Rozdroża miłości Guillaume’a Apollinaire’a (Wilhelma Apolinarego Kostrowickiego)

Rozdroża miłości Guillaume’a Apollinaire’a (Wilhelma Apolinarego Kostrowickiego)

Autorzy: Wacław Sadkowski

Wydawnictwo: Studio Emka

Kategorie: Lektury szkolne

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 26.52 zł

Książka „Rozdroża miłości Guillaume’a Apollinaire’a” (Wilhelma Apolinarego Kostrowickiego) oparta jest na listach miłosnych (przede wszystkim do Lou i liryce miłosnej poety). Wacław Sadkowski, autor tej niezwykłej opowieści, pisząc ją chciał przybliżyć polskiemu czytelnikowi osobowość i sztukę pisarską jednego z najciekawszych poetów XX w, proroka i inspiratora ważnych nurtów całej sztuki Europejskiej (w tym także polskiej) zeszłego stulecia.

Kiedyś, kiedy pisywałem listy (niemal wyłącznie do kobiet), dokładnie orientowałem się w datach. A teraz, od kiedy zapadłem na tę ostrą grypę (ktoś mi mówił, że Picasso oburza się na nazywanie jej hiszpanką!), przebłyski świadomości, takie jak ten, miewam jedynie od czasu do czasu.

Zasnąłem i przyśniła mi się Lou. Ta jedyna z moich kobiet, o której pragnę zapomnieć. Przywołała mi na pamięć nasze ostatnie – takie przykre – spotkanie w Paryżu. Przekreśliło wszelką możliwość wzajemnego choćby zrozumienia. A inne? Te jeszcze sprzed wojny: Annie? Marie? A po targansach z Lou: Madeleine? No i Ruby – pierwsza kobieta, którą formalnie poślubiłem. Najwytrwalsza i najczulsza z moich opiekunek. Jedyna kobieta w moim życiu, do której nigdy nie napisałem listu i której – Prześlicznej Rudowłosej – poświęciłem jeden tylko wiersz, tak właśnie zatytułowany.

Czy zechce mi wybaczyć ten śmiertelny (przedśmiertny?) grzech zaniedbania?

(Z rozdziału Et lux perpetua luceat eis)

 

Projekt okładki: Marta Kwintal

Redakcja: Anna Ratuś

Korekta: Zofia Kozik

Redakcja techniczna: Paweł Żuk

Copyright © Wacław Sadkowski

Copyright © Wydawnictwo Studio EMKA

Warszawa 2014

Wszelkie prawa, włącznie z prawem do reprodukcji

tekstów w całości lub w części, w jakiejkolwiek formie – zastrzeżone.

Wszelkich informacji udziela:

Wydawnictwo Studio EMKA

www.studioemka.com.pl

ISBN 978-83-64437-65-6

Skład i łamanie: ANTER Poligrafia

www.anter.waw.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

Wprowadzenie

Jesień 1914. Fascynacja

Zima 1914/1915. Euforia

Wiosna 1915. Omamienie

Lato 1915. Nowa inauguracja

Jesień 1915. Zew krwi

Zima 1915/1916. Otrzeźwienie

Wiosna-lato 1916. Cios za ciosem

Jesień 1916-jesień 1918. Et lux perpetua luceat eis...

Objaśnienia

Wykaz tłumaczy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

WPROWADZENIE

W dniu wybuchu I wojny światowej Guillaume Apollinaire liczył sobie lat trzydzieści cztery i przystępował właśnie do utwierdzenia zrębów swej poczesnej pozycji we francuskiej literaturze oraz paryskim życiu artystycznym.

Miał już liczący się dorobek poetycki: po interesującym poemacie lirycznym „Piosenka niekochanego” (powstałym w roku 1904, a opublikowanym w formie książkowej pięć lat później) wydał nader interesujący zbiór poezji, „Alkohole” (1913). Próbował w nim swych możliwości w różnych stylach i technikach – od klasycyzujących pastiszów oraz niemal persyflażowych stylizacji symbolistycznych po zapisy języka potocznego dokonywane z dokładnością i pasją lingwisty. Te różnorakie poszukiwania poetyckie cechowały się udatnością wersyfikacyjną wystarczającą, by ich autor zyskał status profesjonalnego poety, ale Apollinaire bynajmniej się tym nie zadowolił. Skupił się na dynamizowaniu swej poezji potężną dawką mowy żywej, nasycaniu jej żywiołem językowej potoczności i na pointowaniu – już w fazie dokonywania korekty autorskiej – całkowitą rezygnacją z interpunkcji (uznał znaki przestankowe za kule inwalidzkie, ograniczające swobodę wypowiedzi poetyckiej).

Wiersze Apollinaire’a, pisane w latach bezpośrednio poprzedzających wybuch wojennego konfliktu, wniosły do poezji francuskiej jeszcze bardziej znaczące zmiany; najważniejszą z nich była nowa forma wyrazu poetyckiego: ideogramy. Nawiązywała ona wprawdzie do klasycznej formy carmen figuratum, ale nie ograniczała się do operowania jedynie długością wersów i ich przemyślnym ustopniowaniem; poszczególne linijki tekstu, biegnące załamującą się linią, jednym ciągiem, układały się Apollinaire’owi nie tylko w figury geometryczne, ale też w kontury figur, sylwetek, przedmiotów. Obficie publikowane w czasopismach, zarówno w kraju, jak i za granicą, wzbudzały szerokie echo. Po latach wiersze z tego okresu stały się – obok utworów pisanych w latach wojny – trzonem najważniejszego tomu poezji Apollinaire’a, „Kaligramów” (1918).

Oprócz uprawiania własnej twórczości poetyckiej Apollinaire regularnie zamieszczał eseje, recenzje i felietony na tematy artystyczne w czołowych pismach literackich oraz wpływowych dziennikach francuskich, włoskich i niemieckich; wydawał także kilka własnych periodyków literackich, z których nie wszystkie okazywały się efemerydami. Kandydował do jednej z najpoważniejszych francuskich nagród literackich – nagrody Goncourtów. Nie przyznano mu jej wprawdzie (w gronie członków jury nastąpił na tym tle rozłam), ale ta odmowa wzbudziła liczne protesty wybitnych przedstawicieli francuskiego życia artystycznego, co przyniosło Apollinaire’owi rozgłos znacznie szerszy niż niejeden wawrzyn zgodnie przyznany przez owo szacowne jury.

Do wysokiej próby dokonań literackich należy jeszcze dodać współtwórczą (jeśli tak to można określić) przyjaźń łączącą Apollinaire’a z całym zastępem czołowych malarzy i rzeźbiarzy, określanych często mianem „Ecole de Paris” – Szkoły paryskiej. Artystom z tego kręgu wytrwale towarzyszył zarówno w chwilach skupionej pracy w studio malarskim czy rzeźbiarskim, jak i w równie powszednich kawiarnianych dysputach, stymulowanych alkoholem (często legendarnym absyntem – halucynogenną piołunówką) oraz w podróżach, wystawach i różnorakich imprezach artystycznych. Wśród wielu takich kompanów trzeba wymienić przede wszystkim Pabla Picassa, Roberta Delaunaya, Juana Grisa, Marcela Duchampa, Georges’a Braque’a, Ferdinanda Legera, Francisa Picabię. W tym środowisku był kimś, kogo zwykło się określać mianem „dusza towarzystwa”. Przede wszystkim jednak stał się niejako ojcem chrzestnym nowego ruchu artystycznego w dziedzinie malarstwa i rzeźby, nadając mu miano – stał się tym mianem tytuł spójnego pod względem konstrukcyjnym zbioru esejów Apollinaire’a „Kubiści” (1913) – który uznano za programowe dzieło nowego prądu w sztuce, i to w skali ogólnoeuropejskiej.

Miał Apollinaire za sobą również sporą przygarść doświadczeń życiowych; w młodości był przez rok preceptorem pewnej panienki z dobrego (nawet bardzo dobrego) domu, z którego to powodu odbył bogatą w obserwacje podróż po Europie Środkowej. Później zarabiał na życie w kilku kolejnych pismach biznesowych. Jeśli zaś chodzi o jego życie uczuciowe, po młodzieńczej miłości, jaką w nim wzbudziła angielska guwernantka tejże panienki z dobrego domu – miłości niespełnionej w żadnym sensie – pozostawał przez szereg lat w nieformalnym i nie nazbyt ustabilizowanym związku z uzdolnioną malarką Marie Laurencin. Związek ten zakończył się postanowionym i przeprowadzonym przez nią definitywnym zerwaniem. Apollinaire odczuł je nader boleśnie (czemu dał artystyczny wyraz w napisanym prozą poetycką utworze „Poeta zamordowany”, którego wydanie książkowe opóźnił wybuch wojny).

I z takim bagażem życiowych doświadczeń stanął w obliczu najpoważniejszego wyzwania, jakie rzuciła mu jako człowiekowi i jako poecie I wojna światowa. Do wojska zgłosił się ochotniczo, nie będąc jeszcze obywatelem Republiki Francuskiej (matka była Polką z zaboru rosyjskiego, poddaną imperatora Rosji, on sam przyszedł na świat w Rzymie). W jego programie życiowym nader istotne miejsce musiało zajmować pragnienie uczuciowego spełnienia się jako mężczyzny, doświadczającego uprzednio jedynie miłosnych porażek. Jako poeta zaś stanął nie tylko wobec potrzeby wyrażenia we własny sposób swego uczuciowego głodu, lecz także przetrawienia i opisania we własnym języku poetyckim doświadczeń wynoszonych z czynnego udziału w wojnie. W wojnie toczonej na skalę niemającą precedensu w całej historii człowieczeństwa.

Trudno się więc dziwić, że osobiste doświadczenia uczuciowe stały się dlań pryzmatem, przez który patrzył na wojenny kataklizm wchłaniający go coraz głębiej w swe infernum. Dwie kobiety, jakie Apollinaire poznał w tej właśnie wojennej fazie swego życia, z różnych powodów i w różny sposób nie spełniły jego najżywszej życiowej potrzeby uczuciowego ustabilizowania się. I ten właśnie splot wydarzeń wygenerował dwa absolutnie niepowszednie następstwa w dwóch naraz dziedzinach pisarstwa: w epistolografii i liryce erotycznej. Obie te dziedziny pisarstwa splotły się zresztą u Apollinaire’a w nierozłączną całość. Jego listy miłosne ujmują nie tylko wręcz porażającą szczerością i otwartością językową, całkowicie przy tym wolną od wulgaryzmów i wszelkiego w ogóle prostactwa. Są swoistym aktem samouświadomienia przeżywanych dramatów osobistych oraz tworzenia samooceny własnej postawy i drogi życiowej. Są jednak zarazem wprowadzeniem w proces formowania się w wyobraźni poety opisu wojny, oczyszczonego z wszelkiego „poetyzowania”, bliskiego dokumentalnej niemal dosłowności, a jednocześnie uwrażliwionego na swoiste, chwilami wręcz obezwładniające piękno niektórych sytuacji frontowych, na wyzbyty pozerstwa heroizm ludzi wpisanych w te wydarzenia.

Wczesną wiosną trzeciego roku wojny poeta zostaje ciężko ranny w głowę; podlega trepanacji czaszki. Nie udaje się lekarzom usunąć z jego mózgu niektórych odkruszeń odłamka pocisku, którym został ugodzony. Po rekonwalescencji Apollinaire nie wraca już na front. Nie odzyskuje pełnej sprawności fizycznej, trapią go różnorakie dolegliwości. Kontynuuje jednak służbę, niejako pomocniczą, na tyłach – w Ministerstwie Wojny, potem w Ministerstwie Informacji. Intensywnie realizuje różne plany pisarskie. Przygotowuje do druku swe najcenniejsze utwory poetyckie – pierwszy w literaturze światowej tak głęboki i nowatorski odzew poetycki na traumę wojenną o nieznanym dotychczas człowieczeństwu totalnym zasięgu (po raz pierwszy użyto wtedy broni masowej zagłady – gazów bojowych).

Dziewiątego listopada roku 1918 Guillaume Apollinaire, liczący sobie lat trzydzieści osiem, cierpiący od wielu tygodni na ostrą grypę zwaną „hiszpanką” (pochłonęła w skali światowej kilka milionów ofiar), umiera w swym paryskim mieszkanku na poddaszu domu przy bulwarze Saint-Germain. Umiera niemal dosłownie na rękach ostatniej kobiety w jego życiu, którą upamiętnił mianem Prześlicznej Rudowłosej. Dziesiątego listopada tegoż roku Niemcy postanawiają podpisać zawieszenie broni z państwami ententy i Stanami Zjednoczonymi, co kładzie kres bezprecedensowemu konfliktowi globalnemu. Jedenastego listopada zostaje podpisany rozejm, co czyni ten dzień jedną z najbardziej znaczących dat w historii świata.

* * *

Niniejsza opowieść – „Rozdroża miłości” – oparta jest na dwóch zbiorach listów Apollinaire’a adresowanych do dwóch kobiet, z którymi związał się uczuciowo w okresie I wojny światowej. Zbiór pierwszy, rozpoczęty wcześniej (jesienią roku 1914), zatytułowany „Lettres à Lou”, opracował Michel Décaudin (wydało go paryskie wydawnictwo Gallimard w roku 1969). Zbiór drugi, zatytułowany „Tendre comme le souvenir”, to samo wydawnictwo opublikowało w roku 1952. Druga z tych publikacji, w przekładzie polskim pióra Julii Hartwig, ukazała się w Krakowie w roku 1976 pod tytułem „Listy do Madeleine”.

Fragmenty listów Apollinaire’a, które przytaczam (we własnym tłumaczeniu) w tekście niniejszej opowieści, złożone są kursywą. Natomiast narracja wiążąca złożona jest drukiem prostym. Narracja ta jest domniemaniem biografisty starającego się wniknąć w stan ducha i nastroje poety w chwilach, kiedy owe listy pisał. Często – korzystając z prawa przysługującego biografom – próbowałem tworzyć swego rodzaju dialog autora listu z sobą samym; zdarza się przecież każdemu z nas obracać w myśli przygotowywane do przelania na papier listowy jakieś nasze spostrzeżenia, relacje o wydarzeniach, których byliśmy świadkami, czy też opinie bądź sądy, które właśnie się w nas rodzą i krystalizują. Starałem się utkać tę narrację z zasobu słownictwa stosowanego przez autora listów, chwilami wręcz sięgam po jego zwyczajowe zwroty, niejednokrotnie też streszczam jego poglądy i wyobrażenia zaświadczone w listach do innych osób albo i w nieobjętych dosłownymi przytoczeniami fragmentach listów do Lou i do Madeleine.

JESIEŃ 1914

FASCYNACJA

Sacrableu! Ale dupa! No nie, Wileczku – powiedziałaby Maman – to nie wypada: do wojska jeszcze cię nie przyjęli, a ty już sięgasz po żołnierski dialekt? Oto skutki obracania się w nieodpowiednim towarzystwie. Nawet jak się już znajdziesz w koszarach, nie powinieneś się takim językiem posługiwać.

I miałaby rację. Wuj Weil też by się do jej zdania przychylił. Ale tego, co mnie przed kilku dniami spotkało, nie doznałem od wieczoru, w którym Marie powiedziała mi (uprzedziła mnie?) o swoim ślubie. Od dawna już nie układało się między nami dobrze, nasza miłość po pięciu latach utarczek i walk podjazdowych marniała w oczach i byłem już przecież tą niejasną sytuacją znużony; kiedy jednak oznajmiła, że wychodzi za początkującego malarza, barona Ottona Waetjena, zapragnąłem jej tak gorąco, jak chyba nigdy przedtem. Jakbym się czepiał życia, które ze mnie uchodzi. Bo to pewnie uczucie ostatecznej utraty przenika nas w chwili konania – i czepiamy się życia ze wszystkich sił. Jakże zapragnąłem wczepić się w nią wtedy, nie dać się z niej wyrwać nikomu, a już zwłaszcza temu niemieckiemu ziemianinowi, i utkwić w niej na zawsze! Oglądać ją od środka? Wniknąć w jej wewnętrzny mechanizm uczuciowy, który przez wszystkie te (wspólne?) lata pozostawał dla mnie nieodgadniony?

A teraz zbieram się, by napisać list. Miłosny. Nie, nie do Marie. Do –?! Muszę to sobie odtworzyć w pamięci, ab ovo, w miarę możności dzień po dniu.

31-go lipca wieczorem wyjechaliśmy z Deauville z André Rouveyrem, rysownikiem, autem prowadzonym przez jego kierowcę, w nastroju wręcz katastroficznym. Uświadomiłem sobie – i podzieliłem się tą myślą z mym towarzyszem podróży – że pożegnaliśmy właśnie całą epokę. Z początkiem lata zostaliśmy obaj wysłani do tego wytwornego kurortu przez wydawcę pisma „Comoedia”, niejakiego Pawłowskiego, by sporządzić kronikę tamecznego wakacyjnego życia towarzyskiego. Dopiero w kilkanaście dni po wybuchu wojny jej groza dotarła do beztroskich urlopowiczów. Również do mnie; wiadomość o wypowiedzeniu nam wojny przez Boszów zastała mnie zatopionego w lekturze „Paris Journal” i w podobny jeszcze sposób spędzałem kilkanaście dni następnych. W końcu miesiąca jednak ogarnęła nas wszystkich panika: armia niemiecka omijając osławioną linię Maginota, przedarła się przez Belgię i zaczęła wdzierać w terytorium francuskie. Zlękliśmy się, że zostaniemy odcięci od stolicy kraju. Po powrocie do niej, pierwszego września, złożyłem w Ministerstwie Sprawiedliwości podanie o przyznanie mi obywatelstwa francuskiego. A zamiast ilustrowanej kroniki wytwornych wakacji nadmorskich sporządziliśmy dość przejmujący materiał zatytułowany „La Fête manquée”.

Dni spędzane w Paryżu po powrocie znad morza wprawiły mnie w jeszcze głębsze oszołomienie. Natychmiast zgłosiłem się do biura poborowego, deklarując chęć wstąpienia do armii na ochotnika, choć przyjaciele (a zwłaszcza Louise Faure-Favier, najbardziej z nich opiekuńcza i tłumacząca, iż jako cudzoziemca pobór mnie nie obejmuje) starali się wyperswadować mi ten zamiar. Przewidując, że i Maman nie byłaby temu zamiarowi przychylna, w ogóle się jej do niego nie przyznałem. Ale naprawdę czułem się do służby w wojsku w takiej chwili wewnętrznie zobligowany; od piątego roku życia wdzierałem się w język francuski, by w toku dwudziestu ośmiu lat stać się jednym z wybitniejszych francuskich poetów, a w chwili gdy moja wybrana ojczyzna stała się obiektem napaści, miałbym stać z boku? Blaise Cendrars, mający obywatelstwo szwajcarskie, Frantisek Kupka – poddany cesarza Austrii, wstąpili do Legii Cudzoziemskiej! Poza wszystkim dekowanie się na dalekim zapleczu mogłoby być uznane za próbę wdarcia się na literacki Parnas pod czasową nieobecność całego zastępu luminarzy francuskiego życia literackiego.

Toteż przedłużająca się daremność zabiegów o przyjęcie mnie do armii, ciągle odzywające się echa afery z kradzieżą Giocondy z Luwru, w którą mnie oszczerczo wplątano, a i rosnące poczucie osamotnienia w mieście, w którym znałem wszystkich, ci zaś – prawie wszyscy – nagle rozjechali się w różne strony (bo przecież nie każdego wysyłano od razu na front) – wszystko to zawiesiło mnie jakby w próżni. Nie żeby przygłuszyć ból po rozstaniu z Marie, od którego nie zdołałem się uwolnić nawet przez samounicestwienie dotychczasowego siebie pod osobą Croniamentala (że też nie zdążyłem opublikować „Poety zamordowanego” przed wybuchem wojny!). Ból ten ustąpił miejsca goryczy odrzucenia przez kraj, który sobie upodobałem i w którym przeżyłem dwadzieścia osiem lat, a który teraz daje mi do zrozumienia, że nie może (czy też nie chce) mi zaufać, wezwać mnie na pomoc w potrzebie.

Wreszcie 3-go września postanowiłem – za radą Sieglera-Pascala, pragnącego tam właśnie wykorzystać przyznany mu krótki urlop zdrowotny – wyjechać wraz z nim do Nicei. Nie odwiedziłem tego miłego mi z wielu względów miasta ani razu, od kiedy wyjechałem z niego jeszcze w okresie chłopięcym, z matką, najpierw do Aix-les-Bains, a potem do Lyonu, Belgii, wreszcie – już na stałe – do Paryża. A teraz zdecydowałem się Paryż opuścić w nadziei, że pomoże mi to znosić wojenne niedole. Nadziei płonnej: coelum, non animum mutant qui trans mare currunt. Już byłem gotów zwijać żagle, ale znalazłem u znajomych Sieglera-Pascala przyjemne locum na poddaszu, z ładnym widokiem.

Tu jest może trochę mniej pusto niż w porażonym wojną Paryżu, gdzie wciąż – po czterdziestu kilku latach! – żywa jest pamięć klęski pod Sedanem (w którym to dniu Cézanne podobno malował pejzaż w Estaque!) – i jej następstw dla stolicy kraju. Sporo tu spłoszonych wojną uciekinierów. Ale nadal tkwię w zawieszeniu: tu też nie kwapią się z powołaniem mnie do wojska i ciągle dręczą mnie wspomnienia o zaznanych poniżeniach i obelgach (metek! Ruski poddany! Polak, a przecież każdy Polak to Żyd! Sale Juif. – jak pisał Cravan w szowinistycznym pisemku „Maintenant” w okresie nagonki na mnie, pomówionego o mój rzekomy udział w słynnej kradzieży Giocondy z Luwru). Ta cela w Santé, z wyrytym na ścianie przez któregoś z mych poprzedników napisem „Pierre – za zabójstwo”! Wtrącono mnie wtedy do niej nagiego, zakutego w kajdanki. A tutaj teraz te jałowe pogawędki przy kawiarnianych stolikach, a zwłaszcza te sesyjki opiumowe! Wszystko to przecież pozór życia, jego namiastka – może doraźnie tłumiąca ból, ale niedająca szansy odrodzenia się pełni ludzkich uczuć.

I tak było aż do niedzieli. Muszę sobie uporządkować skłębione w pamięci wydarzenia owego dnia, kulminującego najpierw zmysłowym, a następnie narkotykowym odurzeniem.

Wczesnym popołudniem do restauracji Bouttau w mej ulubionej starej dzielnicy miasta wtargnął Siegler-Pascal, niby-posłaniec bogów, ze zbiorowym zaproszeniem złożonym na ręce młodej kobiety, biesiadującej w towarzystwie, w którym i ja się znajdowałem. Zaproszenie wystosował Borie de la Merline, próbujący swych możliwości w literaturze, bez specjalnych sukcesów jak dotychczas, ale przecież zawsze staram się pomagać początkującym i nie studzić ich twórczych zapałów. W końcu to wstawiennictwu Paula Léautauda zawdzięczam opublikowanie drukiem „Piosenki niekochanego ”, co było moim debiutem. Skądinąd jednak ów Borie – nom de plume Borys – pełni funkcję zwierzchnika tutejszej komisji poborowej oraz komendanta lokalnych sił obrony wybrzeża – i to z nim wiążę nadzieję na zmianę mej dwuznacznej sytuacji cywilnego quasi-uchodźcy w militaryzującym się gwałtownie kraju. Ówże Borys zaprosił nas wszystkich do siebie na wieczorną sesyjkę opium; spotkania tego typu odbywają się u niego dwukrotnie w ciągu tygodnia – i dostąpiłem właśnie zaszczytu uczestniczenia w nich. Natychmiast skorzystałem z okazji i zwróciłem się doń o wstawiennictwo w komisji odwołań – jutro ma przyjąć mnie w swym biurze, oczywiście w tej sprawie. Już tego wystarcza, bym się ocknął z mojego letargu (dotychczasowe sesyjki opium tylko mnie w tej hibernacji utwierdzały).

Ale ważniejsze jeszcze było całkowite odrodzenie się mej męskości. Już w czasie niedzielnego śniadania zwróciła mą uwagę niezwykła uroda pewnej młodej damy i jej niepospolita inteligencja, w jakiś niepowszedni sposób zespolone. Uwaga skupiona na toczącym się dyskursie pozwalała owej damie, rudawej blondynce o zielonych źrenicach, wykazywać się niezawodnym esprit de riposte, a ten z kolei inspirował niepowszednio uroczą choreografię gestykulacji wspierającej jej finezyjne wypowiedzi. Te zaś były zwięzłe i celne, przedzielane pasemkami pilnego wsłuchiwania się w wywody rozmówców, wsłuchiwania manifestującego z kolei swą aktywność nader sugestywną, a przy tym subtelną mimiką. Szczególną ekspresyjnością charakteryzowały się jej piękne, jaśniejące we wczesnopopołudniowym świetle ramiona – smukłe, odsłonięte niemal w całości i zwieńczone parą przepięknie harmonijnych dłoni. Zawsze uważałem ramiona kobiet za najbardziej wiarygodne kryterium ich wdzięku i urody. Stąd się wziął przecież zachwyt Croniamentala dla Smutnej Baletniczki – dziewczyny o nagich ramionach. No a w konsekwencji całą sesję narkotykową u Boriego przesiedziałem u boku tej fascynującej kobiety.

W ciągu następnych paru dni, kiedy tylko zdarzała się sposobna po temu okazja, dawałem wyraz urzeczeniu jej osobowością. Ona, niewątpliwie nawykła do podobnych eksklamacji, przyjmowała me słowa z taktowną wyrozumiałością. Wyraz jej oczu wszakże sygnalizował, iż odbierała komunikat utajony pod uprzejmościowymi formułkami (a może nawet przed samoświadomością nadawcy): że mnie podbiła.

Nie mogę więc dopuścić do tego, by się miała zachwiać w tym domniemaniu. Nie mogę przy tym popełnić żadnego faux pas – napiszę do niej, otwarcie ponawiając poczynione dotychczas wyznania, ale dopełniając wszystkich towarzyskich rygorów. O tak:

Nicea, 28 września 1914

Wielce Szanowna Pani,

ośmielam się napisać ten list do Pani, która powiedziała mi już, iż odgadła, że Ją kocham.

Chyba to nie za mocno sformułowane wyznanie – słabsze nie uniosłoby wzwyż konwencjonalnych zwrotów uprzejmościowych. Teraz trochę uwierzytelniających komplementów:

…wielkie oczy lani… łuk Pani półotwartych ust małej dziewczynki… wypowiadającej poglądy zarazem racjonalne i uduchowione, dzięki śpiewności Pani głosu… przywodzącego na pamięć małżonkę Guillaume’a Taciturne’a…

Tak, przecież czwarta żona Taciturne’a nazywała się Louise de Coligny i była córką tego hugenockiego admirała (sprzed „nocy długich noży”, oczywiście), Gasparda de Chatillon, właściciela dóbr Coligny. A ja wczoraj poznałem Genevieve-Marguerite-Marie-Louise de Pilot de Coligny-Chatillon; sprawdziłem też, że urodziła się w Vesoul 30 lipca roku 1881. Spowinowacona z wielkimi rodami francuskimi i niemieckimi. Potomkini świętego Ludwika (ja zaś zabawiałem się nieraz opowiastkami, że się wywodzę od normańskiego wodza Ruryka, „ojca-założyciela” Rusi, mój dziadek zaś piastował godność papieskiego szambelana szpady i płaszcza!). Wychowanka elitarnych szkół klasztornych. Rozwódka (w roku 1904 poślubiła Emmanuela de Coudenhove, wywodzącego się z Dijon posiadacza rozległych latyfundiów w Algierii). W ciągu paru godzin nazbierałem w tym plotkarskim mieście tyle wiadomości o Lou (bo tak ją będę nazywał, na przekór wszystkim tym heraldycznym przydomkom), że z rozpiętości nie zawsze przylegających do siebie wersji byłem w stanie wybrać te, których powtarzalność zdawała się poświadczać ich prawdziwość. List zamykam takim oto wyznaniem i zobowiązaniem:

Proszę wybaczyć śmiałość poecie, który obrał sobie Panią za damę swego serca i pozwala sobie ucałować Jej rączki, składając zapewnienia, że stał się Jej oddanym sługą – Guillaume Apollinaire.

List podpisuję moim nom de plume. Przy pierwszej stosownej okazji wyjawię jej moje pełne – prawne – nazwisko. A co zrobić z całą listą mych imion (Wilhelm, Artur, Aleksander, Apolinary, Włodzimierz)?!

Scripti et animam meam salvati. Czekam teraz na dalszy bieg spraw. Przyszłość trwa długo. Niech sobie trwa, pod warunkiem, by się zbytnio nie wydłużała.

* * *

3 października 1914

Szanowna i Droga Pani,

jakże pięknie wyglądała Pani wczoraj w swej kwiecistej sukni! Miałem wrażenie, że odbywamy spacer obok wspaniałego perskiego rosarium.

Dziś na spacerze samotnie rozpoczętym spotkałem Roberta Mor-tiera, malarza i teoretyka bilardu (męża uroczej Jane, która lubi, żebym ją nazywał Jeanette). Robert dołączył do mnie, ale na krótko: udawał się w stronę dworca kolejowego, a ja nie chciałem zbliżać się do miejsca, do którego poprzedniego dnia odprowadzałem Lou odjeżdżającą poza obręb miasta – zbyt ostra jest we mnie tęsknota za nią.

Dalszą część spaceru spędziłem na rozpamiętywaniu ciekawych wywodów brata Roberta, Alfreda M., zawartych w jego niedawno opublikowanym studium „Le Couple, essai d’entente intellectuelle entre la famme et l’homme”. Ciekawym, czy uda mi się zawrzeć taki sojusz z kobietą tak niezwykłą jak Lou.

Ale czy taki model przyjaźni by mi wystarczył? Zadeklarować gotowość do zadowolenia się partnerstwem intelektualnym łatwo, ale wytrwać dłużej w takim celibacie? W każdym razie lojalność wymaga, bym w liście, do którego zasiądę zaraz po powrocie z przechadzki, dał wyraz także memu zachwytowi dla kwiecistej migotliwości sukienki, którą Lou miała na sobie w czasie naszego ostatniego spotkania.

Porządkuję w myślach nowe, dotyczące jej szczegóły, o jakich się dowiedziałem: po rozwodzie zatrzymała się w luksusowej willi Baratier w Saint-Jean-Cap-Ferrat, a więc nieopodal miasta, u kuzynki eksmałżonka, Edmée de Marotte de Montigny (nazywanej przez bliższych znajomych Memée), młodszej od siebie i poślubionej przed dwoma laty hrabiemu Dedous de Pierrefeu. Obie panie bardzo się zaprzyjaźniły i jako wolontariuszki opiekują się rannymi żołnierzami w szpitalu wojskowym zainstalowanym w l’hôtel Ruhl w Nicei – mimo iż Memée ma półtorarocznego synka. Lou jest – jak się to zwykło określać – niezależna, ale pod względem finansowym niezbyt zasobna, wskutek konfliktu z matką (z którą nie utrzymuje stosunków) na tle jej roszczeń do spadku po mężu – ojcu młodej damy.

Wypadałoby ten list zakończyć jakimś dwornym zamknięciem. Takim może:

Całuję Pani rączki, uwielbiane przez Jej wiernego sługę –

Guillaume’a Apollinaire’a.

* * *

Środa, 14 października 1914

Przed paru dniami wyekspediowałem do Lou dość pokrętny ideogram liryczny przekazujący wizje zrodzone w trakcie opiumowej sesji. Czy nie uznała tego „kaligramu” za zbyt szokujący? Rozsmakowałem się w tej formie poetyckiej, nowej, ale powiązanej z bogatą, wielowiekową tradycją (sięgającą jeszcze starorzymskiej formy poezjowania zwanej carmen figuratum), a wzmocnionej wszystkimi późniejszymi doświadczeniami dowodzącymi, iż kształt graficzny słowa poetyckiego ma istotny udział w oddziaływaniu tego słowa na czytelników, wzbogaca i uczula ich wrażliwość estetyczną i pobudza wyobraźnię. Będę tę formę ideogramową uprawiał w miarę systematycznie.

Muszę natychmiast posłać list z podziękowaniami za przemiłe ostatnie spotkanie z Lou (we troje! Siegler-Pascal był nader zabawny w roli przyzwoitki):

Pozwalam sobie przypomnieć się Pani, droga przyjaciółko –

– i tak dalej. A przede wszystkim zapowiem w tym liście, że chcę dla niej (i o niej) napisać wiersz, ale to trudne zadanie, kiedy wciąż tak mało o niej wiem i tak niewiele łączy nas wspólnych doznań i doświadczeń. Oczywiście, zadeklaruję pełną determinację w dochowaniu wierności ustanowionej przez nią formule przyjaźni.

Kończę ten list, przestrzegając przyjętych form:

Pani oddany przyjaciel

Guillaume Apollinaire.

A ten cały Siegler-Pascal? Właściwie o co mu chodzi? Poznałem go przed laty w redakcji „Paris Journal”, z którym współpracował, skuzynowany z uroczą Jane. Jaką właściwie ów S.P. odgrywa rolę? Postillon d’amour? Cicerone nadobnej rozwódki po tutejszym światku towarzyskim? W każdym razie ta jego krzątanina wokół Lou ułatwia mi spotkania z nią, tworzy sytuacje, w których nie występuję jako podrywacz narzucający się samotnej piękności. Muszę się postarać o to, by mi przysłano z Paryża kilka moich książek. Już widzę w myślach ideogramy – w taką formę ujmę dedykacje dla Lou.

* * *

20 października 1914

Va banque! Nie ma co się ociągać! W razie czego wytłumaczę to majakami wywołanymi gorączką. Zawiadomię, że zapadłem na ostrą grypę i poproszę o przełożenie naszego spotkania na inny dzień. A listowi daję mocny nagłówek:

Droga moja przyjaciółko,

myślę, że będzie lepiej odroczyć naszą zaplanowaną ekskursję –

– i tak dalej. Zakończę list równie wymownym akcentem, takim na przykład:

Jeśli wzdraga się Pani podpisywać listy do mnie swym imieniem, może Pani w ogóle ich nie podpisywać, ja się domyślę, kto jest ich nadawcą, a mej dyskrecji może Pani być absolutnie pewna.

Jakie też muszą panować stosunki u tej kuzynki, u której Lou na pewien czas się zatrzymała – czyżby kontrolowano jej korespondencję? I czy Lou się mnie wstydzi, ukrywa tę znajomość przed swym otoczeniem? Jeśli nawet jest tak właśnie, to w każdym razie ja dochowam dyskrecji:

Ze swej strony, w imię przyjaźni, która nas łączy, zapewniam, że będę milczał jak grób – ale nie złożę w nim ofiary z miłości, jaką wzbudziła Pani we mnie i w jakiej wytrwam na przekór wszystkiemu do końca mych dni

Guillaume.

Po raz pierwszy podpisuję się mniej oficjalnie, samym tylko imieniem. Chyba da jej to do myślenia.

* * *

Sobota wieczorem

Straciłem rachubę czasu, mój skarbie najdroższy.

Nie wiem, czy to jeszcze piątek, czy już sobota – pewnie sobota, bo już świta. Tak bym chciał Panią utulić, ukoić smutek, który dostrzegłem w Pani oczach wczoraj, podczas naszego tak miłego spaceru wokół starej części miasta – smutek, który tylko chwilami rozpraszały igraszki dzieciarni korzystającej z pogody, nieczęstej już w listopadzie. Nawet tu, na Południu, nastały chłody; w Paryżu pewnie już całkiem zimno, a co dopiero na froncie, w Szampanii, w Wogezach! Ciekawym, dokąd trafię, kiedy mnie w końcu powołają do wojska. Borie zapewnia, że sprawa zmierza ku pozytywnemu rozwiązaniu, i wzywa, żebym czekał cierpliwie.

No to czekam i przyznaję, że kiedy tak spaceruję z Lou, albo kiedy wybieram się z nią do różnych ciekawych miejscowości w okolicy, czas nie tylko mi się nie dłuży, ale tak bardzo rad bym nie rozstawać się z nią nigdy, że zapominam o wojnie, wojsku, froncie. I dopiero teraz, w chłodzie nocy, przypominam sobie, że przecież chciałem – i chcę nadal – jak najrychlej znaleźć się tam, na północnym wschodzie, w okopach na pierwszej linii!

Ale też przyznać muszę, że te militarystyczne ciągoty rodzą się we mnie po części z powodu wydłużania się tego wstępnego flirtu jałowego, niemal sterylnego. Dziwne rozdwojenie w sobie. Zadaję sobie pytanie, czybym zdołał wyrwać ją smutkowi, ukoić najczulszymi pieszczotami, na jakie mógłbym się zdobyć, najpełniejszym oddaniem całego siebie?

Całuję najczulej Pani rączki.

Guillaume Apollinaire.

Jak się rozwidni, przeczytam jeszcze ten list dokładnie przed jego wyekspediowaniem – na razie musiałem zanotować to uczucie jakby rozdarcia wewnętrznego, z którego muszę się jej przecież zwierzyć. Nie przyznam się może do podejrzeń, iż mnie zwodzi, bawi się ze mną w kotka i myszkę. Ale w końcu jak długo ma trwać to postne pod względem seksualnym romansowanie dwojga dorosłych, dojrzałych ludzi?

Ciekawym też, jak przyjęła „Heretyka i Spółkę ” oraz „Alkohole” – obie te książki, przysłane mi na mą prośbę z Paryża, wręczyłem jej z dedykacjami ujętymi w formę ideogramów, dość wyszukanych, ale w pełni czytelnych, jeśli ktoś się nad nimi pochyli. Widzę oczyma wyobraźni, jak skłania ku nim tę swą prześliczną główkę, osadzoną na wspaniale długiej szyi.

* * *

Niedziela, 29 listopada 1914

To ważna data: zaraz udaję się na spotkanie z Boriem – Borysem, w sprawie mego wcielenia do wojska; ubierając się, naszkicuję sobie w myślach list do Lou. Widok rozświetlonego słońcem morza za oknem przywodzi mi na myśl świetlistość jej oczu.

Lou, moja ukochana,

każdego kolejnego dnia kocham Panią tysiąc razy goręcej niż dnia poprzedniego. Wracałem przejęty smutkiem, pozostawiając Panią – tak porażająco piękną – na stacji kolejowej. W tramwaju czytałem gazetę, którą zapomniałem Pani wręczyć przy pożegnaniu. Całą stronę zajmował w niej reportaż z bitwy pod l’Ourcq, nad Marną, napisany tak świetnie, że czytelnik niemal wyczuwa woń prochu, słyszy artyleryjskie eksplozje, pręży się, odczytując zanotowane przez sprawozdawcę rozkazy dowódców. Nigdy przedtem nie napisano po francusku tak świetnego tekstu o wojnie, froncie, walczących żołnierzach – ten numer „Le Petit Niçois” pozostanie w historii piśmiennictwa.

Ta relacja z frontu, na który mam niebawem wyruszyć, wcale mnie przecież nie oddala od Lou – rzekłbym nawet, że jest wręcz przeciwnie!

Ale ani na chwilę też nie tracę spod powiek Pani i Jej pięknej sylwetki, a w uszach pobrzmiewa mi stale timbre Pani głosu. Każdego ranka budząc się, czuję w sobie całą tę tkliwość do Pani, którą żywiłem we śnie i którą wypełnię wszystkie moje myśli i zachowania w ciągu rozpoczynającego się dnia. I tak już będzie, wszędzie i zawsze.

Całuję Pani rączki, przyjaciółko moja, z szacunkiem, na zawsze wierny i oddany sługa Pani –

Guillaume Apollinaire.

* * *

Wtorek

Nie mogę zebrać myśli, a chciałbym napisać do niej list – muszę jej powiedzieć, kim staje się dla mnie z każdym dniem mocniej, szczerzej, trwalej, ostateczniej!

Muszę jej napisać, że tej nocy znów nie mogłem zasnąć, myśląc o czekającym mnie nazajutrz spotkaniu z nią. Nie mogę sobie darować, że zwierzyłem się jej z niecierpliwych mych oczekiwań, żeby Boriemu udało się w końcu załatwić mi powołanie do wojska. I muszę przypomnieć, że mi obiecała pukiel swych włosów – wedle starego rycerskiego obyczaju – bym go wziął ze sobą, wyruszając na wojnę.

Rozmyślając o Pani, Lou, nie bez nadziei – choćby to była nadzieja na to jedynie, co jest możliwe w realnie istniejących okolicznościach – czuję się tak nieszczęśliwy, iż zaczynam życzyć sobie możliwie najrychlejszego sukcesu Boriego w obiecanych mi przezeń zabiegach o uzyskanie dla mnie powołania do służby wojskowej.

Z drugiej strony nie bardzo umiem sobie taką służbę wyobrazić. To może się okazać makabrą. Ale czy takie zawieszenie w próżni, w jakim tkwię od miesięcy i jakie zdaje się obecnie pogłębiać o kolejne niepowodzenie życiowe, nie jest nią także? Nie mam wyjścia, muszę się z tym wszystkim pogodzić.

Może teraz uda mi się przynajmniej przysnąć, choćby na parę chwil.

Nie udaje mi się zasnąć. Może pójść na spacer? Taki samotny? W młodości (minionej?), w Paryżu, co wieczór wyruszałem na miasto, sam, po to, by za każdym razem kogoś nowego spotkać, poznać choćby nieco bliżej – co lubi, czym się zajmuje (lub nie zajmuje), co czyta (lub nie czyta – a to dlaczego?). I prawie zawsze udawało mi się natknąć na kogoś ciekawego, nawiązywały się między nami jakieś więzy, choćby krótkotrwałe. Ale Paryż obfituje w intrygujące osobowości, a tu wychodzę na pustynię. Tylko z Lou lubię się trochę powałęsać po tej mieścinie, a nie zdarza mi się to przecież nazbyt często.

Może dlatego zacząłem uprawiać epistolografię miłosną, chwilami wręcz rozerotyzowaną. Niemal nigdy listów miłosnych nie pisywałem – właściwie nie miałem do kogo. Stosunkowo najwięcej tego typu epistoł wystosowałem do Annie, zwłaszcza po jej powrocie do Anglii – i po moich z Anglii powrotach (z niczym, więc na początku było o co zabiegać). Właśnie: nie były to przecież listy miłosne, lecz matrymonialne oferty i nakłaniania. Wcześniejsze do niej umizgi, którym z dziecięcym zaciekawieniem przypatrywała się Gabriela, córka naszej wspólnej pracodawczyni, rezydującej na zamku w Honnet wicehrabiny Milhau, podobnie jak chłopięce jeszcze zabiegi flirciarskie wokół „Sepleniącej Lindy” (jakie nosiła nazwisko – Molina da Silva?), owocowały co najwyżej liścikami, wierszykami, laurkami.

No, może kilka wierszy reńskich z tego okresu zapowiadało już budzącego się we mnie poetę, zrzucającego wreszcie chitynowy pancerzyk szkolniackiego wierszoklecenia (usprawiedliwia mnie to, że najwcześniejsze rymowanki podpisywałem pseudonimem Barbarzyńca!). I chyba jeszcze w Stavelot, w Belgii, napisałem kilka nie najgorszych erotyków do córki tamecznego oberżysty, Mireire, uosobienia walońskiego wdzięku. A o Marzibill, której poniżana, pohańbiona zmysłowość podziałała na mnie w owym czasie najsilniej, napisałem przecież jeden z mych najlepszych dotychczasowych wierszy. Chyba go jeszcze pamiętam:

Na ulicy Wysokiej w Kolonii

Przechadzała się tam i z powrotem

Dla każdego co zbliżał się do niej

Była miła i słodka a potem

Popijała i w ciemnej szynkowni

Gdzieś na słomie się kładła z alfonsem

Dopiero jednak Lou wyzwoliła we mnie istną pasję epistolografa. Ciekawe, jakie moje wewnętrzne potrzeby znajdują ujście w tej pisaninie – potrzeba samoanalizy (gnothi seauthon)? Zawieszenie na kołku twórczości poetyckiej, krytycznej, nowelistycznej? Muszę skrobnąć coś takiego, co by mi przypomniało, że jestem poetą. Podejrzewam, że – po raz pierwszy być może – piszę te listy wprawdzie do kogoś, ale dla siebie, że ten ktoś jest swego rodzaju katalizatorem myśli, które mnie nurtują i domagają się wyartykułowania.

Pora zakończyć ten list – przerywany natłokiem wspominków i różnych chaotycznych myśli (widocznie nękany bezsennością nie potrafię ich uporządkować). A więc:

Całuję rączki Pani, pozostając na zawsze Jej uniżonym sługą –

Guillaume Apollinaire.

* * *

Sobota, wieczorem, 5 września 1914 – nie!!!

Przecież nie września, tylko grudnia!

Muszę dopilnować, żeby w liście, jaki zaraz do Lou wyekspediuję, datę postawić właściwą. Chociaż ta wrześniowa byłaby pewnie właściwsza – piątego września powinni byli przyjąć moje ochotnicze zgłoszenie do wojska, posiadanie obywatelstwa francuskiego wcale nie okazało się warunkiem koniecznym. Wszystko przez ten skandal z kradzieżą Giocondy, który wlecze się za mną jak przekleństwo.

Lou, moja najdroższa,

wyruszam jutro rano do Nimes, tam się mam zgłosić do 36-go pułku artylerii polowej, skąd natychmiast do Ciebie napiszę.

Uwielbiam Cię, Lou, i będę tęsknił jedynie za Tobą. Odezwij się do mnie, skoro tylko nadeślę Ci adres. Będę Cię informował o wszelkich zmianach mego miejsca pobytu – napisz do mnie od czasu do czasu, choćby kilka słów, dobrze?Kocham Cię tak bardzo, że w oczy nie śmiem Ci wyznać całego mego uwielbienia, podziwu, oddania.

Totus Tuus, Pani Moja –

Guillaume Apollinaire.

* * *

10 XII 1914

Tu sobie siądę, w kantynie. Tylko tu mogę mieć chwilę spokoju, w tym tohu-wabohu, jaki zewsząd mnie otacza, zagłusza wszelkie myślenie; zjem sobie gruszkę i – jak to moi współkompani określają? – strzelę sobie kielicha. Powspominam przy tym niepowszednie wydarzenia kilku minionych dni: jak wymusiłem na nicejskiej komisji poborowej przyjęcie mego pisemnego zgłoszenia się na ochotnika, jak wyjechałem stamtąd, nie pozostawiając mego adresu ani polskiego nazwiska, pod którym jestem prawnie rejestrowany. I jak nazajutrz po moim przybyciu do Nîmes Lou zjawiła się pod bramą tutejszych koszar, by pozostać w tym mieście ze mną przez kilka dni. A przede wszystkim napiszę do niej, podziękuję za dwie otrzymane od niej pocztówki.

Lou, moja uwielbiana,

obiecuję kochać Cię po kres mego żywota. Twoje cudowne ciało, Twoja dusza, tak prosta i tak zarazem głęboka, są w pełni moje, Lou, a ja w pełni Twój – moje wargi są Twymi wargami, cały należę do Ciebie na zawsze, a Ty jesteś najcenniejszą częścią mnie.

Ale śniło mi się coś mniej miłego: że naszyjnik, który mi Lou podarowała, rozerwał się, jego paciorki i medaliki rozsypały się po całej pościeli, a ja zebrałem je w garść i włożyłem do portmonetki. Chyba to nie była wróżba wieszcząca zagrożenia czyhające na mój klejnot.

Wychylam ostatni kieliszek wina i pędzę na plac ćwiczeń, nie winem odurzony, lecz miłością do Ciebie.

Guillaume Apollinaire.

(Guillaume Kostrowitzky)

kanonier – łącznik

38 pułk artylerii

70 bateria

Nîmes

* * *

Nîmes, 16 grudnia 1914

Lou, moja najukochańsza,

spotkała mnie dziś wielka przykrość: zgubiłem gdzieś łańcuszek, który od Ciebie dostałem – najpewniej ześlizgnął mi się z szyi, kiedy odbywaliśmy ćwiczenia w jeździe konnej na koszarowym maneżu.

Jestem naprawdę niepocieszony po tej stracie, tak cenny był dla mnie ten podarunek. Szukam ukojenia, rozmyślając o jego dawczyni – o nieporównywalnym uroku jej włosów, twarzy, o niebywałym wdzięku, z jakim się porusza, uśmiecha, mówi. Całuje.

Myśl o mnie czasem, pamiętaj o mnie w tych ogrodach Hesperyd, w których przebywasz teraz. Napisz czasem do mnie, choćby kilka słów.

Pokrywam mymi pocałunkami całe Twoje cudowne ciało, a całując usta, przekazuję Ci całą ma duszę, w zamian za Twoją duszę, przekazywaną mi przez zespolone z moimi Twoje usta.

Gui.

kanonier-łącznik

38 pułk artylerii polowej

70 bateria

Nîmes

Muszę jeszcze ustalić z nią szczegóły planowanego przez nas spotkania w Nicei.

PS. 24-godzinnaprzepustka umożliwi mi wyruszenie z Nîmes o 3-ciej po południu, dotarcie do Nicei o 11-tej z minutami wieczorem i rozpoczęcie podróży powrotnej o 4-tej nad ranem następnego dnia. Ty będziesz tak miła, by zamówić nam na tę noc pokój u Cecile i wyjdziesz naprzeciw mnie na dworzec, dobrze? G.

* * *

Nîmes

Lou, moja najukochańsza,

dzięki za kartkę, która właśnie nadeszła. A więc już jesteś w Nicei, zaraz wsiądziesz w kolejkę podmiejską do Pont-Saint-Jean, przywitasz się z Edmée. Ja – tak jak zapowiadałem – wyjeżdżam z Nîmes o 3-ciej po południu, w Nicei będę o 11-tej wieczorem, a w drogę powrotną wyruszyć będę musiał o 4-tej nad ranem następnego dnia. Mam nadzieję, że uda Ci się uporać ze wszystkimi przygotowaniami na to nasze spotkanie.

Mam również nadzieję, że dobrze wypocznie w czasie pobytu w Nicei, wyśpi się porządnie przed powrotem do l’hôtel Ruhl i do tych najbardziej męczących nocnych dyżurów w szpitalu.

Całuję Twe rączki, buzię i wszystkie Twe krągłostki, odważone i odmierzone tak mistrzowsko, iż żeglujesz przez świat w idealnej równowadze, jak szlachetny jacht.

A więc do rychłego zobaczenia, Lou, Twój wierny do końca życia

Guillaume Apollinaire.

* * *

Nîmes, 17 grudnia 1914

Lou, moja najukochańsza,

zajmowałem się ostatnio uważną lekturą prasy włoskiej i przede wszystkim chciałbym Cię uspokoić co do sytuacji na frontach wojennych.

Rzuca się wprost w oczy, że tę sytuację gazety włoskie przedstawiają w tonie mniej alarmistycznym, niż to czyni prasa francuska. Piszą, że Serbowie włączyli się czynnie w walkę z Austriakami, a Brytyjczycy zaczynają przeciwstawiać Niemcom własną flotyllę łodzi podwodnych – jedna z tych łodzi przedarła się przez Dardanele i zatopiła turecki krążownik. Także w północno-wschodniej części kraju zanotowano postępy poczynione przez siły francuskie i angielskie; przemówienie Joffre’a do odbitych Prusakom, po niemal półwieczu, mieszkańców Alzacji („Pozostaliście i pozostaniecie na zawsze Francuzami”) zostało przyjęte wprost owacyjnie.

Muszę jej także opowiedzieć, jak my tutaj przygotowujemy się do walki. Jak odbyliśmy pierwsze ostre strzelanie na polach ćwiczebnych za miastem, które wywarło na mnie niespodziewanie silne wrażenie. Pukanina na strzelnicy nie śmie się do artyleryjskiej kanonady umywać. Jeden z oficerów określił ten ogniowy trening poligonowy bardzo trafnie: to tak jakbyśmy byli na wojnie, tylko nie ponosimy absolutnie żadnego ryzyka.

A co poza tym?

Przeniesiono mnie do innego działonu, w jego skład wchodzą prawie wyłącznie absolwenci politechniki z Nicei, synowie zamożnych nicejskich rodzin, sami molierowscy pocieszni wykwintnisie. Tęskno mi za prostymi, naturalnymi chłopakami, z jakich się składał mój poprzedni działon, ale za to mój nowy działonowy – bezpośredni przełożony – jest naprawdę instruktorem o wiele lepszym, bardziej doświadczonym.

Całuję Cię najczulej, mój kwiecie jaśminu, mój liściu laurowy z wieńca zdobiącego wejście do hotelu w Nîmes.

Guillaume.

* * *

18 grudnia ‘14

Lou, moja ukochana,

tak się cieszę, że znalazłaś lektorkę, która będzie czytała na głos Toutou. Przekaż mu ode mnie serdeczne pozdrowienia i zapewnienia o szczerej przyjaźni, jaką do niego żywię.

Chyba po raz pierwszy w życiu nie czuję niechęci do innego mężczyzny rywalizującego ze mną o względy kobiety; prawdę mówiąc, nie bywałem prawie nigdy zazdrosny o czyjeś powodzenie ani o odnoszone przez kogoś awanse u kobiety będącej przedmiotem mego zainteresowania. Annie nie została mi przecież odebrana przez nikogo – sama się ode mnie oddaliła – i na całe życie pozostała samotna. Tylko Marie rzuciła mnie „dla kogoś” – i do tego jej wybrańca odnosiłem się jeszcze do niedawna zdecydowanie negatywnie. Ale teraz co on mi tam wadzi!

O Toutou nie wiem zbyt wiele, ale to, co wiem – że jest podoficerem artylerii, walczył na froncie, został ranny, leży w wojskowym szpitalu – sprawia, że widzę w nim nie tylko współkombatanta, ale też człowieka, z którym za chwilę może mnie połączyć wspólny los. I naprawdę mnie wzrusza troskliwość, jaką mu okazuje Lou – świadczy to o tym, że jest do czynnego okazywania dobroci komuś innemu zdolna, a więc że i mnie byłaby w stanie wesprzeć duchowo w potrzebie. Będę się starał na taką gotowość z jej strony zasłużyć.

Lou, moja ukochana,

kocham Cię i podziwiam za Twoje piękno i wdzięk, tak urzekający i wyjątkowy, które sprawiają, że serce mi zamiera, kiedy przechodzę koło l’hôtel du Midi – przywołuję w pamięci nasze czułości, pieszczoty, dyskusje, przekomarzanki. Kocham Cię za Twoją dobroć, za Twe serduszko, które w owe dni pozwoliło mi zaznać przeświadczenia, że cała doznawana rozkosz jest jak gdyby aktem założycielskim przyjaźni, która trwać będzie do końca życia i którą uważam za najcenniejszą mego życia wartość.

Ciekawym, co Lou porabiała w Nicei, po powrocie do Baratier. Ale nie będę o to wypytywał. Opowiem natomiast o poczynionych przeze mnie postępach w jeździe konnej. Ale nie będę się rozpisywał o szczegółach mego egzystowania w tej brutalnej monotonii, na jaką jestem tu skazany.

A więc do jutra, całuję każdy liść tego wieńca laurowego, którym dla mnie jesteś – Twój

Gui.

* * *

Nîmes, 19 grudnia ‘14

Lou, moja maleńka,

niepokoję się, że epidemia szkarlatyny, która dotarła już do naszych koszar, może mi uniemożliwić uzyskanie przepustki na wyjście do miasta.

Tak mi się marzy choćby znów kilkanaście godzin z nią, à deux, pod znakiem owego wieńca laurowego nad drzwiami wejściowymi do hotelu, sam na sam z jej najpiękniejszymi listkami żywego wawrzynu wieńczącymi mą stęsknioną męskość.

Lepiej zrobię opisując jej niespodziankę, jaka mnie spotkała dziś rano. Kiedyśmy oporządzali konie w stajni, któryś z kolegów zobaczył zbliżającego się do nas podoficera odznaczonego ostatnio

Legią Honorową i wezwał, byśmy zasalutowali na jego powitanie. Odwracam się więc ku nadchodzącemu i kogóż widzę? Saglio, wykładowcę z Akademii Sztuk Pięknych, scenografa i malarza używającego pseudonimu Drésa – to on był autorem świetnych dekoracji do „Fêtes Galantes” Debussy’ego w Operze Paryskiej, a także do „Indes Galantes ”. Miałem możność wielokrotnie rozmawiać z nim o mych artykułach poświęconych sztuce. I tym razem poszliśmy na kawę i pogadaliśmy o naszych sprawach przez godzinkę, po czym go pożegnałem – wysyłano go do jednostki artyleryjskiej w Wersalu – żeby zasiąść do listu do Lou, rozpoczętego jeszcze rano.

Muszę ją zawiadomić o tym, że wysyłam jednocześnie list do konsjerżki w domu przy bulwarze Saint-Germain (nr 202), gdzie mam mieszkanie, które oddaję do dyspozycji Lou na czas jej pobytu w Paryżu. Po odbiór kluczy niech Lou zwróci się do niej, konsjerżka będzie już uprzedzona. Napiszę jej także o palcie, które mi przysłała Jeanne Mortier. Co ja mam tu z nim zrobić? To chyba wszystko, o czym chciałbym Lou powiadomić.

Żegnaj więc, moja uwielbiana, całuję cię wszędzie-wszędzie, Twój na zawsze –

Gui.

* * *

Nîmes, 20 grudnia 1914

Znowu spotkała mnie niespodzianka: w mojej „izbie żołnierskiej” pojawił się nowy artylerzysta – nosi nazwisko Albin-Michel! Zapytałem go, czy nie jest przypadkiem synem paryskiego wydawcy, który przed kilku laty zamówił u mnie książkę o Aretinie (której zresztą nigdy nie napisałem). Odpowiedział, że jest z tym paryskim wydawcą spowinowacony. Jaki też miszmasz ludzki spowodowała wojna, mobilizacja, uciekinierzy!

Kochanie moje maleńkie, pojadam sobie na deser czekoladę, którą od Ciebie dostałem, i stylizuję listy do ministra oświaty i sztuk pięknych Sembata, dyrektora w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Philippe’a Berthelota oraz wydawcy „l’Intransigeant” (pisma, z którym współpracowałem), by oni wszyscy dopomogli Ci w uzyskaniu przepustki do strefy przyfrontowej, do Toutou. Jestem pewien, że Ci takiej pomocy nie odmówią.

I chyba ją poproszę, żeby nie zawracała sobie nadobnej główki tym szalem czy też szeroką opaską flanelową, którą zamierzała mi sprokurować, bym miał czym opasywać sobie biodra dla zabezpieczania się przed chłodem. Dodam parę informacji z frontów – że Serbowie spuszczają tęgie baty Austriakom, za to Rosjanie dostają od tychże Austriaków prawdziwe cięgi. I tak oto się toczy ten wojenny światek.

Całuję Cię najczulej w Twój różowiutki biuścik, mój cudzie i w myślach zdążam do Twej cudownej przystani, tego portu mego życiowego przeznaczenia, wytrwale jak Argonauci – i dotrę, muszę dotrzeć do naszego wspólnego szczęścia. Takiego, jakiego zaznawaliśmy w Mentonie i w Grasse.

* * *

20 grudnia ‘14

Na początek podam jej parę informacji przydatnych w podróży, w jaką zamierza się udać.

Lou, kochanie moje,

według informacji, jakie zdołałem uzyskać, pociągiem będziesz mogła dojechać do Chaumont, gdzie się mieści dowództwo 2-giego korpusu armijnego, w którego skład wchodzi 62-gi pułk artylerii. Tam Ci wystawią (a w każdym razie powinni wystawić) przepustkę do Epinal. W samym pasie przyfrontowym osoby cywilne mogą się poruszać po otrzymaniu zwykłej przepustki od lokalnych dowódców.

Dzielna kobieta – oby się nic jej nie stało! Jakże jej odwiedziny wesprą moralnie i psychicznie Toutou! Ile będą dlań znaczyły!

Podziwiam Twój hart i Twoje dobre serce, moje kochanie. Kiedy sobie uświadamiam, że mnie (też?) kochasz, serce mi topnieje ze szczęścia i dumy. Ze wszystkich sił pragnę okazać się godnym Twej miłości.

Muszę jej wytłumaczyć, że – według mych kompetentnych informatorów – cała ta „armia Garibaldiego” to przedsięwzięcie całkiem niepoważne, pusty gest bez znaczenia militarnego: w ogóle nie posyła się tych ludzi na front! Zawsze podejrzewałem, że we Włoszech dość popularne jest przekonanie, iż dostatecznie dużo zginęło już Włochów w służbie Francji. I jest w tym sporo racji. Ale to oczywiście nie zmniejsza mego zainteresowania poezją włoską, zwłaszcza nowymi prądami, które ją ożywiają, przede wszystkim zaś – futurystami: Severinim, Ballą, Boecionim. Do końca życia nie zapomnę zabawnego w końcu epizodu, jaki mnie w związku z nimi spotkał na dworcu we Florencji. Zabieram się do wiersza poświęconego Włochom, może rozrośnie się w poemat?

Rozeszły się dziś pogłoski (powołujące się na informacje potwierdzone przez dziennik „Le Temps”), że niemieckie okręty wojenne ostrzelały z armat pokładowych kilka nadbrzeżnych miast angielskich – Scarborough, Whitby, West-Hartlepool. To straszne – gdzie jest angielska straż przybrzeżna, czemu nie strzeże Albionu jego legendarna flota wojenna? Na szczęście wojska francuskie trzepią skórę Boszom na froncie północno-wschodnim, a na południu Rosjanie krzepną i dobierają się do skóry Austriakom.

Miejmy więc nadzieję, że nasze zwycięstwo nie jest zbyt odległe. Kocham Cię szaleńczo –

Gui.

* * *

Nîmes, 21 grudnia ‘14

Dziś najkrótszy dzień w roku. Ach, gdybym mógł spędzić tę najdłuższą noc z Lou! Muszę się jej pochwalić, że właśnie wytypowano mnie do awansu na stopień kanoniera; chyba przyczyniły się do tego moje niezłe wyniki na strzelnicy, ale w innych umiejętnościach nie jestem dobry.

Święta z pewnością będziesz spędzała w Nicei, a ponieważ listy potrzebują aż czterech dni na przebycie odległości między Niceą a Nîmes, już dziś składam Ci najserdeczniejsze życzenia: abyś obfitowała we wszystko, czego potrzebujesz do szczęścia. Składam na Twe ręce jedyny prezent, jaki Ci mogę przekazać listownie: siebie, biednego żołnierza, który Cię wielbi bezgranicznie i całuje calutką, od stópek po czółko. Kocham Cię z całych sił i całym sobą, wszystkimi mymi zmysłami i władzami umysłowymi, i straszliwie cierpię z powodu każdej naszej, nawet najkrótszej rozłąki. Do zobaczenia, kochanie moje, do jutra! Twój

Gui.

* * *

ZIMA 1914/1915

EUFORIA

Wtorek 22 grudnia 1914

Moje maleństwo kochane,

dziś po raz pierwszy nie dostałem żadnego znaku życia od Ciebie. Chyba nie można składać za to winy na pocztę. Czemu nie piszesz?

Waham się, czy się jej przyznać, że dwukrotnie spadłem z konia. Nic mi się wprawdzie nie stało, ale ona mogłaby się zaniepokoić. Z drugiej strony winienem jej pełną prawdę o sobie, nawet gorzką. Napiszę, że ilekroć mam na maneżu jakieś kłopoty, nasi instruktorzy mnie pocieszają, że ci, co spadają z konia, ćwicząc umiejętność łagodnego lądowania, stają się najlepszymi kawalerzystami.

Uwielbiam Cię i będę się starał rozwijać me jeździeckie umiejętności, włącznie ze sztuką gładkiego zsuwania się z siodła, nawet wtedy, kiedy jeszcze nie zamierzałem zsiadać z konia z własnej woli.

Całuję Cię gorąco, jak zawsze i wszędzie.

Guillaume.

* * *

Nîmes, 23 grudnia 1914

Kochanie moje,

mam dla ciebie złe nowiny. Już wiem prawie na pewno, że nie będę mógł przyjechać na Nowy Rok.

Wszystko przez tę przeklętą kolej. Szeregowi żołnierze nie będą mieli prawa podróżowania pociągami ekspresowymi, a głównie takie kursują między Nîmes a Niceą. Gdybym chciał jechać pociągiem osobowym, podróż trwałaby 38 godzin. Na 48-godzinną przepustkę do Nicei nie mam na razie żadnych szans. Napiszę, że będę się starał o taką przepustkę na 15-go stycznia, ale nie mam gwarancji, że ją dostanę.

Od dwóch dni nie mam od Ciebie żadnego listu, ale przyszły pyszne pomarańcze z ogrodu Hesperyd, w którym rezydujesz – składam Ci za ten dar serdeczne dzięki, moja boginko, moja baśni, mój micie. Dostrzegłem, że dopłaciłaś franka, by nadać przesyłce status listu poleconego. Nie wysyłaj mi takich drogich przesyłek, prosty żołnierz nie zasługuje na nie!

Muszę też napisać, że jutro będę szczepiony przeciw tyfusowi. I że nowy kompan w sypialni, pochodzący z Nicei, może mi udostępnić swój pokój w tym mieście, jeśli się tam znajdę, w czasie kiedy on siedzi w koszarach w Nîmes.

Moja ukochana, kochaj mnie i pisz do mnie. Jesteś moją konstelacją gwiezdną, moją Gwiazdą Polarną, moją przewodniczką i moją nadzieją – zatracam się bez Ciebie, ginę, tonę. Czy masz jakieś nowe wiadomości od Toutou? Poprzez miłość, jaką żywi do Ciebie, poprzez to, czym Ty jesteś dla niego, staje się on jakby częścią mnie. A dzięki naszej miłości do Ciebie i dzięki miłości, jaką Ty nas obu darzysz, jesteśmy obaj najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Całuję Cię z całą pasją, na jaką mogę się zdobyć, by rozbudzić w Tobie pożądanie i doprowadzić Cię aż do spazmu – wiesz dobrze, jak ja Ciebie pożądam!

Gui.

* * *

24 grudnia ‘14

Lou, moja ukochana,

bardzo mam smutną wigilię w tym roku – od trzech dni nie otrzymałem żadnej wiadomości od Ciebie. Zapominasz o mnie całkowicie. Czemu nie piszesz? Zapadam na chorobę nerwową. Jedynym pocieszeniem jest dla mnie to, iż w końcu dostanę 48-godzinną przepustkę – zadepeszuję do Ciebie, jak tylko będę wiedział, kiedy mogę wyruszyć do Nicei.

No, może też pewną pociechę znalazłem w nadesłanym mi przez Raynala numerze „l’Ouest-Eclair”, w którym piszą, że pewien wzięty do niewoli żołnierz – poeta niemiecki – wyznał, iż za dwóch najwybitniejszych współczesnych poetów francuskich uważa Jules’a Romainsa i Guillaume’a Apollinaire’a. Nie jest tak, bym Romainsa – czy też jego talentu – nienawidził, ale sądzę, że brakuje mu artystycznej szczerości.

Została mi już tylko jedna pomarańcza z tych od Ciebie, przeznaczam ją sobie na jutro, na pierwszy dzień świąt.

Napisz do mnie. Dostałem list od mego brata, Alberta, z Meksyku. Ogółem od początku mej służby w wojsku nadesłano mi 42 listy. Garnizon tutejszy liczy 17 000 ludzi – nikt z nich nie dostał takiej masy listów! Jestem rekordzistą! Tylko moja Lou o mnie nie pamięta.

Zaraz, zaraz! Trzeba by pewnie doliczyć do mej obfitej korespondencji paczkę z książkami, o które poprosiłem wydawcę – nadesłał mi „Heretyka i Spółkę” oraz „Alkohole”: obie przeznaczyłem dla Lou i opatrzyłem dedykacjami w formie ideogramów. Nie zdołałem się dowiedzieć, jak ten prezent potraktowano – może nie pozostał skonsumowany? Te ideogramy były trochę skomplikowane, ale jeśli ktoś zechciał się nad nimi pochylić… Nie wypadało mi pytać, jak Lou je przyjęła.

Napisz do mnie! Nie pozwól, bym się niepokoił tym, co też się z Tobą dzieje, zamartwiał o Ciebie, odchodził od zmysłów! Napisz, Lou!

Gui.

* * *

Boże Narodzenie ‘14

Lou moja najukochańsza,

dziś przyszły dwa listy od Ciebie! Jakiż jestem szczęśliwy! Wybacz mi smutek, jakim tchnęły moje ostatnie listy, a przede wszystkim przepraszam za akcenty rozżalenia, jakie zdawałem się kierować pod Twoim adresem.

Może i byłem chwilami rozżalony. Ale trudno takiemu stanowi ducha nie ulec, kiedy się siedzi w koszarach i jest się nękanym poczuciem osamotnienia, opuszczenia, odepchnięcia. Odżywają w pamięci dawne porażki, klęski, rozstania: Linda da Molina (która mnie nie dostrzegała, za co wziąłem na niej odwet, wywołując w jednym z wierszy jej przyszłą wizję jako otyłej matrony), Annie Playden (która schroniła się przede mną aż za Atlantyk), Marie Laurencin (która mnie odrzuciła). Może miały rację. Nie mogę sobie darować tych chełpliwych wzmianek w listach do kolegów o „ślicznym tyłeczku” i „powabnych cycuszkach” guwernantki zatrudnionej u hrabiny Milhau, na „kondycji”, tak jak i ja. Annie, którą w wierszach reńskich sportretowałem jako „dziewicę z kwiatem”, ze ślicznymi dołeczkami w policzkach i wzruszającym kosmyczkiem włosów opadającym na czoło (porównywałem ten kosmyk do jaskółki). Na szczęście nie dowiedziała się o tych moich obrzydliwych przechwałkach i mam nadzieję, że się nigdy nie dowie. Kukiełce zaś, mającej być portrecikiem Marie w „Poecie zamordowanym”, włożyłem w usta wyznanie, którego w żaden sposób nie mogłaby autoryzować (że kochała Croniamentala, wcale o tym nie wiedząc!) – jakbym nie mógł pogodzić się z myślą, że można kogoś przedkładać nade mnie i odejść sobie ot tak, z dnia na dzień. A to popisywanie się przed Lou pochwałą, jaka mnie spotkała ze strony owego jeńca niemieckiego, poety! Jak to dobrze, że nie nawiedzi mnie już pokusa, by się przechwalać przyjęciem przez wydawcę „Mercure de France” proponowanego przeze mnie cyklu żartobliwych zapisków o ludziach ze środowiska bohemy, które mają się ukazywać w każdym kolejnym numerze. Jak ten cykl zatytułować? „Anegdoty z życia artystycznego”? Przynosiłoby mi to 50 franków miesięcznie. Sumka nie do pogardzenia. Ale dość o tym.

Do zobaczenia wkrótce, kochanie moje, zadepeszuję, jak tylko ustali się termin mojego przyjazdu – przepustka obejmie 48 godzin, ale połowę z tego czasu spędzę w podróży. Kocham Cię gorąco i składam Ci hołd całą mą męskością, całą mocą mego pożądania.

Gui.

* * *

Nîmes, 26 grudnia 1914

Kochanie moje najdroższe,

ostatnio doszły mnie smutne wieści. Nasz działonowy którego żona mieszka w Compiègne, dostał od niej list zawiadamiający, że władze ewakuują to miasto. A to znaczy, że zagrożony jest także Paryż Wszystkie plany życiowe, oczekiwane zarobki, nadzieja na spotkanie z przyjaciółmi w trakcie parodniowej choćby przepustki – wszystko to staje pod znakiem zapytania. Wcale się nie dziwię, że szukasz pociechy w Bogu, że zachodzisz do kościoła.

Może dla pogłębienia duchowości Lou polecić jej lekturę „Esquisse historico-philosophiques” słynnego konwertyty z połowy zeszłego wieku, Donoso-Cortesa, ówczesnego ambasadora Hiszpanii w Paryżu, który odrzucił dziedzictwo oświeceniowego racjonalizmu i dowodził, że wszystkie najważniejsze pytania dotyczące losu ludzkiego znajdują rozwiązanie jedynie w teologii? Nie widzę nic dziwnego w tym, że nasza miłość – najsilniejsze przeżycie, jakiego doznaliśmy w życiu – zwraca nas ku Bogu.

Dziękuję Ci najserdeczniej, że uczyniłaś mi te święta najprzyjemniejszymi w mym życiu, okazując mi tyle uczucia. Bardzo mnie ucieszyły Twe zapewnienia, że Toutou mnie zaaprobował. Poza wszystkim jest żołnierzem wyższej rangi, podoficerem, a dla takiego szeregowca, jak ja, uznanie okazane przez starszego stopniem ma znaczenie niepowszednie.

Wyjaśnię jej też – w związku z listem, jaki otrzymałem od mego przyjaciela Eugène’a Monforta (nie komunikował się ze mną od czasu ślubu Marie z tym niemieckim Freiherrem Waetjenem – był ich świadkiem!) – że nie chcę korzystać z żadnych pieniędzy od pism, których akcjonariuszami są Bosze; chyba że jakieś sumki wpływają w formie opłaty za prenumeratę. I opiszę swą wizytę w tutejszym muzeum, dość zresztą ubogim. Przyjemność sprawiło mi właściwie tylko obejrzenie oryginału portretu Lukrecji Borgii – jego reprodukcja zdobiła okładkę mej, wydanej w zeszłym roku, książki „La Rome de Borgia”, która odniosła spory sukces.

Kocham Cię i całuję –

Gui.

* * *

Nîmes, 27 grudnia 1914

Lou, moja ubóstwiana,

przepustkę już mi wydano! Wyjadę z Nîmes najpewniej w czwartek o trzeciej nad ranem (mówiąc ściślej, w nocy ze środy na czwartek) i jeśli uda mi się złapać w Taraskonie ekspres, w Nicei stawię się w czwartkowe południe, o dwunastej, może pół do pierwszej – sprawdź to, proszę, w rozkładzie jazdy. Ale gdyby mi się ten plan nie powiódł, wyjadę z Nîmes w czwartek o ósmej rano, a do Nicei dotrę o pół do szóstej po południu. W najgorszym razie, jeśli nie zdążę na ekspres, przyjadę pociągiem osobowym około jedenastej wieczorem. A będę musiał wyjechać w nocy z soboty na niedzielę. Zadepeszuję do Ciebie z drogi, jeszcze z Nîmes albo z Marsylii, by Cię powiadomić, jak się sprawy mają, a Ty bądź tak kochana i zadepeszuj, gdzie mnie będziesz oczekiwała.

Muszę jej jeszcze napisać, że mam naprawdę niewiele czasu na krzątaninę wokół jej planowanej wyprawy do Toutou, gdyż jestem jednym z niewielu produktywnych żołnierzy tutejszego garnizonu – większość pośród 3000 ludzi w naszych koszarach to starzyki z trudem się poruszające – a do tego ustawicznie spadam z konia i wskutek stłuczeń odnoszonych z tego powodu sam też miewam kłopoty z własną sprawnością.

Ściskam Cię calutką, kochanie moje, spragniony Ciebie aż po kres żywota –

Guil.

* * *

Nîmes, 28 grudnia 1914

Lou, kochanie moje,

wkładam do tego listu kartkę z adresem mej gosposi, żebyś ją mogła odnaleźć po przyjeździe do Paryża.

Dostałem Twój list z opowiastką o jakimś uroczym oficerze. Nie jestem zazdrośnikiem, ale są rzeczy, które nie budzą we mnie zachwytu. Godzę się na Toutou – rozumiem, że go kochasz, bo kochasz także mnie. Ale właśnie dlatego proszę Cię, byś była poważna. Trzeba, żebyś się stała najszczęśliwszą kobietą na świecie – ale dla mnie, poprzez mnie.

Nie chcę jej nudzić szczegółami, ale muszę się przyznać do kolejnych kłopotów jeździeckich (swoją drogą, co za cholerne bydlę ten mój dotychczasowy koń! Mam nadzieję, że z nowym, którego mi przyznano, pójdzie mi łatwiej). I wspomnę o wczorajszej wyprawie do kawiarenki laFontaine, gdzie roiło się od ładnych dziewcząt, skorych do zawierania znajomości z wojakami. Poznałem dwie miłe uciekinierki z Nancy, siostry, potrzebujące pokrzepienia, ale ja mam moją Lou i nie potrzebuję nikogo innego.

Całuję Cię tysiąckrotnie – Twój

Guil.

* * *

Nîmes, 28 grudnia 1914

Muszę do niej napisać drugi już dzisiaj list, żeby ją zawiadomić, że do Nicei zawitam prawdopodobnie w czwartek – albo ekspresem o pół do piątej rano, albo tym późniejszym, o pół do dwunastej w południe.

Kochanie moje,

zobaczysz mnie z odrastającym wąsikiem – musiałem go zgolić, bo nam zabraniają noszenia zarostu. Czekam niecierpliwie na Twój powrót do Nicei.

Tymczasem obcałowuję Twoje zdjęcie, a w wyobraźni pieszczę Twoje cycuszki, te prześliczne gołąbeczki, z różowiutkimi łebkami. Nie mogę się nadziwić, że pieszo przeszłaś całą drogę z Saint-Jean do Nicei.

Czyżby trenowała footing (tak Annie zwykła nazywać nasze długie spacery) przed ochotniczym wstąpieniem do piechoty?! Nie przejawiała dotychczas podobnych skłonności.

Kocham Cię – kocham się z Tobą na wszelkie sposoby, pragnę Ciebie, pożądam Cię, przywołuję, biorę Cię w posiadanie calutką – jesteś moja, jesteś moją maleńką niewolnicą o okazałej pupie.

Uwielbiam Cię i całuję

Guil.

* * *

Nîmes, 29 grudnia 1914

Moja Lou,

wczorajszego wieczoru, w łóżku, przed zaśnięciem, zastanawiałem się nad moim dotychczasowym promiskuityzmem.

Ona się na pewno nad nim – to znaczy moim, bo chyba nie swoim promiskuityzmem – nie raz zastanawiała. Wiedziała o moim poprzednim związku, z Marie; być może dowiedziała się też czegoś o Annie. Muszę się zdobyć na szczere wyznanie („więcej grzechów nie pamiętam” – a Ciebie, moje kochanie, proszę o przebaczenie!).

Czuję, że jesteś moją miłością jedyną i prawdziwą; tamte dwa związki nie były miłościami, były przyjaźniami wynikłymi z pożądania, a nie miłością. Ciebie pokochałem naprawdę.

Pyta mnie w liście o mych „współlokatorów” z izby koszarowej (nr 33). Zanudzają mnie swymi zwierzeniami, dostaję czasem furii, ale niekiedy trafiają się opowieści zabawne. Na przykład: żona Nazola zwiedzała kiedyś – w towarzystwie męża – jakieś targi w Marsylii. Zatrzymali się przed straganem sprzedawcy orzechów kokosowych.

– Co to takiego? – spytała Mme Nazol. Dowcipny sprzedawca odpowiedział: – To są jaja słoni. – Nazolku – zwróciła się do męża – kup tego za dziesięć franków, będziemy mieli małe słoniątka. Dwa dni później Mme Nazol spotkała sąsiadkę, Mme Petalugue 1 pochwaliła się, że mąż kupił jej w Marsylii słoniowe jaja. – Niemożliwe! – zaoponowała sąsiadka. – Ależ tak, możliwe, może pani się przekonać naocznie. Obchodzimy się z nimi ostrożnie, żeby nie uszkodzić łupinki; chcemy się doczekać słoniątek. – A ja – wyznała sąsiadka – wyobraziłam sobie, że to są prawdziwe jaja słonia, a nie takie do wysiadywania.

Idź koniecznie do dentystki, którą Ci poleciłem, powołaj się na Jane Mortier. Weź ze sobą moją kartę powołania, wtedy nie trzeba będzie płacić za wizytę teraz, ale dopiero po wojnie. To żadne naciąganie kogoś. Żyjemy w takiej epoce, kiedy nie wypada zachowywać się inaczej. Zresztą nieraz i w czasie pokoju nie płaci się za wizytę od razu, nie widzę powodu, dla którego należałoby spieszyć się z płaceniem podczas wojny.

Muszę ją też zapewnić, że nie mam jej za złe tych podejmowanych na własną rękę (?!) poczynań mających na celu zaspokojenie rozbudzonej (w niemałej przecież mierze przeze mnie) żądzy.

Gdybym teraz znajdował się u Twego boku, kochanie moje, odchyliłbym to coś, czym osłaniasz Twój sekretny ogródeczek, taki śliczny, zgrabniutki, tak pełen wdzięku, tak zwinny w pełnieniu swych powinności, że wślizgnąłbym się w jego głąb, wczuł w jego pulsowanie i włączył w jego rytm, przyspieszając go w miarę mych sił, aż do spazmu jednoczącego nas oboje w całkowitym zespoleniu.

Gui.

* * *

Nîmes, 30 grudnia 1914

Lou, moja kochana,

dostaniesz ten list do rąk z całą pewnością już po naszym spotkaniu – tak jak zapowiadałem, wyjadę stąd o 3:00 nad ranem, i dalej według planu. To, że piszę te słowa, mimo iż wiem, że zanim do Ciebie dotrą, mógłbym Ci je wyrazić osobiście, świadczy o mej niecierpliwości, o tym, jak mi Ciebie brak zawsze, kiedy Cię nie mam przy sobie.

Muszę jej przypomnieć, że pragnę, by mi dochowała wierności, ale po awanturach z Marsylczykami dzisiejszego rana (nie będę się wdawał w szczegóły) zagrożę, że nie wybaczyłbym jej najlżejszego nawet flirtu z którymś z mieszkańców tego miasta! Stwierdzam to z całą powagą! Ale muszę tę przestrogę osłodzić:

Lou, uwielbiam Cię i kocham, oddaję Ci się cały i pragnę Ciebie całej, nasza miłość musi być najpełniejsza i najdoskonalsza pośród wszystkich miłości, jakie spotkać można pod słońcem!

Do zobaczenia, kochanie, do jutra!

Guil.

* * *

Tarascon, 2 stycznia 1915

Lou, moja najdroższa,

kiedy Twoja prześliczna sylwetka roztopiła się we mgle spowijającej dzisiejszego ranka dworzec w Nicei, zagłębiłem się w lekturze „Le Cri de Paris”. W moim przedziale siedział jeszcze jeden mężczyzna oraz młoda dziewczyna. Z rozmowy, jaka się między nami rozwinęła, wynikło, że jest nauczycielką francuskiego w liceum żeńskim w Oranie, osobą dość inteligentną i dobrze ułożoną.

Ma na imię Madeleine. Zareagowała na nazwisko Baudelaire (którego lekturę polecałem Lou na pożegnanie, by przestała lekceważyć posłannictwo poetów – pogromców obłudy i fałszywej wstydliwości) i zaczęła mnie wypytywać o „Kwiaty zła”.

Teraz opiszę mój „postój” w Taraskonie, spotkania ze znajomymi, zwiedzanie zabytków tego miasta, które uważam za wyjątkowo piękne, ale –

– muszę Ci też opowiedzieć, iż natknąłem się tu także na ulicę noszącą nazwę Proletariat – absolutnie trafną, ponieważ trudno wyobrazić sobie coś smutniejszego i biedniejszego.

Wróćmy jednak do głównego celu całej podróży:

Lou moja ukochana,

ofiarowałaś mi dwa cudowne dni na przepustce i dwie wspaniałe, szaleńcze noce. Mam tu jeszcze kilka godzin do odjazdu pociągu do Nîmes – cały ten czas spędzam na rozmyślaniu o Tobie, o miłości, jaką we mnie rozbudziłaś, tysiące razy gorętszej niż była w Nîmes, gdzie skądinąd pokochałem Cię goręcej, niż kochałem u samych początków naszej znajomości, w Nicei.

Całuję Cię calutką, najpłomienniej w te miejsca, które tak szczodrze przede mną odsłaniałaś w czasie tych ostatnich nocy. Uwielbiam Cię bezgranicznie, moje Tobą urzeczenie pochłania bez reszty wszystkie moje poprzednie zauroczenia kobietami; jesteś sumą wszystkich moich miłości, moja Lou, oddaję Ci wszystkie uderzenia mego serca, także i te, które pulsowały we mnie, zanim Cię poznałem.

Guil.

* * *

Nîmes, 3 stycznia 1915

Lou, moja podziwiana, moja najdroższa,

wiesz, jak Cię wielbię, ale muszę Ci wyznać, że zasmucały mnie te hymny pochwalne na cześć Twoich dawnych miłości, jakie wznosiłaś w czasie naszego spotkania w Nicei. Zadaję sobie pytanie, czy mogę – pozbawiony szczególnych powabów fizycznych – rywalizować (na dłuższą metę) z tymi wspaniałymi młodzieńcami, o których mi opowiadałaś.

Rzeczywiście, chwilami, kiedy wysłuchiwałem tych jej pełnych rozegzaltowania wynurzeń, ogarniała mnie furia – gdybym nie był tak spragniony Lou, gdybym nie pożądał tak szaleńczo jej ciała, wyszedłbym, zatrzaskując drzwi za sobą, przerwałbym ten upokarzający seans zaprezentowany mi w dniach, o których całymi tygodniami marzyłem w koszarach, na maneżu, w kantynie, w łóżku czy raczej na pryczy.

Przypomniała mi się w związku z tymi przeżyciami opowieść pewnego znajomego, paryskiego ornitologa obserwującego obyczaje ptactwa: że mianowicie pewien jego gatunek, występujący w Masywie Centralnym, w nader wyrafinowany sposób dba o czystość rodowej krwi. Otóż kiedy samica nie może opuszczać gniazda, zajęta wysiadywaniem jaj lub zatroskana o świeżo wyłonione z jaj potomstwo, i cały trud zdobywania pożywienia spada na samca, samczyki z sąsiednich gniazd starają się – niekiedy skutecznie – wykorzystywać seksualnie osamotnioną małżonkę owego zajętego zdobywaniem żywności „zaopatrzeniowca”. Toteż on po każdym powrocie do gniazda i po przekazaniu przyniesionego pokarmu do dyspozycji małżonce starannie wydziobuje z jej łona złożone przez sąsiadów nasienie. Czyżby i mnie przypaść miała podobna rola? Czy takie minetki mogłyby mnie radować?

Oto, co Ci powiem, Lou. Zastanów się dobrze, czy nie powinnaś wycofać się z czynionych mi obietnic, zanim nie będzie na to za późno. Teraz, pochłonięty moimi zajęciami wojskowymi, zniósłbym nasze rozstanie łatwiej, niż kiedy byłbym musiał zmagać się z nimi jako jedynym moim problemem. Tobie również łatwiej będzie przystać na naszą separację wcześniej niż później. Tak oto abdykuje ze swego przewodnictwa mistrz, składając losy naszego związku w dłonie swej dobrowolnej niewolnicy-ochotniczki. Zastanów się nad tą sprawą poważnie, Lou, pomyśl o sobie, pomyśl o mnie. Kocham Cię goręcej niż kiedykolwiek przedtem, ale też i poważniej, z pogłębionym poczuciem odpowiedzialności. Także i Ty kochaj mnie poważnie – albo nie kochaj wcale.

Napiszę jeszcze, że – jak mnie poinformowano – nie mam już szans na przepustkę przed Wielkanocą. Może dlatego właśnie, że i tak skazany jestem na koszarowe osamotnienie w umundurowanym tłumie, odważam się na stawianie sprawy z Lou na ostrzu noża? No to nie cofajmy się przed ryzykownym zakończeniem:

Będzie dobrze, niech żyje Francja, niech żyjesz Ty, Lou ukochana! Uwielbiam Cię i biorę w posiadanie –

Gui.

* * *

Nîmes, 4 stycznia 1915

Kochanie moje,

nie tragizuj sprawy, podjętej w moim wczorajszym liście, ale jednak potraktuj go poważnie.

Muszę kwestię możliwości naszego rozstania ujmować rzetelnie i możliwie precyzyjnie, żeby Lou ani nie odebrała jej histerycznie, ani nie zlekceważyła.

W czasie naszego ostatniego spotkania w Nicei odniosłem wrażenie, że już mnie nie kochasz tak mocno jak uprzednio.

I wystarczy, bez mazgajenia. Może przypomnę, że pisałem do Picassa i Picabii z prośbą, by się nią zaopiekowali, a nawet prześlę jej ich odpowiedzi deklarujące gotowość spieszenia jej z pomocą w zabiegach o uzyskanie przepustki do Rambervilliers w Wogezach, w strefie przyfrontowej, w którym to rejonie przebywa Toutou. Picabia w liście do mnie przewiduje zakończenie wojny w ciągu sześciu tygodni – trzeba się więc spieszyć z tymi odwiedzinami! I muszę ją jeszcze poprosić, by mi kupiła najnowszy tom Léautauda „Le Petit Ami”, jeśli zostało jeszcze trochę moich pieniędzy (trzy franki powinny wystarczyć, ostatnio zawiadomiono mnie, że będą przelewali o 50 franków miesięcznie więcej niż dotychczas).

Ani dziś, ani wczoraj nie dostałem od Ciebie żadnego liściku. Ale nie tracę nadziei, że jutro coś nadejdzie i że uda mi się zasnąć spokojnie. Kocham Cię, podziwiam, całuję i biorę w posiadanie calutką, moja Lou cudowna, ukochana, moja duszo i moje wszystko –

Twój Gui.

* * *

Nîmes, 5 stycznia 1915

Moje kochanie,

mam dla Ciebie dobrą wiadomość: dziś przeniesiony będę z kursu dla podoficerów rezerwy na kurs dla oficerów rezerwy artylerii. Nie muszę zdawać żadnego egzaminu ani stawać do żadnego konkursu, jedynie zwiększa się ilość zajęć – od pół do ósmej do dziewiątej oporządzanie koni, potem teoria do jedenastej, drugie śniadanie, do dwunastej regulaminy służby wewnętrznej, od południa do drugiej – jazda konna, od pół do czwartej – obsługiwanie dział, a na koniec, do pół do piątej – piesze ćwiczenia taktyczne.

Samemu sobie zaimponowałem tym rozkładem zajęć! Napiszę jeszcze, dla jej uspokojenia, że wielką pomocą są dla mnie koledzy – zwłaszcza pewien doświadczony inżynier i młody, zdolny matematyk. Wspomnę o przesyłce z Hendaye, znad granicy hiszpańskiej, od Soni Dellaunay – paczuszka zawierała pyszny nugat (niemal dorównujący temu niezapomnianemu z Montélimar), świeżutki, o wspaniałej barwie. I dodam, że pewnie będzie mi teraz łatwiej dostawać przepustki na parodniowe wyjazdy z Nîmes, a także pozwolenia na noclegi na mieście, kiedy by Lou mnie tu odwiedzała.

Kocham Cię ponad wszystko na świecie, moja Lou, tak piękna. Mam w żywej pamięci nasze przekomarzanki, Twoje prześmieszki z moich prób karcenia Cię, najpierw klapsami wymierzanymi w Twój prześliczny tyłeczek, a następnie przepraszalnymi ucałowaniami wszędzie tam, w te cudowne zakamarki Twego ciała, do których mógł dotrzeć mój złakniony Ciebie język. Wnikam nim teraz między Twe wargi, wzrokiem wgłębiam się w Twój wzrok, byśmy oboje nie dostrzegali w tej chwili niczego oprócz siebie nawzajem.

Gui.

* * *

Nîmes, 6 stycznia 1915

Królowo moja,

jakże mnie uradował Twój list! Jakże Ci jestem zań wdzięczny – napisałaś do mnie mimo trapiącej Cię choroby! Dbaj o siebie, proszę!

I muszę jej zasygnalizować, że przeniesienie na kurs oficerski przedłuży mój pobyt w Nîmes – szkolenie oficerów wymaga dłuższego czasu. Jest ciężko, ale jakoś daję sobie radę, ciągle największą trudność sprawia mi ta przeklęta hippika, te złośliwe, bezwzględne konie. Dołączono do naszej trójki jeszcze dwóch kandydatów na oficerów – profesora filozofii z Apt i adwokata z Nicei; ten pierwszy jest kompletnym idiotą, prawnik jest znacznie bystrzejszy.

I może jeszcze spytam, co by mi radziła:

Czy dotrwać na tym kursie do końca, do promocji oficerskiej, czy zabiegać o wysłanie na front już po ukończeniu tej fazy szkolenia, po której zostałbym mianowany podoficerem i wyekspediowany na front?

Zdaję się na Ciebie w tej kwestii, moje kochanie, na Twoją radę, która rozstrzygnie o mej decyzji. Całuję Cię tysiąckrotnie.

Guil.

* * *

Nîmes, 7 stycznia 1915

Lou moja uwielbiana,

dziś dostałem Twoją, tak miłą i piękną, kartkę pocztową oraz list napisany u Vogadów. Podziwiam Cię, moja Lou, czytając Twoje listy, tak uroczo wystylizowane, kocham Cię bardziej jeszcze.

Napiszę jej jeszcze, że dostałem też list od mojego mistrza z Akademii Goncourtów, Elémira Bourgesa, a także od Blaise’a Cendrarsa, poety szwajcarskiego, z którym – wraz z Fleuretem – stanowimy dziś trójcę poetów obdarzonych prawdziwym talentem lirycznym. Cendrars napisał w swym liście, że nie może mi podać adresu zwrotnego, ponieważ jest to tajemnica wojskowa i sam nie wie, „ou nous SOMMES’, z czego wywnioskowałem, że znajduje się gdzieś nad Sommą. Jakże ta wojna stymuluje twórczą inwencję!

Co do mnie jednak, stwierdzam, że szkolenie, jakie odbywam, jest tak męczące, iż nie jestem w stanie napisać niczego oprócz felietonu do „Le Petit Niçoise” (kolejny wyekspediuję do redakcji w niedzielę).

Całuję Cię tysiąckrotnie, najserdeczniej, całe Twoje przepiękne ciało, Twe cudowne włosy, Twą pupę hurysy i calutką biorę w posiadanie.

Gui.

* * *

Nîmes, 8 stycznia 1915

Kochanie moje,

dostałem dziś sweter od żony rzeźbiarza Archipienki! Uwielbiam Cię i zabieram się do poszukiwania pokoju, w którym się zatrzymasz, kiedy tu przyjedziesz.

Nie mogę się tego doczekać! Marzy mi się ta chwila, kiedy posiądę całą jej miłość i czułość, i –

– i zarazem całą Twoją bierność oraz całe Twoje wspaniałe niepohamowanie, a ja będę obiema mymi dłońmi miłośnie chłostał Twoje bujne, aksamitne pośladki, rozwierające się i zwierające na przemian, w rytmie wymierzanych im przeze mnie klapsów. Będę je chłostał aż do pojawienia się plamek krwi, ponieważ szaleję za ich smakiem – mieszanki malin z mlekiem. I kocham nadawać Twej wspaniałej pupie kardynalską, purpurową barwę –

– a wtedy wdzieram się w nią bezlitośnie, nie bacząc na pojękiwania i prośby o litość, jakie wydaje z siebie Lou, świadoma przecież, że ich nie potraktuję dosłownie, że zrozumiem, iż czerpie z nich ona szczególną satysfakcję, której dostępują bogobojni grzesznicy uwalniani od winy za cenę dobrowolnego, radosnego wręcz cierpienia. Tak,

Lou ma się mnie bać, tak jak oni lękają się swego Najmiłościwszego Pana i Zbawcy –

– i będziesz mogła epatować Toutou, przy najbliższym z nim spotkaniu, Twym zmaltretowanym, pucołowatym tyłeczkiem, mnie zaś na klęczkach prosić będziesz o przebaczenie, bo jestem Twoim suwerenem, panem i władcą – i to mi w pełni odpowiada.

Twój Mistrz,

Gui.

* * *

Lou, moja uwielbiana,

oto dziś dzień pierwszego z egzaminów oficerskich (ale kiedy nadejdzie dla mnie dzień frontowej krwi i chwały?). Wyszedłem właśnie z sali po napisaniu wypracowania na temat sformułowany następująco: „Powietrze atmosferyczne, jego właściwości fizyczne i chemiczne”. Z dziedziny historii pisałem o wojnach z czasów panowania Louisa XV, które zatarły mi się dość dokładnie w pamięci od czasów szkolnych.

Lekce sobie ważę te wszystkie wypracowania, odkąd jej ostatnie dwa listy umocniły mnie w pewności, że Lou mnie kocha i że wierzy w moją do niej miłość. Poproszę ją, by zapewniła Toutou o przyjaźni, jaką dla niego żywię i o tym, że będę przestrzegał wszystkich jego zaleceń.

Lou, kochanie moje,

mój klejnocie, moja perło krągła jak Twój tyłeczek, jak Twoje dwa cycuszki, nieskończenie piękne i rozkwitłe jak dwie różyczki bez kolców.

Nasza korespondencja staje się wzorem słownego komunikowania się dwu istot ludzkich obdarzających się nawzajem pełnią doznań zmysłowych i pełnią wewnętrznej uczuciowości. Przekazujemy sobie najszczerszy zew duchowej wspólnoty poprzez wydzielaną przez nasze organizmy czarowną i płomienną wilgoć, poprzez wszystkie spazmatyczne wibracje naszych ciał, poprzez niewidzialne, a przemożne fluidy, poprzez najbardziej wyczerpujące i zarazem ożywcze zespolenia naszych ciał we wzajemnym oddaniu zmysłowym, uczuciowym, duchowym. Będę jej tę istotę naszego miłosnego zespolenia tłumaczył wytrwale, aż do znudzenia, a raczej aż do chwili, w której ją w pełni zrozumie i sobie przyswoi.

Lou, wszystkie odruchy, drgania i porywy mego ciała kierują się ku Tobie, wciągają Cię w mojeparoksyzmy i wprowadzają w Twoje ciało całą swą energię i wszystkie impulsy. Męczę Cię przy tym najintensywniej, jak mogę, aż do chwili, w której prosisz o łaskę Twego kochanka, widząc, iż został już Twą ofiarnością usatysfakcjonowany. Uwielbiam Cię i ściskam najczulej.

Gui.

Chyba znów zapomniałem postawić datę w tym liście, a już go wyekspediowałem. Odpis będzie datowany – 9 stycznia – dla porządku.

* * *

Nîmes, 11 stycznia 1915

Jutro mam egzamin z matmy – pierwszy pisemny sprawdzian z serii egzaminów oficerskich. A dziś napisałem pierwszy od długiego czasu wiersz, o Lou (do niej?). Włączę go w ten list; może się uśmiechnie, czytając ostatnią część – a może rozśmieszy ją jego prostota wystylizowana na naiwną śpiewkę ludową? W tej konwencji piszę współkolegom koszarowym okolicznościowe wierszyki mające uświetnić różne ich rodzinne uroczystości.

Ciągle nie znam zakresu zdolności Lou do bawienia się pastiszem, parodią, persyflażem literackim, ale zaryzykuję:

Na zamglonym niebie

W podobiznę ciebie

Chmurki się ścielą –

– albo:

Wpatruję się w twoje zdjęcia

Oświetlone zapalniczką dla pojęcia

Jakiegom dostąpił szczęścia

Oglądając z zachwyceniem

Twego łona ubarwienie

Gui.

No i czekam na jej reakcję.

* * *

Nîmes, 11 stycznia 1915

Lou, moje kochanie,

czuję się dziś bardzo szczęśliwy, dzięki Tobie: otrzymałem od Ciebie dwa listy i pocztówkę!

Nie brak zresztą i innych powodów do zadowolenia; zaprzyjaźniłem się z kilkoma nowymi kolegami – współuczestnikami kursu oficerskiego: wybitnym matematykiem Nicollinim, a także z Nicolasem Hussonem (czy też Bussonem – podpisuje się niezbyt czytelnie, a ja krępuję się go wypytywać) – inspektorem oświaty, pedantem i skrupulantem (jak każdy nauczyciel!), pilnującym ładu w naszym wspólnym pokoju. Najbliższym przyjacielem frontowym pozostaje oczywiście René Berthier, młodociany poeta z Tulonu, podobnie jak ja wrażliwy na wszystkie zarówno inspiracje, jak i trucizny wojenne.

Ale najważniejsza zmiana mej sytuacji koszarowej polega na tym, że łóżko ściele mi teraz żołnierz! On też nasze pomieszczenie sprząta (z grubsza, oczywiście, szczegółów dopilnowuje pan inspektor). Ale słanie łóżka! Śnię w nim o Lou.

Nigdy już nie będę powątpiewał w Twą miłość do mnie. Pozostaniesz na zawsze mą mistrzynią. Jesteś w moim życiu osobą najwyższej rangi.

Może nie najzręczniej wypada to określenie, zatrąca formalną tytulaturą, czy wręcz tytułomanią, pleniącą się zwłaszcza w wojsku – czyżbym się nią zainfekował? W każdym razie muszę tonację tego listu ocieplić:

Nawet sobie nie wyobrażasz, Lou moja ukochana,

jak bardzo Cię dzisiejszej nocy pragnąłem. Pieściłem w wyobraźni Twe ciało, tę tkliwą wilgotność tajemniczej groty, ku której zdąża moja pożądliwość. Zamierzałem we śnie, by – jeślibyś znów, jak poprzednio, nie zgadzała się kochać się ze mną na mój sposób – obnażyć Cię i ustawić na czworakach, jak pieska, a ja wsunąłbym się pod Ciebie i nawilżał językiem Twą jaskinkę, by stała się w pełni sposobna do wchłonięcia mnie w siebie. I oddawałbym w tę cudowną głąb jako doświadczony kanonier kolejne salwy artyleryjskie, aż zdobyłbym tę czarowna twierdzę do końca, musiałabyś się przede mną ukorzyć i błagać o zmiłowanie.

Co więcej, znalazłaby w tym akcie poddania się zdobywcy spełnienie najistotniejszych powołań i powinności samiczych wobec samca – króla stworzenia, dla którego (i z żebra którego) została wedle powszechnego (zwłaszcza wśród mężczyzn!) mniemania przed prawiekami stworzona.

Napiszę jej też, że nasz komendant, pułkownik Pastoureau de la Besse, wezwał mnie dzisiaj do siebie, by mi oznajmić, że nie może wprawdzie przewidzieć wyników konkursu (egzamin oficerski oparty jest na zasadach kompetycji), ale chciałby ze mną porozmawiać o poezji, a przede wszystkim o poetach-żołnierzach. (Zdawał się nie wiedzieć, że poległy w toku wojny André Chénier nigdy nie służył w wojsku!).

Całuję Cię zdobywczo.

Gui.

A wyniki egzaminacyjnego konkursu zapewne poznam jutro.

* * *

Nîmes, 12 stycznia 1915

Lou, moja uwielbiana,

niepokoję się – podobnie jak Nicollini – wynikami egzaminu: ciągle jeszcze ich nie znamy; nasz instruktor, inżynier Latty, bratanek arcybiskupa Avignonu, przypuszcza, że je nam podadzą do wiadomości około ósmej wieczorem. A w dodatku trapi mnie grypa – poszedłem do ambulatorium, gdzie mnie wyposażono w jakieś medykamenty – zobaczymy, czy się okażą skuteczne.

Ale nie będę męczył mojej Lou szczegółami tych niedomagań, po co ją martwić. Co się tyczy stopnia oficerskiego, jaki mamy uzyskać, okazuje się, że przyznany nam będzie tylko na okres działań wojennych. Tymczasem dowiedziałem się (i natychmiast poinformuję o tym Lou), że dostałem najwyższą notę za styl i wypracowanie z francuskiego; Nicollini otrzymał analogiczną notę z nauk ścisłych.

Okazało się też, że my, dojrzalsi wiekiem i lepiej wykształceni, będziemy sukcesywnie, w miarę zapotrzebowań armii, mianowani podoficerami, działonowymi, a kiedy się sprawdzimy w działaniu, zostaniemy promowani do stopnia podporuczników rezerwy. Komendant zapowiedział, że Nicollini i ja jesteśmy pierwsi na liście do tych awansów. Okazałem się też jednym z najlepszych elewów naszego kursu w działaniach artyleryjskich.

Ale przy tym wszystkim uwielbiam Cię bezgranicznie i pożądam nieustannie, o czym niech zaświadczy załączona fraszka, zaczynająca się od słów:

Co wieczór

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Rozdroża miłości Guillaume’a Apollinaire’a (Wilhelma Apolinarego Kostrowickiego)