Bracia Karamazow

Bracia Karamazow

Autorzy: Fiodor Dostojewski

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Kategorie: Klasyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 560

Cena książki papierowej: 49.90 zł

cena od: 14.94 zł

Najgenialniejsza powieść Fiodora Dostojewskiego. Jedno z najwybitniejszych dzieł literatury światowej.

Ostatnia, najdojrzalsza i powszechnie uważana za najważniejszą powieść Fiodora Dostojewskiego.Opowiada historię ojcobójstwa, w którą w różny sposób zamieszani są trzej synowie zamordowanego. Każdy z nich, dręczony poczuciem winy, stara się znaleźć swoje miejsce w mrocznym świecie Karamazowów. 

Dostojewski był mistrzem analizy najmroczniejszych zakątków duszy ludzkiej i targających człowiekiem namiętności. W Braciach Karamazow roztrząsa odwieczne dylematy ludzkości: istnienie wolnej woli, Boga, zła, miłości.

Powieść ta uznana została przez wielu myślicieli, takich jak Zygmunt Freud czy Albert Einstein, za jedno z najwybitniejszych dzieł literatury światowej.

Przełożyła

Barbara Beaupré

Tytuł oryginału: Bratia Karamazowy

Tłumaczenie: Barbara Beaupré

Copyright © 2014, MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-252-0

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Korekta: Dorota Ring

Skład: Jacek Antoniuk

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com

KSIĘGA I

HISTORIA JEDNEJ RODZINY

FIODOR PAWŁOWICZ KARAMAZOW

Aleksy Fiodorowicz Karamazow był trzecim synem właściciela ziemskiego, Fiodora Pawłowicza Karamazowa, którego tragiczna i tajemnicza śmierć narobiła w swoim czasie wiele hałasu.

Ziemianin ów (jak go powszechnie nazywa­no, mimo że całe prawie życie spędził poza obrębem swych ziemskich posiadłości) był to szczególny, jakkolwiek dość często zdarzający się typ człowieka. Obok lichego charakteru i roz­pustnych skłonności zdawał się być zupełnie po­zbawiony zdrowego rozsądku, był, jak to mówią, „narwany”, z tych jednak narwanych, którzy umieją wybornie prowadzić własne interesy majątkowe, ale też tylko te. I tak na przykład, rozpocząwszy od bardzo małego, jako właściciel drobnego ka­wałka ziemi, prowadził życie hulaszcze, żywiąc się przy tym przeważnie po cudzych domach, a w chwili śmierci znaleziono przy nim przeszła sto tysięcy gotówki. Z tym wszystkim słynął on w okolicy jako zupełnie zwariowany półgłówek, trzeba tu jednak dodać, że większej części swych szaleństw dokonał niezmiernie rozumnie i chytrze, a narwanie jego miało pewne specjalne, czysto narodowe cechy. Fiodor Pawłowicz był dwa razy żonaty. Z pierwszego małżeństwa miał jednego syna, Dymitra, z drugiego dwóch: Iwana i Ale­ksego. Pierwsza jego żona pochodziła z zamo­żnej i bardzo znanej w okolicy szlacheckiej ro­dziny Miasowów, którzy posiadali znaczne dobra. Jakim sposobem dziewczyna posażna, piękna, a przy tym jak na owe czasy niepospolicie wy­kształcona mogła wyjść za mąż za takie­go marnego półgłówka, jakim był Karamazow, tego nie silę się wyjaśnić. Sam jednak znałem pannę z przeszłego „romantycznego” pokolenia, która żywiła przez lat kilka zagadkową miłość do pewnego jegomościa, za którego zresztą wyjść mogła w każdej chwili najspokojniej w świecie. Mi­mo to potrafiła sobie znaleźć tysiące urojonych przeszkód i przeciwności, które zniewoliły ją do rzucenia się ze szczytu stromej i wysokiej skały w głąb bystrej i głębokiej rzeki, gdzie też istotnie utonęła, jedynie tylko dlatego, aby się stać po­dobną do szekspirowskiej Ofelii. I to tak dalece, że gdyby w tym miejscu zamiast pięknej, malo­wniczej i wysokiej skały znajdował się zwykły, płaski, prozaiczny brzeg, samobójstwo to nie na­stąpiłoby z pewnością. Fakt to jest autentyczny, a nie należy zapominać, że zaszło u nas niemało podobnych w ciągu trzech ostatnich pokoleń. Po­stępek Adelaidy Miasow należał do tejże kategorii zjawisk, a popełniła go niezawodnie pod wpływem owych nieuchwytnych, obcych wpływów i rozprzężenia myśli.

Czy chciała w ten sposób zaznaczyć kobie­cą swą samodzielność, idąc wbrew panującym przesądom i despotycznym zachciankom rodziny? Czy usłużna wyobraźnia zrobiła w jej oczach Fiodora Pawłowicza śmiałym szydercą i dzielnym szermierzem tej nowej, prowadzącej do wszelkie­go dobra epoki? Podczas gdy był to tylko lichy pajac, podszyty pieczeniarzem. Dość, że została jego żoną, a co było najciekawsze, musiał ją Fiodor Pawłowicz wykraść, czym ją najmocniej zadowolił.

Fiodor Karamazow, którego stanowisko towarzyskie było jeszcze wówczas bardzo skromne, gotów był na wszelkie kawały, byleby zrobić karierę. Spokrewnienie się z arystokratyczną ro­dziną, a przy tym zdobycie posagu, było, oczywiś­cie, rzeczą bardzo dla niego nęcącą, co się tyczy jednak wzajemnej miłości, nie było jej prawdo­podobnie z żadnej strony. Adelajda Iwanowna, mimo swej piękności, nie wzbudziła wcale głęb­szych namiętności w sercu swego męża, a był to jedyny wypadek w życiu tego człowieka, oddane­go namiętnościom prawie wyłącznie miłosnym, goniącego ochoczo za każdą napotkaną spódnicz­ką. Ta jedna tylko wśród wszystkich innych nie wywierała na niego żadnego wrażenia. Adelajda Iwanowna zdała sobie sprawę bar­dzo prędko po ślubie, że dla męża swego odczu­wa tylko pogardę. Naturalnie skutki tego wzaje­mnego stosunku dały się uczuć z błyskawiczną szybkością. Rodzina pani Karamazow dała się bardzo prędko przebłagać i oddała cały na­leżny jej posag, mimo to stosunki między małżon­kami stały się bardzo burzliwe. Opowiadano, że w sporach tych młoda małżonka okazała daleko więcej go­dności i szlachetności niż mąż, który, jak się później okazało, wyłudził od niej od razu cały kapitał, wynoszący dwadzieścia pięć tysięcy rubli, a następnie usiło­wał przejąć w posiadanie, za pomocą podrobione­go aktu kupna, należącą do niej wioskę i dom w mieście, stanowiący jej spadek po rodzicach. Byłoby mu się to zapewne udało, dzięki po prostu uczuciu wstrę­tu i pogardy, jakie budził w swojej żonie, która zgodziłaby się na wszystko, byle tylko się go po­zbyć; na szczęście jednak wdała się w to jej rodzina i powściągnęła mężowską chciwość. Opowiadano także, że przychodziło nawet do zniewagi czyn­nej, że jednak biła tu przede wszystkim małżon­ka dama odważna, prędka, gorącego tempera­mentu, a przy tym obdarzona niepospolitą siłą fizyczną. W końcu Adelaida Iwanowna rzuciła dom i męża i uciekła z ubogim nauczycielem seminarium pochodzącym z niższych warstw społecznych, zostawiając synka Dymitra.

Natychmiast po jej wyjeździe Karamazow zaprowadził u siebie rodzaj haremu, zapijając się przy tym bez pamięci, w antraktach zaś jeździł po całej prawie okolicy, skarżąc się ze łzami w oczach na żonę każdemu, kto chciał tych skarg słuchać.

Przy tej sposobności opowiadał on o żonie swojej szczegóły, o jakich każdy inny mąż nie wspominałby nawet sam przed sobą bez uczucia wstydu. W ogóle sprawiało mu, zdaje się, dziwną przyjemność odgrywać przed każdym śmieszną rolę zdradzonego męża, popisywał się prawie swoją krzywdą, toteż żartownisie mówili mu: „Wyglądacie, Fiodorze Pawłowiczu, jakbyście do­stąpili wyższej rangi, takie zadowolenie bije od was pomimo waszych strapień”. Niektórzy utrzy­mywali, że Karamazow udaje tylko nieświadomość, zdając sobie wybornie sprawę ze śmiesznej stro­ny swego położenia, któż jednak wiedzieć może, czy nie było w tym i rzeczywistej naiwności. W końcu udało mu się natrafić na ślad zbiegłej małżonki. Biedaczka przebywała w Peters­burgu wraz ze swym seminarzystą i zaczynała właśnie puszczać się na fale emancypacji. Fiodor Pawłowicz zakłopotał się tym cokolwiek i zaczął nawet wybierać się do Petersburga, nie wiedząc właściwie dlaczego? I po co? Może na­wet rzeczywiście by tam pojechał, gdyby nie to, że powziąwszy takie postanowienie, uczuł się w obo­wiązku dodać sobie animuszu przed drogą na swój zwykły sposób, to jest oddając się bezprzykładnej pijatyce.

Tymczasem rodzina jego żony otrzymała wiadomość o jej śmierci. Umrzeć miała gdzieś na poddaszu z tyfusu. W chwili otrzymania tej wiadomości Fiodor Pawłowicz był zupełnie pijany.

Opowiadano, że wybiegł wówczas na ulicę z wzniesionymi do góry rękami, krzycząc na cały głos z radością: „Jestem wolny”. Inni utrzymy­wali, że płakał jak małe dziecko, aż żal było pa­trzeć na niego, mimo wszystkich jego wad. Bardzo być może, że jedno i drugie było prawdą. Cieszył się, prawdopodobnie, swoim oswobodze­niem i opłakiwał jednocześnie tę, która oswobo­dziła go swą śmiercią. W znacznej ilości wypad­ków ludzie, nawet źli, znajdują więcej w sobie prostoduszności i dobroci, niżbyśmy mogli przypuszczać, a zauważyć to możemy i sami na sobie.

PIERWSZE MAŁŻEŃSTWO

Łatwo sobie wyobrazić, jakiego rodzaju oj­cem i wychowawcą mógł być taki człowiek. W stosunku jego do syna stało się to, co się stać musiało, to znaczy zaniedbał go całkowicie. Nie była to bynajmniej jakaś uraza mężowska do dziecka Adelaidy Iwanownej, po prostu – najzupełniej o nim zapomniał.

Podczas gdy Fiodor Pawłowicz zanudzał wszystkich dokoła łzami i skargami, za­mieniając jednocześnie dom w gniazdo roz­pusty, trzyletni Mitia znalazł opiekuna w osobie Grzegorza, wiernego sługi tegoż domu. Gdyby nie on, nikt by nawet nie pomyślał o zmienieniu chłop­cu koszulki. W pierwszych bowiem czasach rodzina matki również zapomniała zupełnie o dzieciaku. Dziad jego, a ojciec Adelaidy, Iwanowicz, nie żył już wtedy, babka była ciężko chora, a ciotki po­wychodziły za mąż. Cały więc rok pędził mały Mitia w czeladnej izbie pod opieką Grzegorza. Gdy­by nawet tatuś przypomniał był sobie o nim (a tru­dno przypuszczać, żeby nie wiedział o jego istnie­niu), to i tak odesłałby go niezawodnie z powrotem do czeladnej, bo obecność dzieciaka zawadzałaby mu tylko w jego rozpustnych hulankach. Aż na­raz przybył z Paryża stryjeczny brat zmarłej Ade­laidy Iwanowej, Piotr Aleksandrowicz Miasow. Był to wówczas zupełnie jeszcze młody człowiek, osobliwy typ w rodzinie Miasowów, oświecony, gład­ki, w całym znaczeniu tego słowa „Europejczyk”, który z czasem miał się przedzierżgnąć w liberała w stylu epoki pomiędzy 1840 a 50. Mieszkał on później długie jeszcze lata za granicą, stykał się z wybitnymi przedstawicielami kierunków liberal­nych, jak Bakunin, Proudhon i inni – lubił też na starość opowiadać o trzydniowej rewolucji luto­wej z roku 1848, dając do zrozumienia, że brał w niej czynny udział, omal nawet nie walczył na barykadach.

Posiadał własny majątek ziemski, coś około tysiąca dusz. Posiadłość ta, leżąca tuż obok mia­sta, graniczyła też z gruntami miejscowego kla­sztoru, z którym Miasow prowadził odwieczny proces o prawo rybołówstwa czy też używania lasu. Proces ten rozpoczął on zaraz po objęciu spad­ku, uważając za swój obywatelski obowiązek czło­wieka oświeconego napsuć trochę krwi klerykałom.

Dowiedziawszy się o losie swojej kuzynki Adelaidy Iwanowny, którą znał i podziwiał w swo­im czasie, postanowił zająć się pozostałym po niej sierotą. Wówczas, nie zważając na młode swoje lata i przezwyciężając wstręt, jaki w nim budził Fiodor Pawłowicz, zawarł z nim znajomość i oznajmił mu wprost, że pragnie zająć się wy­chowaniem małego Mitii. Opowiadał później, że skoro zapytał Karamazowa o Mitię, ten wyglądał przez dłuższy czas, jakby zupełnie nie rozu­miał, o jakie to dziecko chodzi. Robił nawet wra­żenie człowieka mocno zdziwionego myślą, że ma gdzieś w ogóle w domu jakiegoś synka. Choć­by nawet było trochę przesady w tym opowiada­niu Miasowa, to w każdym razie było ono bardzo charakterystyczne dla Fiodora Pawłowicza, który bardzo chętnie przybierał przed ludźmi najroz­maitsze pozy i to zwykle niekorzystne dla siebie, a raczej uwłaczające. Jest to zresztą rys wspól­ny wielu ludziom o wiele rozumniejszym od na­szego bohatera. Piotr Aleksandrowicz Miasow zabrał się energicznie do dziecka, i uzyskał to, że mianowano go współopiekunem Mitii, ze względu na spadek po jego matce. Prócz tego malec zamieszkał u nowo poznanego wujaszka. Nie trwało to jednak długo, gdyż Miasow, upo­rządkowawszy własne interesy, zapragnął znów wrócić do Paryża, wyjeżdżając zaś, powierzył małego Mitię opiece jednej ze swych stryjecznych ciotek, mieszkającej w Moskwie. Nadeszła tymczasem sławna rewolucja lutowa, która tak dalece pochłonęła uwagę Miasowa, że i on z kolei zapomniał o swoim wychowańcu, który po śmierci moskiewskiej swej opiekunki przechodził z rąk do rąk, i zmienił jeszcze trzy czy cztery razy miejsce pobytu.

Dymitr Fiodorowicz rósł w przekonaniu, że gdy z czasem dojdzie do pełnoletności, otrzyma spadek po matce i będzie majątkowo zabezpie­czony. Lata dziecinne i młodość upłynęły mu bardzo nieporządnie. Nie skończył gimnazjum, bawił jakiś czas w szkole wojskowej, dosługiwał się stopni na Kaukazie, stracił je skutkiem poje­dynków, odzyskał na nowo, hulał wiele, stracił stosunkowo dużo pieniędzy. Doszedłszy do peł­noletności, otrzymywał małe zasiłki od Fiodora Pawłowicza, przedtem zaś ratował się zaciąga­niem długów. Dymitr Fiodorowicz odnowił znajo­mość ze swym ojcem dopiero po dojściu do peł­noletności. Fiodor Pawłowicz nie podobał mu się wcale, bawił też u niego krótko i odjechał, otrzy­mawszy niewielką kwotę pieniędzy i nieokreślone obietnice na przyszłość. Należy tu zaznaczyć, że młody Karamazow nie zdołał wydobyć od ojca żadnych dokładnych wiadomości ani o wartości swego spadku po matce, ani też o ilości docho­dów z niego. Fiodor Pawłowicz zauważył od razu, że syn jego ma zbyt wygórowane pojęcie o swym majątku, a przy tym jest to chło­pak lekkomyślny, gwałtowny, niecierpliwy, hula­ka, którego łatwo będzie zaspokajać drobnymi datkami, udzielanymi mu co pewien czas. Tak też postępował z nim przez całe cztery lata, aż wreszcie Dymitr stracił cierpliwość i przyjechał znów do ojca, chcąc już ostatecznie załatwić swoje dziedzictwo. Wówczas Fiodor Pawłowicz oznajmił synowi, że wypłacił mu już wszystko, co mu się należało, i że, kto wie nawet, czy nie dał mu znacznie więcej, z czego wynika, że teraz właściwie on jest dłużnikiem ojca. W dodatku przedstawił mu rozmaite dokumenty, które dowo­dziły, że skutkiem rozmaitych finansowych spekulacji, w których sam chciał brać udział, nie ma już prawa upominać się o nic!

Wiadomość ta wprowadziła młodzieńca w osłupienie. Podejrzewał ojca o kłamstwo i oszustwo i wpadł nareszcie w stan nerwowego rozdrażnienia graniczącego z szałem. Takie to okoliczności doprowadziły w końcu do katastrofy, której przebieg stanowi treść, a raczej zewnętrz­ną stronę niniejszego opowiadania. Zanim jed­nak przejdziemy do tego przedmiotu, należy nam zaznajomić się jeszcze z młodszymi synami Fiodora Karamazowa.

SYNOWIE Z DRUGIEGO MAŁŻEŃSTWA

Pozbywszy się opieki nad czteroletnim Mitią, Fiodor Pawłowicz wkrótce się ożenił. Pożycie jego z drugą żoną trwało lat osiem.

Druga jego żona pochodziła z odległej stolicy, do której Fiodor Pawłowicz zajechał w sprawie niezbyt czystych interesów, których dokonywał na współkę z jednym żydkiem.

Pomimo hulaszczego życia, pijaństwa i roz­pusty Fiodor Karamazow nie zaniedbywał nigdy swoich pieniężnych interesów i powiększał nie­ustannie swój kapitał, za pomocą dość podłego gatunku spekulacji, które mu się jednak zawsze wybornie udawały. Druga żona Fiodora Pawłowi­cza nazywała się Zofia Iwanowna. Była to bez­domna sierota, przygarnięta z litości przez sta­rą, bogatą i bardzo arbitralną damę, wdowę po generale Worochow. Stara generałowa była jed­nocześnie wychowawczynią, opiekunką i dręczycielką sieroty. Nie znam bliższych szczegółów wzajemnego ich stosunku, opowiadano mi tylko, że tę łagodną, naiwną i dziwnie pozbawioną zawziętości dzieweczkę odcięto raz ze sznurka, na którym się powiesiła w jakiejś komórce. W ta­kich to warunkach zjawił się Fiodor Pawłowicz i oświadczył się o rękę Zofii. Zasięgnięto o nim informacji i pokazano mu drzwi. Wówczas zaproponował on znów sierotce wykradzenie; być może, że, mimo wszystko, nie zgodziłaby się na to małżeństwo, gdyby znała cokolwiek przeszłość Karamazowa, ale co mogła rozumieć taka młoda, niedoświadczona dziewczynka, która wiedziała tylko, że lepiej utopić się, niż pozostawać dłużej w domu dotychczasowej opiekunki.

Tym razem Fiodor Pawłowicz nie wziął żad­nego posagu po żonie, bo generałowa, srodze zagniewana, nie dała nic wychowance, a w do­datku przeklęła ich oboje. Nie był to jednak dla niego zawód, gdyż w tym wypadku nie liczył istotnie na zysk, a olśniony został po prostu nad­zwyczajną pięknością dziewczyny, a zwłaszcza niewinnym wyrazem jej wejrzenia, które spiorunowało niemal tego rozpustnika, rozmiłowanego dotąd przeważnie w grubszego rodzaju kobiecej piękności.

– Mnie te oczka niewinne drasnęły jak brzytwą po duszy – mawiał później, chichocząc po swojemu.

Nie wziąwszy nic po żonie, nie robił sobie też z nią Fiodor Karamazow żadnych ceremonii, a opierając się na tym, że właściwie jest jej wy­bawcą, który ją uratował od stryczka, podeptał od razu najelementarniejsze zasady przyzwoitości małżeńskiej, a napełniwszy dom swój kobietami lichego prowadzenia, zaczął wyprawiać na oczach żony najwstrętniejsze orgie. Charakterystyczne jest, że stary sługa, Grzegorz, który nie cierpiał pierwszej swej pani, Adelaidy Iwanowny, tu sta­nął od razu po stronie młodej małżonki i występo­wał w jej obronie z niezwyczajną, jak na służą­cego, śmiałością. Dość powiedzieć, że rozpędził raz przemocą zgromadzoną w domu bezwstydną tłuszczę, udaremniając w ten sposób przysposo­bioną przez pana swego orgię. Mimo to nie­szczęsna kobieta, dręczona i wystraszona przez całe życie, dostała wkrótce nerwowej choroby, bardzo rozpowszechnionej wśród kobiet z ludu w Rosji i podlegać zaczęła strasznym atakom histerycznym, przy których traciła niekiedy przy­tomność. W tych warunkach została jednak matką dwóch synów. Starszy, Iwan, urodził się w pierw­szym roku jej małżeństwa, młodszy, Aleksy, trzy lata później. W chwili śmierci matki Aleksy miał zaledwie cztery lata, mimo to zapamiętał ją na całe życie, jak przez sen, oczywiście. Po śmierci Zofii Iwanowny los jej synów był słowo w słowo taki sam jak poprzednio pierworodnego Mitii. Ojciec zapomniał o nich najzupełniej, do­stali się więc do izby Grzegorza i pod jego opie­kę. Tam też odszukała ich arbitralna generało­wa, opiekunka i dobrodziejka ich matki. Przez osiem lat nie zapomniała urazy wyrządzonej niegdyś przez Zofię, a słysząc o nieszczęśliwym pożyciu dawnej swej wychowanki, zwykła powtarzać domownikom, że sierota sama sobie taki los zgotowała i że Pan Bóg karze ją słusznie za jej niewdzięczność. Trzy miesiące po śmierci młodej kobiety generałowa ukazała się w mieście, w którym mieszkał Fiodor Pawłowicz, i udała się wprost do jego mieszkania. Zabawiła nie dłużej nad pół godziny, ale dokonała wiele. Wieczór już był wówczas, Fiodor Pawłowicz, któ­ry od ośmiu lat nie widział generałowej, wyszedł na jej spotkanie zupełnie pijany. Opowiadano, że bezwzględna staruszka wycięła mu bez żadnych wstępów dwa siarczyste policzki, wytargała za włosy i, nie przemówiwszy ani słowa, poszła pro­sto do izby Grzegorza. Zauważywszy od razu, że dzieci są nieumyte i w brudnej bieliźnie, poczę­stowała też policzkiem Grzegorza, wyprowadziła dzieci, a owinąwszy je w pled, posadziła do ka­rety i zawiozła do siebie. Grzegorz zniósł otrzy­many policzek z uległością niewolnika. Wypro­wadził starą jejmość do karety, pokłonił się jej w pas i oddał dzieci z przekonaniem, że „Bóg zapłaci jej za sieroty”.

– Byłeś i jesteś wałkoń! – krzyknęła mu ge­nerałowa w odpowiedzi i odjechała z dziećmi.

Kiedy Fiodor Pawłowicz zdał sobie sprawę z tego, co zaszło, doszedł do przekonania, że wszyst­ko stało się jak najlepiej i nigdy ani jednym sło­wem nie protestował przeciw wychowaniu swoich dzieci w domu generałowej. O wymierzonych sobie policzkach opowiadał sam bardzo chętnie po całym mieście.

Wkrótce potem generałowa umarła, zapisu­jąc każdemu z malców po tysiąc rubli na ich wy­chowanie. Pisała w swoim testamencie: „Pienią­dze te powinny wystarczyć do ich pełnoletności, bo to i tak aż nadto dla takich dzieci; gdyby zresztą ktoś mniemał, że to za mało, niech da więcej”.

Na szczęście głównym spadkobiercą genera­łowej został bardzo porządny i uczciwy człowiek, miejscowy marszałek szlachty, Jefim Piotro­wicz Polienow. Z początku próbował poro­zumieć się z Fiodorem Pawłowiczem, ale spostrzegł od razu, że jest to człowiek, od którego nie wyciągnie ani grosza na wychowanie dzieci, jakkolwiek ten nigdy wprost nie odmawiał i roz­pływał się wciąż w czułościach.

Wobec tego Jefim Piotrowicz sam zajął się losem sierot, a zwłaszcza pokochał młodszego, Aleksego, który wychowywał się w jego rodzinie. Opiekun młodych Karamazowów był jednym z naj­lepszych i najszlachetniejszych ludzi, jakich się rzadko w świecie spotyka. Nie tknął ani grosza z pieniędzy zapisanych chłopcom przez genera­łową, tak że kapitalik ów podwoił się do czasu ich pełnoletności, i sam łożył na ich wychowanie.

Nie wdając się w szczegóły dzieciństwa ich i młodości, opowiem je tylko w krótkich zary­sach. Starszy, Iwan, rósł jako ponury, zamknięty w sobie chłopak, który nim skończył dziesięć lat, zrozumiał, że wychowuje się u obcych i na ich łasce, i że ojciec jego jest człowiekiem, o którym wstyd wspominać. Od dzieciństwa okazywał podobno nadzwyczajne zdolno­ści do nauki. W trzynastym roku życia opiekun Iwana oddał go do gimnazjum w Moskwie i nie zatrzymując go dłużej w swojej rodzinie, umieścił go u wybitnego pedagoga, przyjaciela z lat dziecinnych. Stało się to, jak opowiadał później sam Iwan, dzięki „namiętności robienia dobrze”, która była najistotniejszą treścią życia Polienowa. Uważał on, że genialnymi zdolnościami chłopca kierować też powinien genialny wychowawca. Zanim jednak Iwan ukończył gimnazjum, równie opiekun jego, jak i genialny wychowawca, rozstali się już z ży­ciem.

Jefim Piotrowicz Polienow zaniedbał nie­których formalności dotyczących kapitaliku zapisanego jego wychowańcom przez arbitralną gene­rałową, skutkiem czego po jego śmierci Iwan znalazł się w bardzo trudnym położeniu i przez pierwsze dwa lata studiów uniwersyteckich musiał za­rabiać sam na siebie. Nie zwrócił się ani razu do ojca z prośbą o pomoc, nie wiadomo, czy przez dumę i pogardę dla niego, czy też przez zdrowy zmysł krytyczny, który mu wskazywał, że od takiego ojca nic się spodziewać nie może.

Mimo to młodzieniec dał sobie radę, z po­czątku udzielając lekcji po 30 kopiejek za godzinę, i biegając po redakcjach, gdzie powierzano mu drobne dziesięciowierszowe notatki z wiadomości ulicznych, zaopatrzone podpisem „Świadek”. No­tatki te były tak dowcipnie i ciekawie redagowa­ne, że bardzo prędko zrobiły sławę swemu autorowi, który już tym jednym wyróżnił się od razu z całego tłumu kolegów swych i koleżanek oblegających od rana do nocy wszystkie redakcje dla ofiarowania swych wierszy i przekładów z francuskiego.

Zawiązawszy raz stosunki z redakcjami pism, utrzymywał je Iwan Fiodorowicz przez cały czas pobytu na uniwersytecie. W ostatnich latach zaczął pisywać recenzje z dzieł naukowych, które zwróciły na niego uwagę specjalistów.

A wreszcie, w chwili ukończenia studiów, udało mu się napisać artykuł, który dał go poznać szerszym kołom czytającej publiczności. Za temat posłużyła mu sprawa trybunałów duchownych, bę­dąca wówczas niezmiernie na czasie i zajmująca wszystkie umysły. Artykuł wydrukowany został w jednym z większych dzienników stołecznych i wywołał ogromne wrażenie. Ciekawy był, mia­nowicie, ton, jakim autor traktował swój przedmiot, i całkiem niespodziewane wnioski, jakie wyprowa­dził w końcu.

Zdawszy sprawę z rozmaitych poglądów na roztrząsaną przez siebie kwestię, zaznaczył wre­szcie własne stanowisko, a uczynił to w taki spo­sób, że z jednej strony ludzie zapatrywań klerykalnych uznali go za swego, z drugiej zaś, nie tylko postępowi, ale nawet skrajni ateiści, przyklasnęli mu również gorąco. Znalazła się wreszcie garstka ludzi domyślnych, utrzymujących, że autor grubo sobie zażartował z czytelników, w każdym razie zdobył sobie jednym zamachem sławę, która dotarła nawet do rodzinnego jego miasta. Miej­scowa inteligencja przypomniała sobie, że Iwan urodził się wśród niej i nie mogła się dość na­dziwić, że jest on synem tego oto osławionego Fiodora Pawłowicza.

W tym właśnie czasie Iwan przyjechał do ojca. Powód tego przyjazd był dla wielu zagadką. I w sa­mej rzeczy, trudno było pojąć, jak może taki uczo­ny, dumny i ambitny młodzieniec nawiązywać sto­sunki z takim ojcem, który go całe życie zanie­dbywał, nie troszczył się o niego, nie pamiętał o nim, a i dziś w żadnym razie nie przyszedłby mu z pomocą.

Tymczasem młody Karamazow zamieszkał w domu ojca; mimo fatalnej jego reputacji zgo­dził się z nim wybornie, a nawet zaczynał wywie­rać na niego pewien dodatni wpływ. Dziwiono się temu powszechnie, najbardziej zaś dobitnie wypowiadał zdumienie swoje Miasow, dawny opie­kun Dymitra, który właśnie w tym czasie przyje­chał z Paryża, i natychmiast zawarł znajomość z interesującym kuzynem. „Chłopak ma ambicję – mawiał o nim – umie sobie radzić, posiada zresztą własny kapitalik na wyjazd za granicę, nie przy­jechał więc po pieniądze. Zapijać się wódką nie potrafi, rozpustnych hulanek nie lubi. Cóż więc trzymać go może w tej norze?”. Tymczasem najwi­doczniej stary polubił go, a nawet obejść się bez niego nie mógł. Znacznie później dopiero poka­zało się, że Iwan Fiodorowicz przyjechał tu w spra­wie brata swego, Dymitra, który prosił go o to li­stownie, zanim jeszcze Iwan wyjechał z Moskwy.

Bracia nie znali się dotąd wcale i zobaczyli się teraz po raz pierwszy. Wkrótce Iwan wziął na siebie rolę pośrednika pomiędzy ojcem a Dy­mitrem, usiłując załagodzić powstałe między nimi zatargi, które właśnie wówczas zaostrzyły się bar­dzo. Mimo wszystko postać Iwana i jego po­stępki miały zawsze w sobie coś zagadkowego. W ten sposób cała rodzina Karamazowych zje­chała się i poznała z sobą po raz pierwszy, bo i najmłodszy syn, Aleksy, znajdował się już od ro­ku w miejscowym klasztorze, gdzie odbywał nowicjat. Miał on zamiar poświęcić się życiu za­konnemu i przygotowywał się do tego z wielkiem skupieniem.

NAJMŁODSZY SYN ALOSZA

Alosza miał wówczas lat 20. Mimo że za­mierzał poświęcić się życiu zakonnemu, nie był to bynajmniej fanatyk ani nawet mistyk. Określić by go można raczej jako urodzonego altruistę. Je­żeli obrał sobie drogę zakonną, to dlatego tylko, że uważał ją wówczas za jedyną, na której mógł urzeczywistnić swój ideał wyzwolenia z mrocz­nych ciemności ziemskiego zła duszy swej, rwą­cej się ku światłu i miłości. Drugą przyczyną, która wpłynęła na jego postanowienie, było spotka­nie na owej drodze nadzwyczajnego człowieka, jakim był w jego oczach świętobliwy starzec Zosima, mieszkający w miejscowym klasztorze. Do starca tego przywiązał się młody Alosza całymi siłami swego gorącego i nienasyconego serca. Był to zresztą w ogóle niezwykły chłopak. W chwili śmierci matki miał dopiero cztery lata, mimo to zapamiętał ją sobie na całe życie. Wspomnienia te występowały w jego wyobraźni tak wyraźnie jak głoski ogniste wyryte na ciemnym tle lub jasny punkt wielkiego jakiegoś obrazu gu­biącego się w ciemnym półmroku. Pamię­tał mianowicie jeden moment ze swego dzieciń­stwa. Cichy letni wieczór i promienie zachodzą­cego słońca wpadające ukośnie przez otwarte okno do wnętrza pokoju, gdzie w kącie paliła się lampka przed obrazem Matki Boskiej. Przed tym obrazem klęczała młoda kobieta, zanosząc się od żałosnego łkania i wyrzucając z siebie roz­paczliwe okrzyki. Kobieta trzymała go w obję­ciach i przyciskała namiętnie do piersi, tak silnie, że prawie ból mu zadając, to znów podsuwała go niejako w stronę obrazu, modląc się za niego i wzywając dla niego opieki Madonny. W tej chwili wbiegła zastraszona piastunka i wyrwała go z rąk matki. Taki to obraz zapamiętał sobie Alo­sza, dodając przy tym, że, o ile sobie przypomina, twarz jego matki była przedziwnie piękna, mimo że w owej chwili miała wyraz na wpół obłąkany. Opowiadał zresztą o tym niechętnie.

W dzieciństwie i młodości był to chłopak mało wywnętrzający się i małomówny. Pocho­dziło to jednak z pewnego rodzaju wewnętrznej zadumy, która go tak pochłaniała, że zapominał prawie o istnieniu zewnętrznych wy­padków. Mimo to nie stronił wcale od ludzi, kochał ich, wierzył im przez całe życie, a przecież nikomu nie przyszło na myśl uważać go za pro­stodusznego lub naiwnego.

Było w nim coś, co budziło w obcujących z nim przekonanie, że człowiek ten nie przyzna sobie nigdy prawa sądzenia ich postępków nieprzychyl­nie i gorszenia się nimi. Widoczne było, że to mu nigdy na myśl nie przyjdzie. Zdawało się, że zdolny jest darować wszystko i że nie potępi bez­względnie nic, choćby sam najgłębszego doznał zmartwienia. Od wczesnej młodości doszedł pod tym względem do takiego zrównoważenia, że nikt i nic nie było w stanie zadziwić go lub zastraszyć.

Mając lat dwadzieścia, przybył do ojca, którego dom był, jak wiadomo, gniazdem najwstrętniejszej rozpusty. Otóż tam, on, natura wyższa i czysta, bywał niekiedy świadkiem scen, których widoku zupełnie nie mógł znieść, wówczas oddalał się tylko w milczeniu, nie zdradzając naj­mniejszego zgorszenia lub uczucia pogardy dla kogo bądź. Ojciec jego, który jako dawny bywalec miał węch do ludzi i był po swojemu mocno drażliwy, przyjął go początkowo z niedowierzaniem i obserwował niechętnie. (Milczy, bo milczy, my­ślał o nim, ale wszystko na wąs mota). Po dwóch tygodniach jednak znajomości nabrał do niego takiej sympatii, że brał go co chwila w objęcia i całował, po pijanemu co prawda, ale z nieudaną czułością, a z czasem pokochał go tak serdecz­nie i głęboko jak jeszcze nikogo.

Już to chłopaka tego kochali wszyscy, z któ­rymi się stykał. Jeszcze w dzieciństwie, gdy umieszczono go w rodzinie opiekuna jego i wy­chowawcy, Jefima Polienowa, zjednał sobie bar­dzo prędko ogólne przywiązanie, tak że kochano go tam i obchodzono się jak z najbliższym kre­wnym. Był zaś jeszcze wówczas takiem dziec­kiem, że nie można go było w żaden sposób po­sądzać o wyrachowaną przebieg­łość i z góry ob­myślany zamiar zaskarbienia sobie względów swe­go otoczenia. Dar zdobywania sobie miłości ludz­kiej był u niego czymś wrodzonym i oddziaływał na innych bezwiednie i bezpośrednio. To samo było w szkole. Zdawałoby się, że z tego rodzaju usposobieniem mógł się narazić na niechęć kolegów, a przynajmniej stać się celem żartów i po­śmiewiska. Chętnie na przykład szukał osamotnienia, oddając się ulubionym swym zadumom, lub też uciekał gdzieś do kąta z książką. Tymczasem przez cały czas pobytu w szkole kochany był przez wszystkich i uchodził za ulubieńca kolegów. Rzad­ko bardzo brał udział w swawolach towarzyszy, rzadko nawet bywał wesoły, ale od razu można było poznać, że nie płynie to u niego z jakiejś wrodzonej posępności, przeciwnie, usposobienie miał pogodne i równe. Nigdy nie starał się wy­kazać wyższości swej nad kolegami, a przy tym nie bał się nikogo i niczego. Dlatego też malcy zdawali sobie wybornie sprawę, że zalety te są w nim tak dalece wrodzone, że nie przyjdzie mu na myśl pysznić się nimi, a postępuje raczej tak, jakby wcale o nich nie wiedział. Nie był też wcale zawzięty i zapominał szybko urazy. Zdarzało się nieraz, że godzinę po jakimś nieporozumieniu rozmawiał tak pogodnie i uprzej­mie z tym, który go obraził, jakby nic nigdy między nimi nie zaszło. A robił to nie dlatego, aby szybko przebaczał i darowywał, a raczej po­nieważ właściwie nie uznawał się za obrażone­go, co też najkorzystniej wpływało na przeci­wników.

Jeden tylko rys charakteru Aloszy nadawał się, zdaniem jego kolegów szkolnych, do żartów i śmiechów z niego, i to od najniższych do najwyż­szych klas gimnazjalnych. Rysem tym była jego bezgraniczna, niemal dzika wstydliwość. Nie znosił on zupełnie pewnego rodzaju słów, wyrażeń i rozmów o kobietach. Na nieszczęście tego rodzaju właśnie wyrażenia i rozmowy są aż nadto rozpowszechnione w naszych szkołach. Wyrostki, prawie jeszcze dzieci, czyste nawet i niewinne w duszy i w sercu, lubują się często w takich rozmowach i opowiadaniach, jakich by się nie powstydził najrozpasańszy żołdak. Co więcej, dzieci z naszego, tak zwanego wyższego, inteligentnego towarzystwa – wiedzą o wielu rzeczach i szczegółach, o jakich nie śniłoby się owym żołdakom. Nie jest to w nich rozpustą ani nawet istotnym wewnętrznym cynizmem, jak­kolwiek ma wszelkie tego pozory, ale faktem jest, że dorastające chłopaki znajdują w takich rozmowach dziwne upodobanie, jakby jakiś sma­czek delikatny i bardzo dla nich pociągający. Spostrzegłszy, że Alosza Karamazow zatyka so­bie uszy, ilekroć o tym zaczyna być mowa, chłopcy otaczali go umyślnie, odrywali mu prze­mocą ręce i krzyczeli mu nad uchem największe obrzydliwości. Wówczas wyrywał się im rozpaczliwie i rzucał na ziemię, zakrywa­jąc się o ile możności i nie wypowiadając ani jednego gniewnego słowa, znosił w milczeniu obrazę. W końcu zostawiono go w spokoju i przestano nawet przezywać go dziewczynką, tylko spoglądano na niego z pewnem poli­towaniem. Co się tyczy nauki, należał on zwy­kle do lepszych uczniów, nie był jednak nigdy pierwszy.

Po śmierci Jefima Polienowa żona jego i cała rodzina, składająca się wyłącznie z kobiet, wyjechała na dłuższy czas do Włoch. Alosza, który był jeszcze wówczas w gimnazjum, dostał się wtedy do domu dwóch dalekich kuzynek Polienowa, których przedtem nie znał, i pozosta­wał już u nich, nie wiedząc zupełnie, na jakich się to dzieje warunkach. Charakterystycznym także rysem jego usposobienia było, że się nigdy nie zatroszczył, z czego i czyim kosztem żyje. Pod tym względem był on zupełnym przeciwień­stwem starszego swego brata, Iwana, który od dzieciństwa bolał niezmiernie nad tym, że żyje niejako na łasce swego dobroczyńcy i starał się jak najprędzej stanąć o własnych siłach. Nie można jednak było z tego powodu sądzić Aloszę zwykłą miarą, to znaczy posądzać go o brak godności, bo każdy, kto go bliżej poznał, nabierał przeko­nania, że gdyby chłopcu temu dać na własność największy kapitał, rozdałby go niezawodnie na dobre uczynki, a może nawet oddałby go pierw­szemu lepszemu oszustowi, któryby go o to po­prosił. Zdawał się zupełnie nie rozumieć warto­ści pieniądza. Gdy w dzieciństwie dawano mu jakieś grosze na drobne przyjemności, to albo nosił je całymi tygodniami w kieszeni, nie wiedząc, co z nimi począć, lub też pozbywał się ich natych­miast, nie wiedząc zupełnie nawet jak i na co. Krewny jego rodziny, Piotr Aleksandrowicz Miasow, który zdawał sobie doskonale sprawę z war­tości pieniędzy i był mocno drażliwy na punkcie burżuazyjnych pojęć o uczciwości, tak określał właściwość charakteru Aloszy: „Oto jedyny człowiek w świecie, którego można zostawić z całym spokojem zupełnie samego w środku ob­cego miasta, zaludnionego milionami mieszkań­ców, zupełnie mu nieznajomych, a można ręczyć, że nie zaginie i nie umrze z głodu i chłodu. W jednej chwili bowiem zgłosi się do niego mnóstwo ludzi gotowych nakarmić go i przy­odziać, albo też on sam wyżywi się i przyodzieje bez żadnego wysiłku, i nie będzie w tym dla niego żadnego poniżenia, gdyż każdy poczytywać sobie będzie za przyjemność oddanie mu przy­sługi”.

Brakowało mu jednej już tylko klasy do ukończenia gimnazjum, gdy pewnego razu oznajmił swo­im chwilowym opiekunkom, że musi jechać do ojca dla załatwienia jednej sprawy. Damy te zmartwiły się bardzo wyjazdem i z całych sił próbowały powstrzymać przed tym krokiem.

Podróż była niedaleka, ale Alosza nie miał na nią żadnych środków. Wówczas opie­kunki jego nie tylko nie pozwoliły mu zastawić na ten cel zegarka, który otrzymał w podarunku od rodziny swego byłego opiekuna, ale zaopa­trzyły go o wiele hojniej, niż tego potrzebował, nie zapominając o ubraniu i bieliźnie. On jed­nak zwrócił im połowę pieniędzy, oświadczając, że pojedzie trzecią klasą, i udał się do rodzin­nego miasta. Na zapytanie ojca, dlaczego nie kończy gimnazjum, nie odpowiedział nic prawie i był tylko niezwykle zamyślony. Po niejakim czasie dopiero pokazało się, że pragnie odszukać grób matki i, jak sam mówił, po to właściwie przyjechał. Była w tym jednak inna jeszcze pobudka, której na razie sam sobie nie uświada­miał, ale która z nieprzepartą siłą pchała go na nową drogę życia. Fiodor Pawłowicz nie mógł mu, oczywiście, wskazać mogiły jego matki, bo od czasu jej pogrzebu nie był ani razu na cmen­tarzu.

Tu wypada nam wspomnieć jeszcze słów parę o życiu starego Karamazowa. Po śmierci drugiej żony oddalił się on z rodzinnego miasta i przebywał dłuższy czas w Odessie. Tam, jak sam opowiadał, pozawierał liczne znajomo­ści z rozmaitymi „żydami, żydkami i żydziętami”, a także przyjmowany był w domach tak zwanych „Izraelitów”. W tym to okresie ży­cia rozwinął w sobie tę osobliwszą umiejętność zbijania i nagromadzania grosza. Gdy po kilku latach takiego życia powrócił do rodzinnego mia­sta, dawni jego znajomi znaleźli w nim wielkie zmiany. Przede wszystkim postarzał się nad wiek swój, który nie był jeszcze zbyt pode­szły. Następnie zachowanie się jego w towarzystwie straciło już wszelkie piętno przyzwoitości i stało się do najwyższego stopnia trywialne i aroganckie. Nieobyczajność względem kobiet, którą i dawniej uprawiał, stała się jeszcze bar­dziej wyuzdana. Prócz tego założył w powiecie kilka nowych szynków, a wszyscy prawie obywa­tele okoliczni stali się wkrótce jego dłużnikami. Oczywiście, że kapitały swoje umieszczał tylko na pewnej hipotece. W ostatnich czasach zaczął też tracić trochę równowagę umysłu, stał się ja­kiś szorstki, upijał się coraz częściej i gdyby nie Grzegorz, który zajmował wobec niego jakby stano­wisko guwernera, naraziłby się nieraz na ciężkie nieprzyjemności.

Przyjazd Aloszy podziałał dodatnio na tego podupadającego starca. Budzić się w nim za­częły dawno przygasłe wspomnienia.

– Wiesz ty, żeś ty bardzo do niej podo­bny – mawiał do syna – do „Klikuszy”. – Tak nazywał swoją zmarłą żonę z powodu nerwowej choroby, na którą cierpiała.

Grobu „Klikuszy” nie mógł jednak w żaden sposób pokazać synowi. Zrobił to dopiero stary Grzegorz, który, jak się pokazało ku ogólnemu zdziwieniu, sam pomyślał o pomniku i napisie. Skromne to było, ale przyzwoite. Na płycie że­laznej wypisano imię, nazwisko, wiek i datę śmierci nieboszczki, a pod spodem wyryty był czterowiersz odpowiedni, w rodzaju tych, jakie się spotyka na cmentarzach miejskich.

Alosza nie okazał na grobie matki szczególniejszego wzruszenia, wysłuchał tylko spokoj­nie opowiadania Grzegorza o sposobie, w jaki upo­rządkował grób biednej „Klikuszy”, i odszedł, nie przemówiwszy ani słowa. Natomiast cały ten epizod wywarł całkiem niespodziewane wrażenie na Fiodorze Pawłowiczu. Objawiło się ono w ten sposób, że zawiózł tysiąc rubli do miejscowego klasztoru, ofiarowując na mszę za duszę nie dru­giej swej żony, matki Aloszy, ale pierwszej, Adelaidy Iwanowny, tej, która go biła. A był to czło­wiek, który przez całe swoje życie nie spełniał żadnych praktyk religijnych i z pewnością nie wydał nigdy i pięciu kopiejek na postawienie świeczki przed obrazem. Takie to niespodziewa­ne zwroty uczuć i myśli zdarzają się często wśród ludzi.

Marne i hulaszcze życie, jakie prowadził Fiodor Pawłowicz, wyryło niezatarte i charakte­rystyczne ślady na jego ówczesnej fizjonomii. Małe jego oczka, o bezczelnym i chytrym wyra­zie, okolone były mięsistymi woreczkami; twarz, stosunkowo drobną, pokrywały głębokie zmar­szczki zbiegające się w okolicach podbródka, który zwisał na kształt podłużnej torebki pod ostro zakończoną brodą, nadając całej twarzy ja­kiś odrażająco lubieżny charakter. Dodajmy do tego szerokie, żarłoczne usta o grubych, mięsi­stych wargach, spomiędzy których ukazywały się czarne i połamane szczątki zębów, a będziemy mieli całkowity obraz ówczesnego wyglądu stare­go Karamazowa.

Żartował on sam nieraz z tej swojej twarzy, jakkolwiek zdawał się być z niej dosyć zadowo­lony. Pysznił się mianowicie swoim nosem, który był niewielki, cienki, a przy tym z dość wy­datnym garbkiem. „Prawdziwy rzymski nos – powiadał o nim – co w połączeniu z podbród­kiem stanowi wspaniały typ, typ rzymskiego patrycjusza z epoki upadku”.

Wkrótce po odnalezieniu grobu matki Alo­sza oznajmił ojcu, że ma zamiar wstąpić do nowicjatu w miejscowym klasztorze, gdzie go obiecano przyjąć. Dodał przy tym, że zwraca się do niego jako do ojca z prośbą o pozwolenie, w nadziei że nie będzie się sprzeciwiał speł­nieniu najgorętszych jego pragnień. Stary wie­dział, że przebywający przy klasztorze ojciec Zosima wywarł głębokie wrażenie na jego „cichego Aloszę”.

– Ten starzec to w samej rzeczy uczciwy mnich – przemówił Fiodor Pawłowicz, wysłuchawszy w milczeniu prośby syna. – Hm, to się tobie tego zachciewa? Mój ty cichy chłopaczku – mówił dalej, uśmiechając się tym swoim szerokim, na wpół pi­janym, niepozbawionym jednak pijackiej chytrości uśmiechem. – Hm… Przeczuwałem, że ty na tym skończysz. A cóż, masz tam te swoje dwa tysiące rubelków, to i wiano gotowe. Ty się bar­dzo nadajesz do takiego życia, grosza tracić nie umiesz, jak kanareczek, po dwa ziarneczka na tydzień. Nie bój się, aniele miły, ja ciebie nie opuszczę i zapłacę za wpisanie, ile zażądają, gdy­by trzeba było. Ale jeżeli nie zażądają, to po co się napraszać? Nieprawdaż… Hm… A wiesz ty co? Znam ja jeden klasztor, co ma własny futor za miastem, gdzie mieszkają „klasztorne żonki”, tak je tam wszyscy nazywają, ze trzydzieści sztuk pewnie. Byłem tam i bardzo to w swo­im rodzaju interesujące, dla rozmaitości. Szkoda tylko, że panuje tam rosyjski szowinizm. Fran­cuzek na przykład nie ma wcale, a powinny być dla grubych ryb. Podobno jeszcze przyjadą. A tu co? Nie ma takiego urządzenia, nie ma. A mnichów sztuk ze dwustu. Uczciwe podobno „monachy”, posty obserwują. Ej, Alosza! Żal mi ciebie. A wiesz ty co? Wierz czy nie wierz, pokochałem ja ciebie… w samej rzeczy… No i przy tym, ładnie, pomyśla­łem sobie, że będzie komu pomodlić się za grze­szną duszę. Nieraz już myślałem o tym. Miły ty chłopcze! Ty wiesz, że ja na punkcie tych wa­szych wszystkich nabożności całkiem głupi jestem. Ale przecież przychodzi mi czasem na myśl, nie często rozumie się, ale czasem, że już tam diabeł widły na duszę moją gotuje i nie może być inaczej. Dobrze myślę, widły, ale skąd one? Z czego zrobione, z żelaza może? Gdzież ta fa­bryka, w której się kują? Ot! W klasztorze mnichy myślą, że piekło ma sufit, ja gotów też jestem wierzyć w piekło, ale bez sufitu, to jakoś delikatniej, kulturalniej, bardziej po protestancku; tymczasem w samej istocie rzeczy to chyba wszystko jedno. Ot już i jest przeklęta zawiłość! Bo jeśli nie ma sufitu, nie ma i wideł, a jeśli nie ma wideł, czym że mnie diabeł po śmierci zahaczy? A jeśli już takiego, jak ja, nie zahaczy, to gdzie prawda na świecie? Dla mnie jednego należało­by wymyślić owe widły! Bo ty nie wiesz, Alosza, jaki ja bezwstydny grzesznik jestem!

– Tam przecież nie ma wideł – cicho i po­ważnie odparł Alosza, przyglądając się bacznie ojcu.

– Tak, tam są tylko cienie wideł, jak mó­wi francuski poeta: „Widziałem cień woźnicy, który miotły cieniem czyścił cienie karety”. A ty skąd, gołąbku, wiesz, że tam wideł nie ma? Ina­czej ty zaśpiewasz, jak posiedzisz w klasztorze. Idź zresztą, idź, może się dobierzesz do prawdy, wtedy wróć i opowiedz. Zawsze jakoś lżej będzie iść na tamten świat, gdy się człowiek dowie, co go tam czeka. A przyzwoiciej będzie dla ciebie żyć wśród „monachów” niż tu ze starym pijakiem i między „kobietkami”. Tylko że do ciebie, jak do anioła, nic nie przylgnie. I tam w klasztorze nic do ciebie nie przylgnie, ja wiem o tym, dla­tego ci nie bronię tam iść. Palisz się teraz, ale się wypalisz i wrócisz do mnie, a ja czekać tu będę na ciebie, bo wiem, że ty jeden jedyny na świecie nie potępiasz mnie, chłopcze mój miły! Ja tu czuję, bo jakżebym czuć tego nie miał?

Mówiąc to, rozchlipał się na dobre. Był bo­wiem sentymentalny. Zły, ale sentymentalny.

Starcy

Nie należy sobie wyobrażać młodego Alo­szy jako młodzieńca chorobliwego, nerwowego i wątłego fizycznie. Przeciwnie, był to wówczas chłopak rosły, zdrów, silny, o rumianych policz­kach i błyszczących oczach. Był on przy tym bar­dzo piękny i zgrabny, wzrostu trochę więcej niż średniego, o regularnym, choć trochę wydłużo­nym, owalu twarzy. Włosy miał ciemnoblond, a oczy ciemnoszare, duże, szeroko otwarte, o wy­razie przeważnie zadumanym i pozornie spo­kojnym.

Oczywiście rumiane policzki i zdrowy orga­nizm nie wykluczają bynajmniej usposobienia fa­natycznego i skłonności do mistycyzmu, tylko że z Aloszą rzecz się miała przeciwnie i można by go raczej scharakteryzować jako realistę.

Oczywiście, będąc w klasztorze, wierzył w cuda, tylko że, zdaniem moim, wiara w cuda nie sprzecza się wcale z realizmem.

Nie cuda skłaniają realistę do wiary, a przeciwnie, uznawanie możliwości cudu jest dla niego wynikiem wiary, skoro już raz uwierzył.

Realista niewierzący nie uznałby najoczywistszego faktu nadprzyrodzonego, który by się stał w jego oczach i raczej nie dowierzałby własnym zmysłom, niżby miał przyjąć istnienie cudu. U wierzącego zaś realisty istnienie cudu jest tyl­ko logicznym następstwem jego wiary.

Apostoł Tomasz, który twierdził, że nie uwie­rzy, dokąd nie zobaczy, woła, ujrzawszy: „Pan mój i Bóg mój!”. Czyżby cud wywołał w nim wiarę? Chyba przeciwnie, wiara jego wywołała cud, bo w głębi serca swego wierzył już i przedtem.

Alosza był człowiekiem inteligentnym, mimo że przerwał nauki i kończyć ich nie miał za­miaru. Wspomniałem już wyżej, że drogę zakon­nego życia obrał dlatego, iż uważał ją jako jedy­ny sposób urzeczywistnienia swego ideału dąże­nia ku miłości i światłu. Był on jednym z tych młodych ostatniego pokolenia, którzy mając na­turę do gruntu uczciwą, poszukują prawdy, wie­rzą w nią i potrzebują jej ze wszystkich sił swo­jej duszy, a odnalazłszy, pragną poświęcić się dla niej jak najprędzej i najzupełniej, chociażby odda­jąc jej życie. Nie wiedzą, na nieszczęście, ci młodzi, że ofiara z życia jest często łatwiejsza i że poświęcenie pięciu lub sześciu lat z kipiącej życiem młodości na trud ciężki i uporczywy, dla zdobycia choćby wiedzy potrzebnej dla popiera­nia swojej prawdy, jest ofiarą stokroć cięższą i dla wielu niemożliwą.

Alosza wybrał swoją drogę, jak się spełnia czyn bohaterski. Skoro po głębszym i poważnym namyśle doszedł do przekonania, że istnieje Bóg i nieśmiertelność duszy, natychmiast powiedział sobie: „Żyć będę dla Boga i nieśmiertelności i nie przyjmę połowicznego kompromisu”.

Gdyby, przeciwnie, doszedł do przekona­nia, że nie ma Boga i nieśmiertelności, to nie­chybnie zostałby natychmiast ateistą i socjalistą.

Bo socjalizm to nie tylko kwestia robotni­ków i proletariatu, to również, i to w najistotniej­szej swej treści, kwestia ateizmu wznoszącego wieżę Babel, oczywiście, bez Boga, nie dla wznie­sienia się do niebios z ziemskiej niziny, a raczej dla obniżenia niebios do ziemskiego poziomu.

Po takim procesie wewnętrznym wydało się Aloszy niepodobieństwem żyć, jak dawniej, skoro powiedziane jest: „Oddaj wszystko, co masz, i pójdź ze mną, jeśli chcesz być doskonałym”.

Powiedział też sobie: „Nie mogę dać dwóch rubli tam, gdzie należy oddać wszystko, ani też poprzestać na uczęszczaniu do kościoła, zamiast pójść za nim”.

Być może, że podziałały tu wspomnienia matki, która musiała go niegdyś wozić do klasz­toru, a i promienie zachodzącego słońca, oświetlające ukośnie obraz święty, pod którego opiekę oddawała go matka, nie pozostały też bez wpły­wu. Przyjechał jeszcze wahający się i zadumany, ale w klasztorze spotkał świętego starca.

Wspomniawszy o starcu Zosimie, który wy­warł tak przeważny wpływ na Aloszę, musimy po­wiedzieć tu parę słów o starcach w ogóle i o sta­nowisku, jakie zajmują oni w rosyjskich klasztorach.

Ludzie kompetentni twierdzą, że starcy uka­zali się w Rosji niedawno, bo zaledwie od stu lat, podczas gdy na wschodzie, a zwłaszcza w Ma­łej Azji, istnieli oni już przed tysiącem lat.

W Rosji zwyczaj osiedlania się starców po klasztorach był z początku źle widziany, jako nowatorstwo, i zakorzenił się w niewielu tylko miejscowościach.

Klasztor, w którym Alosza odbywał nowicjat, był właśnie jednym z tych niewielu, a mieszkający przy nim świątobliwy Zosima był już ostatnim z trzech starców, którzy tu kolejno przebywali. Był on jednak wyczerpany bardzo chorobą i wiekiem, i zdawał się bliski grobu, i nie wiadomo było, kim go zastąpić. A kwestia to była ważna dla klasztoru, który nie miał żadnych osobliwości, jak relikwie święte, cudowne obrazy lub pamiątki historyczne, tak że tylko obecność starca ścią­gała w jego mury tłumy pielgrzymów.

Któż to był ten starzec? I kim wogóle są starcy? Starzec taki to ktoś, kto bierze w duszę swoją ludzkie dusze i wolę. Ten, co sobie ta­kiego starca wybierze, wyrzeka się najzupełniej własnej woli, oddając ją w pełne posiadanie starcowi. Poddający się przyjmuje dobrowolnie tę straszną szkolę życia w nadziei, że, po długich wysiłkach, pokona się i zawładnie sobą do tego stopnia, iż uzyska w końcu doskonalą swobodę, to jest wyzwolenie się od samego siebie, unikając w ten sposób losu tych, którzy przeżyć potrafią nieraz całe życie, nie odnalazłszy swego ja. Ta sztuka władania duszami, czyli tak zwane starcostwo, nie teoretyczne bynajmniej, lecz oparte na tysiącletniej praktyce, przyszło do nas ze Wschodu. Uległość względem starców jest to coś więcej niż zwykłe posłuszeństwo klasztorne, to wieczysta niemal zależność od obranego przewodnika i nierozerwalny z nim związek.

Opowiadają, że w pierwszych czasach chrześcijaństwa jeden z takich „posłuszników” nie spełnił jakiegoś polecenia swojego starca i opuś­cił go nawet zupełnie, przenosząc się z jego klasztoru do innego, oddalonego gdzieś z Syrii do Egiptu. Tam, po życiu pełnym świątobliwych i bogobojnych trudów, poniósł wreszcie śmierć męczeńską za wiarę. Gdy grzebano go z wielką uroczystością w kościele, czcząc go, oczywiście, jako świętego, to na słowa diakona: „ustąpcie stąd, przeklęci!” trumna, zawierająca zwłoki mę­czennika, ruszyła się z miejsca i wyrzucona zo­stała z kościoła; powtórzyło się to trzykrotnie. Wtedy dopiero obecni przypomnieli sobie, że święty ów naruszył ślub posłuszeństwa względem swego starca i z tego powodu dusza jego nie może mieć spokoju, dopóki tenże sam starzec nie zwolni go od uczynionego ślubu, bez względu na wielkie zasługi męczennika. Dopiero gdy we­zwany starzec udzielił żądanego rozgrzeszenia, pogrzeb męczennika odbyć się mógł w spokoju.

Jest to zapewne stara tylko legenda, ale w każdym razie charakteryzuje ona dobrze ogrom­ną powagę i przemożne stanowisko starców na Wschodzie. Dlatego też może, gdy z czasem instytucja ta przeniosła się do Rosji, miejscowe duchowieństwo patrzyło na starców niechętnie, uważając ich za intruzów wdzierających się w prawa należne tylko spowiednikom. Za to lud przyjął ich wszędzie bardzo ochoczo i otaczał ich wielkim poważaniem i miłością. Z czasem zwyczaj ten utarł się i zakorzenił, i coraz częściej spoty­kać można było starców żyjących spokojnie przy klasztorach, dla których obecność ich była bar­dzo pożądana.

Starzec Zosima, o którym mowa była powy­żej, miał wówczas sześćdziesiąt pięć lat. Pochodził z rodziny szlacheckiej i za młodu służył nawet w wojsku jako oficer na Kaukazie. Wywierał on rzeczywiś­cie na Aloszę jakiś niezwykły, osobliwy wpływ. Na młodzieńczą wyobraźnię chłopaka działała, bez wątpienia, nadzwyczajna sława i popularność tego starca. Tłumy ludzi różnych stanów schodziły się nieustannie do klasztoru, prosząc go o radę.

Opowiadano o nim, że wskutek długoletniego wysłuchiwania ty­siącznych zwierzeń, trosk i kłopotów swoich pokutników doszedł on do tak doskonałej znajomości natury ludzkiej, że odgadywał z pierwszego wejrzenia cel i powód przybycia każdego, kto się do niego zwracał, wprawiając tym gości swoich w niesłychane zdumienie.

Alosza był ulubieńcem starca i mieszkał z nim w jednej celi, widywał nieraz cudowne zmiany, jakie zachodziły w ludziach odwiedzają­cych go, gdy wszedłszy zakłopotani, drżący i ciężko nieraz zatroskani, wychodzili z twarzą pogodną i rozjaśnioną, jakby ulegając wewnętrznemu przeobrażeniu.

Pociągało go również pogodne usposobienie starca, łagodność jego i przystępność.

Było wszakże w klasztorze kilku mnichów i to ze znaczniejszych figur, którzy zazdrościli skrycie sławy świątobliwemu Zosimie, ci jednak byli w mniejszości i nie śmieli okazywać mu nie­chęci wobec tego, że większość kochała go wprost fanatycznie. Ci ostatni uważali go stanowczo za świętego, a przeczuwając bliski jego zgon, ocze­kiwali cudów po śmierci i wielkiej sławy, która spłynie z niego na cały klasztor.

Alosza wierzył bez zastrzeżeń w cudotwór­czą moc swego mistrza, podobnie jak wierzył w starą, powyżej opisaną legendę.

Widział on nieraz, jak przyprowadzano do starca chore dzieci i dorosłych, jak błagano go, aby zechciał położyć ręce na zbolałych głowach i odczytać nad nimi modlitwę, i widział, jak na drugi dzień, lub parę tylko godzin potem, cho­rzy powracali uzdrowieni, błogosławiąc i składając dziękczynienia. Czy to były rzeczywiste ulecze­nia, czy tylko chwilowe polepszenia, nad tym się Alosza nie zastanawiał, a sława ukochanego mis­trza była jego dumą i radością.

Drżało mu zwłaszcza serce z zachwytu i szczęścia, gdy starzec wychodził przed wrota klasztorne do oczekującego tłumu pielgrzymów, którzy schodzili się z najodleglejszych stron kraju, aby tylko ujrzeć świętobliwego człowieka i otrzy­mać jego błogosławieństwo. Padali przed nim na twarz, całowali nogi jego i ziemię, po której chodził, baby podawały mu dzieci, przywożono mu chore nerwowo kobiety, tak zwane klikusze, sta­rzec rozmawiał z nimi, błogosławił, czytał modlitwy, rozgrzeszał i odpuszczał.

Dla Aloszy nie było to wcale zagadką, dla­czego lud kocha tak starca i raduje się jego obec­nością, płacząc z zachwytu na sam jego widok. Rozumiał on doskonale, że proste dusze tych lu­dzi, zmęczone trudem i troską, a zwłaszcza grze­chem i nieprawością własną i powszechną, po­trzebują przede wszystkim pociechy i ukojenia. A może być słodsza i bardziej uspokajająca po­ciecha, jak mieć coś lub kogoś, świątynię lub świętego do czczenia i uwielbiania?

„Żyjemy w grzechu i kłamstwie, to prawda. Ale za to tam, gdzieś, jest człowiek święty i wyż­szy, który zna prawdę i przechowuje ją. Zatem nie zginęła ona z ziemi, a z czasem przejdzie i do nas i zapanuje nad całym światem”.

Wiedział dobrze Alosza, że tak czuje i rozu­mie lud zbiegający się do klasztoru i sam z całego serca uczucia te podzielał. Wierzył wraz z płaczącymi chłopcami i przynoszącymi dzieci babami, że nie kto inny, tylko starzec ów jest tym świętym, wyższym przechowywaczem i stróżem prawdy Bożej. Niezwykła sława, jakiej świętość starca przysparzała klasztorowi, napełniała duszę jego dumą i radością, a głęboki wewnętrzny pło­mienny zachwyt rozpalał się coraz mocniej i moc­niej w jego sercu i wypełniał go całkowicie. Nie zachwiało go bynajmniej w wierze, że święty sta­rzec był w doskonałości swej zupełnie odosobnio­ny i jedyny. Cóż stąd? – myślał. – On posia­da dla wszystkich tajemnicę odrodzenia, dzięki której prawda zapanuje kiedyś na ziemi. A wów­czas wszyscy mieć będą w sobie świętość i ko­chać się będą wzajem i nie będzie już wtedy bo­gatych ni biednych, pysznych ani poniżonych, a tylko wspólne dzieci Boże, i królestwo Chry­stusa zapanuje na całej ziemi. Takie były najskrytsze marzenia serca Aloszy.

Przyjazd obu starszych braci, których Alosza dotąd nie znał, wywarł na nim silne wrażenie. Zbliżył się od razu o wiele łatwiej i serdecz­niej ze starszym i przyrodnim Dymitrem niż zro­dzonym swym bratem Iwanem. Alosza pragnął bardzo poznać bliżej Iwana, tymczasem żyli już dwa miesiące pod jednym dachem, a stosunek ich był zawsze równie daleki. Alosza zachowy­wał się milcząco, Iwan zaś rzucał wprawdzie nie­kiedy na młodszego brata przeciągłe i badawcze spojrzenia, ale zachowywał się tak, jakby się nim wcale nie interesował. Zauważył to Alosza z pewnym uczuciem zakłopotania. Przypisywał obo­jętność brata względem siebie różnicy lat i wykształcenia, ale jednocześnie zdawało mu się, że Iwan patrzy na niego chwilami z ciekawością, z której przyczyn nie zdawał sobie jasno sprawy. Byłoż to pogardliwe lekceważenie ateisty wzglę­dem młodego, głupiutkiego kleryka? O! Bo Alo­sza wiedział doskonale, że brat jego jest ateistą. Lekceważenie to nie obrażało go bynajmniej, miał jednak niezrozumiałą dla siebie trwogę i niepo­kój i oczekiwał w niepewności chwili, w której Iwan zechce się do niego zbliżyć.

Dymitr odzywał się o Iwanie z wielkiem uznaniem i podziwem, co było tym bardziej charakterystyczne, że obaj bracia różnili się ze sobą pod każdym względem. Dymitr, którego wycho­wanie było bardzo nieporządne, był bez porówna­nia mniej wykształcony, a także i pod względem charakteru stanowili chyba zupełne z sobą prze­ciwieństwo. Od Dymitra dowiedział się Alosza o wszystkich szczegółach poznania się dwóch braci i o przyczynach przyjazdu ich do rodzinne­go miasta.

W tymże czasie powstała myśl urządzenia zjazdu czy też rady, w celu załatwienia sporów majątkowych pomiędzy starym Karamazowem a synem jego Dymitrem. Spory te w ostatnich czasach zaostrzyły się do najwyższego stopnia, a stosunek ich wzajemny stał się nie do zniesienia. Fiodor Pawłowicz podał myśl (z początku w for­mie żartu) zebrania się w celi starca Zosimy i poddania całej sprawy pod jego sąd. Dymitr, który nigdy nie był w klasztorze i nie znał wcale starca, upatrywał w tym jakby zasadzkę dla siebie i chęć zastraszenia go świątobliwym człowiekiem.

Że jednak poczuwał się sam do wielu bar­dzo nieodpowiednich wystąpień względem ojca, zwłaszcza w ostatnich czasach, zgodził się więc ostatecznie. Dymitr nie mieszkał w domu ojca, lecz zupełnie osobno, na przeciwnym końcu miasta.

W tymże czasie przybył także do siebie Piotr Aleksandrowicz Miasow. Stary liberał i ateista, z nudów czy też z lekkomyślnej chęci roz­rywki, zajął się również żywo całą sprawą i ofia­rował swój współudział w radzie familijnej. Za­chciało mu się nagle zobaczyć z bliska klasztor i świętego. Dla ułatwienia sobie wstępu zapropo­nował omówienie przy tej sposobności odwiecz­nego sporu granicznego, który wiódł od dawna z klasztorem. Wobec tego władza klasztorna użyła całego swego wpływu, aby nakłonić Zosimę do wzięcia na siebie roli rozjemcy.

Starzec zgodził się w końcu, mimo że w ostatnich czasach był już tak chory, że z tru­dnością wykonywał zwyczajne swoje obowiązki. Naznaczono więc dzień zjazdu, którego, jak się łatwo domyślić, oczekiwał z największym niepo­kojem biedny Alosza. Wiedział on dobrze, że jeden tylko Dymitr zapatrywać się będzie powa­żnie na cel zjazdu, inni zaś przybędą tu w nastro­ju lekkomyślnym, a może nawet ubliżającym po­wadze starca. Iwan i Miasow stawią się jedynie z ciekawości, stary zaś Fiodor Karamazow odegra niezawodnie jedną z ulubionych swych błazeńskich komedii! O, bo młody Alosza, mimo że przeważnie milczał, znał bardzo dobrze swego ojca. Z ciężkim też uczuciem oczekiwał dnia zebrania.

Alosza pragnął niezawodnie zakończenia rodzinnych nieporozumień, ale przede wszystkim chodziło mu o starca, drżał o niego i jego sławę, lękał się delikatnych docinków Miasowa i zna­czących niedomówień uczonego Iwana, obawiał się, aby kto nie uchybił ukochanemu jego mistrzo­wi. Chciał z początku uprzedzić Zosimę, pomó­wić z nim o tych nieznanych mu ludziach, którzy tu przybyć mają; po namyśle jednak zaniechał tego zamiaru. Napisał tylko do brata Dymitra, że kocha go serdecznie i przypomina mu daną sobie niegdyś obietnicę. Dymitr zamyślił się nad tą wiadomością, bo nie mógł sobie w żaden spo­sób przypomnieć, czy obiecał co kiedy młodsze­mu bratu. Odpisał mu jednak, że wprawdzie ce­ni bardzo wysoko brata swego, Iwana, i ma nale­żną część dla świątobliwego Zosimy, ale przeczu­wa coś na kształt zasadzki lub komedii w zamie­rzonym zjeździe i nie da się nikomu poniżyć lub w pole wprowadzić. Dodawał jednak w końcu, że powściągać będzie swój język i nie pozwoli sobie na najmniejsze uchybienie względem świą­tobliwego męża, do którego brat jego jest tak przywiązany. Słowa te dodały otuchy Aloszy, tak że z większym już spokojem oczekiwał naznaczonego dnia zjazdu.

KSIĘGA II

NIEUDANE ZEBRANIE

PRZYJAZD DO KLASZTORU

Było to w piękny, ciepły i jasny poranek sierpniowy. Zjazd umówiony był na wpół do dwunastej, po nabożeństwie. Zaproszeni jednak nie stawili się wcale na mszę i przybyli w chwili ga­szenia świec. Przyjechali oni w dwóch pojazdach. W jednym z nich, ciągnionym przez silne, rosłe rumaki, przybyli: Piotr Aleksandrowicz Miasow i daleki krewny jego, Piotr Fomicz Kałganow, młody, dwudziestoletni chłopak, przygotowujący się do uniwersytetu. Kałganow mieszkał w domu Miasowa, który zachęcał go do udania się za granicę do Zurichu lub Jeny, dla ukończenia tam studiów. Był to chłopak wysoki i przystojny, i bardzo roztargniony. W liczniejszym towarzyst­wie zachowywał się milcząco i cokolwiek nie­zręcznie, gdy się jednak znalazł z kim sam na sam, ożywiał się nagle, mówił wiele i z zapałem, śmiejąc się często nie wiadomo z czego; ubrany był starannie, nawet z pewnem wyszukaniem. Był zamożny, a z Aloszą łączyły go węzły przyjaźni.

W drugim powozie, starym i rozklekotanym, odbijającym jaskrawo od eleganckiego zaprzęgu Miasowa, przybył stary Fiodor Pawłowicz Karamazow ze starszym synem Iwanem.

Dymitr Fiodorowicz opóźniał się z przyby­ciem, mimo że zawiadomiono go dnia poprzedniego o miejscu i godzinie spotkania.

Wszyscy goście, z wyjątkiem Fiodora Pawłowicza, znajdowali się po raz pierwszy w obrębie murów klasztornych, nie mówiąc o Miasowie, który już od trzydziestu lat nie przekroczył progów kościoła. Ten oglądał się z ciekawością dokoła po obejściu klasztornym, nie zauważył jednak nic osobliwego. Lud wiejski wychodził z cerkwi z od­krytą głową, żegnając się wielokrotnie. Inteligencji było bardzo niewiele, parę dam i jakiś stary generał.

Kilkunastu żebraków obstąpiło naszych goś­ci, prosząc o jałmużnę, nikt się jednak z datkiem nie kwapił. Tylko Piotruś Kałganow wyjął rubla z sakiewki, przy czym zmieszał się mocno, mimo że na postępek jego nikt nie zwrócił uwagi. Wci­snął banknot w ręce pierwszej lepszej babie, mó­wiąc szybko „rozdajcie to równo między wszyst­kich”, obejrzał się naokoło, i nie wiedzieć czego speszył się jeszcze bardziej.

Goście byli jednak cokolwiek zdziwieni, że nikt nie wychodzi na ich spotkanie. Jeden z nich ofiarował przecież niedawno całe tysiąc rubli na rzecz klasztoru, drugi był najbogatszym i, można powiedzieć, najoświeceńszym obywatelem z oko­licy, a przy tym mieszkańcy klasztoru byli do pe­wnego stopnia od niego zależni z powodu ciągną­cego się jeszcze procesu. Mimo to nie zanosiło się wcale na jakieś oficjalne przyjęcie i zdawało się, że nikt nie zauważył ich przybycia.

Miasow rozglądał się z roztargnieniem po kamiennych grobowcach wznoszących się wokoło cerkwi i miał ochotę zauważyć, że pobożne duszyczki, tu pochowane, musiały słono zapłacić za prawo pogrzebania w tak świętem miejscu; wstrzy­mał się jednak od wypowiedzenia tej myśli, mi­mo że zwykła jego liberalna ironia zaczynała przeradzać się w uczucie gniewu.

– Cóż u diabła?! Czy nie ma tu do kogo słowa przemówić? – mruknął wreszcie, jakby sam do siebie. – W takim razie wynośmy się stąd od razu, po co czas tracić na darmo?

W tejże chwili ukazał się mały, łysy czło­wieczek o łagodnym wejrzeniu, zdający się pra­wie tonąć w fałdach obszernego płaszcza. Uchy­liwszy kapelusza, przedstawił się naszym gościom jako obywatel z Tuły i zaczął z nimi rozmowę.

– Starzec Zosima – objaśniał – mieszka w osobnym ustroniu, o jakie czterysta kroków od klasztoru, za laskiem.

– Inaczej tu było dawniej, za poprzedniego starca Warsonowa – zauważył Fiodor Pawło­wicz. – Tamten nie lubił elegancji, wybiegał tu podobno na spotkanie gości i okładał kijem wszyst­ko, co spotkał, nawet damy.

– Starzec Warsonow był istotnie cokolwiek chory na umyśle pod koniec życia, ale wiele też opowiadano o nim zmyślonych historii. Kijem zaś nikogo nie okładał – odpowiedział braciszek. – A teraz raczcie panowie zaczekać tu chwilkę, pójdę uprzedzić starca o waszym przybyciu.

– Fiodorze Pawłowiczu! – ostrzegał jeszcze raz Miasow – staraj się zachowywać jak należy, inaczej możesz tego gorzko żałować.

– Zupełnie nie rozumiem twego oburzenia – odparł szyderczo Karamazow. – Czy stare grze­chy takiego ci strachu napędziły? Pamiętaj, że starzec czyta z oczu myśli ludzkie i odgadnie od razu powód twego przybycia. I odkąd że to liczysz się tak z opinią mnichów? Ty, paryżanin, człowiek wytrawny… doprawdy, dziwię się.

Miasow nie zdążył jeszcze odpowiedzieć, gdy powrócił dotychczasowy ich przewodnik, oznaj­miając, że starzec czeka na nich. Miasow czuł się dziwnie rozdrażniony. Znam siebie – pomy­ślał. – Zdenerwowany jestem, uniosę się, zapalę i skompromituję tak siebie, jak swoje przeko­nania.

STARY BŁAZEN

Weszli do małej salki prawie jednocześnie ze starcem, który w chwili ukazania się ich wy­szedł ze swojej sypialni. W celi zastali dwóch starszych ojców klasztornych, oczekujących rów­nież przybycia starca. Jeden z nich był to ojciec bibliotekarz, drugi ojciec Paisy, człowiek schorowany, mający w klasztorze sławę uczonego. Prócz nich znajdował się tam jeszcze młody seminarzy­sta, pozostający pod szczególną opieką klasztoru i braci. Był to chłopak dwudziestoparoletni, ubra­ny w tużurek. Twarz miał rumianą i małe, rozum­ne, ciekawe, czarne oczy. Trzymał się cały czas na uboczu w postawie pełnej uszanowania, jednak bez cienia uniżoności. Wchodzących gości nie pozdrowił nawet, jako nienależący do ich sfery.

Wchodzącego starca Zosimę wprowadzili Alosza Karamazow i drugi jeszcze kleryk. Obaj ojcowie zakonnicy powstali na jego przyjęcie i oddali mu głęboki ukłon, dotykając palcami zie­mi, a pobłogosławiwszy się wzajemnie, ucałowali jego rękę. Starzec udzielił im błogosławieństwa, następnie oddał im niski ukłon i każdego z oso­bna poprosił o błogosławieństwo. Cała ta cere­monia odbyła się bardzo poważnie i jakby z prze­jęciem. Mimo to Miasow dopatrzył w tym wszystkim rozmyślnej przesady. Jadąc tu, sam nawet zamierzał poddać się przyjętemu w klasztorze oby­czajowi i jeżeli nie ucałować rękę starca, to przy­najmniej poprosić go o błogosławieństwo; w tej chwili jednak zmienił zamiar, i oddawszy poważ­ny, światowy ukłon, odszedł na stronę. Zupełnie tak samo postąpił Fiodor Pawłowicz, przedrzeźnia­jąc, jak małpa, ruchy i postawę Miasowa. Iwan Karamazow ukłonił się również grzecznie, lecz sztywnie, a młody Kałganow zmieszał się tak bar­dzo, że się już wcale nie ukłonił. Starzec opuścił wzniesioną do błogosławieństwa rękę i ograniczył się do odwzajemnienia pozdrowienia. Alosza uczuł, że krew uderza mu do twarzy, jego złe przeczu­cia zaczynały się sprawdzać.

Starzec zajął miejsce na mahoniowej kanapce obitej skórą, gościom zaś wskazał cztery takież krzesła umieszczone pod przeciwległą ścianą. Dwaj zakonnicy, którzy mieli asystować przy naradzie, usiedli jeden przy drzwiach, drugi przy oknie, Alosza wraz z młodym klerykiem stanęli na uboczu.

Sala była wąska i posępna, sprzęty proste i ubogie, to tylko, co niezbędne. Pod oknem pa­rę doniczek z kwiatami, w kącie obrazy, między nimi stary wizerunek Matki Bożej pocho­dzący prawdopodobnie jeszcze z czasów poprze­dzających odszczepieństwo starowierców. Przed obrazem tym paliła się lampka; obok wisiały dwa inne, suto przyozdobione świecidełkami, dalej fi­gurki cherubinów, porcelanowe jajka, krzyż kato­licki z kości słoniowej z Matką Bolesną, obej­mującą go ramionami. Obok włoskich sztychów, wysokiej artystycznej wartości, wisiały zwy­czajne obrazki świętych i męczenników, jakie ku­pić można po kilka groszy na każdym jarmarku, a dalej – portrety litograficzne żyjących i zmar­łych biskupów.

Miasow obrzucił krytycznym wejrzeniem cały ten „klerykalny” kram i zatrzymał badawczy wzrok na twarzy gospodarza. Był on bardzo pewny swojej umiejętności poznawania ludzi od pierwsze­go wejrzenia, czemu się zresztą nie można dzi­wić, bo tego rodzaju pewność siebie posiada każdy prawie człowiek, który przekroczył już pięć­dziesiątkę, zwłaszcza jeżeli ma przy tym byt nie­zależny.

Na pierwszy rzut oka starzec nie podobał mu się wcale. Był to w istocie typ, który się nie każdemu mógł podobać. Postać mała i przygar­biona, nogi drżące, twarz tak wyniszczona chorobą, że mimo sześćdziesięciu pięciu lat, które liczył, wyglądał na star­szego o lat prawie dziesięć. Drobne zmarszczki pokrywały całą skórę, zbiegając się zwłaszcza ko­ło oczu, które były małe i przenikliwe, a błysz­czały jak dwa rozżarzone węgle. Na głowie nie miał wcale włosów, prócz paru siwych strzępków na skroniach. Nos niewielki, zakrzywiony, jak dziób ptasi, a usta uśmiechały się wąskimi, jak dwie niteczki, wargami.

Wszystko zapowiada w tym człowieku du­szę pełną złości i pychy – pomyślał Miasow.

Stary, lichy zegar, wiszący na ścianie, wydzwonił południe.

– Otóż i godzina! – zawołał Fiodor Pawłowicz – a syna mego, Dymitra, jeszcze nie ma. Przepraszam was za niego, święty starcze. (Na słowa „święty starcze” Alosza drgnął z niepokojem). Co do mnie, staram się być zawsze akuratnym co do minuty, pomny na to, że słowność jest grzecznością królów.

– Czy to ma znaczyć, że masz siebie za króla? – sarknął niecierp­liwie Miasow.

– No tak, nie jestem królem, o czym wiem zresztą i bez ciebie, Piotrze Aleksandrowiczu. Wasza świątobliwość! – zawołał nagle z patosem – mam zaszczyt przedstawić się wam jako typowy pajac i błazen. Nałóg, niestety, zakorzeniony, zmusza mnie do wypowiadania niedorzeczności i łgarstw, ale czynię to w najlepszym zamiarze przypodobania się ludziom i rozśmieszenia ich. Ot na przykład siedem lat temu zajechałem do jednego miasteczka. Miałem tam spółkę z miejscowymi kupcami i poszliśmy razem do sprawnika, któ­rego protekcja była nam potrzebna. Wychodzi do nas sprawnik, wysoki, tłusty, ryży człowiek, a mnie, nie wiadomo skąd, przychodzi do głowy koncept i mówię: „Panie sprawniku, zechciejcie być, że tak powiem, naszym Naprawnikiem”. „Co takiego?” – pyta sprawnik, a z miny jego widzę, że się mu dowcip mój nie podoba. „To nic – mówię – to tak przypadkiem nasunęło mi się na język, bo znam jednego kapelmistrza nazwiskiem Naprawnik, chciałem więc, abyś pan utrzymał mię­dzy nami taką harmonię jak on w swojej orkie­strze”. Powinien się był sprawnik rozchmurzyć, tymczasem on: „Nie pozwolę! – powiada – robić jakichś kalamburów z mego tytułu i urzędu”, od­wraca się i wychodzi. Ja za nim. „Panie sprawniku! – wołam – już nam nie będziesz Naprawnikiem!”. „Owszem będę – powiada – już ja tu wam wszystko naprawię”. I zupełnie popsuł nam in­teres. Albo, kilkanaście lat temu, zdarzyło mi się rozmawiać z jednym wpływowym człowiekiem i wymknęło mi się o jego żonie następujące zda­nie: „Wasza małżonka ma usposobienie bardzo łaskotliwe”. Miałem, oczywiście, na myśli drażliwość na punkcie rozmaitych moralnych uczuć. A ten mi na to: „Cóż to! Czyż ją pan kiedy łaskotał?”. „A tak – powiadam – zdarzyło się”. No, jak mnie ten wtedy połaskotał! Dawno to już było, więc i nie wstyd opowiedzieć. I tak zawsze pal­nąć muszę jakieś głupstwo.

– A cóż innego robisz w tej chwili – sark­nął Miasow.

Starzec, milcząc, przyglądał się obydwom.

– Tak i mnie się zdaje, i wiesz, Piotrze Aleksandrowiczu, od razu czułem, że to opowia­danie moje wcale nie na miejscu; czułem też, że ty mi pierwszy zrobisz z tego powodu uwagę. Cóż robić! To już moje nieszczęście, wasza świą­tobliwość, że mi się żarty nie udają. Taki już urodzony pajac i błazen ze mnie, wasza świątobliwość, ale robię wszystko w najlepszej myśli. Chociaż kto wie, czy nie siedzi we mnie jaki diabeł i to podlejszego gatunku, bo porządniej­szy by też sobie obrał inną kwaterę. Tylko nie ciebie, Piotrze Aleksandrowiczu, bo tyś także nieosobliwa kwatera. Za to ja wierzę w Boga. Nie tak jak ów filozof Diderot. Czy słyszeliście, świą­tobliwy ojcze, o filozofie Diderocie, który na dworze carowej Katarzyny spotkał się z metropo­litą Platonem i powiedział mu prosto z mostu: „Nie ma Boga!”, na co czcigodny metropolita pod­niósł rękę ku niebu, mówiąc: „Powiedział głupiec: W sercu swoim nie masz Boga”. Jak to posły­szał Diderot, wnet nos spuścił na kwintę i jak zacznie wołać: „Wierzę już! Wierzę! I chrzest święty przyjmę!”. Ochrzcili go też natychmiast. Księżna Daszkowa podawała go do chrztu, a Patiomkin był ojcem chrzestnym.

– Fiodorze Pawłowiczu! To już zaczyna być nie do zniesienia! Wiesz przecie doskonale, że w tej głupiej anegdocie nie ma ani słowa prawdy. Po cóż te błazeństwa!? – drżącym z gniewu gło­sem przemówił Miasow.

– I ja to samo myślałem. A nawet, starcze święty, przyznać się muszę, że ten dodatek o chrzcie Diderota sam w ostatniej chwili wymyśliłem. Co się jednak tyczy tego, że bezbożny Diderot zaprzeczał istnienia Boga, za co go czci­godny Platon nazwał głupcem, to opowiadanie to słyszałem ze dwadzieścia razy, kiedy jeszcze sługiwałem po domach szlacheckich, dobijając się chleba. Nawet twoja ciotka, Piotrze Aleksandrowiczu, opowiadała mi to jakieś cztery razy.

Miasow zerwał się z krzesła i chodzić za­czął po pokoju, do najwyższego stopnia wzburzony. Czuł, że gniewając się, staje się śmieszny, ale nie umiał zapanować nad sobą. W istocie, to, co się działo w tej chwili w celi starca, wyglądać musiało dziwnie, potwornie prawie, wobec nastroju, jaki tu zwykle panował teraz i dawnymi jeszcze czasy, za poprzednich starców. Wszyscy prawie, którzy otrzymywali tu wstęp, wchodzili zwykle z uczuciem, że udzielona im jest wielka łaska. Wielu z nich padało na kolana i pozo­stawało w tej postawie przez cały czas posłu­chania. Wielu należących do wyższych sfer to­warzystwa, wielu uczonych, a nawet niereligijnych ludzi, skoro raz przekroczyli progi tej celi, choć­by jedynie przez ciekawość, uważali za pierwszy swój obowiązek zachowywać się tu z jak największym szacunkiem i delikatnością, tym bardziej że nie brano żadnej zapłaty. Z jednej strony da­wano tu miłość i współczucie, z drugiej przycho­dzący goście przynosili ze sobą skruchę i żal lub też gorące pragnienie rozwikłania jakiejś za­wiłości duchowej lub życiowej. To też niewłaściwe i błazeńskie postępowanie Fiodora Pawłowicza musiało wywrzeć na obecnych bardzo niemiłe wrażenie. Dwaj ojcowie zakonnicy nie wyrzekli ani słowa, czekając, co powie starzec, ale widać było, że z trudnością zachowują spokój. Alosza był prawie bliski płaczu i spuścił głowę, unika­jąc wzroku obecnych. Dziwiło go mocno, że brat jego, Iwan, który jeden tylko miał wpływ na ojca, nie próbuje go powstrzymać. Ten jednak siedział nieruchomy, ze spuszczonymi oczami, zachowując się tak obojętnie, jakby był człowiekiem zupełnie obcym.

Na Rakitina (seminarzystę) nie śmiał nawet Alosza spojrzeć. Wiedział aż nadto dobrze, co myśli tamten. (Co prawda jeden Alosza w całym klasztorze znał istotny sposób myślenia tego obie­cującego młodzieńca).

– Przebaczcie mi ojcze – zaczął Miasow, zwracając się do starca – a przede wszystkim nie posądzajcie mnie, proszę, o jakikolwiek współ­udział w tych nieprzyzwoitych żartach. Zbłądziłem chyba tym jedynie, żem mógł choć na chwilę uwierzyć, że Fiodor Pawłowicz dotrzyma danego słowa, a przepraszam za to głównie, że przyby­łem tu w towarzystwie takiego człowieka… – Nie mógł skończyć, tak był wzburzony i zamierzał już opuścić zebranie.

– Proszę, uspokój się pan – przemówił starzec, i powstawszy z miejsca, zbliżył się do Miasowa, a ująwszy go za ręce, posadził go znów na krześle. – Proszę bardzo, abyś pan nadal został moim gościem, proszę bardzo. – Po czym z ukło­nem wrócił na swoją kanapkę.

– Powiedz, wielki starcze, czy to może moja obecność jest tu zbyteczna? – zawołał Fiodor Pawłowicz, chwytając się obiema rękami za po­ręcz krzesła z takim ruchem, jakby je miał za chwilę cisnąć w przestrzeń. – Może to moja jest wam niemiła?

– Najuprzejmiej proszę, abyś się pan niczym nie krępował. Bądź pan zupełnie jak u sie­bie w domu, a przede wszystkim nie wstydź się pan samego siebie, bo z tego wszystko złe wy­nika.

– Zupełnie jak u siebie w domu? To wiele, bardzo wiele. Najserdeczniej dziękuję i zgadzam się z wdzięcznością. Chociaż, ojcze błogosławio­ny, to trochę z waszej strony ryzykowne, wyzy­wać mnie na to „u siebie w domu”, ostrzegam przez życzliwość. Proszę nie zapominać, że po­grążony jeszcze jestem w mroku grubej nieświa­domości, chociaż niektórzy chcieliby przedstawić mnie jako rozmyślnego grzesznika. To do cie­bie piję, Piotrze Aleksandrowiczu. Dla was zaś, najświatlejsza istoto, czuję tylko zachwyt i uwiel­bienie. Wy, starcze święty, przeniknęliście mnie do wnętrza. Ja w istocie wstydzę się samego siebie i z tego wszystko złe wynika. Gdy wcho­dzę między ludzi, to z góry jestem przekonany, że każdy uważać mnie będzie za błazna, wtedy też zaczynam umyślnie wyprawiać błazeństwa dla pokazania, że nie dbam o ich opinię, bo kto wie, czy ci, co mnie potępiają, nie są sto razy podlej­si ode mnie. Gdybym wiedział, że są tacy, którzy uważać mnie chcą za porządnego człowieka, jaki ja byłbym porządny! Jaki uczciwy!

Mówiąc to, rzucił się nagle na kolana i wo­łał, złożywszy ręce jak do modlitwy:

– Nauczycielu! Co mam robić, by wejść na drogę poprawy?!

Trudno było istotnie poznać, czy drwi zno­wu, czy jest naprawdę wzruszony.

Starzec spojrzał na niego z uśmiechem.

– Sam pan przecie wiesz, co trzeba robić; rozumu ci przecie nie brak. Trzeba pozbyć się pijaństwa i oduczyć się niewstrzemięźliwości w mowie, trzeba się wyrzec rozpusty, a przede wszystkiem chciwości grosza. Pozamykaj pan te siedliska pijatyki, któreś pan pozakładał, jeżeli nie wszystkie, to choć dwa lub trzy szynki, a przede wszystkiem staraj się pan nie kłamać.

– Jak na przykład o Diderocie?

– Nie, nie o to chodzi. Nie kłam pan przede wszystkiem sam przed sobą. Człowiek okła­mujący samego siebie zaczyna wreszcie wierzyć własnym kłamstwom i z czasem dochodzi do te­go, że już nigdzie, ani w sobie, ani w drugich, prawdy nie widzi. Stąd traci szacunek dla sie­bie i dla drugich, a co za tym idzie, traci i mi­łość. Że zaś trudno jest żyć bez miłości, oddaje się dla zagłuszenia grubym namiętnościom pro­wadzącym do zezwierzęcenia. Człowiek okła­mujący sam siebie sam siebie też krzywdzi. Wy­myśla krzywdy i obrazy, których jakoby od ludzi doznał, i wydyma je do olbrzymich rozmiarów, robiąc chętnie z muchy wołu. Co więcej, to po­niżenie sprawia mu szczególniejszą przyjemność, polegającą na kłamstwie i wewnętrznej rozterce. Ale wstańże pan, proszę bardzo. Przecież to, co pan robisz w tej chwili, jest także kłamstwem.

– Święty człowieku! – zawołał Fiodor Pawłowicz – pozwól mi ucałować twą rękę! – To mówiąc, podskoczył szybko i ucałował szczupłą rękę star­ca. – Masz słuszność we wszystkim. Istotnie, szczególniejsza to przyjemność poniżać się samemu i przedstawiać w najgorszych barwach. Ja też uprawiałem ten zwyczaj do ostatnich granic, ale robiłem to głównie dla estetyki, dla piękna. Bo o jednym zapomniałeś tylko, wielki starcze, że to pięknie, bardzo pięknie wygląda… być skrzy­w­dzoną ofiarą. Kłamałem też w istocie całe ży­cie, co dzień i co godzina. Kłamstwem jestem, jak wiadomo i ojcem kłamstwa, to znaczy chciałem po­wiedzieć synem kłamstwa. (Nie jestem w ogóle silny w cytatach). Tylko, aniele miły! tak, jak o Diderocie, to przecie można, Diderotowi to przecie nie zaszkodzi. Co innego, gdyby to ko­mu szkodę przyniosło. Ale! ale! wielki starcze! O mało nie zapomniałem. Miałem tu być już trzy lata temu, dla rozjaśnienia pewnych wątpliwości. Tylko, proszę nie pozwól, wasza świątobliwość, aby mi Piotr Miasow przerwał. Czy to prawda, ojcze, że jest opowiadanie w Żywotach świętych o jednym męczenniku, który będąc ścięty, pod­jął głowę swoją i ucałował ją z miłością, a potem szedł długi czas jeszcze, obsypując ją poca­łunkami?…

– To nieprawda – odparł starzec.

– Nie ma nic podobnego w Żywotach świę­tych, któż był ten męczennik? – spytał ojciec bi­bliotekarz.

– Nie znam jego imienia, nic nie wiem, oszukano mnie widocznie, to Piotr Aleksandro­wicz, ten sam, co rozgniewał się za Diderota, opowiedział mi tę bajkę.

– To nieprawda, nigdy ci tego nie opowiadałem. W ogóle przecież nie rozmawiam z tobą – zaprotestował Miasow.

– Nie mówiłeś wprawdzie bezpośrednio do mnie, ale opowiadałeś tę historię na cały głos w jednym towarzystwie. Było to trzy lata temu. Pamiętam doskonale, bo to niedorzeczne opowia­danie zachwiało we mnie wiarę, Piotrze Aleksandrowiczu. Nie domyślałeś się tego wówczas, ale ja, powróciwszy do domu, stałem się niedowiar­kiem i odtąd wiara moja wciąż szwankuje. Tak, tak, Piotrze Aleksandrowiczu, tyś jest pierwszą przyczyną moralnego mego upadku.

Fiodor Pawłowicz mówił bardzo patetycznie. Nikt, oczywiście, nie brał na serio odegranej przez niego komedii. Mimo to Miasow rozgniewał się.

– Co za niedorzeczność! – zawołał. – Ile słów, tyle niedorzeczności. Mogłem to kiedyś opowia­dać, w żadnym razie tobie. Sam już nie pamiętam, gdzie to słyszałem, w Paryżu, zdaje się, od jednego Francuza. Był to człowiek uczony, który długo bawił w Rosji i badał jej statystykę; wy­czytał to, jakoby, w naszych Żywotach świętych. Nie sprawdzałem nigdy tego faktu, nie mam za­miaru sprawdzać; powiedziało się coś bez myśli, przy stole; bo to było przy obiedzie.

– Obiad, przez który straciłem wiarę.

– Cóż mnie obchodzi twoja wiara! – zawo­łał Miasow. – Potem dodał z pogardą: – Brudzisz wszystko, do czego się dotkniesz.

Starzec wstał nagle.

– Darujcie mi, panowie, że zostawię was na chwilę samych, ale czekają tam na mnie ludzie, którzy przyszli tu przed wami. Wy zaś, panie – dodał żartobliwie, zwracając się do Fiodora Pa­włowicza – zapomnijcie o kłamstwie, a wszystko będzie dobrze.

Wyszedł, a z nim Alosza i drugi kleryk, którzy pomogli mu zejść ze schodów. Alosza z przyjemnością opuszczał zebranie, rad, że kre­wni jego, mimo wszystko, nie ściągnęli na siebie niechęci starca.

Starzec zwrócił się ku galerii dla pobłogosławienia czekających tam na niego pielgrzymów, ale stary Karamazow zatrzymał go jeszcze przy drzwiach.

– Święty człowieku! – zawołał z przejęciem – pozwól mi raz jeszcze ucałować twą rękę! Tak, widzę teraz, że można mówić swobodnie w two­jej obecności, że można żyć przy tobie. Myślicie może, że ja zawsze wyprawiam takie błazeństwa? Robiłem to dziś umyślnie dla wypróbowania wa­szej świętości. Chciałem wiedzieć, czy znajdzie się miejsce dla ukorzenia mego wobec wielkości waszej. Ale teraz poznałem, że można z wami żyć, odtąd zatem milczeć będę jak grób i nie powiem ani słowa aż do końca naszej wizyty. Macie na to moje słowo. Teraz ty, Piotrze Ale­ksandrowiczu, masz głos, jesteś panem sytuacji na całych dziesięć minut.

WIERZĄCE BABY

Na dole, w galerii zbudowanej na zewnątrz pustelni, oczekiwało już około dwudziestu kobiet wiejskich. Prócz nich czekała jeszcze na starca pani Chachłakow z córką, właścicielka ziemska z okolic Charkowa. Panie te umieszczono w oso­bnej rozmównicy, przeznaczonej dla dam z wyż­szego towarzystwa. Matka młoda, jeszcze ładna, wytwornie ubrana kobieta, o bladej cerze i pra­wie zupełnie czarnych oczach, była już od pięciu lat wdową, mimo że liczyła dopiero lat 33. Cór­ka jej, czternastoletnia dziewczynka, miała nogi sparaliżowane. Od sześciu miesięcy nie mogła chodzić i wożono ją w fotelu. Bardzo ładna, cho­ciaż wychudzona skutkiem choroby, uśmiechała się wciąż, a z jej oczu wielkich i ciemnych, ocie­nionych długimi rzęsami, przeświecała dziecięca pustota. Matka miała zamiar wywieźć ją za gra­nicę dla przeprowadzenia kuracji, ale sprawy majątkowe zatrzymywały ją jeszcze na miejscu. Przed trzema dniami poznały obie po raz pierw­szy starca Zosimę, a dziś przybyły znowu, pro­sząc usilnie, aby im było wolno oglądać raz jesz­cze wielkiego „uzdrowiciela”. Prócz nich ocze­kiwał także na starca zakonnik przybyły z jedne­go z odleglejszych klasztorów dla otrzymania błogosławieństwa starca.

Starzec poszedł najpierw do wieśniaczek. Ujrzawszy go, tłoczyć się poczęły tłumnie dokoła schodów oddzielających dolną galerię od pustel­ni. Starzec zatrzymał się na najwyższym stopniu, włożył na siebie stułę i błogosławił klęczące ko­biety.

Najpierw przyprowadzono przed niego tak zwaną klikuszę (rodzaj opętanej), która, ujrzawszy star­ca, wydawać zaczęła przeraźliwe krzyki i zano­siła się od łkania, drżąc na całym ciele. Starzec przykrył jej głowę stułą i odmówił nad nią krótką modlitwę, po czym chora uspokoiła się na­tychmiast.

W dzieciństwie widywałem nieraz po wsiach podobne kobiety. Widziałem sam, jak wprowadzano je do cerkwi wyjące niczym psy, i jak uspokajały się przed ołtarzem, na czas jakiś przynajmniej. Dziwiło mnie to bardzo i prze­rażało. Ale panowie obywatele wiejscy, a także moi nauczyciele miejscy, upewniali mnie, że to wszystko było udaniem i że mniemane chore uchylały się w ten sposób od pracy, że wreszcie surowe obchodzenie się jest najskuteczniejszym środkiem na tego rodzaju zmyślone choroby. Zna­cznie później dopiero dowiedziałem się ze zdzi­wieniem, że nie ma w tym najmniejszego oszukaństwa i że jest to ciężka i aż nadto rzeczywista choroba nerwowa, bardzo rozpowszechniona wśród rosyjskich wieśniaczek. Choroba ta jest jednym więcej dowodem, w jak nieznośnych warunkach żyją nasze wiejskie kobiety, a jest zwykle skut­kiem oddawania się ciężkiej pracy, zbyt wcześnie po uciążliwych chorobach porodowych, odbywa­nych bez pomocy lekarza, lub też wynika z cięż­kich zmartwień, ze złego obchodzenia się i z wie­lu innych rzeczy, których niektóre co wrażliwsze kobiety zupełnie znieść nie mogą. Co się tyczy natychmiastowego uzdrowienia w kościele, które, nawiasem mówiąc, uważane zwykle bywa przez wielu za klerykalną komedię, jest to prawdopo­dobnie zupełnie naturalne zjawisko. Baby przy­prowadzające chorą i ona sama wierzą najmoc­niej, że duch nieczysty, powodujący jej opętanie, ustąpi natychmiast w miejscu świętym. Oczekiwa­nie cudu, i to cudu pewnego, musi z konieczno­ści wywołać silne wstrząśnienie w nerwowym ustroju psychicznie chorej kobiety, toteż w chwili spełnienia obowiązujących obrządków następuje reakcja, która staje się istotnie przyczyną cudu. Tak się też stało i teraz, zaledwo starzec przy­krył głowę chorej stułą i odmówił nad nią prze­pisane modlitwy.

Wszystkie prawie kobiety, obecne przy cudownym uleczeniu, płakały ze wzruszenia, jedne cisnęły się dokoła starca, chcąc przynajmniej ucałować jego suknie, inne szeptały pacierze. Pobłogosławił je wszystkie, a z niektórymi zamie­nił słów kilka.

Uleczoną „klikuszę” znał on już dawniej, przyprowadzano mu ją bowiem nieraz dla uspo­kojenia gwałtownych ataków, zauważył jednak kilka kobiet przybyłych z odleglejszych okolic.

– Wy z daleka? – przemówił do niestarej jeszcze kobiety o wyglądzie alkoholiczki, któ­rej twarz była już nie opalona, a wprost czar­na od słońca. Kobieta klęczała, zapatrzona nieruchomo w starca, a w oczach jej widniała ekstaza.

– Oj! Z daleka! ojcze ty mój, z daleka! trzy­sta wiorst stąd; oj, bardzo z daleka! – powtarzała, kiwając miarowo głową i przewlekając śpiewnie wyrazy.

Smutek ludu bywa najczęściej cierpliwy i zamknięty w sobie. Niekiedy jednak, zwłaszcza u kobiet, wylewa się on potokiem łez i użaleń, a nie należy sądzić, aby smutek taki lżejszy był do zniesienia od milczącego. Jest to ból, który odrzuca pociechę i karmi się sam sobą, nieutu­lone zaś zawodzenia rozraniają jeszcze bardziej cierpienie.

– Jesteście zapewne mieszczanką? – mówił dalej starzec, wpatrując się w nią ciekawie.

– Z miasta jesteśmy, ojcze ty mój, aleśmy chłopi. Do was tu przyszłam, ojcze mój. Sły­szeli my o tobie. Pochowałam ja syneczka me­go, dzieciątko moje, a teraz chodzę i do Boga się modlę. Byłam już we trzech klasztorach, to mi wszędzie mówili: „Tam idź, Nastusiu”, tam, do ciebie znaczy, ojcze. To i przyszłam; wczoraj do cerkwi, dziś tu.

– Po kim płaczesz?

– O syna mego płaczę, ojcze ty mój, o niego się smucę, o mego syna! Trzy latka mu już było i trzy miesiące, a był ostatni. Mieliśmy ich trzech, Nikitiuszka i ja, ale nie chowają się nam dzieci, nie chowają. Tamtych nie tak jesz­cze było żal, ale tego ostatniego… zapomnieć nie mogę. Ciągle mi się zdaje, że jest przy mnie, ani odejdzie. Patrzę na koszulki jego, na trzewiczki i płaczę. Porozkładałam naokoło sie­bie wszystko, co było jego, do czego się doty­kał, patrzę na to, patrzę i… płaczę. Powiedziałam Nikitiuszce (to mój mąż tak się nazywa): „Puść mnie z domu, pójdę po miejscach świętych”. „Mój” jest dorożkarzem i nie jesteśmy wcale biedni, ojcze, o nie. Mamy konie własne i wózki, i powóz. Ale co nam z tego? Mój Nikitiuszka już i pić zaczyna, pijał on i dawniej, ale nie tyle. A teraz wciąż, jak tylko z domu wyjdę. Alboż ja teraz dbam o niego? Już trzy miesiące, jakem z domu odeszła. Nic mi już dziś nie w głowie, nic mi się nie chce, wszystko już dla mnie skoń­czone, wszystko, wszystko.

– Słuchajcie, matko – rzekł starzec. – Jeden wielki święty spotkał kiedyś w kościele taką jak ty, matkę płaczącą także po jedynym dziecku, które jej Bóg zabrał. „Czyż nie wiesz o tym – rzekł święty – że prośby i modlitwy małych, nie­winnych dzieci znajdują zawsze posłuch u Bo­ga ponad wszystkimi innymi? Panie – mówią one – i po cóż nam było dawać życie, skoroś je zaraz odebrał? – i proszą i modlą się tak usilnie, że Bóg daje im miejsce między aniołami. Nie płacz więc, kobieto, bo dziecko twoje jest anio­łem przed Panem”. Tak mówił święty, który nie mógł kłamać. Tak też i twój synek, matko, stoi teraz przed obliczem Pana, pełen wesela i mo­dlący się za ciebie.

Kobieta słuchała go, nie podnosząc głowy, i westchnęła ciężko.

– To samo powiada i mój Nikitiuszka, że­by mnie pocieszyć: „Nie płacz! – powiada – głupia! i czego płakać? Nasz jest u Pana Boga i śpie­wa z aniołami”. Mówi tak, żeby mnie pocieszyć, ale sam przecież płacze tak samo jak i ja. Wi­dzę ja to dobrze, toteż mówię do niego: „Wiem ja dobrze, Nikitiuszka, że nie może on być gdzie ­indziej, jak tylko w domu Bożym. Ale tu go nie masz, nie ma go tu między nami. Gdybym go mogła zobaczyć choć raz jeden, jedyny, jak ga­nia po podwórzu, wołając tym swoim głosikiem: „Mamo! gdzie ty?”. Gdybym choć raz mogła po­słyszeć te jego małe nóżki, którymi tak prędko śmigał, gdy biegł do mnie przez izbę; wcisnęła­bym się gdzie w kącik i słowa bym nie rzekła, żebym go tylko widzieć mogła. A tu nic i nic! Oto paseczek jego – mówiła, wydobywając zza stanika szychowy pasek – a jego nie ma już i nie obaczę go… i nie posłyszę nigdy już, nigdy…

Ukryła twarz w dłoniach, wybuchając na nowo łkaniem, a łzy płynęły jej przez palce.

– Oto Rachel starożytna opłakuje dzieci swe i pocieszyć się nie może – rzekł starzec. – Taki już los na ziemi was, matek. Płacz więc, płacz, i nie szukaj pociechy, nie trzeba nawet, abyś jej szukała. Ale ile razy płaczesz, wspom­nij sobie, że syn twój jest między aniołami i patrzy na ciebie z wysokości Niebios i raduje się łzami twymi, które pokazuje Panu. Długo jesz­cze, długo trwać będzie ten wielki macierzyński płacz twój, a łzy twoje staną się jako rosa oczysz­czająca, która zmyje wszystkie grzechy twoje. Modlić się będę za spokój duszy synka twojego. Jak mu było na imię?

– Aleksy, ojcze mój.

– Ładne imię. Modlić się więc będę za duszę sługi Bożego, Aleksego.

– Tak, tak, sługi Bożego Aleksego.

– Wielki to był święty, święty Aleksy. Modlić się też będę do niego, aby zmniejszył twój smutek, i o zdrowie dla męża twojego. Ale pamiętaj, że to grzech opuszczać męża; wracaj do niego i miej o niego staranie. Synek twój pa­trzy na was z nieba i widzi, żeś ty ojca jego rzu­ciła… Słuchaj jeszcze, co ci powiem. Albo twój syn przyjedzie tu wkrótce, albo napisze do cie­bie. Słuchaj i wierz. Syn twój żyje, ja to mówię.

– O! ty ukochanie nasze. Niech cię Bóg błogosławi, dobroczyńco nasz, który modlisz się za nami i grzechy nam odpuszczasz.

Tymczasem starzec zwrócił uwagę na młodą wieśniaczkę, której oczy świeciły w tłumie chorobliwym blaskiem.

– Ty z czem przyszłaś, córko moja?

– Rozgrzeszenia proszę dla grzesznej du­szy mojej – przemówiła cicho i bez pośpiechu, po czym uklękła i pokłoniła mu się do nóg. – Zgrzeszyłam, ojcze! I boję się grzechu mego!

Starzec usiadł na najniższym stopniu scho­dów, kobieta zbliżyła się do niego, nie wstając z klęczek.

– Wdowa ja od trzech lat – zaczęła półszeptem, jakby wzdrygając się sama przed so­bą. – Źle mi było z mężem, stary był, bił mnie wciąż. Aż zasłabł i leżał chory. Wtedy myślę, wstanie i znów bić będzie i pomyślałam…

– Czekaj – przerwał starzec, i przybliżył usta do szepczących warg.

Spowiedź kończyła się cicho, tak, że nic już prawie nie było można dosłyszeć.

– To już trzeci rok? – spytał starzec.

– Trzeci rok. Z początku myślałam, że to nic, a teraz chora jestem z tej zgryzoty.

– Z daleka?

– Pięćset wiorst stąd, ojcze.

– Mówiłaś na spowiedzi?

– Mówiłam już dwa razy.

– I dostałaś rozgrzeszenie?

– Dostałam, ale i tak boję się, umierać się boję.

– Nie bój się, niczego się nie bój, Bóg przebaczy ci wszystko, bylebyś tylko miała szczerą skruchę. Nie ma na całej ziemi takiego grzechu, którego by Bóg nie chciał przebaczyć tym, co naprawdę żałują. Człowiek nie może popełnić grzechu tak ciężkiego, który by przewyż­szył miłosierdzie Boże. Pamiętaj, córko, że Bóg kocha ciebie tak, jak sobie nawet tego wyobrazić nie możesz, pomimo grzechu twego, a nawet dla twego grzechu, jeśli go szczerze żałować bę­dziesz. Więcej jest przecie w niebie radości z jednego nawróconego grzesznika niż z dzie­więćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych. Prze­stań się bać. Tylko bądź dobra dla ludzi, krzy­wdy przebaczaj; nieboszczykowi też daruj w sercu wszystko, co ci kiedy złego zrobił. Pogódź się z nim w duchu. Kto żałuje, ten kocha, a kto ko­cha, ten już jest człowiekiem Bożym. Miłość od­kupuje wszystko i wszystko zbawia. Jeżeli tu ja, człowiek grzeszny, jak i ty, ulitowałem się nad tobą, to cóż dopiero Bóg. Miłość to skarb taki drogocenny, że okupić nią można nie tylko wła­sne, ale i cudze grzechy. Odejdź w pokoju, cór­ko, i nie lękaj się.

Przeżegnał ją trzy razy, potem zdjął z sie­bie medalik i zawiesił go na jej szyi. Następnie wstał i spojrzał z uśmiechem na zdrową, tęgą babę z tłustym dzieciakiem na ręku.

– Przychodzę z Wyszyhory, ojcze.

– To o sześć wiorst stąd, ciężko wam było dźwigać dzieciaka tyle drogi, a czego wam po­trzeba?

– Przyszłam choć popatrzeć na ciebie, oj­cze. Bywałam ja już tutaj, aleś ty zapomniał, krótką masz pamięć, że mnie nie pamiętasz. Po­wiadali u nas, żeś ty chory; pójdę, myślę, obaczyć sama, jak tam z nim. To i przyszłam. Jaki ty tam chory? Jeszcze i dwadzieścia lat po­żyjesz z Bożą pomocą. Mało to za ciebie modli się ludzi?

– Bóg ci zapłać, córko moja.

– Mam tu i prośbę do ciebie, ojcze, ot niewielką. Przyniosłam sześćdziesiąt kopiejek, daj ty je, ojcze, komu biedniejszemu ode mnie. Zaraz sobie pomyślałam: Najlepiej jemu od­dam, on już tam będzie wiedział, kto najpotrzeb­niejszy.

– Bóg ci zapłać za serce twoje, dobra je­steś, miłuję cię, więc i zrobię, jak prosiłaś. A to twoje dzieciątko, chłopiec to? Czy dziewczyna?

– Dziewczyna, ojcze miły, Elżbietka jej na imię.

– Niech was Bóg błogosławi obie, ciebie i twoją Elżbietkę. Zostańcie z Bogiem, matko. Bądźcie zdrowe wszystkie moje owieczki.

Pobłogosławił wszystkich i pokłonił się im nisko.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wspomnienia z martwego domu Młokos Idiota Biesy Zbrodnia i kara Bracia Karamazow