Dwaj żołnierze

Dwaj żołnierze

Autorzy: Anders Roslund Hellstrom Borge

Wydawnictwo: Albatros

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 656

Cena książki papierowej: 38.00 zł

cena od: 26.76 zł

Inspektor Ewert Grens i José Pereira z wydziału do spraw zwalczania zorganizowanej przestępczości i gangów, ścigając groźnego zabójcę, napotykają na swojej drodze młodocianych przestępców – braci Leona i Gabriela. Chłopcy zrobią wszystko, by zapamiętano ich jako najgroźniejszych zbrodniarzy w historii.

Ta książka pochłonie Cię całkowicie od pierwszego rozdziału!
Independent
O książce

Råby to jedno z przedmieść Sztokholmu, gdzie kwitnie przemoc i handel narkotykami. Władze traktuję to miejsce jak ziemię niczyją, zastraszani mieszkańcy są bezbronni, a dzielnicą rządzą młodociane gangi. Na czele jednego z nich stoją Leon Jensen i Gabriel Milton, którzy na drogę przestępstwa zeszli już w wieku dziewięciu lat. W wielką akcję planowaną przez siedzącego w więzieniu Leona ma być włączony nie tylko Gabriel, któremu wciąż udaje się unikać zatrzymania, ale i inni członkowie gangu – zarówno ci pozostający na wolności, jak i ci odsiadujący wyroki w różnych więzieniach. Choć nie każdy z nich wie, o co chodzi, czują, że szykuje się coś dużego.

Czuje to również José Pereira z policyjnej sekcji do walki z przestępczością zorganizowaną. Trudno jednak zapobiegać zagrożeniu, opierając się jedynie na przeczuciu, zwłaszcza gdy więzienne mury nie stanowią dla przestępców żadnej przeszkody.

ANDERS ROSLUND i BÖRGE HELLSTRÖM

Para szwedzkich autorów, która zasłynęła serią powieści kryminalnych odznaczających się wyjątkowym realizmem opisywanych zdarzeń. Roslund to znany dziennikarz i reporter specjalizujący się w tematyce społecznej i kryminalnej, szef redakcji informacyjnej telewizji publicznej. Hellström jest jednym z założycieli organizacji na rzecz zapobiegania przestępczości, moderatorem debat o szwedzkim systemie penitencjarnym. Wspólnie napisali sześć powieści przełożonych na kilkanaście języków i sprzedanych w ogromnych nakładach. Ich debiutem był wydany w 2004 thriller Bestia, uznany za Najlepszą Skandynawską Powieść Kryminalną Roku. W kolejnych latach wydali Dziewczynę, która chciała się zemścić, Odkupienie, Dziewczynę w tunelu, Trzy sekundy (zdobywca tytułu Najlepszej Szwedzkiej Powieści Kryminalnej 2009 Roku). Bestia została niedawno sfilmowana przez szwedzką telewizję, a 20th Century Fox przygotowuje film na podstawie Trzech sekund.

Tych autorów

DZIEWCZYNA, KTÓRA CHCIAŁA SIĘ ZEMŚCIĆ

ODKUPIENIE

TRZY SEKUNDY

DZIEWCZYNA W TUNELU

BESTIA

DWAJ ŻOŁNIERZE

Tytuł oryginału:

TVÅ SOLDATER

Copyright © Anders Roslund & Börge Hellström 2012

All rights reserved

Published by agreement with Salomonsson Agency

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Wojciech Łygaś 2014

Redakcja: Marta Bogacka

Zdjęcie na okładce: ivan101/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: © Mariusz Banachowicz

ISBN 978-83-7985-097-6

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em

Spis treści

Znacznie wcześniej

Teraz. Część pierwsza

Zostało dwadzieścia pięć dni

Zostały dwadzieścia dwa dni

Pozostało czternaście dni

Zostało trzynaście dni

Zostało jedenaście dni

Zostało osiem dni

Zostało sześć dni

Zostały cztery dni

Zostały trzy dni

Zostały dwa dni

To już jutro

Dzisiaj

Teraz. Część druga

Teraz. Część trzecia

Teraz. Część czwarta

Teraz. Część piąta

Teraz. Część szósta

Dzień później

Kolejny dzień później

Jeszcze jeden dzień później

Dużo później

Od autorów

Przypisy

Człowiek pragnie być kochany. Z braku miłości — chociaż podziwiany, z braku podziwu pragnie wzbudzać strach, a jeśli nie osiągnie nawet tego, to pragnie wzbudzać chociaż wstręt i pogardę, chce poruszać ludzkie uczucia. Dusza wzdraga się przed próżnią, chce kontaktu za wszelką cenę1.

(Hjalmar Söderberg, Doktor Glas, 1905)

Twój brat jest jak twoje własne ciało,

Dla ciebie żyje i umiera,

Jest przy tobie rano i wieczorem,

w doli i niedoli. Ale jeśli twój serdeczny brat nie słucha rozkazów, jeśli szuka Seksu, Kasy, Marychy, Szacunku, wiecie, o czym mówię, to wtedy zostaje tylko jedno: KULA W OBA KOLANA. Nie żartuję. Jesteśmy braćmi. Jesteśmy władzą. Jesteśmy wojownikami

i Rodziną. Aż do śmierci.

(Dowód nr 2012-0221-BG2219 p.41

znaleziony w torbie marki Adidas 120207)

Znacznie

wcześniej

Leży tu już tak długo.

Ciągle słyszy ludzkie głosy.

A może kroki.

Słyszy ich, gdy idą długim korytarzem. Jedni poruszają się szybko, inni jakby się wloką; czasem jej się wydaje, że zatrzymują się tuż przy metalowych drzwiach, jak gdyby nasłuchiwali. Chce do nich wtedy zawołać, poprosić, żeby weszli do środka i potrzymali ją za rękę. Nigdy tego nie robią. Idą dalej, a ich kroki giną w monotonnym dźwięku maszyn i głośnym brzęczeniu lamp — stuk, bzz, stuk, bzz. Zamyka oczy, ale nie ma odwagi zatkać uszu — stuk, bzz, stuk, bzz — jest sama, ale wcale tego nie chce.

· · ·

Ma dziwną twarz.

Może mieć szesnaście, siedemnaście, a nawet osiemnaście lat.

Wygląda staro. Może to z powodu bólu albo strachu, a może jej ciało w zupełnie inny sposób pochłania czas i pozwala mu, żeby robił swoje.

Wygląda na to, że leży wygodnie. Nosze na wózku są dość szerokie, ona ma drobne ciało. Pokój jest znacznie większy od innych. Stoi w nim łóżko, szafka na ubrania, stół i krzesło, jest też prysznic. I chociaż oprócz niej w pokoju przebywa jeszcze osiem osób, właściwie jest tu prawie pusto. W nogach stoi kobieta w zielonym fartuchu, która przesuwa dłonią po szorstkim materiale tam i z powrotem, jakby chciała ją ogrzać. Potem zbliża dłoń do jej ud, czubkami palców dotyka podbrzusza. W drugiej dłoni mocno zaciska igłę, trzydziestocentymetrową plastikową rurkę kieruje w stronę miękkiej błony, przezroczystego pęcherza pełnego wody. Pęcherz ugina się i wraca do poprzedniego stanu, więc znowu kłuje go igłą i jeszcze raz, aż pęcherz poddaje się i pęka.

· · ·

Słyszy kroki. Ktoś się zatrzymał i zaraz odszedł.

Trochę dalej ktoś otwiera drzwi. Ktoś inny krzyczy, a może płacze, trudno rozróżnić.

Otwiera oczy. To, co teraz widzi, jest białe, prawie błyszczące; gołe lampy i maszyna z cyferkami, zielonymi liniami i cienkimi kablami; dopiero po dłuższej chwili jej oczy zaczynają się przyzwyczajać.

Już tak nie boli. A może to ona jest wytrzymała? Jak podczas miesiączki. Właśnie tak. Tylko ten ból jest silniejszy, dłużej trwa i częściej powraca.

Dwie kobiety w pokoju mają na sobie zielone fartuchy. Pozostała szóstka — trzy kobiety i trzej mężczyźni — jest ubrana w białe fartuchy, spod których wystają czarne spodnie i czarne buty.

Kobiety w zielonych fartuchach stoją blisko, reszta dalej, prawie pod ścianą.

Nikogo z nich nie zna, chyba nie… chociaż chwilę, poznaje tamtą kobietę, która tu pracuje. Poznała też tamtego faceta, który wyważył drzwi w jej mieszkaniu, krzyczał na nią, powalił na podłogę, przycisnął i skuł kajdankami.

· · ·

Teraz już łatwiej patrzeć. Odwraca się w stronę okna. Na dworze jest ciemno i zimno, wszędzie leży głęboki śnieg. Kilka dni temu robiła tam orła: położyła się na ziemi, rozkładała nogi i ramiona, aż musieli ją przywołać do porządku; podeszli, złapali ją za ręce i wnieśli do środka. Teraz w tamtym miejscu, na samym środku dziedzińca, stoi karetka pogotowia. Dziewczyna próbuje wstać i podejść do okna, żeby pomachać strażnikowi stojącemu przy przednich drzwiach samochodu. Kiedy mężczyzna oddycha, z jego ust wydobywają się kłęby gęstej pary.

— Nie wstawaj.

Kobieta w zielonym fartuchu patrzy na nią i wzdycha. Chude ciało dziewczyny na łóżku wydaje się takie drobne, jakby nie pasowało do tego miejsca.

— Połóż się.

Ale nie tutaj.

Pokój, korytarz, metalowe drzwi, kraty.

— Słyszysz? Połóż się.

· · ·

Ramiona w zielonym fartuchu dotykają jej rąk, piersi, nóg, ciągną za twardy brązowy pas na plecach, kierują elektroniczne ramię dokładnie w ten punkt na brzuchu, gdzie serce bije najmocniej, sto siedemdziesiąt cztery uderzenia na minutę. Coraz mocniej i mocniej.

Ma już duże rozwarcie, prawie dziewięć centymetrów, do końca zostało naprawdę niewiele.

· · ·

Przypomina jej to fale ognia.

Jakby ją coś uderzało, popychało, naciskało. Wszystko to dzieje się wewnątrz jej ciała, ale nie ona o tym decyduje.

· · ·

Znowu patrzy w stronę zakratowanego okna. Okrągłe czarne pręty są tuż przy szklanej szybie. Na zewnątrz — przed ogrodzeniem i drutem kolczastym — leży biały śnieg, na który pada światło reflektorów. Jest zupełnie inne, jeśli porównać je ze światłem ulicznych latarń. Karetka nadal stoi przy śnieżnej zaspie, strażnik macha rękoma, żeby się rozgrzać. Wystarczy lekko unieść głowę i się przesunąć na łóżku, by zobaczyć też inny samochód. Niewielki, szary, ciemny.

— Wody?

— Odeszły.

— Główka?

— Przy kręgosłupie.

Obie kobiety w zielonych fartuchach wciąż jej dotykają, rozmawiają z nią. Reszta stoi w milczeniu pod ścianą.

Leży tu ze względów bezpieczeństwa.

Tak jej powiedzieli.

Istnieje ryzyko porwania.

· · ·

Fala. Ogień. Ucisk. Uderzenie. Wysiłek.

Głośno krzyczy.

Pierś, którą uciska kanał rodny, woda wyciśnięta z płuc i powietrze, które je napełnia — pierwszy oddech.

To nie ona. Teraz już wie. To nie ona krzyczy.

· · ·

Przez krótką chwilę czuje na brzuchu coś mokrego i ciepłego. To dziecko. Jej dziecko. Patrzy na nie, kiedy dwie, a potem cztery ręce podnoszą je, niosą przez pokój, przez drzwi i dalej korytarzem, aż dziecko znika.

· · ·

Kobieta i mężczyzna — to oni trzymali jej dziecko, to oni z nim wyszli i wrócili bez niego. Teraz zdejmują białe fartuchy, pod spodem widać dżinsy i marynarki. Kobieta sięga po teczkę, wypełnia dokument, potem następny i kolejny. W drugim końcu pokoju stoją pozostałe osoby, które prawie zablokowały wyjście. Do tej pory w ogóle się nie odzywały. Dwie spośród nich, kobiety, mają pod białymi fartuchami niebieskie mundury strażników więziennych i plastikowe identyfikatory na lewej piersi. Obok nich stoją mężczyźni. Są ubrani w zwykłe garnitury zamiast mundurów, ale ona i tak wie, że to policjanci. Jeden z nich jest dobrze zbudowany, po czterdziestce. To inspektor policji kryminalnej. Drugi to aspirant, starszy od niej tylko o kilka lat.

Nie zna ich, a jednak oni widzieli ją nagą, patrzyli, jak się wypróżnia.

· · ·

Dziecko leżało na jej brzuchu, czuła jego oddech, miało lekko wilgotne usta.

Powinni okryć kocem to różowe ciałko, miękkie i gładkie, którego nikt jeszcze nie brał na ręce.

· · ·

Znowu spogląda przez zakratowane okno. Położna i salowa otwierają drzwi białej karetki pogotowia, w rękach trzymają przenośny inkubator, niczym torbę. Tuż za karetką stoi szary samochód osobowy; para w dżinsach i marynarkach otwiera przednie drzwi i wsiada do środka. Samochody jadą asfaltową alejką biegnącą wzdłuż wysokiego ogrodzenia i drutu kolczastego. Brama powoli się otwiera i samochody rozjeżdżają się w dwóch kierunkach. Jeden rusza w stronę szpitala w Örebro, drugi kieruje się do Botkyrki, jej rodzinnego miasta.

Zastanawia się, czy jezdnia jest śliska, czy ciężko prowadzić samochód nocą, gdy droga taka długa.

· · ·

Od dawna nie wypowiedziała ani jednego słowa.

Nie protestowała, gdy zabierali dziecko leżące na jej brzuchu; nie odezwała się, gdy oba samochody opuszczały teren więzienia dla kobiet o zaostrzonym rygorze.

Teraz wokół niej panuje całkowita cisza. Chyba tego nie wytrzyma.

Odwraca się w stronę jedynego człowieka, który pozostał z nią w pokoju. To policjant, ten po czterdziestce, który powalił ją na ziemię i zabrał z domu.

— Widział pan?

Policjant drgnął, zamyślony. A może po prostu zapomniał, jak brzmi jej głos?

— Co?

Pokazuje na swój brzuch, który nadal lepi się od wilgoci. Chyba powinna go wytrzeć, tę przezroczystą wilgoć i tę zabarwioną od krwi.

— To był chłopiec czy dziewczynka?

Teraz

Część pierwsza

(dwadzieścia osiem dni)

Na dworze było już jasno.

Czerwono-żółty koc z drobnym białym obramowaniem nie zasłaniał całego brudnego okna.

Teraz to dostrzegł.

Prowadzili zazwyczaj nocny tryb życia; spali za dnia i budzili się, gdy zapadał wieczór, który później zamieniał się w noc; jednak w sierpniu, między innymi z powodu tego pieprzonego koca, który był mniejszy, niż powinien, dzień zaczynał się dla nich mniej więcej o tej porze. Im bardziej zaciskał powieki, tym większa robiła się przezroczysta plama przed oczami; rosła i powoli wdzierała się w jego mózg i pierś.

Uderzył pięścią w ścianę i usiadł. Materac, na którym spał, znajdował się do niedawna w pewnej willi w Hägersten. Kosztował dziesięć tysięcy koron. Był gruby, czworokątny, z błyszczącym spodem.

Obok spała Wanda, całkiem naga.

Miała taką miękką skórę. Leżała cicho odwrócona do niego plecami. Przesunął delikatnie dłonią po jej biodrach, pośladkach, udach. Poruszyła się niespokojnie, przewróciła na bok. Chyba coś jej się śniło, tak się wydawało: miała napiętą twarz i pocierała jedną stopą o drugą. Często tak robiła.

On też był nagi. Czasem zapominał, jakie to dziwne. Że ktoś z nim jest, ktoś, kto widzi jego nagie ciało i się nie śmieje. Czasem się zastanawiał, czy tylko sobie to wyobraża. Kiedyś był przekonany, że widzi to w oczach innych. Teraz już nie jest taki pewien. Zaczęło się od Leona. Mieli wtedy po jedenaście lat i któregoś dnia znaleźli się razem w pokoju, a gdy się rozbierali, w oczach Leona nie dostrzegł ani wstrętu, ani szyderstwa, ani nawet zdziwienia. Do tej pory tylko Leon tak na niego patrzył, nikt inny. On sam nie oglądał się nawet w lustrze. Te, które wisiały w domu matki, stłukł. U babci w przedpokoju wisiało inne lustro: długie, szerokie. Za każdym razem, gdy koło niego przechodził, odwracał wzrok. Dokładnie wiedział, kiedy lustro na niego patrzy i kiedy powinien odwrócić wzrok.

Przyglądał się Wandzie.

Przed nią nie miał kobiety. Ona nic nie mówiła, nie bała się, nie unikała go ani nie wypytywała.

Położył dłoń na jej biodrze. Obudziła się i spojrzała na niego spod przymkniętych powiek. Popatrzyła na szczelinę między kocem a framugą okna, która wpuszczała smugę światła. Dotykała czubkami palców jego pleców, grubej skóry o nierównych brzegach, jakby ktoś położył elementy układanki jeden na drugim zamiast obok siebie. Po wszystkim długo na niej leżał i odpoczywał. Wcześniej miała okres, oboje intensywnie pachnieli.

Nie był zmęczony, chociaż powinien. Był wczesny ranek, a oni budzili się zazwyczaj późnym popołudniem. Przespali zaledwie trzy godziny. Czasem tak bywało.

Wytarł się do sucha w prześcieradło i sięgnął po maść w białej tubie, która zawsze leżała koło łóżka. Natarł nią stopy, nogi, tułów, plecy, brzuch, szyję. Wszystko z wyjątkiem twarzy. Tej nie naciera nigdy.

— Gabriel, podaj mi ją.

Spojrzał na nią.

— Co?

— Podaj mi tubkę. Nasmaruję cię. Sam nie zrobisz tego jak należy. Nie dosięgniesz do ramion i pleców.

Wyciągnęła rękę po śliską, zatłuszczoną tubkę, ale on uderzył ją mocno otwartą dłonią w palce. Na dwóch pojawił się czerwony ślad. Spojrzał na nią, a ona spuściła wzrok. Odwrócił się i zaczął sobie smarować pierś i uda.

Przeszli z sypialni do dużego pokoju. Na narożniku, w fotelu i trochę dalej na podłodze spali w ubraniach pozostali: Jon, Duży Ali, Javad, Bruno. Śmierdziało od nich alkoholem.

Gabriel zaczął ich trącać, potrząsać nimi.

— Co jest, kurwa…

Uderzył Javada w twarz.

Nie powinna była sięgać po tubę z maścią.

— Obudź się, bracie.

— Dlaczego?

Gabriel podszedł bliżej.

Nie powinna była mu proponować, że nasmaruje mu plecy.

— Bo ja już wstałem.

Niedopałki papierosów, puszki, strzykawki, butelki leżały na szklanym blacie stołu zaplamionym żółtawym sosem, wśród wyplutych łupinek orzechów i resztek pizzy. Obudzili się, ale nie wstawali, zmęczeni po zaledwie dwóch godzinach snu. Gabriel pochylił się nad ekranem nowego telewizora. Z czterech głośników przez całą noc dobiegał monotonny dźwięk odbijający się od ścian pokoju. Kiedy wyłączył telewizor, wszyscy drgnęli, a stos filmów na środku pokoju nagle się zachwiał i przewrócił.

W przedpokoju zawsze było pusto.

Żadnych mebli, dywanów, lamp.

Był tam tylko jeden jedyny mebel. Stał oparty o ścianę i lśnił dwoma rzędami białych pereł, którymi wysadzane były jego krawędzie. To narożnik na obuwie. Bardzo mu się podobał i dlatego często poprawiał jego ustawienie. Ważne, żeby on i jego dziewczyna widzieli go za każdym razem, gdy wchodzą do mieszkania albo z niego wychodzą. Narożnik był częścią łupu z włamu do willi w Södertälje. Wszystko z wyjątkiem narożnika sprzedali paserowi w Nacka.

A ona ciągle była naga.

Pocałował ją w piersi, podał jej dżinsy i krótką koszulkę z błyszczącym nadrukiem. Jego własne ubranie nadal leżało na balkonie: czarne spodnie z białą lamówką, szara bluza z kapturem i czerwona bejsbolówka.

Poczuł głód. Rzadko mu się to zdarzało o tej porze dnia.

Zajrzał na najwyższą półkę w lodówce i znalazł tam resztkę coca-coli.

Z półki w spiżarce wziął torebkę żelków. Oddzielił czerwone od zielonych.

Na dworze wiało, lżej będzie się oddychać.

Kiedy szli obok siebie, po raz kolejny stwierdził, że jest ładna. A on? Sam wiedział najlepiej, że nie był przystojny. Kiedy minęli pierwszy parking, skierowała się w stronę srebrnego bmw wartego przynajmniej osiemset pięćdziesiąt tysięcy w gotówce. Chwycił ją za rękę. Nie ten i nie dzisiaj. Wrócił pamięcią do swojej przeszłości i porównał ją z teraźniejszością i tym, co będzie kiedyś. Znał tu każdy betonowy dom, każdą asfaltową alejkę, słyszał to, czego nikt inny nie potrafił usłyszeć, rozróżniał wszystkie zapachy, na przykład zapach spalonej sortowni śmieci i zapach pustego kiosku, w którym jako chłopak kupował słodycze, gazetki pornograficzne, haszysz. Rozpoznawał nawet słodki zapach, którego od dawna już nie ma. Zapach kramu z owocami na rynku. Te gnojki powinny zapłacić mu więcej.

Całe Råby było puste.

Na asfaltowych podwórkach panowała cisza, nawet koce w oknach wisiały nieruchomo. Odwrócił się do Wandy, popatrzył na jej twarz, zajrzał jej w oczy i zaczął się zastanawiać, co ona tu widzi. Wanda pochodziła z innego świata, oddalonego stąd o wiele kilometrów. Widziała Råby takie, jakie jest teraz, i nic poza tym. Nie znała go takim, jakie było kiedyś, gdy działo się tu więcej.

Metro. Jest jak żywa niebieska żyła biegnąca przez coś, czego już nie ma.

Ten obraz i ten zapach lubił chyba najbardziej.

Zeszli po schodach, mijając drobnego, niskiego chłopaka. Wyglądał na dziesięć lat, ale był o dwa lata starszy. Na szyi miał gruby złoty łańcuch, włosy zaczesane do tyłu.

— Gabriel.

Chociaż chłopak zwrócił się do niego po imieniu, Gabriel nawet nie spojrzał w jego stronę.

— Gabriel!

Gabriel zatrzymał się, odwrócił i wbiegł schodami na górę.

Chłopak uśmiechnął się z dumą i wyciągnął do niego rękę.

— Siema, bracie.

Drugą dłonią przesunął po zaczesanych włosach, bardziej się wyprostował.

Mocne uderzenie.

Policzek.

Od razu pojawił się na nim odcisk po jednym z pierścieni.

— Chyba wiesz…

Gabriel spojrzał na niego, ale chłopak nie tracił fasonu. Stał przed nim dumnie wyprężony. Głos miał natarczywy, nawet wtedy, gdy ponownie wyciągnął w stronę Gabriela chudą rękę. Nie chciał ustąpić.

— …że jestem Eddie? Miłość, bracie.

Tym razem Gabriel już go nie uderzył.

Zbiegł po schodach i przeszedł obok kasjerki, która nie odezwała się ani słowem, nawet wtedy, gdy odwrócił się do Wandy i dał jej znać, żeby poszła za nim. Za bilet nie zapłaciła i nikt nie kazał jej płacić.

Oparli się o okno, szyba chłodziła im czoła. Mijali stacje, które niczym się od siebie nie różniły.

Takie same bloki, tacy sami ludzie w drodze do domu albo do pracy.

Hallunda, Alby, Fittja, Masmo, Vårby, Vårberg, Skärholmen. Dwanaście i pół minuty.

Wysiedli z metra i przeszli przez dom towarowy, który po każdym remoncie coraz bardziej przypominał galerię handlową i coraz mniej było w nim życia. Za szklanymi ścianami przy ruchomych schodach rozciągał się parking, który mógł pomieścić do trzech tysięcy samochodów. Skierowali się na sam koniec, gdzie były nowe szyldy i nowe kolory. Jednak zapach pozostał ten sam — pachniało wilgocią i spalinami.

Gabriel sięgnął po torbę z nadrukiem „Adidas” i wybrał samochód, starszy model Mercedesa. Najłatwiejszy cel.

Włączył stoper w zegarku i ustawił go na 00:00, a następnie położył się plecami na asfalcie. Zgiął nogi i wsunął tułów pod samochód, trzymając obie ręce wysoko nad twarzą. 00:05. Wcisnął się w ciasną przestrzeń pod podwoziem i odszukał czerwony cienki kabel połączony z klaksonem. Do przecinania czerwonego plastiku zawsze używał wąskich nożyczek, takich, jakimi posługują się fryzjerzy. Wysunął się spod wozu i wyprostował. Wyjął świeżo naostrzony śrubokręt i włożył go do zamka w baku paliwowym. 00:11. Potem objął kluczem francuskim uchwyt śrubokrętu, przekręcił go i niemal słyszał, jak spada ciśnienie powietrza i wszystkie drzwi w samochodzie otwierają się jednocześnie.

Spojrzał w stronę wyjścia, uniósł rękę i szybko ją opuścił. Wanda zauważyła jego ruch. Można było jej ufać.

Nadal byli tu sami.

Usiadł w skórzanym fotelu za kierownicą i wyjął z torby szczelinomierz. 00:15. Potrzymał go w żarze zapalniczki, wsunął w stacyjkę i przekręcił. Znowu go podgrzał i znowu przekręcił. Zrobił tak kilka razy. 00:24. Stopił ostre plastikowe końcówki, które mogłyby zaczopować otwór stacyjki.

Wanda uniosła rękę.

Jakieś głosy.

Kroki. 00:28.

Wsunął do stacyjki czubek długopisu i zaczął nim poruszać, żeby sprawdzić, czy nic go już nie blokuje. Wyjął jeden z wielu kluczyków samochodowych leżących na dnie torby — nie miało znaczenia który, bo każdym z nich i tak potrafił od razu uruchomić każdy starszy model Mercedesa — i spojrzał na stoper. 00:32.

W czasie roboty niewiele rozmawiał z Wandą. Nigdy tego nie robił.

Przecież nie miał jej nic do powiedzenia.

Wyjechał z dużego podziemnego parkingu dla klientów centrum handlowego i jadąc powoli środkowym pasem, minął południowe przedmieścia Sztokholmu. W oddali pojawił się zarys centrum miasta. Przyspieszył i zjechał na lewy pas. Zmierzali na północ, mieli do pokonania ponad czterdzieści kilometrów. Zazwyczaj zatrzymywali się przed czworokątną witryną na stacji benzynowej Shella przy zjeździe na Täby. Wanda chodziła tam do brudnej toalety na zapleczu i przygotowywała się do wizyty, podczas gdy on odwiedzał sklep, brał z regału dwie cole i patrzył na kasjerkę. Gdy wychodził ze sklepu, kasjerka odwracała wzrok. Nigdy się nie odzywała, pewnie często widywała takich jak on facetów o aroganckim spojrzeniu. Nie opłacało się ryzykować z powodu puszki wartej osiemnaście koron.

Usiadł za kierownicą, włączył muzykę na pełny regulator i postawił colę na desce rozdzielczej. Dwadzieścia minut później z toalety wróciła Wanda. W takich sytuacjach zawsze obserwował, czy porusza się normalnie, czy ma brudne ubranie na plecach od leżenia na twardej podłodze i czy z zewnątrz coś widać.

Zjechali z głównej drogi przy zjeździe na Aspsås. W oddali ujrzeli wieżę kościelną, miasteczko i więzienie. Parking przy zakładzie karnym był prawie pusty. Zawsze parkował jak najdalej od głównego wejścia, w pobliżu wysokiego muru.

Miał osiemnaście lat. Wanda siedemnaście.

Nie odwiedzali zbyt wielu miejsc, rzadko jeździli gdzieś dalej, ale wizyta w tym miejscu była dla nich czymś oczywistym.

Wanda poprawiła dżinsy i sweter i za osłoną chroniącą przed słońcem zaczęła szukać lusterka. Niestety, nie znalazła go tam. Przekręciła więc boczne lusterko samochodu i uśmiechnęła się. Po chwili wysiadła z wozu i ruszyła przed siebie, a Gabriel pojechał w stronę kościoła stojącego dwa kilometry dalej. Poczeka na nią przy ścieżce biegnącej wzdłuż kilku rzędów nagrobków na przykościelnym cmentarzu.

Kiedy Wanda doszła do bramy, odwróciła się w stronę kamery i mikrofonu.

— Słucham?

W głośniku rozległy się trzaski typowe dla wszystkich głośników przy więziennych bramach.

— Ja z wizytą.

— Do kogo?

— Do Leona Jensena.

Strażnik w niebieskim mundurze zaczął przeglądać listę gości, które zgłosiły odwiedziny.

— Jak się pani nazywa?

— Wanda.

— Jak?

— Wanda Svensson.

Zrobiło jej się zimno. Wiatr ustał, słońce oświetlało betonowe ściany. Marzła i pociła się zarazem.

Po chwili rozległo się kliknięcie i drzwi się otwarły.

Wolnym krokiem podeszła do okienka w dyżurce. Strażnik popatrzył na nią.

— Dowód poproszę.

Chyba robiło się chłodniej. Wanda coraz bardziej marzła, drżała na całym ciele.

— Pani już tu wcześniej była?

— Tak.

— No to wie pani, dokąd iść. Proszę się tam rozebrać.

Duszny pokój z jednym zakratowanym oknem. Widać przez nie mur.

Do jednej z wielu skrytek włożyła pęk kluczy, cztery monety dziesięciokoronowe i oba telefony komórkowe. Zamknęła ją na klucz i ruszyła wolnym krokiem w stronę bramki kontrolnej. Kluczyk od skrytki trzymała w ręce.

Zewsząd dobiegał monotonny dźwięk, który pochłaniał całą jej uwagę.

Muszą cię sprawdzić.

Podeszło do niej dwóch umundurowanych strażników, żeby sprawdzić, dlaczego na bramce, na wysokości jej talii, pali się czerwona lampka.

— Kieszenie.

Zrobiło jej się zimno, gorąco i znowu zimno.

Udała, że przeszukuje kieszenie, ale kluczyk od skrytki nadal trzymała w ręce. Po raz drugi przeszła przez bramkę i znowu rozległ się przeszywający dźwięk.

Leon wydał polecenie.

Muszą cię przeszukać.

— Znowu na wysokości talii.

Jeden ze strażników ustawił dwa stołki w odległości pół metra od siebie, drugi przyniósł wydłużony plastikowy czujnik. Kazali jej wejść na oba stołki i stać nieruchomo z rozstawionymi nogami. Strażnik przystawił jej czujnik do ciała i przesunął nim wzdłuż bioder, po wewnętrznej i zewnętrznej stronie ud.

— Pasek.

Wanda zdjęła pasek i włożyła go do plastikowej skrzynki.

— Och, przepraszam.

Uniosła rękę i pokazała im kluczyk, tak jakby o nim zapomniała. Spojrzała na obu strażników i uśmiechnęła się do nich. Obaj patrzyli na nią, czekając, aż włoży kluczyk do skrzynki.

— Proszę jeszcze raz przejść przez bramkę.

Mocno zakłuło ją w sercu.

Była pewna, że obaj strażnicy widzą, jak drży.

Przeszła przez bramkę.

Nic. Cisza.

Tym razem, ale tylko dzisiaj, muszą cię skontrolować. Nic więcej.

Stała spokojnie, a jeden ze strażników dał psu jej pasek do powąchania. Potem odebrała go i wsunęła w szlufki spodni. Odważnie wytrzymała ich wzrok i ruszyła w stronę pokoju spotkań. Pomieszczenie znajdowało się w samym środku zakładu karnego i było trochę jaśniejsze od innych.

Strażnicy zamknęli za nią drzwi od zewnątrz.

Już kiedyś siedziała na tym krześle. Rozejrzała się po pokoju.

Był niezbyt przyjemny.

Tak właśnie dzieliła wszystkie mieszkania i domy: na przyjemne i nieprzyjemne. Ten pokój był nieprzyjemny. Łóżko, w którym nikt nigdy nie spał, z plastikową ceratą wsuniętą pod prześcieradło; umywalka z pożółkłej porcelany i kran, z którego leciała tylko zimna woda. Zakratowane okno z widokiem na trawnik, który łączył siedmiometrowy mur więzienny z niemalowanymi zabudowaniami administracji.

Już nie jest jej zimno jak przed chwilą. I prawie wcale się nie poci.

Umyła ręce i wytarła je w papier z rolki przy łóżku. Spojrzała w lustro i jak zwykle uśmiechnęła się do siebie. Jej młodszy brat nazywał to „robieniem min do lustra”. Poruszyła ustami, brwiami, poprawiła włosy.

Metalowe drzwi w więzieniu mają potężne zamki, które wydają szczególny dźwięk. Po chwili ktoś zaczął je otwierać. Najpierw rozległ się cichy trzask, potem głośny.

— Macie godzinę.

Leon wszedł do pokoju.

— Najpierw przyjdziemy po ciebie, potem po nią. Okay?

Strażnicy, którzy przyprowadzili Leona, skinęli jej głową i czekali, aż odpowie im w taki sam sposób. Potem będą mogli wyjść i zamknąć ich na klucz.

Leon wskazał na łóżko. Usiadła na nim, a gdy znowu skinął jej głową, położyła się. Poduszka była twarda, przy każdym poruszeniu prześcieradła słychać było szelest ceraty.

Leon spojrzał na Wandę.

Wiedziała, jak powinna leżeć, gdy będzie rozpinał pasek i zamek błyskawiczny jej spodni i gdy potem zacznie je z niej ściągać.

Leon dotknął jej skóry, przesunął dłonią po kolanach i udach. Zdjął jej majtki, a gdy rozłożyła uda, przyłożył palec wskazujący i kciuk do jej warg sromowych.

· · ·

— Rozluźnij się.

· · ·

W końcu udało mu się dosięgnąć tego, czego szukał.

Plastikowa torebka.

Chwycił ją i wyciągnął.

Zważył w dłoni.

Dwieście gramów.

Leon, z plastikową torebką w ręce, uśmiechnął się do Wandy. Uśmiech był słaby, ale być może wystarczył, żeby i ona odważyła się do niego uśmiechnąć.

— Wrócisz tutaj dokładnie za czternaście dni.

Ciekawe, czy jest zadowolony, czy dobrze się sprawiła. Nie była wcale taka pewna. W końcu się uśmiechnęła.

— Jak będziesz tu jechać, włożysz sobie torebkę. Ale zanim wejdziesz, masz ją wyrzucić. Masz tylko pachnieć i nic przy sobie nie mieć.

Stali blisko siebie. Leon nie był od niej dużo wyższy.

Nie powinna była się do niego uśmiechać. Znowu odezwał się podniesionym głosem.

— Kapujesz, suko?

Jego ruchy były gorączkowe.

— Masz brzydki uśmiech, suko. Pamiętaj, masz pachnieć, ale masz być czysta. Kapujesz?

Poczuła jego oddech. Skinęła głową.

— Kapuję.

Leon spojrzał na nią, jakby chciał powiedzieć: Kapujesz? Gówno kapujesz.

Przez cały tydzień rozpowiadał wszystkim, że spodziewa się wizyty. Chwalił się, kto go odwiedzi i kiedy znowu przyjdzie.

Dwieście gramów.

Każdy klawisz na oddziale w bloku D1 za dwa dni będzie wiedział, że trafił tam nowy towar. Wszyscy się domyślą, że stało się to właśnie w ten sposób.

Patrzył na nią tak długo, aż odwróciła wzrok. Położył dłoń na brzuchu. Poczuł ucisk, zwłaszcza po bokach.

Z paczki, która zawsze leżała obok rolek papieru toaletowego przy łóżku, wyjął osiem prezerwatyw i każdą z nich napełnił porcją narkotyku o wadze dwudziestu pięciu gramów. Potem wszystkie połknął i popił wodą z kranu. Niedługo je zwymiotuje — tyle że do innej umywalki, w innym pomieszczeniu.

— Reza.

Österåker, sto gramów.

— Uros.

Zakład karny w Storbodzie. Sto gramów.

— Pojedziesz tam teraz.

Aspsås, Österåker, Storboda.

Po jednej wizycie w trzech zakładach karnych co drugi tydzień.

— Tak, pojadę.

— Obaj dostali grzywnę, każdy po pięć tysięcy.

— Pięć tysięcy?

— Tak. Najpierw im dasz to, co mają dostać. A potem im powiesz, że mają grzywnę. Kapujesz, suko?

— Kapuję.

Leon podszedł do metalowej płyty na ścianie między framugą drzwi a lusterkiem. Przesunął palcem po czerwonym guziku, ale go nie nacisnął.

— A Gabriel?

— Co?

— Jego raport.

Leon nadal stał blisko, czuła jego ciepły oddech.

— Dzieciak wszystko sprzedał. Dziewięćdziesiąt tysięcy. Więcej będzie z Södertälje, a może i z Märsty.

Wanda mówiła cichym głosem, jakby nauczyła się słów na pamięć. Najważniejsze, żeby zapamiętała wszystko jak należy.

— Dwanaście domków jednorodzinnych w Salem i Tullinge. Sto czterdzieści tysięcy. Dwa haracze w Vasastan. Pięćdziesiąt tysięcy. Dwie duże beczki benzyny na stacji Shella w Alby. Dziewięć tysięcy. Jutro chyba sklep z komputerami.

Leon skinął głową. Wanda nie potrafiła ocenić, czy jest z niej zadowolony. Miała nadzieję, że tak.

— Jeszcze jedna sprawa. To ważne.

— Co?

— Gabriel kazał przekazać, że jeden z waszych telefonów jest na podsłuchu.

Leon nadal trzymał dłoń blisko czerwonego przycisku. Po jej słowach opuścił rękę.

— Który telefon?

— Mówił, że… Gabriel mówił, że…

— Pytam: który telefon, suko?

— Powiedział, że… ten, którego używasz wspólnie z Mihajlovicem.

Przypomniała sobie. Przymknęła powieki. Te jego oczy. Nie podobają jej się.

— Jesteś pewna, suko, że Gabriel tak powiedział?

— Tak.

Nie chciała stać tak blisko niego. Jego twarz była napięta. Zamiast ją uderzyć, znowu odwrócił się w stronę metalowej płyty na ścianie. Pochylił się nad mikrofonem i przycisnął czerwony guzik.

— Skończyliśmy.

W głośniku rozległy się trzaski.

— Główna dyżurka.

— Tu Jensen. Skończyliśmy.

— Za pięć minut.

Z trudem nad sobą panował. Coraz gwałtowniej oddychał, mówił coraz głośniej.

— Mieszkasz tam?

— Gdzie?

— Tam.

Za każdym razem, gdy jest już po wszystkim, kiedy tak stoją i czekają, pojawiają się te same pytania.

— Tak.

— W jego pokoju?

— Tak.

— Przez cały czas?

— Tak.

Znowu stał blisko niej. Zaczęła się bać.

— Ja wprowadziłem się tutaj, ty przeprowadziłaś się tam.

Kiedy Leon wyszedł, została jeszcze chwilę w pokoju. Towarzyszyło mu dwóch strażników, jeden szedł za nim, drugi przed nim. Prowadzili go w stronę podziemnego korytarza. Zatrzymali się przy pierwszym pokoju po prawej stronie, gdzie Leon musiał rozebrać się do naga. Jeden strażnik przesunął mu dłonią w gumowej rękawiczce pod pachami i przeczesał włosy, a potem, kiedy Leon się pochylił, zbadał jego odbyt. Zabiję was wszystkich, myślał Leon. Na końcu dostał nowy komplet ubrań i ruszyli dalej prostym, szerokim korytarzem biegnącym kilka metrów pod więziennym spacerniakiem. Mijali zamykane na klucz bramy z kamerami u góry. Kiedy się do nich zbliżali, kamery zaczynały ich obserwować. Korytarzem doszli do bloku D i weszli schodami na piętro, na oddział w lewej części budynku.

· · ·

Przez cały dzień nic nie jadł. Kiedy wieczorem klawisze szykowali się do zamknięcia cel, zwymiotował do umywalki w łaźni z prysznicami. Rozdysponował pierwsze działki, a potem, już w swojej celi, złamał dwie kapsułki nad kubkiem z kawą, wymieszał mętny płyn małym palcem i wypił, zanim proszek całkiem się rozpuścił. Dolał więcej wody, żeby proszek nie zetknął się z językiem, i znów wypił. Resztę rozdzieli jutro rano, tym razem za darmo. Przez kilka kolejnych dób każdy więzień na oddziale będzie przyjmował zbyt dużą dawkę, i zbyt długo.

Tym razem będą cię tylko wypytywać i sprawdzać. Nic więcej.

Wyjrzał przez okno.

Masz tu wrócić. Dokładnie za czternaście dni.

Na dworze zaczęło się już rozwidniać.

Jak będziesz tu jechać, włożysz sobie torebkę. Ale zanim wejdziesz, masz ją wyrzucić. Chodzi o to, żebyś pachniała prochami. Niech sobie stoją ze swoimi psami, lekarzami i nakazem od prokuratora. Będą cię sprawdzać i przeszukiwać. Ale ty masz być czysta.

Za oknem wstawał świt. Zaczynał się nowy dzień.

Kiedy strażnicy pozamykali drzwi w celach, włączył lampę. Nie miała abażuru, więc świeciła mocnym, jasnym blaskiem. Usiadł przy zwykłym drewnianym stole, który w każdej celi stał przy ścianie pod oknem. Rozłożył na nim cienkie flamastry i kartkę A4 — z prawdziwej papeterii, którą więźniowie mogli kupować w więziennym kiosku. Kartki miały niebieskie linie. Po chwili namysłu zaczął pisać:

Miłość, drogi bracie!

Po napisaniu tych trzech słów rzucił flamastrami o ścianę, wstał z krzesła i krzyknął w stronę zakratowanego okna i metalowych drzwi: „Wszystkich was pozabijam!”.

Bardzo za tobą, kurwa, tęsknię.

Znowu krzyknął: „Wszystkich was pozabijam!”, ale tym razem skierował te słowa do ścian, podłogi i sufitu, łóżka i szafy, stołu i krzesła.

Ale mam nadzieje, bracie, że u ciebie wszystko w pożondku. Aspsås jest luz. Braciszek Alex pozdrawia, przesyła ci miłość i szacun.

Po północy połknął kolejne cztery gramy. Potem trudno mu już było pisać, bo czuł się tak, jakby jego głowa nie mogła kontrolować myśli. Krążyły bardzo szybko, a kiedy na chwilę się zatrzymywały, nie umiał ich uchwycić. Przeczytał jedenaście zapisanych stron.

jest jusz noc, lato i licze do 4 w myślach i na głos. Nie możemy, bracie, poszaleć razem, ale jusz niedługo…

Doszedł do wniosku, że to, co wydawało mu się tak mądre, gdy pisał o ciemnościach i świetle, i o różnicy między murem siedmiometrowym a murem przezroczystym, to właściwie kupa bzdur, więc…

Wiesz, bracie, że w sprawie rodziny podejmuję słuszne decyzje. RW to już przeszłość, GS są uzbrojeni po zęby, to już oddział.

…gdy pierwsze oszołomienie po działce minęło, napisał nowy list. Policzył na palcach — dwadzieścia siedem dni; tak ma się to dalej toczyć, niech kontynuują.

Jedenaście stron.

Odłożył flamaster i wstał od stołu. Spojrzał na lampkę nocną i zgasił ją. Nigdy tego nie robił, dopóki na dworze nie zrobiło się jasno.

Za kratami, w tamtym świecie, wstaje słońce. To będzie ładny dzień.

Pierwszy poziom w bloku D.

D1, lewe skrzydło.

Cela numer 2.

Widać stąd prawie cały więzienny dziedziniec — popękany asfalt i niewielkie czworokątne trawniki porośnięte brązową trawą, a trochę dalej, w odległości około sześćdziesięciu metrów, szary ciężki mur. Wiedział, że musi go nienawidzić, że to ważne. Jednak nigdy tego nie czuł. Ani przed laty, gdy mur bardziej przypominał płot; ani później, gdy na jego miejscu powstało prawdziwe ogrodzenie z drutu kolczastego; ani nawet wtedy, gdy pierwszy betonowy mur, jaki tu zbudowano — miał trzy metry wysokości — zastąpiono murem siedmiometrowym. Próbował go znienawidzić, pluł na niego, ale on nadal tu stał, chroniąc, strzegąc, otaczając ich z każdej strony.

Wszedł na chybotliwy stół i spojrzał ponad krawędź muru, gdzie słońce dotykało swą tarczą wieży kościelnej i drewnianych schodów. Przesuwało się powoli, jakby z wahaniem. Zauważył też na błękitnym niebie coś białego. Może chmury? Gabriel, miłość, drogi bracie, stał wczoraj po drugiej stronie muru, na wygrabionej piaszczystej ścieżce przed cmentarną bramą. Zawsze tam czekał, siedząc za kierownicą auta, kiedy ta suka, która próbowała coś przemycić, uśmiechała się do klawiszy. To jego pierwszy brat. Jedyny, któremu ufa. Jedyny, którego potrzebuje. Poznali się w trzeciej klasie. Tamtego dnia Gabriel siedział w którejś z przednich ławek. Na całym ciele miał pełno śladów po nakłuciach od igieł i wielkie dziury przy żyłach. Miał dziewięć lat i już był narkomanem. Poparzył się w jakimś domu, który całkowicie spłonął. Leon nigdy się nie dowiedział, jak do tego doszło. A może Gabriel po prostu nigdy mu o tym nie opowiadał? Lekarze zajmowali się jego skórą przez prawie osiem miesięcy, a on krzyczał z bólu. Kiedy wyszedł ze szpitala, nadal wypisywali mu recepty i robili zastrzyki z morfiny. A kiedy ból stał się trochę znośniejszy, obaj postanowili sprzedać część zapasów, których Gabriel już nie potrzebował. Jesienią, gdy zaczynali następną klasę, pokrywali już we dwóch jedną trzecią zapotrzebowania w całym Råby. Do morfiny dodali potem amfetaminę, bo na niej mogli więcej zarobić.

Leon odszedł od stołu i położył się na łóżku. Gapił się w żółty sufit, ale przy szafie zauważył biały kolor. Za to przy drzwiach i nad umywalką sufit był szary. Odchrząknął, zebrał ślinę na języku i powolnymi ruchami zaczął nawilżać miejsca, które go szczypały, duże bąble pokrywające język i te mniejsze, które porobiły mu się w głębi przełyku. Próbował wlać w siebie roztwór amfetaminy w taki sposób, żeby sobie jak najmniej zaszkodzić, ale niezbyt mu się to udało. Teraz czuł silne pieczenie w ustach. Będzie je czuł przez całą następną dobę, a może nawet dwie.

Szczęk klucza w zamku. Drzwi się otworzyły. To znak, że już siódma.

— Dzień dobry.

Strażniczka pochyliła się ku niemu, szukając jego wzroku.

Nie odpowiedział na jej powitanie.

— Dzień dobry.

Strażniczka nie odejdzie, dopóki jej nie odpowie, więc uniósł rękę i dał znak, że słyszał i że żyje, bo właśnie o to jej chodziło. Nie miał zamiaru zawracać jej głowy swoimi bąblami.

Wstał z łóżka, list nadal leżał na stole.

Bracie, UZBROJONY po zęby, ZAMKNIĘTY oddział!!

200% miłości, szacunku, dómy, braterstwa, obowiązku,

poczucia wspólnoty, honoru.

Przejrzał jedenaście stron listu, ze stosu ubrań pod stołem wziął czyste majtki, a z półki w niewielkiej szafie na ubrania ręcznik. Wyszedł ze swojej celi o powierzchni siedmiu metrów kwadratowych i ruszył naprzód korytarzem, w którym budziło się życie. Minął osiem cel po obu stronach, kącik telewizyjny, stół bilardowy, kuchnię i zatrzymał się tuż przed „akwarium”. Tak nazywali oszkloną dyżurkę, gdzie siedzieli klawisze. Spojrzał na sukę, która przed chwilą zaglądała do jego celi, żeby wymusić na nim poranne „dzień dobry”. Nie odwróciła wzroku. Zaczął na jej oczach wykonywać takie ruchy jak w czasie stosunku płciowego. Powinna odwrócić głowę albo spuścić wzrok, ale nie zrobiła tego, tylko nadal na niego patrzyła. Skręcił więc w stronę szarych drzwi z zamgloną szybą i wszedł do łaźni. Ze środkowego prysznica płynęła gorąca woda. Kąpiel dobrze zrobi jego skórze. Woda parzyła go w szyję, ramiona, klatkę piersiową, czuł się coraz bardziej rześko. W pewnej chwili do środka wszedł Alex. Leon skinął mu głową. Alex był wysoki, miał bladą cerę, dziewiętnaście lat i cieszył się jego zaufaniem. Żaden z nich się nie odezwał, bo obaj mieli owrzodziałe języki i gardła. Leon spojrzał na jego członek — gdy Alex brał prochy, nie pisał listów, tylko się onanizował. Miał zaczerwienione z niewyspania oczy i poczerwieniały, smętnie zwiotczały napletek. Nadal obejmował członek drżącą dłonią i się zaspokajał. Po raz pierwszy starli się w internacie szkolnym w Örkelljunga. Zostały mu trzy ślady na prawej piersi od uderzenia ostrym kastetem. Nadal są widoczne. Ten skurwiel był zbyt natarczywy. Kilka lat później, gdy siedzieli w poprawczaku w Bärby, doszła kolejna blizna: ciągnęła się od lewego ramienia aż do biodra i miała jaśniejsze brzegi. Alex znowu spróbował, ale on złapał go za lewe ramię i przeciągnął go po ziemi przez cały dziedziniec.

Gorąca woda. Przymknął oczy.

Drzwi zaskrzypiały i wszedł jeden ze starszych więźniów. Na pewno miał ponad trzydzieści, może nawet czterdzieści lat. Niektórzy twierdzili, że przekroczył już pięćdziesiątkę. Kiedy chemia dodaje komuś lat, trudno określić wiek. Był strasznie chudy i kiedy szedł, chwiał się na nogach. Twarz miał ściągniętą, tak jakby oczy ciążyły, a brwi się wznosiły. Brakowało mu wielu zębów. Należał do tych więźniów, którzy za napad z nożem, z odsłoniętą twarzą, dostają po dziesięć miesięcy. To tacy jak on napadają wypożyczalnie wideo albo sklepy 7-Eleven, bo akurat są po drodze. Wlókł się w stronę prysznica na końcu łaźni. Na rękach miał głębokie blizny, takie same jak u Gabriela, tyle że on miał blizny także na szyi i na wierzchu dłoni. Łatwo było się domyślić, że żyły miał poorane od igieł, że niektóre miejsca już zwapniały i zamieniły się w chrząstki i za każdym razem, żeby się przebić, trzeba było naciskać coraz mocniej. Leon patrzył, jak więzień wlecze się resztką sił. Spody jego stóp na pewno nie wyglądają lepiej od rąk i dlatego idąc, opierał się tylko na ich przedniej części. Nic dziwnego, że był tak powolny.

Leon skinął głową Alexowi i obaj równocześnie wyszli spod pryszniców. Ten stary skurwiel właśnie się odwrócił, jego nagie ciało było prawie przezroczyste, wargi lekko rozchylone. Leon uderzył go mocno otwartą dłonią w policzek. Mężczyzna upadł i leżał nieruchomo na podłodze. Wargi jeszcze bardziej mu się rozchyliły.

— I czego się tak uśmiechasz, chuju?

— Nie… uśmiecham się.

— Właśnie że tak.

Kolejne uderzenie otwartą dłonią w policzek, równie mocne, jak poprzednie.

— Przestań się, kurwa, uśmiechać.

Takich jak on było pełno. Za każdym razem, gdy kończą wypowiadać zdanie, uśmiechają się z wysiłkiem, w wyuczony sposób. Może wynika to z niepewności, może ze strachu. Większość z nich sama tego nie wie. Stoją tylko i uśmiechają się, żeby nikogo nie obrazić.

Leon nienawidził takiego uśmiechu.

— Skończyłeś już?

Jeszcze szerszy uśmiech. Jego chore ciało poruszyło się niespokojnie, spływała po nim woda. Drgania na twarzy między okiem, policzkiem i czołem były coraz częstsze i coraz bardziej gwałtowne. Leon złapał za jego rzadkie włosy, bo jak ktoś chce chwycić mokrą ręką mokrego człowieka, to powinien go chwycić właśnie za włosy.

— Pytałem, Ćpunie, czy już skończyłeś?

Znowu uśmiech.

Drgania na policzku.

Ciało, które próbuje się gdzieś ukryć.

— Niedługo skończę. A moja działka?

Leon złapał go mocniej za włosy.

— Niedługo? Co to znaczy niedługo?

— Mam już wszystko, co trzeba, kurwa. Oprócz farby. Chcę moje dziesięć gramów.

Leon złapał go jedną ręką za wychudzone ramię, a kciuk i palec wskazujący zacisnął mu wokół obojczyka. Ćpun rozdarł się na całe gardło, jak wszystkie ćpuny w takiej sytuacji.

— Niedługo?

— Dzisiaj. No mówię, kurwa, że dzisiaj. Po lunchu. Jeden klawisz…

Leon jeszcze mocniej zacisnął palce na jego obojczyku.

— Gówno mnie obchodzi kto. Dla mnie sprawa jest jasna, kapujesz? Jak jutro do ciebie przyjdę, masz być gotowy.

Leon odsunął go od siebie z taką siłą, że Ćpun uderzył w ścianę wyłożoną kafelkami i zaczął krwawić. Dopiero wtedy ten pieprzony uśmiech znikł mu z twarzy.

Zostało

dwadzieścia pięć dni

Jest już po południu.

Na pewno.

Promienie słońca przestały już się przebijać przez szczelinę między kocem a futryną okna. Wyliczył, że może być wpół do trzeciej, trzecia, a nawet wpół do czwartej. Obudził się, kiedy pies zaczął go lizać swoim śmierdzącym językiem po szyi i policzku. Nie lubił go. Ten biało-czarny kundel był o wiele cięższy, niż się wydawało. Zdarzało się, że Gabriel próbował go podnieść z podłogi, i za każdym razem zbyt późno sobie przypominał, że półmetrowe zwierzę może ważyć tyle co kamień, którego nie można dźwignąć z ziemi.

Odepchnął go od siebie i poczuł ból w ramieniu. Rana zamieniła się nocą w szeroką spuchniętą krechę przecinającą jego starą bliznę — pamiątkę po stłuczonej szybie. Wybili ją dwoma kamieniami i poprawili żelaznym prętem, a jednak we framudze zostało trochę odłamków, których nie zauważył w słabym świetle. Kiedy wchodził do środka, skaleczył się o nie. Chciał się dostać do półek z towarem, ale utknął w oknie i dopiero za trzecim razem udało mu się przecisnąć. Kiedy wrócili do domu, poszli z Jonem do kuchni. Jon podgrzał zapalniczką krótką igłę, a gdy zaczęła się żarzyć, zamoczył ją w fińskiej wódce. Wódką polał też ranę na ramieniu. Potem nawinął na igłę cienką nylonową nić i jedenaście razy przeciągnął ją przez skórę, która i tak była już prawie martwa. Dotknął ostrożnie rany, która na szczęście przestała krwawić, i poruszył ramieniem. Po kilku wolnych ruchach ostry ból trochę ustąpił. Wprawdzie rana nadal go bolała, ale ból był tępy, przytłumiony.

Wanda ciągle spała.

Ziewnął, usiadł na brzegu łóżka, spojrzał na jej nagie plecy, pośladki i mu stanął.

A pro po, bracie, co się tyczy Twojej suki: wygląda na to, że ma w sobie mnóstwo miejsca, jakkolwiek to rozumieć, hahaha.

Przymknął oczy i poczekał, aż członek mu zwiotczeje, spojrzał na zegarek, była prawie trzecia, zostało tylko pół godziny. Sięgnął po białą tubkę i nasmarował całe ciało aż po szyję. Na czerwonym, grubym, miękkim dywanie leżała ciemnobrązowa bluza z kapturem. Na lewym rękawie były ślady po zaschniętej krwi, plama sięgała aż do pleców. Włożył bluzę przez głowę i zdrapał z niej paznokciem to, co dało się zdrapać. Nie mógł znaleźć majtek i jednej skarpetki, więc włożył tylko spodnie od dresu i tenisówki.

Jej uszy. Pochylił się nad nią i przesunął delikatnie czubkami palców po jej miękkiej skórze. W uszach miała kolczyki — dwa krzyżyki z maleńkim brylantem pośrodku. To łup z Kungsgatan. Kiedy wysypał na podłogę zawartość torby, pozwolił jej wybrać dwie rzeczy. Reszta trafi później do Chińczyków na placu Odenplan. W sumie sto dziewięćdziesiąt cztery tysiące koron za zbitą szybę i pięć gablot. Wanda wybrała kolczyki i pierścionek z czerwoną perłą. Był zbyt duży, ale kiedy nosiła go przy kostce środkowego palca, nie zsuwał się.

Spojrzał na jej nagie ciało. Wanda poruszyła się niespokojnie, gdy otwierał drzwi. Mruknęła coś, czego nie zrozumiał, i przewróciła się na drugi bok.

Duży Ali spał na kanapie w salonie. Na czole miał ranę. To on w czasie napadu dłonią owiniętą w kurtkę rozbił szybę i wsunął się w otwór, żeby dosięgnąć zamka drzwi wejściowych do sklepu. Rana wygląda teraz jak prosta, ciemna kreska ciągnąca się od brwi do linii włosów. Gabriel potrząsnął go mocno za ramiona, przesunął nogi Jona na drugą stronę kanapy i uderzył Javada pięścią w klatkę piersiową. Javad usiadł w fotelu z otwartymi ustami.

Czerwone, a raczej pomarańczowe drzwi wejściowe nie były zamknięte na klucz. To przecież Råby, nikt bez ich pozwolenia nie ośmieli się wejść do tego mieszkania.

Popołudniowe powietrze było nagrzane, ale pozbawione zapachów. Zjechali windą do podziemia i stanęli przed metalowymi drzwiami. Gabriel wsunął do zamka klucz i po chwili weszli do podziemnego parkingu, który ciągnął się pod siedmiopiętrowymi budynkami stojącymi przy Råby Allé 1 aż po Råby Allé 214. Minęli zaparkowane wozy i przeszli na następny poziom, gdzie na samym końcu stały dwa samochody: jeden srebrny, drugi zupełnie czarny. Gabriel zajął się swoją robotą, a tamci czekali i się przyglądali. Pracował powoli. Mercedes model CLK 500, kabriolet, osiem cylindrów, żadnych zadrapań, żadnych uszkodzeń. Obok audi R8, napęd na cztery koła, sześciobiegowa skrzynia. Otworzył przednie drzwi, trzysta sześć koni mechanicznych, zapuścił silnik, przez chwilę wsłuchiwał się w jego pracę, czterysta dwadzieścia koni, obejrzał bagażnik, opony, reflektory, felgi. Dwa miejsca dalej stała przyczepa z wypożyczalni OKQ8. Gabriel rozejrzał się, otworzył dwie kłódki i podniósł chroniący je plastikowy zamek. W środku było dwanaście niewielkich białych kartonów. Na bocznych ściankach miały symbol laptopa. Oprócz tego stały tam dwa większe pudła na ośmiocalowe monitory i cztery żółte podłużne pudełka, w których mogły być głośniki.

Wyliczył, że przyniesie mu to razem sto dwadzieścia tysięcy, a jedną czwartą tego, co dostaną ze sprzedaży, musi oddać człowiekowi w Tumbie.

Dotknął ramienia. Jedenaście szwów, rana na czole Dużego Alego i trzydzieści tysięcy. Gra niewarta była świeczki.

Poszli w kierunku drzwi, które cicho się przed nimi rozstąpiły. Tutaj kończył się podziemny betonowy bunkier. Przeszli przez plac i zeszli do stacji metra. Kasjerka jak zwykle udała, że nie widzi, jak cztery osoby bez biletu przeskakują przez barierki. Weszli na peron i wsiedli do pociągu odjeżdżającego o 15.25 do Norsborgu. Dojechali do następnej, końcowej stacji.

Wysiedli z wagonu, zapalili papierosy i czekali. Dziesięć długich minut.

Tymczasem na peronie pojawił się niewysoki mężczyzna ubrany w kolejarski mundur. Przeszedł wzdłuż ośmiu wagonów, żeby wsiąść do kabiny maszynisty na drugim końcu składu. Teraz pojedzie w przeciwną stronę, czerwoną linią, przez południowe przedmieścia Sztokholmu. Będzie się zatrzymywał na stacjach w centrum miasta, aż dotrze do jego północnych granic. Gabriel stał na peronie przy jednym ze środkowych wagonów i bawił się papierosem, przerzucając go między palcami. Maszynista minął go bez słowa. Tymczasem Jon, Duży Ali i Javad wchodzili do wagonów i sprawdzali, gdzie kto siedzi, po czym mówili pasażerom, ile mają czasu, żeby przesiąść się na inne miejsce.

Potem poszukali go wzrokiem. Unieśli kciuki i każdy z nich wszedł do innego wagonu.

On stał w miejscu i czekał.

Chwilę potem na schodach rozległy się pospieszne kroki i ukazał się na nich mężczyzna w dżinsach i marynarce. Miał nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Kiedy usiadł z tyłu pustego wagonu, było go dobrze widać.

Gabriel wszedł do środka.

Ze stacji Norsborg do stacji Råby metro jedzie jedną minutę.

To dużo czasu, wcześniej robili to już tyle razy.

Miłość, szacunek, dóma, braterstwo, obowiązek, wspólnota, honor, nie zapominaj o tym, bracie.

Drzwi znowu się zamknęły i pociąg potoczył się torami. Gabriel siedział po jednej stronie rzędu siedzeń z tyłu wagonu, mężczyzna w marynarce po drugiej. Siedzieli naprzeciwko siebie i patrzyli na kogoś, kto też spoglądał w ich stronę. Gabriel zdjął bluzę, opuścił szybę, przerzucił przez nią bluzę i znowu zamknął okno.

Na czele nowego GS stanie Dowództwo. Dowództwo będzie się składać z 2 osób.

Mężczyzna siedzący naprzeciwko Gabriela wyjął z obu wewnętrznych kieszeni marynarki dwie reklamówki z emblematem sieci sklepów ICA i umieścił je na wolnym siedzeniu. Gabriel położył dłoń na cienkim plastiku i objął palcami ciężkie, kanciaste, metalowe przedmioty ukryte w środku. Podniósł obie reklamówki i każdą zważył w rękach. Wszystko w porządku. W środku jest to, co powinno. Jeden pistolet lahti i jeden glock. Uniósł rękę, a wtedy Duży Ali w drugim wagonie i Jon w następnym otworzyli czworokątnymi kluczami drzwi do jego wagonu. Każdy zabrał po jednej reklamówce i tą samą drogą wrócił do swojego wagonu.

Tylko dwóch, bracie! Macie stworzyć dobrze UZBROJONY, zamknięty oddział!!

Jedna minuta. To dużo czasu. Kiedy pociąg zatrzymał się na stacji w Råby, cała trójka wyszła z wagonów i ruszyła w stronę wyjścia i opustoszałego centrum zalanego dziwnym blaskiem długich jarzeniówek. Minęli dwa zamknięte sklepy i zatrzymali się, żeby poczekać, aż chłopiec ze złotym łańcuchem na szyi i zaczesanymi do tyłu włosami wstanie z ławki. Szukał wzroku Gabriela — to ja jestem Eddie. Gabriel od razu na niego spojrzał i to wystarczyło. Chłopiec się wyprostował. Na twarzy nadal miał wyraźny ślad po pierścieniu. Odebrał reklamówkę z nadrukiem ICA i zaniósł ją do sklepu spożywczego. Podszedł do skrytek przy wejściu, w których na czas robienia zakupów można przechować podręczne rzeczy. Obserwowali, jak wrzuca pięciokoronówkę, wkłada reklamówkę do skrytki i zamyka ją na klucz. Gabriel wiedział, że chłopak się nadaje — miał dwanaście lat, więc za nielegalne posiadanie broni nic mu nie groziło, bo był niepełnoletni.

Nie jest już ważny prezydent, wiceprezydent czy członek gangu motocyklowego. Teraz ważny jest dowódca, żołnierz, szeregowy.

Kiedy wyszli z prawie pustego centrum handlowego, na dworze nadal świeciło słońce. Lato tego roku było trochę cieplejsze niż poprzednie. Tym, którzy nie byli stąd, Råby rzadko wydawało się ładne. W takie dni, gdy silny blask słońca zdzierał ostatnią warstwę koloru z fasad wysokich domów i asfaltowych podwórek, nawet im, czterem nastolatkom, Råby wydawało się szare, pozbawione zapachów. Żaden z nich wiele nie mówił, bo nie było o czym. Drzwi prowadzące do podziemnego parkingu otworzyły się równie cicho jak pół godziny wcześniej. Weszli do chłodnego, mrocznego pomieszczenia, wielkiego parkingu ciągnącego się pod całą główną ulicą Råby. Weszli po schodach do klatki schodowej numer 34, wjechali windą na czwarte piętro i zatrzymali się przed drzwiami mieszkania przy zsypie.

Kobieta wyglądała na trzydzieści pięć lat. Miała ciemne włosy, ale z wiekiem, gdy pojawiły się siwe pasemka, zaczęła je farbować na jeszcze ciemniejszy kolor. Miała dość ładną, choć bladą twarz, usta, które nie potrafiły się już uśmiechać, i oczy starsze od niej samej.

— Masz to przechować.

Kobieta spojrzała na reklamówkę z nadrukiem ICA, która jeszcze niedawno leżała na pustym siedzeniu w składzie metra.

Nie odezwała się.

Chwyciła mocno za drzwi, ale nie mogła ich już zamknąć, bo ten, którego nazywają Dużym Alim, wysoki i silny mężczyzna, wstawił stopę w szparę.

— Pięćset papierów dziennie. Masz to przechować przez dwadzieścia pięć dni, aż on wróci i sam odbierze.

— Spierdalaj!

Władzę sprawują dowódcy. To oni decydują o zadaniach. Żołnierzom i szeregowym nigdy nie wolno odmówić wykonania ich rozkazów.

Kobieta szarpnęła go jedną ręką za ramię, a drugą pociągnęła za drzwi.

Ali się nie ruszył.

Spojrzała na tych, którzy stali pół kroku za nim. Takie same ubrania, takie same spojrzenia.

Popatrzyła Gabrielowi prosto w oczy. Odwrócił wzrok.

Nie wolno odmówić wykonania rozkazu.

— Gabriel?

Na chwilę spuścił wzrok, ale jej te kilka sekund wystarczyło. Odezwała się do niego podniesionym głosem.

— Gabriel? Ty? A on, dopilnuj…

Nie wolno odmawiać! Kto to zrobi, ma być ukarany.

Po kilku sekundach Gabriel uniósł wzrok, wytrzymał jej spojrzenie. Już więcej nie będzie go unikał.

— Masz go przechować, dziwko, bo my tak chcemy.

Kobieta zrobiła krok do przodu, ale Gabriel nie cofnął się przed nią. Wymierzyła mu policzek otwartą dłonią.

— Nie będziesz mi groził.

Stali teraz blisko siebie i patrzyli sobie w oczy. Próbowali się wzajemnie wyczuć, ale nic z tego nie wyszło.

Ponownie wymierzyła mu policzek.

Gabriel nie rozumiał, dlaczego pistolet ma być przechowywany akurat u niej. Leon na pewno miał jakiś powód. Dlatego nie ruszył się z miejsca, nie odwrócił wzroku, nie odpowiedział.

— Nie będziesz mi groził, ty…

— Po prostu to przechowaj.

Chwycił ją za rękę i pociągnął, niezbyt silnie, ale to wystarczyło. Kobieta się cofnęła, a wtedy Duży Ali wszedł do przedpokoju i położył reklamówkę na półce nad wieszakiem.

Ustawił się tak jak zwykle: przy oknie koło biurka i krzeseł. Patrzył na fotografię córki, która się od niego wyprowadziła. Od tej pory już jej nie widział. Gdyby się wyprostował, zobaczyłby piętro domu i fragment sypialni, spędził tam większą część swego życia. Lennart Oscarsson musiał przeżyć kolejny dzień w dwóch różnych światach, które dzielił od siebie dwuminutowy spacer. Nigdy nie tęsknił za zmianą. Aspsås to niewielka mieścina licząca dwa tysiące sześciuset czterdziestu siedmiu mieszkańców. Stoją tu długie rzędy domków szeregowych: białych i trochę od nich wyższych — czerwonych. Zakład karny w Aspsås składa się z dwunastu betonowych trzypiętrowych bloków. Od świata zewnętrznego oddzielają go trzy ogrodzenia i jeden mur. Siedzi w nim dwustu dziewięćdziesięciu jeden osadzonych. Czasem Lennartowi wydawało się, że rozmawiał tu ze wszystkimi: tymi za murem i tymi w zakładzie. Każdego ranka, gdy się budził, powtarzał sobie, że należy do tych ludzi, którzy wolą być kimś wielkim w małym świecie niż kimś małym w wielkim świecie.

Pochylił się, żeby lepiej widzieć tych, którzy siedzieli na dole i grzali się w słońcu. Grupy skazanych na dni, miesiące albo lata pobytu za kratami. Tacy jak oni nigdy nie mierzą upływającego czasu, bo nie mogą sobie na to pozwolić. Więźniowie, którzy liczą każdy oddech, zbyt długo nie pociągną.

Tego ranka trzech opuściło jego zakład. Około piątej, specjalnym transportem, osadzony Gorgis numer 0342 i osadzony Lang numer 2415 z bloku F. Jeden został przeniesiony do zakładu w Kumli, drugi do Tidaholmu. Około siódmej osadzony Jacobs numer 0221 z bloku C wyszedł na wolność. Pojechał do hotelu Bommen w Göteborgu. To miejsce dla samotnych mężczyzn z problemami, którzy nie mają własnego domu.

Każdy z nich ma swoje życie. Każdy z nich będzie je kontynuował gdzie indziej.

Na ich miejsce trafią trzej nowi więźniowie. Pierwszy przybędzie z zakładu karnego w Härnö. Sześć i pół roku za gwałt, blok A3, oddział w prawym skrzydle. Drugi z zakładu w Huddinge, cztery i pół roku za napad, blok F2, oddział w lewym skrzydle. Trzeci z Kumli, za zły wpływ na współwięźnia, dożywocie za zabójstwo, przydzielony do bloku H na oddział o zaostrzonym rygorze.

Trzy różne życia. Każde z nich będzie się nadal toczyć tutaj. Żaden z nich nie będzie mierzyć mijającego czasu.

Za to on mierzy.

Cztery i pół roku plus sześć i pół roku plus dożywocie, które prawdopodobnie zostanie zamienione na dwadzieścia pięć lat. To razem trzydzieści sześć lat.

To przeciętnie połowa ludzkiego życia. Stracona na zawsze.

Znów wyjrzał na więzienny dziedziniec. Obserwował osadzonych, którzy siedzieli na zwykłych drewnianych ławkach otoczeni betonowym murem. Są zupełnie inni od tych, którzy tu siedzieli, gdy rozpoczynał pracę. Są młodsi, bardziej wściekli, zepsuci, bardziej gwałtowni. W dawnych czasach kryminalista kończył karierę, gdy był już tak zmęczony, że nie starczało mu sił na takie życie. Dzisiejsi przestępcy kształtują swoją karierę według świadomych wyborów: uda się, będę kimś, będę przestępcą, a jak wszystko pójdzie super, to trafię nawet do więzienia. Codziennie przemierzał drogę między domem a więziennym murem i nie zauważył zmian, jakie zaszły. Zresztą nawet nie wiedział, jak mógłby je rozpoznać. W zakładzie karnym byli ludzie, którzy tęsknili za życiem na zewnątrz. Teraz pojawiła się nowa grupa, ale nie znał jej, bo nie wiedział, gdzie jest.

Rozległo się pukanie do drzwi.

Odwrócił się w stronę drugiego okna, tego szerszego, z widokiem na dużą bramę, która właśnie się rozsunęła, i dach białej więźniarki, która wjechała i zaparkowała w pobliżu wejścia przy głównej dyżurce.

Znowu pukanie, dłuższe, mocniejsze.

W końcu otworzył drzwi.

— Masz czas?

— Wejdź.

Do gabinetu wszedł starszy, wysoki, szczupły mężczyzna. Miał miłą, pełną twarz, której zmarszczki dodawały życia. Martin Jacobson. To jeden z jego nielicznych przyjaciół. Tutaj i poza więzieniem. Mało brakowało, a straciłby Martina, gdy jako naczelnik więzienia podjął błędną decyzję podczas awantury z zakładnikami, która wybuchła niecały rok temu. Martin przeżył, ale poprosił o przeniesienie do Bunkra. Personel był tam bezpieczniejszy, przy każdej wizycie asystowało dwóch strażników, między osadzonymi a osobami z zewnątrz nie dochodziło do bezpośredniego kontaktu. Więźniowie mogli tam utrzymywać kontakty tylko z innymi więźniami, i to na zasadzie losowania, a nie według własnego wyboru.

— Mamy problem.

— Jaki?

— Z nim.

Oscarsson wyjrzał przez okno i ujrzał na dole młodego mężczyznę, który wychodził przez boczne drzwi więźniarki. Miał dopiero kilkanaście lat.

Kajdanki na rękach połączone ze specjalnym pasem w talii.

Towarzyszyło mu czterech strażników, szli przed nim, za nim i po obu bokach.

— Przywieźli go z zakładu w Mariefred. Ma do odsiadki sześć lat i cztery miesiące. Przenieśli go po tym, jak groził personelowi. Jest podejrzany o ciężkie pobicie dwóch współwięźniów.

Jeszcze jeden.

Sześć lat i cztery miesiące.

Kilka minut temu suma dzisiejszych wyroków nie przekraczała trzydziestu sześciu lat. Teraz to już czterdzieści dwa lata i cztery miesiące. Jeszcze więcej czasu, żeby dać sobie spokój z liczeniem upływających lat.

— Nazywa się Marko Bendik. Skierowali go do mnie, ale ja nie mogę go przyjąć.

— Dlaczego?

— Został skazany w tej samej sprawie co jeden z osadzonych w moim bloku. Ciężkie pobicie i próba zabójstwa w centrum Sztokholmu. Na dodatek prokurator szykuje kolejne oskarżenie o inne przestępstwa, które obaj popełnili wspólnie.

Biała więźniarka miała czerwone paski. Bendik wyrwał się na moment strażnikom i rękami zakutymi w kajdanki uderzył w bok pojazdu. Rozległ się trzask, jakby pękła blacha. Na ściance pojawiła się rysa.

— Dwaj wspólnicy nie mogą przebywać w tym samym bloku. Na pewno nie w Bunkrze.

Oscarsson skinął głową i usiadł przy biurku. Poprawił klawiaturę i spojrzał na ekran monitora.

— Damy go do bloku D.

Założył okulary, bo z trudem rozczytywał litery i cyfry na monitorze. W zakurzonym ekranie odbijała się jego twarz.

— D jeden, lewe skrzydło. Cela dwunasta. Od wczoraj jest pusta.

Zszedł ostrożnie kręconymi schodami łączącymi dział administracyjny z pokojem przyjęć. Wspierał się na ramieniu Martina do momentu, aż się rozstali. Martin poszedł podziemnym tunelem do Bunkra, a Oscarsson otworzył drzwi i wszedł do jasnego, dość ciasnego pomieszczenia. To tu przychodzą najpierw wszyscy nowi więźniowie. Na środku pokoju, w otoczeniu czterech strażników, stał potężnie zbudowany chłopak o bladej twarzy. Jeszcze niedawno był dzieckiem. Oscarsson wyciągnął rękę, żeby się z nim przywitać, ale chłopak odwrócił wzrok. Rozglądał się po pokoju i nie chciał odpowiedzieć na powitanie.

— Nazywam się Lennart Oscarsson.

Brak odpowiedzi.

— Jestem naczelnikiem tego więzienia.

— To fajnie.

Potem chłopak został przeszukany i dostał nowe ubranie.

Do niedawna dziecko, teraz mężczyzna z kilkuletnim wyrokiem.

Oscarsson zwrócił się do strażnika, który stał najbliżej niego. Mówił ściszonym głosem.

— Zaprowadźcie go do bloku D.

— Ale tu jest napisane, że…

— Wiem. To ja tak napisałem.

Ostatnio niezbyt często korzystał z tunelu. To czworokątne betonowe cielsko ciągnie się pod całym spacerniakiem. Z tunelu w różnych kierunkach rozchodzą się korytarze, które dalej dzielą się na odnogi zakończone zamykanymi na klucz drzwiami. Wszędzie wiszą kamery, które stale rejestrują obraz. Jeszcze raz zerknął na nowego więźnia, który z całego swojego dorosłego życia na wolności przeżył tylko jeden rok, a teraz spędzi za kratami sześć lat i cztery miesiące. Wygląda jak wszyscy inni osadzeni, nienawidzi w taki sam sposób jak każdy z nich. Niedługo zjawi się na oddziale i siądzie na łóżku w swojej celi, a potem zacznie się miotać w czterech ścianach, bo trudno mu będzie przystosować się do nowych warunków. Tacy jak on przychodzą zawsze z innego wymiaru czasu. Nocą popełniają przestępstwa i dają sobie w żyłę, w dzień śpią i zbierają siły. Teraz będzie inaczej. Metalowe drzwi, w które całymi dniami będzie się wpatrywać, są zamykane każdego wieczoru o ósmej i otwierane co rano o siódmej. Będzie się regularnie budzić, wstawać z łóżka, sikać, brać prysznic i chodzić do warsztatu, żeby tam produkować czerwone drewniane pudełka, albo do sali szkolnej, żeby się uczyć.

— Klawisz na oddziale!

Oscarsson nawet nie zdążył otworzyć drzwi.

Chłopak miał tylko kilka minut na przekazanie innym osadzonym, że dostał kilkuletnią odsiadkę. Wiedział, jak się zachować, chciał, żeby go tu szanowano. To dlatego głośno krzyknął: chciał zwrócić na siebie uwagę zaspanego oddziału, bo kiedyś ktoś go nauczył, że tak trzeba. Od tej pory na wszystkich oddziałach więzienia w Aspsås będzie łącznie przebywać trzydziestu młodych osadzonych. Nigdy nie ma ich więcej, bo wtedy rodzą się między nimi bliskie więzi, poczucie wspólnoty, i jako grupa stają się silniejsi. Naczelnik więzienia już kilka razy przeoczył moment, kiedy grupa stała się zagrożeniem i przestała potrzebować wsparcia z zewnątrz, bo była już na tyle liczna i silna, że wystarczyły jej własne siły.

Oscarsson zatrzymał się w drzwiach. To on jest tym „klawiszem na oddziale”. Przyglądał się, jak do Bendika podszedł jeden z młodych osadzonych. Podał mu rękę i się przywitał.

— Ej.

Potem następny, a po nich kolejni.

— Ej.

Zawsze tak jest. Młodzi zawsze się znają. Nieważne, czy pochodzą z Fittja czy z Råby, z Södertälje czy z Gävle. Oni zawsze się znają. Za każdym razem, gdy młody więzień pojawia się na oddziale, ustawiają się w szeregu i witają z nim.

Oscarsson chciał już wracać, kiedy zobaczył, że do Bendika podchodzi osadzony, którego nazwiska nie mógł sobie przypomnieć. Był dość wysoki, miał krótko ostrzyżone włosy. Odsiadywał długą karę za poważne przestępstwa. Jego dłoń zawisła w powietrzu.

Dzikie, rozbiegane spojrzenie.

Suche usta. Kiedy coś mówi, cmoka.

— Marko.

Oscarsson był już pewien. Ten, który wita nowego, jest pod wpływem narkotyków.

— Leon.

Uścisk ręki, uśmiech. Objęli się.

— Witaj, przyjacielu.

· · ·

Leon obserwował starszego mężczyznę stojącego w drzwiach. Wiedział, że to naczelnik więzienia. Długo przyglądał się jemu i temu nowemu, od razu zauważył, że obaj są na prochach. Leon cmokał, tak jak wszyscy, którzy biorą amfę, bo amfa kradnie ślinę. Podał rękę Markowi, potem się objęli. Znali się od czasu, gdy skończył dwanaście lat. Marko był od niego o rok starszy. Örkelljunga, Sirius, Bärby. Marko pochodził z Rotebro, zawsze był pod ręką i chciał do nich należeć. Może kiedyś zostanie jednym z nich?

Ruszyli korytarzem, minęli kącik telewizyjny, przeszli wzdłuż cel oznaczonych niskimi numerami i skierowali się do tej, która od wczoraj stała pusta. Facet, który tam siedział, powiesił się między szafą a umywalką. To cela numer dwanaście. Marko przyniósł ubranie, ręczniki i pościel, a gdy usiadł na łóżku, Leon zostawił go i wyszedł.

— Cela numer dwa — powiedział.

Marko skinął głową.

Jest już starszy niż wtedy, ma dziewiętnaście lat. Przypomniał sobie dawne czasy.

Vemyra.

Miał wtedy czternaście lat. Szkoła w zakładzie wychowawczym dla młodzieży.

Pewnej nocy leżeli na ławkach w szkolnej sali. Wąchali gęsty klej, a gdy byli już pod jego wpływem, rozbili zbrojoną szybę, którą wcześniej widzieli tylko w zakładzie psychiatrycznym dla dzieci i młodzieży. Rzucili garnkiem z gotującą się wodą w punkt, gdzie na szybie krzyżowały się dwie kreski zrobione monetą. Wtargnęli na korytarz, w którym znajdowały się pokoje nauczycieli. Tamtej nocy dyżur miała żona dyrektora szkoły. Rozbili jej głowę, złamali prawy kciuk i zabrali klucze.

Po dwóch dniach wrócili.

— Cela numer dwa. Jak coś się będzie działo.

Leon poszedł korytarzem na drugą stronę, gdzie były cele z nieparzystymi numerami. Zapukał do celi numer dziewięć.

— Miłość, bracie.

— Miłość.

Alex już na niego czekał. To jeden z tych, którzy są mu oddani. Przez długi czas tworzył nierozłączną parę z Gabrielem. Wszędzie tylko Leon i Gabriel, Gabriel i Leon. Po pewnym czasie zbliżył się do Alexa. Potem był Bruno, Jon, Reza, Uros i Duży Ali. Jest ich już ośmiu i będzie niewielu więcej. Jądro musi być twarde, tęsknić mogą sobie ci, co żyją za murami i zrobią wszystko, żeby ich tu zapaczkowali.

Spojrzał na Alexa i puścił jego wyciągniętą rękę. Przeszli razem pod celę numer dziesięć.

Zatrzymali się przed zamkniętymi drzwiami.

W żadnym więzieniu nie wolno wchodzić do czyjejś celi bez pukania.

Bo to nie są drzwi. Bo to nie jest cela.

Bo większość z tych, którzy tu siedzą, spędza więcej czasu za murami niż na wolności.

Ale on nie zapukał.

To nie dom, tylko nora Ćpuna.

— Ćpunie!

Chudy więzień siedział na krześle odwrócony plecami do drzwi i wyglądał przez okno. Nie słyszał, jak Leon wchodzi. Na dźwięk jego głosu wzdrygnął się i odwrócił w jego stronę.

Uśmiech.

Sztywne, lekko rozchylone wargi.

— Jestem, Ćpunie.

Leon uderzył go zaciśniętą pięścią w ramię.

— Nigdy się do mnie nie uśmiechaj, Ćpunie.

Sam nie wiedział dlaczego, ale uśmiech tego skurwiela działał mu na nerwy i przykuwał jego uwagę. Był naprawdę brzydki, obnażał żółte, brudne zęby. Ćpun pewnie myślał, że przeszkadza innym swoją obecnością. Taki uśmiech to forma przeprosin, odruch warunkowy, gdy ktoś na niego patrzy.

Leon znowu uderzył go pięścią, tym razem w drugie ramię. Poczuł, jak kostki pięści obijają się o chude ciało Ćpuna.

— Kapujesz?

— Gdzie moja działka?

— Potem. Pytam, czy kapujesz?

Ćpun wstał z krzesła.

— Chcę moją działkę.

— Jak skończysz, Ćpunie.

— Mam na imię Sonny. Możesz mnie bić, ile tylko chcesz i gdzie chcesz.

Desperacja to dziwna siła.

— Najpierw chcę moje dziesięć gramów.

Wskazał na stolik. Leżały na nim różne przedmioty poukładane w rzędzie.

Maszynka do golenia, długopis, łyżka, igła, rolka taśmy klejącej, wycior do czyszczenia fajek, ostrzałka do igieł, nici do szycia, blaszka.

— Mam już wszystko. Nawet farbę. Ale niczego nie zrobię, dopóki nie dostanę mojej działki.

Leon spojrzał na jego podziurawione stopy. Trudno mu było ustać na kamiennej posadzce. Na twarzy Ćpuna ciągle pojawiał się nerwowy tik. Językiem czyścił swoje żółte zęby.

Za to jego usta nie były już rozchylone, nie uśmiechały się.

Leon otworzył drzwi i skinął na Alexa, który stał na zewnątrz i obserwował korytarz.

— Dziesięć gramów.

Wszedł z powrotem do celi, zamknął za sobą drzwi i spojrzał na nędznego chudzielca, który mógł mieć trzydzieści albo i czterdzieści lat.

— Ale nie weźmiesz, póki nie skończysz.

Czekali w milczeniu. Nic ich nie łączyło, nie znali się, nie spotkali się wcześniej ani nie spotkają później w innym miejscu, kiedy ich dni tutaj dobiegną końca. Byli podobnego wzrostu, patrzyli ludziom prosto w oczy, jeden już przeżył przestępcze życie i teraz usiłował tylko przetrwać, drugi dopiero piął się w górę, biła od niego siła i nienawiść i nawet nie miał pojęcia, że ten starszy jeszcze niedawno był taki sam jak on.

Alex przyniósł do celi pięć kapsułek, które podsunął Ćpunowi pod nos.

— Masz, ale nie wolno ci ich tknąć, dopóki nie skończysz.

Znowu ten uśmiech, rozchylone wargi. Ćpun wziął rolkę taśmy, stanął na stole i przykleił pięć kapsułek do ściany w miejscu, gdzie karnisz był najszerszy. Teraz, kiedy należą już do niego i kiedy je ukrył, będzie mógł znowu usiąść przy stole, tak jak poprzednio, zwrócony plecami do drzwi.

Umawiamy się, bracie. Tylko na prawym udzie. TYLKO TAM!

Najpierw maszynka do golenia. Zawsze marki Braun. Są w nich ostrza, które poruszają się poziomo, w obie strony.

Trzymając w jednej dłoni maszynkę, drugą sięgnął po metalową blaszkę leżącą na stole. Tydzień temu w warsztacie lekko ją naostrzył, gdy podczas przedpołudniowej przerwy na kawę klawisze nie patrzyli w jego stronę. Taką blachą można zranić kogoś w szyję albo przeciąć okrągły pierścień zabezpieczający w maszynce do golenia.

Odłożył maszynkę na bok i wziął do ręki długopis. Przeciął go ostrożnie na pół i wyjął ze środka plastikowy pojemnik z atramentem. Potem nożyczkami do paznokci przeciął na pół metalową kulkę znajdującą się na samym czubku wkładu. Wziął łyżkę, którą przed chwilą jadł kwaśne mleko, przycisnął ją do stołu i tak mocno zagiął, że odpadł trzonek z nierdzewnego metalu. Chudymi palcami chwycił go i przycisnął po raz drugi do blatu. Zmienił się w metalowy haczyk zagięty pod kątem dziewięćdziesięciu stopni.

Tym, co mają nowy tatuaż, ufam na 200%.

Igła. To cienki metalowy drut, który wyrwał obcęgami z metalowej szczotki używanej w warsztacie.

Wycior do fajki. Kupił go w więziennym kiosku.

Nici do szycia. Wyciągnął je z własnych spodni.

Igłę i wycior owinął nicią. Czubek igły wystawał teraz o milimetr dalej niż czubek wycioru. Oba elementy wsunął ostrożnie w pustą tuleję długopisu, a gdy wycior się zablokował i nie chciał iść dalej, przecisnął igłę przez fabryczny otwór, przez który wydostaje się tusz z plastikowego zbiorniczka. Teraz wystawała z niego ostra igła, która będzie wbijać się w skórę.

Tylko na prawym udzie. To rozkaz! Inaczej będzie kara.

Następnie przykleił taśmą zakrzywiony trzonek łyżki do maszynki do golenia, sprawdził, czy igła swobodnie się porusza, umieścił na uchwycie łyżki obsadkę, a na końcu przymocował tylną część wycioru w pierścieniu zabezpieczającym, który jeszcze przed chwilą przytrzymywał maszynkę. Wszystko owinął taśmą.

— Już.

W ścianie każdej celi był kontakt, żeby osadzeni mogli używać maszynki do golenia. Ćpun się uśmiechnął. Tym razem jego uśmiech był niemal szczery.

Dźwięk był dość głośny i przypominał szum. Kiedy uniósł urządzenie i trzymał je w górze, dźwięk wypełnił całe pomieszczenie. Ostra igła, która jeszcze niedawno była jedną z wielu igieł w drucianej szczotce, stanowiła teraz istotny element maszynki do tatuażu. Z dużą prędkością obracała się w jedną i drugą stronę. Leon rozpiął spodnie i położył się na boku na śmierdzącym łóżku Ćpuna. Miał na sobie białe majtki z nieokreślonego materiału. Na lewym udzie widać było rozległy, świeży strup pokrywający gojącą się ranę. Leon zaczął przy nim grzebać paznokciem i w końcu go zerwał. Strup odpadł i ukazała się otwarta rana, z której trysnęła krew.

— Dobrze to wygląda.

Zakażenie. Krwawienie.

Ćpun pochylił się i skinął głową.

— Wygląda cholernie dobrze. Poczekamy jeszcze kilka tygodni. Codziennie musisz w tej ranie grzebać.

Leon spojrzał na krwawiącą ranę.

Stara nazwa, której już nie ma i dlatego musi być zastąpiona inną nazwą.

Wcześniej, za pomocą igły, wkłuł w skórę wokół każdej litery wytatuowanej przed laty zepsutą maślankę. Odczekał, aż doszło do zakażenia, a gdy pojawił się pierwszy strup, zdrapał go. Potem zrobił się następny strup, który też zdrapał. Robił tak za każdym razem i za każdym razem z tego miejsca znikało trochę starej farby. Z każdą kroplą krwi zanikała odrobina przeszłości.

— Siedziałem kiedyś w Skåltjärnshyttan w Filipstad. Nauczył mnie tego słynny Bollnäsfimpen. Zbudowałem takich maszynek ponad setkę, zrobiłem osiemset czterdzieści cztery tatuaże. Ja…

— Zamknij gębę.

— Ja…

Leon wstał i uderzył Ćpuna pięścią w policzek. Maszynka do golenia upadła na podłogę, taśma, którą była oklejona rękojeść łyżki, trochę się poluzowała.

— Zamknij gębę. I napraw to. Potem na udzie napiszesz mi to, co masz napisać, od kolana aż do brzegu majtek.

Tylko tam!

Ćpun, który mógł mieć czterdzieści lat, nie odpowiedział. Spojrzał tylko na okienną ramę i pięć kapsułek przyklejonych do ściany. Splunął jak zwykle trzy razy w dłonie i włożył wtyczkę od maszynki do kontaktu. Działała bez zarzutu, tak jak wcześniej. Zaostrzona igła poruszała się energicznie. Ćpun uśmiechnął się, gdy moczył ją w misce z farbą Rotring. Ukradł ją w pewnym sklepie papierniczym. Tym razem na oddział przemycił ją w odbytnicy więzień z wysokim wyrokiem, który był na przepustce. W nagrodę za dostarczenie farby, której wystarczy na zrobienie trzech, a może nawet czterech tatuaży, dostał jeden gram narkotyku.

Ana stała na czerwono-białym szmacianym dywanie w ciasnym przedpokoju i spoglądała na reklamówkę, której nie wolno było jej otworzyć. Inaczej będzie zamieszana w całą sprawę. To jej decyzja. To ona patrzy na reklamówkę, a nie reklamówka na nią.

Powinna ją wyrzucić. Wyjść na klatkę schodową, podejść do zsypu i wrzucić ją w jego mroczny szyb.

Niestety, dobrze wiedziała, że tego nie zrobi. Masz ją zatrzymać. Jeśli zniknie, dla niej to będzie koniec. Masz ją przechować tak długo, aż on po nią przyjdzie i zabierze.

Miała na to dwadzieścia pięć dni. Tyle samo, co oni.

Na początek.

Zamknęła oczy i przeniosła się myślami do innego czasu. Ujrzała innych nastolatków stojących przed drzwiami z innymi reklamówkami.

Te same słowa. Te same groźby.

Aż po nią przyjdzie i zabierze.

Nie przyszedł. Nie odebrał. Ani tamtego dnia, ani żadnego innego.

Wyglądało to tak, jakby sprawa toczyła się swoim trybem.

Jakby nie mieli dokąd pójść, jakby nie mieli czego zostawić.

Znowu spojrzała na plastikową reklamówkę okrywającą ostre brzegi metalowego przedmiotu, który leżał na jej półce na czapki. Następna osoba, która tu przyjdzie i będzie przynajmniej jej wzrostu, zobaczy to samo, co ona widzi teraz… a wtedy… Z trudem przełknęła ślinę, z jeszcze większym trudem nabrała powietrza.

Nigdy więcej.

Już odsiedziała swoje, żeby ratować innych.

Była absolutnie pewna, że nadal stoi, ale ponieważ kolana coraz bardziej się pod nią uginały, a podłoga zbliżała się w szybkim tempie, doszła do wniosku, że po prostu osuwa się na ziemię. Może nawet trochę płakała? Komuś, kto nie umie iść przed siebie, kto nie potrafi się cofnąć albo siedzieć cicho, nie pozostaje nic innego, jak tylko się rozpłakać. Dlatego ona też się rozpłakała i znowu spojrzała na tę pieprzoną reklamówkę, która leżała na widoku.

Podniosła się z podłogi.

Sięgnęła po reklamówkę i chwyciła ją między kciuk a palec wskazujący. Uniosła ją i zaczęła iść. Myślami wróciła do więzienia dla kobiet w Hinsebergu. Widziała siebie, jak siedzi w celi, na coś czeka i nie rozumie, dlaczego grube metalowe drzwi są zamknięte na klucz. Położyła się na łóżku i przespała w celi cztery lata.

Kiedy doszła do drzwi, upuściła reklamówkę i wróciła po taśmę klejącą. Znowu podniosła reklamówkę, wyszła na klatkę schodową i zeszła na półpiętro. Otworzyła właz do zsypu, włożyła reklamówkę do otworu i poczuła, jak drętwieje jej ręka. Nagle się rozpłakała, bo przypomniała sobie inne reklamówki, które przynosił do domu, gdy był mniejszy i później, gdy był starszy. W tamtych latach nienawidziła ich tak samo jak teraz, ponieważ od tamtej pory nic się nie zmieniło. Masz ją przechować, dziwko, bo my tak chcemy. Wyciągnęła rękę i poczuła, że cała się trzęsie. Położyła reklamówkę na twardej podłodze, wyjęła taśmę klejącą i oderwała cztery kawałki równej długości. Przykleiła je do dłoni, podniosła reklamówkę, wsunęła ją do otworu, ułożyła w odpowiedniej pozycji, przycisnęła ją mocno do betonowej ściany wewnątrz zsypu i przykleiła czterema kawałkami taśmy. Teraz będzie się mocno trzymać.

W końcu zamknęła zsyp i wróciła do mieszkania.

Już nie płakała. Siedziała tylko z zamkniętymi oczami na szmacianym dywaniku. Nie miała pojęcia, jak długo to trwało: od niedawna? A może od kilku godzin, dni albo lat?

Potem usłyszała syreny. Zna ten dźwięk.

Zna i nie znosi go.

Najpierw słychać go dość słabo. Oceniła, że to jakieś dwa kilometry stąd. Potem dźwięk się nasilił, aż w końcu usłyszała natarczywy, głośny, przeszywający ton, który odbijał się echem między budynkami. Syreny strażackie.

Ostatnio zaczęła je liczyć.

Dzisiaj słyszała je pięć razy. Do tego momentu.

Wczoraj przyjeżdżali sześć razy.

Poprzedniego dnia dziewięć. Wcześniej pięć, a jeszcze wcześniej czternaście razy.

Szybko zerknęła na półkę w przedpokoju. Była pusta, a mimo to ta pieprzona reklamówka jakby wciąż tam leżała i się na nią gapiła.

Poszła do kuchni. Dźwięk syren odbijał się od szyby, wdzierał do środka i wypełniał całą przestrzeń. Za oknem były domy i podwórza, które kochała i chroniła, jak kobieta, która zawsze kocha i chroni bijącego ją mężczyznę, do czasu, gdy nie ma już innego wyboru i albo zostanie pobita, albo sama uderzy. W takim momencie jak teraz milkną rozmowy, ustaje handel na rynku, sklepy znowu są zamykane. Tutejsze życie demontowane jest stopniowo przez tych, którzy grożą innym i ciągle im coś zabierają. Tymczasem ci, którzy żyją poza tym światem, tylko się przyglądają. Nie mają nawet pojęcia, co czują ludzie, którzy tak bardzo chcą stąd odejść, że zaczynają palić swoje domy.

Znowu słychać głośne krzyki i mnóstwo innych dźwięków. Tak, to tam. Zastanawiała się, czy to ten sam samochód i ci sami strażacy co ostatnio. Zazwyczaj tak jest.

· · ·

Thom siedział z przodu samochodu w fotelu po prawej stronie. Szef zawsze siedzi po prawej. Spojrzał w zewnętrzne lusterko, zerknął na szofera i się odwrócił. Dowódca jednostki strażaków w masce przeciwgazowej, strażak numer jeden, strażak numer dwa. Są gotowi. Ogłosili alarm w ciągu osiemdziesięciu dwóch sekund, nigdy nie przekroczyli półtorej minuty. Są z siebie dumni, w każdej chwili mogą się wykazać takim wynikiem. Dojazd zajął im nie więcej niż minutę, półtora kilometra ze stacji Eriksberg na Råby Allé. To jeden z czterech adresów, gdy przy wyjeździe na akcję muszą powiadamiać policję albo jechać tam w policyjnej eskorcie. Tego dnia pojechali we wszystkie cztery miejsca: Råbygången, Råby Backe, Albyvägen i Råby Allé.

Thom westchnął.

Na każdy prawdziwy alarm przypada szesnaście takich jak ten. Samochody, rowery, motocykle, zsypy, ogrodzenia, kosze na śmieci. Szesnaście. A potem nagle dzieje się coś naprawdę poważnego.

Niedawno się położył, żeby chwilę odpocząć. To był naprawdę długi ranek. Pięć razy wyjeżdżali na akcję. Z powodu gorąca i dymu słabły mu chwilami nogi. Czasem odnosił dziwne wrażenie, że szukają cieni. Leżał w remizie i nie mógł zasnąć. Dwadzieścia dwa lata wcześniej brał udział w jej otwarciu. Stała się dla niego bezpiecznym miejscem. Osiem tygodni szkolenia do zawodu strażaka, siedem tygodni szkolenia w zakresie udzielania pierwszej pomocy. Kilka lat w systemie pracy: jeden dzień w karetce pogotowia, dwa dni jako kierowca i dwa dni jako strażak. Potem zaproponowano mu naukę w Państwowej Szkole Pożarnictwa, stałą pracę i łóżko, z którego właśnie wstał, korytarz, którym niedawno biegł, i szafkę, z której wyjął płaszcz, kask i kamizelkę ochronną.

Czarny dym.

Opuścił szybę w samochodzie.

Czuć blachą, olejem, benzyną.

Pierwsze podpalenie zdarzyło się wczesnym rankiem — motocykl na Råby Allé 17; drugie jakąś godzinę później — kontener na śmieci i dwa stosy opon na Råby Allé 128; teraz Råby Allé 46 — czuł smród płonącego samochodu.

Otworzył drzwi i odniósł wrażenie, że płomienie wznoszą się coraz wyżej, że dym robi się coraz czarniejszy. Mignęły mu jakieś twarze, usłyszał głosy.

Nic nie rozumiał.

Palą swoje własne domy.

Sprawdził paski przy kamizelce ochronnej, której tak długo nie chciał nosić, i już miał wysiąść z samochodu, gdy nagle usłyszał głośny trzask. Ciężki kamień chodnikowy trafił w zbrojoną boczną szybę. Zamontowano ją kilka lat wcześniej, gdy nienawiść tutejszych mieszkańców zamieniła się w chęć niszczenia.

Spojrzał na szybę, ale była nienaruszona. Pochylił się i obok przedniego koła ujrzał kamień. Mało brakowało, a trafiłby go w głowę.

— Przerywamy akcję.

Kierowca — młody, nieśmiały chłopak, który od rana już pięć razy pokonywał odcinek między remizą w strefie przemysłowej Eriksberg a południowym przedmieściem Sztokholmu, Råby — nadal siedział nieruchomo z dłońmi na kierownicy, jakby nie słyszał i nie zrozumiał polecenia dowódcy.

Thom podniósł głos.

— Przerywamy akcję. Natychmiast.

Wielki wóz zaczął się cofać. Potem się zatrzymał.

Thom spojrzał na kierowcę. Jego twarz pokrywały czerwone plamy.

Do przodu, do tyłu.

Wóz otaczało trzydzieści, a może nawet czterdzieści osób w dresowych spodniach i bluzach z kapturami. Trudno było rozróżnić twarze brudne od dymu z płonącej benzyny.

Stali bez ruchu i patrzyli na wóz strażacki.

Kiedy kolejny kamień trafił w przednią szybę, strażacy nie zdążyli zareagować. Ostry, twardy kamień rozbił niezbrojoną szybę, która roztrzaskała się na drobne kawałeczki, a te pokryły podłogę, siedzenia, deskę rozdzielczą; najwięcej spadło mu na kolana. Siekiera musiała być całkiem nowa, miała najwyżej trzydzieści centymetrów długości. Wbiła się w metalową listwę tuż nad głową kierowcy, tworząc duże wgłębienie.

— Jedź!

Groźby. Nienawiść.

Ale to?

Przez wszystkie te lata nikomu nie groził, nie odpowiadał nienawiścią na nienawiść. Postanowił udawać, że ich nie dostrzega — przecież chodzi tylko o kilkaset osób, które przeszkadzają dwunastu tysiącom tutejszych mieszkańców.

— No, jedź!

Wychylił się przez rozbitą szybę i ktoś napluł mu na szyję. To jeden z tych, którzy stali najbliżej.

Chwilę później znowu go ktoś opluł. Poczuł, że ma mokry nos, policzek, brodę.

Zwykły chłopiec.

Miał dwanaście, najwyżej trzynaście lat, błyszczące włosy, gruby łańcuch na szyi. To jeszcze dzieciak, udający dorosłego, którym nie jest i nigdy nie zdąży się stać. Gdy wskazał palcem na siekierę, jego dziecięce usta się uśmiechały. Odwrócił się w stronę pozostałych trzydziestu albo czterdziestu chłopaków i znowu napluł na Thoma. Thom nie wiedział, jak to się stało, ale gdzieś w głębi coś w nim pękło. Nie patrzył już na kierowcę, tylko powiedział podniesionym głosem:

— Jedź.

— Jechać?

— Odsuną się. Niech się pali.

· · ·

Policzek i czoło przycisnęła do szyby.

Może sobie wmawia, może płomienie są zbyt daleko, ale odniosła wrażenie, że zrobiło się trochę cieplej, jakby żar bijący od płonącego samochodu towarzyszył czarnemu dymowi i smrodowi, które dotarły do wieżowców pełnych ludzi.

Rozpoznała go.

Widywała go już przedtem, wiele razy. W przeciwieństwie do innych nigdy nie krzyczał. Nie zwracał na nich uwagi, robił swoje, gasił pożary. Nie wypowiadał przy tym ani słowa. Nigdy.

Tym razem się przestraszył.

Wykonywał gwałtowne ruchy, miał niespokojny wzrok. Obserwował ich.

Najpierw poleciał kamień, potem siekiera.

I potem ta ślina. Ślina boli bardziej, rani ciało dotkliwiej niż metal.

Samochód nadal płonął, ale wielki czerwony wóz strażacki zaczął wycofywać się z parkingu. Wianuszek chłopaków w dresach i bluzach z kapturem rozpierzchnął się. Nagle rozległ się głośny huk. Od razu go rozpoznała. Eksplodował zbiornik paliwa w płonącym samochodzie. Dźwięk był równie przeszywający jak syrena strażacka, którą niedawno słyszała.

Siedziała na wąskim drewnianym parapecie i wyglądała na dwór. Blacha pojazdu poczerniała, ogień przybierał na sile. Przycisnęła czoło i twarz do szyby i była pewna, że szkło jest jeszcze cieplejsze niż przed chwilą.

Świat wewnątrz innego świata.

Szeregi identycznych betonowych wieżowców, wyrastających jak ściana wzdłuż drogi E4 i spoglądających na tych, którzy mijają to miejsce z prędkością stu dziesięciu kilometrów na godzinę.

Nie mają dokąd pójść, bo nie mają czego zostawić.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Trzy minuty Rodzinny interes. Ostatni skok Dwaj żołnierze Bestia Trzy sekundy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ukryta sieć. Cokolwiek wybierzesz. Tom 1 Nie otwieraj oczu Czapkins Siostry Alienista Zamęt