Dziennika ciąg dalszy

Dziennika ciąg dalszy

Autorzy: Józef Hen

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kategorie: Biografie Kultura / sztuka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 640

Cena książki papierowej: 59.90 zł

cena od: 31.06 zł

Dziennika ciąg dalszy to kontynuacja autobiograficznych zapisków Józefa Hena. Wszyscy, którzy mieli okazję czytać jego książki, rozpoznają w nich mądre, serdeczne, ale i ironiczne spojrzenie pisarza na współczesność. Hen dzieli się z czytelnikami swoją codziennością, rozmowami, spotkaniami, troską o najbliższych. Spisuje wrażenia z lektur i podróży. W dzienniku nie tyle rejestruje bieżące wydarzenia polityczne, kulturalne, towarzyskie co raczej przygląda się im z humorem, z perspektywy własnego doświadczenia. Niezwykłe oczytanie autora i plastyczny styl sprawiają, że przed nami wyjątkowa książka o współczesności, zderzającej się od czasu do czasu, boleśnie, z historią.

Dziennika ciąg dalszy powstawał na przestrzeni lat 20082014.

© Copyright by Józef Hen

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2014

PROJEKT OKŁADKI I STRON TYTUŁOWYCH: Jakub Pierzchała

Na okładce wykorzystano fotografię Czesława Czaplińskiego

OPRACOWANIE ALBUMIKU: Marek Pawłowski

REDAKTOR PROWADZĄCY: Krzysztof Lisowski

REDAKCJA: Anna Rudnicka

KOREKTA: Etelka Kamocki, Anna Pawlikowska, Urszula Srokosz-Martiuk, Małgorzata Wójcik

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70

ISBN: 978-83-08-05725-4

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Spis treści

2008

Styczeń

Luty

Marzec

Kwiecień

Maj

Czerwiec

Lipiec

Sierpień

Wrzesień

Październik

Listopad

Grudzień

2009

Styczeń

Luty

Marzec

Kwiecień

Maj

Czerwiec

Lipiec

Sierpień

Wrzesień

Październik

Listopad

Grudzień

2010

Styczeń

Luty

Marzec

Kwiecień

Maj

Czerwiec

Lipiec

Sierpień

Wrzesień

Październik

Listopad

Grudzień

2011

Styczeń

Luty

Marzec

Kwiecień

Maj

Czerwiec

Lipiec

Sierpień

Wrzesień

Październik

Listopad

Grudzień

2012

Styczeń

Luty

Marzec

Kwiecień

Maj

Czerwiec

Lipiec

Sierpień

Wrzesień

Październik

Listopad

Grudzień

2013

Styczeń

Luty

Marzec

Kwiecień

Maj

Czerwiec

Lipiec

Sierpień

Wrzesień

Październik

Listopad

Grudzień

Albumik fotografii z archiwum rodzinnego

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

FOT. M. HEN

2008

Zacznę od powtórzenia notatki, którą zakończyłem Dziennik na nowy wiek:

„Północ. Zaczął się rok 2008. Rena zasnęła mocno — bez kolacji — chyba zaraz po ósmej wieczór. Wypiłem o północy jej zdrowie, wypiłem zdrowie dzieci, wnuków, przyjaciół, gorzko-słodkim migdałowym amaretto. Zagryzłem kawałkiem kiełbasy polskiej (czysty cholesterol), do tego kiszony ogórek, kromka suchego chleba. Smakowało”.

Styczeń

K o n s t a n c i n, środa. Przez te tygodnie, w których nic nie odnotowywałem, zdarzyło się wiele, ale nie miałem ani sił, ani chęci, ani — w takim stanie ducha — możliwości, by do notesu zaglądać. Zajmowałem się Reną, zakupami, gotowaniem. Przeszedłem zapalenie oskrzeli, ale zanim poszedłem do lekarza (kiedy sam postawiłem sobie diagnozę), próbowałem zapobiec chorobie, zażywając rutinoscorbin i aspirynę. (Przeziębiłem się, czekając na zimnym wietrze na taksówkę, którą miała wrócić od dentystki Rena). Przedtem narzekałem na bóle, niemal niedowład nóg. Zacząłem podejrzewać najgorsze. Któregoś dnia, jeszcze przed pójściem do lekarza, zauważyłem, że poruszam nogami raczej swobodnie. Czyżby jedna choroba, ta nowa, przepędziła tę starą? (To by ucieszyło Montaigne’a, który utrzymywał, że chorobie trzeba dać się zestarzeć). I nagle: mam! Przecież zażywałem aspirynę! To aspiryna zaktywizowała mięśnie nóg. Lekarka to moje „odkrycie” potwierdziła.

Miesiąc minął na zmaganiach z przydzieloną mi przez wydawnictwo Redaktorką. Protestowałem przeciwko temu, skoro już omówiliśmy przedtem sprawy z ukazaniem się Pingpongisty z p. Darkiem Sośnickim. Usłyszałem, że taka jest „procedura”. Spotkaliśmy się z p. Redaktorką i przypomniałem jej, co powiedział Montaigne o pewnych uwagach krytycznych: „Wolę błędy, które są m o j e, od poprawności, która jest c u d z a”. Specjalnie się tym nie przejęła. Potraktowała mnie gorzej niż debiutanta, bo jak ucznia gimnazjum, który nie wie, jak stawiać przecinki (ona wie, nie zna tylko szkicu Boya O święte prawo do przecinka), i nie wie, w którym miejscu wpisać w zdanie orzeczenie (ona wie).

Wpisała ołówkiem w książce, która liczy 170 stron, ok. 1400 ingerencji, od 6 do 10 na każdej stronie. Cztery dni spędziłem pracowicie na „wygumkowaniu” ich, żeby śladu nie zostało. Z maniakalnym uporem zmieniała mi myślniki (którymi ja chętnie operuję) na przecinki, czyli zmieniała stylistykę autora, ale w dwóch miejscach, gdzie ja posłużyłem się przecinkami, zmieniła je… na myślniki. Byle zmieniać.

Wciąż niszczy bezpośredniość, kolokwialność narracji. Nie daj Boże, jeśli się w zdaniu powtórzy jakieś słowo. Bohater, Mike, mówi: „Więc ta metryka, ta, którą pan miał w ręku, była fałszywa?”. Pani Redaktor skreśla oczywiście drugie „ta”, zostaje monotonne: „Więc ta metryka, którą miał pan w ręku…”. Ja piszę: „Poezja często ukrywa się w prozie, w prozie pańskiego życia”. Powtórzenie! — reaguje i skreśla drugie „w prozie”. (Powiedziałem pani Beacie Stasińskiej: „Przecież ona sama dopiero co użyła powtórzenia; rozmawiając z panią na pewno powiedziała: — Bo t e n Hen, t e n zakichany pisarz…”. Stasińska buchnęła śmiechem).

Kiedy ja piszę „on był dużo lepszy”, pani redaktor zmienia to na „z n a c z n i e lepszy”, uciekając od języka powszedniego w język referatu. Ja piszę o chłopcu, że powie, ona zmienia to na oświadczy.

„Rzekł”, „odrzekł” — nigdy tak nie piszę. Tak samo jak „przeto”, „wszak”, „aczkolwiek”, w czym lubują się autorzy homilii publicystycznych.

Pani Aldona o mężu: „To chuchro rąbało lasy”. Redaktorka po „chuchro” wciska: „— rozczuliła się”. To jest komentarz! Rozczulić się ma czytelnik, narrator powinien być oszczędny.

Pani Redaktorka, kiedy zobaczyła, że 95 procent ingerencji wytarłem gumką, obrażona wycofała swoje nazwisko. „I słusznie — powiedziałem p. Sośnickiemu. — Nie wykluczam, że jest dobrze obeznana z prozą samego Tomasza Manna, ale na moją prozę jest głucha”.

Luty

Pingpongista ma się ukazać 20 marca. Jestem pełen niepokoju. Myśli zawarte w powieści chyba są znaczące, czasem oryginalne, ale jaki jest poziom literacki, autor dowiaduje się dopiero po opublikowaniu. Niekoniecznie od innych. Konfrontacja autora z drukiem jest dla niego samego sprawdzianem.

W serii biograficznej W.A.B. wyszedł mój Boy: Błazen — wielki mąż. Książka odżyła. Czyta ją nowy czytelnik, czyta i ten starszy, który przedtem jej nie zauważył. Dział promocyjny wydawnictwa wykazał się sprawnością. Było sporo rozmów radiowych, także na żywo. Kiedy się z przepytującymi rozmawia, szczególnie prywatnie, widać, że są zadowoleni, że Boy się przebija. Pracują w „pisowsko-narodowym” radiu, ale nie ma wątpliwości, że zgrzytają zębami, słuchając pewnych wypowiedzi. Ten notes nie jest po to, żeby te wypowiedzi przekazywać. Kilka dni temu pomyślałem sobie: a może u tego gościa są jakieś zmiany w mózgu? Może krwiak? Może guz? Może niedotlenienie, które powoduje złość, jadowitość, tworzy mity insynuacyjne?

Po zakończeniu nagrania dla radiowej Dwójki wspomniałem dziennikarzom w kilku zdaniach o Pingpongiście. Świetnie odebrany został przytoczony przeze mnie dialog o Sodomie: że może i było w niej 10 sprawiedliwych, ale s p r a w i e d l i w i b a l i s i ę u j a w n i ć. Odprowadzając mnie do samochodu, dziennikarka powiedziała: „Dobrze, że pan się wziął do tego tematu”. A ja się boję przemilczenia. (Nie ataków).

W miesięczniku „Diabetyk”, w którym (o czym wspominałem w ubiegłym roku) jest wywiad, jaki przeprowadziła Joasia Tomczak, jestem na okładce jako mąż cukrzyczki, a w środku na całą stronę nasze jedyne z Reną wspólne zdjęcie sprzed 65 lat, w Samarkandzie! Pamiętam, że fotograf pracował naprzeciw murów Registanu, ale nic się tym kilkusetletnim zabytkiem nie przejmował, rozwiesił między drzewami starą płachtę i na tym tle kazał nam stanąć. Fotografia, jak mówiono w Michalinie, „momentalna”. Nieźle sobie wyglądamy! I wcale nie widać, że tak trudno nam się żyło, nieraz głodno; jestem w przyzwoitym angielskim płaszczu wojskowym i w wojskowym golfie. Nie wiedziałem, jak Rena zareaguje na tekst wywiadu (który jest hołdem jej złożonym). Madzia pokazała jej w kuchni zdjęcie, Rena zdaje się wzruszona, powiedziała potem, jakby nagle dokonała odkrycia: „Ładny chłopiec byłeś”. „Pewnie tak, skoro mnie sobie wzięłaś”.

Mimochodem powiedzieliśmy Renie (Madzia się z tym odezwała), że Stella, moja siostra, nie żyje — „Nie żyje?” — „Tak, od kilku miesięcy”. I więcej się na ten temat nie odezwała, przyjęła to (nie bez powodu) jako coś naturalnego.

Poszedłem do mojego banku, zaktywizować nową kartę, której o mało nie wyrzuciłem, bo myślałem, że znowu jakaś uwodzicielska oferta — nie znoszę tzw. „korzystnych” ofert — ale okazało się, że przypadkiem ją zachowałem. Człowiek ubiegłego stulecia, mam kłopoty z dzisiejszym życiem — tak jak Charlie w Dzisiejszych czasach. Z jego techniką, wymogami, które pokoleniu za biurkiem, zapatrzonym w komputery, wydają się oczywiste i tak są z tym zrośnięci, że gubią się, jeśli wydarzy się „awaria komputera” (co następuje notorycznie), są wtedy bezradni, nie załatwią interesanta, bo nie wiedzą, co to jest notes i ołówek, i własna pamięć.

K o n s t a n c i n. Niepokój o Renę, jest sama w mieszkaniu. Wczoraj wieczorem, kiedy telefonowałem z Konstancina, nie odzywała się. Dzisiaj rano mówiła, że się denerwowała, bo ja dzwoniłem, żeby ona otworzyła mi drzwi — i się nie pojawiłem. A przecież powinna wiedzieć, że ja mam wszystkie potrzebne klucze i nie korzystam z domofonu. Musiało jej się to śnić, ale wygląda na to, że ona z coraz większym trudem odróżnia sen od jawy.

Mam nowy tapczan. Madzia bardzo dumna, że to załatwiła. Gabinecik zyskał. Stary tapczan służył z grubsza 40 lat, zrobiony na zamówienie, żeby zmieścił się w przeznaczonym na niego miejscu.

Beata C. przygnębiona wiedzą z książki J.T. Grossa Strach (ale to ona opowiadała mi o antysemickich rozmówkach w bibliotece). Dzwoni, żeby się podzielić tym swoim przygnębieniem.

K o n s t a n c i n. Jutro wyjeżdżam. Jedyny dorobek z pobytu, to trochę wpisów do dziennika. Wątpliwej jakości. (Nie wszystkie ujawnię). Dziś powinienem ciągnąć „opowieści marcowe” dla „Stolicy”, na podstawie notatek własnych. Chyba mam prawo szczerze wyznać, że nie bardzo mi się chce. Rano byłem w gabinecie dentystycznym na zabiegu czyszczenia zębów. Tortura. Czułem się jak bohater filmu Maratończyk, przerażony Olivierem jako dentystą esesmanem. „I po diabła mi to było? — powiedziałem po zabiegu. — Żeby się podobać. — Za późno”. A w ogóle gratulacje z powodu tego, że wszystkie zęby mam swoje.

Wczoraj o 22.45 mignąłem w programie „Ulice kultury”. Czyste kpiny. Rozmawialiśmy przecież z redaktorem około 15 minut; były interesujące pytania i chyba treściwe odpowiedzi. Nic z tego nie weszło, prócz stanowczego mojego stwierdzenia, że książka o Boyu to nie jest powieść, lecz biografia. Na pytanie (może nazbyt proste), kim byłby Boy dzisiaj, odpowiedziałem, jak się okazuje z uśmieszkiem: „Bardzo starym człowiekiem”. Potraktowano to jako puentę.

Ale co można wiedzieć o aktywności Boya, gdyby był nam współczesny? Może zamknąłby się w domu z obrzydzenia wobec tego świata, wobec szaleństw i świństw w Internecie, triumfu ludzi złych i głupich.

„Jestem wstrząśnięta” — powiedziała p. Beata Stasińska, kiedy jej zreferowałem pewne „poprawki”, na które pozwoliła sobie p. Redaktorka. A potem: „Dobrze, że się pan nie poddał”. Widocznie zna autorów, którzy się poddają. Ale ten autor, który z nią teraz rozmawia, ma świadomość, po tylu latach pracy, dlaczego sformułował coś tak, a nie inaczej.

Usłyszałem od p. Beaty, że chciałaby mieć w komputerze Nowolipie, Najpiękniejsze lata i Nie boję się bezsennych nocy. (Dopisek z 2014 r.: wszystkie te książki opublikowało wydawnictwo W.A.B.). W Paryżu, powiada, mam gromadkę wielbicieli Nowolipia.

I wreszcie rozmowa o przyszłości. Pani Beata proponuje, żebym napisał wspomnienia z PRL. Ja tłumaczę, dlaczego takie wspomnienia nie mogą mieć tej aury, co Nowolipie, wspomnienie o świecie zaginionym. O PRL nie da się pisać z nostalgią ani lirycznie. Chyba że ktoś w tych czasach przeżył młodość, miłość, może i przejściowe upojenie ideowe. Ludzie? Większość nazwisk, kiedyś w środowisku popularnych, nic nikomu nie mówi. Chyba że — jak Dygat czy Andrzejewski — poprzez film. Kto wie dzisiaj, kto to był Zbigniew Bieńkowski? A Władysław Bieńkowski? Proponuję coś, co mi chodzi od pewnego czasu po głowie: dzienniki początku wieku, 2000–2008, z tym że ja przeglądam jakieś papiery, listy i coś mi się przypomina. (Np. spotkanie ze Świerczewskim w Lubartowie, za czasów PKWN). „Świetny pomysł” — na to p. Beata. Praca musi potrwać najmniej rok — oboje jesteśmy tego samego zdania. „Dobrze, ale kiedy ja będę żyć?!” — mówię z rozpaczą. „To jest właśnie życie! Ma pan wspaniałą starość, panie Józefie. Jest pan twórczy!” Ale kiedy ja się powałęsam osłabłymi nogami po Paryżu?…

Niespodziewany SMS od Ewuni z Londynu: TĘSKNIĘ DO WAS. Wzruszony prawie do łez. Odpowiadam: „I my do Ciebie”. „Co w domu?” Najwyraźniej wybuch nostalgii u studentki London King’s College. (W starym „Przekroju”: „Najlepsze lekarstwo na nostalgię — powrót”). Posyłam SMS-a: „W domu wszystko w porządku. Boy świetnie idzie. Co u Ciebie?”. „Uczę się cały czas. I też świetnie mi idzie”.

Koszmarne teksty przytaczają w artykułach Teresa Bogucka i Andrzej Friszke o inspirowaniu i sterowaniu polskim antysemityzmem. Szokujący (mnie — innych może nie tak) list kościelny do rządu w Londynie („powinniśmy być wdzięczni Niemcom, że pozbywają nas plagi żydowskiej”). Książka Chodakiewicza Po Zagładzie. Stosunki polsko-żydowskie 1944–1947 (sygnowana przez IPN), sławiąca NSZ, atakująca demokratów i oczywiście Okrągły Stół. Antykomunizm rozgrzesza wszystko! I jeszcze czarno-biała, infantylna wersja historii PRL: inteligencja kolaborowała, a lud walczył z reżymem. A przecież, przypomina Friszke, to „lud” tworzył aparat partyjny, administrację prowincjonalną, milicję i UB. Polacy — podziwia p. Chodakiewicz — porządnych Żydów aprobowali, np. Ludwika Cohna, Hulewiczową, S t e f a n a K i s i e l e w s k i e g o (matka Żydówka). Friszke oburza się: to byli uznani Polacy, a Żydami można ich było nazwać tylko wg ustaw norymberskich (które p. Chodakiewiczowi najwyraźniej odpowiadają). Postać Mikołajczyka ten pan całkowicie pominął. (Wiadomo: kolaborant!). Ciekawe, co na to przywództwo PSL? Zdaje się, że oni do okresu PRL wolą nie nawiązywać. Wolą odwoływać się do Witosa, a jeszcze wcześniej do wozu Drzymały i śpiewać bezsensowną Rotę.

Rena: „Daj mi gazetę, ale bez tych artykułów”. Zna ogólną prawdę o sytuacji, ale nie chce z nią się stykać. (Powinno się jej dostarczać specjalne wydania gazety z samymi dobrymi wiadomościami; tak jak, podobno, drukowano dla starego miliardera, Johna D. Rockefellera, specjalne wydania „New York Timesa”, w których sprawozdania giełdowe podawały taką cenę baryłki ropy, jaka sprawiałaby mu przyjemność). Wyciąłem te artykuły i zachowałem dla siebie. Madzia też powiedziała, że nie chce tych artykułów czytać.

W Zaiksie na zebraniu Rady Stowarzyszenia. 29 lutego, dokładnie w 40 lat po tamtym zebraniu nadzwyczajnym w proteście przeciw zdjęciu Dziadów ze sceny narodowej, które odbyło się właśnie tu, w „Domu Pod Królami”. Przewodniczy Janusz Majewski. Dałem mu Błazna i numer miesięcznika „Diabetyk”, w którym jest wywiad Joasi Tomczak. Żona Janusza, Zosia (Nasierowska), powiedziała mi przez telefon, że wywiad wzruszający. Pewnie dlatego, że ja, mówiąc o więzi małżeńskiej, wspominam, że jak Rena chodzi po mieszkaniu boso (co od dzieciństwa bardzo lubi), to ja kicham. Nie ma w tym nic niezwykłego. Tadeusz Breza, świetne pióro, autor Spiżowej bramy, miał ostry katar sienny. Ale nie musiał czuć zapachu siana, żeby zacząć kichać, wystarczyło słowo, powiedzieć „siano” i kichanie wybuchało. Nie zdziwiłoby to Montaigne’a, „potędze wyobraźni” poświęcił w Próbach cały rozdział.

Marzec

Czytam, kiedy mi się uda, The Gathering Storm Churchilla, pierwszy tom jego pamiętników — trochę dla tej czystej, precyzyjnej angielszczyzny, a trochę bodźcem był dwukrotnie obejrzany film z Albertem Finneyem, wcielonym sir Winstonem. Zawsze, kiedy się czyta jakiś tekst ponownie po latach, dziwią niektóre podkreślenia i uwagi (jeśli czas ich nie zatarł i dadzą się odszyfrować) — i dziwi, że się czegoś nie podkreśliło. I tak oto natrafiłem na myśl, na którą przed laty nie zwróciłem uwagi: że detronizacja Kaisera, utworzenie republiki było błędem, bo stworzyło pustkę przywódczą, brak wspólnego spoiwa — w tę pustkę weszli nacjonaliści i Hitler. Tego błędu (jeśli zgodzić się, że był to błąd) nie powtórzyli Amerykanie w pokonanej Japonii (być może za radą Churchilla), zostawiając na tronie cesarza Hirohito.

To mi przypomina, że ja kiedyś coś w tym duchu, co prawda żartem, wyraziłem, i to bynajmniej nie pod wpływem Churchilla. Był rok 1972, zbliżała się olimpiada w Monachium, ja na wycieczce jako gość Inter Nationes (zaproszony na nią za moje opowiadania sportowe wydane w tomie Der Boxer und der Tod w 1964 r. właśnie w Monachium), w kilkunastoosobowej grupie anglojęzycznej. Byli w tej grupie ministrowie sportu Birmy i Etiopii (uroczy dryblas Saluh, rozstrzelany zapewne przez oszalałych władców po Cesarzu), redaktor pisma sportowego z Indii, czterej Izraelczycy, Cejlończyk i czterej Amerykanie (jeden z nich nie robił tajemnicy z tego, że pracuje w CIA), a wśród nich starszawy dziennikarz z redakcji niemieckiej Głosu Ameryki, René Fürst z żoną (co było przywilejem). Stosunki w grupie znakomite, wszyscy odprężeni, uśmiechnięci, ale tak jakoś się stało, że z Fürstami było najserdeczniej. Rozmawialiśmy o literaturze. René, berlińczyk, który uciekł przed hitleryzmem do Ameryki, wyznał: „Bo widzisz, z językiem to jest tak: byłem panem niemieckiego języka — angielski język jest moim panem”. Kiedyś zapytał: „Joseph, powiedz, jednym słowem, co w pisaniu jest najważniejsze? — Courage — odpowiedziałem bez namysłu”. Odwaga. Po kolacji, przy koniaku, było nas trochę więcej osób, René wspominał: „W 1918 roku, miałem wtedy dziesięć lat, w pewien listopadowy wieczór rodzice zabrali mnie do opery. Kiedyśmy wchodzili do opery, było cesarstwo; kiedyśmy z niej wychodzili, była już republika. — Krzyknąłem: — I po diabłaście szli do tej opery?!”.

Z redaktorem Jerzym Kisielewskim w radiowym studiu mamy rozmawiać o Pingpongiście. Ja ze słuchawkami, bo słuchacze mogą zadzwonić. Dwa telefony z komplementami. Trzeci już całkiem inny. Kobieta o radiomaryjnym głosie. (Bardzo często przynależność towarzyską, charakter, nawet rodzaj studiów można rozpoznać po ustawieniu głosu). Słuchaczka żąda, żebym odpowiedział: Czy podludzie mogą rządzić nadludźmi? Czy na to pozwala konstytucja? Czy koczownicy mogą nami rządzić, ludźmi tutejszymi? I proszę powiedzieć: Jakie jest pańskie pochodzenie? Czy pan jest Polakiem?

Widzę, że pan Jerzy zbladł, boi się o mnie. Ale ja zachowuję spokój. — Nie dzielę ludzi na podludzi i nadludzi — odpowiadam. — I o ile wiem, w konstytucji też nie ma takiego podziału. Mówiąc o „koczownikach” ma pani zapewne na myśli imigrantów. (Miała na pewno na myśli Żydów — po raz pierwszy usłyszałem, że określa się ich jako „koczowników” — kto wie, czy w jej środowisku ten właśnie epitet nie funkcjonuje). Otóż, jeśli imigrant pracuje, płaci podatki, z czasem może uzyskać obywatelstwo i nabyć takie prawa jak wszyscy inni. Co zaś do mojej tożsamości, to odpowiedź znajdzie pani w moich książkach. Polecam Nowolipie i Nie boję się bezsennych nocy.

Kisielewski odetchnął z ulgą. Zadzwonił jakiś słuchacz wstrząśnięty telefonem tej pani. — Bardzo pana za nią przepraszam.

W domu odebrałem kilka telefonów — z gratulacjami, że tak spokojnie załatwiłem tę panią.

W prasie przeważają dwa tematy: czterdziesta rocznica Marca (sympozja, panele, debaty) — i śmierć Holoubka. O Guciu dużo jest w Dzienniku na nowy wiek, więc nie będę się rozpisywał. Dodam może tylko, że zawsze (mimo przejmującego Edypa) widziałem w nim pierwszorzędnego aktora komediowego, w wysokim stylu, kogoś jak Gregory Peck w Rzymskich wakacjach czy Gary Cooper w Panu z milionami. Ale on się takiej konfrontacji chyba obawiał, namawiałem go, by zagrał Strzygę-Strzyckiego, dyrektora wędrownego teatru w tuwimowskiej przeróbce Porwania Sabinek, on jeden po bajecznym Węgrzynie potrafiłby tę rolę udźwignąć. Na próżno. Był świetny w subtelnych sztukach realizowanych w telewizji: Mario i czarodziej wg Tomasza Manna, jakiś Pirandello, jakiś Stoppard — wszystko kameralne. Nigdy nie grał u Wajdy, u Kutza tylko jakiś epizod, co potwierdza moje przekonanie, że odpowiadał mu teatr literacki, dyskretny, subtelny. Jeśli król — to król mędrzec, jak Jagiełło w Królewskich snach.

W Domu Literatury rozmowa z młodym krytykiem, panem Maxem Fuzowskim, który, po przeczytaniu Pingpongisty, ma pisać o mnie artykuł do „Newsweeka”. (Miała tam pójść kiedyś recenzja z Brulionów Profesora T., ale przepadła). Pan Max przyniósł ze sobą sfatygowany tom Nie boję się bezsennych nocy jako swoją ulubioną książkę. Rozmowa przebiegała bardzo żywo. Powiedział o Pingpongiście — nie wiem, czy to był komplement — że „książka jest bardzo wyważona”. Że nikt właściwie nie jest potępiony, nawet zbrodniarze. Zwracam uwagę, że po 60 latach mój główny bohater, Mike (wtedy Michaś), nie czuje już do morderców nienawiści, czuje pogardę. W tej powieści autor n i g d y nic nie komentuje — komentują postaci. Ja mówię w sposób „wyważony”, ale niektórzy z nich tak nie mówią — wyważenie narratora zderza się z ich paranoją.

Zdaję sobie coraz bardziej sprawę, że książka wdziera się mocno, chociaż nie o to mi chodziło, w politykę. Wpada w cyklon sporów, wywoływanych zresztą sztucznie przez idiotyzmy nacjonalistów, zaściankowość antyeuropejską. Mogą sobie na te szaleństwa pozwolić, bo wiedzą, że żadne wielkie mocarstwa na polską państwowość nie czyhają.

Pan M.F. pyta: „Czy pan się nie boi ataków?”. Przecież w każdej książce zadzieram z ciemnotą. Ataki byłyby naturalne. Większym niebezpieczeństwem byłaby obojętność. A przecież spowiedź Księdza nadaje tej książce, „chwilami frywolnej”, powagę. Posługuję się pewną ukutą przez siebie formułą: prawo do bólu, prawo do pamięci zderza się z prawem do życia, do uczuć. I to prawo musi być respektowane.

Pan Fuzowski domyślił się, że doktor Wiernik, bardzo ważna postać w powieści, czyta Nie boję się bezsennych nocy, opowiedział mi o tym rozradowany. Spodobało mu się także, że po wojnie ukrywający się Niemiec udaje Żyda, mówi w jidysz.

Boję się, wyznaję, niechęci recenzenckiej i w rezultacie porażki księgarskiej. Na to M.F., że rozmawiał z kolegami i jest duże zainteresowanie.

Pani Kielak-Ciemniewska przywozi egzemplarze „Stolicy” z moimi Opowieściami marcowymi, w sam raz na obchodzoną właśnie rocznicę. Dostaję bukiet pięknych róż.

W nocy zauważyłem, że Rena już połknęła tabletkę przeciwcukrzycową i popiła wodą. Mówię: „Ty masz to łykać rano, na czczo. — A teraz co jest? — Noc”. Obudziła się wśród nocy i myślała, że zaczął się nowy dzień.

Czytam, w tomie wydanym przez „Twój Styl”, nieznane mi artykuły Ksawerego Pruszyńskiego (zebrane przez jego brata Mieczysława). Są to szkice o wybitnych politykach, o każdym z okazji odejścia. Właściwie epitafia: Dmowski, Paderewski, Witos, Korfanty. Interesują go nie tyle etapy kariery — bo niby to jest znane — ile korzenie, z czego wyrósł każdy z tych Polaków, jak to tworzyło charakter, zalety i obsesje. Zarazem jest to i publicystyka, i zmysłowa proza, odtwarzająca widoki, smak i zapach (jak pisze) „chłopskiego zagonu”. Talent.

Kwiecień

Uciekłem z domu na kilka dni. Minęło 6 tygodni od ostatniego wpisu — nic, absolutnie nic nie mogłem zapisać. „Niech pan notuje! — namawiała kilka dni temu p. Stasińska. — Koniecznie. Tyle się dzieje!” Czy miała na myśli to, co dzieje się w Polsce, czy ze mną i wokół mnie? Nie wiem. Wiem tylko, że kiedy „tyle się dzieje”, nie jest to dobry czas na notatki, przynajmniej na moje notatki. Lepsza jest cisza, odosobnienie, podkradanie się myśli — czasem olśnienie.

Zadzwoniłem z komórki do Reny. Byłem niespokojny: nie odbierała telefonu. Teraz nareszcie rozmawiamy. Ona mówi: „źle ze mną”. (Madzia, z którą przed chwilą rozmawiałem, uważa, że nie jest źle, skoro potrafi sobie postawić diagnozę). „Nie kojarzę” — powiedziała. Postanowiłem dziś rano nauczyć się pracować w domu, laptop mi w tym pomoże. Rena pojęcia teraz nie ma, jak mi jest bliska, jak się nią przejmuję. Myślę, że jest to szczególny objaw miłości — mimo że ona potrafi doprowadzić do białej gorączki. Ale czy kobieta takiej właśnie miłości chce?…

W porze obiadu zadzwoniła Beata Stasińska: „Panie Józefie, mam nadzieję, że nie przejął się pan recenzją Pingpongisty w «Wyborczej». Była w Paryżu na Targach. Książka wzbudziła zainteresowanie kilkunastu wydawców. „No i w Dzienniku miał pan prawdziwy festiwal”. Była niespokojna o moje samopoczucie. Powiedziałem: „Serce bije mi równo”.

Z niepokojem oczekiwałem opinii moich najbliższych. Gdyby książka ich rozczarowała, daliby temu jakoś wyraz. Zdaje się, że oni sami bali się jej, nie rwali się do czytania. Ale nie, „recenzje” satysfakcjonujące. SMS od Maćka: „Jestem z ciebie dumny”.

Beata C. z trudem książkę nabyła — w księgarni na Żoliborzu już jej nie było. Kupiła w końcu trzy egzemplarze — dla kuzynki i przyjaciółki. Wieczorem telefon. Zaczęła czytać o ósmej rano, wszystko poszło w kąt, nie zrobiła zakupów, „nie można się oderwać”. (Kiedy, do diabła, uda mi się napisać jakąś nudną powieść?). Uchańskiemu przyniosłem egzemplarz koło południa. Wieczorem telefon. Czytał, nie odrywając się. Na pewno szczery, bo rozmawialiśmy ponad kwadrans, co, jak na niego, jest długo.

Uzupełnijmy zapiski. 16 kwietnia, środa, jadę do Krakowa. Jest nas pięcioro w przedziale: troje trzydziestolatków (panowie, jak urzędnicy w amerykańskich filmach, w białych koszulach z krawatem), młoda ładna dziewczyna i ja, relikt z przedwojnia. Najpierw wszyscy załatwiają kontakty telefoniczne, ja też. W pewnej chwili trzydziestolatkowie niemal równocześnie otwierają laptopy, ruchy zgrane, jak w balecie, dziewczyna zagłębia się w jakichś wydrukach. I tylko ja, jakie to znamienne, z małym notesikiem i z drugim tomem Mózgu i płci Boya — dla przyjemności. Brantôme, Pascal, pani de La Fayette. Zawsze znajduję coś nowego, świetnie to opowiedziane, jak najzwięźlejszy thriller.

Ja nad książką, oni przy laptopach. Wszystko w milczeniu. Gdyby to byli Włosi, nie darowaliby sobie, na pewno by zagadali. Da dove lei? Zapytaliby o zawód, czy żonaty, a dzieci są? Na długo pan jedzie? Tutaj milczenie. Ściana obcości. (Może to lepsze niż taka bezceremonialna indagacja, na którą nie zawsze mamy ochotę).

W Krakowie zimno, deszcz. Pani Dorota zawozi mnie taksówką na ulicę Poselską, do hotelu Wawel. Grodzka rozkopana. Hotel ma w sobie urok staroświecczyzny, może dlatego nie ma wynalazku końca XX wieku, czajnika bezprzewodowego. Szkoda. W zimnej mżawce docieram na Rynek, klub „Pod Jaszczurami”. Wisi małe zawiadomienie, że będzie Józef Hen. Salka, jak na takie warunki, raczej zapełniona. Prowadzi spotkanie p. Marcin Wilk z „Dziennika Polskiego”, podobno bardzo Pingpongistą przejęty. Widzę, że przyszedł profesor Łagowski.

Czytam rozdział o Sadowniku, o tym, jak zastrzelił Mirkę, na jej prośbę. (Łagowski komplementował: „Czytając, wydobywa pan znaczenia, które spieszący się czytelnik mógłby przeoczyć”). Jest trochę niezłej dyskusji. Kraków! I trochę trudnych pytań. Np.: „Co jest w życiu najważniejsze? — Gdybym wiedział, to nie pisałbym książek”. Albo: „Czy pan bywał szczęśliwy? — Tak, bywałem i wiedziałem o tym. Bo człowiek nie zawsze wie, że jest szczęśliwy”. Szczęście mężczyzny — ryzykuję — jest prawie zawsze związane z inną osobą. „Szczęście kobiety bywa inne. Np. kiedy kobieta wchodzi do ogrodu, widzi kwiaty, czuje zapachy, oddycha pełną piersią, może poczuć się szczęśliwa. A może ja się mylę?” Pani Zosia R. wykrzykuje: „Nie myli się pan!”.

Profesor Łagowski czeka cierpliwie, dopóki nie skończę podpisywać. Potem zaprasza na kolację w znanej mu restauracyjce. On sandacza z wody, ja mniej higienicznie: kotlet schabowy i mały okocim. Wstrząsnęło nim najwyraźniej, kiedy mu się zwierzyłem: „Powiem panu coś, czego nikomu nie powiedziałem, nigdy też oczywiście tak wprost nie napisałem. W ciągu tych sześćdziesięciu lat ja nigdy nie czułem się równouprawniony”. Otworzył usta jakby dla zaczerpnięcia oddechu — ale zrozumiał.

Nie pozwolił, żebym błądził sam po Krakowie. W siąpiącym deszczu odprowadził mnie do samego hotelu. Zmusiłem go, żeby wziął kwiaty, które dostałem po spotkaniu. „Żona się ucieszy” — powiedziałem.

Nazajutrz pani Dorota odwiozła mnie taksówką na dworzec. W przedziale znowu milczenie, obcość, chociaż tym razem bez laptopów. Po trzeciej jestem w domu. Rena jeszcze nie jadła.

Warszawa, w domu. Po dziewiątej wieczorem przyjeżdża po mnie taksówka zamówiona przez TOK FM, żeby zawieźć mnie do rozgłośni, na Czerską. Ma rozmawiać ze mną o Pingpongiście młoda, jasnowłosa dziennikarka. Z niewinną miną, jakby to była normalka, zawiadamia, że przeczytała tylko pierwszy rozdział. Żeby się wspomóc, chce się posłużyć recenzją z najbardziej miarodajnej, jak powszechnie wiadomo, gazety „Wyborczej”. Wyjaśniam, że to nieporozumienie, recenzent najwyraźniej książkę tylko przerzucił, poplątał postaci, wątki, ośmioletniemu podławemu skarżypycie przypisał np. bohaterską próbę Mike’a. Uzgadniamy, że to może być pretekst, żeby wyjaśnić, o co w książce chodzi. Poszło nam całkiem nieźle.

Po audycji mówię do niej: „Ale przez to, że pani tej książki nie czytała, nie padło jedno ważne zdanie. — Jakie? — Że nie można się od niej oderwać”. Operator, a także my dwoje, wybuchliśmy śmiechem.

Radio, Program 1. Mam nagrać krótką wypowiedź do cyklu, co by się przydało inteligentowi. Podobno Franek Starowieyski powiedział, że srebrna cukiernica i jakiś Rodin. Ja potraktowałem temat poważnie, poleciłem Próby Montaigne’a, a jak się ktoś tego przestraszy, może zacząć od mojej książki o Montaigne’u.

Pani Ewa Kielak, naczelna „Stolicy”, zawozi mnie do kina Muranów. Mam, na prośbę Mirka Chojeckiego, wygłosić formułę otwarcia festiwalu filmowego „Motywy żydowskie” (Ha-motiv ha-Jehudi), już po raz któryś z Andrzejem Wajdą. Są Jacek Bocheński, Piotr Wojciechowski, Misia Oleksiewicz, różne osoby, jak mówił Dickens, „niegdyś młode”. Aśka Piątek (matka Tomasza) bardzo mnie ucieszyła, bo gratuluje mi Pingpongisty, a ja ją uważam za przenikliwą i prawdomówną. Siedzimy potem z Wajdą obok siebie, on po premierze Katynia, ja nie mam nic do powiedzenia, nie oglądałem filmu, nie było zaproszenia, a do kina już dawno nie chodzę.

Wygląda na to, że numer „Stolicy” z moimi Opowieściami marcowymi wzbudza zainteresowanie. Któregoś dnia zaczepił mnie na Wiejskiej Piotr Matywiecki, poeta, krytyk literacki, strukturalista, bardzo przejęty. „Śmiałem się i byłem wzruszony”, „dotknięcie autentyku”, posłał numer za granicę córce Romana Karsta, jest w moich notatkach wzmianka, jak pijani ormowcy pobili ją na dziedzińcu uniwersyteckim.

Wciąż Konstancin. Na obiedzie gościem Roberta Jarockiego był stary szlachcic litewski, wysoki, już o lasce, profesor Witold Kieżun, którego ojciec podobno podarował Piłsudskiemu Pikiliszki, czy jakoś tam. Rozsądny, światły — łatwo się dogadać.

Pan Kieżun wykłada u Koźmińskiego „zarządzanie”, jest zdania, że podstawą dochodów w budżecie powinny być dobrze prosperujące przedsiębiorstwa p a ń s t w o w e, nie należy ich sprzedawać, „pieniądze się przeje”. Może to być system koncesji, w ten sposób zorganizował Stanisław August pocztę z przewozem podróżnych, przynosiła państwu pokaźny dochód do drugiego rozbioru, kiedy władzę przejęli targowiczanie.

Maj

Pod koniec kwietnia wydawnictwo zorganizowało w radiowej Trójce mój „benefis” (tak to nazwali). Idzie, w gruncie rzeczy, o promocję Pingpongisty. Ma to pójść na żywo na antenie. Czekamy na swój czas w małym saloniku. Są jakieś panie, które tym wszystkim rządzą, jest p. Beata Stasińska, jest wysoki, szpakowaty łysawy p. Dariusz Bugalski, poeta, który ten benefis ma prowadzić. Korespondent „Die Welt” dr Gnauck zapytuje, czy Madzia pracuje jeszcze w „Forum”, a ja wspominam, że drukowałem w „Die Welt”, owszem, prawie 40 lat temu, bezimiennie oczywiście, artykuł o sytuacji w Polsce po Marcu, tłumaczyła Edda Werfel. Pan Bugalski mówi o moich zapiskach, że są w kontrze do zapisków Gombrowicza, gdzie „w poniedziałek: ja; we wtorek: ja”; odpowiadam ze śmiechem, że gdybyśmy się z Gombrowiczem poznali, na pewno od razu bym się z nim pokłócił; p. Bugalski, też ze śmiechem: o tak, na pewno!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Oko Dajana. Pingpongista Ja, deprawator Królewskie sny Błazen - wielki mąż Bruliony Profesora T. Powrót do bezsennych nocy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Czapkins Becoming Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi