Wybawienie

Wybawienie

Autorzy: Jussi Adler-Olsen

Wydawnictwo: słowo/obraz terytoria

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 536

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 32.00 zł

W odległym zakątku Szkocji na posterunku policji w Wick przez długi czas na parapecie stała zapomniana butelka z ledwo czytelnym listem. Kiedy wiadomość w butelce w końcu trafia do kopenhaskiego Departamentu Q, zajmującego się sprawami szczególnej wagi, odsłaniają się przerażające zdarzenia z przeszłości. Carl Mørck i jego asystent Assad odkrywają, że wołanie o pomoc, napisane ludzką krwią, jest prawdopodobnie ostatnim znakiem życia dwóch chłopców, którzy wiele lat temu zostali uprowadzeni. Dlaczego rodzice nie zgłosili ich zaginięcia? Czy to możliwe, że jeszcze żyją? Nagle staje się jasne, że sprawca jest wciąż na wolności…

Trzeci tom bestsellerowej serii kryminałów o Departamencie Q, stworzonej przez duńskiego mistrza nordic noir.
Jus­si Ad­ler-Ol­sen

Wy­ba­wie­nie

przełożyła Jo­an­na Cym­bry­kie­wicz

słowo/ob­raz te­ry­to­ria

Spis treści

Dedykacja

PROLOG

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

EPILOG

PRZYPISY

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Mo­je­mu sy­no­wi, Ke­so­wi

PRO­LOG

Trze­cie­go po­ran­ka za­pach smoły i wo­do­rostów zaczął przy­kle­jać się do ubra­nia. Pod podłogą dom­ku na łodzie lo­do­wa bre­ja chlu­po­tała spo­koj­nie o pale, przy­wołując wspo­mnie­nia do­brych dni.

Uniósł się z posłania z zużyte­go pa­pie­ru i wy­chy­lił, by spoj­rzeć na twarz młod­sze­go bra­ta, która na­wet we śnie wyglądała na udręczoną i odrętwiałą.

Za chwilę się obu­dzi i ro­zej­rzy z oszołomie­niem. Po­czu­je skórza­ne pasy zaciśnięte na nad­garst­kach i wokół ta­lii. Usłyszy brzęk przy­trzy­mującego go łańcu­cha. Zo­ba­czy, jak płatki śnie­gu i światło próbują we­drzeć się do środ­ka między po­kry­ty­mi smołą de­ska­mi. A po­tem za­cznie się mo­dlić.

Nie­zli­czoną ilość razy oczy jego bra­ta wypełniały się roz­paczą. Raz po raz słychać było zdu­szo­ne mo­dli­twy o litość Je­ho­wy, do­bie­gające zza moc­nej taśmy na ustach.

Ale wie­dzie­li obaj, że Je­ho­wa nie za­szczy­ci ich na­wet spoj­rze­niem, bo pili krew. Krew, którą ich strażnik wpuścił do szkla­nek z wodą. Dał im się z nich napić, nim po­wie­dział, co za­wie­rają. Wy­pi­li wodę z za­ka­zaną krwią i te­raz są na za­wsze potępie­ni. Dla­te­go wstyd palił ich na­wet głębiej niż pra­gnie­nie.

„Jak myślisz, co on nam zro­bi?” – pytały prze­rażone oczy bra­ta. Ale skąd ma znać od­po­wiedź? Po pro­stu czuł in­stynk­tow­nie, że to wszyst­ko niedługo się skończy.

Wy­chy­lił się w tył i w słabym świe­tle oba­dał jesz­cze raz po­miesz­cze­nie. Prze­sunął wzro­kiem wzdłuż be­lek stro­po­wych i między kon­struk­cja­mi z pajęczyn. Od­no­to­wał wszyst­kie wy­pukłości i sęki, zbu­twiałe pa­ga­je i wiosła wiszące pod su­fi­tem. Zgniłą sieć ry­backą, która już daw­no do­ko­nała ostat­nie­go połowu.

Wte­dy od­krył bu­telkę. Przez mo­ment pro­mień słońca prześli­zgnął się po biało-nie­bie­skim szkle, ośle­piając go.

Była bli­sko, a jed­nak trud­no było po nią sięgnąć. Znaj­do­wała się dokład­nie za nim, między nie­ohe­blo­wa­ny­mi de­ska­mi, z których zbi­to podłogę.

Włożył pal­ce w szparę między de­ska­mi, mo­cując się z szyjką bu­tel­ki, a po­wie­trze wokół nie­go za­mie­niało się w lód. Gdy wyciągnie bu­telkę, roz­bi­je ją i prze­piłuje kawałkami szkła pa­sek wokół związa­nych na ple­cach nad­garstków. A kie­dy pa­sek się pod­da, po­zba­wio­ny­mi czu­cia rękami od­szu­ka sprzączkę na ple­cach. Otwo­rzy ją, ze­drze taśmę z ust, zdej­mie z sie­bie pasy, przy­trzy­mujące go w ta­lii i w udach, a kie­dy tyl­ko łańcuch przy­mo­co­wa­ny do skórza­nych pasów prze­sta­nie go krępować, rzu­ci się uwol­nić młod­sze­go bra­ta. Przy­ciągnie go do sie­bie i przy­tu­li moc­no, dopóki ich ciała nie prze­staną się trząść.

Po­tem z całej siły będzie żłobił kawałkiem szkła w sto­lar­ce wokół drzwi. Spraw­dzi, czy uda się zro­bić zagłębie­nie w miej­scu, gdzie tkwią za­wia­sy. A jeśli sta­nie się strasz­na rzecz i sa­mochód przy­je­dzie, za­nim on będzie go­to­wy, wte­dy po­cze­ka na tego mężczyznę. Po­cze­ka za drzwia­mi z szyjką od bu­tel­ki w ręce. Tak właśnie zro­bi, mówił so­bie.

Prze­chy­lił się w przód, splótł na ple­cach lo­do­wa­te pal­ce i po­mo­dlił się o prze­ba­cze­nie za złe myśli.

Następnie wrócił do wy­dra­py­wa­nia szcze­li­ny, by wy­do­stać bu­telkę. Dra­pał i dra­pał, aż szyj­ka bu­telki po­lu­zo­wała się na tyle, by mógł ją chwy­cić.

Nad­sta­wił uszu.

Czy to dźwięk sil­ni­ka? Tak, zga­dza się. Brzmiał jak potężny sil­nik ja­kie­goś dużego sa­mo­cho­du. Ale czy sa­mochód się zbliżał, czy tyl­ko prze­jeżdżał gdzieś w od­da­li?

Przez chwilę ni­ski dźwięk przy­bie­rał na sile, a on zaczął szar­pać szyjkę bu­tel­ki tak gorączko­wo, że aż trzesz­czały mu sta­wy palców. Jed­nak po chwi­li dźwięk ucichł. Czy to wia­tra­ki tak huczą i dud­nią na zewnątrz? Może to coś in­ne­go. Nie wie­dział.

Wypuścił przez noz­drza ciepłe po­wie­trze, które za­wisło mu przed twarzą jak obłok pary. W tej chwi­li właści­wie się nie bał. Dopóki myślał o Je­ho­wie i da­rach jego łaski, czuł się le­piej.

Za­cisnął usta i kon­ty­nu­ował. A gdy bu­tel­ka w końcu ustąpiła, zaczął tłuc nią o de­ski tak moc­no, że jego brat rap­tow­nie pod­niósł głowę i ro­zej­rzał się z prze­stra­chem.

Wie­lo­krot­nie walił bu­telką o de­ski podłogi. Trud­no się porządnie za­machnąć, gdy ma się ręce na ple­cach, zbyt trud­no. W końcu, kie­dy już nie dawał rady utrzy­mać bu­telki w dłoniach, puścił ją, obrócił się i wle­pił w nią pu­ste spoj­rze­nie, a kurz wzbił się pod bel­ki stro­po­we cia­sne­go po­miesz­cze­nia.

Nie mógł jej stłuc. Po pro­stu nie mógł. Żałosnej bu­te­lecz­ki. Czy to dla­te­go, że pił krew? Czy Je­ho­wa ich opuścił?

Spoj­rzał na bra­ta, który po­wo­li za­winął się w koc i opadł na posłanie. Mil­czał. Na­wet nie próbował ni­cze­go wy­krztu­sić zza taśmy klejącej.

Ze­bra­nie wszyst­kie­go, cze­go po­trze­bo­wał, zajęło mu chwilę. Naj­trud­niej było naprężyć łańcuch na tyle moc­no, by dosięgnąć czub­kiem palców do smoły między de­ska­mi da­chu. Wszyst­ko inne było w jego zasięgu: bu­tel­ka, drza­zga z de­sek podłogo­wych, pa­pier, na którym sie­dział.

Zsunął but i wbił drzazgę tak moc­no w nad­gar­stek, że oczy mi­mo­wol­nie napełniły się łzami. Przez mi­nutę czy dwie krew kapała na jego lśniący but. Po­tem po­darł duży kawałek pa­pie­ru z posłania, za­nu­rzył drzazgę we krwi, wykręcił się i naciągnął łańcuch, aby wi­dzieć, co pi­sze za ple­ca­mi. Naj­le­piej jak po­tra­fił, używając drob­nych li­ter, opo­wie­dział o ich cier­pie­niu. Na ko­niec pod­pi­sał się, zwinął pa­pier i włożył go do bu­tel­ki.

Nie spie­szył się, do­ci­skając grudką smoły szyjkę bu­tel­ki. Od­wra­cał się i parę razy spraw­dzał, czy porządnie to zro­bił.

Kie­dy wresz­cie skończył, usłyszał ni­ski war­kot sil­ni­ka. Tym ra­zem nie było mowy o pomyłce. Przez bo­lesną se­kundę spoj­rzał na bra­ta, po czym z całej siły wyprężył się ku światłu, wpa­dającemu przez sze­roką szparę między de­ska­mi – ku je­dy­ne­mu otwo­ro­wi, przez który mógł prze­pchnąć bu­telkę.

Wte­dy drzwi się otwo­rzyły, a do środ­ka wkro­czył zwa­li­sty cień w chmu­rze białego, śnieżnego pyłu.

Ci­sza.

Roz­legło się pluśnięcie.

Bu­tel­ka zo­stała wy­pusz­czo­na.

1

Car­lo­wi zda­rzało się bu­dzić w znacz­nie lep­szych oko­licz­nościach.

Pierwszą rzeczą, jaką za­re­je­stro­wał, była fon­tan­na kwa­su żołądko­we­go, szemrząca w jego prze­wo­dzie po­kar­mo­wym, a później, gdy otwo­rzył oczy w po­szu­ki­wa­niu cze­goś, co mogłoby złago­dzić dys­kom­fort – za­ma­za­ny wi­dok lek­ko zaśli­nio­nej ko­bie­cej twa­rzy na po­dusz­ce tuż obok.

„Kur­de, prze­cież to Sys­ser” – pomyślał, próbując so­bie przy­po­mnieć, w co mógł się wpa­ko­wać po­przed­nie­go wie­czo­ra. Że też właśnie Sys­ser. Jego paląca jak ko­min sąsiad­ka. Pa­plająca jak najęta spe­cja­list­ka od wszyst­kie­go o krok od eme­ry­tu­ry, pra­cująca w ra­tu­szu w Al­lerød.

Ude­rzyła go prze­rażająca myśl i bar­dzo wol­no uniósł kołdrę, po czym z wes­tchnie­niem ulgi stwier­dził, że wciąż ma na so­bie slip­ki.

– Cho­le­ra ja­sna – po­wie­dział, od­su­wając żylastą dłoń Sys­ser ze swo­jej klat­ki pier­sio­wej. Ta­kie­go bólu głowy nie miał od czasów, kie­dy w domu miesz­kała Vig­ga.

– Bez szczegółów, proszę – po­wie­dział, widząc w kuch­ni Mor­te­na i Je­spe­ra. – Po­wiedz­cie mi tyl­ko, co ta pani na górze po­ra­bia na mo­jej po­dusz­ce.

– Ta baba ważyła chy­ba z tonę – wtrącił jego przy­bra­ny syn, przykładając do ust świeżo otwar­ty kar­ton soku. Dnia, w którym Je­sper na­uczy się na­le­wać go do szklan­ki, nie znał na­wet No­stra­da­mus.

– No tak, Carl, wy­bacz – po­wie­dział Mor­ten. – Ale nie mogła zna­leźć swo­ich klu­czy, a ty już i tak padłeś jak bet­ka, więc pomyślałem…

„Ostat­ni raz byłem na gril­lu u Mor­te­na” – obie­cał so­bie Carl, zer­kając do sa­lo­nu na łóżko Har­dy’ego.

Kie­dy przed dwo­ma ty­go­dnia­mi jego daw­ny ko­le­ga zo­stał za­in­sta­lo­wa­ny na po­ko­jach, do­mo­wa at­mos­fe­ra do­znała uszczerb­ku. By­najm­niej nie dla­te­go, że łóżko o re­gu­lo­wa­nej wy­so­kości zaj­mo­wało jedną czwartą po­wierzch­ni sa­lo­nu i częścio­wo zasłaniało wi­dok na ogród. I nie dla­te­go, że kroplówki na wysięgni­ku czy wypełnio­ne po­jem­ni­ki na mocz spra­wiały, że Carl czuł się zażeno­wa­ny. Nie cho­dziło też o to, że z całko­wi­cie spa­ra­liżowa­ne­go ciała Har­dy’ego wy­dzie­lał się nie­kończący się stru­mień śmierdzących gazów. Nie, to wy­rzu­ty su­mie­nia wszyst­ko zmie­niły. Fakt, że sam Carl miał czu­cie w obu no­gach i mógł so­bie na nich czmychnąć, kie­dy mu się żyw­nie po­do­bało. No i poczu­cie, że przez cały czas trze­ba za to płacić. Być na zawołanie Har­dy’ego. Mu­sieć coś robić dla spa­ra­liżowa­ne­go człowie­ka.

– Spo­koj­nie – przy­szedł mu w su­kurs Har­dy, kie­dy kil­ka mie­sięcy wcześniej dys­ku­to­wa­li na te­mat wad i za­let prze­nie­sie­nia go z Kli­ni­ki Urazów Rdze­nia Kręgo­we­go w Hornbk. – Tu­taj po­tra­fię cię nie wi­dy­wać przez ty­dzień. Myślisz, że nie obejdę się bez two­jej uwa­gi przez kil­ka go­dzin z rzędu, kie­dy się do cie­bie wpro­wadzę?

Ale spra­wa po­le­gała na tym, że Har­dy mógł so­bie na­wet ci­chut­ko drze­mać, tak jak te­raz, a jed­nak tu był. W myślach, pla­no­wa­niu dnia, we wszyst­kich słowach, które należało wyważyć, nim wy­po­wie­działo się je na głos. To było męczące. A prze­cież dom nie po­wi­nien być męczącym miej­scem.

Do tego do­cho­dziły względy prak­tycz­ne. Pra­nie, zmia­na poście­li, prze­su­wa­nie spo­re­go ciała Har­dy’ego, za­ku­py, kon­takt z pielęgniar­ka­mi i władza­mi, go­to­wa­nie. Owszem, wszyst­ko to robił Mor­ten, ale cała resz­ta?

– Do­brze spałeś, sta­ry? – spy­tał ostrożnie, zbliżając się do posłania Har­dy’ego.

Jego daw­ny ko­le­ga otwo­rzył oczy i spróbował się uśmiechnąć.

– No, czy­li urlop się skończył. Z po­wro­tem na po­ste­run­ku, Carl. Dwa ty­go­dnie prze­pier­dzie­lo­ne – ostro było. Ale po­ra­dzi­my so­bie z Mor­te­nem. Pozdrów tyl­ko ode mnie chłopaków, okej?

Carl kiwnął głową. Ja­kie to musi być trud­ne dla Har­dy’ego. Kto mógłby się z nim za­mie­nić choćby na je­den dzień?

Tyl­ko je­den dzień dla Har­dy’ego.

Jeśli nie li­czyć lu­dzi z bud­ki war­tow­ni­czej, Carl nie spo­tkał żywe­go du­cha. Ko­mendę Główną jak­by wy­miotło. Ko­lum­na­da była spo­wi­ta zi­mową sza­rością i odstręczająca.

– Co się dzie­je, do diabła? – krzyknął, wchodząc do piw­ni­cy.

Spo­dzie­wał się wy­lew­nych po­wi­tań albo przy­najm­niej smro­du mięto­we­go ulep­ku As­sa­da czy wiel­kich kla­syków w aranżacji na flet, pusz­cza­nych przez Rose, ale wszyst­ko tu było jak wy­marłe. Czyżby opuścili sta­tek, gdy on był na dwu­ty­go­dnio­wym urlo­pie z oka­zji prze­no­sin Har­dy’ego?

Wszedł do nory As­sa­da i ro­zej­rzał się wokół z oszołomie­niem. Zero zdjęć sta­rych cio­tek, zero dy­wa­nu mo­dli­tew­ne­go, zero pudełek ze słod­ki­mi jak cu­kier her­bat­ni­ka­mi. Na­wet świetlówki na su­fi­cie wyłączo­ne.

Prze­szedł przez piw­nicz­ny ko­ry­tarz i za­pa­lił światło w swo­im ga­bi­ne­cie. Bez­piecz­ne te­ry­to­rium, gdzie roz­wikłał trzy spra­wy i pod­dał się z dwie­ma. Miej­sce, do którego nie do­tarł jesz­cze za­kaz pa­le­nia i gdzie wszyst­kie sta­re spra­wy, sta­no­wiące do­menę De­par­ta­men­tu Q, leżały so­bie bez­piecz­nie ułożone w trzech sta­ran­nych sto­sach według nie­omyl­ne­go sys­te­mu Car­la.

Przy­ha­mo­wał na wi­dok trud­ne­go do zi­den­ty­fi­ko­wa­nia biur­ka, wy­po­le­ro­wa­ne­go na wy­so­ki połysk. Ani pyłku. Ani pa­prosz­ka. Ani jed­nej gęsto za­pi­sa­nej kart­ki for­ma­tu A4, na której człowiek mógłby położyć zmęczo­ne nogi, a po­tem wy­rzu­cić ją do śmiet­ni­ka. Żad­nych akt spraw. Krótko mówiąc – jak­by wszyst­ko wy­miotło.

– ROSE! – krzyknął naj­do­bit­niej, jak po­tra­fił.

A głos na próżno niósł się po ko­ry­ta­rzach.

Był sam jak pa­lec. Ostat­ni żyjący człowiek, ko­gut bez kur­ni­ka. Król, który chciał ofia­ro­wać króle­stwo za ko­nia.

Chwy­cił za te­le­fon i wy­stu­kał nu­mer Lis z Wy­działu Zabójstw na dru­gim piętrze.

Minęło dwa­dzieścia pięć se­kund, nim pod­nie­sio­no słuchawkę.

– Se­kre­ta­riat, De­par­ta­ment A – roz­legł się głos. To była pani Søren­sen, koleżanka Car­la o zde­cy­do­wa­nie naj­bar­dziej wro­gim doń na­sta­wie­niu. Wil­czy­ca Ilse we własnej oso­bie.

– Pani Søren­sen – po­wie­dział przy­mil­nie. – Mówi Carl Mørck. Siedzę tu na dole całkiem sam. Co się dzie­je? Wie pani przy­pad­kiem, gdzie są As­sad i Rose?

Nie minęła na­wet mi­li­se­kun­da, a słuchaw­ka zo­stała rzu­co­na na widełki. Co za jędza.

Wstał i obrał kurs na sie­dzibę Rose, leżącą w dal­szej części ko­ry­ta­rza. Może tam znaj­du­je się roz­wiąza­nie za­gad­ki za­gi­nio­nych akt. Myśl była całkiem lo­gicz­na aż do bo­le­snej chwi­li, w której od­krył, że na ścia­nach ko­ry­ta­rza między ga­bi­ne­ta­mi As­sa­da i Rose znaj­du­je się co naj­mniej dzie­sięć płyt pilśnio­wych, po­za­kle­ja­nych wszyst­ki­mi ak­ta­mi spraw, które dwa ty­go­dnie temu leżały so­bie na jego biur­ku.

Dra­bi­na roz­staw­na z in­ten­syw­nie żółtego drew­na mo­drze­wio­we­go wy­zna­czała miej­sce, gdzie przy­kle­jo­no ostat­nią sprawę. Była to spra­wa, którą mu­sie­li za­rzu­cić. Dru­ga nie­roz­wiązana spra­wa z rzędu.

Carl dał krok w tył, by móc ogarnąć bez­miar pa­pie­ro­we­go piekła. Co, u li­cha, jego spra­wy robią na tej ścia­nie? Czy Rose i As­sad już zupełnie po­sza­le­li? Może to dla­te­go te głupki się ulot­niły.

Tyl­ko na tyle star­czyło im od­wa­gi.

Na górze na dru­gim piętrze sy­tu­acja wyglądała tak samo. Zero lu­dzi. Na­wet miej­sce pani Søren­sen ziało pustką. Ga­bi­net sze­fa Wy­działu Zabójstw, ga­bi­net jego zastępcy, ja­dal­nia, ga­bi­net, gdzie od­by­wały się brie­fin­gi. Wszyst­ko opusz­czo­ne.

„Co, do kur­wy nędzy?” – pomyślał. Alarm bom­bo­wy? Czy może re­for­ma po­li­cji zaszła w końcu tak da­le­ko, że wy­rzu­co­no per­so­nel na bruk, a bu­dyn­ki prze­zna­czo­no na sprze­daż? Czy ten nowy tak zwa­ny mi­ni­ster spra­wie­dli­wości upadł na głowę? Czy do tego gówna do­brało się TV2?

Po­dra­pał się w kark, pod­niósł słuchawkę i za­dzwo­nił do war­tow­ni.

– Tu­taj Carl Mørck. Gdzie, do ja­snej cho­le­ry, wszy­scy się po­dzia­li?

– Większość ze­brała się w Izbie Pamięci.

Izba Pamięci? Prze­cież do dzie­więtna­ste­go września zo­stało jesz­cze po­nad pół roku1.

– Dla­cze­go? Chy­ba nie z po­wo­du rocz­ni­cy in­ter­no­wa­nia duńskiej po­li­cji. Co oni tam robią?

– Ko­men­dant­ka po­li­cji chciała po­roz­ma­wiać z kil­ko­ma wy­działami na te­mat po­pra­wek re­for­my. Wy­bacz, Carl. Myśleliśmy, że wiesz.

– No do­brze, ale przed chwilą roz­ma­wiałem z panią Søren­sen.

– Czy­li pew­nie prze­kie­ro­wała te­le­fo­ny na swoją komórkę.

Carl pokręcił głową. Co za ban­da po­pa­prańców. Le­d­wie do­tarł na ko­mendę, a mi­ni­ster spra­wie­dli­wości zdążył po raz ko­lej­ny zmie­nić całe to ba­dzie­wie.

Utkwił spoj­rze­nie w miękkim, kuszącym fo­te­lu sze­fa Wy­działu Zabójstw. Tam człowiek może przy­najm­niej przy­mknąć oczy bez wi­dow­ni.

Dzie­sięć mi­nut później obu­dził się z dłonią zastępcy sze­fa na ra­mie­niu oraz okrągłymi jak kule, roz­ra­do­wa­ny­mi ocza­mi As­sa­da, tańczącymi dzie­sięć cen­ty­metrów od jego twa­rzy.

Czy­li ko­niec spo­ko­ju.

– Chodź, As­sad – po­wie­dział, gra­moląc się z fo­te­la. – Te­raz ty i ja pójdzie­my do piw­ni­cy i szyb­ciut­ko po­zdzie­ra­my pa­pie­ry ze ścia­ny, ro­zu­mie­my się? Gdzie jest Rose?

As­sad pokręcił głową.

– Nie możemy tak, Carl.

Carl wstał i włożył ko­szulę w spodnie. Co ten człowiek so­bie, u diabła, myśli? Oczy­wiście, że mogą. Czy to nie on sam tak zde­cy­do­wał?

– Po pro­stu chodź. I weź Rose. JUŻ!

– Piw­ni­ca jest odcięta – po­wie­dział zastępca sze­fa Lars Bjørn. – Azbest od­pa­da z izo­la­cji rur. Była tam In­spek­cja Pra­cy i tak właśnie się spra­wy mają.

As­sad kiwnął głową.

– Tak. Mu­sie­liśmy za­brać na­sze rze­czy na górę i te­raz nie­do­brze nam się sie­dzi w tym po­ko­ju. Ale zna­leźliśmy dla cie­bie ładne krzesło – dodał, jak­by to mogło ko­go­kol­wiek po­cie­szyć. – Tak, jest nas tyl­ko dwo­je. Rose nie miała ocho­ty sie­dzieć na górze, więc zro­biła so­bie długi week­end, ale przyj­dzie dziś później.

Mo­gli­by go równie do­brze kopnąć w przy­ro­dze­nie.

Tytuł ory­gi­nału: Fla­ske­post fra P

Re­dak­cja i ko­rek­ta: Anna Mac­kie­wicz

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny: Sta­nisław Sa­lij

Pro­jekt okładki: Jan Ro­siek

© JP/Po­li­ti­kens For­lag­shus Køben­havn, 2009

© for the Po­lish edi­tion by wy­daw­nic­two słowo/ob­raz te­ry­to­ria

wy­daw­nic­two słowo/ob­raz te­ry­to­ria

sp. z o.o. w upadłości układo­wej

80-264 Gdańsk, ul. Pniew­skie­go 4/1

tel.: (58) 341 44 13, 345 47 07

fax: (58) 520 80 63

e-mail: slo­wo-ob­raz@te­ry­to­ria.com.pl

www.te­ry­to­ria.com.pl

ISBN 978-83-7453-272-3

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pogrzebany Kartoteka 64 Wybawienie Zabójcy bażantów Kobieta w klatce Wybawienie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer