Dżozef

Dżozef

Autorzy: Jakub Małecki

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 384

Cena książki papierowej: 37.90 zł

cena od: 1.50 zł

Opowiadanie ze zbioru Nagle pukanie do drzwi.

Jego bohaterowie, mimo usilnych starań, specjalizują się w życiowych błędach, co skutkuje ponadprzeciętnie dużą liczbą rozstań, rozwodów, rozbitych rodzin i porażek zawodowych. Rubiego, na przykład, prześladują postaci z jego własnych kłamstw, a pewną młodą dziewczynę odwiedzają byli adoratorzy, którzy popełnili samobójstwo. Ruben przesiaduje w kawiarni i rozmawia z nieznajomymi, za każdym razem udając kogoś innego, a płatny morderca dostępuje reinkarnacji w postaci pluszowego misia.
Obcowanie z bohaterami Kereta to spacer po zwariowanym świecie ludzkich wyborów, z których żaden nie jest słuszny. Nawet u Boga nie ma co szukać pomocy - ten bowiem tkwi na wózku inwalidzkim. Od pogrążenia się w rozpaczy ratuje tylko czarny, jadowicie inteligentny humor autora i solidna dawka autoironii. Przejdźmy przez to razem - powiedziałby pewnie Keret, gdyby od pierwszej strony nie siedział przed komputerem trzymany na muszce przez nieproszonych gości...


Te opowiadania to najzabawniejsza, najmroczniejsza i najbardziej przejmująca rzecz, jaką ostatnio czytałem.
Jonathan Safran Foer

Magiczne opowiadania Kereta raz jeszcze - jeszcze dojrzalsze i bardziej zajmujące.
"Haaretz"

Rewelacyjny pisarz, zupełnie niepodobny do wszystkich pozostałych. Głos nowego pokolenia.
Salman Rushdie

Keret potrafi powiedzieć więcej w sześciu akapitach niż większość pisarzy na sześciuset stronach.
"People"

W tej książce rzeczywistość, opisywana subtelnie przez pryzmat relacji międzyludzkich czy sytuacji społecznej dzisiejszego Izraela, przenika się z podszytą sporą dozą groteski i czarnego humoru fantazją. Wszystko dzieje się wedle dziwacznej logiki, rodem z Alicji w Krainie Czarów. Nienawidzący dzieci zawodowy morderca po śmierci zamienia się w nieustannie przytulanego przez Krzysia Kubusia Puchatka, niewierny mąż odkryje nagle nieznane oblicze swojego psa, a złota rybka okaże się stworzeniem całkiem realnym i przeżywającym chwile cichego triumfu.
Damian Gajda, www.kultura.onet.pl

Bohaterowie Nagle pukanie do drzwi są starsi niż postaci z dawniejszych tomów - inwestują na giełdzie, robią interesy, mają rodziny, zdradzają, podróżują - ale jedno się nie zmieniło: w większości mają poczucie, że prawdziwe życie jest gdzie indziej.
Zofia Zaleska, www.dwutygodnik.com

Nagle pukanie do drzwi to pierwsza książka, którą napisałem w dzień.
Etgar Keret w wywiadzie dla Lubimyczytać.pl

Myślę, że to pragnienie takiego połączenia z innymi ludźmi jest prawdopodobnie jednym z najsilniejszych uczuć jakie w ogóle mam, ale za każdym razem odczuwam to jako swojego rodzaju walkę i nawet jeśli się udaje, to jednak czuję cały czas w sobie tę samotność.
Etgar Keret w Poznaniu, Wiadomosci24.pl

Do pisania zawsze inspirowało mnie życie, przez lata taką sztandarową postacią moich opowiadań był wielkomiejski samotnik. Potrzebowałem czasu, aby przystosować się do nowej sytuacji, także literacko. W nowym zbiorze opowiadań pojawia się nowy bohater - dziecko.
Etgar Keret w wywiadzie dla PAPu

- Jutro skończę 25 lat i nie zabiłem jeszcze żadnego Żyda - powiedział. - Może pójdziemy na spacer - zaproponował.
Odmówiłem, mówiąc, że nie wiem, co słyszał o Żydach, ale chyba nie to, że jesteśmy głupi. On na to, że jest cierpliwy i poczeka na mnie.
Siedziałem blisko okna, więc wyskoczyłem przez nie i pobiegłem.

Etgar Keret w rozmowie z Anną Dudek (Polska The Times)

Nie doszukujmy się tutaj logiki ani planu, zawierzm

W powieści wykorzystano fragmenty utworów Josepha Conrada: Jędro ciemności, Jutro, Lord Jim (tłum. Aniela Zagórska), Smuga cienia (tłum. Ewa Chruściel), Szaleństwo Almayera (tłum. Tomasz Teszner), Tajfun (tłum. Michał Filipczuk). Fragmenty listów Josepha Conrada za: Barbara Koc,Joseph Conrad, Warszawa 1989.

Redaktor prowadzący: Dariusz Sośnicki Redakcja: Jan Koźbiel Korekta: Małgorzata Denys, Beata Wójcik Redakcja techniczna: Anna Gajewska

Projekt okładki i stron tytułowych: Jacek Szewczyk

Fotografia autora: © Marta Jędrowiak

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Skład i łamanie: Tekst – Małgorzata Krzywicka, Żółkiewskiego 7a

ISBN 978-83-7747-255-2

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Wydanie I

Warszawa 2011

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

JAKUB MAŁECKI (ur. 1982)

z zawodu jest ekonomistą, pracuje w branży finansowej, mieszka w Poznaniu. Do tej pory związany z nurtem fantastyki naukowej: debiutowałw2007 roku opowiadaniem DŁONIE w magazynie „Science Fiction, Fantasy i Horror”, publikował również w „Nowej Fantastyce”, „Magazynie Fantastycznym” i antologiach. Wydał dwie powieści: BŁĘDY (2008) i PRZEMYTNIK CUDU (2008) oraz zbiór opowiadań ZAKSIĘGOWANI (2009). Był nominowany do Nagrody im.Janusza A. Zajdla za rok 2009.

Samotnośćjest ciężkim i nieodzownym warunkiem istnienia.

Joseph Conrad

Najbardziej egzotyczną dżunglę na świecie jest psychika ludzka.

Joseph Conrad

Marcie

Ja, Kurz i Maruda

Najpierw zaprzyjaźniłem się z Kurzem. Sala była czteroosobowa i biło z niej nowością: ściany niedawno odmalowane, sprzęt błyszczący, łóżka nieobłupane jeszcze z farby, nad drzwiami telewizor na dwuzłotówki, a pod stopami lśniąca posadzka – w niej moje odbicie.

Kiedy wtaczałem się, jak zbity pies, do tego pachnącego lekami pomieszczenia, leżało w nim już dwóch facetów. Jeden, niski i przysadzisty, z rzadkimi siwymi włosami, najwyraźniej spał. Drugi nie; był opalony, kiedyś pewnie mocno zbudowany, teraz już trochę obwisły. Na ciemnej klatce piersiowej miał kłęby siwych włosów, które na początku wziąłem za kurz. Stąd ksywa, którą mu nadałem, choć tak naprawdę nazywał się zupełnie nieadekwatnie.

– Leszek Czystecki – przedstawił się, wyciągając dłoń.

– Grzegorz. – Podałem mu swoją. – Grzegorz Bednar.

– Proszę się położyć, o osiemnastej trzydzieści będzie kolacja. – Pielęgniarka, która wsunęła się za mną do sali, przyczepiła do ramy łóżka tabliczkę pociętą gęsto okienkami tabelki, po czym wyszła. Pod fartuchem falowały jej nieapetyczne warstwy tłuszczu, za to fryzurę miała bardziej niż zadbaną.

Takim oto sposobem zająłem łóżko, po prawej mając Kurza, a po lewej okno, za którym zielenił się park.

Leżeliśmy we trójkę, ale gadać można było tylko z Kurzem. Drugi współlokator okazał się facetem pozbawionym zarówno ikry, jak i poczucia humoru.

Nazywał się Heniu Jagiełło i odzywał wyłącznie po to, by marudzie. Zaczynał dzień od krótkiej uwagi, że nie dano mu pospać tyle, ile spać powinien. Wstawał, wkładał kapcie, po czym zaczynał spacerować po sali i cmokać.

Kiedy wjeżdżało śniadanie, jego świdrujący wzrok zahaczał o krzywo ukrojone kromki chleba, myszkował po zbyt małych kawałeczkach masła i z rentgenowską przenikliwością przesuwał się po wiaderku z niedosłodzoną herbatą.

Każdy, kto choć raz był w szpitalu, dobrze wie, że żarcie jest tu raczej mało wyrafinowane: śniadanie ani obiad jaj człowiekowi nie urwą. No i trudno, szpital to szpital, nikt tu nie przychodzi dla przyjemności, nikt też nie powinien spodziewać się kawioru na śniadanie i kaczki w jabłkach na podwieczorek. Ale Heniu Jagiełło widocznie się spodziewał.

– Ojej, taki kawałeczek szynki… – marudził, wzbudzając w pielęgniarkach chęć mordu. – I to jeszcze taki suchutki. No nie, tego się przecież nie da jeść…

– Panie Heniu, jedz pan i nie narzekaj – prostował go Kurz. – Takie ładne panie tu do nas przychodzą, miłe i sympatyczne, a pan marudzisz.

Kurz uśmiechał się wtedy zbójecko do kobiet w fartuchach, rozładowywał głupią sytuację i często rzucał przy tym jakimś żartem, a ja nabierałem pewności, że za młodu rwał dupy jak szczaw.

No, ale miało być o Heniu. Więc Heniu, gdy już z wyrazem najwyższej pogardy i nieziemskiego obrzydzenia na nalanej twarzy pożarł swoją porcję, kładł się na łóżku, by wygłosić kilka zdań na temat tragicznej obsługi, krzywych ścian czy beznadziejnej pogody za oknem. Pomstował na polityków, wyzywając większość z nich od idiotów i imbecyli; debilami nazywał aktorów i piosenkarki, i w każdym, ale to w każdym, umiał znaleźć jakąś paskudną i zasługującą na potępienie cechę.

Często żeśmy z Kurzem specjalnie denerwowali Henia, spierając się z nim i udowadniając, że przecież Doda ma talent i jest diabelnie inteligentna, że Balcerowicz to mądry facet, że deszcz jest potrzebny, a salowa miła w obejściu i słodka jak miód. Wtedy nasz drogi współpacjent, nasz ukochany towarzysz szpitalnej niedoli zamykał się i wściekły jak tajfun na morzu odwracał się do nas plecami, udając, że zasypia w trybie natychmiastowym.

Kurz uśmiechał się wtedy do mnie od ucha do ucha; z czasem nauczyliśmy się też przybijać żółwika po tych słownych potyczkach z Jagiełłą.

Obiad był obiektem znacznie bardziej wysublimowanej krytyki Henia, którego już pierwszego dnia zacząłem nazywać w myślach Marudą. „Cieniutki jak bibułka” schabowy był „nie do przyjęcia”, ziemniaczki „mało ciepłe i niedostatecznie rozdrobnione”, zupka „niemal chłodna”, a kompot „rzadki i prawie niesłodki!”

Dziwiło więc nas, mnie i Kurza, że Maruda, kiedy już skończył codzienną litanię zarzutów pod adresem kuchni, jadł, aż mu się uszy trzęsły.

– Panie Heniu, jak nie smakuje, to ja chętnie zjem – powiedziałem raz, zanim wózek z jedzeniem wyjechał z sali. – Mnie smakuje bez zastrzeżeń. Więc jak? Da pan?

– O, już byś chciał. Tak dobrze to ni ma. Do dupy ten obiad, no ale zjem. Co zrobić…

– Panie Leszku – zwróciłem się wtedy do Kurza. – Mnie się wydaje, że nasz pan Heniu to tak specjalnie droczy się z tymi paniami.

– Że niby co? – fuknął Maruda, a Kurz wyszczerzył się jak dziecko, które dostało właśnie furgonetkę lodów.

– No, coś w tym jest – podłapał momentalnie. – Coś tu jest na rzeczy!

– Pan Heniu po prostu tak się tu lansuje, a potem ciach, ciach i poderwie nam najładniejszą pielęgniareczkę.

– Jasna sprawa – zawtórował mi Kurz. – Jeszcze tu będziemy świadkami romansu, Grzesiu, ja ci mówię!

Maruda zdobył się na jakieś burknięcie, jakiś nieartykułowany dźwięk, mający najpewniej wyrazić absolutny brak szacunku dla dwóch tak grubiańskich osób jak my, po czym wrócił do obiadu i nie odzywał się przez jakieś pół godziny.

Opowiadam o Kurzu i Marudzie, a w ogóle nie wspomniałem jeszcze o tym, jak znalazłem się w szpitalu. Dziury po tabletach, jak to mówią. No więc opowiadam.

Ocknąłem się bez telefonu i z nosem wielkości pomarańczy. Nade mną wisiała pyzata twarz kobiety, która śmiało mogłaby wziąć udział w reality show „Chcę być piękna”.

– Pijany? – odezwał się ktoś z tyłu.

– Jasne, że tak – skwitowała mnie Brzydka i uniosła malowane kredką brwi. – I jeszcze się bił w takim stanie.

Gdybym miał przy sobie alkomat, tobym tej babie pokazał same zera, a potem wepchnął urządzenie w tę jej wielką dupę. Bo jak masz włosy krótsze niż na sześć milimetrów, a na tyłku dres, to jesteś ćpunem, chuliganem i sterydziarzem, a w najlepszym wypadku pijaczyną. Jakbym myślał takimi stereotypami, to tę babę, która właśnie z pogardą kręciła nade mną głową, musiałbym wziąć na łańcuch i zawlec do obory, bo przecież wyglądała jak krowa.

Ale nie ma się co spinać, przecież coś takiego spotkało mnie nie pierwszy i na pewno nie ostatni raz. Do końca życia nie zapomnę, jak po rozmowie kwalifikacyjnej w Volkswagenie, ubrany jeszcze w garnitur, poszedłem do salonu Orange, gdzie obsłużyli mnie, jakbym był jakimś księciem albo inną bogatą cholerą. Na drugi dzień – telefon znowu się zaciął (swoją drogą to z tymi telefonami Kurz miał świętą rację, ale o tym później) – udałem się raz jeszcze do tegoż salonu. Trafiłem nawet na tego samego pracownika. Tyle że ubrany już byłem na sportowo, spod koszulki wystawał kawałek tatuażu, a cztery pięć na kablu wyraźnie opinało się w rękawku.

Facet dał mi do zrozumienia, że mój telefon ma głęboko w dupie, a mnie kapkę głębiej. Komórkę miałem zostawić na „dwa, góra cztery dni”, może coś się uda, ale nic nie obiecuje i tak dalej.

Ste-re-o-typ.

Grupka ciekawskich rozpływała się powoli, a ja z guzem, pękającą głową i trzeźwiutki jak Świnia wstałem i poszedłem na tramwaj. Weronika nie będzie zachwycona ani moją gębą, ani brakiem telefonu.

Następnego dnia zaczynałem pracę w sklepie motoryzacyjnym na Łokietka. Praca jak praca, dziewiąta-siedemnasta, tysiąc czterysta brutto. Wypatroszona z perspektyw i szans na awans. Taki koleś jak ja na nic więcej i tak przecież w życiu nie może liczyć.

Jestem z Pragi-Północ, a tam albo latami wystajesz pod blokiem, zamieniając się w zmęczonego życiem menela, albo próbujesz coś w tym życiu zrobić. Ta druga droga kończy się rozwidleniem: jedno to pierdel, dymanie w dupę i koniec wszystkiego; drugie oznacza, że ci się, szczęściarzu, gówniarzu jeden, udało.

Jestem z mojej dzielnicy, ale tak jakby nie do końca. Chłopaki z Pragi-Północ szczycą się tym, że jedyne teksty, jakie w życiu czytają, to tabelka z ilością białka na opakowaniu ryżu albo wiadomości od dup na Naszej Klasie. Książka to hańba i wstyd, a film bez lektora dla nich nie istnieje. Ja miałem pecha i szczęście naraz, bo moja stara zmuszała mnie do czytania. Pamiętam, że jako dzieciak nie mogłem wyjść przed blok, zanim nie zmordowałem dziesięciu stron czegoś tam. Lektury, Lalki, sralki. Przynajmniej byków na dyktandach w podstawówce nie robiłem. Więc niby z Pragi, ale tak jakoś nie całkiem. Wstydziłem się tego czytania przez całe życie i musiałem pod blokiem uważać, bo się, chcąc nie chcąc, nauczyłem wielu mądrych słów, za które by mnie tam wyśmiano.

Dygresja się wkradła. No więc było tak:

Przyszedłem pół godziny przed czasem – chciałem wypaść jak najlepiej, spodobać się szefowi sklepu. Miałem zwracać się do niego per panie Donku. Pan Donek, co za imię, no niech mnie byk wydyma!

Sklep był raczej mały, widać, że jego właściciel to taki prywaciarz za dychę, co dorobił się w pocie czoła i z żelazną perspektywą zawału za kilka lat. Mieścił się ten cały biznes w tak zwanym drewniaku, w tym samym ciągu był jeszcze spożywczak, warzywniak i wypożyczalnia kaset wideo. Ta ostatnia musiała być grubą ścierną, bo na wypożyczaniu kaset to się da zarobić tyle, ile srogą zimą z pudełkiem po margarynie między nogami i z gitarą w łapach.

Pan Donek nosił flanelową koszulę i wręcz nieziemsko się pocił. Olbrzymi bęben rozpychał mu ciuchy, tylko patrzeć, jak strzelą guziki.

– Tu masz rejestr towaru, wchodzisz albo przez numer, ale to dopiero jak się wszystkich nauczysz, albo przez nazwę. Cena pojawia ci się automatycznie, o tutaj. Wtedy wbijasz to, akceptujesz i drukujesz. Aha, najpierw pytaj klienta, czy faktura, czy paragon.

W tym momencie wszedł pierwszy klient. I aż samemu nie chce mi się wierzyć, kiedy to sobie przypominam. Pierwszy klient, niech mnie szlag, słuchajcie, jaka historia.

– Dzień dobry – powiedział szef, odwrócił się do mnie i kiwnął głową porozumiewawczo.

Powtórzyłem za nim, klient odmruknął coś i skierował się do półek z olejami. Pan Donek natomiast udał się na zaplecze, zostawiając mnie na pastwę losu.

Klient był wysoki i raczej szczupły, ale widać już było na nim tę warstewkę sadła, która za kilkanaście lat zgrubieje i zmieni gościa w drugiego pana Donka. Miał takie zakola, że powinien już golić się na łyso; wyglądał dość komicznie.

Okularki na nosie, w ręku brązowa aktówka, lśniące buty, pewnie Gino Rossi. Jego starzy akurat mieli, żeby dać mu na studia.

Postawił baniak oleju na ladzie i wygrzebał z torby portfel. Wszystko stało się błyskawicznie, a ja nie miałem pojęcia, co dalej. Przejechać po butelce czytnikiem, wpisać kod (ale skąd?), wbić cenę na kasę? Wykrztusiłem jedno, co zdążyłem zapamiętać z parominutowej nauki pana Donka.

– Faktura czy paragon?

Rozejrzałem się. Pomocy.

– Paragon… – odparł klient i przyjrzał mi się uważnie. – Co się panu stało?

– Niee… nic. – Uśmiechnąłem się jak najprawdziwszy debil, poczerwieniałem. Pomocy, szefie!

– Mogę? – Klient wyciągał już rękę w kierunku mojego nosa.

Co: mogę? Uszczypnąć w policzek? Pacnąć w oko? Wydłubać babola?

– Jestem lekarzem. – Gość marszczył czoło i gapił się na mnie jak na ciekawostkę przyrodniczą.

– Yyy… ale to naprawdę…

– Chyba złamany.

– Nie. Chyba nie – broniłem się.

– No, tylko zobaczę.

Dotknął, zobaczył. Zabolało jak jasny gwint.

– Złamany – zawyrokował.

– Naprawdę?

W tej samej chwili zobaczyłem, jak pan Donek wychodzi z zaplecza i cały zamienia się w zdumienie. Nie dziwota, pierwszy klient maca mnie po twarzy, pomyślałem.

– Trzeba to nastawić, bo jak tak się zrośnie, to będzie pan miał problemy z oddychaniem, szczególnie podczas snu. Kto wie, czy już się nie zrosło. Kiedy to się stało?

– Wczoraj rano.

Pytająco spojrzałem na szefa i już wiedziałem, że dałem dupy, że to koniec mojej pracy w jego sklepie motoryzacyjnym. Była dziewiąta dwadzieścia jeden, nawet nie zdążyliśmy spisać umowy na okres próbny.

Tymczasem klient, który zapomniał chwilowo o swoim nienabytym jeszcze oleju, otworzył aktówkę i wyjął z niej ekwipunek porządnego lekarza w cywilu: biały notesik, pióro i pieczątkę.

– Trzeba się z tym jak najszybciej zgłosić do szpitala, tutaj napiszę panu nazwisko mojego kolegi, który dzisiaj wieczorem ma dyżur w szpitalu przy Wołoskiej.

– Ale to konieczne?

– Proszę pana, ma pan złamany nos, chyba dość poważnie. To jest konieczne. – Facet miał minę, jakby właśnie obdarowywał mnie złotem, a ja tu narzekam. Tyle że nieświadomie właśnie wywalił mnie z pracy.

– Aha… – Na tyle się zdobyłem.

– Wejdzie pan głównym wejściem – mówił klient, bazgroląc coś w notesiku. – Tam pan da tę kartkę pani w recepcji i ona już pana skieruje do lekarza dyżurnego, doktora Lisa. Naprawdę proszę tego nie lekceważyć.

– A… a jak długo muszę w szpitalu…

– Jeśli chrząstki nie zaczęły się jeszcze zrastać, to może udałoby się po paru dniach już… ale najczęściej to jest tak, że jakiś odprysk źle się ułoży albo tkanki się obleją i wtedy… W najgorszym wypadku to nawet do dwóch tygodni.

Spojrzałem na szefa – miał minę, jakby właśnie zrobił w spodnie. Wiedziałem, że potrzebował pracownika na wczoraj i nie będzie czekał dwóch tygodni.

Chwilę później obsłużony już przez pana Donka facet opuścił sklep z baniakiem oleju.

– Ja naprawdę nie mam złamanego tego nosa – powiedziałem.

Pan Donek zachował się w porządku. Co prawda musiałem pracować do końca dnia, żeby mógł sobie jakoś wszystko zorganizować, ale przynajmniej okazał się człowiekiem. Zapłacił mi podwójną dniówkę, nie podpisaliśmy żadnych papierów, życzył powodzenia i poklepał po plecach, mimo że doskonale wiedziałem, jak bardzo jest zły.

A wieczorem pojechałem do szpitala.

Zanim na dobre zdążyłem rozejrzeć się po recepcji, tłusta raszpla wzięła mnie w obroty. Kazała wypełnić jakiś formularz, zadzwoniła gdzieś, potem znowu, aż wreszcie popędziła ze mną długim korytarzem, gdzie było dużo ludzi i każdy, co do jednego, spoglądał na mnie jak na pierwszej wody debila.

Kto wie, jak boli złamany nos, powinien się cieszyć, że nie spotkał doktora Lisa. Gdybym czekając pod drzwiami jego gabinetu ze zdjęciem rentgenowskim, wiedział, co nastąpi, kiedy wejdę do środka, gnałbym stamtąd sprintem jak najdalej.

Doktor Lis miał czarną czuprynę skrzypka wirtuoza i szczery szeroki uśmiech.

– Niech pan siada – powiedział znad kartek.

Usiadłem.

– No dobrze, ja wszystko o panu już wiem, ale proszę powiedzieć. Co dolega?

Wskazałem na nos.

– Zdjęcie?

Położyłem. Uśmiechnął się jakoś tak pobłażliwie.

– Złamany. Głowa nie boli przypadkiem? Możliwe, że pan ma wstrząs. – Znowu uśmiech. Kretyński, dodajmy. – Zobaczymy najpierw, co z tym nosem.

No i zobaczył, niech go diabli! Pomyślałem wtedy, że doktor Lis powinien szkolić sadystów.

Złapał mnie za bolący, rozwalony i napuchnięty nos, po czym pociągnął w dół, szarpnął w górę i na boki. Zawyłem.

Spis treści

Motto

Dedykacja

Ja, Kurz i Maruda

Pomarańczowa gumowa piłeczka

Dżozef

Kogut Redor i pies Schabowy

Znikająca sala

Jaszczurza Tancerka i Stonkowy Brodacz

Najładniejsza Pielęgniarka na Piętrze

Kozioł Drewniak

Jądro ciemności

Człowiek, który patrzył w niebo

Dalej, dalej!

Szaleństwo Drewniaka

Ciemne myśli

Wszyscy wrogowie pana Andrzeja

Głupcy

Siłacz

Jesteś moją Heroiną

To śmierć idzie?

Drewniane marzenia Staszka Baryłczaka

Cud codzienności

Żyć!

Smuga cienia

Ja, Stachu i Drewniak

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Fantastycznie nieobliczalni Nikt nie idzie Dżozef Rdza Sieć podejrzeń Ślady 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sól morza Jak być kochanym Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość