Boy-Żeleński. Błazen - wielki mąż

Boy-Żeleński. Błazen - wielki mąż

Autorzy: Józef Hen

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Cena książki papierowej: 19.95 zł

cena od: 35.90 zł

Młodopolski Kraków i międzywojenna Warszawa. Kiedy nagle pojawiają się pierwsze automobile, ówczesna Galicja nadal oświetlona jest lampami naftowymi. Świat nabiera niespotykanej dotąd szybkości i wciąga w swój wir młodego kuzyna Tetmajerów - przyszłego frankofila z angielskim przydomkiem. Wśród oparów młodości Tadeusz oprowadza po kawiarniach, studiuje medycynę i nieszczęśliwie kocha femme fatale ówczesnego Krakowa - Dagny Juel Przybyszewską. Z zaprzyjaźnionych domów na obiad zapraszają go postaci z Wesela Wyspiańskiego. Wszyscy to znajomi i krewni młodego Żeleńskiego. Fuś, późniejsza żona Boya, to nikt inny jak krnąbrna i zalotna Zosia. Na horyzoncie pojawia się Warszawa - stołeczne teatry lepszego i gorszego sortu (Boy był prawdziwym demokratą w wyborze repertuaru), kolejne kobiety. Błazen odczuwa sławę i gorycz oszczerstw, którymi obrzucają go niedawni przyjaciele. Triumfuje jako tłumacz a dostaje po łapach za artykuły o regulacji narodzin i inne "wszateczne" poglądy. Boy jątrzy i irytuje wszystkich z prawa i z lewa. Wielbicieli ma równie wielu. Józef Hen mierzy się w swojej książce z czarną i białą legendą literata. Odbrązawia pomnik postawiony przez gorliwych wielbicieli i demaskuje kłamstwa rzucane z ust boyożerców. Hen pokazuje jak Boy stwarza samego siebie. Wpierw lekarz, propagator akcji "kropla mleka", społecznik stopniowo przemienia się w kabareciarza, wybitnego recenzenta i tłumacza. Wiele jest w tych wyborach przypadku, sporo benedyktyńskiej pracy i głębokie pokłady talentu.

Błazen- wielki mąż to napisany z niebywałą erudycją i dbałością o piękno języka, przewodnik po życiu i przeżyciach Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Smakowite kąski w postaci fragmentów felietonów Boya podlane sosem uszczypliwych, acz niezmiernie inteligentnych uwag Hena tworzą potrawę smakowitą i uzależniającą. Chciałoby się powiedzieć słowami samego bohatera biografi: Cóż za odpoczynek, cóż za smakołyk dla nas literatów, przekarmionych papierem!

Józef Hen

Boy-Żeleński

błazen – wielki mąż

Robert Harvey

Libertadores. Bohaterowie Ameryki Łacińskiej

Henry Gidel

Picasso. Biografia

Julia Frey

Toulouse-Lautrec. Biografia

Peter Green

Aleksander Wielki. Biografia

Jackie Wullschlager

Andersen. Życie baśniopisarza

Francis Wheen

Karol Marks. Biografia

Victor Bockris

Andy Warhol. Życie i śmierć

Myra Friedman Janis Joplin. Żywcem pogrzebana

Józef Szczublewski

Sienkiewicz. Żywot pisarza

Norbert Elias Mozart. Portret geniusza

Patricia Bosworth

Diane Arbus. Biografia

Maurizio Viroli Uśmiech Machiavellego. Biografia

Charles Nicholl Leonardo da Vinci. Lot wyobraźni

Robert Hughes Goya. Artysta i jego czas

Franęois Rosset, Dominique Triaire Jan Potocki. Biografia

Atle N^ss Munch. Biografia

Michel Houellebecq H.P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu

Bogusław Kierc

Rafał Wojaczek. Prawdziwe życie bohatera

Stephen Greenblatt Shakespeare. Stwarzanie świata

Józef Hen

Copyright © by Józef Hen, 1998, 2002, 2008

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2008

Wydanie III

Warszawa 2008

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

I Matka i syn

Dwa pokoiki na trzecim piętrze nazywano „Miodogórzem”. Od roku 1858 odnajmowała je panna Narcyza Żmichowska, która kilkanaście lat wcześniej, jako „Gabryella”, zasłynęła dzięki swojej Pogance.Była nieładna i uczuciowa, inteligentna i utalentowana. (Na biurku ojca chłopiec widywał obite skórą duże pudełko z przegródkami na kilkadziesiąt cygar i z monogramem N.Z. „Jako malca – napisze – intrygowała mnie ta pani, o której mówiono z taką czcią, a która paliła cygara”.) Pierwsze piętro zajmował, wraz ze swoimi dziećmi, właściciel kamienicy, pan Jan Andrzej Grabowski, wdowiec, którego ojciec był najpierw krawcem, a potem kupcem bławatnym. Pan Grabowski miał cztery córki: Julię (późniejszą Tetmajerową, matkę Kazimierza, poety), Wandę (która urodzi bohatera tej książki), Marię i Zofię, tłumaczkę angielskich książek dla młodzieży; był też syn, Alfred, najmłodszy i najrzadziej wspominany.

Słowo o kamienicy. Nazywano ją czasem przesadnie „pałacem”, może dlatego, że wybudował ją bankier króla Stanisława Augusta, pan Piotr Tepper, bogacz, który przy magnatach się zdeprawował: zatracił mieszczańskośc, kupił szlachectwo austriackie i krzyż maltański, wreszcie zbankrutował (1793) i umarł prawie w nędzy. W tej kamienicy, teraz już Grabowskich, nigdy nie brakło lokatorów, najczęściej zresztą z gospodarzem skuzynowanych, a wszystko to byli ludzie nietuzinkowi. „Tu biło wtedy serce Warszawy” – napisze wiele dziesiątków lat później syn Wandy Grabowskiej, a on, wiemy to, znał wagę słów. Śmietanka: architekt, muzyk, filozofka (E. Ziemęcka), adwokaci i znakomity lekarz Ignacy Baranowski. Była też w kamienicy „pensyjka żeńska”, którą prowadziła Julia Bąkowska, gdzie pobierały nauki dwie panny Grabowskie (w tym Wanda), Narcyza zaś była podziwianą nauczycielką. Wszystko to odnotował w swoich pamiętnikach doktor Baranowski. Zakochany wytrwale w inteligentnej, starszej od siebie pannie Bąkowskiej, w końcu szczęśliwie się z nią ożenił.

Wymieńmy jeszcze Karola Ruprechta, dla mieszkańców „pałacu” postać to prawdziwie legendarna: za konspirację w 1846 roku skazany na śmierć, ułaskawiony pod szubienicą (jak młody Dostojewski), przebywał na katordze w kopalni srebra; teraz amnestionowany z okazji koronacji Aleksandra II, wrócił i zamieszkał u Grabowskich. Tak jak jego przyjaciel, Edward Jurgens.

Wszystko, co w Warszawie ambitne, ciągnęło na trzecie piętro do Miodogórza jak do miodu. Wokół Narcyzy Zmichowskiej zrobiło się tłoczno. Ta kobieta o rysach grubych, pospolitych (ku jej rozpaczy) – umysł miała niepospolity, fascynujący. I serce spragnione miłości. Nikt nigdy jej nie pokochał.

Dojrzewała w kraju ogołoconym z mężczyzn. Ci, którzy nie zginęli na polach powstańczych bitew (1831); którzy nie zostali wywiezieni; którzy nie uszli na tłumną emigrację, lub też, machnąwszy na wszystko ręką, nie zaszyli się na wsi – był to materiał lichy, nie na miarę żeńskiej elity. Inteligentne, ambitne i zazwyczaj piękne, panie nie napotykały godnych siebie partnerów. Wytworzył się – napisze po latach syn Wandy – rodzaj duchowego matriarchatu. „Kobieta urasta – stwierdzi bez ogródek – mężczyzna kurczy się, maleje. Gdy obywatelski synek poluje, pije i gra w karty, siostra jego czyta, myśli i sądzi”. Ideał romantyczny, który przyswoiły sobie „entuzjastki” – jak je nazwała Żmichowska – nakazywał, by za mąż wychodzić tylko z miłości. Nawiązywały między sobą egzaltowane przyjaźnie: „posiestrzenie” – pojęcie także ukute przez Narcyzę – stało się wyznaniem tych kobiet. Mogło się za tym słowem kryć sporo treści. Obok entuzjastek były „emancypantki” – odłam bardziej praktyczny, domagający się przede wszystkim równych praw. I były jeszcze „lwice”, bogate światowe panie, które udzieliły sobie prawa do swobodnego życia. Wszystkie były przeciw konwencjonalnej nudzie i upokorzeniu byle jakiego małżeństwa.

Córki pana Grabowskiego rosły bez matki. Kiedy Żmichowska pojawiła się na Miodogórzu, Wanda miała lat siedemnaście i była bardzo dziecinna. O dwadzieścia trzy lata starsza, Narcyza mogła służyć dorastającej pannie mądrością, wiedzą i doświadczeniem. I uczuciem, którego dziewczyna na pewno łaknęła. „Gabryella” miała za sobą rewelacyjny debiut poetycki w „Pierwiosnku” – potem, po pobycie z arystokratycznymi chlebodawcami w Paryżu – współpracę z „Przeglądem Naukowym”, którego redaktorem był błyskotliwy i pełen wdzięku kasztelanic Edward Dembowski. Nieszczęsna Narcyza zadurzyła się w nim, oczywiście, i odrzuciła rękę pewnego starszego od niej astronoma. Potem była miłość „Narcyssy” do Pauliny Zbyszewskiej, kobiety „genialnej”, jak określiła ją w liście do przyjaciółki, pięknej (nie we wszystkich oczach), bogatej, samolubnej, kapryśnej… Przepędzona w końcu z jej majątku, upokorzona, biedna Narcyza idzie do bryczki, płacząc. „Ja myślałam, że oszaleję”. To dzięki tej klęsce powstała Poganka– ni to poemat, ni to powieść. Opublikowana w „Przeglądzie Naukowym” w 1846 roku, stała się dla ówczesnej młodzieży utworem „kultowym”. („Poganka– powie syn Wandy – wyniosła ją w opinii tak wysoko, że utrudniła jej dalsze pisanie".) Ale rzecz dziwna, książki przez długie lata nie było, czcicielom musiał wystarczyć druk w czasopiśmie. A potem więzienie – z powodu przechwycenia przez policję korespondencji właśnie z ukochaną Liną. Bogata, ustosunkowana pani wyszła szybko na wolność, a ona, biedna Narcyza, przesiedziała w samotnej celi dwa i pół roku. Po więzieniu – nakaz zamieszkania w Lublinie, w którym czuła się podle. „Drepcze po błocie lubelskim za lekcjami, z tym uczuciem – opowiada syn Wandy – że rodacy odwracają się od niej jak od zapowietrzonej, bo stosunki z nią kompromitują w oczach władzy”. Przyjaciele starali się, by to „zesłanie” uchylono, w 1855 roku mogła wreszcie przenieść się do Warszawy. Głód książek zaspokojony. A w trzy lata później – „Miodogórze” u Grabowskich. Tutaj, otoczona przyjaciółmi, uczennicami, które chłonęły jej słowa, uwielbiały ją, przeżywała – wszystko na to wskazuje – najszczęśliwszy okres swojego życia. Usatysfakcjonowana została także jako autorka: w roku 1861, staraniem przyjaciół, ukazały się Pisma Gabryelli w czterech tomach. Krytyk literacki Boy-Żeleński zwraca uwagę, że miało to też swoją słabą stronę: Poganka utonęła w zbiorowym wydaniu.

Szczęście nie mogło trwać zbyt długo. Zbliżało się powstanie, któremu Żmichowska, obolała i osobiście doświadczona, była zdecydowanie przeciwna. To ważna informacja, bo skoro tak, to mamy pewność, że również Wanda, dla której pani Narcyza stanowiła wyrocznię, była przeciw powstaniu. I możemy się domyślać, że w tej atmosferze wyrósł jej syn. „Widziała – napisze, kreśląc sylwetkę Żmichowskiej – złudność nadziei, złudność wiary w swoje siły i w obcą pomoc”. Dostrzegała „brak styczności pomiędzy górą i dołem społeczeństwa, ciemnotę i obojętność po równi – mimo że na inny sposób – w górze i w dole. Przerażała ją lekkomyślność sfer emigracyjnych, kierujących z daleka ruchem”. Narcyza – nie chcąc uczestniczyć w tym, czemu była przeciwna – opuszcza pod koniec 1862 roku Warszawę i przenosi się na wieś, do krewnych.

Powstanie jednak wybuchło, mieszkańców domu przy ulicy Miodowej 3 nie ominęły represje. W piwnicy żandarmi znajdują broń. Kto za to odpowiada? Gospodarz, naturalnie – Jan Grabowski spędza kilka miesięcy w cytadeli, do więzienia trafia także jego syn, Alfred. I wreszcie Edward Jurgens, inteligentny, szlachetny, zresztą przeciwnik powstania (podobnie jak jego przyjaciel Ruprecht, któremu udało się emigrować), umiera w cytadeli, najprawdopodobniej zamęczony. Lista zesłanych na Sybir jest długa. Żmichowska przeżywa to wszystko ze swojego odosobnienia na wsi. Czyta teraz dużo, docierają do niej Darwin i zachodni pozytywiści, „przebudowuje swój światopogląd”, jak wynika z listów do Wandy.

Bo na wymuszonym przez wypadki oddaleniu skorzystała historia literatury i w ogóle historia: sto osiemdziesiąt listów Narcyzy Żmichowskiej do Wandy Grabowskiej. „Moja matka była zwichniętą literatką” – powtarzał z uporem jej syn w odczycie, z którym objeżdżał Polskę. Narcyza dostrzegła w niej talent, namawia do pisania, udziela rad, stale niezadowolona z realizacji. Nazywa Wandę „rozpieszczoną dewotką ideału”, krytykuje: „Moralizowanie jest główną wadą Twoją”. „Jeszcze rada ostatnia: zdaj wszystko na los szczęścia, nie myśl wcale o stylu; myśl głównie o przedmiocie, który cię zajmuje”.

Wanda pisze rozprawkę Rzecz o służących,którą jej mistrzyni przerabia, a potem to dzieło „kollaboracji” ukazuje się w „Bluszczu” podpisane „Filipina”. Czy to nie jest dziwne, że autor tej książki, jako chłopiec szesnastoletni, miał jakimś trafem w ręku ten rocznik „Bluszczu” i że zainteresowała go rozprawka Filipiny? Pod koniec 1939 roku, uchodząc przed Niemcami, znalazłem się we Lwowie. Ucieszyło mnie, że moja nauczycielka, pani Ruffowa, asystentka profesora biologii w gimnazjum Kryńskiego, jest urzędniczką w Zakładzie dla Nieuleczalnie Chorych prowadzonym przez zakonnice i że tam mieszka. Odwiedzałem często ten zakład, pamiętam pawilony rozrzucone w dużym parku, szedłem tam, żeby porozmawiać z panią Ruffową, ale także – nie ma co ukrywać – żeby się dożywić. Bo zawsze można było liczyć na pajdy pieczonego przez zakonnice pszennego chleba z marmoladą. Otóż w długim refektarzu tego zakładu stały półki z rocznikami dziewiętnastowiecznego „Bluszczu”. Pożerała mnie ciekawość, co też te panie drukowały. Przy każdych odwiedzinach wynosiłem pod paltem jakiś rocznik, by go następnym razem wymienić na inny. I tak natrafiłem na ową Rzecz o służących.Na pewno tę rozprawkę czytałem, bo pamiętam, że miałem ochotę napisać o niej coś uszczypliwego, ale na szczęście nie było gdzie. Gdybymż wiedział, że współautorką była Wanda Żeleńska, matka Boya!…

Narcyza konstruuje dla Wandy plan powieści, którą powinna napisać w pierwszej osobie. „Urodziłam się w roku 1816” – proponuje zacząć Narcyza. Wanda odsyła jej pierwszy zarys, który zaczyna się posłusznie właśnie tak: „Urodziłam się w roku 1816”. To nie mogło się udać. Narcyza już wie, że z Wandy powieściopisarki nie zrobi. Jakaż tu mogła być kolaboracja – pomyśli pochylony nad rękopisem matczynej powieści syn -„między nieśmiałym idealizmem młodej panny, próbującej się w piórze, a dojrzałym, drapieżnym talentem Żmichowskiej…” „Mimozą się urodziłaś, mimozą zostaniesz – pisze do dziewczyny Żmichowska. – Kiedy będę w chropawym humorze, nazwę Cię surowiej”. Ale nawet nie będąc w „chropawym humorze”, mistrzyni uznaje, że prawda jest ważniejsza od fałszywej grzeczności, potrafi zarzucić Wandzie „dziecinnośc i niezręczność”. Pociesza ją jednak, że przy talencie, Wanda jest po prostu inna. „Kiedyś, kiedyś, jako żona i matka, znów przemianę odbędziesz i może wtedy zrozumiesz, jakie władze ci przybędą, a lepiej ocenisz zbywające…”

Ona sama, Gabryella, mistrzyni młodej panny, wyznaje, że ma z realizacją kłopoty, „ile razy mi przyszło pisać o zdarzeniach i faktach powieściowych miłosnych; dlatego że nic a nic nie wiem, jak to bywa”. Nikt nigdy jej nie kochał. Nikt nie powiedział: „bądź żoną moją”. W liście do Elli (Izabeli Zbiegniewskiej) ta kobieta wybucha serdecznym życzeniem: „Obyś!… oszalała z miłości”. Bo kochać – to ważniejsze od wzajemności. „Kochać, tak kochać, żeby się nawet bez równoważnej obyć wzajemności – żeby być szczęśliwą przez siebie, w sobie, bez cudzego starania”. Jakie to bolesne, kiedy czytamy: „nie byłam w całym ciągu życia mojego ani na dwadzieścia cztery godzin, ani na jedną godzinę nawet wzajemną miłością kochana”. Temu to „deficytowi przeżyć”, według określenia samej Gabryelli, przypisuje autorka braki w swej twórczości. Miota się, nie potrafi kończyć utworów: brak w nich finału potwierdzonego życiem. „Jest w tych niedokończeniach – napisze syn Wandy – jakaś wzruszająca uczciwośc wobec siebie: tragedia kobiety komplikuje się tragedią autorki”.

Czas płynie, Wandzie przybywa lat, ale kult „Pani” nie słabnie. Przeciwnie, może to oddalenie, rzadko tylko przerywane spotkaniami, powoduje, że uczucie panny Grabowskiej nie stygnie: ta młoda kobieta, która powinna wyjść za mąż, założyć dom, „być żoną, matką”, jak jej to przepowiada Narcyza, manifestuje coraz więcej egzaltacji: „…mojego serca, mojej istności, bez Pani imienia wyobrazić sobie nie umiem, bo ono jest tym najwięcej, jakie mi było danym ukochać w życiu”. „Wobec takiego stanu egzaltacji – zastanawia się czytający te listy syn – czy nie musiał wydać się płaskim każdy «porządny człowiek» zalecany jako «dobra partia», uderzający w konkury?” „Czy ja mogłabym przestać kochać moją wybraną?” – pisze dwudziestoczteroletnia panna do trochę już zaniepokojonej, trzeba jej to przyznać, Narcyzy. Najstarsza siostra, Julia, wyszła za mąż za świeżo owdowiałego Adolfa Tetmajera, podhalańskiego szlachcica, prawie trzydzieści lat od niej starszego. Zyska w tym małżeństwie pasierba, Włodzia Tetmajera, przyszłego malarza, w którego bronowickim dworku, „chacie rozśpiewanej”, rozegra się wesele Rydla. Wkrótce urodzi syna, Kazimierza, który wsławi się zuchwałymi wierszami, bodaj najwybitniejszy poeta swojego czasu. Obaj, pasierb i syn, będą znaczącymi postaciami w WeseluWyspiańskiego, pierwszy jako Gospodarz, drugi jako Poeta. Wanda, najpiękniejsza z sióstr, trwa w staropanieństwie – i tak już chyba zostanie, myśli ojciec, przyglądając się córce. Ma prawie trzydzieści lat, ta córka, kiedy pisze do Narcyzy: „Ach! kiedy zobaczymy się znowu! Może za jakie sześć tygodni? […] Uczucie moje takie gwałtowne i niecierpliwe, takie niespokojne. Niech jedyna pomyśli, jakby jej było, gdyby… kochała, jak ja kocham, a tak maleńko mogła Ukochaną w posiadanie swoje zyskać – tak mało zaufania po tylu latach. Ach, to smutno, ale musi być zasłużone pewnie…”

„To już zaczyna być niebezpieczne…” – zauważa syn, czytając ten list. „I oto – według jego synowskiej relacji – kiedy zdawało się, że Wanda na całe życie pozostanie cieniem swej Ukochanej […] naraz pojawia się królewicz z bajki… ”

Jest grudzień 1871 roku. Wanda pisze do swojej Mistrzyni: „Tyle razy zajmowałam Ukochaną opisem moich trosk i smutków, iż z prawa należy Jej się szybszy podział wiadomości, że szczęśliwą jestem. Już od dwóch tygodni Władysława Żeleńskiego za narzeczonego uważam…” To narzeczony napominał Wandę, „by pisać do Najdroższej, o której mówimy niemal codziennie, ale nie pisałam”. List bucha szczęściem, radosnym oczekiwaniem. „Znalazłam człowieka, który mi oddaje serce tak czyste, gorące, szlachetne, że to jedno mogłoby już starczyć na uszczęśliwienie. W dodatku jest on wielkim artystą, którego czeka wielka praca, by się z talentu swego wypłacił ludziom, ale czeka go też sława”. Krzyk szczęścia: „Kocham go z przymieszką uwielbienia…” Tu mogłaby Wanda postawić wykrzyknik, ale nie, nie ona – dodaje, by być w zgodzie z przyjętą konwencją: „…z wiarą w jego duszę szlachetną, w jego przyszłość piękną”.

Ucieszona, nie potrafi się powstrzymać od radosnych przekomarzań: „Gabryella z drogi swoich ukochanych pragnęła artystów usunąć. Nie posłuchałam Jej rady!” (Bo Żmichowska zdążyła już wyrosnąć z późnego romantyzmu Poganki– była, podobnie jak Ruprecht, zwolenniczką cierpliwej „pracy organicznej”.) Tymczasem zakochana Wanda przejęta jest swoim artystą, jego sztuką. „Teraz tworzymy największe dzieło nasze: tworzymy symfonię, która w muzyce polskiej będzie tworzyła epokę, jak obrazy Matejki epokę w malarstwie”. Ona przewiduje swój udział w tej epoce. „Przychodzę więc zawiadomić Najdroższą, że dostałam zaproszenie do Olimpu, że mam nadzieję [i jakież to cudownie kobiece – J.H.] odmłodnieć…” Tymczasem cieszy się, prawie po dziecinnemu, jaki to będzie „szwagier dla Adolfa… A jaki zięć dla ojca […] Przynieść ojcu jakąkolwiek pociechę było zawsze jednem z najgorętszych moich marzeń” – pisze ta dobra i nareszcie szczęśliwa córka.

Na wspólnym zdjęciu narzeczonych zwracają uwagę ciemne oczy Wandy: widać w nich głębokie spojrzenie jej syna. To samo zamyślenie i cień melancholii.

Jedną, jak dotychczas, wadę odkryła ta mieszczańska córka, demokratka z poręki Gabryelli, w swoim narzeczonym:

Mówię o arystokratycznych jego koligacjach i stosunkach. Życie jednak – obiecuje sobie – na moim mieszczańskim ma się rozwinąć gruncie, i to wiele ułatwia. Zresztą mój „doktór filozofii” jest wyzwolonym z szlachetczyzny szlachcicem, chce zostać mieszczaninem, człowiekiem pracy użytecznej oddanym i pięknie powiada, że dwóm panom służyć nie można.

Bo Wanda odwiedziła niedawno Galicję, nie wiemy dokładnie kiedy, i wróciła stamtąd przygnębiona. Wolałaby nie opuszczać Warszawy. Dodaje postscriptum: „List dla Pani. Proszę go spalić”.

Nie zrobiła tego Żmichowska, na szczęście. „Nie uwierzysz, Ellina – napisała do pięknej Izabeli Zbiegniewskiej – co to dla mnie za pociecha takie zamążpójście Wandy. A toć wszystkie mamy i ciocie boczyły się na mnie, że młodym osobom w głowie przewracam, że niepodobne do urzeczywistnienia ideały stawiam im jako obowiązki”. Zapominając, że Wanda więdła jednak w staropanieństwie do trzydziestego roku życia, Narcyza trochę lekkomyślnie broni się: „No, strach był przedwczesny, dziewczęta nie tak łatwe do przyjęcia «literackiej» rady, a mój własny przykład fatalnie zniechęcający”. Mogło przymieszac się do jej odczuwań trochę osobistej goryczy i, mimo wszystko, odrobina zazdrości.

W kilka miesięcy później, już po ślubie, młoda mężatka donosi rozentuzjazmowana: „Co robimy? Ach, używamy szczęścia!” Te słowa mogły

Narcyzę poruszyć do łez. Nad szczęściem Wandy – i nad smutkiem własnego życia.

Skąd się wziął Galicjanin Żeleński w warszawskim mieszczańskim domu? Najprawdopodobniej przyprowadził go Adolf Tetmajer, mąż Julii, zaprzyjaźniony niejako po sąsiedzku z rodziną Żeleńskich, od stuleci osiadłych w Grodkowicach u brzegów Puszczy Niepołomickiej. Młodemu, ale już głośnemu kompozytorowi, który właśnie wrócił z Paryża, spodobało się w tym domu tak niezwykłym, zaczął często bywać, aż wreszcie oświadczył się – i został przyjęty. Krnąbrni chyba byli zawsze ci z Żelanki Żeleńscy, Ciołkiem się pieczętujący, skoro na kalwinizm przeszli w końcu XVI wieku, czyli przeciw fali, bo właśnie wtedy, kiedy zaczęła przybierać na sile kontrreformacja. Potem, w połowie następnego wieku, linia młodsza, ta z Brzezia, wróciła do katolicyzmu, ci starsi zaś, z Grodkowic, z której wywodził się kompozytor, mąż Wandy, uparcie się kalwinizmu trzymali. Aż do roku 1828, w którym dwudziestoczteroletni wtedy ojciec Władysława, Marcjan Żeleński, przeszedł na katolicyzm, najpewniej za sprawą żony, hrabianki Kamili Russockiej. W roku 1831 pośpieszył do powstania, walczył pod generałem Skrzyneckim, odznaczony został Krzyżem Virtuti Militari. Miały go odtąd na oku władze austriackie, co się zemściło w piętnaście lat później, mimo iż pan Marcjan nie brał czynnego udziału w patriotycznej konspiracji.

Prowadził teraz, podobnie jak później jego najstarszy syn Stanisław, wzorowe gospodarstwo rolne. Władysław, urodzony w 1837 roku, był drugim z kolei. To po ojcu odziedziczył talent muzyczny. Bo ten ziemianin i oficer powstańczego wojska, choć bez odpowiedniego wykształcenia, grał i komponował. Dom był pełen muzyki. Władysław wspomina w swoich pamiętnikach, jak słuchał Webera, Donizettiego, balladę Król elfów w transkrypcji fortepianowej Liszta. Kiedy podburzeni przez władze austriackie chłopi zabili podczas rabacji 1846 roku Marcjana Żeleńskiego (jakaż to jednak była ze strony austriackiej ohydna, nędzna i zbrodnicza prowokacja! pomyślmy: przecież dzisiaj organizatorzy tej masakry odpowiadaliby przed trybunałem międzynarodowym za inspirowanie ludobójstwa) – otóż, kiedy na furmance umieszczono trupa pana Marcjana, pod głowę podłożono rękopis jego muzycznej kompozycji: wariacje na temat opery Fra Diavolo – opowiada biograf Felicjan Szopski. „Ślady krwi na tej rodzinnej pamiątce były jeszcze długo widoczne”.

Pani Kamila Żeleńska, która wyszła śmiało ku napastnikom, by bronić męża, została ciężko ranna. Dziewięcioletniego Władka przechowano w kuchni. Na miejscu zbrodni pani Kamila, babka pisarza, postawiła krzyż z napisem: „Ojcze, przebacz im, albowiem nie wiedzą, co czynią”. Już po jej śmierci synkowie Wandy, od pewnego czasu krakowianie, bawili się w pobliżu tego krzyża, kiedy przyjeżdżali do Grodkowic na wakacje.

Na razie wdowa po Marcjanie przenosi się z czwórką dzieci do Krakowa, głównie po to, żeby Władysław, który upiera się przy muzyce, już komponuje – polonezy, mazury i polki – mógł porządnie studiować. Uczęszcza do szkoły św. Anny, tej samej, w której uczył się Jaś Sobieski, późniejszy król, a będzie się uczyć Tadzio Żeleński, przyszły pisarz. Przyjaciółmi Władysława w klasie są Michał Bałucki i Jan Matejko, chyba nieznośna trójka, bo po latach wspominają ze śmiechem, jak profesor krzyczał: „Osły jedne, nigdy z was nic nie wyrośnie!”

Pani Marcjanowa krąży między Krakowem a wsią, wreszcie troska o Władysława bierze górę, zostaje w mieście, odstępując Grodkowice pozostałym swoim synom. Władysław kształci się w muzyce i – żeby wyciszyć krytykę ze strony braci szlachty – zgłębia na uniwersytecie filozofię. Nie pomaga. Kilku obywateli ziemian, jak relacjonuje biograf kompozytora, protestuje wobec pani Żeleńskiej, że młody szlachcic, pozbawiony ojcowskiej opieki, poniża się kompozytorstwem i studiami filozoficznymi. Trzeba zejść tumanom z oczu: Władysław wyjeżdża do Pragi, gdzie doskonali się w muzyce i robi doktorat z filozofii (czym najbardziej zaimponował Narcyzie Żmichowskiej!). Odwiedza Drezno i tam słyszy po raz pierwszy w życiu IX symfonię Beethovena. Nie zdajemy sobie dziś sprawy, że trzeba było jeździć za granicę, żeby usłyszeć symfonię czy zobaczyć obraz. Turystyka artystyczna miała sens – dla twórcy była koniecznością!

Potem był Paryż, studia, kompozycje, przyjaźń z Arturem Grottgerem, który uwielbiał „poczciwego Żela”, jak go nazywał w listach do narzeczonej. Kiedy kompozytor wrócił do Polski w 1870 roku – najpierw zawadził o Kraków – był już opromieniony sławą. Pasowany na następcę Moniuszki. W gabinecie syna Wandy – już pisarza – wisiał malowany przez Grottgera portret kompozytora, pełnego wdzięku rozmarzonego młodzieńca. Pisarz przygląda się portretowi ojca i wzdycha: „Czemuż go takim nie znałem?”

II Mały lord buntownik

Pani Wandzie udało się zawojować męża dla swojego kultu: „poczciwy Żel” komponuje pieśni do wierszy Narcyzy, co Wanda, jeszcze jako narzeczona, obiecała swojej mistrzyni. Urodziła trzech synów: najstarszy, Stanisław, dostał na drugie imię Gabriel (Żmichowska pośpieszyła wtedy do Warszawy, by trzymać chłopca do chrztu); najmłodszy, Edward, otrzymał, już po śmierci pisarki, dodatkowe imię Narcyz; i tylko środkowy, bohater tej książki (urodzony 21 grudnia 1874 roku), dodatkowe imiona dostał po swoich galicyjskich dziadkach i został ochrzczony jako Tadeusz Kamil Marcjan.

Mimo licznych zajęć i obowiązków młoda matka znajduje czas, by napisać studium o swojej ukochanej, publikuje je pod pseudonimem „Stefan” w 1873 roku w „Tygodniku Ilustrowanym”. Jakże jest szczęśliwa! Pisze do Narcyzy:

„Co Pani mówi na Listy Stefanawychodzące w «Tygodniku» […]? Dowiaduję się w tej chwili, że zwracają uwagę. Nawet kronikarz «Kłosów», mimo przeciwnego obozu, raczył pochwalić recenzenta, a przy tej okazji iautorkę. Ucieszyło mnie to do dzieciństwa". „Okropnie” żałuje, że to ukazuje się pod pseudonimem: niechby świat się dowiedział, że to „Wanda Gr. […] z taką miłością o swojej uwielbionej Gabryelli pisze”.

Potem były i inne próby. W 1877 roku, w „Kłosach”, wspomnienie pośmiertne (Narcyza Żmichowska zmarła w 1876 roku, kiedy Tadeusz kończył dwa lata). W dwudziestopięciolecie jej śmierci, w roku 1902, Wanda Żeleńska opublikowała w „Bluszczu” dwie o niej prace. Pozostała swojej mistrzyni wierna do końca.

Nie udało jej się tego kultu zaszczepić synom. Tadeusz nie sądzi, by jego bracia Stanisław Gabriel i Edward Narcyz kiedykolwiek zaglądali do pism Narcyzy. „Co do mnie – wspomina ten średni – który miałem największą do książek ciekawość, fanatyzm matki działał na mnie wprost odwrotnie, usposabiał mnie niechętnie. Trudno o ostrzejszego krytyka, o większego sceptyka niż kilkunastoletni «myślący» chłopak”.

Ważne wyznanie: bo to ten syn, namiętny czytelnik, mógł być dla matki partnerem, nie został nim jednak. Raził go „zdawkowy idealizm” matki, który zresztą wytykała jej w listach Żmichowska, to on utrudniał mu z nią porozumienie. „Ja byłem cynik. Przechodziłem wiek, w którym chłopak - carthesien sans le savoir– odrzuca wszystko, do czego sam nie dojdzie. Przekomarzałem się z matką na temat jej uwielbienia, musiałem jej sprawić sporo przykrości. Dziś widzę [a pisze to w roku 1930, mając lat prawie pięćdziesiąt sześć], że było ze mną to samo, co z publicznością: pokazywanie pisarki od samych cnót obywatelskich pogrzebało ją. Ale matka nie mogła tego zrozumieć, zamykała się w milczeniu". Podejrzewał, że żywiła po cichu urazę do Orzeszkowej, do Konopnickiej, że cieszą się sławą, podczas gdy o jej mistrzyni zapomniano. Marzyła o napisaniu monografii, która stałaby się jej pomnikiem. „Co jakiś czas matka wydobywała pliki papierów, robiła notatki, ale nie było ciągłości, rwało się!” Wzorowa matka, wzorowa żona, wzorowy dom i do tego jeszcze działalność społeczna – gdzież tu jeszcze miejsce na pracę literacką? To był ból jej życia – stwierdza syn.

Ojciec, przed śmiercią, przekazał mu papiery po matce. „Przeglądam te karty: z niczym nie da się porównać ich entuzjazmu. To nie monografia ani studium literackie – to dytyramb, apoteoza, nieustający potok uwielbienia. Najwyższy geniusz, najdoskonalsza świętość, wszystko przepojone najczystszą poezją – oto dla matki mojej Narcyza Żmichowska. i czytając te karty stałem się pobłażliwszy dla mego młodzieńczego sceptycyzmu”.

Ale nas zainteresowałoby może co innego: jakie to było pióro, ta pani Wanda Żeleńska? Kim mogłaby zostać? Z pewnością nie autorką powieści. Na to brakło jej przeżyć, doświadczeń, śmiałości, a chyba i wyobraźni. Ale na pewno mogła zostać eseistką – i to wybitną. (Wydała zresztą u Hoesicka seniora tom szkiców Znakomite niewiasty.)Miała wszystko, co trzeba: oczytanie, kulturę literacką, kulturę myśli, energię wysłowienia, bogatą polszczyznę, swadę przypominającą samą Narcyzę, a chwilami George Sand. Proszę:

„Subtelne jej pióro nie ma sobie równego, gdy idzie o określenie najdelikatniejszych odcieni i duchowych zagadnień. […] Zrazu bogactwo języka, obrazów, myśli uderza, obałamuca; zdaje nam się, że to cacka kunsztowne stworzone na to tylko, by nimi oko pieścić i ucho zachwycać, ale czytajmy uważnie… ”

Chwilami można odnieść wrażenie, że pani Żeleńska pisze „boyem”. „…W listach odzyskują ją [czytelnicy] po raz drugi. Dla tych, którzy znali jedynie Gabryellę autorkę, jakież to objawienie! Jaki komentarz! Jak ta kobieta żyjąca piszącą autorkę tłumaczy i dopełnia!…”

Wszystko to zostało stłumione: dom, „trzech nie najłatwiejszych synów”, jak przyznaje ten średni – no i on, mąż, „orzeł”, według słów żony, kompozytor w tym okresie najwybitniejszy. Był na dobrym rządowym stanowisku dyrektora, miał zapewne i kapitał po spłaceniu go przez brata Stanisława, panna Grabowska też chyba została solidnie wywianowana. Chłopcom nic nie brakło, rodzice zapewniali im staranne wychowanie. W tym duecie, w którym matka ofiarowała czułość i troskę, ojciec reprezentował surowość, dyscyplinę, karę, nierzadko fizyczną. („…przechodził z biegiem lat bardzo sarmacką ewolucję […] przeistaczał się w wykapany obraz cześnika Raptusiewicza. Porywczość jego i niecierpliwość były przysłowiowe”). Nie ma listów pani Wandy, w których by się tym przeistoczeniem mężczyzny u swojego boku zdumiewała. Może je uważała za naturalne?) Po latach pisarz wspomina swoje dzieciństwo bez wdzięczności, z żalem. Tyrania rodzicielska, jakby był małym lordem. Nic nie wolno. Guziki zawsze zapięte, szalik wokół szyi. Pończochy także latem. Nie wolno biegać, pocić się, plamic ubrania – opowiadał ze zgrozą Irenie Krzywickiej, przypatrując się swobodzie, jaką cieszył się jej Piotruś. Szli za lordziątkiem guwernerzy z trzcinkami, by na miejscu wymierzać karę, za byle co pozbawiano chłopców deseru. Czy miał na myśli swoją ukochaną matkę, kiedy w recenzji ze sztuki Zapolskiej Tamten,napisze o macierzyńskiej nadtroskliwości: „Trzy czwarte funkcji tych matek były dzieciom zupełnie zbyteczne. [Pisze w czasie przeszłym, bo uważa te «wybujałości» za zjawisko historyczne, w tak ostrej formie już nieistniejącej.] […] Skarby kobiecej czułości – ciągnie – daleko więcej były wyrazem potrzeb matki niż pożytku dziecka”. Już to brzmi wystarczająco krytycznie, a cóż dopiero następne zdanie, jak bezwzględna pointa: „Ten anioł stróż syna był najczęściej jego katastrofą”. (Zaatakuje się go po tej recenzji za spotwarzanie wizerunku Matki Polki.)

Miejmy nadzieję, że nie dotyczyło to w takim stopniu małych Żeleńskich: chłopcy rośli, mimo wszystko, normalnie, chodzili do freblówki, bili się, bałaganili, bawili się w teatr. („Teatr, w którym piramida krzeseł oznaczała wysoką górę, kilka patyków bramę pałacową […] aktor był zarazem rycerzem i koniem”.) Wkrótce pójdą do szkoły. Był to okres najgorszej rusyfikacji apuchtinowskiej w szkole, samego Apuchtina spoliczkowano, czasem jakieś upokorzone i doprowadzone do rozpaczy dziecko popełniało samobójstwo. Warszawa ówczesna, tak jak ją widział chłopiec, miała „coś z grozy, coś z tajemnicy. Upiorni kozacy na koniach, w wysokich skórzanych rurach na głowie, z pikami; olbrzymi czerkiesi z kindżałami i w czapach […], ściszone głosy starszych, nagła wieść o zamordowaniu cara Aleksandra”. Czy chłopcy mają chodzić do rosyjskiej szkoły, podczas gdy tam, w Krakowie, skąd ojciec pochodzi, można się nałykać, pod rządami dobrotliwego Franciszka Józefa, polskości jak w Soplicowie, jest się „prawie u siebie”. Pan Żeleński nie najlepiej się czuł w Warszawie, nie znał rosyjskiego, nie umiał rozmawiać z dyrektorem teatrów rządowych, pułkownikiem Muchanowem, mimo że ten pułkownik był znany z dobrych chęci, a jego żona, Maria Kalergis, Nesselrode z domu, przejęta kulturą polską, przez pewien czas muza Norwida (mimowolna raczej), zakochana w Adamie Potockim, sama utalentowana pianistka, otóż ta wpływowa dama ofiarowała się osobiście grac na koncercie pana Żeleńskiego.

Uciec do Krakowa! Dla pana Żeleńskiego to powrót do rodzinnych stron – dla jego żony to opuszczenie ukochanego miasta, domu i sióstr: Marysi (teraz Kwietniewskiej), obarczonej trzema synkami, i Zosi, najmłodszej, która wciąż mieszkała w rodzicielskim gnieździe na Miodowej i tłumaczyła z angielskiego popularne powieści dla młodzieży (Małe kobietkii kilka innych). Jak ją w Krakowie przyjmą? Pani Wanda myślała o wyjeździe z niepokojem. Ale wzgląd na chłopców przeważył. Szkoda tylko, że Kraków jest „pustynią muzyczną”. Żeleński już od dawna stara się coś zorganizować. Namawia prezydenta Zyblikiewicza do założenia w królewskim mieście konserwatorium. (Minie siedem lat, zanim się to zrealizuje. Koncert na otwarcie miał miejsce „w małej salce szkoły muzycznej przy niezbyt licznym udziale publiczności” – notuje biograf, pan Szopski.) Przedtem, w 1879 roku, kompozytor dyryguje w Krakowie swoją kantatą na cześć Kraszewskiego. Przenosiny zbliżają się nieuchronnie. Jest listopad 1880 roku, kiedy pan Żeleński wnioskuje na zebraniu komitetu, żeby dyrekcję Towarzystwa Muzycznego powierzyć Zygmuntowi Noskowskiemu. W połowie następnego roku państwo Żeleńscy wraz z synkami znaleźli się na Dworcu Wiedeńskim. Żegnało ich „ze szczerym żalem” grono przyjaciół – tak to opisano w „Echu Muzycznym”. Chłopców czekała długa i pełna emocji podróż, chwilami pewnie nudna i męcząca. Szkoda, że nikt jej nie opisał.

W Krakowie chłopca początkowo lękiem przejmowali żandarmi, „którzy zawsze chodzili we dwóch z nasadzonym bagnetem, w kapeluszach z kogucimi piórami”. Był w wieku, „w którym stawia się nieśmiało pierwsze kroki w nauce czytania”. Sprawiało mu radość odczytywanie ulicznych plakatów. „Otóż pierwsze słowa, które udało mi się odczytać bez błędu, były: «Kochany hrabio Taaffe». Podpisany: Franciszek Józef m.p.”. Wtedy się uspokoił. Ulgę sprawił „ten życzliwy i konstytucyjny sposób korespondowania z premierem”. Inny klimat, nawet dziecko potrafiło to odczuć. „Żadnego widomego ucisku. Mickiewicz w szkole, Kościuszko w teatrze, Polska na co dzień i od święta”.

Ale aż takie proste to nie było. W szkole, kiedy śpiewano hymn ku czci cesarza, należało demonstrować swoją rezerwę ironicznym uśmieszkiem albo przynajmniej fałszować. „A kiedy przyszła z kolei zwrotka: «Przy cesarzu mile włada cesarzowa pełna łask», wszyscy chichotali po trosze”. Chłopcy wymykali się do kościoła na nabożeństwa patriotyczne, a belfry – będzie wspominać pisarz – patrzyli na to przez palce.

Chociaż chłopiec nie bardzo się popisał podczas egzaminu wstępnego (co zwalił po latach na różnicę w systemie dydaktycznym: inaczej do tego podchodzono w Warszawie, inaczej w Krakowie, bardziej „naukowo”), przyjęto go od razu do drugiej klasy. „Może przez wzgląd na ojca?” – będzie zastanawiał się pisarz. Bo ojciec był w Krakowie kimś ważnym. „W dniu jego imienin, na św. Władysława, o siódmej rano orkiestra ustawiała się półkolem przed naszym mieszkaniem przy ulicy Szewskiej i rżnęła marsze. Dlatego że sławny muzyk i – tutaj wkracza charakterystyczny dla pisarza zmysł rzeczywistości podszyty ironią – że dał sto guldenów na założenie tej orkiestry”.

Kraków, do którego Żeleńscy się przenieśli, był wtedy miastem – wspomina pisarz w szkicu Prawy brzeg Wisły– zarażonym „infekcją smutku”. „W dzień jeszcze […] miał jakieś pozory życia […], za to w nocy mury brały władztwo nad człowiekiem”. „Z uderzeniem dziesiątej krakowianin […] zdyszany dopadał bramy”, żeby nie płacić stróżowi „szpery”. Ulice pustoszały, „wyłaniał się stróż nocny z halabardą, można było mniemać, że jest się w wiekach średnich”.

W dzień można było się łudzić, że jest się w łacińskiej dzielnicy Paryża, na lewym brzegu Sekwany: „poważne mury Akademii, birety i togi”. Studenci. „Była i dzielnica artystów, gdzie kwitły sztuki piękne i gdzie, w zaciszach pracowni, uzbrojone w węgiel młode dłonie kopiowały, częściej co prawda gipsowe niż żywe modelki”.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Oko Dajana. Pingpongista Ja, deprawator Królewskie sny Błazen - wielki mąż Bruliony Profesora T. Powrót do bezsennych nocy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Gdańsk jako wspólnota Strach. Trump w Białym Domu Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary