę, wy­ciąg ru­sza do góry i na gó­rze sta­je. Ale nie w miej­scu do­ce­lo­wym, a wcze­śniej. W miej­scu, w któ­rym pod sto­pa­mi swo­imi cień wła­sny syl­wet­ki swo­jej wi­dzę. Do­syć mały, z cze­go wy­ni­ka, że wi­szę na tym krze­śle do­syć wy­so­ko. Przede mną ni­ko­go, ob­ra­cam się, za mną ni­ko­go. Kto nor­mal­ny sią­dzie na wy­ciąg w dzień Za­du­szek? Chcę na górę, Zmar­łym Wszyst­kim świe­cę za­pa­lić. Wzią­łem grom­ni­cę z pierw­szej mo­jej ko­mu­nii, dużą, pół­me­tro­wą, żeby wi­dać ją było ze szczy­tu z da­le­ka, aż po cze­skiej stro­nie, żeby wi­dzie­li tam, że Po­lak z mar­twy­mi za pan brat, ko­nie może z nimi kraść.

No trud­no. Po­trwa to tro­chę i za­raz wy­ciąg ru­szy, zda­rza się prze­cież, że coś im tam nie tego. Zim­no, krę­cę się, wier­cę, nic. Sie­dzę. Z pięt­na­ście me­trów nad zie­mią. Wi­sząc. I sie­dząc. Sie­dzę, wi­sząc, czy wi­szę, sie­dząc? Zda­rze­nie prze­cież jed­no, ale z jed­no­cze­sno­ścią kło­po­ty. Nie­waż­ne, ko­lej­ka waż­na, za­po­mnie­li o mnie?

Nic się spe­cjal­ne­go nie dzie­je. Mój cień: po­ru­sza się lek­ko. Wiatr: lek­ko szu­mi. Drze­wa: lek­ko szu­mią też. Po­wie­trze: zim­ne.

Skrzy­pi coś, lina nade mną. Wiatr dmuch­nął. Coś się przy­najm­niej dzie­je. Zno­wu skrzy­pi, zno­wu wiatr. Co­raz moc­niej, a cień mój pode mną co­raz bar­dziej się chwie­je. I za­raz szar­pie mną tak, że trzy­mam się tej rury jak czło­wiek ludz­ko­ści. A zim­na ona jak klam­ka do igloo. Ręce so­bie od­mro­żę, jak jej nie pusz­czę, a jak pusz­czę, to spad­nę i po­ła­mię so­bie ko­ści.

No jak szma­ta la­tam, do­praw­dy! Jak moż­na tak? Z czło­wie­kiem?! Po­stę­po­wać?! Za­po­mi­nać o nim i tar­gać go wia­trem! Bóg, jak­by ist­niał i mnie wi­dział, po­wie­dział­by, a co to za pół­to­ra nie­szczę­ścia tam wisi i trzy­ma się rury? I tchnął­by w ko­lej­kę prąd, bo On to prąd świa­ta, i po­je­chał­bym szczę­śli­wy do góry, wol­ny jak mu­cha, pod któ­rą wy­sechł nie­ocze­ki­wa­nie lep.

Ale Boga nie ma i tkwię tu da­lej jak mu­cha na le­pie spod lady w cza­sach PRL-u, bo wte­dy lepy z kle­jem sprze­da­wa­no tyl­ko spod lady, a nor­mal­nie to su­che, bez kle­ju.

Ciem­no się robi, cień mój opusz­cza mnie.

Ko­ści bolą od sie­dze­nia. Może wstać? Wsta­ję po­wo­li, z tru­dem, nogi mi się trzę­są ze stra­chu, ale wsta­ję. Wi­dzę na dole, w do­li­nie, łunę bi­ją­cą od świe­czek na cmen­ta­rzu, wi­dzę da­le­kie świa­tła do­mów, jak­by tam gwiaz­dy spa­dły. Ale mnie z dołu nie wi­dzi nikt. W ogó­le mnie nikt nie wi­dzi, cho­ciaż być, to ja je­stem.

Do gło­wy przy­cho­dzi mi na­gle, lek­kim kro­kiem, myśl zbaw­cza o grom­ni­cy w moim ple­ca­ku, znaj­du­ją­cym się na mo­ich ple­cach: za­pa­lę ją, może ktoś mnie zo­ba­czy? A je­śli nie, to przy­najm­niej ręce so­bie ogrze­ję.

Cie­plej, fak­tycz­nie. Sie­dzę i świe­cę, ale żeby mnie ktoś wi­dział, to nikt. Może za ni­sko tę świe­cę trzy­mam? I za­sła­niam ją sobą, bo sie­dzę ty­łem do dołu, a przo­dem do góry. Z góry mnie wi­dać, ale tam prze­cież daw­no już ni­ko­go nie ma, waż­ny jest dół. Myśl zbaw­cza na­stęp­na, po­sta­wię grom­ni­cę na gło­wie. To jest, nie ją do góry no­ga­mi, ale ją na gło­wie mo­jej. Co uczy­niw­szy, sie­dzę. Wi­sząc. I pa­ląc się. Wszyst­ko jed­no­cze­śnie. Głu­pio, że ru­szyć się nie mogę, bo­bym zgasł, ale tak, to cał­kiem, cał­kiem. Ja­sno na­wet tro­chę, no i cie­plej.

Coś chrzą­ka pode mną, ru­sza się, dzi­ki? Albo wil­ki, nie wi­dzę tak do­brze, może dzi­ki i wil­ki. Mię­so ludz­kie po­czu­ły. I cze­ka­ją, aż spad­nę, nie­do­cze­ka­nie wa­sze!

Cie­pło, co­raz cie­plej, bo na twarz spa­da­ją mi kro­ple wo­sku. Wiel­kie, cie­płe, moż­na się przy­zwy­cza­ić... Za­sy­piam...

Bu­dzę się, nie mogę otwo­rzyć oczu. Wosk, wszę­dzie wosk. Na oczach, uszach, na ca­łej gło­wie, szyi i ni­żej, na klat­ce pier­sio­wej, na ple­cach i rę­kach. Ru­szyć się nie mogę. Jak w gip­sie cały, z małą dziu­rą w oko­li­cy ust. Nie wi­dzę, nie sły­szę. Je­stem sy­tu­acją bez wyj­ścia. Któ­ra gło­śno od­dy­cha. Osią­gam sta­tus pod­mio­tu ab­so­lut­ne­go, moja eg­zy­sten­cja jest je­dy­na, bra­cia moi w roz­pa­czy.

I na­gle szarp­nię­ta jest ta sy­tu­acja, do przo­du, do tyłu, i je­dzie. Wy­ciąg ru­szył, sunę do góry, jadę, na­resz­cie! Na gó­rze sły­szę ło­skot spa­da­ją­ce­go cia­ła, ze­mdlał na mój wi­dok Ob­słu­gu­ją­cy Górę, któ­ry miał mi przy­trzy­mać krze­sło, sam prze­cież po omac­ku nie wy­sko­czę, zdrę­twia­ły do tego, do krze­sła przy­twier­dzo­ny jak Chry­stus do krzy­ża.

Ro­bię pół­ko­le i zjeż­dżam, jadę w dół, na każ­dym przę­śle wte i we­wte tań­cząc, bez­wol­ny jak pusz­ka przy­wią­za­na do sa­mo­cho­du no­wo­żeń­ców, co za los. Aż skom­li, żeby ująć go we wła­sne ręce, któ­re mu­szę jed­nak naj­pierw uwol­nić. Za­czy­nam nimi po­ru­szać, ścier­pły, boli, ale krok po kro­ku oswo­ba­dzam się z tego bia­łe­go ka­fta­na bez­pie­czeń­stwa, z tej dru­giej mo­jej skó­ry, sztyw­nej, tłu­stej i śli­skiej. Ręce oży­ły, wę­dru­ją w oko­li­ce oczu, żeby mi je prze­trzeć, coś prze­cież mu­szę wi­dzieć, i tam, w oko­li­cach oczu, tra­fia­ją na oku­la­ry. Wosk po­szedł pod szkła­mi, po sa­mych oczach, dla­te­go sie­dzą na mnie sztyw­no, za­ha­czo­ne o uszy, spra­so­wa­ne z nimi. Mu­szę wy­glą­dać jak mu­mia, któ­rej urwis z wy­ciecz­ki szkol­nej za­ło­żył oku­la­ry. Tak mam się po­ka­zać lu­dziom na dole?! Pró­bu­ję po­ru­szyć oku­la­ra­mi w górę i dół, dzia­ła, prze­su­wam je gdzieś na wy­so­kość brwi i pal­ca­mi ro­bię so­bie dwie dziur­ki na wy­so­ko­ści oczu.

Za­czy­nam wi­dzieć, świat, o po­ran­ku.

Ścią­gam pła­ty wo­sku z ple­ców i brzu­cha, ja­koś idzie, wy­żej go­rzej, trud­no, oto jed­na z ma­sek, któ­ra przy­ra­sta do twa­rzy. Re­zy­gnu­ję więc i wy­glą­dam, chy­ba, jak wi­ce­prze­wod­ni­czą­cy Ku-Klux-Kla­nu na cho­ro­bo­wym, kie­dy zjeż­dżam, opa­dam, je­stem na dole i pa­dam w ra­mio­na Ob­słu­gu­ją­ce­go Dół. Jest opa­no­wa­ny, wi­docz­nie za­dzwo­nił do nie­go Ob­słu­gu­ją­cy Górę. Trud­no mi się wy­pro­sto­wać po ca­łej nocy w po­zy­cji sie­dzą­cej, dla­te­go wi­szę nad Ob­słu­gu­ją­cym chwi­lę ja­kąś, aż ten bie­rze mnie na ręce i sa­dza na ław­kę. Sie­dzę, roz­pro­sto­wu­ję nogi, nogi do­cho­dzą do sie­bie, pod­no­szę się i idę w stro­nę dwor­ca, do domu czas, za­nim się cał­kiem wy­pa­lę, bo wi­dzę, w oknach wy­sta­wo­wych, że palę się jesz­cze, lu­dzie mnie oglą­da­ją, dzie­ciom jako żywą świecz­kę po­ka­zu­jąc, dzie­ci idą za mną, pod­ska­ku­ją, chcą mnie zdmuch­nąć, ale nie uda­je im się, od ko­mu­nii uro­słem spo­ro.

My­ślą wszy­scy, że z cmen­ta­rza po Za­dusz­kach wra­cam, skąd mają wie­dzieć, że ja z wy­cią­gu, że ja pro­sto z Gol­go­ty, że ja Sy­zyf z wo­sku, któ­re­mu on, na­resz­cie, scho­dzi, opa­da z szyi, uszu i twa­rzy i cze­rep mi tyl­ko zo­sta­je, jak­bym z mar­twych wstał i po­szedł, ze świe­cą ku czci mo­jej za­pa­lo­ną. Lub jak­bym be­ret z an­ten­ką miał, któ­ra pło­nie jesz­cze, kie­dy po­ciąg wjeż­dża do gór­skie­go tu­ne­lu.

Zgaś się sam, jak sam się za­pa­li­łeś. Śli­nię pal­ce, uno­szę rękę, chwy­tam knot, sy­czę przez chwi­lę i sta­je się ciem­no. Zno­wu, i zno­wu mnie nie wi­dać, ale być, to ja je­stem.

Re­dak­tor se­rii: Da­riusz So­śnic­ki

Re­dak­cja: Da­riusz So­śnic­ki

Ko­rek­ta: Ma­rian­na So­ko­łow­ska, Be­ata Wój­cik

Pro­jekt okład­ki: Ma­riusz Fi­li­po­wicz, www.360stop­ni.com.pl

W książ­ce wy­ko­rzy­sta­no zdję­cia z ar­chi­wum au­to­ra (1, 2, 3, 4, 7, 8 (w ko­lej­no­ści wy­stę­po­wa­nia)

Po­zo­sta­łe zdję­cia: 5 © AP, 6 © pic­tu­re al­lian­ce/dpa/Hu­bert Je­li­nek, 9 © Bet­t­mann/COR­BIS, 10 © KEY­STO­NE/RO­BERT WAL­SER-STRI­FTUNG/Str

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel./fax (22) 646 05 10, 828 98 08

biu­ro@gwfok­sal.pl

www.wab.com.pl

Skład i ła­ma­nie: Kom­pu­te­ro­we Usłu­gi Po­li­gra­ficz­ne

Pia­secz­no, Żół­kiew­skie­go 7

ISBN 978-83-7747-194-4

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Wy­daw­nic­two W.A.B.

i Mi­chał Na­ko­necz­ny / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Życiorysta 3 Mój Wehrmacht Życiorysta dwa Życiorysta Trzy razy tak! Śmierć czeskiego psa 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sól morza Jak być kochanym Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość