Czarny Wygon. Tom 2

Czarny Wygon. Tom 2

Autorzy: Stefan Darda

Wydawnictwo: Videograf

Kategorie: Horror Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 320

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 11.45 zł

Połączone wydanie trzeciego i czwartego tomu głośnego cyklu o zawieszonej w czasie wiosce, dotkniętej upiorną klątwą. Kontynuacja losów dziennikarza Witolda Uchmanna i jego przyjaciela Adama Nawrota, którzy próbują rozwikłać tajemnicę Starzyzny. Mieszkańcy sielskiego dotąd Roztocza przekonują się, że zło z przeklętej wioski może przeniknąć do naszej rzeczywistości. Do gry wkracza postać Czarnego, który wniknął się w ciało zmarłego kilka dni wcześniej mężczyzny, nie wyobrażając sobie, że może odnieść porażkę. Jeśli uda mu się zrealizować plan, po opanowaniu kilku wiosek ruszy dalej, wraz z rosnącą w siłę armią swoich zwolenników. Zagrożenie płynące z jego strony potrafi rozpoznać tylko kilka osób, które wcześniej były już w przeklętej Starzyźnie. Czy znajdą w sobie tyle siły i determinacji, aby mu się przeciwstawić?

* * *

Redakcja

Anna Seweryn-Sakiewicz

Projekt okładki

Marek J. Piwko {mjp}

Ilustracja na okładce oraz na stronach działowych

Dariusz Kocurek

Redakcja techniczna, skład, łamanie i opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I w tej edycji, Chorzów 2014

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2014

© Copyright by Stefan Darda

ISBN 978-83-7835-366-9

* * *

* * *

Skoro twój przyjaciel odszedł na zawsze,

zapłacz nad jego mogiłą i trwaj w żałobie, bracie.

A potem wstań i żyj tak, żeby był z ciebie dumny,

filując stamtąd, z góry, na twoje poczynania.

Jerzy Szewczyk

* * *

Przedmowa

Kiedy piszę te słowa, mijają cztery lata od momentu, gdy na Targach Książki w Krakowie trzymałem po raz pierwszy w życiu książkę swojego autorstwa.

Dokładnie cztery lata, co do dnia.

Przez ten czas w moim życiu wiele się zmieniło.

Gdy zaczynałem pracę nad „Domem na wyrębach”, we wrześniu dwa tysiące szóstego roku, nie miałem pojęcia, jak moja przygoda z pisaniem się zakończy. Tekst, który początkowo szacowałem na około trzydzieści stron, zaczął się dość mocno rozrastać i w pewnym momencie zrozumiałem, że aby historia Marka Leśniewskiego była przedstawiona w satysfakcjonujący mnie sposób, muszę porwać się na przedsięwzięcie o wiele trudniejsze niż stworzenie średniej wielkości opowiadania.

Pamiętam, że zastanawiałem się wtedy, czy jestem na tyle zdeterminowany, by udźwignąć tego typu zadanie. Miałem co do tego wątpliwości, niemniej jednak postanowiłem spróbować.

Praca nad tekstem, z krótszymi lub dłuższymi przerwami, trwała niemal dokładnie rok. Świetnie się przy tym bawiłem, ale kwestia ewentualnego druku pozostawała sprawą otwartą. Powiedzmy sobie szczerze — szanse były niewielkie, zwłaszcza że wcześniej nie publikowałem na papierze, ale rzeczywistość okazała się dla mnie łaskawa i marzenie o własnej książce stało się rzeczywistością.

Jedną z chwil podczas powstawania „Domu na wyrębach” pamiętam wyjątkowo dobrze. Były to Święta Wielkanocne w dwa tysiące siódmym roku, które spędzałem w moim rodzinnym domu w Lubyczy Królewskiej. Opisywałem wtedy podglądany przez Leśniewskiego i Jaszczuka sejmik żurawi, na który po lekturze zwracało uwagę wielu Czytelników. Robiłem to późnym wieczorem, właściwie już nocą, gdy wszyscy w domu już spali i nikt z moich Bliskich nie domyślał się, co wyprawiam. Nikt z nich nie wiedział, że postanowiłem napisać powieść.

Główna oś fabularna książki, którą właśnie, drogi Czytelniku, trzymasz w rękach, rozgrywa się kilkadziesiąt kilometrów od Lubyczy Królewskiej, a akcja pierwszego rozdziału rozpoczyna się właśnie w Wielkanoc dwa tysiące siódmego roku.

Uświadomiłem to sobie całkiem niedawno. Ot, przyjemny, nieplanowany zbieg okoliczności.

Wiele przyjemnych zbiegów okoliczności wydarzyło się po premierze mojej debiutanckiej książki, ale większość z nich by mnie pewnie nie spotkała, gdyby nie to, że postanowiłem nie poprzestać na niej jednej. Uznałem bowiem, że pisanie sprawia mi tak wiele satysfakcji, że postaram się zająć nim na poważnie.

Nie miałem nigdy chwili zwątpienia, że obrałem słuszną drogę, chociaż czasami bywało ciężko. Rozterki na szczęście nie wiązały się z pytaniem, czy wybrałem dobry szlak, ale z kwestią, w jaki sposób mam nim dalej podążać.

Ostatnie dwa tomy „Czarnego Wygonu” postanowiłem zadedykować moim Siostrzeńcom — Tomaszowi i Jędrzejowi, którzy właśnie stoją przed wieloma dylematami dotyczącymi dorosłego życia, i którzy może coś z tych moich doświadczeń zechcą wykorzystać.

Drogi Tomku, Drogi Jędrku!

Wiedzcie, że trzymam za Was mocno kciuki. Życzę samych dobrych wyborów, teraz i w przyszłości, które sprawią, że będziecie po prostu szczęśliwi. To nie jest łatwe — podobnie, jak i trudne bywa czasem samo życie (o czym przecież wszyscy przekonaliśmy się w dwa tysiące czwartym roku), ale przecież możliwe.

Wiedzcie też, że jestem z Was dumny i cieszę się, że jesteście.

Podziękowania

Dziękuję wszystkim tym, którzy namawiali mnie do kontynuacji „Czarnego Wygonu”. Stawiając ostatnią kropkę drugiego tomu i będąc w pełni świadomym, że wiele furtek zostawiam niedomkniętymi, sądziłem, że to koniec tego właśnie cyklu powieściowego. Chciałem, żeby każdy, kto się z nim zapoznał, sam dopowiedział sobie ciąg dalszy. Później zatęskniłem trochę za roztoczańskimi klimatami, niemniej jednak, gdybym był jedynym tęskniącym, „Bisy” na pewno by nie powstały. Dziś bardzo się cieszę, że są i że Czytelnicy będą mogli przekonać się, czy dobrze domyślali się dalszych losów bohaterów.

Jestem wdzięczny tym osobom, które motywowały mnie do pracy nad „Bisami”, chociaż zdaję sobie sprawę, że trwała ona dość długo. Niemniej jednak uważam, że lepiej, jeśli książka pojawia się o rok za późno niż o dzień za wcześnie. Mam nadzieję, że powieść, którą trzymacie Państwo w rękach, ukazuje się we właściwym czasie.

Dziękuję osobom, które pomogły mi w poznaniu realiów Roztocza — zwłaszcza Aldonie, Monice i Panu Andrzejowi. Dzięki Wam ta książka jest pełniejsza i bardziej wiarygodna, co właśnie w przypadku literatury fantastycznej jest niezmiernie istotne, a także tym wszystkim Czytelnikom, którzy spotykali się ze mną podczas licznych spotkań autorskich, ponieważ to właśnie one są dla mnie nieocenionym dowodem na to, że to, co robię, ma sens.

Nie mogę też zapomnieć o Tobie, Drogi Czytelniku, który po raz kolejny sięgnąłeś po powieść mojego autorstwa. Tak naprawdę to właśnie Ty jesteś najważniejszym jej twórcą i za to Ci bardzo dziękuję. Literatura bez Ciebie jest tylko pustym, nikomu niepotrzebnym zlepkiem tysięcy wyrazów.

To właśnie Ty nadajesz jej wartość.

* * *

Mojemu Siostrzeńcowi — Tomaszowi

* * *

Prolog

24 marca 2005 (Wielki Czwartek)

Adamowicz z niechęcią wpatrywał się w miedziane wahadło przedwojennego zegara, otrzymanego od ojca w prezencie ślubnym.

„Kiedy to było?” — zapytał sam siebie w myślach, zmarszczył krzaczaste brwi i wykrzywił twarz w grymasie niezadowolenia. Miał w głowie zupełną pustkę.

Po kolejnej nieprzespanej nocy powinien się położyć, ale wiedział, że sen nie przyjdzie, jeśli nie zostanie przywołany garścią tabletek uspokajających.

— Dwadzieścia lat chyba już będzie… — oznajmił niepewnie wahadłu, które odpowiedziało głośnym, powolnym „tak… tak… tak…”. — Nie, chyba ze dwadzieścia pięć… — poprawił się po chwili, skubiąc w zamyśleniu mocno posiwiałe, przybrudzone papierosowym dymem wąsy, których głównym zadaniem było maskowanie blizny pozostałej po operacji zajęczej wargi.

— Tak… tak…

— Nie otumanisz mnie — rzekł, wodząc wzrokiem od lewa do prawa i z powrotem. — Czekaj, zaraz sobie przypomnę… Piotrka trzymałem do chrztu dokładnie dziesięć lat po ślubie z Janką. On teraz będzie miał… — Twarz Adamowicza stężała. Po chwili odezwał się dużo ciszej:

— W czerwcu kończyłby dziewiętnaście, to razem wychodzi…

— Bom… bom… — odezwał się zegar.

Bogdan podniósł wzrok wyżej i stwierdził, że właśnie mija dziewiąta.

— …to razem prawie trzydzieści. Prawie trzydzieści lat tu stoisz i żadnego z ciebie pożytku, przeklęty rupieciu. Dawno bym cię porąbał na wióry, gdyby nie Piotrek. Jemu się podobałeś, lubił cię słuchać, patrzeć na ciebie i trzymałem cię tylko dla niego. Byłby z ciebie dobry prezent weselny od chrzestnego, a teraz? — Wzruszył ramionami i westchnął już do siebie:

— Teraz zaczynasz rozum tracić, stary głąbie, bo gadasz z durnym zegarem. Weź się jakoś w garść.

Wstał i pomacał się po lewej kieszeni na piersi. Ostatniego papierosa z paczki wypalił przed chwilą, ruszył więc do kuchni po następną. Zaraz potem przystanął i stwierdził, że jednak lepiej będzie, jeśli zdecyduje się na tabletki. Musiał przecież trochę się zdrzemnąć przed kolejną nieprzespaną nocą.

W tym momencie od strony drogi dobiegł jakiś hałas, więc skierował się w stronę okna i stanął przy nim dokładnie w momencie, gdy rozklekotany granatowy volkswagen golf wtoczył się na podwórze przez otwartą na oścież bramę. Dopiero teraz Adamowicz przypomniał sobie o Bisach — z którymi umawiał się, że będą zaczynać robotę najpóźniej o ósmej.

— Jasna cholera! A to mendy francowate! — sapnął. — Trzej zafajdani muszkieterowie z Bliżowa…

Z rosnącą irytacją przyglądał się, jak niespiesznie przygotowują narzędzia, zakładają robocze ciuchy i coś tam grzebią przy silniku auta. Gdy wreszcie Mirek, najmłodszy z nich, wyjął z bagażnika trzy butelki piwa i foliowe torebki z drożdżówkami, tego było już za wiele.

— Czy ja wam, do jasnej cholery, płacę za kręcenie się po podwórzu i chlanie, czy za robotę?!

Siedzieli na deskach plecami do domu, a że wyszedł na zewnątrz cicho jak kot, uświadomili sobie jego obecność dopiero, gdy się odezwał.

— Wpół do dziesiątej dochodzi, a jeszcze nawet żeście palcem nie kiwnęli — Bogdan zaczynał wściekać się nie na żarty. — W takim tempie, to kwiecień was zastanie! Myślałem, że skończycie najpóźniej do Niedzieli Palmowej, a tu już Wielki Tydzień się kończy…

— Niech się szef nie denerwuje tak, bo jeszcze jaka żyłka szefowi się uszkodzi — przerwał mu beznamiętnie Maciek, kończąc przeżuwać kęs drożdżówki. — Nasza granatowa strzała nawaliła po drodze i trza było trochę ją podrychtować. Normalnie to żeśmy zawsze byli zgodnie z umową. Słowo harcerza! — mówiąc to, zadowolony z żartu mrugnął do Adamowicza i pociągnął z butelki. — No nie, chłopaki?

Mirek przytaknął leniwie i również przyłożył butelkę do ust.

Gospodarza zatkało. Poczerwieniał ze złości i warknął przez zęby:

— Zabierać mi się stąd, ale już! Cholerne, bezczelne pętaki… — Groteskowo zmieniony poprzez wadę wymowy głos wywołał u Maćka niezbyt starannie skrywany, drwiący uśmiech. — Wynocha! — Adamowicz zaczynał tracić panowanie nad sobą. Rozejrzał się wokół w poszukiwaniu kawałka solidnego drąga.

Jedynym, który wydawał się zmieszany całą sytuacją, był najstarszy z Bisów. Poderwał się, odstawił piwo i zaczął zakładać robocze rękawice. Adamowicz zauważył wcześniej, że nawet odruchowo próbował ukryć butelkę za plecami. Michał Bis miał już około czterdziestki. Od Maćka był starszy o sześć lat, od Mirka — o dziesięć, ale to właśnie on zachowywał się jak uczniak przyłapany na paleniu za rogiem szkoły.

— Przepraszamy, panie Adamowicz. Niech nam pan pozwoli skończyć robotę… To się więcej nie powtórzy. Wie pan, jaką mamy sytuację, każdy grosz dla nas się liczy…

Bogdan zaprzestał poszukiwań podręcznej broni i teraz tylko bez słowa przypatrywał się kolejno każdemu z trzech swoich pomocników od siedmiu boleści.

— Już się bierzemy do pracy. — Głos Bisa brzmiał niemal płaczliwie. — Trochę dziś później, ale nadgonimy. Na pewno. Słowo honoru!

— Z nimi to ci się chyba nie uda, Michał. — Gospodarz spojrzał mu w oczy, wskazując równocześnie głową na pozostałych. — Do niedzieli pewnie nawet nie zdążycie…

— Zdążymy! Obiecuję, może pan być spokojny! — zapewnił tamten żarliwie. — Do soboty może nawet…

Adamowicz machnął ręką z rezygnacją i podążył w stronę domu. Tuż przed drzwiami usłyszał głos Michała:

— A jak tam w nocy, proszę pana? Znów nic?

W odpowiedzi pokręcił przecząco głową i odparł, nawet się nie odwracając:

— Nic. Chyba nigdy go nie złapiemy.

— Pojebało cię, Michałku? — zapytał Maciek, gdy gospodarz zamknął za sobą drzwi. — Możemy od zawodnika wydusić jeszcze przynajmniej ze cztery dniówki, a ty…

— Zamknij się i do roboty — usłyszał w odpowiedzi. — Ty też, ale już! — zwrócił się do najmłodszego. — Ale żeśmy się, kurwa, dali podejść. Jak dzieci…

Nie chodziło mu o wstyd przed Adamowiczem. Miał gdzieś starego i jego złość, ale ostatnio coraz rzadziej mogli załapać jakąś fuchę; wiedział, że jak rozejdzie się po okolicy, że Bisom już całkiem nie chce się robić, to będzie kłopot. Od kiedy zostali nakryci na podprowadzeniu kantówek z budowanego przez nich letniskowego domku w Bondyrzu i tak rzadko kiedy ktoś brał ich do ciesielki, na której przecież można było zarobić o wiele lepiej, niż przy pracy w tartaku albo, jak tutaj, przy deskach. Był najstarszy i nie mógł pozwolić na całkowitą utratę dość mocno już nadszarpniętej reputacji. Musieli się przecież jakoś utrzymywać.

Wydawało się, że dwóm pozostałym jest zupełnie wszystko jedno, ale mimo tego z ociąganiem posłuchali brata.

— Musimy skończyć przed sobotą — dodał jeszcze, gdy zaczynali pracę. — Następnym razem, jak nas weźmie jeszcze kiedy, to będziemy ostrożniejsi i sobie odbijemy z nawiązką.

Maciek popatrzył na niego zimnym wzrokiem, a potem splunął w kierunku domu i syknął:

— Ale jak jeszcze raz ten stary, sepleniący pokurcz nazwie mnie pętakiem, to mu, kurwa, nie daruję. Jak Boga szczerze kocham.

Mirek uśmiechnął się pod nosem, ale znów nie odezwał się ani słowem. Przeszła mu przez myśl uwaga odnośnie do religijności starszego o cztery lata Maćka, ale zachował ją dla siebie. Od małego nie lubił strzępić jęzora po próżnicy, a nazwanie go małomównym i tak byłoby lekką przesadą.

Tabletki powoli się kończyły. Bogdan przeliczył je pobieżnie i uznał, że mogą mu nie wystarczyć do poświątecznego wtorku. Zaraz potem przypomniał sobie, że w sobotę będzie jechał do zamojskiego szpitala po Jankę, więc uspokojony wziął o jedno relanium więcej niż zwykle.

„Bylebym tylko nie zapomniał wstąpić do apteki i dokupić” — pomyślał i popił lekarstwo świeżym, jeszcze ciepłym mlekiem. Pamiętał, że w szufladzie leży niewykorzystana jeszcze po ostatniej wizycie u lekarza recepta.

„Przynajmniej o to nie muszę się już martwić”.

Rozebrał się, przykrył grubą pierzyną i zamknął oczy, a ostatnia myśl ciągle kołatała mu się w głowie. Chciałby mieć tylko takie zmartwienia, jak brak głupiego świstka od doktora.

Życie nigdy go nie rozpieszczało, do wszystkiego, co zdobył, musiał dojść sam, z niewielką, jak na miejscowe zwyczaje, pomocą żony. Gospodarstwo odziedziczył po ojcu zaraz po ślubie i z podupadającej zwykłej zagrody, jak dziesiątki innych, przez lata ciężkiej, chwilami wymagającej ponadludzkich sił pracy doszedł do majątku, któremu nie było równych w Guciowie; mało tego — ciężko byłoby znaleźć podobny w całej okolicy. Adamowicz nigdy nie nastawiał się nadmiernie na hodowlę, miał tylko tyle żywego inwentarza, aby wspólnie z Janką mogli bez większego wysiłku go oporządzić. Nie wypadało przecież kupować od innych kur na niedzielny rosół, czy wieprzka na święta, a i nabiał świeży zawsze się przydawał. Parę krów, kilka świń, trochę drobiu i to w zupełności wystarczało, a uwagę można było skierować na inne obszary gospodarowania.

W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym ósmym trafiła się okazja, by w okolicach Józefowa kupić niedrogo kilka hektarów ziemi, więc Adamowicz pojechał na miejsce, obejrzał i nie zastanawiał się długo. Choć od Guciowa był to kawałek drogi, uznał, że taka okazja może się więcej nie trafić. Zapożyczył się, gdzie tylko mógł, i kupił wszystko, co tylko było oferowane do sprzedania. W następnym roku obsadził prawie połowę areału tytoniem, a resztę obsiał pszenicą. Rok siedemdziesiąty dziewiąty był tak urodzajny, że inwestycja, pomimo sporych nakładów na wynajętych do pracy ludzi, prawie się zwróciła.

Kolejne lata nie były już wprawdzie tak dobre, ale udawało się nie tylko wyjść na swoje, ale też trochę odkładać. Gdy ogłoszono stan wojenny, Adamowicz uznał, że pieniądze mogą prędko stracić na wartości i trzeba byłoby rozejrzeć się za pewniejszą lokatą kapitału. Los sprawił, że akurat jego brat postanowił odsprzedać swoją część ojcowizny. W ten właśnie sposób w skład majątku Bogdana wszedł ponaddwuhektarowy sosnowy las, położony pomiędzy Guciowem a usytuowaną nieopodal niewielką wioską Bliżów.

Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych wcześniejsze inwestycje w zakup lasów okazały się strzałem w dziesiątkę. Kiedy szalała hiperinflacja, Adamowicz był właścicielem prawie dwudziestu hektarów leśnych ostępów różnej klasy na Roztoczu, w przydomowym tartaku zajmował się przerabianiem drewna na rozchwytywany materiał budowlany, pola w okolicach Józefowa rodziły całkiem przyzwoicie, a budynki lśniły bogactwem. Zadowolenie gospodarza przyćmiewała jedynie myśl, że nie będzie miał komu tego całego majątku zostawić.

Wieloletnie starania o dziecko nie przyniosły rezultatu, lekarze jednoznacznie orzekli, że nie ma żadnych szans na potomka. Nie pomogły ani msze w intencji szczęśliwego poczęcia, ani wizyty u różnych znachorów. Bezpłodność Janki, spowodowana powikłanym i niewłaściwie leczonym zapaleniem jajowodów we wczesnej młodości, przekreśliła marzenia Adamowiczów o własnych dzieciach. W pewnym momencie rozważali nawet adopcję, ale ostatecznie Bogdan uznał, że nie mogą przeciwstawiać się zrządzeniu niebios. Później wielokrotnie tego żałował. Aż do momentu, gdy w rodzinie jego młodszego brata pojawił się Piotrek.

Znajdujący się już na pograniczu snu i jawy gospodarz nagle usiadł, po czym opuścił nogi poza krawędź łóżka.

Podczas porannego obrządku nie zajrzał przecież do Szatana — ulubionego cielaka swojego bratanka. Wstał, by szybko naprawić to przeoczenie, ale po chwili ukrył twarz w dłoniach, kręcąc z niedowierzaniem głową.

„Jak mogłem znów zapomnieć?” — pomyślał.

Pod przymkniętymi powiekami widział Piotrka, który stoi przy nowo narodzonym, słaniającym się jeszcze na słabych nogach byczku i, śmiejąc się, mówi:

— Stryju, zobacz! Czarny jak diabeł, co nie? Może nazwiesz go Szatan? Fajne imię, prawda?

Zgodził się bez wahania. Niewiele było takich rzeczy, których odmówiłby bratankowi. Ale może nie powinien był wtedy ulec? Janka przez kilka dni suszyła Bogdanowi głowę, że nie uchodzi tak nazywać zwierząt, bo to może i nieszczęście jakie sprowadzić. Śmiał się z niej wtedy i pukał w czoło.

— Teraz też byś się śmiał, stary durniu? — spytał sam siebie stłumionym szeptem. — Teraz też byś się śmiał, śmieszku…?

Zegar zaczął wybijać dziesiątą. Wyrwany z zamyślenia gospodarz podszedł do niego, poczekał, aż odezwie się ostatnie uderzenie, a potem otworzył przeszklone drzwi i zatrzymał wahadło.

— Wyspać się chciałem, jasna cholera, dlatego nie będziesz mi tu tykał i bimbał.

Patrzył przez dłuższą chwilę na starą, patynowaną upływającym czasem tarczę, po czym sięgnął do niej dłonią. Położył opuszek palca obok dłuższej wskazówki i pchnął ją w lewą stronę. Tryby zaprotestowały cichym zgrzytem, ale wskazówka przesunęła się o kilka centymetrów.

— Za pięć dziesiąta? Może zrobimy, że stanie się wczoraj, stary druhu? — zapytał, a potem, coraz to szybciej, kolistym ruchem zaczął pchać wskazówkę w stronę, w którą nikt nigdy nie kazał jej podążać. — Najpierw zrobimy wczoraj, a potem pójdziemy do jedenastego. Albo nie! Pójdziemy nawet dalej, do dziesiątego, to i Szatana w ten sposób uda nam się uratować…

Adamowicz z zapamiętaniem kręcił wskazówką coraz szybciej, bezwiednie przygryzając wysunięty język. Jego oddech był coraz płytszy, oczy lśniły obłędem, a na czoło wystąpiły kropelki zimnego potu.

— Już dwudziesty! — krzyknął z satysfakcją. — Jeszcze trochę, jeszcze tylko dwieście czterdzieści okrążeń i będziemy w domu, bracie! Wreszcie się na coś przydasz! Cieszysz się?!

Z jakiegoś innego, bardzo odległego wymiaru do uszu Bogdana zaczął docierać nieprzyjemny, wysoki dźwięk. Adamowicz ocknął się z letargu i odsunął od zegara. Patrzył na niego jeszcze przez moment, a potem cicho, jakby wstydząc się tego, co przed chwilą miało miejsce, zamknął drzwiczki.

Westchnął ciężko, po czym wierzchem dłoni wytarł pot z czoła i podszedł do okna. Najstarszy z Bisów pracował gorliwie, sprawnymi ruchami tnąc sosnowe opoły piłą spalinową, a dwóch pozostałych braci krzątało się obok niego żwawo, składając prawie białe jeszcze deski w zgrabny sztapel.

„Jak wiele brakuje mi jeszcze do zupełnego obłędu?” — zapytał w myślach gospodarz. Chciał, aby jakiś wewnętrzny głos odpowiedział, że nie jest tak źle, że to wszystko jest wynikiem wielodniowego zmęczenia i niewyspania, jednak nawet gdyby tak się stało, Bogdan i tak by nie uwierzył.

Gdy po raz kolejny kładł się do łóżka, nieruchome wskazówki przedwojennego zegara nadal wskazywały kwadrans po czwartej i nie cofnęły się samoistnie nawet o pół minuty. Adamowicz przez chwilę przypatrywał się im z nadzieją, że może jednak zmienią zdanie, a potem odwrócił się twarzą do ściany i zasnął, tłumiąc w sobie pokusę, by obrócić głowę i spojrzeć na wielki cyferblat przynajmniej jeszcze jeden raz.

25 marca 2005 (Wielki Piątek)

Gdy nazajutrz o świcie wracał z nocnego dyżuru, przypomniał sobie zakończenie rozmowy odbytej poprzedniego dnia z najstarszym z Bisów. Na zadane przez Michała z wyraźną intencją załagodzenia napiętej atmosfery pytanie o rezultaty nocnych poszukiwań, Adamowicz odpowiedział z rezygnacją, która jego rozmówcę z pewnością mogła zmylić. Odpowiedział w tonie, w jakim od kilku dni przebąkiwała większość mężczyzn biorących udział w nocnych czatach.

— Skoro przez ponad dziesięć dni nie stało się nic złego, ba — poszukiwany nie był nawet widziany w okolicy, to może przeniósł się gdzieś w inne rejony? — Mówiąc takie mniej więcej słowa, każdy z nich podświadomie starał się zakląć rzeczywistość; w tubalnych męskich głosach brzmiała nadzieja, że im więcej razy coś się powtórzy, tym większa jest szansa, aby słowa stały się ciałem. Prawda była taka, że nikt z nich, pomimo że większość była uzbrojona w myśliwską broń palną, nie miał ochoty na nocne spotkanie z olbrzymem, który przez te ostatnie dni w opowieściach przekazywanych z ust do ust, zdążył już urosnąć do rozmiarów dwuipółmetrowego monstrum.

Mierzący niecałe sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu Bogdan, jeden z najstarszych wśród czatujących nocami w ukryciu, też miał nadzieję. Nadzieję, że wszystkie te zaklęcia są niewarte funta kłaków.

Oddałby wszystko za spotkanie z olbrzymem, nawet jeśli miałoby się okazać, że plotki odnośnie do potężnej postury oprawcy nie są przesadzone. Przez całe życie dość twardo stąpał po ziemi i, w przeciwieństwie do innych, niespecjalnie wierzył w istnienie „guciowskiego upiora”, o którym z upodobaniem godnym lepszej sprawy rozpisywały się lokalne gazety. Wierzył natomiast w istnienie ludzi, których należy jak najszybciej unieszkodliwić, by nie wyrządzili już więcej zła. W swoim przekonaniu był tym bardziej zdeterminowany, że bezsensowne, niczym nieusprawiedliwione okrucieństwo, dotknęło w sposób bezpośredni właśnie jego rodzinę.

Kiedy więc Adamowicz głośno wyrażał przekonanie: „nigdy go nie złapiemy”, to miał nadzieję, że los, który ostatnio tak bardzo go doświadczył, właśnie czujnie nadstawia uszu i zaciera swoje oślizgłe macki, z nikczemną satysfakcją na złośliwym pysku, szykując gospodarzowi kolejną przykrą niespodziankę.

Było jeszcze szaro, gdy Adamowicz wjechał na podwórze, ale już wystarczająco jasno, by mógł dostrzec, jak wiele Bisowie zrobili od minionego wieczora.

— Co, do diabła i jasnej cholery? — mruknął, wysiadając z auta.

Kręcąc z niedowierzaniem głową, obszedł podwórze, na którym piętrzyły się stosy okorowanej tarcicy. Większość materiału spoczywała na starannie ułożonych stosach, przeznaczone na drewno opałowe odpadki leżały jako wielka zgrabna pryzma, a sosnowa kora była starannie zgrabiona w jedno miejsce, tworząc cienką, przygotowaną do suszenia w słoneczne dni warstwę.

Adamowicz do tej pory prawie zawsze dyżurował w okolicy zagrody agroturystycznej Stanisławskiego i, ponieważ Bisowie w drodze powrotnej do Bliżowa przejeżdżali obok jego stanowiska, dokładnie wiedział, o której każdego dnia kończyli robotę. Ze względu na zbliżającą się Wielkanoc ostatniej nocy chętnych do patrolowania było nieco mniej i tym razem w udziale przypadła mu warta na przeciwległym końcu wioski, już prawie na granicy z Bondyrzem. Mógł się więc teraz co najwyżej domyślać, o której jego pomocnicy zakończyli pracę, ale założyłby się o spore pieniądze, że nie opuścili podwórza wcześniej niż o drugiej nad ranem.

„Do tej pory ani razu nie musieli jej świecić” — pomyślał i zwrócił wzrok w stronę silnej lampy sodowej zamocowanej na ścianie stodoły.

Podczas wykonywanego machinalnie obrządku Bogdan zastanawiał się, czy przypadkiem poprzedniego dnia nie nacisnął Bisów zbyt mocno. Faktem jest, że do tej pory bezczelnie się lenili, ale może nie powinien był na nich wrzeszczeć. Może wystarczyłoby powiedzieć kilka ostrzejszych słów i efekt byłby ten sam. Ze względu na to, że Janka pochodziła z Bliżowa i bywał tam po swoim ślubie dość często, znał przecież każdego z tych chłopaków od małego i — przynajmniej tak mu się wydawało — cieszył się u nich jako takim szacunkiem.

Przeszłości nie da się zmienić — wiedział to teraz aż nadto dobrze, więc postanowił, że jakoś Bisom wynagrodzi zarówno ich pracę, jak i swoje nerwy. Byle tylko skończyli przed niedzielą, bo przecież w Wielkanoc na podwórzu musi być bezwarunkowo porządek.

O ósmej Adamowicz był już gotowy do spania. Zastanawiał się, ile czasu jego pracownicy będą potrzebować na to, aby wypocząć. Nie miał raczej nadziei, że pojawią się punktualnie; tak naprawdę to cieszyłby się, gdyby robota ruszyła koło dziesiątej. Postanowił jednak spróbować swojej sztuczki.

— Na pewno teraz nie przyjadą — powiedział, uważnie wypatrując przez szybę. — Nie dadzą rady, przecież skończyli nad ranem, napracowali się i muszą trochę odpo…

W tym momencie granatowy golf pojawił się w bramie. Gospodarz uśmiechnął się z satysfakcją i położył do łóżka.

Leżąc na plecach, z dłońmi splecionymi pod głową mówił głośno:

— Nie uda mi się go dorwać. Na pewno nie będzie na tyle głupi, żeby się teraz kręcić w okolicy. Na pewno jest bardzo sprytny.

Powtórzył to kilkakrotnie i gdy już był pewien, że wiadomość dotarła do kogo trzeba, odetchnął z ulgą.

Tym razem zasypiał bez tabletek. Wystarczająco uspokajała go myśl, że noc z Wielkiego Piątku na Wielką Sobotę będzie z całą pewnością przełomowa. Był zadowolony ze swojego sprytu, a własne dziwaczne zachowanie zupełnie go nie martwiło.

Postanowił zająć stanowisko jeszcze za dnia, aby nie minęło go to, co niewątpliwie nadchodzi. Minął gospodarstwo Stanisławskiego i jak zwykle wjechał autem w odchodzącą od asfaltu wąską dróżkę. Samochód zawsze stawiał na tyle daleko od swojej czatowni, by przypadkiem nie spłoszyć tego, na kogo polował.

Wyjął z bagażnika foliowy worek wypełniony sianem, a następnie przewiesił przez ramię płócienną torbę z kanapkami i kawą w termosie. Zanim włożył pod pachę myśliwską, dwulufową strzelbę, uważnie sprawdził, czy jest naładowana. Po kilku minutach z ciężkim westchnieniem usiadł na worku wśród gęstych, przydrożnych krzewów.

Ogarnął wzrokiem otoczenie, przez chwilę przypatrując się baczniej parkingowi położonemu naprzeciw zagrody agroturystycznej, na którym stało kilka samochodów. W gasnącym świetle dnia i z dość znacznej odległości nie mógł dostrzec tablic rejestracyjnych, ale najpewniej pojazdy należały do przyjezdnych, goszczących się w karczmie Stanisławskiego. Nie podobało mu się, że są ludzie, którzy w Wielki Piątek odwiedzają restauracje, ale zdawał sobie sprawę z tego, że czasy się zmieniają i nic się na to nie da poradzić.

Niedługo po tym, jak zapaliły się przydrożne latarnie, przed drewnianą bramą gospodarstwa zatrzymał się biały opel kadett, z którego po kilku sekundach wygramolił się pasażer. Początkowo Adamowicz sądził, że kłopot z wysiadaniem wiąże się z podeszłym wiekiem mężczyzny, jednak gdy ten zrobił kilka kroków, okazało się, że chyba raczej chodzi o jakieś problemy z unieruchomioną w kolanie nogą.

Gdy kuśtykająca postać zniknęła za bramą, z auta wysiadł również kierowca, wyjął z wnętrza opla niewielką torbę i postawił ją na ziemi. Bogdan ze zdziwieniem obserwował, jak mężczyzna czyni znak krzyża, pochyla głowę i składa dłonie do modlitwy. Nie trwała ona dłużej niż kilka minut, niemniej jednak takiego widoku nie spotyka się często i trudno domyślić się, dlaczego ktoś na poboczu drogi, obok samochodu uznaje nagle, że właśnie teraz powinien porozmawiać z Bogiem.

„Pewno zmawia pacierz przed jakąś daleką drogą” — pomyślał Adamowicz. Poniekąd miał sporo racji.

Modlitwę przerwał powrót utykającego pasażera. Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie i zamienili kilka słów, po czym opel odjechał, pozostawiając kuternogę na poboczu drogi.

Stał tam bez ruchu przez dobrych kilkanaście minut, więc Bogdan miał okazję uważnie mu się przyjrzeć. Choć odległość była dość duża, a światła latarni niezbyt mocne, czający się w ciemności gospodarz miał wrażenie, że gdzieś już widział tego człowieka. Przeświadczenie rosło z każdą minutą, ale olśnienie przyszło dopiero jakiś czas później.

Najstarszy z braci postanowił, że nie będzie zmieniał lepiących się od żywicy i upstrzonych trocinami ubrań na czyste. Był bardzo zmęczony po dwóch dniach wyczerpującej pracy, a w dodatku zrobiło się nadspodziewanie chłodno, więc pomysł, by po prostu przykryć siedzenie kierowcy jakąś w miarę czystą szmatą znalezioną w bagażniku, wydał się Michałowi o wiele atrakcyjniejszy, niż pospieszna zmiana przepoconych ciuchów.

Od kilkunastu minut siedział za kierownicą volkswagena i przypatrywał się, jak młodsi bracia doprowadzają podwórze Adamowicza do porządku. Przez dwa dni prośbą, groźbą i stekami przekleństw mobilizował ich, by zrealizować obietnicę daną gospodarzowi. Koniec końców dopiął swego, jednak teraz miał już wszystkiego serdecznie dosyć. Miał wrażenie, że jest zlepkiem nadwerężonych mięśni przyczepionych do nienaoliwionego, przeciążonego kręgosłupa. To już nie te lata, gdy mógł przez cały tydzień niemal do nieprzytomności pracować z ojcem, a po zakończeniu roboty brał tylko szybki prysznic, by zaraz potem ruszyć rowerem na sobotnią potańcówkę do Adamowa, bawić się prawie do rana, a później jeszcze pofiglować na sianie z jakąś kobitką. Dziś nie zaciągnęliby go na zabawę nawet wołami; marzył jedynie o ciepłym łóżku i długim, regenerującym śnie.

Pomimo że młodsi bracia sarkali na jego połajanki, okazało się, że to on miał rację. Adamowicz nie dość, że zapłacił za pracę zgodnie z wcześniejszą umową, to jeszcze dorzucił każdemu stówkę ekstra. Oprócz tego przed wyjazdem na nocny dyżur przyniósł z domu dwie litrowe wódki i pęto świątecznej kiełbasy na zakąskę. Wszystkim uścisnął serdecznie dłonie i podziękował tak, jakby już zapomniał o wcześniejszych — co by nie mówić — słusznych pretensjach.

Michał spojrzał na zegarek — dochodziła dwudziesta druga trzydzieści. Właśnie zaczął zastanawiać się, czy przed północą zdąży się położyć, gdy w jasnym świetle lampy zauważył zbliżającego się do auta Maćka.

— Skończyliście? — zapytał, otwierając drzwi.

— Jedną robotę skończyliśmy, ale teraz przydałoby się zacząć jeszcze tę drugą — odparł brat. — Zimno się robi i coś na rozgrzewkę by się zdało…

— W domu się napijecie. Zmęczony jestem i…

— W domu też nie zaszkodzi, ale jakiś symboliczny wianek, to trzeba na miejscu urządzić. Przynajmniej po setce. No, może co najwyżej po dwie.

— A nie pomyślałeś, że ja też może bym się napił i coś zjadł?

— A kto ci broni? — Maciek otworzył klapę bagażnika i wyjął z niej reklamówkę, którą wcześniej wręczył im gospodarz. — Zapierdalaliżeśmy dwa dni jak durnie, to i coś nam się teraz od życia należy.

Mirek w tym czasie siedział przy stodole, na świeżo złożonych kantówkach, paląc papierosa. Wyglądało na to, że młodsi uzgodnili sprawę między sobą i ciężko będzie ich przekonać. Ciepłe łóżko zaczęło się niebezpiecznie oddalać.

— Jak to, kto mi, kurwa, broni? — Michał próbował jeszcze raz zaprotestować. — Kto niby będzie prowadził, jak się z wami napiję, cepie jeden? Siądziemy w domu na spokojnie, w cieple…

— Nie świruj, bracie. Kto nas zatrzyma w Wielki Piątek? Psiarnia ma inne rzeczy dzisiaj na głowie i nawet jak się tu pojawi, to wiesz, że nie pijanych kierowców będzie szukać, a tego, co Piotrusiowi dodatkowy uśmiech na szyi nożem wydziergał.

— Aleś ty durny.

— Po starszym bracie to mam. — Maciek stanął przy uchylonych drzwiach. — Gówno mnie ten młody obchodzi. Trzeba mu było w domu siedzieć, a nie nocami łazić i gzić się z tą jego lafiryndą po krzakach. Idziesz czy siedzisz w samochodzie jak debil?

Nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę jarzącego się w oddali ognika papierosa.

— Jak się tak srasz, to ja pojadę — rzucił jeszcze, nie odwracając się.

— Licz się ze słowami, gówniarzu, bo ktoś ci może wpierdol spuścić!

— Na przykład starszy brejdak?

— Na przykład.

— Chciałbym to zobaczyć — odparł Maciek i roześmiał się drwiąco.

Michał patrzył na oddalającą się barczystą sylwetkę młodszego o sześć lat, wyższego prawie o głowę brata. Wiedział dobrze, że w bójce z nim nie miałby najmniejszych szans, a czasy, kiedy pięściami mógł wyegzekwować swoje polecenia, już dawno odeszły do przeszłości.

Wysiadł z auta. Ssało go w żołądku i nie zamierzał patrzeć, jak tamci będą w najlepsze wpierdzielać swojską kiełbasę.

„Ale pił nie będę, bo mam już wyżej uszu przygód z sądami i policją” — pomyślał.

Noc była nadzwyczaj spokojna. Od momentu, gdy gospodarstwo Stanisławskiego opuścili ostatni goście, Adamowicz mógłby na palcach jednej ręki zliczyć przejeżdżające drogą samochody, a i przechodniów było jak na lekarstwo. Wielki Piątek w Guciowie rządził się swoimi prawami, zbliżająca się Wielkanoc nie sprzyjała dalszym podróżom, poza tym wciąż obecne w umysłach miejscowych poczucie realnego zagrożenia ze strony tajemniczego napastnika sprawiało, że nikt bez wyraźnej potrzeby nie ruszał się z domu.

Bogdan już przyzwyczaił się do nocnego czatowania. Mało tego — zaczynał je nawet lubić. Mógł bez przeszkód zatopić się w rozmyślaniach i przynajmniej próbować układać sobie w głowie to, co tak bardzo go dręczyło. Samotnie spędzany czas był dobrym lekarstwem, pozwalał na nabranie dystansu do tragicznych zdarzeń sprzed kilkunastu dni, dzięki czemu momentami jawiły się one koszmarnym snem, z którego być może uda się kiedyś obudzić.

Dziś w ten pozorny spokój klinem wbiły się myśli krążące wokół nieznajomego. Mimo że do północy zostały już niecałe trzy kwadranse, Adamowicz wciąż zastanawiał się, kim jest ten człowiek i czy dobrze zrobił, pozwalając mu bez przeszkód przejść obok swojego stanowiska.

Ponad dwie godziny minęły od chwili, gdy mężczyzna zniknął w ciemnościach, kuśtykając niezdarnie asfaltem w stronę Zwierzyńca. Bogdan nie zaczepił go tylko przez wzgląd na strzelbę, którą kuternoga niósł na ramieniu; uznał, że obcy jest sprzymierzeńcem miejscowych, z jakichś powodów biorącym udział w obławie. Niemniej jednak twarz, tak dobrze przez moment widoczna w świetle latarni, zdawała się znajoma i nieodparcie kojarzyła się ze śmiercią Piotrka. Po dłuższym zastanowieniu myśli wróciły do białego opla i wreszcie Adamowicz wszystko sobie przypomniał.

Miał od zawsze dobrą pamięć do twarzy, jednak tym razem nie dziwił się, że aż tyle czasu zajęło mu skojarzenie nieznajomego. Po raz pierwszy widział go przecież w sobotę dwunastego marca, a cały tamten dzień wciąż tkwił we wspomnieniach Adamowicza jako zbiór nieokreślonych wrażeń, mieszaniny wściekłości i rozpaczy, białych plam i rozmytych obrazów. Ludzie przychodzili wtedy tłumnie na miejsce zbrodni, niektórzy płakali, składając kwiaty i znicze, niektórzy głośno wyrażali żądzę odwetu, a jeszcze inni kręcili się przy drodze, kierowani zwykłą ludzką ciekawością.

Bogdan Adamowicz od momentu, gdy przyjechał na miejsce, po prostu stał bez ruchu. Wpatrywał się w połączone kałuże krwi, które wypłynęły z rozciętych krtani Piotrka i jego dziewczyny, nie mogąc pojąć tego, co stało się w nocy. Jego najdroższy chrześniak, ukochany bratanek, którego traktował jak syna, i z którym wiązał nadzieję na dalsze funkcjonowanie wypracowanego przez tyle lat majątku, został zamordowany? Dlaczego?! Cóż takiego zrobił, że trzeba go było skrzywdzić w tak bestialski sposób? Czy to w ogóle możliwe, że nigdy więcej nie wjedzie na podwórze rowerem, by wywołać uśmiech na twarzy stryja…? Z katatonicznego bezruchu pogrążony w pozostających bez odpowiedzi pytaniach Bogdan został wyrwany wtedy zaledwie kilka razy, między innymi w związku z zamieszaniem spowodowanym zatrzymaniem przez policję białego opla. Zdołał zarejestrować jedynie, że wysiadł z niego nieznajomy mężczyzna. Bogdan zapamiętał to, ponieważ zgromadzeni obok sąsiedzi głośno wyrażali niechęć wobec obcego, ktoś nawet stwierdził, że może to być morderca, bo „morderca przecież zawsze wraca na miejsce zbrodni”, ale tego, co się stało później Adamowicz już nie kojarzył. Zaczął dochodzić do siebie dopiero, gdy tuż przed zapadnięciem zmroku przyszła Janka i łagodnym, lecz zdecydowanym ruchem pociągnęła go w stronę domu.

Drogą przejechał powoli policyjny radiowóz. Bogdan wstał, ale zaraz potem znów zajął wcześniejszą pozycję. Uznał, że na razie nie powinien robić nic nieprzemyślanego. Przecież nie zastanowił się jeszcze dokładnie, czy w tej sytuacji warto zgłosić mundurowym, że przed chwilą widział mężczyznę, kręcącego się tamtego dnia po okolicy. Skoro go wtedy sprawdzali, to raczej nie miał z tym wszystkim nic wspólnego…

— A jeśli miał, to ja dowiem się o tym jako pierwszy — przerwał rozmyślania cichym szeptem, a zaraz potem dodał: — Poczekam tu sobie i jak będzie wracał, to się tak łatwo nie wywinie. Już moja w tym głowa.

Radiowóz zatrzymał się jakieś sto metrów dalej. Jeden z policjantów wysiadł i czerwoną latarką zatrzymał nadjeżdżający z naprzeciwka samochód. Adamowicz pokiwał głową.

— Tak, tak, wy robicie swoje, a ja będę robił to, co do mnie należy — mruknął z zadowoleniem i wyszczerzył zęby.

W jego oczach przez ułamek sekundy coś zalśniło, ale nawet baczny obserwator nie zdołałby ocenić, czy było to szaleństwo, czy też może odbity blask księżyca, świecącego tej nocy wyjątkowo jasno.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Przebudzenie zmarłego czasu. Powrót Cymanowski Młyn Nowy dom na wyrębach II Nowy dom na wyrębach Zabij mnie, tato Czarny Wygon. Tom 2 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wzgórze psów Miasto Koniec warty Znalezione nie kradzione