Wszystko jest iluminacją

Wszystko jest iluminacją

Autorzy: Jonathan Foer

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 437

cena od: 20.73 zł

Młody Amerykanin z podniszczoną fotografią w ręku przybywa na Ukrainę w poszukiwaniu kobiety, która w czasie wojny ukrywała jego dziadka. W towarzystwie wyjątkowo niekompetentnego tłumacza i starca nawiedzanego przez wojenne wspomnienia przemierza zaniedbaną okolicę, z każdym krokiem cofając się w przeszłość. Wszystko jest iluminacją to tragikomiczna, wirtuozerska pod względem literackim opowieść o poszukiwaniu: ludzi i miejsc już nieistniejących, prawd, które nie dają spokoju wielu rodzinom, opowieści, ulotnych, ale istotnych, które łączą przeszłość z przyszłością.

Jo­na­than Sa­fran Foer

WSZYST­KO JEST ILU­MI­NACJĄ

przełożył Mi­chał Kłobu­kow­ski

Au­tor­skie pra­wa oso­bi­ste do utwo­ru za­strzeżone. Tekst ma cha­rak­ter czy­sto li­te­rac­ki, a wszyst­kie przy­to­czo­ne w nim imio­na, oso­by i zda­rze­nia – z wyjątkiem po­sta­ci i zda­rzeń hi­sto­rycz­nych, które zo­stały jed­nak wy­ko­rzy­sta­ne w sposób fik­cyj­ny, no i oczy­wiście z wyjątkiem sa­me­go JSF – są two­rem wy­obraźni au­to­ra.

PO­DZIĘKO­WA­NIA

Co naj­mniej raz dzien­nie, odkąd ją spo­tkałem, czuję, że znać Ni­co­le Ara­gi to ist­ne błogosławieństwo. Daje mi ona na­tchnie­nie nie tyl­ko do bar­dziej am­bit­ne­go pi­sa­nia, lecz i do tego, żeby się sze­rzej uśmie­chać i mieć pełniej­sze, lep­sze ser­ce. Je­stem za to ogrom­nie wdzięczny (Aty­ab lee itha en­tee to­ukle­ha). Mam też przy­jem­ność, a za­ra­zem za­szczyt, myśleć o wspa­niałych lu­dziach z wy­daw­nic­twa Ho­ugh­ton Mif­flin jak o swo­jej ro­dzi­nie. Do­ty­czy to zwłasz­cza Eri­ca Chin­skie­go, którego rady w spra­wach li­te­ra­tu­ry i życia za­wsze spro­wa­dzają się do tego, żeby więcej czuć. Bo też właśnie to jest za­wsze naj­lepszą radą. Miło mi również było zbliżyć się – choć z da­le­ka – z cu­dow­ny­mi ludźmi z wy­daw­nic­twa Ha­mish Ha­mil­ton. Spośród nich An­drew Kidd ma wyjątko­wy dar spra­wia­nia, że wszyst­ko wy­da­je się nie­zwykłe i ta­kie też się sta­je. Dziękuję Ab­ne­ro­wi Ste­ino­wi za to, ż enie tyl­ko oddał tę książkę w ręce ide­al­ne­go wy­daw­cy, ale za­ra­zem trak­to­wał mnie jak sta­re­go przy­ja­cie­la. Dziękuję Pau­lo­wi Mar­sho­wi, w którego biu­rze lu­dzie do­brze pra­cują i pełni są życz­li­wości. I wresz­cie dziękuję czy­tel­ni­kom wcześniej­szych szkiców, z których po­wstała ta książka.

Część książki zo­stała po­przed­nio opu­bli­ko­wa­na w piśmie ,,New Yor­ker”.

Tytuł ory­gi­nału: Eve­ry­thing Is llu­mi­na­ted

Co­py­ri­ght © Jo­na­than Sa­fran Foer, 2002

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2003

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Mi­chał Kłobu­kow­ski, 2003

Wy­da­nie II

War­sza­wa 2008

Spis treści

Dedykacja

Uwertura do napoczęcia bardzo sztywnej podróży

Początek świata często nadchodzi

Loteria, 179120 lipiec 1997

Uwertura do napotkania gieroja, a potem gieroja napotkanie

Księga powracających snów, 1791

Zakochanie, 1791 – 1796

Kolejna loteria, 179123 wrzesień 1997

Wymarsz w Łuck

Zakochanie, 1791 – 1803

Powracające sekrety, 1791 – 1943

Parada, śmierć, oświadczyny, 1804 – 196928 październik 1997

Bardzo sztywne poszukiwanie

Zegar słoneczny, 1941 – 1804 – 194117 listopad 1997

Zakochanie

Wesele udało się nad podziw albo Po weselu zaczynają się schody, 1941

Ofiara losu, 1941 – 1920

Gęstość krwi i dramatu, 193412 grudzień 1997

Co zobaczyliśmy, kiedy zobaczyliśmy trachimbrod, czyli zakochanie

Zakochanie, 1934 – 194124 grudzień 1997

Uwertura do iluminacji

Zakochanie, 1934 – 194126 styczeń 1998

Iluminacja

Przyjęcie weselne udało się nad podziw albo Koniec chwili, która nigdy się nie kończy, 1941

Pierwsze salwy, a potem miłość, 1941

Drobiazgowość pamięci, 1941

Początek świata często nadchodzi, 1942 – 197122 styczeń 1998

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Pro­sto i nie­możli­wie:

mo­jej Ro­dzi­nie

UWER­TU­RA DO NA­POCZĘCIA BAR­DZO SZTYW­NEJ PODRÓŻY

Moje praw­ne imię jest Alek­sandr Per­czow. Ale wszy­scy z mo­ich wie­lu przy­ja­cie­li prze­zy­wają mnie Aleks, bo ta wer­sja mo­je­go le­gal­ne­go imie­nia gład­czej się wy­ma­wia. Mat­ka prze­zy­wa mnie Alek­sij-Nie-Przy­pra-wiaj-Mnie-Już-Mi­greną!, bo ja rze­czy­wiście wciąż ją mi­greną przy­pra­wiam. Jeśli chcesz znać, po cze­mu wciąż ją przy­pra­wiam mi­greną, otóż po temu, że wciąż je­stem gdzie in­dziej z przy­ja­ciel­mi i roz­sie­wam tyle wa­lu­ty, i wy­czy­niam tylu rze­czy, co mogą każdą matkę przy­pra­wić mi­greną. Oj­ciec daw­niej prze­zy­wał mnie Szapką z po­wo­du fu­trza­tej czap­ki, którą przy­wdzie­wałem na­wet w let­ni mie­siąc. Prze­stał mnie tak prze­zy­wać, bo mu za­ka­ziłem dłużej prze­zy­wać mnie tak. Brzmiało mi to z chłopięca, a ja za­wsze myślałem o so­bie jako bar­dzo mo­car­nym i rozpłod­nym. Mam dużo dziew­czyn, wierz mi, i każda ma dla mnie inne imię. Jed­na prze­zy­wa mnie Dzi­dzi, nie po temu, że je­stem dzi­dzi, tyl­ko po temu, że na mnie zważa. Dru­ga prze­zy­wa mnie Cała Noc. Chcesz wie­dzieć, po cze­mu? Mam dziew­czynę, co mnie prze­zy­wa Wa­lu­ta, bo roz­sie­wam przy niej tyle wa­lu­ty. Po temu aż jej na mnie ślin­ka cie­cze. Mam mi­nia­tu­ro­we­go brat­ka, który prze­zy­wa mnie Alli. Nie bar­dzo mnie kręci to imię, ale za to on sam kręci mnie bar­dzo, więc OK, ze­zwa­lam mu prze­zy­wać mnie Alli. Co się do­ty­cza jego imie­nia, jest one Igo­rek, ale Oj­ciec prze­zy­wa go Nie­zdarą, bo Igo­rek co chwi­la w coś musi się wspa­ce­ro­wać. Tyl­ko przede czte­re­mi dnia­mi zdziałał so­bie gra­na­to­we oko, bo się nie sko­or­dy­no­wał z ce­giel­nym mu­rem. Jeśli się za­sta­na­wiasz, jak imię mo­jej suki, tak one jest Sam­my Da­vis, Ju­nior, Ju­nior. Do­stała to imię, bo Sam­my Da­vis, Ju­nior był Dziad­ka naj­lu­bieńszy śpie­wak, a suka jest jego, a nie moja, bo to nie mnie się wy­da­je, że je­stem ślepy.

Co się do­ty­cza mo­je­go per­so­ny, tak spłod­zo­no mnie w roku 1977 – w tymże sa­mym, co gie­ro­ja tej hi­sto­rii. Prawdę za­rzekłszy, życie mam całkiem or­dy­nar­ne. Jak już wzmian­ko­wałem, działam dużo do­brych rze­czy z sobą i z in­ny­mi ludźmi, ale te rze­czy są or­dy­nar­ne. Raj­cują mnie ame­ry­kańskie fil­my. Raj­cują mnie Mu­rzy­ni, a już zawłasz­cza Mi­cha­el Jack­son. Raj­cuje mnie roz­sie­wa­nie mnówstwa wa­lu­ty w sław­nych klu­bach noc­nych Ode­ssy. Lam­bor­ghi­ni Co­un­ta­che są su­per, tak samo jak cap­puc­ci­ny. Dużo dziew­czyn chce się z mną ucie­leśniać w wie­lu zna­ko­mi­tych aranżacjach, nie po­mi­jając Wsta­wio­ne­go Kan­gu­ra, Łasko­tek Gor­kie­go i Nie­uległego Do­zor­cy Zoo. Jeśli chcesz znać, po cze­mu tyle dziew­czyn chce z mną być, otóż po temu, że ja je­stem per­so­na pri­ma sort do współby­cia. Je­stem po­czci­wy, jak zarównież sro­dze śmiesz­ny, a to są zdo­byw­cze ce­chy. Ale tak a tak znam wie­lu lu­dzi, co ich raj­cują błyska­wicz­ne auta i sławne dys­ko­te­ki. Tylu wy­czy­nia Umi­zgi Łońskich Sput­ników, które za­wsze fi­na­li­zu­je się z zaśli­ma­czoną po­twarzą, że nie nadążam ich za­kar­bo­wać na wszyst­kich swo­ich rękach. Są na­wet tacy, co mają Aleks na imię. (Aż trzech choćby tyl­ko w sa­mym moim domu!) Właśnie po temu z ta­kim szam­pańskim ani­mu­szem je­chałem w Łuck tłuma­czyć Jo­na­tha­na Sa­fra­na Fo­era. Bo to miało być nieor­dy­nar­ne.

Na dru­gim roku an­giel­skie­go w uni­wer­sy­te­cie po­ra­dzałem so­bie wręcz bra­wu­ro­wo. Było to bar­dzo ma­je­sta­tycz­nie od mo­jej stro­ny, bo mój in­struk­tor miał gówno pomiędzy mózga­mi. Mat­ka taka była z mnie dum­na, że aż po­wie­działa: „Alek­sij-Nie-Przy­pra­wiaj-Mnie-Już-Mi­greną! Na­pa­wiasz mnie taką dumą”. Pro­siłem ją, żeby mi po­ku­piła skórne spodnie, ale odmówiła. „Szor­ty?” ,,Nie”. Oj­ciec też był dum­ny. „Szap­ka” – po­wie­dział, a ja na to: „Prze­stań mnie tak prze­zy­wać”, no tak on: „Aleks, na­pa­wiasz matkę taką dumą”.

Mat­ka to po­kor­na ko­bie­ta. Bar­dzo, bar­dzo po­kor­na. Ha­ru­je w małym ba­rze go­dzinę od­ległości od na­sze­go domu. Pre­zen­tu­je tam­tej­szym klien­tom je­dze­nie i na­po­je, a do mnie ma­wia: „Do­sia­dam au­to­bus przez go­dzinę, żeby cały dzień w pra­cy wy­ra­biać rze­czy, których nie­na­wi­dzam. Chcesz wie­dzieć, po cze­mu? Działam to dla cie­bie, Alek­sij-Nie-Przy­pra­wiaj-Mnie-Już-Mi­greną! Kie­dyś to ty będziesz dla mnie wy­ra­biał rze­czy, których nie­na­wi­dzasz. Na tym właśnie spo­le­ga życie ro­dzin­ne”. Cze­go ona nie załapia, to tego, że ja już te­raz wy­ra­biam dla niej rze­czy, których nie­na­wi­dzam. Słucham, kie­dy do mnie mówi. Wstrzy­my­wam się od na­rze­kań na swo­je karłowa­te kie­szen­ne. A czy już wzmian­ko­wałem, że przy­pra­wiam ją mi­greną dużo rza­dziej, niż byłbym spra­gnio­ny? Ale nie działam tego wszyst­kie­go po temu, że je­steśmy ro­dziną. Działam to po temu, że tak nakaża naj­zwy­klej­sza przy­zwo­itość. Tego idio­mu na­uczył mnie gie­roj. Działam te rze­czy po temu, że nie je­stem wiel­ki pier­do­lo­ny gnój. To jesz­cze je­den idiom, którego się na­uczyłem od gie­roja.

Oj­ciec ha­ru­je w biu­rze wojaży po­pod nazwą Zwie­dza­nie Dzie­dzic­twa. To biu­ro dla Żydów ta­kich jak gie­roj, którzy łakną opuścić Ame­rykę, ten uszlach­co­ny kraj, i od­wie­dzić po­kor­ne mia­sta w Pol­sce i Ukra­inie. Oj­cow­skie biu­ro sta­lu­je tłuma­cza, prze­wod­ni­ka i szo­fe­ra dla Żydów, którzy próbują wy­po­dzie­mić miej­sca, gdzie ongiś ist­niały ich ro­dzi­ny. OK, nig­dy nie spo­tkałem żydow­skie­go per­so­ny aż do ta podróż. Ale to była ich wina, nie moja, bo ja za­wsze byłem chętny, można by na­wet na­pi­sać let­ni, spo­tkać kogoś ta­kie­go. Zno­wu będę praw­do­mow­ny i za­wzmian­kuję, że po­przed tą podróżą byłem zda­nia, ja­ko­by Żydzi mie­li gówno pomiędzy mózga­mi. No bo zapłacają Ojcu mnówstwo wa­lu­ty, żeby wy­je­chać na wa­ka­cje z Ame­ryki w Ukra­inę. Ale po­tem po­znałem Jo­na­tha­na Sa­fra­na Fo­era i po­ga­dam ci, on wca­le nie ma gówna pomiędzy mózga­mi. To po­mysłowiec­ki Żyd.

Obnośnie Nie­zda­ry, którego za­nig­dy zresztą nie prze­zy­wam Nie­zdarą, tyl­ko za­wsze Igor­kiem, to z nie­go jest pierw­szorzędny chłopiec. Mam już ja­sność, że wyrośnie na bar­dzo mo­car­ne­go i rozpłod­ne­go mężczyznę o na­der mu­sku­lar­nym mózgu. Nie ga­wo­rzy­my w ob­fi­tości, bo taki to już z nie­go ci­chy per­so­na, ale je­stem pe­wien, że je­steśmy przy­ja­ciel­mi, i chy­ba nie zakłamałbym, gdy­bym na­pi­sał, że je­steśmy przy­ja­ciel­mi ka­pi­tal­ny­mi. Wy­uczyłem Igor­ka, jak być świa­to­wiec. I tak na ów przykład o trzy dni oneg­daj eks­po­no­wałem mu je­den świ­niac­ki ma­ga­zyn, żeby był po­wia­do­mio­ny o tych wie­lu po­zy­cjach, w których się ucie­leśniam. ,,To jest sześćdzie­siąt dzie­więć” – po­wie­działem mu, pre­zen­tując po­przed nim ma­ga­zyn. Położyłem pal­ce – równo dwa – na ak­cji, żeby jej nie prze­oczył. ,,A po cze­mu to się prze­zy­wa sześćdzie­siąt dzie­więć?” – za­gadnął, bo jest on taki per­so­na, co pała ognistą cie­ka­wością. „Wy­na­le­zio­no tą po­zycję w sześćdzie­siątym dzie­wiątym roku. Mój przy­ja­ciel Gre­go­ry zna przy­ja­ciela bra­tan­ka wy­na­lazłcy”. ,,A co lu­dzie działali po­przed sześćdzie­siątym dzie­wiątym ro­kiem?” „Zwykłe obciąga­nie i przeżuwa­nie puz­dra, ale nig­dy chórem”. Będzie jesz­cze z nie­go VIP, jeśli mam w tej spra­wie coś do po­ga­da­nia.

I tu właśnie po­czy­na się fabuła.

Naj­pierw jed­na­kow­szem mam obwiązek wy­re­cy­to­wać swoją dobrą pre­zencję. Otóż je­stem jed­no­znacz­nie wy­so­ki. Nie znam żad­nych ko­biet wyższych ode mnie. Te ko­biety, które znam, co są wyższe ode mnie, są les­bij­ki i dla nich 1969 był bar­dzo do­niosły rok. Mam przy­stoj­ne włosie, rozłupio­ne po­przez śro­dek. To po temu, że Mat­ka daw­niej rozłupiała je z boku, jak byłem mały, więc żeby ją przy­pra­wić mi­greną, te­raz rozłupiam je pośrod­ku. „Alek­sij-Nie-Przy­pra­wiaj-Mnie-Już-Mi­greną! – po­wie­działa. – Wyglądasz men­tal­nie roz­ba­lan­so­wa­ny, jak masz włosie rozłupio­ne tak, jak masz”. Wca­le tego nie in­ten­cjo­wała, wiem. Mat­ka bar­dzo często wy­ma­wia rze­czy, których wiem, że nie in­ten­cju­je. Mam ary­sto­kra­ty­cze­ski uśmiech i lubię roz­da­wać lu­dziom fan­gi. Mój brzuch jest bar­dzo moc­ny, cho­ciaż obec­nie bry­ka mu mu­skułów. Oj­ciec to tołsty mężczy­zna i Mat­ka też. Wca­le mnie to nie bez­po­koi, bo mój brzuch jest bar­dzo moc­ny, cho­ciaż wygląda bar­dzo tołstym. Jesz­cze opiszę swo­ich oczu i za­raz po­cznę fabułę. Moje oczy są nie­bie­skie i prze­pysz­ne. A te­raz już po­cznę fabułę.

Oj­ciec otrzy­mał te­le­fon z ame­ry­kańskie­go biu­ra Zwie­dza­nia Dzie­dzic­twa. Wy­ma­ga­li szo­fe­ra, prze­wod­ni­ka i tłuma­cza dla jed­ne­go młode­go czełowie­ka, który przy­jeżdża w Łuck w za­ra­niu mie­siąca lip­ca. Była to kłopocząca su­pli­ka, bo w za­ra­niu lip­ca Ukra­ina miała obłazić pierw­sze uro­dzi­ny swo­jej ul­tra­no­wo­cze­snej kon­sty­tu­cji, co zbu­dza w nas bar­dzo na­cjo­na­li­stycz­ne czu­cia, toteż wia­do­mo było, że wie­lu lu­dzi po­wy­jeżdża na wa­ka­cje w cu­dzo­ziem­skie stra­ny. Była to nie­możliwa sy­tu­acja, coś jak olim­pia­da w 1984 roku. Ale Oj­ciec to za­stra­szający mężczy­zna i za­wsze otrzy­mu­je to, cze­go jest spra­gnio­ny. „Szap­ka – po­wie­dział te­le­fonem do mnie, który sie­działem w domu, roz­ko­szując się naj­wspa­nial­szym ze wszyst­kich filmów do­ku­ment­nych, uty­tułowa­nym Jak kręcono Thril­ler – jaki język stu­dnio­wałeś w tym roku w szko­le?” „Prze­stań mnie prze­zy­wać Szap­ka” – od­parłem. „Aleks – po­wie­dział – jaki język stu­dnio­wałeś w tym roku w szko­le?” „Język an­giel­ski” – po­wie­działem mu. „Je­steś w nim do­bry i świet­ny?” – za­gadnął mnie. „Je­stem ciekły” – po­wie­działem mu z na­dziei, że uczy­ni się dosyć dum­ny, żeby mi po­ku­pić po­krow­ce na sie­dze­nia z ze­brzej skóry, moje wy­ma­rza­ne. „Zna­ko­mi­cie, Szap­ka” – po­wie­dział. „Prze­stań mnie tak prze­zy­wać” – od­parłem. „Zna­ko­mi­cie, Aleks. Zna­ko­mi­cie. Mu­sisz uni­ce­stwić wsze­la­kie pla­ny, ja­kie u cie­bie są na pierw­szy ty­dzień mie­siąca lip­ca”. ,,U mnie nie ma ni­ja­kich planów” – po­wie­działem mu. „Owszem, są” – wy­rzekł.

Te­raz nad­ciąga sto­sow­na pora, żeby za­wzmian­ko­wać Dziad­ka, który też jest tołsty, i to jesz­cze bar­dziej niźli moi ro­dzi­ce. OK, za­wzmian­kuję go. Ma złote zęby i ho­du­je buj­ne włosie so­bie na twa­rzy, żeby je cze­sać ku zmierz­cho­wi każdego dnia. Pięćdzie­siąt lat ha­ro­wał w roz­ma­itych za­trud­nie­niach, głównie rol­ni­czych, a po­tem ma­ni­pu­lo­wał ma­szy­na­mi. Jego fi­nal­ne za­trud­nie­nie było w Zwie­dza­niu Dzie­dzic­twa, gdzie począł ha­ro­wać w 1950 roku i wy­trwał aż do nie­daw­no. Ale te­raz jest zreu­me­ry­to­wa­ny i żyje na na­szej uli­cy. Moja Bab­ka zmarła o dwa lata oneg­daj na raka w mózgu i Dzia­dek uczy­nił się bar­dzo me­lan­cho­licz­ny, a także, jak twier­dzi, ślepy. Oj­ciec jemu nie wie­rzy, ale po­ku­pił mu jed­na­kow­szem Sam­my Da­vis, Ju­nior, Ju­nior, bo Prze­wod­nia Suka jest nie tyl­ko dla śle­pich, ale i dla ta­kich, co usy­chają z tęskno­ty za ne­ga­ty­wem sa­mot­ności. (Nie po­wi­nien byłem pisać „po­ku­pił”, bo w całej praw­dzie Oj­ciec wca­le Sam­my Da­vis, Ju­nior, Ju­nior nie po­ku­pił, tyl­ko ją po­zy­skał z domu dla za­po­mi­nal­skich psów. I po temu ona nie jest praw­dzi­wa Suka Prze­wod­nia, a na do­dat­ku jest men­tal­nie obłąkańcza.) Dzia­dek roz­pra­sza większość dnia u nas w domu, wi­do­kując te­le­wizję. Często na mnie wrzesz­czy. „Sa­sza! – wrzesz­czy. – Sa­sza, nie bądź z cie­bie taki leń! Nie bądź taki do ni­cze­go! Rób coś! Rób coś god­ne­go!” Za­nig­dy mu nie re­pliczę ani go z in­tencją nie przy­pra­wiam mi­greną i nig­dy nie zro­zu­mie­wam, co zna­czy „god­ne­go”. Nie miał tego bez­a­pe­tycz­ne­go zwy­cza­ju, żeby wrzesz­czeć na Igor­ka i na mnie, dopóty Bab­ka nie zmarła. Właśnie stąd je­steśmy pew­ni, że on tego wca­le nie in­tencjuje, i po temu po­tra­fia­my mu wy­ba­czać. Raz go od­kryłem, jak rozpłaczał po­przed fron­tem te­le­wi­zo­ra. (Jo­na­than, ta par­tia o Dziad­ku musi po­zo­stać pośród tobą a mną, tak?) Aku­rat wy­sta­wia­li pro­gno­styk po­go­dy, więc byłem pe­wien, że to nie żadne coś me­lan­cho­licz­ne w te­le­wizji tak go rozpłaczyło. Za­nig­dy tego nie wzmian­ko­wałem, bo naj­zwy­klej­sza przy­zwo­itość zakażała to wzmian­ko­wać.

Imię Dziad­ka też jest Alek­sandr. Na­wia­so­wo Ojca też. Wszy­scy je­steśmy pier­wo­rodz­kie dzie­ci w swo­ich ro­dzi­nach, co wno­si nam ogrom­ny ho­nor, na skalę spor­tu w ba­se­ball, który wy­na­le­zio­no w Ukra­inie. Swo­je pierw­sze dziec­ko też przezwę Alek­sandr. Jeśli chcesz znać, co się wy­da­rzy, jeśli moje pierw­sze dziec­ko będzie dziew­czy­na, otóż ci po­wiem. On nie będzie dziew­czy­na. Dziad­ka spłod­zo­no w Ode­ssie w roku 1918. Nig­dy się nie wy­da­lił z Ukra­iny. Naj­od­le­glej jak w życiu wojażował, to w Kijów, po­przez to, że mój stryj aku­rat ślubił się z Krową. Jak byłem mały, Dzia­dek na­uczał, że Ode­ssa to naj­piękniej­sze mia­sto świa­ta, bo wódka tu ta­nia i ko­bie­ty też. Za­nim Bab­ka zmarła, wy­twa­rzał z nią śmiesz­ności o tym, jak to za­ko­chu­je się z in­ny­mi ko­bie­ta­mi, które nie są Babką. Wie­działa, że to tyl­ko śmiesz­ności, bo śmiała się ob­fi­cie. „Anna – ma­wiał – poślubię tą w różowym ka­pe­lu­szu”. A ona na to: „Komu ją poślu­bisz?” No to on: „So­bie”. Śmiałem się bar­dzo na za­dnim sie­dze­niu, a ona mówiła do nie­go: „Prze­cież nie je­steś pop”. A on jej: „Dzi­siaj je­stem”. Na co ona: „Dzi­siaj wie­rzysz w Boga?” A on: „Dzi­siaj wierzę w miłość”. Oj­ciec sko­men­de­ro­wał mi za­nig­dy nie wzmian­ko­wać Dziad­ku o Bab­ce. „Uczy­ni się po­przez to me­lan­cho­licz­ny, Szap­ka” – po­wie­dział Oj­ciec. „Prze­stań mnie tak prze­zy­wać” – ja na to. „Uczy­ni się po­przez to me­lan­cho­licz­ny, Aleks, i będzie myślał, że jest jesz­cze ślep­szy. Niech za­po­mni”. No więc za­nig­dy nie wzmian­kuję o Bab­ce, bo za­wsze działam, co Oj­ciec kazi, chy­ba że aku­rat mi się nie chce. On zresztą pierw­szorzędnie roz­da­je fan­gi.

Kie­dy Oj­ciec już na­te­le­fo­no­wał do mnie, za­te­le­fo­no­wał Dziad­ku, żeby mu po­wia­do­mić, że będzie szo­fer na­szej podróży. Jeśli chcesz znać, kto miał być prze­wod­nik, od­po­wiedź brzmi, że nie miało być żaden prze­wod­nik. Oj­ciec po­wie­dział, że prze­wod­nik to nie jest coś nie­odzow­ne, bo Dzia­dek po­sia­da sutą wiedzę po tylu la­tach harówki w Zwie­dza­niu Dzie­dzic­twa. Oj­ciec prze­zwał go eks­per­tem. (Wte­dy brzmiało to bar­dzo sen­sow­nie. Ale co ty te­raz na to, Jo­na­than, w światłości wszyst­kie­go, co się wy­da­rzyło?)

Kie­dy tam­te­go wie­czo­ru wszyst­ka trzej, trzej mężczyźni imie­niem Aleks, ze­bra­liśmy się w domu Ojca, żeby ob­rozmówić wojaż, Dzia­dek po­wie­dział: ,,Nie chcę tej ro­bo­ty. Je­stem zreu­me­ry­to­wa­ny i nie po to prze­lazłem na reu­me­ry­turę, żebym mu­siał wy­czy­niać ta­kie za­sraństwo. Skończyłem z tym”. ,,Nie ob­cha­dza mnie two­je chce­nie” – po­wie­dział mu Oj­ciec. Dzia­dek dał fangę w stół z wiel­kim gwałtem i krzyknął: ,,Nie za­po­mi­naj, kto jest kto!” Myślałem, że to będzie ko­niec kon­wer­sa­cji. Ale Oj­ciec po­wie­dział coś dzi­wacz­ne. „Proszę”. A po­tem dodał coś jesz­cze dzi­wacz­niej­sze. Po­wie­dział: „Oj­cze”. Muszę ze­znać, że tylu jest rze­czy, których nie zro­zu­mie­wam. Dzia­dek zawrócił na swo­je krzesło i po­wie­dział: ,,To już fi­nal­ny raz. Za­nig­dy więcej tego nie zdziałam”.

No więc po­knu­liśmy za­mysły, żeby spro­ku­ro­wać gie­ro­ja na lwow­skim dwor­cu ko­lej­nym dru­gie­go lip­ca o go­dzi­nie 1500 po południu. Po­tem dwa dni mie­liśmy przepędzić w oko­li­cy Łucka. „Łuck? – po­wie­dział Dzia­dek. – Nic nie mówiłeś, że to Łuck”. ,,To Łuck” – przy­twier­dził Oj­ciec. Dzia­dek uczy­nił się cały w myślach. ,,On szu­ka za mia­stem, z którego wy­szedł jego dzia­dek – po­wie­dział Oj­ciec – i za jedną taką, mówi na nią Au­gu­sty­na, co wyłowiła jego dziad­ka z woj­ny. Spra­gnio­ny jest na­pi­sać książkę o wio­sce swo­je­go dziad­ka”. ,,O – po­wie­działem – zna­czy jest in­te­li­gent­ny?” ,,Nie – sko­ry­go­wał Oj­ciec. – Ma ni­skiej kla­sy mózg. Ame­ry­kańskie biu­ro po­wia­da­mia mi, że on co­dzien­nie do nich te­le­fo­nu­je i wy­twa­rza licz­ne nie­spełna ro­zum­ne do­cie­ka­nia co do tego, żeby znajść odpo­wie­dzialne je­dze­nia”. ,,Na pew­no będzie kołbasa” – przetrąciłem. „Ocze­wid­no – zgo­dził się Oj­ciec. – On jest ro­zum­ny tyl­ko nie­spełna”. Tu przywtórzę, że gie­roj to bar­dzo po­mysłowiec­ki Żyd. „Gdzie jest to mia­sto?” – za­gadnąłem. „Na­zy­wa się ono Tra­chim­brod”. „Tra­chim­brod?” – przywtórzył Dzia­dek. „Pra­wie pięćdzie­siąt ki­lo­me­try od Łucka – za­pre­cy­zo­wał Oj­ciec. – On po­sia­da mapę i jest ufny we współrzędne. Po­win­no się po­wieźć bez pro­blemów”.

Kie­dy Oj­ciec spoczął, Dzia­dek i ja jesz­cze po­przez kil­ko­ro go­dzin wi­do­ko­wa­liśmy te­le­wizję. Obaj je­steśmy tacy lu­dzie, co zo­stają świa­do­mi do wiel­ce późna. (Mało brykło, a byłbym wy­pi­sał, że obaj lu­bi­my zo­stać świa­do­mi do wiel­ce późna, ale to nie jest na­wier­ne.) Wi­do­ko­wa­liśmy ame­ry­kański pro­gram te­le­wi­zyj­ny z ro­syj­ski­mi słowa­mi na dnie ekra­nu. O jed­nym Chińczy­ku, co był za­rad­ny z pan­zer­fau­stem. Wi­do­ko­wa­liśmy też pro­gno­styk po­go­dy. Pro­gno­styk za­po­wie­dział, że po­go­da w na­za­jutrz będzie bar­dzo anor­mal­na, ale w na­za­jutrz po na­za­jutrzu wy­nor­mal­nie­je. Pośród Dziad­kiem a mną władało ta­kie mil­cze­nie, że można by je kra­jać ja­ta­ga­nem. Nikt się nie od­zy­wał, tyl­ko raz Dzia­dek zwy­obra­cał się w moją stronę, jak po­ka­zy­wa­li re­kla­my McPork­bur­gerów McDo­nald’sa, i po­wie­dział: ,,Nie chcę je­chać dzie­sięciu go­dzin w ja­kieś brzyd­kie mia­sto, żeby nadsługi­wać ja­kiemuś bar­dzo ze­psu­te­mu Żydu”.

POCZĄTEK ŚWIA­TA CZĘSTO NAD­CHO­DZI

Był osiem­na­sty mar­ca 1791 roku, kie­dy ośmio­kołowy wóz Tra­chi­ma B. przy­gwoździł go albo i nie przy­gwoździł do dna rze­ki Brod. Młode bliźniacz­ki W. pierw­sze za­uważyły wypływające na po­wierzch­nię oso­bli­we dro­bia­zgi: roz­pełzłe węże białego sznur­ka, wy­pro­sto­wa­ne pal­ce ręka­wicz­ki z wy­gnia­ta­ne­go ak­sa­mi­tu, ogołoco­ne szpul­ki, bi­no­kle o zapaćka­nych szkłach, ma­li­ny i jeżyny, fe­ka­lia, fal­ban­ki, okru­chy stłuczo­ne­go roz­py­la­cza do per­fum, krwa­wiące czer­wo­nym atra­men­tem li­te­ry oświad­cze­nia: Chcę... Chcę....

Han­na zaczęła roz­pacz­li­wie za­wo­dzić. Cha­na weszła do zim­nej wody, pod­ciągnąwszy wyżej ko­lan zwi­sające u no­ga­wek pan­ta­lonów trocz­ki z przędzy, roz­garnęła od­pad­ki czy­je­goś życia, których co­raz więcej wypływało na po­wierzch­nię, i weszła jesz­cze głębiej. Co ty tam ro­bisz! – zawołał zhańbio­ny li­chwiarz Jan­kiel D., kuśty­kając w stronę dziewcząt z ta­kim pośpie­chem, że nad­rzecz­ne błoto try­skało mu spod stóp. Wyciągnął do Cha­ny rękę, drugą (jak zwy­kle) zasłaniając kom­pro­mi­tujące kółko z li­czy­deł, które zgod­nie z pro­kla­macją szte­tla mu­siał nosić na szyi, prze­wle­czo­ne sznur­kiem. Nie wchodź do wody! Źle się to skończy!

Po­czci­wy han­dlarz ge­fil­te­fisz, Bicl Bicl R., śle­dził to za­mie­sza­nie ze swo­jej łódki, która stała przy jed­nym z jego więcie­rzy, przy­wiązana szpa­ga­tem. Co się tam wy­pra­wia? – zawołał w stronę brze­gu. To ty, Jan­kiel? Dzie­je się coś złego?

Bliźniacz­ki Ra­bi­na Wiel­ce Poważane­go bawią się w wo­dzie! – od­krzyknął Jan­kiel. A ja się boję, że którejś sta­nie się krzyw­da!

Naj­prze­dziw­niej­sze rze­czy wypływają na wierzch! – zawołała ze śmie­chem Cha­na, z plu­skiem roz­gar­niając zbie­ra­ninę różnych różności, która wy­ra­stała wokół niej jak ogród. Wyciągnęła z wody ręce lal­ki na­gu­ska i wskazówki ze­ga­ra ścien­ne­go. Szkie­let pa­ra­so­la. Wy­trych. Roz­ma­ite przed­mio­ty wypływały, unosząc się na całych ko­ro­nach bąbelków, które na­tych­miast pękały, wyłoniw­szy się na po­wierzch­nię. Nie­co młod­sza z dwóch bliźnia­czek – i mniej ostrożna – prze­cze­sy­wała pal­ca­mi wodę, za każdym ra­zem wy­do­by­wając z niej nowe zna­le­zi­sko: żółty dzie­cin­ny wia­tra­czek, zabłoco­ne ręczne lu­ster­ko, płatki za­to­pio­nej nie­za­po­mi­naj­ki, muł i spękane ziar­na czar­ne­go pie­przu, paczkę na­sion...

Ale jej nie­co star­sza i ostrożniej­sza sio­stra, Han­na – pod każdym zresztą in­nym względem iden­tycz­na, po­minąwszy zrośnięte brwi – pa­trzyła na to z brze­gu i płakała. Zhańbio­ny li­chwiarz Jan­kiel D. objął ją, przy­tu­lił jej głowę do pier­si, szepnął: No... no..., i krzyknął na Bic­la Bic­la: Płyń do Ra­bi­na Wiel­ce Poważane­go i przy­wieź go tu swoją łódką. Za­bierz też le­ka­rza Me­naszę i Iza­aka, znawcę praw. Spiesz się!

Sza­lo­ny szla­chet­ka So­fijówka N., pod którego imie­niem sztetl miał później fi­gu­ro­wać na ma­pach i w mor­mońskich spi­sach lud­ności, wy­szedł zza drze­wa. Dokład­nie wi­działem, co się stało – rzekł hi­ste­rycz­nym to­nem. Każdy szczegół, na własne oczy. Wóz je­chał za szyb­ko, jeśli wziąć pod uwagę stan tej błotni­stej dro­gi – a je­dy­ne, co może być gor­sze od spóźnie­nia na własny ślub, to zbyt późno zja­wić się na ślu­bie swo­jej nie­doszłej żony – i na­gle się przewrócił, a jeśli ten opis nie­zu­pełnie od­po­wia­da praw­dzie, to owszem, wóz nie przewrócił się sam, lecz od ude­rze­nia wia­tru wiejącego z Ki­jo­wa, z Ode­ssy czy skądinąd, a jeśli i ta wer­sja brzmi nie całkiem prze­ko­nująco, to w rze­czy­wi­stości zda­rzyło się – klnę się własnym, jak li­lia nie­ska­la­nym imie­niem – że z ka­mien­nym szu­mem swych na­grob­nych skrzy­deł anioł zstąpił z nie­bios, aby po­rwać w nie Tra­chi­ma, al­bo­wiem Tra­chim za do­bry był jak na ten świat. Bo i kto nie jest? Każdy z nas jest prze­cież taki do­bry, że inni nie są go war­ci.

Tra­chim? – spy­tał Jan­kiel, po­zwa­lając Han­nie po­ma­cać kom­pro­mi­tujący krążek z li­czy­deł. Czy to aby nie ten szewc z Łucka, który pół roku temu zmarł na za­pa­le­nie płuc?

Pa­trz­cie no!- zawołała Cha­na i chi­chocząc, pod­niosła wy­so­ko rękę, a w niej kartę ze świńskiej ta­lii: wa­le­ta z ko­lo­ru mi­net.

Nie – od­parł So­fijówka. Tam­te­mu było Tra­chum na imię, przez „u”. A ten tu­taj pisał się przez „i”. No i tam­ten umarł w Noc Najdłuższą Spośród Nocy. Nie, za­raz Nie, za­raz. Umarł na ar­tyzm.

Albo i to! – prze­ni­kli­wie za­brzmiał ra­do­sny okrzyk Cha­ny, która właśnie pod­niosła do góry wypełzłą mapę wszechświa­ta.

Wyłaź z wody! – wrzasnął na nią Jan­kiel, choć byłby wolał nie zwra­cać się tak pod­nie­sio­nym to­nem do córki Ra­bi­na Wiel­ce Poważane­go, ani zresztą do żad­nej młodej dziew­czy­ny. Jesz­cze ci się cos sta­nie!

Cha­na po­biegła w stronę brze­gu. Zie­lo­na toń za­kryła zo­diak, gdy gwiezd­na mapa osunęła się na dno rze­ki, aby spocząć niby woal na końskim czo­le.

Miesz­kańcy szte­tla zaczęli otwie­rać okien­ni­ce, za­in­try­go­wa­ni har­mi­drem (cie­ka­wość była bo­wiem je­dyną wspólną im wszyst­kim własnością). Wy­pa­dek zda­rzył się nie­opo­dal małego wo­do­spa­du – w miej­scu, w którym biegła ówcze­sna gra­ni­ca między dwie­ma dziel­ni­ca­mi szte­tla: Kwar­tałem Żydow­skim i Trze­ma Ludz­ki­mi Kwar­tałami. Wszyst­ko, co ucho­dziło za święte – stu­dia re­li­gij­ne, ko­szer­ne rze­zac­two, do­bi­ja­nie tar­gu itp. – upra­wia­no w Kwar­tale Żydow­skim. Na­to­miast czyn­ności związane z po­spo­li­tością co­dzien­ne­go by­to­wa­nia – stu­dia świec­kie, ko­mu­nal­ny wy­miar spra­wie­dli­wości, kup­no i sprze­daż – od­by­wały się w Trzech Ludz­kich Kwar­tałach. Na gra­ni­cy stała Sy­na­go­ga Strze­li­sta. (Arkę usta­wio­no dokład­nie wzdłuż li­nii usko­ku, żeby w każdej z dwóch dziel­nic spo­czy­wał je­den zwój Tory.) W miarę jak zmie­niały się pro­por­cje między świętością a świec­kością – choć za­zwy­czaj bywały to wah­nięcia za­le­d­wie o włos w jedną lub w drugą stronę, jeśli po­minąć ten wyjątko­wy mo­ment z roku 1764, tuż po Po­gro­mie Bi­tych Pier­si, kie­dy to sztetl na bitą go­dzinę zupełnie zeświec­czał – prze­miesz­czała się też li­nia usko­ku, na­kreślona kredą od Lasu Ra­dzi­wiłłów aż do rze­ki. Przy każdej ta­kiej oka­zji pod­no­szo­no i prze­su­wa­no sy­na­gogę. W roku 1783 przy­pra­wio­no jej koła, dzięki cze­mu pil­no­wa­nie wiecz­nie chwiej­nej równo­wa­gi między Żydow­skością a Ludz­kością stało się dla szte­tla mniej­szym mozołem.

Ro­zu­miem, że zda­rzył się wy­pa­dek – sapnął Szlo­im W., skrom­ny han­dlarz an­tyków, który trzy­mał się przy życiu wyłącznie dzięki cu­dzej do­bro­czyn­ności, bo odkąd żona przed­wcześnie go od­umarła, nie umiał się roz­stać z choćby jed­nym kan­de­la­brem, fi­gu­rynką czy klep­sydrą.

Skąd wiesz? – zdzi­wił się Jan­kiel.

Bicl Bicl krzyknął do mnie z łódki, kie­dy płynął po Ra­bi­na Wiel­ce Poważane­go. Idąc tu­taj, za­stu­kałem do tylu drzwi, do ilu tyl­ko zdołałem.

To do­brze – po­wie­dział Jan­kiel. Sztetl będzie mu­siał wydać pro­kla­mację.

Czy on aby na pew­no nie żyje? – spy­tał ktoś.

Niewątpli­wie – zaręczył So­fijówka. Nie żyje tak samo, jak nie żył, za­nim jego ro­dzi­ce się spo­tka­li A może jesz­cze bar­dziej, bo wte­dy był przy­najm­niej pestką w chu­ju swo­je­go ojca i pustką w brzu­chu mat­ki.

Próbo­wa­liście go ra­to­wać? – spy­tał Jan­kiel.

Nie.

Zasłoń im oczy – po­le­cił Jan­kie­lo­wi Szlo­im, wska­zując ge­stem dziewczęta. Szyb­ko się ro­ze­brał, obnażając kałdun, oka­zal­szy niż większość brzuchów, oraz ple­cy, porośnięte spilśnioną gęstwą czar­nych kędziorów, i dał nura do wody. Na skrzydłach wez­bra­nych fal prze­mknęły po nim pióra. Perły z ro­ze­rwa­ne­go sznu­ra i wy­bi­te zęby. Przepłynęły krwa­we skrze­py, mer­lot i pęknięty wi­sio­rek z żyran­do­la. Wznoszące się ku górze pokłosie ka­ta­stro­fy co­raz bar­dziej gęstniało, aż w końcu pływak nie wi­dział przed sobą na­wet własnych dłoni. Gdzie? Gdzie?

Zna­lazłeś go? – spy­tał Iza­ak, znaw­ca praw, kie­dy Szlo­im wresz­cie z po­wro­tem się wy­nu­rzył. Wia­do­mo, jak długo już leży pod wodą?

Je­chał sam czy z żoną? – spy­tała nie­utu­lo­na w żalu Szan­daT., wdo­wa po fi­lo­zo­fie Pin­cha­sie T., który w swo­im je­dy­nym zasługującym na uwagę ar­ty­ku­le, pod tytułem Do pyłu: z człowie­kaś po­wstał i w człowie­ka się obrócisz, twier­dził, że – teo­re­tycz­nie rzecz biorąc – życie i sztu­ka mogłyby za­mie­nić się ro­la­mi....

Przez sztetl prze­biegł po­dmuch wia­tru tak potężny, że aż zaświsz­czało. Ci, co w słabo oświe­tlo­nych izbach stu­dio­wa­li nie­ja­sne pi­sma, pod­nieśli głowy znad ksiąg. Ko­chan­ko­wie, uwikłani we wza­jem­ne prze­pro­si­ny i obiet­ni­ce, błędów na­pra­wia­nie i wymówek szu­ka­nie, za­mil­kli. Sa­mot­ny świe­carz Mor­de­chaj C. za­nu­rzył dłonie w ka­dzi ciepłego, nie­bie­skie­go wo­sku.

To praw­da, że miał żonę – wtrącił So­fijówka, wbi­jając lewą rękę głęboko do kie­sze­ni spodni. Do­brze ją pamiętam. Miała ta­kie prze­pysz­ne cyc­ki. Boże, ja­kie wspa­niałe cyce! Któż mógłby je za­po­mnieć? Były, o mój Boże, ja­kie one były wspa­niałe! Oddałbym wszyst­kie słowa, ja­kich od tam­tej pory się na­uczyłem, by­le­bym tyl­ko mógł z po­wro­tem odmłod­nieć, och, tak, tak, i do syta so­bie po­ssać te jej cy­cusz­ki. Oddałbym! Oddałbym, a jakże!

Skąd wiesz to wszyst­ko? – spy­tał ktoś.

W dzie­ciństwie po­je­chałem raz do Równe­go, oj­ciec wysłał mnie tam w ja­kiejś spra­wie. Właśnie do domu tego Tra­chi­ma. Jego na­zwi­sko czmy­cha mi z języka, ale całkiem wyraźnie pamiętam, że pisał się przez ,,i” – Tra­chim – i miał młodą żonę z dwoj­giem wspa­niałych cycków, małe miesz­kan­ko pełne bi­be­lotów i bliznę od oka do ust, a może od ust do oka. Jed­no z dwoj­ga.

WI­DZIAŁEŚ JEGO TWARZ, KIE­DY MIJAŁ CIĘ WO­ZEM?! – grom­ko spy­tał Ra­bin Wiel­ce Poważany, do którego właśnie pod­biegły córki, żeby skryć się pod prze­ciw­ny­mi końcami jego sza­la mo­dli­tew­ne­go. I TĘ BLIZNĘ?

A po­tem, aj jaj jaj, znów go zo­ba­czyłem, kie­dy jako młody człowiek byłem na prak­ty­ce we Lwo­wie. Tra­chim przy­je­chał aku­rat wte­dy z do­stawą brzo­skwiń, jeśli mnie pamięć nie myli, a może śli­wek, do stan­cji dla uczen­nic, która mieściła się po dru­giej stro­nie uli­cy. A może był li­sto­no­szem? Tak, roz­no­sił li­sty miłosne.

To oczy­wi­ste, że nie mógł już być żywy – po­wie­dział le­karz Me­na­sza, otwie­rając swoją torbę me­dy­ka. Wyjął z niej kil­ka kar­tek z wy­pi­sa­ny­mi ak­ta­mi zgo­nu, a ko­lej­ny po­dmuch wia­tru po­rwał je i rzu­cił w ko­ro­ny drzew. Niektóre spadły wraz z liśćmi jesz­cze tego sa­me­go roku, we wrześniu. Inne spadły, gdy runęły drze­wa, po upływie całych po­ko­leń.

A choćby na­wet żył, i tak nie zdołali­byśmy go oswo­bo­dzić – dodał Szlo­im, wy­cie­rając się do su­cha za wiel­kim głazem. Nie da rady do­stać się do wozu, póki cały bagaż nie wypłynie.

SZTETL MUSI WYDAĆ PRO­KLA­MACJĘ! – pro­kla­mo­wał Ra­bin Wiel­ce Poważany, zdo­byw­szy się na jesz­cze bar­dziej niż przed­tem wład­czy okrzyk.

No więc jak on się właści­wie na­zy­wał?- spy­tał Me­na­sza, przy­ty­kając do języka gęsie pióro.

Czy możemy z całą pew­nością twier­dzić, że miał żonę? – za­tro­skała się nie­utu­lo­na w żalu Szan­da, kładąc dłoń na ser­cu.

Czy dziewczęta coś wi­działy? – za­py­tał Aw­rum R., szli­fierz dro­gich ka­mie­ni, który sam nie nosił pierścionków (cho­ciaż Ra­bin Wiel­ce Poważany zaręczył mu, że wie o pew­nej młodej ko­bie­cie z Łodzi, która może go uszczęśliwić [na za­wsze]).

Dziewczęta nic nie wi­działy – od­parł So­fijówka. Wi­działem, że nic nie wi­działy.

Bliźniacz­ki – tym ra­zem obie jed­no­cześnie – wy­buchnęły płaczem.

Ale prze­cież nie możemy w tej spra­wie po­le­gać wyłącznie na jego słowach – rzekł Szlo­im, ge­stem wska­zując So­fijówkę, który ze swej stro­ny też zna­lazł od­po­wied­ni gest, żeby zre­wanżować się Szlo­imowi za tę uprzej­mość.

Nie py­taj­cie dziewcząt – po­wie­dział Jan­kiel. Daj­cie im spokój. Dosyć już przeszły.

Tym­cza­sem pra­wie wszy­scy oby­wa­te­le szte­tla, w su­mie trzy­sta ileś osób, zgro­ma­dzi­li się, żeby de­ba­to­wać nad czymś, o czym nic nie wie­dzie­li. Im mniej kto wie­dział, tym za­pal­czy­wiej do­wo­dził swo­jej ra­cji. Nie była to żadna nowość. Za­le­d­wie mie­siąc wcześniej wyłoniła się kwe­stia, czy nie wy­warłoby to lep­sze­go wpływu na dzie­ci, gdy­by tak wresz­cie za­szpun­to­wać dziurę w baj­glu. Przed dwo­ma mie­siącami odbyła się okrut­na, a za­ra­zem ko­micz­na dys­pu­ta w kwe­stii pra­cy ze­ce­ra, przed­tem zaś roztrząsano kwe­stię pol­skiej tożsamości, co wie­le osób do­pro­wa­dziło do łez, wie­le in­nych rozśmie­szyło, a wszyst­kich dys­ku­tantów skłoniło do pod­no­sze­nia dal­szych kwe­stii. W przyszłości mia­no jesz­cze roz­ważać inne kwe­stie, a po nich jesz­cze inne: kwe­stie wyłaniające się od za­ra­nia cza­su, który nie wia­do­mo kie­dy zaczął płynąć, aż po jego kres, który nie wie­dzieć kie­dy nastąpi. Z po­piołu? W popiół?

A MOŻE – za­pro­po­no­wał Ra­bin Wiel­ce Poważany, jesz­cze wyżej pod­nosząc ręce, jesz­cze bar­dziej pod­nosząc głos – WCA­LE NIE MU­SI­MY ROZ­STRZY­GAĆ TEJ SPRA­WY. A GDY­BYŚMY TAK W OGÓLE NIE WYPEŁNILI AKTU ZGO­NU? GDY­BYŚMY TYL­KO PO­CHO­WA­LI CIAŁO JAK NALEŻY, SPA­LI­LI WSZYST­KO, CO RZE­KA WY­RZU­CI NA BRZEG, I PO­ZWO­LI­LI ŻYCIU TO­CZYĆ SIĘ DA­LEJ W OB­LI­CZU TEJ OTO ŚMIER­CI?

Ale prze­cież mu­si­my wydać pro­kla­mację – sprze­ci­wiła się Fro­ida J., co robiła cu­kier­ki.

Chy­ba że sztetl pro­kla­mu­je zbędność pro­kla­ma­cji – spro­sto­wał Iza­ak.

Może po­win­niśmy po­ro­zu­mieć się z jego żoną – po­wie­działa nie­utu­lo­na w żalu Szan­da.

Może po­win­niśmy zacząć zbie­rać szczątki – po­wie­dział den­ty­sta Elie­zar Z.

Wśród splo­tu sprzecz­nych zdań mało kto usłyszał, co po­wie­działa młoda Han­na, wyj­rzaw­szy głową spod frędzli, którymi ob­szy­te było skrzydło oj­cow­skie­go tałesu.

Coś widzę.

CO? – za­py­tał oj­ciec, uci­szając po­zo­stałych. CO WI­DZISZ?

Tam – rzekła, wska­zując pal­cem spie­nioną wodę.

W kłębo­wi­sku sznurków i piór, wśród świec i prze­mo­czo­nych zapałek, kre­we­tek, kra­wa­tek i je­dwab­nych ku­tasów ku­cających jak me­du­zy, leżała maleńka dziew­czyn­ka, wciąż jesz­cze lśniąca od śluzu, wciąż jesz­cze różowa ni­czym wnętrze śliw­ki.

Bliźniacz­ki skryły się jak wid­ma pod oj­cow­skim tałesem. Na dnie rze­ki koń pod całunem za­to­pio­nych noc­nych nie­bios za­mknął ciężkie po­wie­ki. Pre­hi­sto­rycz­na mrówka w pierście­niu Jan­kie­la, znie­ru­cho­miała w mio­do­barw­nym bursz­ty­nie już na długo przed­tem, za­nim Noe przy­bił pierwszą deskę, skryła głowę w gęstwie własnych odnóży, za­wsty­dzo­na.

Re­dak­cja: Mi­rosław Gra­bow­ski

Ko­rek­ta: Ma­ciej Kor­ba­siński, Elżbie­ta Ja­ro­szuk

Re­dak­cja tech­nicz­na: Ur­szu­la Ziętek

Pro­jekt okładki: Mo­ni­ka Kli­mow­ska na pod­sta­wie kon­cep­cji gra­ficz­nej Zu­zan­ny Le­wan­dow­skiej

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

wab.com.pl

Skład i łama­nie: Kom­pu­te­ro­we Usługi Po­li­gra­ficz­ne,

Pia­secz­no, Żółkiew­skie­go 7A

ISBN 978-83-7747-223-1

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

i Mi­chał La­tu­sek / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Strasznie głośno, niesamowicie blisko Oto jestem Wszystko jest iluminacją Zjadanie zwierząt 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej Niemka Miasteczko w Islandii Numer 11 Oto jestem