Wójt. Jedziemy z frajerami! Całe moje życie

Wójt. Jedziemy z frajerami! Całe moje życie

Autorzy: Janusz Wójcik Przemysław Ofiara

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Biografie Sport

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 320

Cena książki papierowej: 36.90 zł

cena od: 19.80 zł

Spowiedź życia najbardziej barwnej postaci polskiej piłki!

Wygodnie i jakże łatwo jest uczynić Janusza W. twarzą korupcji w naszym futbolu, zapominając, że w polskim bagnie od kilkudziesięciu lat umoczeni byli praktycznie wszyscy, a każdy oskarżony ma prawo do obrony.
Dla milionów Polaków Janusz Wójcik to jednak wciąż najpiękniejsze piłkarskie wspomnienia, ostatnie wielkie polskie sukcesy, unikalne metody motywacji, kąśliwy język i niezrównane poczucie humoru.  A także fascynujące życie na krawędzi, pełne szalonych przygód, politycznych intryg, pięknych kobiet, najszybszych samochodów i najlepszych alkoholi.
Czytając tę książkę, wiele razy popłaczesz się ze śmiechu, wzruszysz się, wracając do cudownych piłkarskich lat, i zbulwersujesz, odkrywając mroczne sekrety polskiego sportu oraz polityki. Janusz Wójcik szyderczy, ironiczny i prowokujący jak nigdy dotąd!

Prawdziwy hit! Sentymentalnie, zabawnie, skandalicznie. Książka mojego ulubionego trenera, z którym osiągnąłem największy sukces w piłce nożnej. To wstrząśnie polskim futbolem!
Wojciech Kowalczyk

Janusz Wójcik ma tyle samo wrogów co przyjaciół. Biografie takich ludzi zawsze są ciekawe.
Andrzej Kostyra „Super Express”, Polsat Sport
Projekt Barcelona

1989–1992

– Panowie, kiełbachy do góry, rąbiemy ich w kakao! Siekać frajerów, do piachu z nimi! Wślizg, wślizg, wślizg! – krzyczałem do chłopaków.

Dla mnie i dla nich była to najważniejsza chwila w życiu – przerwa meczu finałowego igrzysk olimpijskich w Barcelonie. Prowadziliśmy z Hiszpanami 1:0, ale moi piłkarze chcieli rywali pożreć. A ja ich jeszcze podpuszczałem.

– Wskakujemy im na garby, nosami mają ryć po glebie. Nie popuszczamy ani metra! Zapomnijcie, kurwa, o tym, że prowadzicie. Jest 0:0. Wychodzimy do nich i łapiemy za gardła. Nie pozwalamy nawet pierdnąć! Ty, Kowal, też. – Skinąłem w kierunku mojego ulubieńca Wojtka Kowalczyka.

– Trenerze, do upadłego będę walczył. Padnę, ale będę zapierdalał! – odpowiedział nabuzowany. W życiu, ani wcześniej, ani później, go takiego nie widziałem.

Prowadziliśmy, ale darłem się wniebogłosy, jakby rzeczywiście było 0:0. Akcja motywacyjna przebiegała w najlepsze. Nie cackałem się, od razu jechałem ostro. Musiałem pobudzić im mózgi. Nie pałą baseballową, ale słowem.

Było gorąco, kurewsko gorąco. Pot spływał mi po skroni, a chusteczka, którą się wycierałem, przypominała namokniętą gąbkę. Z kolei piłkarze byli okładani lodem, wachlowani, ale w ogóle im to nie pomagało. Jakby w szatni był lekarz, toby powiedział, że zaraz pierdolną na zawał, jeden po drugim, albo dostaną wylewu – tak byli nakręceni.

Musiałem szybko decydować, co robimy z kontuzjowanymi: czy zakładamy blokady, czy jednak zmienimy. Niestety, do zmiany był Piotrek Świerczewski, jednak w ogóle nie chciał schodzić. Szykował się na zwieńczenie tej pięknej barcelońskiej masakry.

– Panie trenerze, a może przyjebać któremuś? – zapytał.

– Czy ciebie, Świerszczu, popierdoliło? Jucha pójdzie mu z ryja, pokaże sędziemu i dostaniesz czerwoną kartkę, zanim wyjdziesz na boisko – opierdoliłem go lekko, ale czułem też satysfakcję, że chłopaki są mocno nabuzowane. – Poza tym ty jesteś kontuzjowany, nie wiem, czy dasz radę wyjść na drugą połowę.

– Trenerze, niech masażysta robi, co chce, wali mi jakieś zastrzyki! Kulawy, ale wyjdę! – zarzekał się.

Został w szatni. Nie miałem wyjścia, musiałem go zmienić. Ale jego koledzy wcale nie byli łagodniejsi. Kiedy ustawili się w tunelu, przeraźliwie głośno tupali korkami w podłogę. Był półmrok, cokolwiek widać było tylko dzięki lekkim, zielonym światełkom. A oni tłukli, jak ZOMO pałami w tarcze. Hiszpanie byli przerażeni, patrzyli na siebie i dziwili się, co za pojeby z tych Polaków. Jeden z naszych chłopaków podłożył nawet nogę Hiszpanowi, a tamten się wypierdolił jak długi. A Kowal jak złapał jednego za ucho, to mało mu tego ucha nie urwał! Chłopcy szukali zaczepki, chcąc wyprowadzić przeciwników z równowagi. Liczyli, że któryś odda na boisku.

– I o to, kurwa, chodzi! Wszystkie chwyty dozwolone – krzyczałem do Pawła Janasa, mojego asystenta.

To nie był podwórkowy meczyk. Żadne tam dziesięć tysięcy kibiców na trybunach, ale ponad sto tysięcy! Piłkarze zapierdalali, jakby byli nafaszerowani najlepszymi prochami na świecie. A na boisko wychodzili jak gladiatorzy na arenę. I mieli dwie możliwości. Albo ich ściągną jak ścierę z placu boju, albo będą tak ściągać rywali. To była walka na śmierć i życie. 45 minut, które miało wprowadzić ich do piłkarskiego raju. Ostatnie 45 minut podczas najważniejszego turnieju w życiu.

Kierunek: Hiszpania

Zanim jednak opowiem o naszym występie na igrzyskach, winien jestem wyjaśnienie, jak właściwie się to zaczęło. Otóż w grudniu 1989 roku, podczas rozmów z Wydziałem Szkolenia i Wydziałem Młodzieżowym PZPN, stwierdziliśmy, że mamy zdolnych chłopaków i trzeba spróbować przygotować ich do igrzysk olimpijskich w Hiszpanii. Wzorowałem się na krajach zachodnich, które z takim właśnie wyprzedzeniem zaczęły myśleć o starcie w tej imprezie.

Polscy piłkarze na igrzyskach

Miałem szczęście, bo w tamtym czasie w PZPN-ie było z kim podyskutować, pracowali tam ludzie, z którymi dało się robić pozytywne rzeczy. Wcześniej – a także teraz – związek był zbieraniną beztroskich i zabawowych misiów. Człowiek prędzej oszaleje, niż się z nimi dogada. Nie chcę źle mówić o nieżyjących, ale Ryszard Kulesza czy Edmund Zientara, obaj z PZPN-u, nie byli przychylni reprezentacji olimpijskiej. Tak samo ówczesny wiceprezes PZPN-u Marian Dziurowicz, któremu kiedyś zagroziłem nawet, że jak się nie uspokoi to „zajebię mu w łeb”. Na szczęście dla niego ostatecznie tego nie zrobiłem. Bo ta śląska łepetyna chybaby mu odpadła.

Jako teren przygotowań postanowiłem wybrać Niemcy albo Śląsk. Wszyscy się dziwili, dlaczego akurat ten Śląsk, a nie Warszawa. Ano dlatego, że wszedłem w komitywę z ministrem Janem Szlachtą, który na Śląsku mógł robić wszystko, co chciał. Co tylko powiedział, było absolutnie święte. Marian Dziurowicz meldował się u niego jak w wojsku, waląc obcasami, a Szlachta tak go opierdzielał, że aż przykro było słuchać. Cóż, taki mieli już sposób rozmowy. Ja natomiast, dzięki ministrowi Szlachcie właśnie, również mogłem robić na Śląsku, co tylko chciałem.

– O której chciałbyś trenować na Górniku? – pytał na przykład.

– O 17.00, panie ministrze.

– Łączyć mnie z prezesem Górnika – mówił do sekretarki, a po chwili już ustawiał nieszczęsnego prezesa: – O 17.00 przyjeżdża Wójcik ze swoją reprezentacją, proszę mu wszystko udostępnić.

I wszystko było udostępnione, dosłownie wszystko. Miałem telefon kontaktowy, dzięki któremu zawsze mogłem się ze Szlachtą połączyć. Często się spotykaliśmy, zawsze późnym wieczorem i zawsze na neutralnym gruncie. Wychodziliśmy na spacery, bo minister bał się, że ktoś może go podsłuchiwać.

– Janusz, coś złego może się ze mną wydarzyć – dał mi do zrozumienia podczas jednego z takich spotkań.

Przyjechał do mnie specjalnie, żeby mi o tym powiedzieć. Niecały tydzień później przyszła informacja, że zginął w wypadku samochodowym w dziwnych okolicznościach. Od razu wiedziałem, o co chodzi, wiedziałem, że wcale to nie był wypadek, tak samo jak w przypadku „samobójstwa” polityka Ireneusza Sekuły. Przecież Sekuła sam do siebie nie strzelał. Po prostu w to nie wierzę.

Wiadomość o śmierci Szlachty spadła na wszystkich jak grom z jasnego nieba, ale machina przygotowań do igrzysk rozpędzała się i zamiast opłakiwać zmarłego, trzeba było skupić się na treningach. Wszystko ruszyło z kopyta po losowaniu grup eliminacyjnych. Oczywiście mieliśmy pecha – trafiliśmy do najsilniejszej grupy w Europie. Mieliśmy grać z Anglią, Irlandią i Turcją. Każdy z rywali teoretycznie był silniejszy od nas. Gdybyśmy teraz trafili do takiej grupy, to moglibyśmy od razu iść się wykąpać, a z szatni nie wychodzić, żeby się nie ośmieszać.

Zacząłem budować drużynę olimpijską. Rzecz jasna postanowiłem skorzystać z zawodników, którzy grali u mnie w reprezentacjach juniorskich, ale na przykład takiego Wojtka Kowalczyka dołączyłem do drużyny dopiero w trakcie eliminacji, z okazji meczu z Irlandią. Wcześniej moimi faworytami byli inni, na przykład Juskowiak i Grad.

Pierwszy mecz eliminacyjny graliśmy z Anglikami, na White Hart Lane, czyli stadionie Tottenhamu. Zwyciężyliśmy 1:0 po golu Adamczuka. W rewanżu Anglicy po raz kolejny dostali łupnia, tym razem 2:1. Potem odbyły się mecze z Turcją. Przed wyjazdem do Turcji udaliśmy się do Izraela, żeby złapać trochę ciepła, bo w Polsce była wtedy zima. I jak nam poszło z Turkami? No orżnęliśmy ich 1:0!

Przy okazji wyjazdu do Turcji miałem trochę problemów z Juskowiakiem. Zaczęli wokół niego biegać menedżerowie, między innymi pan Kopa, który przyjechał za nim do Stambułu. Wziąłem więc Andrzeja na rozmowę.

Budowanie drużyny olimpijskiej

– Józiu, ja nie chcę, żebyś ty się spotykał z dziennikarzami i menedżerami, bo zaraz gramy mecz. I gramy z Turcją, a nie z Republiką Czadu. Żadnych meetingów w hotelu – zapowiedziałem stanowczo i udałem się do polskiej ambasady, gdzie byłem zaproszony.

Po jakimś czasie dostaję telefon z jasnym przekazem: „Józio działa”. Samochód z ambasady dowiózł mnie pod sam hotel. Wchodzę cichaczem i widzę, że Juskowiak siedzi sobie na środku lobby, a wokół niego mnóstwo dziennikarzy – telewizja, prasa, radio, co tylko chcecie. Wkurwiłem się, podszedłem i zacząłem rozpędzać towarzystwo.

– Koniec dnia medialnego, żegnam państwa – pogoniłem dziennikarzy i zwróciłem się do Józia: – A ty natychmiast na górę i tam czekasz na mnie. Pogadamy na odprawie.

Dzień przed meczem, o 22.00, zawodnicy mieli odprawę, podczas której mówiłem, jaki mamy plan, niejednokrotnie też zdradzałem, w jakim składzie zagramy. Tym razem też zacząłem czytać szesnastkę meczową. Nagle konsternacja – w drużynie nie ma Józia. Kapitan, Jurek Brzęczek, zagaił:

– Trenerze, a Józio? Co z nim?

– No co Józio? On już miał swój mecz, na dole. Skończył grać.

– Ale co z nim będzie?

– Pójdzie na trybuny.

Piłkarze zbaranieli. W końcu to podstawowy zawodnik, a graliśmy przecież z silną Turcją. Ja jednak miałem plan: po zakończeniu odprawy wziąłem na rozmowę Adama Grada, takiego niesfornego misia, który kilka razy mi podpadł.

– Słuchaj, Adam, jutro najprawdopodobniej będziesz grał, szykuj się. Gotowy jesteś?

– Trenerze, oczywiście, jestem gotowy!

– To jest dla ciebie szansa – podkręcałem go. – Albo z niej skorzystasz, albo rano skocz do Bosforu i śmigaj na drugi brzeg, szukać szczęścia w Azji.

I Adaś Grad strzelił bramkę na 1:0, dzięki której wygraliśmy mecz! A Juskowiak? Oglądał pojedynek z trybun z miną kota srającego w sieczkę. Porozmawiałem z nim oczywiście o całej sytuacji, już na spokojnie. Potem jeszcze kilka razy musiałem lekko go wyprostować, ale na szczęście to ten typ człowieka, który bierze do siebie wszystkie rady i polecenia. Był posłuszny, nie popełniał dwa razy tego samego błędu.

Życie jest zresztą przewrotne, co pokazuje przykład Juskowiaka i Grada. Józio na igrzyska pojechał i, jak wiecie, był ich gwiazdą, a tego drugiego gagatka odpaliłem. Dlaczego? Na zgrupowaniu w Bydgoszczy podpadł mi niemiłosiernie. Zamiast wrócić na czas do hotelu, wolał się zabawić z kolegami. Był po alkoholu.

– W Turcji wygrałeś swoją szansę, a teraz ją straciłeś – nie patyczkowałem się.

– Ale, ale tre… trenerze, ja się poprawię, obiecuję.

– Chłopcze, poprawić to się możesz teraz na wadze. Ja już cię ostrzegałem, bo zdarzały ci się lekkie zakręty.

Grada więc nie było, a do drużyny wskoczyli inni, między innymi Kowal, którego wziąłem do Irlandii. Przyglądałem mu się i w lidze, i w meczach pucharowych. Wiedziałem od razu, że to jest chłopak do grania, do pierwszego składu. Zresztą ślepy by to nawet zauważył – Kowalczyk to był talent czystej wody. Pamiętam do dziś, jak po meczu z Sampdorią Genua w ćwierćfinale Pucharu Zdobywców Pucharów zszedłem do szatni Legii, by z nim porozmawiać.

– Ej, ty, kundlu! Będziesz grał u mnie w reprezentacji! – zakomunikowałem.

– Trenerze, oczywiście! Tu i teraz mogę zagrać! – zapalił się.

No i byliśmy dogadani. Problemów z nim nie miałem żadnych. I jego, i innych trzymałem twardą ręką. Zawiązała się zresztą tak zwana grupa ostrzegawczo-porozumiewawcza w osobach Jurka Brzęczka i Tomka Wałdocha. To oni mieli rozmawiać z delikwentami, którym coś nie pasowało. Bo jeśli chłopcy nie umieliby sami rozwiązywać problemów, to trzeba byłoby całe towarzystwo rozgonić i budować na nowo. Zadbałem jednak, by odpowiednio budować napięcie: jeżeli Brzęczek i Wałdoch nie dawali rady, do akcji wkraczał agent do zadań specjalnych – Alek Kłak. Starcia z tym wielkim chłopiskiem nie życzyłbym nikomu.

– Aluś, ty masz po prostu podejść walnąć w cymbał takiego klienta. Tylko krzywdy mu nie zrób. Jeżeli powie, że zrozumiał, to ja już nic nie muszę wiedzieć. A jeśli dalej będzie podskakiwał, to przyjdź do mnie – tłumaczyłem Kłakowi, a on załapał w lot. Wiem, że kilku delikwentów dostało porządnie w łeb od naszego bramkarza.

Grupę eliminacyjną rozbiliśmy doszczętnie – jako jedyny zespół w Europie wygraliśmy wszystkie mecze. Dawałem chłopakom taki wycisk, że wieczorami nie mieli siły, żeby nawet pomyśleć o dupach czy balowaniu – po prostu padali i szli spać jak przedszkolaki na leżakowaniu. To procentowało na boisku. Awans był w zasięgu ręki, teraz przyszedł czas na ćwierćfinałowe starcie z Danią. Zwycięstwo dałoby nam ten awans, ale uzyskaliśmy go także za sprawą korzystnych rezultatów w innych meczach ćwierćfinałowych. W jaki sposób? Otóż wszystko dzięki zawiłemu regulaminowi. Przewidywał on awans nawet w przypadku odpadnięcia w 1/4 finału. Moja drużyna miała najlepszy współczynnik punktów oraz zdobytych bramek wśród wszystkich europejskich drużyn. Do wyjazdu na igrzyska niezbędny był tylko brak porażki w jednym z dwóch meczów przeciwko Duńczykom oraz wygrana Szkocji z Niemcami.

Byliśmy przekonani, że każdego na świecie jesteśmy w stanie zlać, i trochę zlekceważyliśmy rywali. Do Aalborga przyleciała delegacja prominentnych działaczy i polityków z Polski, którzy liczyli, że przejedziemy się po Duńczykach jak walec. I wszyscy, łącznie ze mną, przeżyli szok – przegraliśmy 0:5. Nie dlatego, że Duńczycy byli mocni, w końcu na igrzyskach nie mieli nic do powiedzenia. Szczęście im jednak dopisywało i strzelali gola za golem, a moi chłopcy byli totalnie bezradni. Po każdej bramce rzucali się odrabiać straty, jednak po prostu im nie wychodziło. W rewanżu w Polsce padł remis 1:1. W mistrzostwach Europy dalej przeszli Duńczycy, ale my i tak mogliśmy otwierać szampany! Wynik zapewnił nam taki współczynnik UEFA, że bez względu na wszystko mogliśmy już być pewni gry w Barcelonie. Wprawdzie przeskoczyli nas Szkoci, którzy pokonali Niemców, ale chłopcy w kraciastych spódnicach nie mogli wystawić drużyny w Barcelonie, bo przecież Szkocja była częścią składową Wielkiej Brytanii. W taki sposób my, kuchennymi drzwiami, dostaliśmy się na wymarzone igrzyska olimpijskie.

Cieszyliśmy się niebywale, ale na krótko przed wyjazdem niewiele brakło, żeby nasz zespół został z imprezy wycofany! Chcieliśmy samodzielnie zrobić zawodnikom badania antydopingowe. Poprosiliśmy ludzi z Centralnego Ośrodka Sportu, aby wytypowali grupę, która mogłaby je przeprowadzić.

Badania antydopingowe

Zebrałem całą drużynę w Warszawie i ulokowałem w hotelu Solec niedaleko stadionu Legii. Teraz ten hotel nazywa się Ibis. To zresztą w Solcu właśnie w latach 1980–1891 chlała Solidarność przed rozmowami z rządem. Kadra zawsze spała tam przed meczami – bo i monopol był blisko, i o dziewki portowe trudno nie było…

Ekipa, która przyjechała, nadawała się jednak wyłącznie do cyrku albo programu o patologiach społecznych. Panowie ci na wejściu zapowiedzieli, że trzeba nakupić piwa, aby piłkarze szybciej sikali do probówek. Przystałem na to. Załatwiliśmy parę skrzynek i chłopcy wypili po jeden–dwa browarki. Niestety członkowie ekipy przechylili kropelkę więcej złocistego trunku niż zawodnicy i kiedy piłkarze zobaczyli, że mogą zrobić, co tylko chcą, rozwinęli skrzydła. Zaczęli sikać raz do jednej, raz do drugiej probówki i powstały mieszaniny moczu. Stwierdziłem, że skoro nikt tego nie pilnuje, to i ja nie będę swoich piłkarzy dyscyplinował. A „ekipa badawcza” tak się narąbała, że musieliśmy zamówić jej taksówki, żeby mogła wrócić w to smutne miejsce, z którego przybyła.

Za jakiś czas przyszły wyniki. I szok – u trzech zawodników wykryto ślady niedozwolonych środków! Chodziło o Aleksandra Kłaka, Piotra Świerczewskiego i Dariusza Kosełę. W zespole konsternacja. Potem oczywiście okazało się – co za zaskoczenie! – że wszystkie zasady przeprowadzania badań i przechowywania probówek zostały złamane. Mimo to w PZPN-ie stwierdzili, że trzeba odsunąć tych trzech piłkarzy i mnie jako trenera. Dziś uważam to za bezczelny i chamski zamach na tę drużynę. Całe szczęście, że w Komitecie Olimpijskim pracowali rzetelni ludzie, którzy zlecili kolejne testy. Wyniki jasno wykazały: piłkarze są czyści. Oczywiście pojawiły się rozmaite teorie spiskowe, między innymi taka, że zawodnicy zdążyli już wypłukać ten koks, co było totalną bzdurą, bo wszystkie środki wypłukujące są również substancjami niedozwolonymi! Jaki był finał całej sprawy? Otóż władze PKOl-u

po zbadaniu okoliczności uznały, że należy nas puścić na igrzyska w normalnym składzie, razem z feralną trójką. Nie udało się misiom z PZPN-u udupić tej drużyny, która była zadrą w ich paznokciach. Nie chcieli jej dofinansowywać, a kiedy już sama zarabiała jakieś pieniądze, to żądali, by cała kasa przechodziła przez związek. A podział byłby jasny – sobie kupiliby diamenty, a nam daliby kamienie z bruku. Ja się na to nie zgadzałem, co strasznie ich wkurwiało. Na tyle, że zaczęli robić nam pod górkę. I, co ciekawe, już podczas samych igrzysk po każdym meczu robiono nam badania antydopingowe. Piłkarzy wybierano losowo – na tyle losowo, że niezmiennie padało na… Świerczewskiego, Kłaka i Kosełę! Chłopcy byli nieprawdopodobnie zestresowani, ja również cały się trząsłem. Wyniki zawsze jednak były jednoznaczne: brak zakazanych substancji we krwi. Banda z PZPN-u, Zientara, Kulesza, Dziurowicz czy Bugdoł, pokazała, na co ją stać, ale nie udało jej się ukręcić nam głów.

– Śmierdziele, kutasy, topicie polski futbol! Ale mojej drużyny nie zatopicie, nie pozwolę – darłem się na nich.

I na zatopienie nie pozwoliłem. Pojechaliśmy do Barcelony i graliśmy jak z nut, jakby przeciw działaczom. Ci niech się cieszą, że po powrocie z turnieju piłkarze nie obili im mord za to, że chcieli nas potopić.

Przedolimpijski cyrk

Moja droga do Barcelony była długa i kręta, ale przede wszystkim wesoła. Załapałem się na przykład na dwie barwne wyprawy – do Włoch i Albanii. Najpierw, dwa lata przed igrzyskami, wraz z Andrzejem Strejlauem, selekcjonerem pierwszej reprezentacji, pojechaliśmy na obserwację mistrzostw świata we Włoszech. Mnie miało to pomóc w ukształtowaniu warsztatu trenerskiego, a Andrzejek towarzyszył mi jako ten bardziej doświadczony. Cały ten wyjazd to był taki, za przeproszeniem, kabarecik – gdyby mi ktoś powiedział wcześniej, tobym nie uwierzył. Piłka piłką, ale najciekawsze działo się, że tak powiem, po godzinach.

Wybraliśmy się na Sardynię, gdzie grała grupa, której mieliśmy się przyglądać. Dolecieliśmy na miejsce, a tam dupa – nie mamy nic: ani transportu, ani hotelu, tak się ładnie misiaczki z PZPN-u postarały. Siedzieliśmy godzinę na lotnisku i zastanawialiśmy się, co robić. Strejlau zaczął się pruć:

– Janusz, poczekamy jeszcze trochę, złapiemy jakiś samolot do Warszawy i wracamy. Co my tu będziemy robić? Gdzie tu się podziejemy? Pod most pójdziemy?

Tak, kurwa, i jeszcze rozbijemy namiot pod gwiazdami.

– Damy sobie radę, nie przejmuj się – powiedziałem, po czym zagaiłem po angielsku jednego z taksówkarzy, czy mógłby zawieźć nas do jakiegoś spokojnego hoteliku.

Taksówkarz odparł, że owszem, mógłby, i tak właśnie zrobił. Wylądowaliśmy w starszej dzielnicy Cagliari, gdzie, jak się okazało, mieliśmy spędzić prawie całe mistrzostwa. W hotelu bardzo ładnie nas ugościli, mimo to Strejlau cały czas był wystraszony, jakby zaraz mieli nas stamtąd wyrzucić.

Wieczorem wyszedłem na przechadzkę i poznałem ciekawych ludzi, oczywiście zakochanych w piłce nożnej. Pokażcie mi zresztą Włocha, który nie kocha futbolu! Kiedy powiedziałem, że ja i kolega jesteśmy trenerami, od razu zaprosili nas na winko. Na drugi dzień przyjechali po nas i zapoznali ze swoimi znajomymi, bardzo bogatymi ludźmi. Mieli wielką farmę ze stadniną koni i uznali, że koniecznie musimy ich odwiedzić. Wybraliśmy się tam więc kilka razy, a gospodarz bardzo mnie polubił – prosił nawet, żebym zawsze siadał po jego prawej stronie. Pewnego dnia mnie zaskoczył:

– Janusz, może byś się na koniu przejechał?

– A czemu nie, przejadę się – odpowiedziałem, pewny siebie i doskonale nieświadomy tego, co mnie czeka.

Jak jeździłem konno

Wsadzili mnie na jakiegoś dziwnego konia. Na początku kroczył sobie spokojnie, ale nie po to się jeździ konno, żeby się snuć jak chłop na kacu. Lekko dotknąłem go piętami, a on jak pierdzielnął do przodu, to myślałem, że już po mnie! Tak się go trzymałem, jakbym za chwilę miał się oderwać od Mount Everestu i jebnąć w przepaść! Wywiózł mnie gdzieś na pustkowie, nie wiedziałem kompletnie, gdzie jestem. Bałem się dzióbnąć go jeszcze raz, bo jakby pocwałował jeszcze dalej, to już na pewno nikt by mnie nie znalazł. Wreszcie, po półgodzinie zwiedzania w siodle włoskiego zadupia, słyszę krzyki: „Janusz, Janusz!”. Strasznie się ucieszyłem, że mnie szukają, i zacząłem się wydzierać, machać, generalnie robić wszystko, żeby mnie zobaczyli. Konno nadjeżdżało dwóch gości z grupy poszukiwawczej. Odetchnąłem z ulgą, ale wystraszony byłem nie na żarty! W Polsce mieliby używanie: pojechał Wójcik mecze oglądać, a pocwałował w stronę zachodzącego słońca i tyle go widzieli.

No ale przynajmniej spróbowałem. Strejlau koniki oglądał z daleka.

Tak nam się spodobało na tej farmie, że jeździliśmy tam dzień w dzień. W końcu pewnego dnia najdroższy gospodarz orzekł, że już dość nasiedzieliśmy się w domu jak jakieś ciule, że zarżną świniaka na naszą cześć i zabiorą nas w góry, do „banditos”. Pomyślałem: dobra niech będą banditos. Zapakowali nas w jeepy i pojechaliśmy.

Balanga była taka, że klękajcie narody. Wypiliśmy kilka gąsiorów wina, zjedliśmy świniaka i tak sobie kulturalnie biesiadowaliśmy, kiedy zauważyłem, że zjawiła się policja.

– Czego oni tutaj chcą? – zapytałem naszego organizatora.

– Spokojnie, Janusz, przyjechali nas pilnować. Pojadą sobie jeszcze z 500 metrów wyżej, postawią swoje auto w poprzek drogi i będą stali, dopóki nie skończymy. Na dole jest kolejna ekipa, która pilnuje drugiego wjazdu.

U banditos

„Jeśli mamy taką obstawę, to musi być tu ciekawie!”, pomyślałem. Jakiś czas później policjanci podjechali do nas, przywitali się z naszymi kompanami, a ja, że byłem leciutko wstawiony, zacząłem przymierzać ich policyjne czapki. W końcu prawie cały przebrałem się w uniform, tylko spluwy nie chcieli mi dać.

Z taką obstawą jeździliśmy później na wszystkie mecze mistrzostw świata. A Andrzejek Strejlau nie mógł wyjść z podziwu.

– Kurwa, Janusz, co ja bym tu bez ciebie zrobił? Jednego dnia bym sam nie wytrzymał. A teraz mi się nie chce stąd wyjeżdżać! – emocjonował się.

„Nic byś nie zrobił, Andrzejku – pomyślałem. – Poczekałbyś parę godzin na lotnisku, rozpłakał się i wrócił do Polski”.

Z żalem musieliśmy opuścić Sardynię i polecieliśmy do Mediolanu na dalszą obserwację. Oczywiście znów nie mieliśmy gdzie się zatrzymać. Załatwiłem więc w niemieckiej federacji piłkarskiej, byśmy mogli nocować tam, gdzie ich reprezentacja. Zgodzili się i nawet przyjechali po nas na lotnisko, po czym zawieźli do hotelu. Wszystkie koszty pokrywała DFB, a nie PZPN, który nas tam wspaniałomyślnie wydelegował.

Niemcy od razu zaprosili nas na imprezę. A następnego dnia na kolejną. I tak dzień w dzień. Piłkarze przychodzili na mały browarek i wychodzili, nie mogli za bardzo się znieczulić przed ważnymi meczami. Natomiast my, żeby nie urazić naszych miłych gospodarzy, karnie stawialiśmy się na każdej popijawie. Strejlau się pilnował: to znaczy żłopał browary jak król Oktoberfestu, ale wstydu nie przyniósł. A kiedy wracaliśmy, był mi bardzo wdzięczny.

Szczodra DFB

Mnie też ten wyjazd bardzo wiele nauczył. Bo imprezy imprezami, ale dzięki niemu na pewno stałem się lepszym trenerem, co dwa lata później pomogło mi na igrzyskach.

Jakiś rok przed Barceloną wybraliśmy się też do Albanii, na mecz towarzyski. Przepiękny kraj, ale co 100 metrów bunkier, na ulicach pełno zakapiorów, jednym słowem: bandziorstwo i mafia. Pojechał z nami taki dziennikarz, radiowiec Zbigniew Wojciechowski, wyjątkowy „gorzelnik”, a wyróżniało go to, że miał protezę zamiast ręki.

Walczyliśmy z niemalże pierwszą reprezentacją Albanii, ale bez problemu wygraliśmy to spotkanie. Po meczu była kolacja w pięknej restauracji. Po pewnym czasie wszyscy się rozglądają, a tu zaginął dziennikarz! Znaleziono tylko jego… protezę. Zaglądamy pod długi stół, faceta nie ma. Zrobiło się groźnie nie na żarty. W końcu znaleźliśmy go na zapleczu, narąbanego jak stodoła. A dlaczego był akurat tam? Ano ci, którzy sprzątali w restauracji, zobaczyli, że dżentelmen ów zwalił się z krzesła i zażywa odpoczynku pod stołem. Chcieli go wyciągnąć, ale niestety złapali za protezę i oczywiście ją wyrwali. Zaciągnęli go jakoś na zaplecze, a sztuczną rękę odłożyli na stół. W rezultacie proteza była, a klient zaginął.

Albania

W Albanii i ja, i drużyna doceniliśmy walory przyrodnicze tego kraju. Były tam na przykład piękne gaje mandarynkowe, a w Polsce, jak wiadomo, taką egzotykę można było znaleźć co najwyżej w Peweksie. Wziąłem więc chłopaków i poszliśmy sobie pozrywać trochę tych smakołyków. Oto reprezentacja Polski wybrała się na tak zwaną dzierżawę! Oczywiście gospodarze nas pogonili i trzeba było spierdalać, ale z innego miejsca wróciliśmy do hotelu już z pełnymi torbami. A potem chłopcy mieli co pojeść.

Kapelanem reprezentacji olimpijskiej był świętej pamięci prałat Henryk Jankowski. Zaproponował mi, żebym zabrał drużynę do Rzymu na audiencję u papieża Jana Pawła II. Rzecz jasna nie mogłem i nie chciałem odmówić – to była wielka sprawa zarówno dla mnie, jak i dla wszystkich moich piłkarzy.

Cała ekipa była podekscytowana wyjazdem. Wcześniej jednak udaliśmy się do kościoła Świętej Brygidy w Gdańsku, którego proboszczem był prałat Jankowski. Msza niesamowita... W świątyni nie było wolnych miejsc, również dlatego, że ludzie dowiedzieli się o tym, że w nabożeństwie będzie brała udział reprezentacja. Później prałat zaprosił nas na specjalnie przygotowaną ucztę. Czego tam nie było… Wykwintne przystawki, mięsa, sery, owoce, no i popitka z najwyższej półki. Raj na ziemi.

Na początku jednak było dość grzecznie.

– Janosik, przejdź no się i zobacz, czy jest coś mocniejszego do napicia się – poinstruowałem Pawełka Janasa, mojego asystenta.

Pawełek chodził, szukał, ale nie mógł znaleźć. Pomyślałem, że w sumie to w miarę normalne, że u księdza nie ma alkoholu. Ale Jankowski szybko wyprowadził mnie z błędu.

– W lodówce szukajcie, w lodówce! – wskazał, a Janosik szybko pobiegł po skarby. Wrócił uśmiechnięty od ucha do ucha.

– No i co żeś zobaczył, że tak się szczerzysz? – zapytałem.

– Janusz, tam jest wszystko! Co tylko chcesz! Dwie lodówki pełne gorzały i whisky – relacjonował podekscytowany.

– Dobra, to przynieś co nieco. Tylko pod żadnym pozorem nie mów o tym piłkarzom, bo zaraz jeden z drugim się napierdoli – zastrzegłem.

Podczas biesiady omówiliśmy ostatnie szczegóły wyjazdu do Rzymu, który zbliżał się wielkimi krokami. Głównym celem było oczywiście spotkanie z papieżem, ale oprócz tego mieliśmy zagrać tam towarzyski mecz z olimpijską reprezentacją Włoch.

Wkrótce potem polecieliśmy. Zatrzymaliśmy się ni to w hotelu, ni to domu pielgrzyma, ale muszę podkreślić, że warunki były bardzo dobre. Zresztą gdyby nawet nie były – nie wybraliśmy się do Italii pławić się tam w luksusach, tylko spotkać z Ojcem Świętym.

W przeddzień audiencji wielu działaczy, którzy wybrali się z nami, chciało się zabawić. Ja oczywiście zasiadłem do nocnych rozmów razem z nimi. Najpierw kosztowaliśmy włoskiego wina, a jak już humory zaczęły dopisywać, towarzystwo przerzuciło się na whisky i wódeczkę. Impreza tak się rozkręciła, że potrwała do rana. A przecież kilka godzin później mieliśmy rozmawiać z papieżem!

Niektórzy mieli spore problemy z organizmem. Jeden nieszczęśnik jeszcze przed spowiedzią, a podczas imprezy, nie wytrzymał ciśnienia. Wziął klucz, pobiegł do pokoju i padł jak nieżywy. Kiedy go znaleźliśmy, leżał zaszczany, zarzygany i skromnie odziany jedynie we własny kał. Na drugi dzień musiał opłacić czyszczenie pościeli i materaca, ale dużo więcej kosztowało go pokazanie nam się na oczy. Bo smród ciąg-

nął się za nim podczas całego tego wyjazdu.

W międzyczasie pojawił się mały problem. Prałat Jankowski zarządził spowiedź, by każdy mógł udać się na audiencję z duszyczką czystą jak łza. Razem z piłkarzami w kolejce do konfesjonału ustawili się również kompletnie napierdoleni działacze. Z minuty na minutę prałat krzywił się coraz bardziej, bo musiał wdychać alkoholowe wyziewy wydzielane przez kwiat PZPN-u.

Tuż po spowiedzi towarzystwo poszło na śniadanie, które pijaków trochę postawiło na nogi. Potem podziemnymi korytarzami udaliśmy się do komnat, w których miał przyjąć nas papież. Sala była wypełniona po brzegi – mnóstwo ludzi, a każdy chciał być jak najbliżej Ojca Świętego. My jednak nie musieliśmy się przepychać. Po oficjalnej części audiencji zaprowadzono nas do tajemnej sali, w której odbyło się nasze prywatne spotkanie z papieżem Polakiem. Tam już każdy mógł spokojnie podejść i z bliska popatrzeć na wspaniałego rodaka.

U papieża

– Proszę, tylko nie róbcie żadnych zdjęć ani nie proście o autografy – powiedział nam ksiądz Stanisław Dziwisz, najbliższy współpracownik Jana Pawła II.

Ja w międzyczasie musiałem zająć się jeszcze inną, poważniejszą rzeczą. Trzeba było poprzestawiać na koniec sali tych, którzy najbardziej odczuli trudy imprezy z poprzedniego wieczoru.

– Panowie, schowajcie się trochę. Chcecie zadusić papieża swoim odorem? – prosiłem, a patrzyłem głównie w kierunku Mariana Dziurowicza, który ledwie trzymał się na nogach.

Niestety, nie bardzo chcieli mnie słuchać, bo każdy chciał być jak najbliżej papieża i otrzymać błogosławieństwo. Teraz im się przypomniało! Szkoda, że parę godzin wcześniej błogosławili się nawzajem czystą!

Zawodnicy ustawili się w trzech rzędach, by papież mógł wszystkich dobrze widzieć. Kiedy wyszedł, pozdrowił nas. Jako trener reprezentacji przedstawiłem Ojcu Świętemu każdego z osobna, a na końcu siebie.

Po części oficjalnej przyszedł czas na rozmowy indywidualne z papieżem. Wyjąłem zdjęcie kadry, by mu je zaprezentować. Ni stąd, ni zowąd Ojciec Święty poprosił Stanisława Dziwisza o długopis i podpisał się na fotografii, dołączając życzenia. Nie miałem żadnej podkładki, więc Jan Paweł II położył mi fotografię na piersi i dopiero w taki sposób podpis.

– Jakie macie plany? Zostajecie jeszcze trochę w Rzymie? – zapytał mnie papież.

– Ojcze Święty, od razu po audiencji wsiadamy do autokaru i jedziemy na mecz z reprezentacją Włoch – wyjaśniłem.

– Powodzenia, koniecznie wygrajcie. I życzę sukcesu na igrzyskach olimpijskich – zakończył Jan Paweł II, po czym pobłogosławił ekipę. A my, kompletnie spontanicznie, odśpiewaliśmy mu polski hymn, co go ogromnie wzruszyło.

Mecz z Włochami zakończył się remisem, ale już na igrzyskach odnieśliśmy sukces. Czyli stało się tak, jak chciał Ojciec Święty.

Na igrzyskach

Wreszcie nadszedł Wielki Dzień. Przylecieliśmy do Saragossy, gdzie mieliśmy stacjonować. Od razu było widać, że coś jest nie tak, bo z lotniska jechaliśmy pod eskortą policji, a wokół naszego hotelu było tyle radiowozów, jakby na naszą cześć ściągnęli funkcjonariuszy z całej Hiszpanii. Nawet budynki rządowe nie są tak chronione, jak był ten hotel!

Rozdzielono pokoje, ja z ulgą udałem się do swojego. Podchodzę do balkonu i widzę, że na dachu budynku naprzeciwko ktoś leży na dachu i celuje we mnie z karabinu! Padłem. Kiedy to zobaczył, podniósł się, a karabin miał już przy nodze. Patrzę, a ten skurwysyn do mnie macha! Ze strachem, ale też się podniosłem. Okazało się, że to nie żaden zamachowiec, ale jeden z ochroniarzy, mających zapewnić bezpieczeństwo uczestnikom igrzysk. O całym zdarzeniu opowiedziałem szefowi hotelu.

– Panie Wójcik, pan się nie boi, my nad wszystkim panujemy – uspokajał mnie.

– No wszystko fajnie, dziękuję, ale mogliście mi wcześniej o tym powiedzieć. Szkoda, że jeszcze do pokoju mi ten snajper nie wszedł! – odpowiedziałem.

Bezpieczeństwo

Wsiedliśmy do autokaru, patrzę na zawodników, a oni nie mniej przestraszeni ode mnie. Pojazd był obstawiony z każdej strony, eskortowali nas policjanci na motocyklach w cywilu. Jedno ich łączyło – mieli takie czarne, nieduże plecaki. Jak się później okazało, trzymali w nich krótkie, szybko strzelające karabiny maszynowe. Poza tym cały czas leciał nad nami policyjny helikopter – krążył nad nami nawet podczas treningu! Z taką obstawą nie spotkałem się nigdy wcześniej i później.

Zawodnicy codziennie trenowali, więc nie mieli czasu na głupoty, nie piłowałem ich jednak cały czas. Kilka razy pozwoliłem im pójść na plażę, a także na basen, by trochę się popluskali. Zawsze okazywało się, że ci, którzy są z nami na tym basenie, to również policjanci! Nie mogli mieć spluw na wierzchu, ale siedzieli sobie dookoła, tacy smutni, z tymi swoimi plecaczkami. Ci dżentelmeni towarzyszyli nam dosłownie cały czas. Naprzeciwko hotelu była taka fajna kafejka, do której często chodziłem z Pawłem Janasem i innymi ludźmi ze sztabu szkoleniowego. Tam popijaliśmy kawkę albo hiszpańskie brandy. Kiedy tylko przekraczaliśmy próg, zaraz pojawiali się „turyści” z plecakami.

Może i dobrze, że nas tak pilnowali – jeśli oczywiście były jakieś podstawy do obaw. W końcu wszędzie są jacyś „banditos”!

Warunki hotelowe mieliśmy bardzo dobre. Pokoiki były skromne, ale nam w zupełności wystarczały. Ja na przykład byłem razem z Pawłem Janasem. Piłkarze nie narzekali na nieklimatyzowane pokoje, zresztą wiedzieli doskonale, że przyjechali tutaj grać w piłkę, a nie pławić się w luksusach. Jedynymi, którym to nie pasowało, byli amerykańscy koszykarze ze słynnego Dream Teamu. Stwierdzili oni, że nie będą mieszkali w wiosce olimpijskiej, i zatrzymali się w innym hotelu. Poza tym mało kto wie, ale oni jako jedyni nie poddawali się badaniom antydopingowym. Zapowiedzieli, że jeśli ktoś będzie chciał to na nich wymusić, spakują się i opuszczą Hiszpanię. Oznacza to oczywiście, że koksowanie było tam nieprawdopodobne. Nikt jednak nie zamierzał im podpaść, bo przecież koszykówka bez Amerykanów straciłaby zainteresowanie kibiców.

Warunki

Spaliśmy na trzecim piętrze w budynku w wiosce olimpijskiej. Śniadania zarządziłem o 9.30, nie chciałem chłopaków zrywać zbyt wcześnie. Wiedzieli też, że nie mogą za bardzo się najeść, bo będą zbyt ociężali na treningu. Ser, miód, dużo soków – to im było wolno.

– Tylko mi, kurwa, kiełbasy nie żreć! – zastrzegałem.

Pewnego razu jednak masażysta wraz z innym misiem nawalili sobie pełen talerz wędlin i innych niezbyt zdrowych rzeczy. Rozsierdziło mnie to strasznie.

– Kurwa, tak to sobie w domu kładź! Tutaj masz dawać chłopakom przykład! Wypierdalać z tym albo zabiorę wam te talerze i na łbach rozbiję! – zagroziłem, co oczywiście przyniosło pożądany skutek, bo panowie w popłochu odłożyli tłuste żarcie.

Na obiad jedli zwykle makaron, jakieś dobre kluski. Ale też kazałem im brać przykład z innych sportowców.

– Popatrzcie sobie na nich, popatrzcie, jak są zbudowani. To rekordziści świata, wielcy mistrzowie. Idźcie i nałóżcie sobie to samo co oni. Wpierdalajcie to w tych samych proporcjach! Czy oni żrą tak, żeby się od razu zesrać? Nie! Więc wy też miejcie umiar – radziłem moim misiaczkom.

Po obiedzie i między treningami mieli czas na odpoczynek. Niektórzy prosili o zgodę na wyjście na plażę.

– Dobra, tylko się nie opalać, bo potem będziecie zdychać. Popływajcie, odpocznijcie przed treningiem, bo dam wam ostro w pizdeczkę – zapowiadałem.

Potem oczywiście była kolacja, jakieś odprawy, na których mówiliśmy o rywalach. Mieli też czas wolny – chłopcy mogli spokojnie wyjść na dyskotekę, w której bawili się olimpijczycy. Zawsze wracali punktualnie.

O 22.00 wszyscy mieli być w pokojach. Nie musiałem tego sprawdzać, nie robiłem ani jednego obchodu – panowie dokładnie wiedzieli, co mają robić. Byli niczym oddział wojskowy, zdyscyplinowany i gotowy do ataku.

Najwięcej czasu spędzaliśmy oczywiście w wiosce olimpijskiej. To były takie trzy-, czteropiętrowe budynki, wystylizowane na hotel. Poza tym jakieś ścieżki spacerowe, kafejki (głównie można było napić się tam coca-coli), mnóstwo zieleni, kwiatów, palm. Na plażę, ku naszej radości, były dosłownie dwa kroki.

Z drużynami z innych krajów raczej nie mieliśmy kontaktów. Nie za bardzo zgadzałem się na to, bo nie chciałem, by moi piłkarze przy jakimś zgrzycie musieli kogoś znokautować. Za dziewczynami się jednak cały czas oglądali, bo spaślaków żadnych tam nie było. Najładniejsze były oczywiście te „beżowe”. Za naszych chłopaków z kolei brały się... polskie dżudoczki. Szczególnie potężna Beata Maksymow, która miała ciekawy sposób na łapanie kontaktu z piłkarzami. Otóż przygotowywała takie specjalne woreczki z wodą i czekała na nich na balkonie. Kiedy przechodzili, rzucała w nich tymi pociskami. Chłopaki wkurwiały się niesamowicie i szukały sposobów na rewanż. Wiedzieli, że z Beatą szarpać się nie mogą, bo jakby którymś pierdolnęła o ziemię, toby zakończył udział w igrzyskach. Ale na przykład jak przyniosła sobie do stolika jedzenie, to wystarczyła chwila nieuwagi, żeby jej to zapierdolili i gdzieś schowali. Innym razem oblali ją całym kubłem zimnej wody.

Moi piłkarze nie bardzo mieli czas, żeby wychodzić na imprezy. Oczywiście jak byliśmy już w Barcelonie, wybrali się na dyskotekę, taką zorganizowaną specjalnie dla olimpijczyków. Kontakty z dziewczynami mieli, ale raczej żadnego seksu, bo po prostu nie było gdzie. Na imprezy od czasu do czasu im zezwalałem, bo siedząc cięgiem przez prawie miesiąc w hotelu, po prostu dostaliby szajby. Kilka razy postanowiłem ich sprawdzić: wiedziałem, gdzie w mieście są te dyskoteki, więc zabierałem któregoś ze współpracowników i wychodziliśmy z wioski olimpijskiej. Od razu obok materializował się radiowóz. Szybko się z niebieskimi dogadałem i zamiast w taksówkę wsiadaliśmy w radiowóz właśnie, który dowoził nas na miejsce imprezy. Policjanci grzecznie czekali, aż opuścimy lokal. W samej dyskotece nie działo się nic budzącego niepokój, moi chłopcy byli grzeczni jak harcerze. Zresztą uważałem, że należy im się chwila wyluzowania, bo ciągle jechali na stresie. Ale szeptali między sobą cały czas. Dziwili się, jak ja sobie to załatwiłem, że zawsze czeka na mnie transport, tymczasem oni muszą sobie zorganizować powrót na własną rękę.

Nie miałem żadnych problemów z dyscypliną, ale inni polscy sportowcy nie byli już tak wzorowi. Na przykład bokser Dariusz Snarski, pseudonim „Snara” lub „Małpka”. Wiąże się z nim niezła historia. W naszym sztabie zadzwonił telefon, a człowiek po drugiej stronie poinformował, że „Snara” trafił do… olimpijskiego aresztu! Zapytano, czy ktoś może przyjść i go odebrać. Zgłosiłem się na ochotnika. Poszło o to, że Snarski został oszukany w jednej z walk. Rozżalony wypił trochę za dużo brandy i zaczął rozrabiać, próbował walczyć na terenie wioski. Dali mu odpocząć w areszcie. Poszedłem po niego, spokojnie odprowadziłem do pokoju. Był mi potem bardzo wdzięczny, zresztą jest do dziś, i na pewno się nie obrazi, że wspominam tę historię.

Rozrywki i dyscyplina

A co do brandy: waliliśmy często i chętnie! Wiadomo, że nie można było doprowadzić się do stanu upodlenia, ale dwóch albo trzech szklaneczek sobie nie odmawialiśmy. Nie przesadzaliśmy zbytnio, ale członkowie innych ekip – jak najbardziej. Tacy Skandynawowie na przykład naprawdę ostro dawali w palnik. Raz o 8.00 rano zobaczyłem pod hotelem trzech kompletnie zdojonych gości. Leżeli obok siebie na chodniku idealnie równo, cholerne pedanciki. To, zdaje się, byli jacyś żeglarze, widać złapali dobre wiatry i popłynęli za daleko. W każdym razie pojawił się ktoś z obsługi, pobudził delikwentów i zaprowadził do hotelu.

Na igrzyskach zawsze rano, na naradzie, spotykaliśmy się z Kaziem Górskim. Schodziłem z nim do takiego pokoiku, gdzie siedzieli lekarze. Wyjmowaliśmy flaszeczkę i na dobre rozpoczęcie dnia piliśmy po kieliszeczku. Popijaliśmy to napojem Isostar – pięknie kopało! Zaciekawiło mnie raz, co jeden z lekarzy ma w takiej walizeczce, z którą się nie rozstawał. Otworzył ją, wysypały się jakieś papierki. Okazało się, że walizka była wypchana… prezerwatywami! Ważyło to z 30 kilo! Chodziło o to, żeby olimpijczycy, jak będą chcieli podymać, mieli zabezpieczenie.

– Panowie, to myśmy przyjechali tutaj na konkurs dymania czy grać w piłkę?! – zapytałem Kazia i lekarza.

– W piłkę pogramy tak czy siak, a dymanie rzecz ważna – odpowiedział Kazio.

Zresztą gdy zaglądaliśmy porankami na plażę, to cała zasypana była opakowaniami po kondomach. Okazało się, że wieczorami sportowcy schodzili na tę plażę i regularnie się dymali. Cóż, jak widać, dla chcącego nic trudnego. Po prostu barceloński burdel.

„Jestem tutaj, jestem na otwarciu igrzysk olimpijskich. Ja, Janusz Wójcik, dotarłem do pierdolonej Barcelony, więc możecie mnie w trąbę pocałować” – tak w duchu mówiłem do wszystkich, którzy we mnie i w moją drużynę nie wierzyli. A takich było sporo – niech za przykład posłuży informacja, że kondomy z PZPN-u zaplanowały start polskiej ligi jeszcze w trakcie igrzysk!

Nie było jednak tak, że ucieszyłem się samym wyjazdem do Barcelony. Nie należę do skromnych ludzi i od początku mówiłem, że jedziemy po medal. Wbijałem chłopakom do łbów, że mamy walczyć o najwyższe trofea.

Golenie frajerów

Podczas ceremonii otwarcia szedłem w pierwszym szeregu, zaraz za chorążym. Panowała podniosła atmosfera, wszystkie ekipy zebrały się na środku stadionu. A na koniec był taki pokaz sztucznych ogni, że zdawało się, że stadion zaraz pierdolnie. Taki Pierwszy Maja, tylko do potęgi. W polskiej ekipie doszło do zgrzytu, bo miśki z PZPN-u, czyli Heniek Loska i Kazio Górski, bardzo pragnęły iść razem z defiladą sportowców, kiedy jednak się dowiedzieli, że ja będę w pierwszym rzędzie, to dosłownie chuj ich strzelał. Starym dziadom lansu się zachciało! Na szczęście przytomnie zareagował Piotr Nurowski, czyli ówczesny szef Komitetu Olimpijskiego, który kazał cwaniaczkom wypierdalać na trybuny – tam, gdzie ich miejsce!

Igrzyska otworzył król razem z szefem MKOL-u. Później nastąpiła wymiana pamiątek. Ja oddałem komuś swój kapelusz, a jakiemuś śniademu zabrałem myckę. Chodziłem w niej do końca ceremonii otwarcia. Na szczęście nie musiałem wracać w slipach, na oddaniu kapelusza się skończyło.

Piłkarze trzymali fason i twardo bratali się z zawodnikami z innych narodów. Udzieliłem im specjalnej dyspensy:

– Dziś możecie. Ale pamiętajcie, że od jutra będziecie musieli ich napierdalać! Nie będzie litości. I golimy frajerów!

No a potem przyszło najważniejsze, czyli mecze. Niedojdom z obecnej reprezentacji Polski mówię: czytajcie uważnie i płońcie ze wstydu. To, co działo się w Barcelonie, przeszło do historii. I wy przejdziecie do historii, ale za sprawą własnej nieudolności.

– Panowie, kiełbasy do góry i golimy frajerów!

– Tak jest, panie trenerze!

Właśnie wtedy zacząłem używać tego słynnego już teraz zdania motywacyjnego. Zawodnikom to pomagało, a podczas igrzysk okazało się znakomitym kopem do walki.

Moje przygrywki na skrzypcach są wam doskonale znane. A piłkarze nauczyli się ich niemal na pamięć. Wiedzieli, że nie będzie tak, że otworzymy paszczę, żeby przyjąć kiełbasę. To oni mają nam zrobić dobrze! Do dziewczyn mówi się często po kilku głębszych: „Córa, zakisić ci ogóra?”. No to ja to wykorzystywałem w dopingowaniu chłopaków.

– Chcecie, żebyśmy wam zakisili ogóry? – tak kazałem, żeby mówili do rywali. Nawet jeśli nie znali polskiego, to na pewno wiedzieli o co chodzi. A nasi kisili każdego.

Zaczęliśmy od meczu z Kuwejtem i nie było możliwości, żebyśmy go nie wygrali. Jedyną niewiadomą było to, ile razy będę podbiegał do linii i poganiał chłopaków, żeby dalej strzelali. Ale nic złego nie mogło się nam przydarzyć, mimo że graliśmy w temperaturze ponad 40 stopni. Raz tylko się wkurzyłem nie na żarty. W ostatniej minucie mieliśmy karnego, a do piłki wyrwał się Mirek Waligóra, choć nie był do tego wyznaczony. No i przestrzelił. Zawołałem go do siebie.

– Miruś, tak to możesz strzelać, ale z procy w wujka – grzmiałem, choć mecz już był rozstrzygnięty.

Ostatecznie wygraliśmy go 2:0 po dwóch trafieniach Józia.

Problemy miały zacząć się później. Kolejnym meczem grupowym było starcie z Włochami. Wiedzieliśmy, że ten, kto wygra to spotkanie, na pewno awansuje do fazy pucharowej. Włosi, mistrzowie Europy w tej kategorii wiekowej, wraz z Hiszpanami byli faworytami igrzysk, przymierzano ich do meczu finałowego. Ich trenerem był słynny Cesare Maldini. Grali pod ogromną presją.

Zdarzało się, że graliśmy w temperaturze ponad 40 stopni Celsjusza

Wszystkie zdjęcia, jeżeli nie oznaczono inaczej, pochodzą z prywatnego archiwum Janusza Wójcika

Przed meczem powiedziałem chłopakom, że mają cały czas wywierać presję.

– Macie zawinąć im ten makaron na uszach i przejechać się po nich! Kiełbasy do góry i golimy ich!

Piłkarze wyszli więc na boisko tak naładowani, że od początku siedli na rywali. Szybko padł pierwszy gol dla nas, po atomowym strzale Juskowiaka. Józio tak kropnął, że włoski bramkarz tylko się schował, żeby mu łba nie urwało.

– Jedziemy z nimi dalej! – krzyczałem do chłopaków, a oni idealnie się do tego stosowali.

Włosi przez długie minuty nie wychodzili ze swojej połowy. Zaraz po przerwie walnęliśmy im kolejnego gola, a oni obalili się na murawę tak, jakby ich Tyson strzelił! Wkurzał mnie tylko Grzesiek Mielcarski, który zmarnował dwie setki.

– Grzesiek, kurwa, jeszcze raz nie trafisz, a wygonię cię z tego boiska! – darłem się na Mielcarskiego, co przyniosło skutek, bo chłopak się w końcu opamiętał i pod koniec strzelił gola na 3:0.

Jak ci Włosi płakali! Trenerzy i dziennikarze łapali się za głowę. Kazałem tłumaczowi, by im powiedział, że to najmniejszy wymiar kary, bo mogliśmy wygrać z 6:0. Kiedy ochłonęli, zaczęli nam gratulować.

W szatni zapanowała radość, ale też bez przesady, bo przed nami były kolejne mecze. Wyjście z grupy mieliśmy już pewne, ale nie myśleliśmy nawet o tym, że możemy przegrać najbliższe spotkanie z USA. Tym bardziej że jeśli zajęlibyśmy drugie miejsce w grupie, to w dalszej fazie trafilibyśmy na Hiszpanów, a tego chciałem uniknąć.

– Słuchajcie no, misie – zacząłem odprawę przedmeczową – jak przegracie, to całą noc będziecie za mną biegać. A ja będę jeździł rowerem.

Doskonale wiedzieli, jak to jest, bo już im się zdarzyło zasuwać za mną truchcikiem. Od Czesia Langa dostałem rower, kolarzówkę, więc wpadłem na pomysł, że będę na nim jeździł, a piłkarzom kazał biec za sobą. Tempo było szybkie, ale żaden nie zostawał w tyle – mojej reakcji się obawiali!

Zaczyna się więc ten mecz z USA, moi chłopcy zmotywowani, jakbyśmy już byli w finale, a tu dupa – 1:0 dla Amerykanów. Oczyma wyobraźni musieli dostrzec mnie pędzącego kolarzówką po ulicach Barcelony, więc szybko wzięli się do roboty. Zaraz gola strzelił Juskowiak, potem Koźmiński i prowadziliśmy 2:1. I mimo że Amerykanie wyrównali, nie narzekałem – wygraliśmy grupę i już wkrótce mieliśmy ogolić kolejnych frajerów.

W ćwierćfinale mieliśmy się zmierzyć z Katarem. Przerośnięte chłopy, na moje oko z przerobionymi dokumentami, poza limitem wiekowym. Wygraliśmy 2:0 po golach Kowala i Jałochy, ale mogliśmy spokojnie obić ich ze 4:0. Nie napierałem jednak na wyższe zwycięstwo – liczył się awans.

Przyszedł półfinał i zrobiło się naprawdę ciekawie. Następną drużyną, której mieliśmy skopać dupę, była Australia. Zapamiętałem, że do Barcelony jechaliśmy razem, autokar obok autokaru. Pewne siebie „Kangury” pokazywały nam na palcach, że rozwalą nas czwórką, piątką do zera. Myśleli, że jak wyeliminowali Szwedów, to siłą rozpędu rozjadą i nas. A takiego!

Sami zostali rozjechani – boleśnie i na miazgę. W 27. minucie Kowal przejął piłkę, wyszedł na sam na sam z bramkarzem, Bosnichem, położył go na tak zwaną dupę i strzelił tak, że biedny Bosnich ani się zorientował, a piłka już była w siatce. Chłopaki złapały wiatr w żagle i pod koniec pierwszej połowy Józio dołożył drugiego gola. „Kangury” miały pełne portki, aż żal było patrzeć. A tego Bosnicha to później kupił Manchester United i miał z nim siedem światów. Chyba byli tam ślepi – przecież od kopa dało się zauważyć, że to bezużyteczny pajac.

W przerwie przykazałem moim zawodnikom:

– Bez kombinowania, panowie, robicie to, co umiecie najlepiej, czyli szukacie kontry, a będziemy to mieli!

„Ja, Janusz Wójcik, dotarłem do pierdolonej Barcelony, więc możecie mnie w trąbę pocałować” – tak w duchu mówiłem do wszystkich, którzy we mnie i w moją drużynę nie wierzyli

Od Czesia Langa dostałem rower, więc wpadłem na pomysł, że będę na nim jeździł, a piłkarzom kazał biec za sobą. Tempo było szybkie, ale żaden nie zostawał w tyle – mojej reakcji się obawiali!

Wyszli na drugą połowę i pokazali, na co ich stać. To była poezja! Padały kolejne gole, jeden za drugim, a publiczność szalała. „Co – myślałem – nie spodziewaliście się, że moje chłopaki tak zatańczą? No to patrzcie!” W sumie Józio strzelił trzy bramki, Kowal dwie, a jeden z tych nieszczęsnych Australijczyków dołożył swoim samobója.

– Dalej, jechać ich, pozarzynać! – kipiałem przy linii bocznej. – Nie dajcie im złapać oddechu!

Po ostatnim gwizdku Australijczycy, którzy mieli być rewelacją turnieju, pokładli się na murawie i z wściekłością walili pięściami w ziemię, a ich trener się popłakał. Gigant, który miał zdobyć złoto, padł. Jak kawka. Przegrał aż 1:6!

Nadszedł wielki dzień. Chwila prawdy. Godzina zero. Jednym słowem: finał. Wielkie Camp Nou, a na nim my naprzeciwko gospodarzy i faworytów – Hiszpanów. Na trybunach znakomici kibice – Fidel Castro, Silvio Berlusconi i inni. Zabrakło niestety prezydenta Lecha Wałęsy. Stwierdził, że istnieje ryzyko zamachu, że podobno ETA się na niego szykuje, no i nie przyjechał. Dziwnym trafem tylu gości zapowiedziało przyjazd na mecz, a terroryści szykowali się akurat na niego.

Ale przejdźmy do meczu. Powiedziałem chłopakom, że to Hiszpanie mają się bać nas, a nie my ich. – To nie obrona Częstochowy, ale przejmowanie piłki i szybkie kontry. Zrozumiano?

Finał

Na początku wszystko było tak, jak sobie zaplanowaliśmy. Kowalczyk zabawił się z Hiszpanami jak z młodymi kotami i strzelił gola na 1:0. Na przerwę schodziliśmy, prowadząc, co było wielką sensacją. Wkurzałem się, bo tuż za ławką ustawili się jacyś Hiszpanie z bębnami i dudnili mi przez cały mecz jak jakieś dzikusy. Nie dość, że głowa mnie rozbolała przez ten łomot, to na dodatek zagłuszali wszystko, co mówiłem do piłkarzy. A przecież musiałem mieć z nimi kontakt, tym bardziej że wiedziałem, że po przerwie będzie znacznie trudniej. W drugiej połowie miało zabraknąć Jałochy, który doznał kontuzji. Do tego przed gwizdkiem na trybunach pojawił się król Hiszpanii, co zawsze było prognostykiem tego, że drużyna się podniesie i wygra.

I rzeczywiście, podnieśli się. Abelardo i Quico błyskawicznie strzelili nam po golu i zrobiło się 1:2. Wtedy jednak błysnął Rysiu Staniek, który w fantastyczny sposób doprowadził do remisu. Mecz zbliżał się ku końcowi, a mnie wydawało się, że sędzia zaraz gwizdnie. Masażysta i kierownik pytali, czy mają iść już po wodę dla piłkarzy, żeby napili się przed dogrywką. Jak ja czekałem na tę dogrywkę! Czułem, że właśnie wtedy ogramy tych południowców, bo jesteśmy lepiej przygotowani fizycznie, a oni – zbyt pewni siebie.

Nie dostaliśmy jednak nowej szansy – doszło do tragedii! Sprawę zawalił Marek Koźmiński, który w prostej sytuacji zagrał na rzut rożny, zamiast wywalić piłkę przed siebie. Po rogu i zamieszaniu w polu karnym piłka trafiła do Quico, który strzelił gola. Jestem pewien, że gdyby chciał to powtórzyć, nie udałoby mu się.

To był koniec. Ostatni gwizdek. Chłopaki pokładały się na ziemi. Płakały. Wpadłem na boisko i zacząłem ich uspokajać, potem zgoniłem ich z murawy do szatni. Kiedy już trochę opanowali emocje, wrzucili mnie w garniturze do takiego minibasenu, który mieliśmy do dyspozycji. Wtedy wiedziałem, że już doszli do siebie.

– Teraz zdejmować gacie i wymoczyć się trochę – przykazałem. – Zaraz będziecie wzywani na dekorację.

W szatni odwiedził nas działacz FIFA Władimir Kołoskow, prominentna postać, i pogratulował nam fantastycznej walki w całym turnieju.

Kiedy potem przechadzałem się po korytarzach Camp Nou, widziałem, jak hiszpańscy piłkarze, jeden po drugim, wchodzą do stadionowej kaplicy. Zapewne dziękowali Bogu za cudownego gola, który dał im złoto olimpijskie.

Wieczorem udaliśmy się całą drużyną na bankiet do jednego z hoteli. Potem pojawiły się głosy, że moich zawodników trzeba było stamtąd wynosić. Bzdura! Było naprawdę spokojnie. Przecież oni jeszcze cały czas mieli w głowach to Camp Nou – ten gwar, tumult, tych ludzi na trybunach. Przecież przyszło ich obejrzeć 110 tysięcy kibiców! Na tym jednym finale było więcej widzów niż na każdej innej imprezie tych igrzysk! Oczywiście, na tym bankiecie chłopaki wypiły sobie trochę alkoholu, ale wszystko było pod kontrolą, bez żadnych ekscesów.

Zaraz po igrzyskach powstało słynne hasło: „Zmieniamy szyld i jedziemy dalej”, czyli z reprezentacji olimpijskiej robimy pierwszą, co nie spodobało się w PZPN-ie. Nie bardzo wiem dlaczego, przecież to byli w tamtej chwili najlepsi polscy piłkarze. Tak to się robi za granicą, a u nas uważa się za jakiś zamach stanu. Mówili, że to bezczelność, że próba przejęcia reprezentacji Polski. Chłopcy zobaczyli jednak, że potrafią grać w piłkę, doceniali ich także piłkarze z pierwszej reprezentacji. Normalnym krokiem byłoby więc przemianowanie kadry olimpijskiej na narodową. Wiele razy próbowałem zorganizować mecz: olimpijska kontra pierwsza, ale nikt się na to nie godził. Nawet zawodnicy z kadry A.

– Trenerze, nie chcemy grać – mówili z obawą. – Przecież te pana harpagany by nas zjadły, zajechały na śmierć.

Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, w każdym razie igrzyska olimpijskie w Barcelonie to z pewnością mój największy sportowy sukces. O podobnym teraz możemy pomarzyć. Niektórzy piłkarze grający obecnie w reprezentacji mogą co najwyżej kartofle kopać, a nie piłkę na wysokim poziomie. Nawet nie chcę porównywać mojej reprezentacji olimpijskiej do obecnej kadry. Przecież moi chłopcy by ich zmietli z powierzchni ziemi. Przeważali pod każdym względem: fizycznym, technicznym, zespołowym. Ogoliliby ich bez żadnego problemu, a tamci nawet nie wiedzieliby, kiedy mieliby parówy pozasadzane w dupy. To byłaby przepaść. Moja drużyna olimpijska była naprawdę wielka.

Moja srebrna drużyna

Nie byłoby mowy o żadnym sukcesie, gdyby nie grupa fantastycznych ludzi, z którymi pracowało mi się wspaniale. Mam na myśli moich chłopaków, tych wspaniałych zawodników, z którymi miałem zaszczyt współdziałać i którzy zrobili dla polskiej piłki więcej niż niejeden zasłużony działacz. Chcę podziękować każdemu z osobna, a wam trochę o nich opowiedzieć. Dowiecie się, jacy byli i na boisku, i prywatnie.

Igrzyska olimpijskie w Barcelonie to z pewnością mój największy sportowy sukces. O podobnym teraz możemy pomarzyć

Po finale udaliśmy się całą drużyną na bankiet do jednego z hoteli. Potem pojawiły się głosy, że moich zawodników trzeba było stamtąd wynosić. Bzdura! Było naprawdę spokojnie

Dariusz Adamczuk

Drużynie olimpijskiej zawdzięcza bardzo wiele – to dzięki występom w tej ekipie zwrócono na niego uwagę za granicą. Pamiętam, że już kiedy przygotowywaliśmy się do meczów w Niemczech, zachodni sąsiedzi dostrzegali w nim dobrego piłkarza. To człowiek niezwykle ambitny, miły, ale też bardzo agresywny w grze. Można było na niego stawiać wszystko, co się miało – bardzo jasna postać reprezentacji. Absolutnie nie był typem rozrabiaki, nie miałem z nim żadnych kłopotów. Na boisku wypracowywał mnóstwo korzystnych dla drużyny sytuacji, sam także strzelał wiele goli. Mimo wszystko uważam, że mógł osiągnąć o wiele więcej. Wówczas nie było żadnych menedżerów, którzy by poprowadzili takich zdolnych piłkarzy, no i Adamczuk poniekąd poszedł na zmarnowanie.

Marek Bajor

To chłopak, który kiedy pierwszy raz przyjechał na trening reprezentacji, był totalnie wystraszony. Zagadnąłem o niego kierownika drużyny, Krzysztofa Rolę-Wawrzeckiego.

– Krzysiu, co on ma za buty? – zapytałem zdziwiony.

I Krzysiu wzruszył ramionami:

– Trampkokołki.

– Ale jak to? Nie ma chłop normalnych butów?

– Marek ma tak złą sytuację finansową, że nie ma pieniędzy, żeby je kupić – wyjaśnił Wawrzecki.

Aż się we mnie zagotowało.

– Natychmiast weź od niego numer buta i leć mu po jakieś! Nie będzie chłopak w korkach chodził po hotelu!

Bajora zrobiło mi się zwyczajnie żal. Trzeba było mu przecież jakoś pomóc.

Dla niego reprezentacja była jak bajka, cieszył się z niej jak dziecko. Wyrósł na zawodnika, który dałby się pokroić za tę drużynę. Był to człowiek twardy, ale i dobrze wychowany, absolutnie nie można go było nazwać rozpieszczonym. Nigdy nie miałem do niego żadnych zastrzeżeń.

Jerzy Brzęczek

Wołaliśmy na niego Brzękol. Kreowałem go na kapitana drużyny ze względu na charakter i sumienne podejście do pracy. Dał się poznać jako chłopak inteligentny, uczynny, oddany drużynie. Wszyscy błyskawicznie zaakceptowali go jako boiskowego i pozaboiskowego przywódcę – i to pomimo tego niewysokiego wzrostu. Dlaczego mu się nie udało, dlaczego nie zrobił wielkiej kariery? Bo nikt go nie promował, bo nie miał prężnego menedżera. Nikt go wtedy nie wyhaczył, a on sam nie miał siły przebicia, może charakteru. Nie strzelał gola za golem, więc nie czytało się o nim na pierwszych stronach gazet. Ludzie dziwili się, że powołuję Brzęczka do reprezentacji. A przecież to był bardzo pożyteczny zawodnik środka pola, zarówno jeśli chodzi o odbiór, jak i o konstrukcję gry. Idealny gość od czarnej roboty na boisku. Nie za wysoki, trochę karzełek, ale mocno trzymał się na nogach. Doskonale wiedział, od czego jest. Pełnił funkcję mojej prawej ręki. Inni byli od walenia po łbie, a on od myślenia. Na co dzień raczej spokojny, ale kiedy padała komenda, że idziemy na browarek, to karnie szedł i pił równo z pozostałymi. Cieszy, że bardzo pomógł w karierze Kubie Błaszczykowskiemu, którego jest wujkiem. Fajnie, że tak się angażował w wychowanie tego piłkarza, bo wyrósł z niego bardzo porządny chłopak.

Dariusz Gęsior

Gąska to wyjątkowo spokojny człowiek i w rozwoju talentu przeszkodziło mu jedno – właśnie ten brak agresji w grze. Czasami potrafił zagrać ostro, ale nie było to jego stałą cechą. Chłopaki z kadry za nim przepadały. Pomimo pokaźnego wzrostu nie wywyższał się.

Marcin Jałocha

Ważne ogniwo drużyny – mógł grać zarówno na prawej, jak i na lewej stronie, a także jako defensywny pomocnik. Przeciwnik nie do przejścia. Zabrakło go w drugiej połowie finału, ponieważ nabawił się kontuzji. Nie był łatwy w kontakcie, ale szybko się dogadaliśmy. Miał taki trochę krakowski charakter, nie dawał sobie w kaszę dmuchać. Ograć Marcina w środku pola było naprawdę wielką sztuką, prawie niemożliwą nawet dla takich zawodników jak Luis Enrique. W dużej mierze taktyka zespołu była budowana właśnie pod niego.

Andrzej Juskowiak

W kadrze miał różne momenty. Zdarzało się, że odsyłałem go do Poznania, gdzie wówczas grał, bo czymś mi podpadał. Kiedyś pogoniłem go, bo myślał, że w reprezentacji będzie mógł robić takie same figle jak w Lechu. Jak mu się chciało, to biegał, jak nie – to brał się pod boki i sobie stał. Uważał, że jeśli pójdzie na miasto, to może sobie wrócić, o której mu się podoba. Indywidualista za dychę.

– Józiu, albo się zmienisz, albo niestety, ale wypierdalasz – dałem mu wybór.

On jednak najwyraźniej zapomniał o tej rozmowie, bo dalej robił swoje.

– Dobra. Pakuj się i wydupiaj do Poznania. A jak ci się we łbie poukłada, to zadzwoń i wrócimy do rozmowy – stwierdziłem.

I rzeczywiście. Za jakiś czas dostałem sygnał z Lecha, że Józio zmienił się nie do poznania. Jurek Brzęczek przyszedł i powiedział, że Juskowiak chce ze mną porozmawiać.

– Ty z nim gadaj, ja go pierdolę – uciąłem.

Brzęczek, jako kapitan, porozmawiał z Andrzejem, a ten zarzekał się, że się zmienił, i błagał o wybaczenie. Obiecał, że jeśli przyjmę go do drużyny, to się podporządkuje. Jurek długo mnie przekonywał, żebym zmienił zdanie i pozwolił mu wrócić do kadry. W końcu się zgodziłem:

– Niech przyjeżdża. Tylko koniec, kurwa, numerów!

Dawałem mu kolejne szanse, a on je wykorzystywał. Nie można więc powiedzieć, że był odporny na wiedzę. Przełknął wszystkie gorzkie pigułki i zaczął robić to, czego od niego wymagałem. Był o krok od zrobienia wielkiej kariery. Widocznie zabrakło mu szczęścia, bo spokojnie mógł grać w wielkim klubie za wielkie pieniądze.

Dziwiłem się matołkom z zachodnich klubów, że nie kupili pary Juskowiak – Kowalczyk! Dla bogatego klubu to pierdnięcie finansowe, a zyskaliby parę napastników na lata. To byli wówczas najgroźniejsi napastnicy na świecie, taki Alan Shearer był ich cieniem. Mogli go przeciągnąć nitką przez kakao i wyciągnąć nosem. Dosłownie!

Juskowiak mógł więc grać w każdym klubie europejskim – włoskim, hiszpańskim, nawet w lidze angielskiej by się sprawdził, bo był z niego zdrowy cham. Popełnił jednak błąd i już przed igrzyskami podpisał kontrakt ze Sportingiem Lizbona. Po tak fantastycznym występie na turnieju w Barcelonie mógł trafić jeszcze lepiej, za znacznie większe pieniądze.

Aleksander Kłak

Nieprawdopodobny charakter. Twardziel, człowiek, na którego ja i inni członkowie ekipy mogliśmy liczyć w każdej sytuacji. Oddany drużynie całym sercem.

To był w tamtym okresie najlepszy bramkarz w Polsce, a na linii jeden z najlepszych w Europie. Powinien zrobić zdecydowanie większą karierę. Gdybym po igrzyskach objął pierwszą reprezentację, stawiałbym właśnie na niego. Poza boiskiem skromny i cichy, za to na murawie – ogień.

Fakt, że nie odniósł sukcesu, to wina ludzi rządzących polskim futbolem. Ten piłkarz nie został odpowiednio poprowadzony, wypromowany, nikt mu nie podał ręki. Przeszkodziła mu kontuzja, bo w Belgii uszkodził sobie bark. Tylko dzięki wielkiej zaciętości wrócił do piłki, ale nie zdołał niestety dostać się do świata wielkiego futbolu.

Andrzej Kobylański

– Panowie, wymienię wam nazwisko zawodnika, którego powołam na igrzyska, i mogę się założyć, że nie będziecie wiedzieli, gdzie on gra – powiedziałem pewnego razu Andrzejowi Zientarze i Ryszardowi Kuleszy. – I to mimo że szefujecie komisji młodzieżowej.

– No co to za piłkarz? – zapytali z zainteresowaniem.

– Andrzej Kobylański.

Oczywiście obaj zrobili wielkie oczy i nie byli w stanie wymyślić klubu, w którym grał Andrzej (Siarka Tarnobrzeg).

Znakomita lewa noga. Charakterny, ale zamknięty w sobie. Nie chciał się wyróżniać poza boiskiem, ale na nim – jak najbardziej. Największa niespodzianka w moim zespole. Wspominam go ogromnie ciepło.

Dariusz Koseła

Zapowiadał się ciekawie. Dobry zawodnik, jeśli chodzi o rozegranie piłki, choć na boisku był trochę za spokojny. Nie znalazł u mnie więc zbyt wielkiego uznania. W każdej chwili był jednak gotowy, by wejść na murawę, i za to go ceniłem.

Wojciech Kowalczyk

Ach, ten Wojtuś! Łączyła nas szczególna nić sympatii. Na pewno nie był człowiekiem łatwym w obyciu, wręcz przeciwnie. Mimo to znakomicie się rozumieliśmy, wystarczyło, żebyśmy się na siebie spojrzeli. Nie musiałem przeprowadzać z nim tak zwanych rozmów wychowawczych czy tym bardziej karać. Choć przyznaję, zawsze wolałem łobuziaków od lalusiów – takich szybciej można poukładać. I w olimpijskiej, i w Legii, i w pierwszej reprezentacji piłkarze śmiali się z Wojtka, z tych naszych bliskich relacji. Kiedy przychodziłem na trening, koledzy krzyczeli w jego kierunku: „Kowal, popatrz, tatuś przyjechał!”. Ale nie było tak, że traktowałem go lepiej niż innych. Jedno jest pewne: z takimi zawodnikami jak on można przenosić góry!

Marek Koźmiński

Pierwszy raz spotkałem go, kiedy miał jakieś 13 lat. Znałem jego ojca, Zbyszka, i odwiedziłem go kiedyś w domu w Nowej Hucie. Żona zrobiła kolację, wypiliśmy po parę kieliszeczków. Nagle przyleciał Marek, jeszcze mały kajtek.

– Grasz w piłkę? – zahaczyłem młodego.

– Taaak, panie trenerze. W grupie juniorów starszych!

– Dobrze, dobrze.

– A lekcje odrobiłeś?! – wtrącił się Zbyszek, chcąc pogonić synka od stołu.

– Tato, zaraz odrobię, obiecuję. – Mareczek aż się spocił, tłumacząc się ojcu.

– Zbychu, zostaw dzieciaka w spokoju. A ty, Marek, słuchaj i zapamiętaj, co ci powiem: graj dobrze w piłkę, a jak przy okazji będziesz miał czas, to się trochę poucz. Kiedy zostaniesz gwiazdą futbolu, nie będziesz musiał być naukowcem.

Tak też się stało. Na boisku zawsze można było na niego postawić. Silny jak koń, wyróżniał się w każdym meczu, grał bardzo nowocześnie jak na tamte czasy. Biegał od jednej linii końcowej do drugiej i tym zabijaliśmy rywali. Poza boiskiem był spokojny i wyważony, a na murawie widać było, że liczy się dla niego tylko mecz. Prezentował przykład poważnego, bardzo solidnego podejścia do dziedziny, która tak naprawdę jest zabawą, ale która wymaga pełnego zaangażowania, jeżeli chce się w niej osiągnąć coś więcej. Życzyłbym sobie więcej takich zawodników.

Tomasz Łapiński

Był duszą tej drużyny, bez dwóch zdań. Nieprawdopodobnie nie lubił latać samolotami, kiedy jednak ja go poprosiłem, zaciskał zęby i leciał. W szatni czasami miał momenty omdlenia, bo przypominało mu się, jak siedział na pokładzie… Kiedyś, już w pierwszej reprezentacji, mieliśmy grać mecz ze Słowacją i szykowaliśmy się do lotu do Bratysławy.

– Trenerze, ja nie polecę – zapowiedział.

– Łapa, nie denerwuj mnie. Wsiadaj do tego samolotu.

– Dojadę samochodem, będę godzinę po was. Proszę mi tylko podać nazwę hotelu.

Jak powiedział, tak zrobił. Nie dziwiłem się jednak do końca Łapińskiemu, bo niewiele wcześniej przeżyliśmy trudne chwile podczas lotu z Paragwaju do Chile. Samolot spadł o kilkaset metrów i cudem nie rozbił się o skały. Od tego czasu Łapa miał uraz związany z lataniem.

Jako zawodnik mógł stać się filarem defensywy każdego zespołu. W tamtym czasie był na swojej pozycji w czołowej trójce Europy. Miał niebywałą umiejętność przewidywania tego, co wydarzy się na boisku, a także kapitalny start do piłki i niebywałą szybkość na kilku pierwszych metrach biegu. Potrafił prześcignąć wszystkich napastników, z którymi się mierzył – nieważne, czy to byli Anglicy, czy Włosi, wystarczyło, żeby zrobił kilka ruchów, a już był przy piłce. Obrońca praktycznie nie do przejścia, natomiast poza boiskiem cichutki. Co ciekawe, pochodzi z takiej wioski na Podlasiu, która nazywa się Łapy, bo tam wszyscy są Łapińscy. Mógłbym o nim mówić jeszcze długo. Wspaniały chłopak i wielki zawodnik.

Grzegorz Mielcarski

Typ wojownika. Duży chłop, który szukał wyzwań. Kiedy trzeba było komuś przywalić, to był gotowy. Zawsze pomocny i na boisku, i poza nim. Nigdy nie miałem z nim problemów wychowawczych, był spokojny, lubił też pożartować.

Pogodził się z rolą rezerwowego. Nie było tak, że ktoś mi przyniósł deser i potem grał w meczu. Na boisko wychodzili najlepsi, bezwzględnie.

Arkadiusz Onyszko

Zastępca Alka Kłaka. Twardziel. Wygrał rywalizację z Radkiem Majdanem. Charakterny gość, podobny w pewnym sensie właśnie do Kłaka. Miał bardzo dobre serce. Po meczach lubił się zabawić – nie zabraniałem mu, dopóki nie przekraczał granic, a to mu się raczej nie zdarzało. A że potem coś się z nim działo, że podobno bił żonę? Nie moja sprawa. A poza tym ponoć każdy bramkarz ma nierówno pod kopułą.

Ryszard Staniek

Niedoceniony, a obdarzony nieprawdopodobnym talentem. Powinien był zrobić wielką karierę. Miał wszystko, co trzeba: odbiór, świetną grę głową, grę kombinacyjną. Poza boiskiem cichy, skryty, nawet trochę zamknięty w sobie, za to na murawie – petarda. Mogłem go wykorzystywać do najrozmaitszych zadań. Problemów nie sprawiał, chociaż piwka lubił się napić, ale zawsze po meczu.

Często wypomina mu się rzekomą nadwagę. Na igrzyskach nie był jednak za gruby, ważył tyle, ile trzeba. Później, kiedy nasze drogi się rozeszły, trochę mu się przytyło, pewnie przez piwko i nieodpowiedni trening, ale na boisku zawsze był twardy jak skała. Zderzyć się z nim na boisku, to jakby przypierdolić w słonia. Leciał, leciał i nie wiedział, kiedy wyląduje. Nie ustępował nikomu w środku pola. Uważam, że również jego kariera nie potoczyła się tak, jakby sobie tego życzył. Było go stać na więcej.

Dariusz Szubert

Znów: piłkarsko bardzo dobry, ale niespełniony talent. Lubił nocne rozrywki i chyba to mu zaszkodziło w zrobieniu większej kariery. Och, jak on uwielbiał panienki!

Piotr Świerczewski

Kolejny wojownik. Z nim miałem trochę problemów, musiałem mu tłumaczyć, na czym polega gra w reprezentacji. Prostowałem go przez kilka lat, ale w końcu mi się udało. Zmienił się, dojrzał i stał się podporą drużyny. Również był bardzo uniwersalny, mógł grać z prawej, z lewej, w środku. Bardzo dobry w destrukcji i trudny do przejścia ze względu na swoją ambicję i charakter. Był krnąbrny, lubił czasem coś odburknąć pod nosem. Szybko sprowadzaliśmy go jednak z kosmosu na ziemię, czasem miał twarde lądowanie. Kiedyś mnie mocno wkurzył, jeszcze w reprezentacji do lat 18. Pojechaliśmy grać mecz do Szkocji. W hotelu kierownik rozdawał klucze do pokojów, a Świerszczu jak zwykle zaczął filozofować – nie podobało mu się to, nie podobało tamto…

– Trenerze, Świerszczu opowiada jakieś dyrdymały, nie chce iść do pokoju – relacjonował kierownik, a ja szybko zawołałem szalonego Piotrusia do siebie.

– Świerszczu, albo weźmiesz te klucze i zaraz będziesz spierdalał mi sprzed oczu, albo tu przed recepcją dostaniesz ode mnie kopa i pójdziesz jeszcze szybciej. Wybieraj, co chcesz!

Nadąsał się niewiarygodnie, ale z bólem wziął ten klucz i poszedł do pokoju. Na drugi dzień jednak grał bardzo dobrze i byłem z niego zadowolony.

Mirosław Waligóra

Typowy krakusik. Skryty, spokojny, na pewno nie wybuchowy, jak Świerczewski. Czasem wydawał się za grzeczny, może dlatego nie zrobił większej kariery. Gdybym wcześniej miał go w drużynach juniorskich, mógłbym go wyszkolić na lepszego piłkarza. Zwykle mi nie podpadał, raz tylko dostał zjebę za niestrzelonego karnego, o czym już wspominałem. Dobiegłem do linii, Miruś usłyszał kilka jobów i tyle. Dobrze mi się z nim pracowało.

Tomasz Wałdoch

Był członkiem grupy specjalnej, która miała wyjaśniać kwestie sporne. Przydzieliłem go do niej ze względu na wzrost, posturę, ale także umiejętności czysto piłkarskie. Nie był to wariat; typ raczej spokojny, ale na boisku bardzo konsekwentny. Dlatego można było mu zaufać w stu procentach. Zrobił karierę, choć mógł zrobić jeszcze większą. Bardzo ważne ogniwo naszego zespołu.

Tomasz Wieszczycki

Jako piłkarz miał prawie wszystko, jednego mu jednak zabrakło – charakteru. Nie był twardzielem jak Kowal, Świerczewski, Jałocha czy Brzęczek. Nie był to też Messi, który mógł ograć pięciu, ośmiu rywali. Pomimo dobrego wyszkolenia technicznego miał różne braki. Tłumaczyłem mu to, ale nie potrafił się przełamać. W związku z tym nie pograł u mnie za wiele.

Taki obrazek w Barcelonie wcale nie był rzadki. Mecz po meczu, runda po rundzie, aż do finału…

Fot.Marek Zochowski / Newspix.pl

Wójt

Jedziemy z frajerami. Całe moje życie

Copyright © Janusz Wójcik 2014

Copyright © Przemysław Ofiara 2014

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2014

Redakcja – Joanna Mika-Orządała

Redakcja merytoryczna – Jakub Kuza

Korekta – Kamil Misiek / Editor.net.pl

Opracowanie typograficzne i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Front cover photgraph – Monika Wrzesińska / Studio MMP

Zdjęcia w środku książki, jeśli nie zostały podpisane inaczej, pochodzą z prywatnego archiwum trenera Janusza Wójcika. Wydawnictwo SQN serdeczne dziękuje trenerowi i jego bliskim za ich udostępnienie. Autor i wydawca dołożyli wszelkich starań, by dotrzeć do wszystkich właścicieli i dysponentów praw autorskich do ilustracji zamieszczonych w książce. Osoby, których nie udało nam się ustalić, prosimy o kontakt z wydawnictwem.

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2014

ISBN EPUB: 978-83-7924-277-1

ISBN MOBI: 978-83-7924-276-4

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Projekt Barcelona

Kariera piłkarska i podróże

Moja Jagiellonia

„Cała Legia zawsze razem!”

Pośród szejków

Reprezentacja Polski

Pogoń Szczecin

Śląsk Wrocław

Cypr jest nasz!

„W Damaszku siedział diabeł na daszku”

Piłkarski poker

Polityka

Znicz Pruszków i Robert Lewandowski

Widzew Łódź

Wójcik prywatnie

Wypadek

Frajerzy i bohaterowie

Inni o Wójcie

Kalendarium

Zdjęcia

Strona redakcyjna

Najgłośniejsza piłkarska książka ostatnich lat!

Naprawdę wydawało ci się, że coś wiesz o piłce?

Wejdź w sam środek świata wielkiej piłki – wzajemnie nienawidzących się partnerów z drużyny, bezwzględnych menedżerów, chciwych agentów, agresywnych fanów

i kobiet, dla których wakacje w Dubaju są ważniejsze od twojej wierności…

Musiał pozostać anonimowy.

Aby móc zdradzić Ci wszystko.

Podejrzewaliśmy, że praw do organizacji mundialu się nie wygrywa, tylko kupuje, a dziesiątki skorumpowanych działaczy bezkarnie napychają sobie kieszenie milionowymi łapówkami.

Teraz mamy pewność.

Czy jesteś gotowy, aby poznać prawdę?

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wójt. Jak goliłem frajerów. O piłce, pieniądzach i kobietach Wójt. Jedziemy z frajerami! Całe moje życie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia